Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 533 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka System - Tom Rob Smith

Trzymający w napięciu, mroczny thriller osadzony w realiach stalinowskiej Rosji. 

Według oficjalnej propagandy w idealnym społeczeństwie stworzonym przez państwo sowieckie morderstwa po prostu nie istnieją. Kiedy więc na torach kolejowych zostają znalezione zwłoki czteroletniego Arkadego, nikt nie ma wątpliwości, że doszło do nieszczęśliwego wypadku. Nikt – poza rodziną chłopca. Młody, ambitny funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego, Lew Demidow, całym sercem oddany komunistycznej władzy, otrzymuje rozkaz zatuszowania sprawy i sumiennie się z niego wywiązuje. Niebawem jednak jego niezachwiana wiara w ideały rewolucji zostaje poddana poważnej próbie. Okazuje się również, że śmierć chłopca to nie odosobniony przypadek. Giną kolejne dzieci. Lew, ryzykując wszystko, rozpoczyna śledztwo na własną rękę, postanawiając za wszelką cenę odnaleźć sprawcę makabrycznych zbrodni. Nawet gdyby oznaczało to wystąpienie przeciwko Partii.

Opinie o ebooku System - Tom Rob Smith

Fragment ebooka System - Tom Rob Smith

Okładka

O książce

Strona tytułowa

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

Związek Radziecki

Dwadzieścia lat później

Moskwa

14 lutego

Wieś Kimow

O książce

Przerażający obraz stalinowskiego Związku Radzieckiego. Kraju, w którym terror jest metodą sprawowania rządów. I paranoicznego społeczeństwa, w którym nikomu nie można ufać.

W raju, jakim jest ZSRR lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku, przestępczość nie istnieje. Tak w każdym razie twierdzą władze, i kiedy na torach zostają znalezione okaleczone zwłoki chłopca, utrzymują, że był to wypadek.

Funkcjonariusz bezpieki Lew Demidow musi zamknąć usta rodzicom, którzy są przekonani, że ich dziecko zostało zamordowane. Tak jak ze wszystkich obowiązków wobec socjalistycznej ojczyzny, również z tego Demidow wywiązuje się bez zarzutu. Kiedy jednak w makabryczny sposób giną kolejne dzieci, jego wiara w nieomylność partii zostaje zachwiana.

Narażając na śmiertelne niebezpieczeństwo siebie i kobietę, którą kocha, i mając przeciwko sobie cały aparat władzy, na własną rękę rozpoczyna śledztwo.

Tego autora

TAJNY REFERAT AGENT 6 SYSTEM

Tytuł oryginału:CHILD 44

Copyright © Tom Rob Smith 2008All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Łukasz Praski 2008, 2015

Książka wcześniej ukazała się pod tytułem „Ofiara 44”

Korekta: Agata Nocuń, Jolanta Spodar

Motion Picture Artwork © 2015 Summit Entertainment, LLCAll Rights Reserved

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

ISBN 978-83-7985-098-3

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

Moim rodzicom

Związek RadzieckiUkrainaWieś Czerwoj

25 stycznia 1933

Ponieważ Maria postanowiła umrzeć, jej kot musiał zacząć radzić sobie sam. I tak troszczyła się o niego nazbyt długo, kiedy trzymanie zwierząt w domach straciło jakikolwiek sens. Mieszkańcy wsi już dawno wyłapali i zjedli szczury oraz myszy. Wkrótce potem z gospodarstw zniknęły zwierzęta. Wszystkie z wyjątkiem kota, jej towarzysza, którego skrzętnie ukrywała. Dlaczego go nie zabiła? Musiała dla kogoś żyć; pragnęła kogoś, kogo mogła chronić i kochać — dla kogo musiała przetrwać. Przyrzekła sobie, że będzie go karmić do dnia, w którym sama nie będzie miała co włożyć do ust. Ten dzień nadszedł dzisiaj. Maria pocięła już swoje skórzane buty na długie wstążki, ugotowała je z pokrzywami i nasionami buraków. Przekopywała ziemię w poszukiwaniu dżdżownic, ssała korę drzew. Rano w przystępie szaleństwa rzuciła się na nogę kuchennego taboretu i zaczęła ją ogryzać, dopóki drzazgi nie powbijały się jej w dziąsła. Kot na jej widok uciekł, schował się i nie chciał wyjść, mimo że uklękła na podłodze, wołając go po imieniu i usiłując wywabić spod łóżka. Wtedy właśnie Maria postanowiła umrzeć, skoro nie miała już co jeść i kogo kochać.

Otworzyła drzwi dopiero o zmierzchu. Sądziła, że pod osłoną ciemności kot będzie miał większe szanse, by niepostrzeżenie dotrzeć do lasu. Gdyby ktokolwiek we wsi go zauważył, ruszyłby go wytropić. Choć bliska śmierci, nie była w stanie znieść myśli, że ktoś mógłby zabić jej kota. Pocieszała się tylko, że w ucieczce może mu pomóc element zaskoczenia. W wiosce, gdzie mężczyźni przeżuwali grudy ziemi w nadziei natrafienia na mrówki czy jaja owadów, dzieci rozgrzebywały końskie łajna, szukając niestrawionych łusek ziaren, a kobiety wykłócały się o kości, na pewno nikt nie potrafiłby uwierzyć, że uchował się tu żywy kot.

· · ·

Paweł nie wierzył własnym oczom. Stworzenie było chude i niezdarne, o zielonych oczach i czarnej, cętkowanej sierści. Najwyraźniej kot. Paweł zbierał właśnie drewno na opał, gdy zobaczył, jak zwierzę wypadło z domu Marii Antonowny, przecięło zasypaną śniegiem drogę i pomknęło w stronę lasu. Wstrzymując oddech, rozejrzał się dookoła. Nikt inny nie zauważył kota. W pobliżu nikogo nie było; w żadnym oknie nie paliło się światło. Smużki dymu — jedynej oznaki życia — unosiły się z mniej niż połowy kominów. Wydawało się, że gruba śnieżna czapa przydusiła całą wieś, gasząc wszelkie ślady istnienia. Na śniegu prawie nigdzie nie było widać odcisków stóp, nie przekopano w nim ani jednej ścieżki. Za dnia panowała taka sama cisza jak nocą. Nikt nie wstawał do pracy. Żaden z kolegów Pawła nie wychodził się bawić, wszyscy tkwili w domach, gdzie całe rodziny leżały w łóżkach, przytulone do siebie, wpatrując się w sufit ogromnymi, zapadłymi oczyma. Dorośli zaczęli wyglądać jak dzieci, a dzieci jak dorośli. Większość zrezygnowała już z poszukiwań czegokolwiek do jedzenia. W tych okolicznościach pojawienie się kota zakrawało niemal na cud — jakby nagle pojawiło się na ziemi stworzenie z gatunku od dawna uważanego za wymarły.

Paweł zamknął oczy, usiłując sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz jadł mięso. Gdy je otworzył, z ust płynęła mu ślina, ściekając strumieniem po brodzie. Starł ją wierzchem dłoni. W podnieceniu cisnął na śnieg naręcze chrustu i pobiegł do domu. Musiał zanieść tę niezwykłą nowinę swojej matce, Oksanie.

· · ·

Oksana siedziała owinięta wełnianym kocem, ze wzrokiem wbitym w podłogę. Nie wykonywała najdrobniejszego ruchu, oszczędzając siły i zastanawiając się, jak utrzymać przy życiu swoją rodzinę; myśli o tym wypełniały jej każdą godzinę jawy i każdy niespokojny sen. Należała do garstki tych, którzy się nie poddali. Nie mogła się poddać. Nigdy, dopóki miała synów. Ale sama determinacja nie wystarczała, Oksana musiała uważać: każdy chybiony wysiłek mógł oznaczać wyczerpanie, a wyczerpanie zawsze oznaczało śmierć. Przed kilkoma miesiącami Nikołaj Iwanowicz, jej sąsiad i przyjaciel, podjął rozpaczliwą próbę włamania do państwowego magazynu zbożowego. Nie wrócił do domu. Nazajutrz rano żona Nikołaja i Oksana ruszyły na poszukiwania. Znalazły jego zwłoki przy drodze, leżące na wznak — szkielet z wydętym brzuchem, napęczniałym od surowego ziarna, które połknął w ostatnich chwilach życia. Jego żona wybuchnęła płaczem, a Oksana wygrzebała z kieszeni zmarłego resztki zboża i podzieliła je na dwie części. Po powrocie do wsi żona Nikołaja opowiedziała wszystkim, co się stało. Zamiast współczucia wzbudziła zazdrość, ponieważ każdy myślał tylko o ziarnie, jakie udało się jej zdobyć. Oksana uważała jej gadatliwość za dowód skrajnej głupoty — naraziła je obie na niebezpieczeństwo.

Ze wspomnień wyrwał ją tupot szybkich kroków. Jeśli ktoś biegł, musiał mieć ważne wieści. Przestraszona zerwała się na nogi. Do pokoju wpadł Paweł i zdyszany oznajmił:

— Mamo, widziałem kota.

Podeszła do syna i chwyciła go za ręce. Była pewna, że chłopiec ma przywidzenia: głód potrafił płatać figle. Nie dostrzegła jednak na jego twarzy oznak delirium. Ujrzała przytomny wzrok i poważną minę. Mimo że Paweł miał dopiero dziesięć lat, już stał się mężczyzną. Okoliczności brutalnie odebrały mu dzieciństwo. Jego ojciec prawie na pewno zmarł, a jeśli jeszcze żył, to rodzina już go pogrzebała. Wyruszył do Kijowa w nadziei zdobycia jedzenia. Gdy ślad po nim zaginął, nikt nie musiał tego chłopcu tłumaczyć ani go pocieszać i Paweł sam zrozumiał, że ojciec nigdy już nie wróci. Teraz Oksana polegała na synu tak jak na sobie. Byli równorzędnymi partnerami, a Paweł przysiągł jej, że dokona tego, co nie powiodło się ojcu: zadba, żeby rodzina przeżyła.

Oksana dotknęła policzka syna.

— Potrafisz go złapać?

Uśmiechnął się z dumą.

— Gdybym miał kość.

