Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 510 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 26 min Lektor: Wydawnictwo Czarna Owca

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 12 godz. 26 min Lektor: Wydawnictwo Czarna Owca

Opis ebooka Syrenka - Camilla Läckberg

Szósta część rewelacyjnej sagi o Fjällbace!

We Fjällbace w tajemniczych okolicznościach ginie mężczyzna. Cztery miesiące później przypadkowy spacerowicz natrafia na jego zwłoki w skutym lodem jeziorze. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy znajomy zmarłego, pisarz Christian Thydell, zaczyna dostawać anonimowe pogróżki. Zaniepokojony zwierza się Erice Falck, a ona pokazuje jeden z listów Patrikowi. Patrik jest przekonany, że Christianowi grozi niebezpieczeństwo. Ktoś szczerze go nienawidzi i nie zawaha się spełnić groźby. Kiedy znalezione zostają zwłoki kolejnego mężczyzny, policja doszukuje się wspólnego wątku, a trop prowadzi w przeszłość...

Saga kryminalna Camilli Läckberg osiągnęła światowy sukces czytelniczy. To nie tylko mroczne thrillery, ale również doskonałe powieści obyczajowe, znakomicie oddające klimat współczesnej szwedzkiej prowincji. Od lat zajmują czołowe miejsca na europejskich listach bestsellerów. Książki Läckberg przetłumaczono na ponad 35 języków. Jesienią 2011 roku rozpoczęły się zdjęcia do międzynarodowej produkcji filmowej „Morderstwa we Fjällbace”, osnutej na kanwie jej powieści.

Camilla Läckberg, jedna z najciekawszych szwedzkich pisarek, uznawana za mistrzynię skandynawskiego kryminału. Jest także autorką książeczki dla dzieci i dwóch książek kulinarnych.

Opinie o ebooku Syrenka - Camilla Läckberg

Fragment ebooka Syrenka - Camilla Läckberg

Tytuł ory­gi­nału

SJÖJUNG­FRUN

Re­dak­cja

Grażyna Ma­sta­lerz

Co­ver lay­out © Har­per­Col­lins Pu­bli­shers 2011

Co­ver pho­to­gra­phy © Lee Gib­bons

Ad­ap­ta­cja okładki

Pan­cza­kie­wicz Art.De­sign

Skład i łama­nie

Ma­ria Ko­wa­lew­ska

Ko­rek­ta

Ma­ciej Kor­ba­siński

Co­py­ri­ght SJÖJUNG­FRUN © Ca­mil­la Läckberg 2008

First pu­bli­shed by Fo­rum, Swe­den.

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Nor­din Agen­cy, Swe­den.

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Czar­na Owca, 2011

Wy­da­nie II

Wszel­kie pra­wa za­strzeżone. Ni­niej­szy plik jest objęty ochroną pra­wa au­tor­skie­go i za­bez­pie­czo­ny zna­kiem wod­nym (wa­ter­mark).

Uzy­ska­ny dostęp upo­ważnia wyłącznie do pry­wat­ne­go użytku. Roz­po­wszech­nia­nie całości lub frag­men­tu ni­niej­szej pu­bli­ka­cji w ja­kiej­kol­wiek po­sta­ci bez zgo­dy właści­cie­la praw jest za­bro­nio­ne.

ISBN 978-83-7554-853-2

ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawae-mail: wydawnictwo@czarnaowca.plDział handlowy: tel. (22) 616 29 36; faks (22) 433 51 51Zapraszamy do naszego sklepu internetowego:www.czarnaowca.pl

Skład wersji elektronicznej:Virtualo Sp. z o.o.

SAGA KRY­MI­NAL­NA

Ca­mil­li Läckberg

Księżnicz­ka z lodu

Ka­zno­dzie­ja

Ka­mie­niarz

Ofia­ra losu

Nie­miec­ki bękart

Sy­ren­ka

La­tar­nik

Fa­bry­kant­ka aniołków

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wy­daw­cy. Pro­si­my, abyś prze­strze­gał praw, ja­kie im przysługują. Jej za­war­tość możesz udostępnić nie­odpłat­nie oso­bom bli­skim lub oso­biście zna­nym. Ale nie pu­bli­kuj jej w in­ter­ne­cie. Jeśli cy­tu­jesz jej frag­men­ty, nie zmie­niaj ich treści i ko­niecz­nie za­znacz, czy­je to dzieło. A ko­piując jej część, rób to je­dy­nie na użytek oso­bisty.

Sza­nuj­my cudzą własność i pra­wo.

Więcej na http://www.le­gal­na­kul­tu­ra.pl

Pol­ska Izba Książki

Dla Mar­ti­na

„I wan­na stand with you on a mo­un­ta­in”

Pro­log

Wie­dział, że wcześniej czy później wszyst­ko wyj­dzie na jaw. Cze­goś ta­kie­go nie da się ukryć. Każde słowo przy­bliżało go do tego, co się wte­dy stało. To było zbyt strasz­ne, żeby o tym mówić. Od wie­lu lat sta­rał się wy­przeć z pamięci to wspo­mnie­nie.

Już nie mógł dłużej ucie­kać. Sta­rał się iść jak naj­szyb­ciej. W płucach czuł chłód po­ran­ne­go po­wie­trza, ser­ce waliło mu w pier­si. Nie chciał tam iść, ale mu­siał, więc po­sta­no­wił, że zde­cy­du­je przy­pa­dek. Jeśli kogoś za­sta­nie, opo­wie, a jeśli ni­ko­go nie będzie, pójdzie do pra­cy jak gdy­by nig­dy nic.

Za­pu­kał i drzwi się otwo­rzyły. Wszedł, mrużąc oczy, żeby le­piej wi­dzieć w półmro­ku. Spo­dzie­wał się kogoś in­ne­go.

Jej długie włosy kołysały się mia­ro­wo na ple­cach, gdy pro­wa­dziła go do po­ko­ju obok. Zaczął mówić, pytać o coś. W głowie miał kłębo­wi­sko myśli. Nic się nie zga­dzało. Niby wszyst­ko było w porządku, a jed­nak nie było.

Na­gle umilkł. Coś ude­rzyło go w brzuch z taką siłą, że urwał w pół słowa. Spoj­rzał w dół. Z rany, z której wyjęto nóż, popłynęła strużka krwi. Jesz­cze je­den cios i znów ból za­da­ny przez ob­ra­cające się w jego cie­le ostrze.

Zdał so­bie sprawę, że to już ko­niec, choć jesz­cze tak wie­le zo­stało do zro­bie­nia, do zo­ba­cze­nia i przeżycia. Ale była w tym jakaś spra­wie­dli­wość. Nie zasłużył na do­bre życie i miłość, którą do­stał. Nie po tym, co zro­bił.

Ból ode­brał mu świa­do­mość, nóż znie­ru­cho­miał, i wte­dy przyszła woda. Kołysa­nie łodzi. Otu­liły go zim­ne mor­skie fale, ale wte­dy już nic nie czuł.

Ostat­nie, co za­pa­miętał, to jej włosy. Długie, ciem­ne.

1

– To już trzy mie­siące! Dla­cze­go nie po­tra­fi­cie go zna­leźć?

Pa­trik Hedström spoj­rzał na siedzącą przed nim ko­bietę. Za każdym ko­lej­nym ra­zem stwier­dzał, że jest co­raz bar­dziej zmęczo­na i wy­czer­pa­na. Przy­cho­dziła do ko­mi­sa­ria­tu w Ta­num­she­de co ty­dzień. W każdą środę od początku li­sto­pa­da, odkąd jej mąż za­ginął.

– Prze­cież wiesz, że ro­bi­my, co się da.

W mil­cze­niu skinęła głową. Ręce opar­te na ko­la­nach drżały. Spoj­rzała na nie­go ocza­mi pełnymi łez. Nie po raz pierw­szy.

