Syrena i Pani Hancock - Imogen Hermes Gowar - ebook
Opis

Pewnego wrześniowego wieczoru w 1785 roku kupiec Jonah Hancock słyszy niecierpliwe pukanie do drzwi. W progu stoi jeden z jego najlepszych kapitanów, klnąc, plując i nerwowo przestępując z  nogi na nogę. Statek pana Hancocka przepadł. Ale kapitan przywiózł kupcowi coś, co swoją wartością znacznie go przewyższa… Wyłowionego z morskich odmętów dziwnego stwora, który bez wątpienia jest… najprawdziwszą syreną!

Kiedy plotka roznosi się po okolicznych dokach, kawiarniach i lupanarach, wszyscy chcą zobaczyć syrenę pana Hancocka. A on bardzo chce na tym cudzie zarobić. Zgadza się więc wypożyczyć osobliwą poczwarę do najsławniejszego domu rozpusty w Londynie.

W tym luksusowym przybytku czeka na pana Hancocka o wiele więcej syren. Znacznie groźniejszych i bardziej ponętnych niż jego morski stwór – gotowych dać mu szczęście, o którym marzy, lub zhańbić go i przywieść do zguby…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 606

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Strona redakcyjna

CZĘŚĆ I

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

CZĘŚĆ II

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

CZĘŚĆ III

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY

EPILOG

PODZIĘKOWANIA

NOTA O CZCIONCE

PRZYPISY

SYRENA TO BARDZO NIEBEZPIECZNA ZDOBYCZ.PODOBNIE JAK KURTYZANA.

Cudowna, absolutnie urzekająca.MADELINE MILLER, autorka KIRKE

Fikcja historyczna w najlepszym wydaniu, łącząca mit i legendy z brutalną rzeczywistością XVIII wieku. Ta powieść jest świetnym wyborem zarówno dla czytelników współczesnych powieści Sarah Waters, jak i dla wielbicieli klasyki w stylu Jane Austen i Charlesa Dickensa.„IRISH TIMES”

Wiele w tej książce jest do przegryzienia, jeszcze więcej – do smakowania. A wszystko podane czarująco i z humorem.„THE GUARDIAN”

IMOGEN HERMES GOWAR

Studiowała archeologię, antropologię i historię sztuki na Uniwersytecie Wschodniej Anglii. Swoją przygodę z literaturą rozpoczęła od krótkich opowiadań zainspirowanych eksponatami z muzeum, w którym pracowała. Dzięki stypendium Malcolma Bradbury’ego zaczęła studiować kreatywne pisanie. Imogen Hermes Gowar zdobyła Curtis Brown Prize za rozprawę naukową, która potem przeistoczyła się w debiutancką powieść pt. Syrena i pani Hancock. Książka ta natychmiast została nominowana do kilku ważnych nagród: Desmond Elliott Prize, MsLexia First Novel Competition, Deborah Rogers Foundation Writers’ Award oraz Women’s Fiction Prize.

Tytuł oryginału:

THE MERMAID AND MRS. HANCOCK

Copyright © Imogen Hermes Gowar 2018

All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright © Anna Dobrzańska 2019

Redakcja: Anna Walenko

Ilustracje na obwolucie oraz projekt: © Suzanne Dean, incorporates eighteenth-century

Motywy z zabytkowych tkanin i ornamenty: © Victoria and Albert Museum, London

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8125-511-0

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

CZĘŚĆ I

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wrzesień 1785

Gabinet Jonaha Hancocka ma kształt klina wyłożonego kasetonami niczym kajuta na statku, pobielone ściany i czarne listwy przypodłogowe. Belki sufitowe pasują tu do siebie jak ulał. Na Union Street śpiewa wiatr, krople deszczu tłuką o szyby, a pan Hancock, wsparty na łokciach, pochyla się i kryje twarz w dłoniach. Przesuwając palcami po głowie, odkrywa kępkę szorstkich włosków, najwyraźniej pominiętych przez balwierza, i dotyka ich przez chwilę z lekkim zaciekawieniem, ale bez złości. Prywatnie pan Hancock niezbyt przejmuje się swoją aparycją; w towarzystwie nosi perukę.