Staw był zamarznięty. Oksana rozgarnęła śnieg i znalazła kamień. Obawiając się, że hałas mógłby zwrócić czyjąś uwagę, owinęła kamień w szal i wybiła nim mały otwór w lodzie, po czym odłożyła kamień. Zebrała się w sobie i syknęła, zanurzając rękę w czarnej, lodowatej wodzie. Wiedziała, że za kilka sekund zdrętwieje jej ramię, musiała się więc śpieszyć. Jej dłoń dotknęła dna i nie odnalazła niczego poza mułem. Gdzie to jest? W panice pochyliła się nad stawem, wsuwając w przerębel całe ramię, szukając z lewej i prawej, zupełnie tracąc czucie w ręce. Palce musnęły szkło. Z ulgą chwyciła butelkę i wyciągnęła. Skóra Oksany przybrała niebieskawy odcień, jak gdyby ktoś ją pobił. Nie przejmowała się tym jednak, ponieważ znalazła to, czego szukała — butelkę zatkaną bryłką smoły. Starła z niej warstwę szlamu i przyjrzała się zawartości. Wewnątrz znajdowała się kolekcja drobnych kostek.

Wróciła do domu, gdzie Paweł rozpalił ogień. Ogrzała nad płomieniem szyjkę butelki, z której zaczęły kapać na węgiel lepkie krople smoły. Czekając, Paweł zauważył zsiniałą skórę na ręce matki i roztarł jej ramię, pobudzając krążenie — jak zawsze bardzo się o nią troszczył. Gdy smoła się roztopiła, Oksana odwróciła butelkę do góry dnem i potrząsnęła nią. Kilka kości zaczepiło się o krawędź otworu. Wydłubała je i podała synowi. Paweł obejrzał kostki uważnie, skrobiąc i wąchając każdą z nich. Wreszcie wybrał najodpowiedniejszą i był gotów do wyjścia. Matka zatrzymała go.

— Zabierz brata.

Paweł uważał, że to zły pomysł. Jego młodszy brat był ociężały i niezdarny. Poza tym kot należał do niego. On go zobaczył i zamierzał go złapać sam. To miał być jego triumf. Matka wcisnęła mu do ręki drugą kość.

— Zabierz Andrieja.

· · ·

Andriej miał prawie osiem lat i bardzo kochał starszego brata. Rzadko wychodził z domu, spędzając większość czasu w pokoju w głębi domu, gdzie wszyscy troje spali, i bawił się talią kart. Dostał je w prezencie pożegnalnym od ojca, który przed wyjazdem do Kijowa zrobił karty ze sklejonych prostokątów pociętego papieru. Andriej wciąż czekał na jego powrót. Nikt mu nie powiedział, że może być inaczej. Ilekroć tęsknił za ojcem, czyli często, siadał z kartami na podłodze, układając je według kolorów, figur i liczb. Był pewien, że jeśli skończy układać całą talię, ojciec wróci. Czy nie dlatego podarował mu te karty przed wyjazdem? Oczywiście Andriej wolał grać z bratem, ale Paweł nie miał już czasu na zabawy. Ciągle pomagał matce i grał z nim jedynie wieczorem, tuż przed pójściem spać.

Do pokoju wszedł Paweł. Andriej uśmiechnął się, mając nadzieję, że zgodzi się zagrać z nim partyjkę, lecz brat przykucnął obok niego i zebrał karty z podłogi.

— Zostaw to. Wychodzimy. Gdzie masz łapcie?

Biorąc pytanie za rozkaz, Andriej wczołgał się pod łóżko i wydobył łapcie: dwa kawałki gumy wycięte z opony traktora i warstwę szmat, które przymocowane sznurkiem do podeszew służyły za buty. Paweł pomógł mu je mocno zawiązać, tłumacząc, że mają dziś szansę zjeść mięso, jeżeli tylko Andriej będzie go we wszystkim słuchał.

— Tato wraca?

— Nie wraca.

— Zgubił się?

— Tak, zgubił się.

— To kto nam przyniesie mięso?

— Sami je złapiemy.

Andriej wiedział, że jego brat jest zręcznym myśliwym. Udało mu się schwytać w pułapkę najwięcej szczurów ze wszystkich chłopaków w wiosce. Dziś po raz pierwszy zaprosił brata, by towarzyszył mu w tak ważnym zadaniu.

Gdy wyszli na śnieg, Andriej bardzo uważał, żeby nie upaść. Często potykał się i przewracał, bo cały świat wydawał mu się rozmazany. Widział wyraźnie tylko przedmioty, które trzymał bardzo blisko twarzy. Wszyscy uważali go za niedołęgę, Andriej zaś myślał, że każdy widzi świat tak samo jak on. Kiedy ktoś potrafił dostrzec człowieka z dużej odległości — gdy on widział tylko niewyraźną plamę — Andriej kładł to na karb inteligencji, doświadczenia czy innych przymiotów, których sam jeszcze nie posiadł. Postanowił, że dziś się nie wywróci, nie zrobi z siebie pośmiewiska i postara się, aby brat czuł się z niego dumny. Było to dla niego ważniejsze od perspektywy jedzenia mięsa.

Paweł przystanął na skraju lasu i pochylił się, oglądając ślady pozostawione na śniegu przez kota. Wprawa, z jaką je odnalazł, wydała się Andriejowi czymś nadzwyczajnym. Kucnął, przyglądając się z podziwem, jak brat dotyka odcisku kociej łapy. Andriej nie miał pojęcia o tropieniu i polowaniu.

— Tędy szedł ten kot?

Paweł skinął głową i spojrzał w głąb lasu.

— Trop jest słabo widoczny.

Naśladując brata, Andriej przesunął palcem po odcisku łapy, pytając:

— Co to znaczy?

— Kot jest lekki, a to znaczy, że będzie mniej do zjedzenia. Ale jak jest głodny, to pewnie łatwiej chwyci przynętę.

Andriej próbował pojąć sens tej informacji, ale myślami błądził gdzie indziej.

— Bracie, gdybyś miał być kartą, to którą? Asem czy królem, pikiem czy kierem?

Paweł westchnął, a Andriej, dotknięty tym wyrazem dezaprobaty, poczuł, jak napływają mu do oczu łzy.

— Jak odpowiem, obiecujesz, że nie będziesz więcej gadał?

— Obiecuję.

— Jeżeli będziesz gadał, kot się przestraszy i nigdy go nie złapiemy.

— Będę cicho.

— Byłbym waletem, tym rycerzem z mieczem. Pamiętaj, co obiecałeś — ani słowa.

Andriej pokiwał głową. Paweł wstał i wkroczyli do lasu.

· · ·

Szli długo — Andriej przypuszczał, że wiele godzin, choć poczucie czasu miał równie słabe jak wzrok. Przy blasku księżyca odbijającym się od śniegu jego starszy brat bez trudu podążał tropem kota. Zapuścili się głęboko w las, dalej, niż Andriej kiedykolwiek dotarł. Musiał często podbiegać, aby nie zostać w tyle. Bolały go nogi, bolał go brzuch. Doskwierało mu zimno i głód, a choć w domu nie było nic do jedzenia, tam przynajmniej nie dokuczał mu ból stóp. Sznurek, którym przymocował szmaty do kawałków opony, stawał się coraz luźniejszy i Andriej czuł, jak pod podeszwy wpada mu śnieg.

Nie śmiał prosić brata, aby stanął na chwilę i pomógł mu zawiązać łapcie. Obiecał — ani słowa. Wiedział, że niebawem śnieg stopnieje, szmaty przesiąkną wilgocią i stopy zaczną mu drętwieć. Próbując nie myśleć o niewygodach, zerwał gałązkę z młodego drzewka i zaczął żuć korę, rozdrabniając ją na grubą, gęstą papkę, która wkrótce zalepiła mu język i zęby. Słyszał od ludzi we wsi, że papka z kory pozwala oszukać głód. Wierzył im; warto było w to wierzyć.

Nagle Paweł dał mu znak, aby się zatrzymał. Andriej stanął w pół kroku. Zęby miał brązowe od grudek kory. Paweł przykucnął. Brat za jego przykładem też przypadł do ziemi, spoglądając w stronę lasu, chcąc zobaczyć, co przyciągnęło uwagę Pawła. Przymrużył oczy, usiłując dostrzec zarys drzew.

Paweł wpatrywał się w kota, który zdawał się nie odrywać od niego zielonych oczu. O czym myślał? Dlaczego nie uciekał? Ukryty w domu Marii zapewnie jeszcze się nie nauczył odczuwać strachu przed ludźmi. Paweł wyciągnął nóż, zaciął się w palec i rozmazał odrobinę krwi na kości kurczaka, którą dostał od matki. To samo zrobił z przynętą Andrieja, pękniętą czaszką szczura — użył własnej krwi, obawiając się, że brat może krzyknąć i spłoszyć kota. Bracia bez słowa rozdzielili się, odchodząc w przeciwnych kierunkach. W domu Paweł udzielił Andriejowi szczegółowych instrukcji, nie musieli więc niczego sobie wyjaśniać. Kiedy znaleźli się w pewnej odległości od siebie, zachodząc kota z dwu stron, położyli kości na śniegu. Paweł zerknął na brata, sprawdzając, czy czegoś nie spartaczył.

Postępując ściśle według wskazówek, Andriej wyciągnął z kieszeni sznurek. Paweł już wcześniej zawiązał na jego końcu pętlę, wystarczyło więc tylko umieścić ją wokół szczurzej czaszki. Andriej zrobił to, po czym cofnął się tak daleko, jak na to pozwalała długość sznurka, i położył się na brzuchu, słysząc pod sobą skrzypienie śniegu. Czatował. Dopiero teraz się zorientował, że prawie nie widzi przynęty. Miał przed oczyma tylko niewyraźną plamę. Nagle się przestraszył, pragnąc w duchu, żeby kot poszedł w stronę brata. Paweł na pewno nie popełni błędu, złapie zwierzaka i będą mogli wrócić do domu i go zjeść. Ze zdenerwowania i zimna zaczęły mu drżeć ręce. Starał się nad nimi zapanować. Zobaczył jakiś ruch: w jego kierunku sunął czarny kształt.