– On już nie wróci, praw­da? – spy­tała drżącym głosem. Pa­trik chciałby wstać zza biur­ka i przy­tu­lić ją, ale wie­dział, że musi się za­cho­wy­wać jak pro­fe­sjo­na­li­sta, choćby in­stynkt opie­kuńczy pod­po­wia­dał mu co in­ne­go. Przez chwilę się za­sta­na­wiał, co od­po­wie­dzieć, po­tem na­brał po­wie­trza do płuc.

– Nie, chy­ba nie.

Cia Kjel­l­ner nie pytała więcej. Wi­docz­nie jego słowa utwier­dziły ją w tym, co i tak wie­działa. Jej mąż już nie wróci do domu. Trze­cie­go li­sto­pa­da o wpół do siódmej rano Ma­gnus wstał, wziął prysz­nic, ubrał się, po­ma­chał wy­chodzącym dzie­ciom, po­tem żonie. Krótko po ósmej wi­dzia­no, jak wy­chodził z domu do pra­cy, do Ta­numsfönster1. Nie wia­do­mo, co się z nim po­tem stało. Nie do­tarł do ko­le­gi, z którym miał je­chać do pra­cy. Za­ginął gdzieś między własnym do­mem koło sta­dio­nu a do­mem ko­le­gi w po­bliżu pola do mi­ni­gol­fa.

Pa­trik i jego współpra­cow­ni­cy prześwie­tli­li całe jego życie, ro­zesłali za­wia­do­mie­nie o za­gi­nięciu, przesłucha­li po­nad pięćdzie­siąt osób, zarówno ko­legów z pra­cy, jak i krew­nych i przy­ja­ciół. Szu­ka­li ewen­tu­al­nych długów, przed którymi mógłby ucie­kać, ko­cha­nek, de­frau­da­cji, cze­go­kol­wiek, co by tłuma­czyło, dla­cze­go sta­tecz­ny fa­cet po czter­dzie­st­ce, mąż i oj­ciec dwoj­ga na­sto­latków, pew­ne­go dnia na­gle zniknął. Nic nie zna­leźli. Nic też nie wska­zy­wało na to, żeby wy­je­chał za gra­nicę. Ze wspólne­go małżeńskie­go kon­ta nie podjęto żad­nych pie­niędzy. Ma­gnus Kjel­l­ner za­mie­nił się w wid­mo.

Pa­trik od­pro­wa­dził Cię do wyjścia i de­li­kat­nie za­pu­kał do po­ko­ju Pau­li Mo­ra­les.

– Proszę – usłyszał. Wszedł i za­mknął drzwi za sobą.

– Zno­wu jego żona?

– Tak. – Pa­trik wes­tchnął i usiadł na krześle przed jej biur­kiem. Oparł nogi na bla­cie, ale szyb­ko je zdjął, widząc jej wściekłe spoj­rze­nie.

– Myślisz, że nie żyje?

– Na to wygląda – od­parł. Pierw­szy raz po­wie­dział głośno to, cze­go zaczął się oba­wiać już w pierw­szych dniach po za­gi­nięciu Kjel­l­ne­ra. – Wszyst­ko spraw­dzi­liśmy. Żaden z najczęstszych po­wodów znik­nięcia nie wcho­dzi w ra­chubę. Fa­cet wy­szedł z domu i... nie ma!

– Ale tru­pa też nie ma.

– To praw­da – przy­znał. – Ale gdzie mie­li­byśmy go szu­kać? Prze­cież nie da się przeszu­kać całego mor­skie­go dna ani lasów w oko­li­cy Fjällbac­ki. Można tyl­ko cier­pli­wie cze­kać, w na­dziei, że ktoś go znaj­dzie. Żywe­go albo mar­twe­go. Na­prawdę nie wiem, co robić. Ani co od­po­wia­dać tej ko­bie­cie, gdy co ty­dzień przy­cho­dzi pytać o postępy.

– To jej sposób na ra­dze­nie so­bie z sy­tu­acją. Dzięki temu ma po­czu­cie, że coś robi w tej spra­wie, za­miast sie­dzieć w domu i cze­kać. Ja na jej miej­scu już bym zwa­rio­wała. – Pau­la zerknęła na zdjęcie stojące przy kom­pu­te­rze.

– Wiem, ale nie ułatwia mi to za­da­nia – od­parł Pa­trik.

– Pew­nie, że nie.

Za­padła ci­sza. Po chwi­li Pa­trik wstał.

– Miej­my na­dzieję, że fa­cet tak czy in­a­czej się znaj­dzie.

– Tak – po­wie­działa Pau­la z tą samą re­zy­gnacją.

– Gru­bas.

– A ty to niby nie?! – Anna spoj­rzała na siostrę i wska­zała na jej brzuch.

Eri­ka Falck stanęła bo­kiem do lu­stra, jak Anna, i mu­siała jej przy­znać rację. Ale wiel­gach­na. Wyglądała, jak­by się składała głównie z brzu­cha. Kawałeczek Eri­ki do­da­no tyl­ko dla po­zo­ru. I tak się czuła. W ciąży z Mają była wręcz gib­ka, nie to co te­raz, ale tym ra­zem ma w brzu­chu dwa ma­lu­chy.

– Na­prawdę ci nie za­zdroszczę – po­wie­działa Anna z tą samą co za­wsze bru­talną szcze­rością.

– Bar­dzo ci dziękuję. – Eri­ka szturchnęła ją brzu­chem, Anna od­po­wie­działa tym sa­mym. W re­zul­ta­cie obie stra­ciły równo­wagę i zaczęły wy­ma­chi­wać rękami w po­wie­trzu, żeby nie upaść. Śmiały się tak, że mu­siały usiąść na podłodze.

– To jakiś żart! – po­wie­działa Eri­ka, wy­cie­rając łzy z kącików oczu. – Kto to wi­dział, żeby tak wyglądać. Wyglądam jak skrzyżowa­nie Bar­ba­pa­py2 z tym gościem ze ske­czu Mon­ty Py­tho­na, który pęka z prze­je­dze­nia po zje­dze­niu mięto­we­go cia­stecz­ka.

– Bar­dzo ci je­stem wdzięczna za te bliźnia­ki. Przy to­bie czuję się jak syl­fi­da.

– Bar­dzo proszę – od­parła Eri­ka. Spróbowała wstać, ale bez po­wo­dze­nia.

– Po­cze­kaj, po­mogę ci – po­wie­działa Anna, ale i ją po­ko­nało pra­wo ciążenia i ciężko klapnęła na pupę. Spoj­rzały na sie­bie ze zro­zu­mie­niem i jed­nym głosem zawołały: – Dan!

– Co się stało? – do­biegło z par­te­ru.

– Nie możemy wstać! – od­po­wie­działa Anna.

– Co ta­kie­go? – Słyszały, jak wcho­dzi po scho­dach i kie­ru­je się do sy­pial­ni.

– Co wy wy­pra­wia­cie? – spy­tał, patrząc z roz­ba­wie­niem na swoją part­nerkę i jej siostrę siedzące na podłodze przed lu­strem.

– Nie możemy wstać – oświad­czyła z god­nością Eri­ka i wyciągnęła do nie­go rękę.

– Po­cze­kaj­cie, po­jadę po wózek widłowy. – Dan udał, że chce wyjść i zejść na dół.

– No wiesz... – po­wie­działa Eri­ka. Anna pokładała się ze śmie­chu.

– Okej, może jakoś so­bie po­radzę. – Chwy­cił Erikę za rękę i pociągnął. – Raz, dwa!

– Da­ruj so­bie okrzy­ki. – Eri­ka wstała z wysiłkiem.

– Kurczę, ale gru­ba je­steś – jęknął Dan.

Eri­ka szturchnęła go w ramię.

– Słyszałam to ze sto razy, i nie tyl­ko od cie­bie. Mógłbyś w końcu prze­stać gadać i pomóc swo­jej gru­ba­sce?