To czterdziestopięcioletni zażywny jegomość, odziany w wełnę czesankową, barchan i płótno, solidne, znajome materiały, które pasują do jego łysiejącej głowy, srebrzystego zarostu na obwisłych policzkach i szorstkiej poplamionej skóry na czubkach palców. Nie jest przystojny i nigdy nie był (kiedy tak siedzi na zydlu, jego wielki kałdun i chude nóżki nadają mu wygląd szczura przycupniętego na słupku), ale mięsistą twarz ma życzliwą, a małe oczka o bladych powiekach zdają się bystre i ufne. Oto człowiek skrojony na miarę swojego statusu: syn kupca, który także był synem kupca – z dziada pradziada mieszkający w Deptford – który nie powinien wyrażać zaskoczenia czy zachwytu widokiem rzadkich rzeczy przechodzących przez jego spracowane ręce, lecz wyceniać, spisywać nazwy i liczby, i wysyłać do tętniącego życiem, kwitnącego miasta na drugim brzegu rzeki. Statki, które posyła w świat – Orzeł, Kalliope, Lorenzo – wypływają i wracają, podczas gdy Jonah Hancock, najspokojniejszy z ludzi, każdej nocy zasypia w tym samym pokoju, gdzie pierwszy raz zaczerpnął tchu.

Światło w gabinecie jest przygaszone i ma w sobie mrok nadciągającej burzy. Deszcz leje się strumieniami. Księgi rachunkowe leżą otwarte na biurku, pełne słów i liczb, pełzających niczym robactwo, lecz pan Hancock nie myśli o pracy i z wdzięcznością nasłuchuje dobiegającego zza drzwi szurania.

Aha, to na pewno Henry, myśli sobie, ale kiedy odwraca głowę, widzi, że to tylko kotka. Stoi u dołu schodów, z zadkiem w górze i tylnymi łapkami rozstawionymi szeroko na ostatnim stopniu, przednimi przyszpilając do podłogi popiskującą mysz. Drobny pyszczek kotka ma otwarty, ząbki błyskają triumfalnie, lecz jej pozycja jest niepewna. Żeby się poprawić, kalkuluje pan Hancock, będzie musiała wypuścić zdobycz.

– Psik! – mówi pan Hancock. – Uciekaj!

Kotka tymczasem chwyta mysz zębami i czmycha w głąb korytarza. Nawet gdy znika z zasięgu jego wzroku, pan Hancock słyszy taneczny tupot łapek i stłumione odgłosy mysiego ciałka, które uderza o drewnianą podłogę, gdy kotka raz po raz je podrzuca. Choć wielokrotnie przyglądał się tym zabawom, jej pytające, rozdzierające miauknięcia za każdym razem brzmią w jego uszach nieprzyjemnie ludzko.

Kręcąc głową, wraca do biurka. Mógłby przysiąc, że to Henry szedł na dół po schodach. Oczami wyobraźni widzi, jak jego wysoki, chudy syn, z twarzą okoloną kasztanowymi lokami, w białych pończochach, zatrzymuje się, by z uśmiechem zajrzeć do gabinetu. Wokół niego tańczą drobinki kurzu. Pan Hancock nieczęsto miewa takie wizje, lecz kiedy już się zdarzają, nieodmiennie go niepokoją, albowiem Henry Hancock urodził się martwy.