Oddech Andrieja topił śnieg tuż przed jego twarzą; pod jego ubranie zaczęły wpływać strużki lodowatej wody. Andriej miał nadzieję, że kot ruszy w drugą stronę, do pułapki brata, lecz w miarę jak plama się zbliżała, nie miał już wątpliwości, że ofiara wybrała jego. Oczywiście gdyby złapał kota, Paweł pokochałby go, zacząłby grać z nim w karty i już nigdy by się na niego nie złościł. Myśl o tym sprawiła mu taką przyjemność, że porzucił strach i ogarnęła go niecierpliwość. Tak, to on złapie kota. Zabije go. Udowodni, że wcale nie jest takim niedorajdą. Co mówił brat? Ostrzegał, żeby nie ciągnąć sidła za wcześnie. Gdyby kot się spłoszył, wszystko byłoby stracone. Właśnie z tego powodu Andriej dla pewności postanowił jeszcze trochę zaczekać, poza tym nie był pewien, gdzie dokładnie znajduje się kot. Za chwilę powinien wyraźnie zobaczyć czarne futro i cztery nogi. Odczeka jeszcze troszkę, jeszcze troszkę… Nagle usłyszał syk brata:

— Już!

Andriej wpadł w panikę. Wiele razy słyszał ten ton, który zawsze oznaczał, że zrobił coś nie tak. Zmrużył oczy i ujrzał kota stojącego w pułapce. Pociągnął sznurek. Ale za późno: kot zdążył uskoczyć przed pętlą. Mimo to Andriej szarpnął wiotki sznurek jeszcze raz w żałosnej nadziei, że na końcu może jednak będzie kot. Gdy w jego rękach znalazła się pusta pętla, poczuł, jak twarz oblewa mu rumieniec wstydu. W przystępie gniewu był gotów poderwać się z ziemi, dogonić kota i zadusić go albo roztrzaskać mu czaszkę. Nie ruszał się jednak z miejsca: zobaczył, że Paweł wciąż leży płasko na śniegu. Andriej, który nauczył się we wszystkim naśladować brata, zrobił więc to samo. Kiedy zmrużył oczy i wytężył wzrok, zauważył, że ciemna plama przesuwa się w kierunku pułapki Pawła.

Wściekłość na młodszego brata za jego nieporadność szybko ustąpiła miejsca radosnemu podnieceniu, które wywołała nierozwaga kota. Paweł napiął mięśnie pleców. Kot na pewno poczuł smak krwi, a głód był silniejszy od ostrożności. Przyglądał się, jak zwierzę przystanęło w pół kroku z jedną łapą w powietrzu, patrząc prosto na niego. Wstrzymał oddech: jego palce zacisnęły się wokół sznurka. Czekał, w milczeniu ponaglając kota.

Proszę. Proszę. Proszę.

Kot skoczył naprzód, otworzył pysk i chwycił kość. Paweł wybrał właściwy moment i szarpnął. W pętli utkwiła przednia łapa kota. Paweł zerwał się na nogi i naprężył sznurek, zaciskając pętlę. Kot próbował się wyrwać, lecz ciężka linka trzymała mocno i zwierzak runął na ziemię. Las wypełnił się przeraźliwym wrzaskiem, jak gdyby o życie walczyło znacznie większe stworzenie, miotając się na śniegu, wyginając ciało w łuk i usiłując złapać zębami sznurek. Paweł bał się, że węzeł nie wytrzyma. Sznurek był słaby i wystrzępiony. Gdy usiłował podejść, kot cofał się, utrzymując bezpieczną odległość. Paweł zawołał do brata:

— Zabij go!

Andriej wciąż się nie ruszał, nie chcąc popełnić kolejnego błędu. Teraz jednak usłyszał wyraźne polecenie. Zerwał się z ziemi i ruszył biegiem, ale natychmiast potknął się i upadł na twarz. Wyciągnąwszy nos ze śniegu, zobaczył przed sobą kota, który syczał, pluł i szarpał się jak oszalały. Gdyby sznurek pękł, kot byłby wolny, a brat znienawidziłby go na zawsze. Paweł krzyknął schrypniętym, rozgorączkowanym głosem:

— Zabij go! Zabij go! Zabij go!

Andriej stanął na chwiejnych nogach i nie bardzo wiedząc, co właściwie robi, skoczył naprzód i przykrył sobą szamoczące się ciało kota. Może miał nadzieję, że zabije go siłą uderzenia. Ale leżąc na zwierzęciu, czuł, że kot żyje i wije się pod jego brzuchem, drapiąc płótno worka na zboże, z którego on miał uszytą kurtkę. Rozpłaszczając się na śniegu, by nie pozwolić kotu uciec, Andriej obejrzał się za siebie, błagając wzrokiem Pawła, aby wziął sprawę w swoje ręce.

— Jeszcze żyje!

Paweł podbiegł do niego, opadł na kolana i sięgnął pod brzuch młodszego brata, lecz jego dłoń napotkała zęby kota, który błyskawicznie go ugryzł. Wyszarpnął ręce. Nie zważając na krwawiący palec, przegramolił się na drugą stronę i jeszcze raz wsunął ręce, tym razem trafiając na ogon. Jego palce zaczęły się skradać po grzbiecie kota. Przed atakiem z tej strony zwierzę nie mogło się bronić.

Andriej nadal leżał nieruchomo, czując rozgrywającą się pod sobą walkę. Dłonie brata nieubłaganie zbliżały się do kociego łba. Kot, zdając sobie sprawę, że to oznacza dla niego śmierć, zaczął gryźć wszystko — jego kurtkę, śnieg — oszalały ze strachu, strachu, który Andriej odczuwał jako wibracje w żołądku. Naśladując brata, Andriej krzyknął:

— Zabij go! Zabij go! Zabij go!

Paweł złamał stworzeniu kark. Przez chwilę żaden z nich się nie odzywał. Leżeli, oddychając głęboko. Paweł oparł głowę o plecy Andrieja, wciąż zaciskając palce na karku kota. Wreszcie wyciągnął ręce spod brata i wstał. Andriej pozostał na śniegu, nie mając odwagi się ruszyć.

— Możesz już wstać.

Mógł już wstać. Mógł stanąć u boku brata. Z dumą. Andriej nie zawiódł. Wywiązał się z zadania. Chwycił rękę brata i podniósł się na nogi. Paweł nie zdołałby złapać kota bez jego pomocy. Sznurek na pewno by się zerwał. Andriej uśmiechnął się, a po chwili wybuchnął śmiechem, klaszcząc w dłonie i tańcząc w miejscu. Czuł się szczęśliwy jak jeszcze nigdy w życiu. Zostali zespołem. Brat objął go, po czym obaj spojrzeli na swoje trofeum: wciśniętego w śnieg martwego, wychudzonego kota.

Chcąc niepostrzeżenie zanieść zdobycz do wsi, musieli zachować wyjątkową ostrożność. O taki łup ludzie byliby gotowi walczyć na śmierć i życie, a wrzaski kota mogły kogoś zaalarmować. Paweł nie zamierzał zdawać się na los. Nie mieli ze sobą żadnego worka. Na poczekaniu wymyślił, że ukryją kota pod stertą patyków. Gdyby w drodze do domu ktoś ich spotkał, pomyślałby, że zbierają chrust, i nie zadawałby żadnych pytań. Podniósł kota ze śniegu.

— Przykryję go patykami, żeby nikt go nie zobaczył. Ale gdybyśmy naprawdę zbierali chrust, ty też musiałbyś nieść patyki.

Andriej był pod wrażeniem logicznego rozumowania brata — jemu w ogóle nie przyszłoby to do głowy. Zabrał się do zbierania drewna. Trudno było znaleźć patyki, ponieważ wszędzie leżał śnieg, który Andriej musiał rozgarniać gołymi rękami, przeszukując zamarzniętą ziemię. Co chwilę rozcierał ręce i chuchał na zgrabiałe palce. Zaczęło mu lecieć z nosa i wkrótce miał na górnej wardze lodowatą skorupę. Nie przejmował się tym jednak, nie po dzisiejszym triumfie. Ponownie zanurzając ręce w śniegu, zaczął nawet nucić piosenkę, którą dawniej śpiewał im ojciec.

Paweł, mając taki sam kłopot ze znalezieniem patyków, oddalił się od młodszego brata. Musieli się rozdzielić. W pewnej odległości zobaczył powalone drzewo z gałęziami sterczącymi we wszystkie strony. Pobiegł tam, położywszy kota na śniegu, aby mieć wolne ręce, i zaczął odłamywać od pnia wszystkie martwe gałązki. Drewna było mnóstwo, więcej, niż obaj mogliby unieść. Paweł rozejrzał się, szukając Andrieja. Już chciał go zawołać, gdy nagle słowa zamarły mu na wargach. Usłyszał jakiś odgłos. Odwrócił się gwałtownie i spojrzał między drzewa. Las był gęsty i ciemny. Zamknął oczy, skupiając się na tym dźwięku — rytmicznym skrzyp, skrzyp, skrzyp śniegu. W coraz szybszym tempie, coraz bliżej. Poczuł przypływ adrenaliny. Otworzył oczy. W ciemności coś się poruszało: przez las biegł jakiś mężczyzna. Trzymał ciężką, grubą gałąź. Sadził długimi krokami, kierując się prosto w stronę Pawła. Pewnie słyszał, jak zabili kota, i chciał ukraść im cenną zdobycz. Ale Paweł nie miał zamiaru do tego dopuścić: nie pozwoli umrzeć z głodu matce. Nie zawiedzie jak ojciec. Zaczął nogami przysypywać kota śniegiem, by go ukryć.

— Zbieramy…

Głos uwiązł mu w gardle, bo mężczyzna wypadł spomiędzy drzew z uniesioną gałęzią. Dopiero teraz, widząc wymizerowaną twarz i dzikie oczy tego człowieka, Paweł zorientował się, że nieznajomy nie chce zabrać kota. Chciał wziąć jego.

Usta Pawła rozchyliły się niemal w tym samym momencie, gdy gałąź ze świstem przecięła powietrze i uderzyła go w ciemię. Nie poczuł niczego, zdał sobie tylko sprawę, że już nie stoi. Klęczał na jednym kolanie. Unosząc przechyloną na bok głowę, z jednym okiem zalanym krwią, przyglądał się, jak mężczyzna unosi gałąź, szykując się do zadania drugiego ciosu.

Andriej przestał nucić. Paweł go zawołał? Znalazł tylko parę patyków, na pewno nie tyle, ile wymagał ich plan, i nie chciał dostać bury, zwłaszcza że tak dzielnie się dziś spisał. Wstał, wyciągając ręce ze śniegu. Patrzył w głąb lasu, mrużąc oczy, lecz nawet najbliższe z drzew miały zamazane kontury.