– Bar­dzo chętnie. – Dan po­sta­wił na nogi Annę i przy oka­zji dał jej so­czy­ste­go całusa w usta.

– Da­li­byście spokój. – Eri­ka szturchnęła Dana w bok.

– Je­steśmy bar­dzo spo­koj­ni. – Dan dał An­nie jesz­cze jed­ne­go całusa.

– Przejdźmy może do celu mo­jej wi­zy­ty. – Eri­ka po­deszła do sza­fy sio­stry.

– Nie wiem, skąd ci przyszło do głowy, że mogę ci pomóc. – Anna przy­ko­le­bała się za Eriką. – Ra­czej nie mam nic, w co byś weszła.

– I co ja po­cznę? – Eri­ka prze­su­wała ko­lej­ne wie­sza­ki. – Chri­stian ma dziś im­prezę z oka­zji wy­da­nia książki, a na mnie wcho­dzi już tyl­ko in­diański na­miot Mai.

– No do­brze, może coś wymyślimy. Spodnie masz całkiem faj­ne. Zda­je się, że mam bluzkę, w którą może się zmieścisz. W każdym ra­zie na mnie była trochę za duża.

Anna wyciągnęła z sza­fy fio­le­tową ha­fto­waną tu­nikę. Eri­ka zdjęła T-shirt i z po­mocą Anny wciągnęła tu­nikę przez głowę. Naciąga­nie jej na brzuch przy­po­mi­nało na­bi­ja­nie kisz­ki, ale w końcu się udało. Eri­ka odwróciła się i spoj­rzała kry­tycz­nie na swo­je od­bi­cie w lu­strze.

– Wyglądasz świet­nie – po­wie­działa Anna. Eri­ka mruknęła coś w od­po­wie­dzi. Przy jej ga­ba­ry­tach ten kom­ple­ment wy­da­wał się moc­no nie na miej­scu, ale uznała, że wygląda wy­star­czająco do­brze. Nie­mal ele­ganc­ko.

– Może być – po­wie­działa i zaczęła ściągać tu­nikę. Mu­siała się jed­nak pod­dać i sko­rzy­stać z po­mo­cy sio­stry.

– Gdzie ten ban­kiet? – spy­tała Anna. Wygładziła tu­nikę i po­wie­siła na wie­sza­ku.

– W Sto­ra Ho­tel­let.

– To ład­nie ze stro­ny wy­daw­nic­twa, że or­ga­ni­zu­je przyjęcie dla de­biu­tan­ta – za­uważyła Anna i weszła na scho­dy.

– Są za­chwy­ce­ni jego książką. Za­in­te­re­so­wa­nie księgarń jest wręcz nie­zwykłe jak na de­biu­tancką po­wieść. Z tego, co słyszałam od wy­daw­cy, re­cen­zje w pra­sie też będą przy­chyl­ne.

– A co ty myślisz? Mu­siała ci się po­do­bać, in­a­czej byś jej nie po­le­ciła wy­daw­nic­twu, ale czy na­prawdę jest taka do­bra?

– To jest... – Eri­ka scho­dziła w dół za siostrą. Mu­siała się za­sta­no­wić – ...ma­gicz­na opo­wieść. Mrocz­na i piękna, nie­po­kojąca i moc­na. Ma­gicz­na. To naj­traf­niej­sze określe­nie.

– Chri­stian musi być przeszczęśliwy.

– No tak. – Mówiąc to, Eri­ka prze­ciągała słowa. Weszła do kuch­ni i, jak­by była u sie­bie, zaczęła łado­wać ma­szynkę do kawy. – Myślę, że tak. Ale... – Prze­rwała, od­mie­rzyła kawę i wsy­pała do pa­pie­ro­we­go fil­tra. – Bar­dzo się ucie­szył, kie­dy przyjęli książkę, ale mam wrażenie, że pi­sa­nie po­ru­szyło w nim ja­kieś stru­ny. Trud­no po­wie­dzieć, nie znam go aż tak do­brze i nie wiem, dla­cze­go po­pro­sił o po­moc właśnie mnie, ale oczy­wiście zgo­dziłam się. Nie piszę wpraw­dzie po­wieści, ale w końcu mam ja­kieś doświad­cze­nie w re­da­go­wa­niu tekstów. Z początku wszyst­ko szło zna­ko­mi­cie. Chris-tian był bar­dzo otwar­ty, przyj­mo­wał moje pro­po­zy­cje. Ale pod ko­niec, gdy chciałam omówić z nim pew­ne kwe­stie, wy­co­fał się. Nie umiem so­bie tego wytłuma­czyć. Jest trochę eks­cen­trycz­ny, to chy­ba to.

– W ta­kim ra­zie zna­lazł so­bie od­po­wied­nie zajęcie – za­uważyła z poważną miną Anna.

Eri­ka odwróciła się do sio­stry.

– Czy­li nie dość, że je­stem gru­ba, to jesz­cze eks­cen­trycz­na? Tak mam to ro­zu­mieć?

– Do­daj jesz­cze: roz­tar­gnio­na. – Anna kiwnęła głową, wska­zując na ma­szynkę do kawy, którą Eri­ka właśnie włączyła. – Przy­dałoby się nalać wody.

Ma­szyn­ka stęknęła na po­twier­dze­nie. Eri­ka wyłączyła ją, rzu­cając sio­strze po­nu­re spoj­rze­nie.

Wszyst­ko robiła me­cha­nicz­nie. Opłukała ta­le­rze i sztućce, wsta­wiła do zmy­war­ki, reszt­ki je­dze­nia wyjęła ze zle­wu, wy­czyściła go szczotką i płynem do zmy­wa­nia. Zmo­czyła ście­reczkę, wy­cisnęła i starła okru­chy ze stołu.

– Mamo, mogę iść do San­dry? – Elin weszła do kuch­ni z wy­zy­wającą miną piętna­sto­lat­ki, która z góry wie, że usłyszy od­mowę.

– Prze­cież wiesz, że nie. Wie­czo­rem przy­chodzą dziad­ko­wie.

– Często przy­chodzą. Dla­cze­go za­wsze muszę być wte­dy w domu? – mówiła głośno, jękli­wie. Cia zno­siła to z tru­dem.

– Chcą się spo­tkać z tobą i z Lu­dvi­giem. Ro­zu­miesz chy­ba, że byłoby im przy­kro, gdy­by was nie za­sta­li.

– Ale to ta­kie nud­ne! Bab­cia za­wsze za­czy­na płakać, a dzia­dek każe jej prze­stać. Chcę do San­dry. Wszy­scy tam będą.

– Chy­ba prze­sa­dzasz –`po­wie­działa Cia, płucząc ście­reczkę. Wy­cisnęła ją i po­wie­siła na kra­nie. – Nie wy­da­je mi się, żeby wszy­scy mie­li przyjść. Pójdziesz in­nym ra­zem, gdy nie będzie dziadków.

– Tata by mnie puścił.

Cii aż tchu za­brakło. Już nie miała siły zma­gać się z upo­rem córki i jej hu­mo­ra­mi. Ma­gnus wie­działby, jak za­re­ago­wać w ta­kiej sy­tu­acji. Umiałby so­bie po­ra­dzić z Elin. Cia czuła, że nie po­tra­fi, że sama nie da rady.

– Ale taty nie ma.

– A gdzie jest? – krzyknęła Elin i zaczęła płakać. – Uciekł z domu? Pew­nie miał już dość cie­bie i two­je­go zrzędze­nia. Ty... babo wstrętna!

W głowie Cii na­stała ci­sza. Wszyst­ko ucichło, za­mie­niając się w szarą mgłę.

– Tata nie żyje. – Słyszała własny głos, jak­by do­cho­dził z da­le­ka, jak­by mówił ktoś inny.

Elin pa­trzyła na nią.

– Nie żyje – powtórzyła Cia. Czuła się dziw­nie spo­koj­na, jak­by ob­ser­wo­wała tę scenę z boku.