Pan Hancock nie jest dziwakiem, lecz nie potrafi pozbyć się wrażenia, że z chwilą, gdy jego żona złożyła głowę na poduszce łóżka, w którym przyszedł na świat ich syn, i wydała ostatnie tchnienie, jego życie zboczyło z kursu. Zdaje mu się, że toczy się ono gdzieś blisko, oddzielone od niego ledwie cienką warstwą powietrza i szansą, i od czasu do czasu widzi je kątem oka, jak gdyby skrywająca je zasłona uniosła się na chwilę. Na przykład w pierwszym roku wdowieństwa pewnego razu, podczas gry w karty, poczuł napierające mu na kolano ciepłe ludzkie ciało i spuścił wzrok, spodziewając się widoku pulchnego dziecięcia, które uczepiwszy się jego krzesła, próbuje dźwignąć się na nogi. Dlaczego więc był tak przerażony, gdy zamiast tego ujrzał lewą rękę Moll Rennie, sunącą po jego udzie? Kiedy indziej, na festynie, jego uwagę przykuł kolorowy bębenek, więc go kupił i dopiero w połowie drogi do domu przypomniał sobie, że nie ma małego chłopca, któremu mógłby go dać. Minęło piętnaście lat, wciąż jednak zdarzają się chwile nieuwagi, kiedy pan Hancock słyszy na ulicy głos albo czuje, że ktoś szarpie go za nogawkę spodni. Henry, myśli wtedy, jak gdyby wciąż miał syna.

Jego żona Mary nigdy nie odwiedza go w ten sposób, choć za życia była dla niego prawdziwym błogosławieństwem. Zmarła, mając trzydzieści trzy lata – łagodna kobieta, która widziała wiele na tym świecie i była gotowa wyprawić się na tamten. Pan Hancock nie ma wątpliwości, dokąd się udała, tak jak nie wątpi, że pewnego dnia do niej dołączy, i ta myśl jest dla niego wystarczającym pokrzepieniem. Opłakuje tylko ich dziecię, bo zbyt szybko przekroczyło granicę między życiem a śmiercią, prześlizgując się z jednego zapomnienia w drugie, niczym człowiek, który we śnie przewraca się na drugi bok.

Z góry dobiega głos jego siostry, Hester Lippard, która przychodzi w każdy pierwszy czwartek miesiąca, by przetrząsać jego spiżarnię, pranie i bieliźniarkę i reagować krzykiem na to, co w nich znajduje. Owdowiały brat to kłopotliwe dziedzictwo, lecz i takie, które w przyszłości może przynieść korzyści jej dzieciom. Skoro pani Lippard okazała mu serce i zabrała ze szkoły swą najmłodszą pociechę, by prowadziła dom wuja, słusznie oczekuje nagrody.

– No i proszę, prześcieradła cuchną stęchlizną – mówi. – Gdybyś przechowywała je tak, jak ci radziłam… Zapisałaś wszystko w notesie?

Cichy głos mamrocze coś w odpowiedzi.

– A więc zapisałaś? Nie robisz tego dla mnie, Susanno, lecz dla siebie.

Następuje chwila ciszy, w której pan Hancock wyobraża sobie, jak biedna Sukie zwiesza głowę, policzki jej płoną.

– Więcej z ciebie kłopotu niż pożytku! Gdzie twoje czerwone nici? No gdzie? Znów je zgubiłaś? Jak myślisz, kto zapłaci za kolejne?

Jonah Hancock wzdycha i drapie się w głowę. Gdzie podziała się szczęśliwa rodzina, która miała zamieszkać w tym domu wybudowanym przez jego dziadka i wykończonym przez ojca? Są tu umarli, nie ma co do tego wątpliwości. Czuje ich dotyk w skrzypiących podłogach, w grzbiecie balustrady, i słyszy w głosach kościelnych dzwonów – Świętego Pawła z przodu i Świętego Mikołaja z tyłu. Ręce cieśli okrętowych żyją tu, w długich krągłościach belek, które przywodzą na myśl wnętrza ogromnych statków; w nadprożach rzeźbionych w ptaki i kwiaty, anioły i miecze, stanowiących świadectwo pracy i wizji ludzi, zmarłych już dawno temu.