— Paweł?

Nikt nie odpowiadał. Jeszcze raz zawołał brata. Czyżby to miała być zabawa? Nie, Paweł już od dawna się z nim nie bawił. Andriej poszedł w stronę miejsca, gdzie ostatni raz mignął mu brat, nic jednak nie widział. To było głupie. Przecież to nie on miał szukać Pawła, ale Paweł miał znaleźć jego. Coś było nie tak. Znów zawołał, tym razem głośniej. Dlaczego brat nie odpowiada? Andriej otarł nos szorstkim rękawem kurtki, zastanawiając się, czy to jakaś próba. Co w tej sytuacji zrobiłby jego brat? Znalazłby trop. Andriej rzucił patyki i ukląkł, szukając śladów na śniegu. Znalazł własne i wrócił po nich do miejsca, gdzie zostawił brata. Dumny z siebie ruszył po śladach Pawła. Gdyby się wyprostował, nie widziałby ich, więc poruszał się skulony, z nosem blisko ziemi, jak pies, który zwęszył trop zwierzyny.

Dotarł do zwalonego drzewa, gdzie ujrzał rozsypane patyki i mnóstwo śladów stóp — wśród nich duże i głębokie. Śnieg był czerwony. Andriej wziął garść i ścisnął, patrząc, jak spomiędzy palców wypływa krew.

— Paweł!

Krzyczał, aż rozbolało go gardło i stracił głos. Jęcząc bezsilnie, chciał powiedzieć bratu, że może sobie wziąć jego kawałek kota. Niech tylko wróci. Ale nic z tego. Brat go zostawił. Andriej był sam.

· · ·

Oksana ukryła za cegłami pieca niewielki woreczek sproszkowanych łodyg kukurydzy, lebiody i rozgniecionych obierzyn ziemniaczanych. Podczas kontroli zawsze palił się wątły ogień. Inspektorzy, których przysłano, by sprawdzili, czy Oksana nie robi zapasów, nigdy nie zaglądali do schowka za płomieniami. Traktowali ją podejrzliwie — nie mogli pojąć, dlaczego jest zdrowa, podczas gdy inni chorowali, jak gdyby zdrowie było przestępstwem. Nie znajdując w domu Oksany żadnej żywności, nie mogli jej jednak napiętnować jako kułaczki. Zamiast wykonać egzekucję na miejscu, dali jej spokój, by umierała powoli. Nauczyła się już, że siłą ich nie pokona. Przed kilku laty, gdy władze ogłosiły, że wysyłają ludzi po cerkiewny dzwon, stanęła na czele protestu. Dzwon miał zostać przetopiony. Oksana i cztery kobiety zamknęły się w dzwonnicy i zaczęły dzwonić, nie pozwalając, by funkcjonariusze go zabrali. Oksana krzyczała, że dzwon jest własnością Boga. Tego dnia mogła zginąć, ale dowódca grupy postanowił oszczędzić kobiety. Po wyłamaniu drzwi oświadczył, że dostał tylko rozkaz zabrania dzwonu, ponieważ metal jest niezbędny krajowi dokonującemu rewolucji przemysłowej. W odpowiedzi na to Oksana splunęła na ziemię. Kiedy państwo zaczęło odbierać żywność mieszkańcom wsi, dowodząc, że nie należy do nich, tylko do kraju, Oksana pamiętała tamtą nauczkę. Zamiast demonstrować siłę, udawała posłuszeństwo, chowając sprzeciw w sercu.

Dziś jej rodzinę czekała prawdziwa uczta. Oksana stopiła grudy śniegu, zagotowała wodę i zagęściła sproszkowanymi łodygami kukurydzy. Następnie dodała pozostałe kości z butelki. Po zagotowaniu zamierzała zemleć je na mączkę. Oczywiście wyprzedzała fakty. Paweł jeszcze nie wrócił. Ale była niemal pewna, że mu się powiedzie. Bóg, który poddawał ją tak ciężkim próbom, na szczęście zesłał jej syna do pomocy. Mimo to obiecała sobie, że nawet gdyby nie zdołał złapać kota, nie będzie na niego zła. Las był wielki, kot mały, a złość i tak oznaczała tylko stratę energii. Chociaż starała się przygotować na rozczarowanie, perspektywa zupy z mięsa i ziemniaków przyprawiała ją o zawrót głowy.

W drzwiach stanął Andriej z podrapaną twarzą, w kurtce oblepionej śniegiem, zasmarkany i ze śladami krwi pod nosem. Jego łapcie zupełnie się rozpadły i ze szmat prześwitywały gołe palce stóp. Oksana podbiegła do niego.

— Gdzie twój brat?

— Zostawił mnie.

Andriej się rozpłakał. Nie wiedział, gdzie jest jego brat. Nie rozumiał, co się stało. Nie potrafił niczego wytłumaczyć. Wiedział, że matka go znienawidzi. Wiedział, że to będzie jego wina, choć zrobił wszystko jak trzeba, choć to Paweł go zostawił, a nie on jego.

Oksanie zabrakło tchu w piersiach. Odsunęła Andrieja na bok, wypadła z domu i spojrzała w stronę lasu. Nigdzie nie było śladu Pawła. Może upadł i zrobił sobie coś złego, może potrzebuje pomocy. Wbiegła z powrotem, domagając się wyjaśnień, i zobaczyła Andrieja stojącego przy garnku zupy, z łyżką w ustach. Przyłapany na gorącym uczynku wlepił w matkę zmieszane spojrzenie, nie próbując nawet otrzeć strużki kartoflanki ściekającej mu po brodzie. W przystępie gniewu — z powodu śmierci męża, a teraz zaginięcia syna — Oksana rzuciła się naprzód, przewróciła Andrieja na podłogę i wepchnęła mu drewnianą łyżkę do gardła.

— Kiedy wyciągnę ci z buzi łyżkę, masz mi zaraz powiedzieć, co się stało, bo inaczej cię zabiję.

Ale gdy tylko wyjęła łyżkę, Andriej się rozkaszlał. Z wściekłością wpakowała mu łyżkę z powrotem.

— Ty głupi darmozjadzie, łamago, gdzie jest mój syn? Gdzie?

Znów wyciągnęła łyżkę, ale Andriej płakał i nie potrafił wykrztusić ani słowa. Łkał i kaszlał, więc zaczęła go bić, tłukąc w chudą pierś.

Przestała dopiero wówczas, gdy zauważyła, że zupa za chwilę wykipi. Wstała i zdjęła garnek z ognia.

Andriej kwilił skulony na podłodze. Oksana spojrzała na niego, czując, jak złość z niej opada. Chłopiec był taki drobny. Pochyliła się, podniosła go i posadziła na krześle. Otuliła go swoim kocem i nalała mu miskę zupy, wielką porcję, jakiej nigdy dotąd nie dostał. Próbowała karmić go łyżką, lecz nie chciał otworzyć ust. Nie ufał jej. Podała mu łyżkę. Przestał płakać i zabrał się do jedzenia. Gdy skończył, nalała mu drugą porcję i nakazała jeść wolniej. Nie zwracając na nią uwagi, zjadł drugą miskę. Oksana bardzo cicho zapytała, co się stało, i słuchała, jak mówił o krwi na śniegu, o rozsypanych patykach, o zniknięciu brata i dużych, głębokich śladach. Zamknęła oczy.

— Twój brat nie żyje. Zabrali Pawła, żeby go zjeść. Rozumiesz? Wy polowaliście na kota, a ktoś polował na was. Rozumiesz?

Andriej milczał, patrząc na łzy matki. Prawdę mówiąc, nie rozumiał. Przyglądał się, jak matka wstaje i wychodzi z domu. Słysząc jej głos, podbiegł do drzwi.

Oksana klęczała w śniegu z twarzą zwróconą do księżyca w pełni.

— Boże, błagam, oddaj mi syna.

Tylko Bóg mógłby sprowadzić go do domu. Przecież nie prosiła wcale o wiele. Czyżby Bóg miał taką krótką pamięć? Ryzykowała własne życie, by ocalić Jego dzwon. W zamian chciała tylko syna, osobę, dla której żyła.

W drzwiach kilku domów pojawili się sąsiedzi. Patrzyli na Oksanę. Słuchali jej lamentów. Taka rozpacz jednak nie była niczym niezwykłym, więc nie przyglądali się kobiecie zbyt długo.

Dwadzieścia lat później

Moskwa

11 lutego 1953

Śnieżka trafiła Jurę w tył głowy. Zaskoczony atakiem poczuł, jak śnieg rozpryskuje mu się na uszach. Za plecami usłyszał śmiech swojego młodszego brata — głośny i radosny śmiech, w którym brzmiała duma z celnego strzału, mimo że był to czysty przypadek, fuks. Jura strzepnął lód z kołnierza kurtki, ale kawałki dostały się pod ubranie. Zaczęły topnieć, powoli spływały mu po plecach, pozostawiając na skórze zimne, mokre ślady. Wyszarpnął koszulę ze spodni i wsunął rękę najdalej, jak się dało, próbując je zetrzeć.

Nie mogąc uwierzyć w beztroskę brata — który zamiast mieć przeciwnika na oku, zajmował się własną koszulą — Arkady bez pośpiechu lepił nowy pocisk, ubijając garści śniegu. Jeżeli kula będzie za duża, nie trafi w cel: nieporęczna, nie nabierze właściwej prędkości i łatwo się będzie przed nią uchylić. Długo popełniał ten sam błąd, lepiąc za duże śnieżki. Zamiast mieć większą siłę rażenia, jeszcze w powietrzu zostawały unieszkodliwione przez brata, a najczęściej same się rozpadały, zanim dosięgły celu. Nieraz bawili się z Jurą na śniegu. Czasem towarzyszyły im inne dzieci, ale zazwyczaj sami toczyli walkę. Niewinna z początku bitwa stawała się coraz zacieklejsza z każdym rzuconym pociskiem. Arkady nigdy dotąd nie wygrał. Zawsze zasypywał go grad szybkich i precyzyjnie wymierzonych śnieżek brata. Każda zabawa kończyła się tak samo: frustracją, kapitulacją i złością albo, co gorsza, płaczem i sromotną ucieczką. Arkady nie cierpiał ciągle przegrywać, nie cierpiał też swojej reakcji na porażkę. Jedynym powodem, dla którego wciąż brał udział w śnieżnych potyczkach, była nadzieja, że dziś będzie inaczej, że dziś wygra. Ten dzień wreszcie nadszedł. Miał szansę. Ruszył w stronę brata, ale zanadto się nie zbliżał: chciał, żeby rzut się liczył. Atak z bliska nie był uznawany.