– Kłamiesz – od­parła Elin. Dy­szała, jak po bar­dzo długim bie­gu.

– Nie kłamię. Po­li­cja po­dej­rze­wa, że tata nie żyje, i je­stem prze­ko­na­na, że tak jest. – Usłyszała, jak wy­po­wia­da te słowa, i wte­dy do­tarło do niej, że to praw­da. Przed­tem od­rzu­cała tę myśl, cze­piała się na­dziei. Ale praw­da jest taka, że Ma­gnus nie żyje.

– Skąd możesz wie­dzieć? A po­li­cja skąd?

– Bo tata by nas nig­dy nie zo­sta­wił.

Elin potrząsnęła głową, jak­by nie chciała dopuścić do sie­bie tej myśli, ale mat­ka wi­działa, że córka również to wie. Ma­gnus nig­dy by nie od­szedł tak po pro­stu.

Po­deszła do córki i objęła ją. Elin naj­pierw się opie­rała. Po chwi­li pod­dała się i po­czuła jak mała dziew­czyn­ka. Płakała co­raz roz­pacz­li­wiej, a mat­ka głaskała ją po głowie.

– Ci­cho, ko­cha­nie – uspo­ka­jała. Roz­pacz córki ją zmo­bi­li­zo­wała. – Idź so­bie do San­dry. Wytłumaczę cię przed dziad­ka­mi.

Uzmysłowiła so­bie, że odtąd wszel­kie de­cy­zje będą należały wyłącznie do niej.

Chri­stian Thy­dell spoj­rzał na swo­je od­bi­cie w lu­strze. Chwi­la­mi nie wie­dział, co myśleć o własnym wyglądzie. Miał czter­dzieści lat. Prze­le­ciały mu jakoś te lata. Mężczy­zna w lu­strze był nie tyl­ko doj­rzały – miał na­wet na skro­niach trochę si­wych włosów.

– Ależ je­steś ele­ganc­ki. – Chri­stian drgnął, gdy San­na wy­chynęła mu zza pleców i objęła go w pa­sie.

– Prze­stra­szyłaś mnie. Nie skra­daj się tak. – Uwol­nił się z jej objęć i odwrócił, ale zdążył jesz­cze zo­ba­czyć w lu­strze za­wie­dzioną minę żony.

– Prze­pra­szam. – Usiadła na łóżku.

– Ty też ład­nie wyglądasz – po­wie­dział. Po­czuł się win­ny tym bar­dziej, że aż się roz­pro­mie­niła, słysząc ten nie­wy­szu­ka­ny kom­ple­ment. Po­czuł, jak ogar­nia go złość. Nie zno­sił, gdy za­cho­wy­wała się jak szcze­niak mer­dający ogo­nem na łaska­wy znak pana. Była od nie­go dzie­sięć lat młod­sza, ale chwi­la­mi miał wrażenie, jak­by to było dwa­dzieścia lat.

– Możesz mi zawiązać kra­wat? – Pod­szedł do San­ny. Wstała i z wprawą zawiązała węzeł. Od razu wy­szedł ide­al­nie. Cofnęła się o krok, by oce­nić swo­je dzieło.

– Zro­bisz fu­rorę.

– Mhm... – mruknął, nie wiedząc, co od­po­wie­dzieć.

– Mamo! Nils mnie bije! – Mel­ker wpadł do po­ko­ju, jak­by ścigała go wa­ta­ha wilków, i lep­ki­mi rączka­mi chwy­cił naj­bliższą rzecz ko­jarzącą mu się z bez­pie­czeństwem. Oka­zały się nią nogi Chri­stia­na.

– Cho­le­ra! – Chri­stian szorst­ko ode­rwał od sie­bie pięcio­lat­ka, ale było za późno. Na obu no­gaw­kach na wy­so­kości ko­lan miał wyraźne pla­my od ke­czu­pu. Wal­czył ze sobą. Chciał za­cho­wać spokój, a to ostat­nio przy­cho­dziło mu z tru­dem.

– Mogłabyś przy­najm­niej do­pil­no­wać dzie­cia­ki! – syknął i zaczął osten­ta­cyj­nie roz­pi­nać spodnie, żeby się prze­brać.

– Na pew­no uda mi się usunąć te pla­my – po­wie­działa San­na, od­ga­niając syn­ka. Mel­ker ru­szył do łóżka ro­dziców.

– Niby jak? Prze­cież mam tam być za go­dzinę. Muszę się prze­brać.

– Ale... – San­na była bli­ska płaczu.

– Zaj­mij się le­piej dziećmi.

Za­mru­gała, każde słowo było jak cios. W mil­cze­niu złapała Mel­ke­ra i po­py­chając go przed sobą, wyszła.

Chri­stian usiadł ciężko na łóżku i kątem oka spoj­rzał w lu­stro. Zo­ba­czył mężczyznę z zaciętym wy­ra­zem twa­rzy, w ma­ry­nar­ce, ko­szu­li z kra­wa­tem i ka­le­so­nach. Przy­gar­bio­ne­go, jak­by na jego bar­kach spo­czy­wały pro­ble­my całego świa­ta. Wy­pro­sto­wał się i wypiął pierś. Od razu le­piej.

To jego wieczór. Nikt mu tego nie od­bie­rze.

– Jest coś no­we­go? – Gösta Fly­ga­re zwrócił się do Pa­tri­ka, który właśnie wszedł do po­ko­ju so­cjal­ne­go, i w py­tającym geście uniósł dzba­nek z kawą.

Pa­trik skinął głową na znak, że chętnie się na­pi­je. W tej sa­mej chwi­li przy­drep­tał Ernst. Zo­rien­to­wał się, że będą pić kawę. Ułożył się pod stołem w na­dziei, że skap­nie mu coś, co da się szyb­ko zli­zać.

– Masz. – Gösta po­sta­wił filiżankę przed Pa­tri­kiem i usiadł na­prze­ciw­ko. – Coś bla­do wyglądasz – za­uważył, przyglądając się młod­sze­mu ko­le­dze.

Pa­trik wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Trochę je­stem zmęczo­ny, i tyle. Maja ostat­nio źle sy­pia, w do­dat­ku prze­cho­dzi okres bun­tu. Eri­ka jest wy­czer­pa­na, co zro­zu­miałe. Trochę za dużo tego do­bre­go.

– A będzie jesz­cze więcej – stwier­dził su­cho Gösta.

Pa­trik roześmiał się.

– Fi­glarz z cie­bie, Gösta. Rze­czy­wiście, będzie jesz­cze więcej.

– Czy­li nie masz nic no­we­go w spra­wie Ma­gnu­sa Kjel­l­ne­ra? – Gösta dys­kret­nie wsunął cia­stecz­ko pod stół. Ernst przyjął to ra­do­snym wa­le­niem ogo­nem o sto­py Pa­tri­ka.

– Nie, nic – od­parł Pa­trik. Wypił łyk kawy.

– Wi­działem, że znów tu była.

– Tak, do­pie­ro co roz­ma­wiałem o tym z Paulą. Wygląda to na jakiś ry­tuał czy ro­dzaj natręctwa. Oczy­wiście nie ma w tym nic dziw­ne­go. Trud­no so­bie po­ra­dzić z fak­tem, że mąż po pro­stu zniknął.

– Może należy przesłuchać więcej osób? – po­wie­dział Gösta, ukrad­kiem wsu­wając pod stół następne cia­stecz­ko.

– Cie­ka­we kogo. – Pa­trik zda­wał so­bie sprawę, że w jego słowach słychać iry­tację. – Przesłucha­liśmy jego naj­bliższych, ko­legów z pra­cy i przy­ja­ciół, od­wie­dzi­liśmy wszyst­kich sąsiadów, roz­wie­si­liśmy pla­ka­ty i daliśmy ogłosze­nia do ga­zet z prośbą o zgłasza­nie się na po­licję. Co jesz­cze możemy zro­bić?