Nie ma tu dzieci, które zachwycałyby się biegłością niezrównanych snycerzy z Deptford i dorastałyby w rytmie statków, co wypływają z portu lśniące i załadowane po brzegi, a wracają puste i sponiewierane. Dzieci Jonaha Hancocka wiedziałyby, tak jak wie to sam Jonah Hancock, co znaczy załadować na statek czyjąś wiarę i los i pchnąć je w nieznane. Wiedziałyby, tak jak wie to pan Hancock, że człowiek, który wyczekuje powrotu statku, nie potrafi skupić się za dnia i nie śpi nocami, nie mogąc usiedzieć w jednym miejscu i czując w ustach gorzki smak. Taki człowiek jest opryskliwy wobec swoich bliskich lub wręcz przeciwnie – nazbyt sentymentalny; siedzi zgarbiony przy biurku, dokonując w kółko tych samych obliczeń. Obgryza paznokcie.

Cóż to za wiedza, skoro umrze wraz z Jonahem Hancockiem? Na co mu radości i smutki, skoro nie ma ich z kim dzielić? Po co mu twarz i głos, skoro cały obróci się w proch? I na co fortuna, skoro bez synów uschnie ona niczym winorośl, której nie ma kto oberwać?

Czasami jednak jest coś więcej.

Wszystkie podróże zaczynają się tak samo, kiedy mężczyźni zbierają się w kawiarniach, pocierają brody i ważą ryzyko oraz zobowiązania.

– Wchodzę w to – mówi jeden.

– Ja też.

– I ja.

Albowiem na tym świecie człowiek nie osiągnie nic w pojedynkę. „Dziel swój los razem z nami: jedna sakwa dla nas wszystkich”1. Oto dlaczego roztropny mąż nie robi interesów z pijakami, rozpustnikami, hazardzistami, złodziejami i wszystkimi tymi, których Bóg może surowo ukarać. Dzieląc z nimi swój los, dzielisz z nimi ich grzechy. Jakże niewiele potrzeba, by mała łódka rozbiła się o skały. By cały ładunek spoczął w mroku, na głębokości pięciu sążni. Płuca żeglarzy mogą być zamarynowane w słonej morskiej wodzie, podobnie jak ich palce, lecz los tych mężczyzn leży w rękach Boga.

A cóż mówi Bóg panu Hancockowi? Gdzie jest Kalliope, której kapitan od osiemnastu miesięcy nie daje znaku życia? Lato dobiega końca. Z każdym dniem słupek rtęci spada coraz niżej. Jeśli Kalliope wkrótce nie wróci, cała wina spocznie na nim. Co uczynił, by zasłużyć na taką karę? Jeśli zaczną podejrzewać go o coś nieprzyjemnego, kto podzieli z nim swój los?

Gdzieś tam los się odwraca. W miejscu, z którego nie widać lądu, gdzie jak okiem sięgnąć, rozciąga się falująca, migocząca, zdradziecka woda, fala podnosi swój grzbiet i opada z westchnieniem, a jej przesycony solą szept dociera do uszu pana Hancocka.

„Ta podróż jest wyjątkowa”, głosi owo poszeptywanie, sprawiając, że panu Hancockowi serce zaczyna bić szybciej.

Ona wszystko zmieni.

I nagle, w ciszy swojego gabinetu, ten podupadły na duchu człowiek, kryjący twarz w dłoniach, czuje wielkie, niemal dziecięce, radosne wyczekiwanie.

Deszcz ustaje. Kotka miażdży zębami czaszkę myszy, a gdy się oblizuje, pan Hancock dopuszcza do siebie iskierkę nadziei.