Jura zobaczył, co się święci: biała piguła zakreśliła łuk w powietrzu, nie za duża, nie za mała, dokładnie taka, jakie sam lepił. Nic nie mógł zrobić. Trzymał ręce za plecami. Musiał przyznać, że jego młodszy brat szybko się uczył.

Śnieżka trafiła go w czubek nosa, zalepiając mu oczy, nozdrza, usta, pokrywając białą skorupą całą twarz. Cofnął się o krok. Rzut był doskonały — oznaczał koniec zabawy. Jura został pokonany przez młodszego brata, chłopca, który nie skończył jeszcze pięciu lat. Dopiero teraz jednak, gdy po raz pierwszy poniósł porażkę, potrafił docenić wagę zwycięstwa. Brat znowu się roześmiał — demonstracyjnie, z przesadną wesołością, jak gdyby nie było nic zabawniejszego na świecie niż trafienie kogoś śnieżką w twarz. On przynajmniej nigdy nie chełpił się tak jak Arkady; nigdy nie pękał ze śmiechu ani nie czerpał tak ogromnej satysfakcji ze swoich zwycięstw. Jego młodszy brat nie umiał przegrywać i jeszcze bardziej nie umiał wygrywać. Trzeba mu dać dobrą nauczkę, utrzeć nosa. Wygrał jedną walkę, to wszystko; raz dopisało mu szczęście w nic nieznaczącej zabawie, jednej na sto: nie — jednej na tysiąc. A teraz zachowuje się, jak gdyby wyrównali ze sobą rachunki, a może nawet zdaje mu się, że jest od niego lepszy? Jura kucnął, sięgnął ręką głęboko w śnieg aż do ziemi i nabrał garść zmrożonego błota, piasku i kamyków.

Widząc, że starszy brat lepi następną śnieżkę, Arkady odwrócił się i dał drapaka. Spodziewał się zemsty: wiedział, że pocisk będzie starannie przygotowany i rzucony z całej siły. Nie zamierzał stać się jego celem. Bezpieczeństwo zapewniała jedynie ucieczka. Kula, choćby najlepiej ulepiona i rzucona z największą precyzją, pokonawszy pewną odległość, musiała zacząć się rozpadać. Gdyby nawet trafiła w cel, byłaby niegroźna, prawie niewarta wysiłku włożonego w rzut. Arkady wiedział, że jeśli uda mu się uciec, zakończy bitwę upojony poczuciem triumfu. Nie chciał, aby brat odwrócił los bitwy, bombardując go szybką serią. Nie: trzeba uciec i ogłosić zwycięstwo. Skończyć już teraz. Będzie się mógł cieszyć przynajmniej do jutra, kiedy prawdopodobnie znów przegra. Ale to dopiero jutro. Dziś mógł świętować sukces.

Usłyszał, jak brat go zawołał. Odwrócił się z uśmiechem, nie zwalniając kroku — pewien, że jest już poza zasięgiem pocisku.

I nagle poczuł, jak gdyby dostał pięścią w nos. Głowa odskoczyła mu na bok, ziemia usunęła się spod nóg i na sekundę uniósł się w powietrze. Gdy wylądował, nogi się pod nim ugięły i runął jak długi na śnieg — zbyt oszołomiony, by wyciągnąć przed siebie ręce. Leżał przez chwilę, nie rozumiejąc, co się stało. Miał w ustach piasek, błoto, ślinę i krew. Ostrożnie wsunął palec między wargi. Zęby były w dotyku chropowate, jak gdyby ktoś siłą nakarmił go piaskiem. Wyczuł przerwę. Miał wybity ząb. Wybuchając płaczem, wypluł na śnieg lepką miazgę, rozgrzebując ją w poszukiwaniu zęba. W tej chwili tylko to było ważne, nic innego go nie obchodziło. Musiał odnaleźć ząb. Gdzie on jest? Na bieli śniegu nie mógł go jednak nigdzie dojrzeć. Ząb zniknął. Arkady nie płakał z bólu, lecz z wściekłości na niesprawiedliwość, jaka go spotkała. Czy nie mógł wygrać chociaż jednej bitwy? Przecież uczciwie zwyciężył. Czy brat nie umiał tego przyznać?

Jura podbiegł do niego. Gdy tylko cisnął w brata bryłę z błota, piasku, lodu i kamieni, natychmiast pożałował swojej decyzji. Zawołał Arkadego, chcąc go ostrzec, a on, zamiast się uchylić, odwrócił się, wystawiając twarz na nadlatujący pocisk. Wyglądało na to, że zamiast mu pomóc, wyjątkowo perfidnie wykończył atak. Zbliżając się do Arkadego, zobaczył na śniegu krew i zrobiło mu się niedobrze. Stało się. Sprawił, że ich zabawa, którą uwielbiał najbardziej na świecie, zmieniła się w coś okropnego. Dlaczego nie pozwolił bratu wygrać? Przecież mógł się odegrać jutro, pojutrze i popojutrze. Poczuł wstyd.

Jura przysiadł obok młodszego brata i położył mu dłoń na ramieniu. Arkady strząsnął ją z siebie, zwracając ku niemu zaczerwienione, pełne łez oczy i zakrwawione usta. Wyglądał jak dzikie zwierzę. Nie odzywał się. Całą twarz miał ściągniętą gniewem. Wstał, chwiejąc się lekko.

— Arkady?

W odpowiedzi brat otworzył usta i wydał okrzyk przypominający szczeknięcie psa. Jura zobaczył tylko brudne zęby, Arkady odwrócił się i uciekł.

— Arkady, zaczekaj!

Arkady jednak nie czekał — nie zatrzymywał się, nie chciał wysłuchiwać przeprosin Jury. Biegł co sił w nogach, szukając językiem świeżej szpary między przednimi zębami. Gdy ją odnalazł i czubkiem języka dotknął dziąsła, miał nadzieję, że już nigdy więcej nie zobaczy swojego brata.

14 lutego

Lew patrzył na blok numer 18 — kilkupiętrowy klocek z szarego betonu. Było późne popołudnie, już po zmierzchu. Cały dzień pracy pochłonęło mu zadanie równie nieprzyjemne, jak nieistotne. Według milicyjnego raportu przy linii kolejowej znaleziono zwłoki chłopca w wieku czterech lat i dziesięciu miesięcy. Poprzedniego wieczoru chłopiec bawił się przy torach i potrącił go pociąg pasażerski; koła przecięły jego ciało. Maszynista osobowego z 21.00 do Chabarowska zawiadomił na pierwszej stacji, że krótko po odjeździe z Dworca Jarosławskiego dostrzegł na torach kogoś lub coś. Nie ustalono jeszcze, czy właśnie pod ten pociąg wpadł chłopiec. Może maszynista nie chciał się przyznać do potrącenia dziecka. Nie było jednak potrzeby pilnego wyjaśniania tej kwestii: zdarzył się nieszczęśliwy wypadek, za który nikt nie ponosił winy. Sprawa powinna wkrótce zostać zamknięta.

Zwykle nie było powodu, by wydarzeniami tego rodzaju interesował się Lew Stiepanowicz Demidow — młody, obiecujący funkcjonariusz MGB, Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego. Cóż mogły go obchodzić wypadki? Strata syna była ogromną tragedią dla rodziny i krewnych, ale mówiąc bez ogródek, w skali całego kraju nie miała żadnego znaczenia. Organy bezpieczeństwa nie zajmowały się bezmyślnymi dziećmi, o ile te nie zaczynały bezmyślnie mleć językiem. Jednak w tym akurat wypadku sytuacja nieoczekiwanie się skomplikowała. Ból rodziców przybrał szczególną formę. Wyglądało na to, iż nie potrafią się pogodzić z tym, że ich syn (Lew zajrzał do raportu, chcąc zapamiętać imię i nazwisko — Arkady Fiodorowicz Andriejew) sam odpowiada za własną śmierć. Powtarzali ludziom, że został zamordowany. Przez kogo — nie mieli pojęcia. Z jakiego powodu — nie mieli pojęcia. Jak w ogóle mogło do tego dojść — również nie mieli pojęcia. Mimo to, nie podając żadnych wiarygodnych i logicznych argumentów, mogli przemówić do ludzkich emocji. Istniało realne ryzyko, że uda im się przekonać łatwowierne osoby: sąsiadów, przyjaciół i nieznajomych — każdego, kto zechciał ich wysłuchać.

Na domiar złego ojciec chłopca, Fiodor Andriejew, był niższym rangą funkcjonariuszem MGB i traf chciał, że także jednym z podkomendnych Lwa. Nie dość, że w ogóle nie powinien wygłaszać opinii tego rodzaju, to jeszcze kompromitował MGB, wykorzystując swój autorytet do uwiarygodnienia zupełnie nieprawdopodobnych teorii. Naruszył zasady. Dopuścił do tego, by uczucia przesłoniły mu rzeczywisty obraz sytuacji. Gdyby nie okoliczności łagodzące, Lew przyszedłby tu z rozkazem aresztowania tego człowieka. Sprawa stała się śliska. Aby ją wyjaśnić, musiał chwilowo porzucić delikatne, naprawdę poważne zadanie.

Nie ciesząc się z perspektywy starcia z Fiodorem, Lew powoli wchodził po schodach, rozmyślając o drodze, jaka doprowadziła go do obecnej funkcji — nadzorcy ludzkich reakcji. Nigdy nie zamierzał pracować w Ministerstwie Bezpieczeństwa Państwowego; karierę zawdzięczał służbie wojskowej. Podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej został przyjęty do jednostki specjalnej — OMSBON-u, samodzielnej brygady zmotoryzowanej specjalnego przeznaczenia. Żołnierze trzeciego i czwartego batalionu jednostki rekrutowali się spośród studentów Centralnego Instytutu Kultury Fizycznej, w którym uczył się Lew. Wyselekcjonowano kandydatów odznaczających się największą sprawnością fizyczną i przewieziono do obozu szkoleniowego w Mytiszczach, na północ od Moskwy, gdzie uczono ich walki wręcz, skoków spadochronowych z małej wysokości i używania materiałów wybuchowych. Obóz należał do NKWD, jak nazywał się wówczas centralny organ bezpieczeństwa wewnętrznego, przed wyodrębnieniem z niego MGB. Bataliony nie podlegały dowództwu armii, ale bezpośrednio NKWD, co znajdowało odzwierciedlenie w charakterze ich misji. Żołnierzy wysyłano na tyły wroga z zadaniem niszczenia infrastruktury, zbierania informacji i dokonywania zabójstw — byli tajnym oddziałem komandosów.