– Mówisz to z re­zy­gnacją, to do cie­bie nie­po­dob­ne.

– Wiem. I jeśli masz jakąś pro­po­zycję, chętnie posłucham. – Pa­trik na­tych­miast pożałował szorst­kie­go tonu, ale Gösta nie wy­da­wał się urażony. – To okrop­ne, co po­wiem – dodał łagod­niej – ale je­stem pe­wien, że do­wie­my się, co się stało, do­pie­ro wte­dy, gdy znaj­dzie­my zwłoki. Mogę się założyć, że nie zniknął do­bro­wol­nie, a jeśli będzie­my mie­li tru­pa, będzie przy­najm­niej jakiś trop.

– Masz rację. Pa­skud­na myśl, że trze­ba cze­kać, aż mo­rze go wy­rzu­ci albo ktoś go znaj­dzie w le­sie. Mam ta­kie same od­czu­cia. Kosz­mar­na spra­wa...

– ...nie wie­dzieć, co się stało. To miałeś na myśli? – Pa­trik prze­sunął sto­py. Spo­ciły mu się od ciepłego psie­go za­dka.

– Tak. Po­staw się w jej sy­tu­acji. Wy­obraź so­bie, że nie wiesz, gdzie się po­dział uko­cha­ny człowiek. Tak samo jest z ro­dzi­ca­mi, którym za­ginęły dzie­ci. Jest taka ame­ry­kańska stro­na in­ter­ne­to­wa o za­ginionych dzie­ciach. Same zdjęcia i ry­so­pi­sy po­szu­ki­wa­nych. Kosz­mar, mówię ci.

– Ja bym tego nie przeżył – od­parł Pa­trik. Stanęła mu przed ocza­mi jego psot­na córecz­ka. Sama myśl, że mógłby ją stra­cić, była nie do znie­sie­nia.

Za­padła ci­sza, którą prze­rwał wesoły głos An­ni­ki:

– O czym roz­ma­wia­cie? Strasz­nie gro­bo­wy nastrój. – Weszła i usiadła przy sto­le, a chwilę później po­ja­wił się najmłod­szy funk­cjo­na­riusz w ko­mi­sa­ria­cie, Mar­tin Mo­lin. Zwa­biły go głosy i za­pach kawy. Był na urlo­pie oj­cow­skim, ale pra­co­wał na pół eta­tu i ko­rzy­stał z każdej oka­zji, żeby się zo­ba­czyć z ko­le­ga­mi i po­roz­ma­wiać z do­rosłymi.

– Roz­ma­wia­liśmy o Ma­gnu­sie Kjel­l­ne­rze. – Pa­trik po­wie­dział to tak, żeby nie było wątpli­wości, że właśnie skończy­li. Zmie­nił te­mat.

– Jak tam ma­lut­ka?

– Do­sta­liśmy wczo­raj nowe zdjęcia. – An­ni­ka sięgnęła do kie­sze­ni swe­tra. – Pa­trz­cie, jak urosła. – Położyła zdjęcia na sto­le. Pa­trik i Gösta zaczęli oglądać. Mar­tin obej­rzał je rano, za­raz po przyjściu do pra­cy.

– Ale faj­na dzie­wusz­ka – po­wie­dział Pa­trik.

An­ni­ka kiwnęła głową.

– Skończyła dzie­sięć mie­sięcy.

– Kie­dy po nią je­dzie­cie? – spy­tał Gösta z praw­dzi­wym za­in­te­re­so­wa­niem. Zda­wał so­bie sprawę, że przy­czy­nił się do de­cy­zji An­ni­ki i jej męża o ad­op­cji, i sam czuł się jakoś związany z małą.

– Do­sta­je­my sprzecz­ne in­for­ma­cje – od­parła An­ni­ka. Ze­brała zdjęcia i włożyła do kie­sze­ni. – Myślę, że za parę mie­sięcy.

– Pew­nie wam się dłuży to ocze­ki­wa­nie. – Pa­trik wstał i wsta­wił filiżankę do zmy­war­ki.

– Tak. A z dru­giej stro­ny... Spra­wa ru­szyła z miej­sca, mała jest, cze­ka.

– Zga­dza się – po­wie­dział Gösta. Od­ru­cho­wo położył dłoń na ręce An­ni­ki i równie szyb­ko ją cofnął. – Muszę po­pra­co­wać. Nie mam cza­su na po­ga­dusz­ki – mruknął zmie­sza­ny. Wstał i po­wo­li wy­szedł.

Ko­le­dzy pa­trzy­li za nim roz­ba­wie­ni.

– Chri­stian! – Sze­fo­wa wy­daw­nic­twa po­deszła i wzięła go w moc­no wy­per­fu­mo­wa­ne objęcia.

Chri­stian wstrzy­mał od­dech, żeby nie czuć słod­kie­go za­pa­chu. Gaby von Ro­sen nie spra­wiała wrażenia oso­by nie­po­zor­nej. By­najm­niej. Ce­cho­wał ją nad­miar: zbyt buj­na fry­zu­ra, za moc­ny ma­ki­jaż i sposób ubie­ra­nia się, który, de­li­kat­nie rzecz uj­mując, można było określić jako rzu­cający się w oczy. Miała na so­bie ja­skra­woróżową gar­sonkę, w kla­pie żakie­tu ol­brzy­mią zie­loną różę z ma­te­riału, i jak zwy­kle nie­bez­piecz­nie wy­so­kie szpil­ki. Ale mimo jej dość nie­po­ważnego wyglądu nie było człowie­ka, który by nie czuł re­spek­tu wo­bec sze­fo­wej no­we­go, prężnie działającego wy­daw­nic­twa. Miała trzy­dzieści lat doświad­cze­nia w branży i in­te­lekt równie ostry jak język. Kto raz popełnił błąd i nie do­ce­nił jej jako prze­ciw­nicz­ki, nig­dy tego nie po­wta­rzał.

– Ależ się cieszę! – Gaby pro­mie­niała, trzy­mając go na od­ległość wyciągniętego ra­mie­nia.

Chri­stian tyl­ko skinął głową, próbując ode­tchnąć w chmu­rze per­fum.

– Lars Erik i Ulla Lena z tu­tej­sze­go ho­te­lu wy­ko­na­li fan­ta­styczną ro­botę – kon­ty­nu­owała. – Prze­mi­li lu­dzie! Bu­fet jest na­prawdę wspa­niały. Do­sko­nałe miej­sce na lan­so­wa­nie two­jej zna­ko­mi­tej książki. Jak się z tym czu­jesz?

Chri­stian ostrożnie zro­bił krok w tył.

– Nadal nie mogę w to uwie­rzyć. Tak długo myślałem o tej książce i te­raz... właśnie... te­raz tu stoję. – Zerknął na ster­ty książek leżące na sto­le przy wejściu. Czy­tał na nich swo­je na­zwi­sko i tytuł: Sy­ren­ka. Po­czuł ssa­nie w żołądku, gdy do­tarło do nie­go, że to się dzie­je na­prawdę.

– A więc będzie tak – po­wie­działa Gaby i pociągnęła go za rękaw. Chri­stian bez­wol­nie podążył za nią. – Za­cznie­my od spo­tka­nia z dzien­ni­ka­rza­mi, niech so­bie spo­koj­nie z tobą po­roz­ma­wiają. Bar­dzo je­steśmy za­do­wo­le­ni, że sta­wi­li się tak licz­nie. Są dzien­ni­ka­rze z „Göte­borgs-Po­sten”, „Göte­borgs-Tid­nin­gen”, „Bo­huslänin­gen” i „Strömstads Tid­ning”3. Wpraw­dzie żadna z tych ga­zet nie ma zasięgu ogólno­kra­jo­we­go, ale re­kom­pen­su­je to dzi­siej­sza en­tu­zja­stycz­na re­cen­zja w „Sven­ska Dag­bla­det”.