ROZDZIAŁ DRUGI

Deszcz sprawia, że niewiele ptaków pozostaje na zewnątrz. Możliwe jednak, że jakiś kruk sfrunął właśnie z krokwi domu pana Hancocka i stroszy swe krepowe pióra, przechylając łepek, by przyjrzeć się światu bladym, złym okiem. Kruk ten, jeśli rozłoży skrzydła, odnajdzie w nich wilgotny wiatr, który nawiewa z widocznych w dole ulic zapachy gorącej smoły i rzecznego błota oraz cuchnącą amoniakiem woń garbarni. A jeśli zeskoczy z parapetu i wzbije się ponad dachy Union Street, dotrze niebawem do doków, kołysek przyszłych statków, które nawet w niemowlęctwie górują nad okolicznymi budynkami. Niektóre z nich, wypolerowane i nasmołowane, z powiewającymi dumnie flagami i puszczającymi oko galionami, aż rwą się do podróży; inne, ledwie żebra, świeżo wyciosane z drewna, między którymi hula wiatr, leżą w suchym doku, blade i nagie niczym szkielety wielorybów.

Jeśli kruk pofrunie stąd na północny zachód, podążając za zakole rzeki, i będzie leciał bez przerwy przez kolejne sześć mil… Cóż, czy to w ogóle możliwe w przypadku kruków? Jakie są ich zwyczaje? Jak daleko rozciąga się ich terytorium? Gdyby jednak to zrobił, gdyby poszybował, kiedy niebo się przeciera, dotarłby do Londynu i rzeki zwieńczonej po obu stronach blankami doków dużych i małych, niektórych wysokich, z żółtego kamienia, a innych skarłowaciałych, z wypaczonego czarnego drewna.

Nabrzeża i mosty zamykają się wokół wody, która po burzy unosi się i opada. Łodzie o białych żaglach kołyszą się na niej, a żeglarze zbierają się na odwagę, by odbić swymi małymi stateczkami od brzegu i popłynąć z prądem. Z chwilą gdy słońce wyjrzy zza chmur, wyimaginowany kruk przeleci nad farmami melonów w Southwark, nad komorami celnymi, iglicą kościoła Świętej Brygidy, zatłoczonym placem Seven Dials, aż dotrze do Soho. Kiedy obniża lot, by przysiąść na rynnie przy Dean Street, jego cień przemyka po oknie pewnego domu, wykradając z pokoju światło dnia, przez co twarz Angeliki Neal na krótką chwilę znika w mroku.

Angelica siedzi przy toaletce, spokojna i pachnąca jak sos waniliowy z wodą różaną, i leniwie sięga do misy pełnej owoców szklarniowych, podczas gdy jej przyjaciółka – pani Eliza Frost – wyplątuje jej z włosów ostatni papilot. Angelica ma na sobie zasznurowany gorset i niedbale narzucony peniuar, lecz jej policzki wciąż są zaróżowione od snu, a wzrok uparcie powraca do lustra i własnego skrzywionego odbicia, jak gdyby patrzyła na kochanka. W klatce śpiewa kanarek, wszędzie dookoła migoczą lustra, a na toaletce piętrzą się wstążki, kolczyki i maleńkie szklane buteleczki. Każdego popołudnia toaletka jest wynoszona z ciemnej garderoby do słonecznego salonu, a wszystko po to, by nie marnować świec.

– Niedługo nie będzie takiej konieczności – mówi Angelica, spowita chmurą pudru do włosów. – Kiedy zacznie się sezon, a wraz z nim wyjścia, gdy będę mogła się pokazać, nasze życie stanie się dużo prostsze.

Na podłodze leżą zapisane drobnym drukiem, zdeptane trójkąty papilotów, wycięte z kazań Wesleyańskiego Kościoła Metodystycznego rozdawanych każdego dnia ladacznicom z Dean Street.

– Hm – mruczy pani Frost. Chwyta kolejne kosmyki żółtych włosów przyjaciółki, tapiruje i upina je w wysoką miękką kupkę na czubku głowy. Musi wyjąć spinki, które trzyma w ustach, zanim będzie mogła odpowiedzieć jak należy. – Obyś miała rację.

Spędzają w tych pokojach już drugi tydzień, płacąc banknotami z oszczędności, które – choć zazdrośnie strzeżone przez panią Frost – kurczą się w zastraszającym tempie.