Podobała mu się samodzielność operacji prowadzonych przez jego jednostkę, lecz wolał nie dzielić się z nikim tym odczuciem. Lubił świadomość, choć może było to tylko wrażenie, że sam decyduje o własnym losie. Rozwinął skrzydła. Wkrótce został odznaczony Orderem Suworowa drugiej klasy. Dzięki zimnej krwi, sukcesom wojennym, urodzie, a przede wszystkim szczerej i niezachwianej wierze w swój kraj stał się modelem — i to dosłownie — żołnierza Armii Czerwonej niosącej wolność terenom okupowanym przez Niemców. Wraz z grupą kolegów z różnych dywizji pozował do zdjęcia: z minami zwycięzców wznosili karabiny, stojąc wokół wraku spalonego niemieckiego czołgu, nad zwłokami nieprzyjaciół. W tle widać było dym unoszący się nad dogasającymi wioskami. Śmierć, zniszczenie i triumfalne uśmiechy — Lwa, ze względu na jego zdrowe, białe zęby i szerokie ramiona, umieszczono na pierwszym planie fotografii. Tydzień później zdjęcie trafiło na pierwszą stronę „Prawdy” i Lew zaczął odbierać gratulacje od nieznajomych, wojskowych i cywilów, którzy chcieli uścisnąć mu dłoń i wziąć w objęcia żywy symbol zwycięstwa.

Po wojnie Lew przeszedł z OMSBON-u do NKWD, co stanowiło logiczne następstwo rzeczy. Nie zadawał żadnych pytań: taką drogę wytyczyli mu przełożeni, więc wkroczył na nią z podniesioną głową. Kraj mógłby mu wyznaczyć inne zadanie, a on wykonałby je równie chętnie. Gdyby mu rozkazano, zgodziłby się zostać strażnikiem kołymskich gułagów w arktycznej tundrze. Miał tylko jedno pragnienie: służyć swojemu państwu, które pokonało faszyzm, zapewniło obywatelom darmową edukację i opiekę medyczną, było orędownikiem praw robotników na całym świecie, państwu, które jego ojcu — pracującemu przy taśmie robotnikowi z fabryki amunicji — płaciło pensję porównywalną z poborami dyplomowanego lekarza. Choć służba w MGB miewała przykre strony, rozumiał konieczność strzeżenia rewolucji przed wrogiem zewnętrznym i wewnętrznym, przed tymi, którzy próbowali ją osłabić i zdecydowanie pragnęli doprowadzić do jej upadku. Temu celowi Lew był gotów oddać życie. I poświęcić życie innych.

Dziś jego bohaterstwo i wyszkolenie wojskowe nie miało żadnego znaczenia. Nie szedł na spotkanie z wrogiem. Chodziło o rozmowę z kolegą, współpracownikiem, z pogrążonym w bólu ojcem. Mimo to obowiązywała go procedura, a ojciec w żałobie był obiektem śledztwa MGB. Lew musiał postępować ostrożnie. Nie mógł ulec uczuciom, które zaślepiły Fiodora. Ta histeria narażała na niebezpieczeństwo porządną rodzinę. Jeżeli nie uda mu się powstrzymać gadania o morderstwie, plotka rozpleni się jak chwast, wzbudzając w ludziach niepokój i niepewność co do prawdy będącej jednym z filarów nowego społeczeństwa:

Przestępstwo nie istnieje.

Niewiele osób wierzyło w to bez zastrzeżeń. Społeczeństwo, jeszcze niedoskonałe, nie pozbyło się wszystkich skaz: nadal było w okresie przejściowym. Lew jako funkcjonariusz MGB miał obowiązek studiować dzieła Lenina; właściwie był to obowiązek ogółu obywateli. Wiedział, że ekscesy społeczne — przestępstwa — wygasną, w miarę jak zacznie zanikać ubóstwo i niedostatek. Nie osiągnęli jeszcze tego poziomu. Nadal dochodziło do kradzieży, pijackie kłótnie kończyły się rękoczynami: grasowały bandy urków — przestępców. Ale ludzie musieli wierzyć, że czeka ich lepszy byt. Nazwanie tego zdarzenia morderstwem, dzieciobójstwem stanowiło ogromny krok wstecz. Przełożony Lwa i jego mentor, major Janusz Kuźmin, opowiadał mu o procesach z 1937 roku, podczas których Stalin oświadczył oskarżonym, że „stracili wiarę”.

Stracili wiarę

Wrogami partii byli nie tylko sabotażyści, szpiedzy i niszczyciele przemysłu, lecz także ci, którzy wątpili w linię partii, wątpili w społeczeństwo, jakie miało się narodzić. Zgodnie z tą zasadą Fiodor, jego kolega i współpracownik, naprawdę stał się wrogiem.

Misja Lwa polegała na tym, by położyć kres bezpodstawnym spekulacjom i ocalić rodzinę od zguby. Wieści o morderstwie niosły ze sobą dramatyzm, który niewątpliwie przemawiał do pewnego typu ludzi o wybujałej wyobraźni. Gdyby zaszła taka potrzeba, był gotów postawić sprawę twardo: chłopiec popełnił błąd, za który zapłacił życiem. Nikt inny nie musiał cierpieć z powodu jego lekkomyślności.

A może to jednak za ostro? Nie musiał posuwać się tak daleko. Sytuacja wymagała od niego taktu. Byli zdenerwowani — to wszystko. Powinien okazać im cierpliwość. Pamiętać, że nie rozumują logicznie. Przedstawić fakty. Nie przyszedł tu grozić, przynajmniej nie od razu: przyszedł im pomóc. Przyszedł przywrócić wiarę.

Lew zapukał i drzwi otworzył Fiodor. Lew skłonił głowę.

— Przykro mi z powodu tego, co się stało.

— Dziękuję, że przyszedłeś.

Fiodor cofnął się, wpuszczając Lwa do mieszkania.

Wszystkie miejsca były zajęte. W pokoju panował tłok, jak gdyby odbywało się tu zebranie wioski. Starsi ludzie i dzieci — było jasne, że zgromadziła się cała rodzina. Nietrudno sobie wyobrazić, jak bardzo podgrzały się emocje w takiej atmosferze. Niewątpliwie utwierdzali się nawzajem w przekonaniu, że za śmierć ich ukochanego malca winę ponosi jakaś tajemnicza siła. Może dzięki temu łatwiej było im się pogodzić ze stratą. Może mieli wyrzuty sumienia, że nie nauczyli chłopca trzymać się z daleka od torów kolejowych. Wśród twarzy Lew rozpoznał kilku kolegów Fiodora z pracy. Zastani w jego mieszkaniu sprawiali wrażenie zmieszanych. Nie wiedzieli, co zrobić, unikali kontaktu wzrokowego i wyraźnie chcieli wyjść, choć nie czuli się na siłach. Lew odwrócił się do Fiodora.

— Nie byłoby nam łatwiej porozmawiać na osobności?

— Proszę cię, to moja rodzina: chce usłyszeć, co masz nam do powiedzenia.

Lew rozejrzał się, widząc około dwudziestu par oczu utkwionych w sobie. Wrogich oczu ludzi, którzy już wiedzieli, co zamierza powiedzieć. Śmierć chłopca wzbudziła w nich złość i w ten sposób wyrażali ból. Lew musiał po prostu przyjąć do wiadomości, że jest głównym obiektem ich gniewu.

— Chyba nie ma nic gorszego niż strata dziecka. Pracowaliśmy już razem, kiedy wspólnie z żoną świętowałeś narodziny syna. Pamiętam, jak ci gratulowałem. I z głębokim smutkiem składam teraz wyrazy współczucia.

Zabrzmiało to nieco sztywno, ale Lew mówił szczerze. Odpowiedziało mu milczenie. Ciągnął, starannie dobierając słowa:

— Nigdy nie poznałem bólu po stracie dziecka. Nie wiem, jak bym na to zareagował. Być może chciałbym znaleźć winnego, kogoś, kogo mógłbym znienawidzić. Ale patrząc na wszystko trzeźwym okiem, zapewniam cię, że przyczyna śmierci Arkadego nie podlega dyskusji. Przyniosłem raport, który mogę ci zostawić, jeżeli chcesz. Oprócz tego jestem gotów odpowiedzieć na każde twoje pytanie.

— Arkady został zamordowany. Chcemy, żebyś nam pomógł w dochodzeniu, jeżeli nie osobiście, to MGB powinno nakłonić prokuratora, żeby założył sprawę kryminalną.

Lew skinął głową, starając się zachować pojednawczy ton. Gorszego początku rozmowy nie mógł sobie wyobrazić. Ojciec był niewzruszony: okopali się na swoich pozycjach. Fiodor żądał, aby oficjalnie otwarto ugotownoje dieło, sprawę kryminalną, bez czego milicja nie mogłaby rozpocząć śledztwa. Domagał się rzeczy niemożliwej. Lew spojrzał na ludzi pracujących z Fiodorem. W przeciwieństwie do pozostałych zdawali sobie sprawę, że słowo, które tu padło — morderstwo — kładzie się cieniem na wszystkich obecnych w pokoju.

— Arkadego potrącił pociąg. To był wypadek, tragiczny wypadek.

— Dlaczego więc był nagi? A usta miał pełne błota?

Lew nie zrozumiał. O czym Fiodor mówi? Chłopiec był nagi? Pierwszy raz o tym słyszał. Otworzył raport.

Ciało znalezionego chłopca było ubrane.

Gdy ponownie odczytywał tę uwagę, wydała mu się dziwna. Mimo to informacja nie pozostawiała żadnych wątpliwości: chłopiec był ubrany. Przejrzał dalszą część dokumentu.

Ponieważ zwłoki wleczono po ziemi, do ust chłopca dostało się błoto.

Zamknął raport. Pokój czekał.