– Jaka re­cen­zja? – spy­tał Chri­stian.

Gaby zaciągnęła go na nie­wiel­ki po­dest z boku sce­ny, gdzie miał się spo­tkać z prasą.

– Później się do­wiesz – po­wie­działa Gaby i po­sa­dziła go na krześle pod ścianą.

Usiłował od­zy­skać pa­no­wa­nie nad sy­tu­acją, ale miał wrażenie, jak­by zo­stał we­ssa­ny do wirówki, z której nie może się wy­do­stać. Wrażenie było tym sil­niej­sze, że Gaby wyszła. Po sali krzątała się obsługa, na­kry­wając do stołów. Nikt nie zwra­cał na nie­go uwa­gi. Po­zwo­lił so­bie przy­mknąć po­wie­ki. Myślał o książce, o Sy­ren­ce, i go­dzi­nach spędzo­nych przy kom­pu­te­rze. Set­kach, tysiącach go­dzin. Pomyślał o niej, o Sy­ren­ce. Prze­rwał mu jakiś głos.

– Pan Chri­stian Thy­dell, praw­da?

Chri­stian pod­niósł wzrok. Stał przed nim mężczy­zna z wyciągniętą dłonią, wyraźnie cze­kając, że poda mu swoją. Chri­stian wstał i potrząsnął jego ręką.

– Bir­ger Jans­son, „Strömstads Tid­ning”. – Po­sta­wił na podłodze dużą torbę z apa­ra­tem fo­to­gra­ficz­nym.

– Wi­tam ser­decz­nie. Proszę usiąść – po­wie­dział Chri­stian. Nie bar­dzo wie­dział, jak się za­cho­wać. Ro­zej­rzał się za Gaby, ale tyl­ko mignęło mu przy wejściu coś różowe­go.

– Nieźle się wy­sa­dzi­li. – Bir­ger Jans­son ro­zej­rzał się po sali.

– No tak – od­parł Chri­stian.

Za­padło mil­cze­nie. Obaj po­ru­szy­li się nie­spo­koj­nie.

– Za­czy­na­my? Czy cze­ka­my na resztę?

Chri­stian spoj­rzał na nie­go nie­pew­nie. Skąd miałby wie­dzieć? Jesz­cze nig­dy tego nie robił. Jans­son naj­wy­raźniej uznał jego wa­ha­nie za zgodę. Po­sta­wił na sto­le ma­gne­to­fon i włączył.

– A więc – spoj­rzał na Chri­stia­na wy­cze­kująco. – To pańska pierw­sza po­wieść.

Chri­stian nie wie­dział, czy po­wi­nien coś po­wie­dzieć, czy wy­star­czy po­twier­dzić. Chrząknął.

– Tak, rze­czy­wiście.

– Bar­dzo mi się po­do­bała. – Bir­ger Jans­son po­wie­dział to szorst­kim to­nem, który prze­czył jego słowom.

– Dziękuję.

– Co pan chciał prze­ka­zać czy­tel­ni­ko­wi? – Jans­son zerknął na ma­gne­to­fon. Chciał spraw­dzić, czy działa.

– Prze­ka­zać? Sam nie wiem. To hi­sto­ria, którą długo w so­bie nosiłem i która do­ma­gała się opi­sa­nia.

– Jest bar­dzo mrocz­na. Po­wie­działbym na­wet, po­nu­ra – po­wie­dział Bir­ger, ob­ser­wując Chri­stia­na, jak­by chciał zaj­rzeć do najgłębszych za­ka­marków jego umysłu. – Czy tak po­strze­ga pan na­sze społeczeństwo?

– Nie po­wie­działbym, żeby o to mi cho­dziło – od­parł Chri­stian. Za­sta­na­wiał się gorączko­wo nad jakąś in­te­li­gentną od­po­wie­dzią. Nie trak­to­wał swe­go pi­sa­nia w ten sposób. Opo­wieść tkwiła w nim bar­dzo długo, w końcu mu­siał ją prze­lać na pa­pier. Czy miał coś do po­wie­dze­nia na te­mat społeczeństwa? Na­wet o tym nie pomyślał.

Ura­to­wała go Gaby, zja­wiając się wraz z grupą dzien­ni­ka­rzy. Bir­ger Jans­son wyłączył ma­gne­to­fon, wszy­scy zaczęli się witać, a po­tem usie­dli przy sto­le. Trwało to chwilę. Chri­stian sko­rzy­stał z oka­zji, żeby po­zbie­rać myśli.

Gaby spróbowała sku­pić na so­bie uwagę ze­bra­nych.

– Wi­tam państwa na spo­tka­niu z Chri­stia­nem Thy­del­lem, nową gwiazdą na pi­sar­skim fir­ma­men­cie. Na­sza ofi­cy­na jest dum­na z wy­da­nia Sy­ren­ki. Je­steśmy prze­ko­na­ni, że ta po­wieść to początek długiej, wspa­niałej ka­rie­ry li­te­rac­kiej. Chri­stian jesz­cze nie za­po­znał się z re­cen­zja­mi. Otóż in­for­muję cię z wielką radością, że do­stałeś zna­ko­mi­te re­cen­zje w dzi­siej­szych ga­ze­tach: „Sven­skan”, „Da­gens Ny­he­ter” i „Ar­be­tar­bla­det”4, by wy­mie­nić tyl­ko niektóre. Po­zwolą państwo, że prze­czy­tam kil­ka ważniej­szych frag­mentów.

Wyjęła oku­la­ry i sięgnęła po leżący przed nią na sto­le plik kar­tek. Tu i ówdzie od białego tła od­ci­nały się różowe pod­kreśle­nia.

– „Au­tor włada języ­kiem w sposób mi­strzow­ski, uka­zując bez­rad­ność prze­ciętne­go człowie­ka, a jed­no­cześ-nie nie tracąc z oczu szer­sze­go kon­tek­stu” – to re­cen­zja „Sven­skan” – za­zna­czyła i kiwnęła głową do Chri­stia­na, szu­kając następnej kart­ki. – „Jest to lek­tu­ra spra­wiająca jed­no­cześnie przy­jem­ność i ból, po­zba­wio­na ozdob­ników pro­za Chri­stia­na Thy­del­la obnaża bo­wiem złudze­nia społeczeństwa co do de­mo­kra­cji i bez­pie­czeństwa so­cjal­ne­go. Tnie słowa­mi jak nożem, prze­bi­jając się przez ciało i su­mie­nie. Gorączko­wo czy­ta­my da­lej, ni­czym fa­kir pragnący doj­mującego, a prze­cież oczysz­czającego bólu”. To „Da­gens Ny­he­ter” – po­wie­działa, zdej­mując oku­la­ry i po­dając plik Chri­stia­no­wi.

Przyjął te słowa z nie­do­wie­rza­niem. Słyszał, co mówiła, i z przy­jem­nością słuchał po­chwał, ale tak na­prawdę nie ro­zu­miał, o czym mowa. Prze­cież on tyl­ko na­pi­sał o niej, opo­wie­dział jej hi­sto­rię. Wy­do­był z sie­bie słowa o tym, co było nią, co po­działało jak wy­buch, po którym chwi­la­mi czuł w głowie to­talną pustkę. Wca­le nie miał za­mia­ru wy­po­wia­dać się na te­mat społeczeństwa, chciał tyl­ko opo­wie­dzieć o niej.

Słowa sprze­ci­wu uwięzły mu w gar­dle. I tak nikt nie zro­zu­mie. Może i do­brze, bo nie umiałby tego wytłuma­czyć.

– To fan­ta­stycz­nie – po­wie­dział, zdając so­bie sprawę z ba­nal­ności tych słów.