– Martwisz się – mówi Angelica.

– Nie podoba mi się to. Ten brak stałych przychodów. Nie wiadomo, co przyniesie kolejny dzień…

– To nie moja wina. – Angelica otwiera szeroko oczy, a peniuar zsuwa się jej z ramienia.

To nie jej wina: nie dalej jak miesiąc temu była jeszcze na utrzymaniu pewnego księcia w średnim wieku, który ubóstwiał ją przez trzy lata wspólnego życia, ale zapomniał uwzględnić ją w testamencie.

– I nie podoba mi się, że każdy może cię mieć – mówi pani Frost.

Promienie słońca odbijają się od grzbietu szczotki. Pani Frost jest wysoka i szczupła. Nie maluje się, a skórę na twarzy ma gładką i napiętą jak skóra dziecka. Trudno określić jej wiek, albowiem cała jest jak jej sukienka: schludna i pospolita, co wieczór przecierana gąbką i trzymana z dala od świata.

– Każdy, kogo na to stać, co zdecydowanie zawęża krąg –odpowiada Angelica. – Posłuchaj, gołąbeczko, wiem, co myślisz, ale póki jesteś na moim utrzymaniu, nie muszę tego słuchać.

– Skompromitujesz się.

– A jak inaczej mam zarobić na pończochy dla nas? Proszę cię bardzo, powiedz mi. Ty, która tak skrupulatnie prowadzisz księgi. Daruj sobie, bo i tak wiem, co powiesz. Zrobisz mi wykład na temat mojej rozrzutności, ale pamiętaj, żaden mężczyzna nie da pieniędzy dziwce, która wygląda, jakby miała się zadowolić sześciopensówką. Muszę myśleć o swoim wyglądzie.

– Nie masz pojęcia o księgowości – mówi pani Frost. – Nie wyobrażasz sobie, jak bardzo komplikuje mi życie.

Przez ciało Angeliki przechodzi prąd. Zaciska dłonie na podłokietnikach i tupie nogami z taką siłą, że papiloty budzą się do życia i trzepoczą zadrukowanymi skrzydłami.

– Moje życie jest bardzo skomplikowane, Elizo!

– Uspokój się. – Kolejny obłok pudru do włosów wzbija się w powietrze.

– Już dość! – Angelica macha rękami wokół głowy. – Bo stracą kolor.

Dba o swoje ciężkie złote loki, bo dzięki nim zaczęła się jej kariera. Jako dziecko była pomocnicą i modelką włoskiego balwierza i (jak wieść niesie) to u niego mała, pulchna Angelica nauczyła się sztuki szczotkowania włosów, a także zgłębiła tajniki sztuki miłosnej.

Kobiety milczą. Wiedzą, że w takich chwilach lepiej się nie odzywać, i urażone cofają się, niczym pięściarze, do narożników swoich umysłów. Pani Frost wrzuca do ognia garść papierów, a Angelica odwraca się do misy z owocami, jedno po drugim obrywa winogrona i składa je w dłoni. Zlizuje sok z nadgarstka. Skośne promienie słońca malują ciepłe wzory na jej policzku. Ma dwadzieścia siedem lat i nadal jest piękna, co zawdzięcza szczęściu, okolicznościom i zdrowemu rozsądkowi. Jej jasnoniebieskie oczy i zmysłowy uśmiech to dary natury; jej ciało i umysł nie poznały znojów bycia żoną; skórę ma czystą, szparkę pachnącą, a nos wciąż cały dzięki maleńkim sakiewkom z owczych jelit – starannie płucze te sakiewki po każdym użyciu i przechowuje je w szafce, związane zielonymi wstążeczkami.

– Śmierć była najlepszą rzeczą, jaką mógł zrobić – zwraca się pojednawczo do pani Frost. – I to tuż przed sezonem.

Jej towarzyszka zbywa tę uwagę milczeniem.

To jednak nie zniechęca Angeliki.