— Chłopiec był całkowicie ubrany. Owszem, miał w ustach błoto. Ale dlatego, że pociąg wlókł ciało; to naturalne, że do ust mogło się dostać trochę ziemi.

Wstała starsza kobieta. Miała bystre, przenikliwe oczy, choć ciężar lat przygarbił jej plecy.

— Mówiono nam co innego.

— Przykro mi, ale źle was poinformowano.

Staruszka nie dawała za wygraną. Najwyraźniej miała znaczący udział w przekonaniu rodziny do tej wersji wydarzeń.

— Człowiek, który znalazł ciało — Taras Kuprin — grzebał w śmieciach. Mieszka dwie ulice stąd. Powiedział nam, że Arkady był nagi, słyszy pan? Nie miał na sobie zupełnie nic. Kiedy pociąg kogoś potrąci, to go przecież nie rozbiera.

— Ten człowiek, Kuprin, rzeczywiście znalazł ciało. W raporcie jest jego zeznanie. Twierdzi, że zwłoki leżały na torach, całkowicie ubrane. Wyraźnie to zaznaczył. Jego słowa są tu czarno na białym.

— Dlaczego nam powiedział co innego?

— Może coś mu się pomieszało. Nie wiem. Ale mam tu podpis tego człowieka na zeznaniu, a zeznanie jest w raporcie. Wątpię, czy gdybym go teraz spytał, powiedziałby co innego.

— A pan widział ciało chłopca?

Pytanie zaskoczyło Lwa.

— Nie prowadzę dochodzenia w tej sprawie: to nie należy do moich zadań. Gdybym nawet jednak prowadził, śledztwo jest bezcelowe. Zdarzył się tragiczny wypadek. Przyszedłem porozmawiać z wami i wyjaśnić niepotrzebne nieporozumienia. Jeżeli chcecie, mogę odczytać na głos cały raport.

Staruszka oświadczyła:

— Ten raport to kłamstwo.

Wszyscy zdrętwieli. Lew milczał, usiłując zachować spokój. Ci ludzie muszą zrozumieć, że żaden kompromis nie wchodzi w grę. Muszą ustąpić, muszą przyjąć do wiadomości, że chłopiec zginął w wyniku nieszczęśliwego wypadku. Lew przyszedł tu dla ich dobra. Odwrócił się do Fiodora, spodziewając się, że sprostuje słowa tej kobiety.

Fiodor wystąpił naprzód.

— Mamy nowe dowody, które ujawniły się dopiero dzisiaj. Pewna kobieta, która z okna swojego mieszkania widzi tory, zobaczyła Arkadego z jakimś mężczyzną. Nic więcej nie wiemy. Nie znamy tej kobiety. Nigdy wcześniej jej nie spotkaliśmy. Dowiedziała się o morderstwie…

— Fiodorze…

— Dowiedziała się o śmierci mojego syna. I jeżeli powiedziano nam prawdę, będzie w stanie opisać tego człowieka. Potrafi go rozpoznać.

— Gdzie ona jest?

— Właśnie na nią czekamy.

— Ma tu przyjść? Chętnie posłucham, co ma do powiedzenia.

Podano mu krzesło. Podziękował gestem. Wolał stać.

Wszyscy bez słowa czekali na pukanie do drzwi. Lew zaczął żałować, że nie usiadł. Dopiero po niemal godzinie, którą spędzili w milczeniu, rozległo się delikatne stukanie. Fiodor otworzył, przedstawił się i wprowadził kobietę do pokoju. Miała około trzydziestu lat, miłą twarz i duże, zalęknione oczy. Na widok tylu ludzi przestraszyła się, więc Fiodor próbował ją uspokoić.

— To moja rodzina i przyjaciele. Nie ma powodu do obaw.

Ale nie słuchała go, wpatrując się w Lwa.

— Nazywam się Lew Stiepanowicz Demidow. Jestem oficerem śledczym MGB. Służbowo zajmuję się tą sprawą. Jak się nazywacie, obywatelko?

Wyciągnął notatnik, znajdując czystą stronę. Kobieta nie odpowiadała. Lew uniósł wzrok. Nadal się nie odzywała. Już miał powtórzyć pytanie, gdy wreszcie powiedziała:

— Galina Szaporina.

Mówiła szeptem.

— Co takiego widzieliście?

— Widziałam…

Rozejrzała się po pokoju, popatrzyła na podłogę, po czym znów obróciła spojrzenie na Lwa i ponownie umilkła.

— Mężczyznę? — podsunął jej Fiodor głosem, w którym wyraźnie brzmiała nuta napięcia.

— Tak, mężczyznę.

Fiodor, stojąc tuż obok niej i świdrując ją wzrokiem, odetchnął z ulgą. Kobieta ciągnęła:

— Może to był jakiś robotnik — wyjrzałam przez okno i zobaczyłam go na torach. Było bardzo ciemno.

Lew postukał ołówkiem w notatnik.

— Widzieliście z nim małego chłopca?

— Nie, nie było żadnego chłopca.

Fiodor w zdumieniu otworzył usta i wyrzucił z siebie:

— Ależ słyszeliśmy, że widziała pani mężczyznę prowadzącego za rękę mojego synka.

— Nie, nie, nie — nie było żadnego chłopca. Ten człowiek chyba trzymał torbę — torbę z narzędziami. Tak, na pewno. Pracował na torach, zdaje się, że je naprawiał. Widziałam go ledwie przez chwilę, to wszystko. Właściwie nie powinnam tu przychodzić. Przykro mi z powodu śmierci pańskiego syna.

Lew zamknął notatnik.

— Dziękuję.

— Będę jeszcze odpowiadała na jakieś pytania?

Zanim Lew zdążył odpowiedzieć, Fiodor chwycił kobietę za ramię.

— Widziała pani mężczyznę.

Galina wyrwała rękę. Rozejrzała się po pokoju, patrząc w skierowane na siebie oczy wszystkich zgromadzonych. Odwróciła się do Lwa.

— Będzie pan chciał później złożyć mi wizytę?

— Nie, to wszystko.

Ze spuszczoną głową szybko ruszyła do drzwi wyjściowych. Zanim opuściła pokój, starsza kobieta zawołała za nią:

— Tak szybko traci pani zimną krew?!

Fiodor podbiegł do staruszki.

— Proszę cię, usiądź.

Skinęła głową, ani z niechęcią, ani z aprobatą.

— To był twój syn.

— Tak.

Lew nie widział oczu Fiodora. Ciekawiło go, jaką wiadomość przekazuje sobie niemo tych dwoje. Cokolwiek to było, kobieta usiadła. Tymczasem Galina wymknęła się z mieszkania.

Lew był zadowolony z interwencji Fiodora. Miał nadzieję, że to znak, iż osiągnęli punkt zwrotny. Zbieranie strzępków plotek i domysłów nie mogło nikomu wyjść na dobre. Fiodor wrócił do Lwa.

— Wybacz mojej matce, jest zdenerwowana.

— Dlatego właśnie przyszedłem. Żebyśmy mogli przedyskutować sprawę w tych czterech ścianach. Nie wolno dopuścić do tego, żeby po moim wyjściu dalej o tym rozmawiano. Jeżeli ktoś spyta cię o syna, nie możesz mówić, że został zamordowany. Nie dlatego, że ci każę, ale dlatego, że to nieprawda.

— Rozumiemy.

— Fiodorze, na jutro dostajesz urlop. Mam na to zgodę. Jeżeli mogę zrobić dla ciebie coś jeszcze…

— Dziękuję.

Przy drzwiach Fiodor uścisnął mu rękę.

— Wszyscy jesteśmy zdenerwowani. Wybacz nam gwałtowne reakcje.

— To zostanie między nami. Ale, jak powiedziałem, nie wolno wam już więcej o tym mówić.

Twarz Fiodora stężała. Skinął głową. Jak gdyby każde słowo sprawiało mu ból, wykrztusił:

— Mój syn zginął w tragicznym wypadku.

Lew zszedł po schodach, oddychając głęboko. W pokoju panowała nieznośnie duszna atmosfera. Cieszył się, że już to ma za sobą, że sprawa została rozwiązana. Fiodor był dobrym człowiekiem. Gdy pogodzi się ze śmiercią syna, łatwiej będzie mógł przyjąć do wiadomości prawdę.

Przystanął. Usłyszał za sobą czyjeś kroki. Odwrócił się. To był chłopiec, najwyżej siedmio- albo ośmioletni.

— Proszę pana, jestem Jura. Starszy brat Arkadego. Mogę z panem porozmawiać?

— Oczywiście.

— To moja wina.

— Co?

— Śmierć mojego brata: rzuciłem w niego śnieżką. Napchałem do niej kamieni, błota i piasku. Trafiłem Arkadego i zrobiłem mu krzywdę. Uciekł. Może kręciło mu się w głowie, może dlatego nie zauważył pociągu. Miał w buzi błoto przeze mnie. To ja rzuciłem w niego ziemią.

— Twój brat zginął w wypadku. Nie ma powodu, żebyś czuł się winny. Ale dobrze zrobiłeś, mówiąc mi prawdę. Wracaj do rodziców.

— Nie powiedziałem im o tej śnieżce z błotem i kamieniami.

— Może nie muszą o niej wiedzieć.

— Bardzo by się złościli. Bo to był ostatni raz, kiedy go widziałem. Proszę pana, zawsze fajnie się bawiliśmy. I znowu moglibyśmy się fajnie bawić, pogodzilibyśmy się i na pewno znowu bylibyśmy kumplami. Ale teraz nie mogę się już z nim pogodzić. Nawet nie mogę go przeprosić.

Lew słuchał wyznania chłopca. Jura potrzebował przebaczenia. Rozpłakał się. Lew zmieszany pogładził go po głowie, mówiąc cicho, jak gdyby nucił kołysankę:

— To nie była niczyja wina.