Po­sy­pały się py­ta­nia, ko­lej­ne po­chwały i re­flek­sje na te­mat jego książki. Czuł, że nie po­tra­fi udzie­lić żad­nej rozsądnej od­po­wie­dzi. Jak opi­sać coś, co bez resz­ty wypełniało jego życie? Co było nie tyl­ko opo­wieścią, ale dzięki cze­mu prze­trwał. I cier­piał. Bar­dzo się sta­rał od­po­wia­dać ja­sno, w sposób prze­myślany. Naj­wy­raźniej nieźle mu szło, bo Gaby kil­ka­krot­nie z apro­batą kiwnęła głową.

Gdy minęła go­dzi­na prze­zna­czo­na na spo­tka­nie z prasą, Chri­stian czuł w głowie ab­so­lutną pustkę i chciał tyl­ko jed­ne­go: iść do domu. Mu­siał jed­nak zo­stać w pięknej ja­dal­ni Sto­ra Ho­tel­let. Za­czerpnął tchu, przy­go­to­wując się na przyjęcie gości. Uśmie­chał się, ale uśmiech kosz­to­wał go więcej, niż można było przy­pusz­czać.

– Mogłabyś się dziś nie upi­jać? – syknął Erik Lind do żony, tak, żeby nie słysze­li tego inni goście tłoczący się przy wejściu.

– A ty mógłbyś dzi­siaj trzy­mać ręce przy so­bie? – od­parła Lo­uise nor­mal­nym głosem.

– Nie wiem, o co ci cho­dzi – po­wie­dział Erik. – Poza tym mogłabyś mówić ci­szej.

Lo­uise spoj­rzała zim­no na męża. Przy­stoj­ny, nie da się za­prze­czyć. Daw­niej jego uro­da działała na nią. Po­zna­li się jesz­cze na stu­diach i wie­le koleżanek za­zdrościło jej, że złapała Eri­ka Lin­da. Od tam­tej pory pomału, stop­nio­wo tra­cił jej miłość, sza­cu­nek i za­ufa­nie. Można po­wie­dzieć: prze­pie­przył. Nie z nią, skądże zno­wu. Nie miał naj­mniej­szych pro­blemów z nawiązy­wa­niem sto­sunków po­za­małżeńskich.

– Cześć, wy też je­steście? Jak miło! – Ce­ci­lia Jans­dot­ter prze­cisnęła się przez tłum i przy­wi­tała się, całując Lo­uise w po­li­czek. Była jej fry­zjerką, a od roku również ko­chanką Eri­ka. Obo­je byli oczy­wiście prze­ko­na­ni, że Lo­uise o tym nie wie.

– Cześć, Ce­ci­lio. – Lo­uise uśmiechnęła się. Miła dziew­czy­na. Zresztą gdy­by miała żywić urazę do wszyst­kich ko­biet, które spały z jej mężem, mu­siałaby się wy­pro­wa­dzić z Fjällbac­ki. Poza tym daw­no prze­stała się tym przej­mo­wać. Ma córki. I fan­ta­stycz­ny wy­na­la­zek w po­sta­ci wina w kar­to­nie. Na co jej jesz­cze Erik?

– Ja­kie to eks­cy­tujące, że mamy we Fjällba­ce jesz­cze jed­ne­go pi­sa­rza! Naj­pierw Eri­ka Falck, te­raz Chri­stian... – Ce­ci­lia pra­wie pod­ska­ki­wała z pod­nie­ce­nia. – Czy­ta­liście jego książkę?

– Ja czy­tam tyl­ko ga­ze­ty fi­nan­so­we – po­wie­dział Erik.

Lo­uise przewróciła ocza­mi. Cały Erik, ko­kie­tu­je tym, że nie czy­ta książek.

– Mam na­dzieję, że do­sta­nie­my eg­zem­plarz – po­wie­działa, owi­jając się szczel­nie płasz­czem. Nie­chby wresz­cie ru­szyła się ta ko­lej­ka, chciałaby już zna­leźć się w cie­ple.

– Tak, w na­szej ro­dzi­nie to Lo­uise czy­ta książki. Nie ma w końcu wie­le do ro­bo­ty, sko­ro nie pra­cu­je. Praw­da, ko­cha­nie?

Lo­uise wzru­szyła ra­mio­na­mi. Uszczy­pli­wa uwa­ga męża spłynęła po niej. Nie chciało jej się przy­po­mi­nać mu, że to on na­le­gał, żeby zo­stała w domu, dopóki dziew­czyn­ki nie pod­rosną. I że od rana do wie­czo­ra dba, żeby dom funk­cjo­no­wał jak do­brze na­oli­wio­na ma­szy­na. On uważał to za oczy­wi­stość.

Po­roz­ma­wia­li jesz­cze chwilę, po­wo­li po­su­wając się naprzód. W końcu mo­gli wejść i po­wie­sić płasz­cze, a po­tem zejść po schod­kach do ja­dal­ni.

Lo­uise skie­ro­wała się do baru, czując na ple­cach wzrok Eri­ka.

– Żebyś się tyl­ko nie przemęczyła – po­wie­dział Pa­trik i pocałował Erikę. Eri­ka wyszła, dźwi­gając przed sobą wiel­ki brzuch.

Maja za­pisz­czała na wi­dok wy­chodzącej mamy, ale uspo­koiła się, gdy Pa­trik po­sa­dził ją przed te­le­wi­zo­rem. Właśnie po­ka­zała się czołówka z zie­lo­nym smo­kiem, zwia­stun Bo­li­bom­py5. Od paru mie­sięcy była ka­pryśna i upar­ta, miała na­pa­dy złości i wyrażała ka­te­go­rycz­ny sprze­ciw le­piej niż nie­jed­na diwa. Pa­trik na­wet to ro­zu­miał. Z pew­nością działało na nią pa­nujące w domu napięcie. Nastrój ocze­ki­wa­nia mie­szał się z nie­po­ko­jem przed po­ja­wie­niem się ro­dzeństwa. Bliźnia­ki. Do­bry Boże. Wpraw­dzie wie­dzie­li o tym od pierw­sze­go ba­da­nia USG w osiem­na­stym ty­go­dniu, ale Pa­trik nie mógł się oswoić z tą myślą. Cza­sem się za­sta­na­wiał, jak so­bie po­radzą. Jed­no nie­mowlę to wy­zwa­nie, a co do­pie­ro dwo­je? Jak so­bie po­radzić z kar­mie­niem, usy­pia­niem i tak da­lej? Trze­ba będzie kupić nowy sa­mochód, taki, w którym się zmieści trójka dzie­ci i wózki. A to tyl­ko je­den przykład.

Pa­trik sie­dział przy Mai na ka­na­pie i tępym wzro­kiem pa­trzył przed sie­bie. Ostat­nio czuł się bar­dzo zmęczo­ny, jak­by już nie miał skąd czer­pać sił. Cza­sem le­d­wo mógł się zwlec z łóżka. Może nie ma w tym nic dziw­ne­go. Do do­mo­wych kłopotów, ciąży i zmęcze­nia Eri­ki i bun­tującej się Mai doszły pro­ble­my w pra­cy. Od cza­su gdy po­znał Erikę, pro­wa­dził kil­ka trud­nych śledztw w spra­wie mor­der­stwa. Spo­ro kosz­to­wały go również nie­ustające wal­ki z sze­fem, Ber­ti­lem Mel­l­ber­giem.

A te­raz jesz­cze za­gi­nięcie Ma­gnu­sa Kjel­l­ne­ra. Pa­trik był prze­ko­na­ny, że mu­siało mu się stać coś złego, choć nie był pe­wien, czy prze­ma­wia przez nie­go doświad­cze­nie, czy prze­czu­cie. Wy­pa­dek czy zbrod­nia, nie wia­do­mo, ale gotów był się założyć, że Ma­gnus Kjel­l­ner nie żyje. Śro­do­we spo­tka­nia z jego żoną, która z ty­go­dnia na ty­dzień wyglądała na co­raz bar­dziej zmar­no­waną i udręczoną, wie­le go kosz­to­wały. Wie­dział, że zro­bi­li wszyst­ko, by go zna­leźć, ale ciągle miał przed ocza­mi jej twarz.