– Teraz jestem całkowicie niezależna – dodaje.

– I to właśnie mnie niepokoi. – Pani Frost zaciska usta w wąską kreskę i kolejny raz atakuje włosy Angeliki.

– Ach, jakże będę korzystać z życia, teraz, kiedy nie mam wobec nikogo żadnych zobowiązań!

– I niczyjego wsparcia – przypomina jej pani Frost.

– Och, Elizo. – Angelica czuje na głowie chłodne palce przyjaciółki. Wyrywa się i odwraca na krześle, żeby spojrzeć jej prosto w oczy. – Trzy lata nikogo nie widziałam! Żadnego towarzystwa, żadnych przyjęć, żadnej zabawy. Siedziałam zamknięta w tym nudnym małym salonie.

– Spełniał wszystkie twoje zachcianki.

– I jestem mu za to wdzięczna. Ale wiele poświęciłam, sama wiesz. Ten artysta, który powiesił mój portret w Akademii. Malowałby mnie bez końca, gdyby książę mu nie zabronił. Czy nie zasługuję na to, by choć trochę zachłysnąć się wolnością?

– Nie ruszaj się, bo nigdy nie skończę.

Angelica odchyla się na krześle.

– Byłam już kiedyś w gorszej sytuacji. Odkąd skończyłam czternaście lat, jestem na tym świecie samiuteńka jak palec.

– Tak, tak.

Pani Frost – zanim została panią Frost – czyściła paleniska w osławionej Świątyni Wenus pani Elizabeth Chappell, gdzie Angelica Neal – zanim została Angelicą Neal – tańczyła nagusieńka.

– Czy to nie oczywiste? Skoro jeden mężczyzna się na mnie zdecydował, znajdą się też inni. Tymczasem muszę wrócić do towarzystwa, zacząć bywać we właściwych kręgach i pokazywać twarz, dopóki znów nie stanę się sławna. Oto co jest teraz najważniejsze. Sama wiesz, że żadna z wielkich kurtyzan nie jest specjalnie piękna, no, w każdym razie tych jest niewiele. A ja jestem piękna, czyż nie?

– Tak.

– A zatem – ciągnie Angelica – wszystko się uda. – Zatapia ząbki w brzoskwini, spogląda na swoje odbicie, przeżuwa i połyka.

– Zastanawiam się tylko… – zaczyna pani Frost.

– Wierzę, że mężczyźni uważają mnie za tak atrakcyjną jak nigdy dotąd – przerywa jej Angelica. – Nie muszę być wyrachowana i przymilać się do każdego, kto zwróci na mnie uwagę. Sama mogę decydować.

– Ale nie…

– Myślę, że niebieska wstążka będzie najlepsza.

Na zewnątrz, na ulicy, powstaje wielkie zamieszanie. Podskakując na kocich łbach, najeżdża błękitne lando zdobione z obu stron wizerunkiem złotego sfinksa z nagimi piersiami. Angelica zrywa się na równe nogi.

– Już tu jest! Zdejmij fartuch. Albo nie, włóż go z powrotem. Nie chcę, żeby wzięła cię za jedną z nas. – Podbiega do okna, w pośpiechu zrzucając z siebie peniuar.

Zachodzące słońce spowija widoczną w dole ulicę miodowozłotą mgiełką. W landzie, otoczona grupką młodych kobiet w białych muślinach, siedzi pani Chappell, przełożona King’s Place. Budową przypomina krzesło – zdaje się bardziej tapicerowana niż ubrana – a jej obfity biust niczym podgłówek wypycha kremową taftę ze złotymi sutaszami. Kiedy lando się zatrzymuje, pani Chappell niepewnie podnosi się z siedzenia i wyciąga upierścienione ręce. Dwaj Murzyni w błękitnych liberiach zeskakują ze stopni, by pomóc jej wysiąść.