Wieś Kimowsto sześćdziesiąt kilometrówna północ od Moskwy

Tego samego dnia

Anatolij Brodski nie spał od trzech dni. Był tak zmęczony, że nawet najprostsze czynności wymagały skupienia. Stał przed drzwiami obory zamkniętymi na klucz. Wiedział, że będzie je musiał otworzyć siłą. Jednak sama myśl o tym wydawała mu się nierealna. Po prostu nie miał już sił. Zaczął padać śnieg. Anatolij spojrzał w ciemne niebo; zapadł w odrętwienie, a gdy w końcu przypomniał sobie, gdzie jest i co ma zrobić, poczuł śnieg osiadający mu na twarzy. Zlizał z ust zimne płatki, uświadamiając sobie, że umrze, jeżeli nie dostanie się do środka. Skoncentrował się i kopnął w drzwi. Zadrżały w zawiasach, ale pozostały zamknięte na głucho. Kopnął jeszcze raz. Zatrzeszczały deski. Zachęcony tym odgłosem wykrzesał z siebie resztkę energii i wymierzył trzeci cios, celując w zamek. Drewno pękło i drzwi gwałtownie się rozwarły. Stał w progu, przyzwyczajając oczy do mroku. Po jednej stronie w zagrodzie stały dwie krowy. Po drugiej zobaczył narzędzia i słomę. Rozłożył na zmarzniętej ziemi kilka zgrzebnych worków, zapiął płaszcz i położył się, krzyżując ręce na piersi i zamykając oczy.

· · ·

Z okna izby Michaił Zinowiew ujrzał otwarte drzwi obory. Kołysały się poruszane wiatrem, który nawiewał do środka kłęby śniegu. Michaił się odwrócił. Żona głęboko spała. Postanowiwszy jej nie niepokoić, cicho narzucił płaszcz, namacał w ciemności buty i wyszedł z domu.

Wiatr zaczął się wzmagać, unosząc z ziemi tumany śniegu i chłoszcząc jego twarz. Michaił uniósł rękę i osłonił oczy. Gdy podszedł do obory, spomiędzy palców zobaczył, że zamek został wyłamany, a drzwi otwarte kopniakiem. Zajrzał do środka i kiedy przyzwyczaił wzrok do pozbawionego światła księżyca półmroku, dostrzegł sylwetkę człowieka leżącego na ziemi i wtulonego w słomę. Nie zastanawiając się, co chce zrobić, wszedł do obory, chwycił widły i podkradł się do śpiącego intruza, zbliżając zęby narzędzia do jego brzucha.

Anatolij otworzył oczy i kilka centymetrów od swojej twarzy ujrzał zaśnieżone buty. Obrócił się na wznak, by spojrzeć na górującą nad nim postać. Zęby wideł lekko drżały tuż nad jego brzuchem. Żaden z mężczyzn się nie poruszył. Mgiełka oddechów pojawiała się i znikała sprzed ich twarzy. Anatolij nie próbował złapać wideł. Nie próbował się odsunąć.

Przez chwilę trwali zastygli jak w stop-klatce, dopóki Michaiła nie ogarnęło uczucie palącego wstydu. Jęknął, jak gdyby niewidzialna pięść ugodziła go w żołądek, a potem upuścił widły na ziemię, osuwając się na kolana.

— Wybacz mi, proszę.

Anatolij usiadł. Przypływ adrenaliny zupełnie go rozbudził, lecz czuł ból w całym ciele. Jak długo spał? Krótko, na pewno za krótko. Kiedy się odezwał, z wyschniętego gardła wydobył się schrypnięty głos:

— Rozumiem. Nie powinienem tu przychodzić. Nie powinienem cię prosić o pomoc. Musisz myśleć o rodzinie. Naraziłem cię na niebezpieczeństwo. To ja powinienem cię prosić o wybaczenie.

Michaił przecząco pokręcił głową.

— Przestraszyłem się. Wpadłem w panikę. Wybacz.

Anatolij spojrzał przez otwarte drzwi na śnieg i ciemność. Teraz nie mógł stąd wyjść. Nie przeżyłby tego. Oczywiście, nie mógł pozwolić sobie na sen, ale potrzebował schronienia. Michaił czekał na odpowiedź, na słowa przebaczenia.

— Nie mam ci czego wybaczać. Nie jesteś niczemu winien. Ja zapewne zrobiłbym to samo.

— Ale jesteś moim przyjacielem.

— Jestem i zawsze będę twoim przyjacielem. Posłuchaj: zapomnij o tym, co się dzisiaj zdarzyło. Zapomnij, że w ogóle tu byłem. Zapomnij, że prosiłem cię o pomoc. Pamiętaj nas takich jak kiedyś. Zapamiętaj nas jako najlepszych przyjaciół. Zrób to dla mnie, a ja zrobię to samo dla ciebie. O świcie już mnie tu nie będzie. Przyrzekam ci. Obudzisz się rano i będziesz dalej normalnie żył. Zapewniam cię, nikt nigdy się nie dowie, że tu byłem.

Michaił zwiesił głowę: płakał. Do dziś wierzył, że jest gotów zrobić wszystko dla swojego przyjaciela. To było kłamstwo. Jego lojalność, odwaga, przyjaźń okazały się wątłe jak bańka mydlana — prysły już przy pierwszej poważnej próbie.

Zdziwienie Michaiła, kiedy wieczorem przyjaciel niezapowiedziany zjawił się w jego domu, było całkiem zrozumiałe. Anatolij przyjechał do wsi bez uprzedzenia. Mimo to powitano go serdecznie, nakarmiono, napojono i zaofiarowano mu nocleg. Dopiero gdy gospodarze dowiedzieli się, że zmierza na północ, w kierunku fińskiej granicy, zrozumieli powód jego nieoczekiwanej wizyty. Ani słowem nie wspomniał, że jest poszukiwany przez służby Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwowego. Nie musiał. Sami to zrozumieli. Uciekał. Kiedy ten fakt stał się jasny, serdeczność gospodarzy ulotniła się bez śladu. Za udzielenie pomocy uciekinierowi groziła kara śmierci. Anatolij wiedział o tym, lecz miał nadzieję, że przyjaciel będzie gotów podjąć ryzyko. Wierzył nawet, że zechce mu towarzyszyć w podróży na północ. MGB nie poszukiwało dwóch ludzi, a co więcej, Michaił miał znajomych w miastach na trasie do samego Leningradu, między innymi w Twerze i mieście Gorki. To prawda, że Anatolij prosił o ogromnie wiele, lecz kiedyś ocalił Michaiłowi życie i choć nie uważał go za swego dłużnika, to tylko dlatego, że nie przypuszczał, by kiedykolwiek był zmuszony zwrócić się do niego o spłatę długu.

Podczas rozmowy przekonał się jednak, że Michaił nie jest gotowy narażać się na takie ryzyko. Właściwie nie był gotowy narażać się na żadne ryzyko. Jego żona często im przerywała, aby zamienić z mężem dwa słowa na osobności. Ilekroć wtrącała się do ich rozmowy, posyłała Anatolijowi nieskrywanie jadowite spojrzenie. Sytuacja wymagała rozwagi i ostrożności. Bez wątpienia sprowadził zagrożenie na rodzinę przyjaciela, rodzinę, którą kochał. Znacznie obniżając oczekiwania wobec Michaiła, zapewnił go, że nie chce niczego poza noclegiem w ich oborze. Nazajutrz rano miał zniknąć. Zamierzał iść pieszo do najbliższej stacji kolejowej, tą samą drogą, którą przyszedł. W dodatku to był jego pomysł, aby wyłamać zamek w drzwiach obory. Gdyby przypadkiem został schwytany, rodzina Michaiła mogłaby utrzymywać, że o niczym nie wiedziała, a do obory zakradł się jakiś intruz. Sądził, że te środki ostrożności uspokoją gospodarzy.

Nie mogąc patrzeć na płaczącego przyjaciela, Anatolij pochylił się ku niemu.

— Nie ma powodu, żebyś czuł się winny. Wszyscy próbujemy po prostu przeżyć.

Michaił przestał płakać. Uniósł głowę, ocierając łzy. Przyjaciele nagle zdali sobie sprawę, że być może widzą się po raz ostatni. Uściskali się serdecznie.

Michaił się odsunął.

— Zawsze byłeś lepszym człowiekiem ode mnie. Powodzenia.

Wstał i wyszedł z obory, zamykając za sobą drzwi i podsypując pod nie trochę śniegu, aby je unieruchomić. Odwrócił się plecami do wiatru i ciężkim krokiem powlókł się w kierunku domu. Gdyby zabił Anatolija i zgłosił włamanie, zagwarantowałby bezpieczeństwo rodzinie. Teraz będzie się musiał zdać na los. Będzie się musiał modlić. Nigdy nie uważał się za tchórza, a podczas wojny, gdy w grę wchodziło jego życie, nigdy nie stchórzył. Niektórzy podziwiali nawet jego odwagę. Ale odkąd miał rodzinę, poznał smak strachu. Potrafił wyobrazić sobie znacznie gorsze rzeczy niż własna śmierć.

Kiedy dotarł do domu, zdjął buty i płaszcz, po czym ruszył do izby. Otworzywszy drzwi, drgnął zaskoczony widokiem postaci przy oknie. Jego żona obudziła się i patrzyła w stronę obory. Słysząc, jak wchodzi, odwróciła się. Z jej drobnej sylwetki trudno było odgadnąć, że jest silną kobietą, która potrafi dźwigać, rąbać, pracować dwanaście godzin na dobę i dbać, by rodzina trzymała się razem. Nie obchodziło jej, że Anatolij kiedyś uratował życie jej mężowi. Nie obchodziła jej ich przeszłość, ich przyjaźń. Lojalność i dług wdzięczności to były pojęcia abstrakcyjne. Anatolij stanowił zagrożenie dla ich bezpieczeństwa. To było realne. Pragnęła tylko, żeby zniknął i trzymał się jak najdalej od jej domu, a w tym momencie nienawidziła go bardziej niż kogokolwiek na świecie — tego łagodnego i poczciwego człowieka, którego kiedyś uwielbiała i z radością gościła u siebie.

Michaił pocałował żonę. Miała chłodny policzek. Ujął jej dłoń. Spojrzała na niego, zauważając ślady łez.

— Co tam robiłeś?

Michaił rozumiał jej przejęcie. Miała nadzieję, że dokonał tego, co było konieczne. Miała nadzieję, że przedkładając rodzinę nad wszystko, zabił tego człowieka. Właśnie to należało zrobić.

— Zostawił otwarte drzwi obory. Ktoś mógłby to zauważyć. Poszedłem je zamknąć.

Rozluźniła uścisk. Wyczuł jej rozczarowanie. Uznała, że jest słaby. Miała rację. Nie potrafił znaleźć w sobie dość siły, by zamordować przyjaciela, ani dość, by mu pomóc. Szukał słów pocieszenia.

— Nie musisz się martwić. Nikt nie wie, że tam jest.