– Tata! – z roz­myślań wy­rwał go nie­wy­obrażal­nie głośny okrzyk Mai. Wska­zała pal­cem na ekran te­le­wi­zo­ra. Pa­trik od razu orien­to­wał się, o co cho­dzi. Mu­siał błądzić myślami dłużej, niż sądził, bo Bo­li­bom­pa już się skończyła. Zastąpił ją pro­gram dla do­rosłych, który nie in­te­re­so­wał jego córecz­ki.

– Tata za­raz to załatwi – po­wie­dział, unosząc ręce w uspo­ka­jającym geście. – Może być Pip­pi? Co ty na to?

Znał od­po­wiedź. Od pew­ne­go cza­su Pip­pi była ulu­bie­nicą Mai. Wyjął ka­setę z fil­mem o Pip­pi na mo­rzach i oce­anach, usiadł obok córecz­ki i objął ją ra­mie­niem. Przy­lgnęła do nie­go jak plu­szo­wa za­baw­ka. Pięć mi­nut później spał.

Chri­stian aż się spo­cił. Gaby właśnie mu oznaj­miła, że za­raz wcho­dzi na scenę. Nie wszyst­kie miej­sca na sali były zajęte, ale przy sto­li­kach sie­działo około sześćdzie­sięciu cze­kających na nie­go gości. Przed nimi stały ta­le­rze z je­dze­niem i szklan­ki z pi­wem lub kie­lisz­ki z wi­nem. Chri­stian nie był w sta­nie przełknąć ni­cze­go poza wi­nem. Właśnie pił trze­ci kie­li­szek, cho­ciaż wie­dział, że nie po­wi­nien. Byłoby nie­do­brze, gdy­by bełkotał do mi­kro­fo­nu pod­czas wy­wiadów, ale bez wina nie dałby rady. Rozglądał się po sali, gdy na­gle po­czuł czyjąś dłoń na przed­ra­mie­niu.

– Cześć, jak się czu­jesz? Masz tremę? – Eri­ka spoj­rzała na nie­go z nie­po­ko­jem.

– Trochę – przy­znał i po­czuł ulgę, że może to komuś po­wie­dzieć.

– Znam to – po­wie­działa Eri­ka. – Pierw­sze wystąpie­nie przed pu­blicz­nością miałam w Sztok­hol­mie pod­czas im­pre­zy dla de­biu­tujących pi­sa­rzy. Myślałam, że będą mu­sie­li mnie ze­skro­by­wać z podłogi. A po­tem kom­plet­nie nie pamiętałam, co mówiłam, stojąc na sce­nie.

– Mam wrażenie, że mnie też przy­dałaby się skro­bacz­ka – po­wie­dział Chri­stian, prze­su­wając dłonią po szyi. Pomyślał o li­stach i po­czuł, że wpa­da w pa­nikę. Za­chwiał się. Eri­ka przy­trzy­mała go i tyl­ko dzięki temu się nie przewrócił.

– Uważaj – po­wie­działa. – Widzę, że wypiłeś trochę na wzmoc­nie­nie, ale już nie pij. – De­li­kat­nie wyjęła mu kie­li­szek z ręki i od­sta­wiła na naj­bliższy stół. – Zo­ba­czysz, będzie do­brze. Gaby za­cznie od przed­sta­wie­nia cie­bie i two­jej książki, po­tem ja za­dam ci kil­ka pytań. Już je prze­dys­ku­to­wa­liśmy. Za­ufaj mi. Je­dy­ny pro­blem to jak mnie wtasz­czy­cie na scenę.

Roześmiała się, Chri­stian jej zawtórował. Może nie do końca szcze­rze i nie­co za głośno, ale po­działało. Napięcie trochę puściło, mógł ode­tchnąć. Odpędził od sie­bie myśl o li­stach. Ta spra­wa nie po­win­na mu te­raz zaprzątać głowy. Wy­star­czy, że w książce oddał głos Sy­ren­ce.

– Cześć, ko­cha­nie. – San­na przyłączyła się do nich. Oczy jej błysz­czały, gdy rozglądała się po sali.

Chri­stian zda­wał so­bie sprawę, że to dla niej wiel­ka chwi­la. Chy­ba na­wet większa niż dla nie­go.

– Świet­nie wyglądasz – po­wie­dział. Przez chwilę roz­ko­szo­wała się po­chwałą.

Rze­czy­wiście, świet­nie wyglądała. Chri­stian zda­wał so­bie sprawę, ja­kie miał szczęście, że ją po­znał. Nie był dla niej do­bry. Mu­siała wie­le znieść, więcej, niż zniósłby kto­kol­wiek inny. To nie jej wina, że nie po­tra­fiła zapełnić pust­ki, którą od­czu­wa. Pew­nie nikt by nie po­tra­fił. Objął ją ra­mie­niem i pocałował w głowę.

– Ale je­steście ślicz­ni! – Gaby przeszła obok, stu­kając głośno ob­ca­sa­mi. – Chri­stia­nie, do­stałeś kwia­ty.

Spoj­rzał na wiązankę, którą trzy­mała w ręku. Piękną, prostą, z sa­mych białych li­lii.

Sięgnął po przy­cze­pioną do niej białą ko­pertę. Ręka trzęsła mu się tak, że nie mógł jej otwo­rzyć, le­d­wie świa­dom zdu­mio­nych spoj­rzeń stojących obok ko­biet.

Za­war­tość była równie zwy­czaj­na. Biały bi­le­cik, a na nim słowa na­pi­sa­ne czar­nym atra­men­tem. To samo ozdob­ne pi­smo co w li­stach. Przez chwilę pa­trzył na za­pi­sa­ne li­nij­ki, po­tem po­ciem­niało mu w oczach.

2

Była taka piękna, nig­dy nie wi­dział nic piękniej­sze­go. Na do­da­tek pięknie pach­niała. Długie włosy nosiła za­cze­sa­ne do tyłu, przy­trzy­my­wała je białą wstążką. Lśniły tak, że mu­siał zmrużyć oczy. Nie­pew­nie zro­bił krok w jej kie­run­ku, nie wiedząc, czy wol­no mu uczest­ni­czyć w tym pięknie. Otwo­rzyła ra­mio­na, pod­biegł do niej, zo­sta­wiając za sobą mrok i zło. Otu­liła go biel, światło, za­pach kwiatów i je­dwa­bi­ste włosy do­ty­kające jego po­licz­ka.

– Te­raz ty je­steś moją mamą? – spy­tał, od­ry­wając się od niej niechętnie i co­fając o krok. – Na pew­no? – Ciągle mu się wy­da­wało, że za­raz ktoś wej­dzie i ze­psu­je wszyst­ko, mówiąc szorst­ko, że wszyst­ko to mu się przyśniło. Że ktoś tak cu­dow­ny nie mógłby być matką kogoś ta­kie­go jak on.

Ale nikt nie przy­szedł, nikt nic ta­kie­go nie po­wie­dział. Za to ona znów skinęła głową, a wte­dy już nic nie mog-ło go po­wstrzy­mać. Rzu­cił się jej w ra­mio­na, jak­by miał w nich zo­stać na za­wsze. Gdzieś w jego głowie próbowały się prze­bić inne ob­ra­zy, za­pa­chy i dźwięki, ale przyćmił je za­pach kwiatów i sze­lest jej gar­son­ki. Ode­pchnął je od sie­bie, zmu­sił, żeby zniknęły, żeby zo­stało tyl­ko to coś no­we­go, fan­ta­stycz­ne­go. Nie do wia­ry.

Pod­niósł wzrok na swoją nową mamę i po­czuł, że ze szczęścia ser­ce bije mu dwa razy szyb­ciej. Wzięła go za rękę, by go za­brać, a on bez pro­te­stu po­szedł z nią.