– Znowu nowi służący. Biedni durnie – rzuca Angelica, patrząc, jak Murzyni służą pani Chappell pomocą, podczas gdy dziewczęta poprawiają materiał na obfitym zadzie matrony. – Jeszcze nie wiedzą, że płaci im połowę tego, ile są warci.

Lando podryguje w górę i w dół, więc gdy pani Chappell stawia stopę na bruku, widać błysk białej krochmalonej koronki. Kilka maleńkich piesków wyrywa się do przodu, tuż za nimi wysiadają dziewczęta i wszyscy razem tłoczą się na ulicy – istny festiwal puszystych ogonków i kapeluszy z piórkiem – podczas gdy pani Chappell chwieje się, podtrzymywana przez lokajów.

– Sprytna jest, że zatrudnia czarnych, którzy niedawno przypłynęli z Ameryki i nie znają własnej wartości – dodaje Angelica. – Wyobraź sobie, Elizo! Wyrwani z niewoli tylko po to, by służyć komuś takiemu jak ona.

Barwna parada gości na Dean Street wzbudza żywe zainteresowanie. Praczka z tobołkiem na plecach syczy coś przez zęby, a terminująca u niej dziewczyna z włosami schowanymi pod czepkiem zatrzymuje się i patrzy jak urzeczona. Czterej chłopcy pogwizdują z uznaniem, a mężczyźni uchylają kapeluszy albo skłaniają głowy nad taczkami i szczerzą się od ucha do ucha. Dziewczęta uśmiechają się z wyższością i zamiatają spódnicami, ani na chwilę nie przestając się wachlować. Odsłaniają szyje i białą skórę przedramion. Angelica otwiera okno i wygląda na zewnątrz, jedną ręką osłaniając oczy przed słońcem.

– Moja droga pani Chappell! – woła, co sprawia, że dziewczęta stają się jeszcze bardziej rozemocjonowane, a wszystkie głowy obracają się w stronę okna. Słoneczne refleksy tańczą we włosach Angeliki. – Jak miło, że przyjechała pani z wizytą!

– Polly! – warczy pani Chappell. – Kitty! Elinor!

Dziewczęta stają na baczność. Oczy im błyszczą, wachlarze łopoczą w dłoniach.

– Elizo! – syczy Angelica. – Musimy przesunąć tę toaletkę.

Pani Frost zaczyna układać w kupki wstążki i klejnoty.

– Z krótką wizytą – uprzedza pani Chappell, przyciskając dłoń do piersi.

– Wchodźcie, wchodźcie! – woła Angelica. Uwaga Dean Street skupiona jest wyłącznie na niej. – Napijemy się herbaty. – Odsuwa się od okna. – Chryste, Elizo! Mamy jakąś herbatę?

Pani Frost strzepuje z piersi kawałek różowego papieru.

– Zawsze mamy herbatę.

– Jesteś aniołem. Prawdziwym skarbem. Co bym bez ciebie zrobiła?

Angelica chwyta za jeden koniec toaletki, pani Frost za drugi i wspólnymi siłami, szurając po podłodze, przesuwają ją, uważając przy tym, by leżące na niej świecidełka nie pospadały. Owoce w misie trzęsą się i podskakują, a lustro grzechocze w ramie.

– Wiesz, po co przyjechała – dyszy Angelica. – Jesteśmy zgodne?

– Powiedziałam już, co o tym myślę. – Pani Frost sili się na skromność.

Drepcząc do tyłu z zastawioną drobiazgami toaletką, co rusz zerka przez ramię, żeby uniknąć zderzenia ze ścianą.

– Daj mi trochę czasu, a rozwieję twoje obawy. – Mijają wąskie, twarde łóżko pani Frost. – Szybciej, szybciej! Postawmy ją gdziekolwiek. Posprzątamy, kiedy sobie pójdą. A teraz biegnij, biegnij im otworzyć. I nie zapomnij wytrzeć talerzyków, zanim je podasz. Maria kompletnie się do tego nie przykłada.

Pani Frost znika niczym błędny ognik, podczas gdy Angelica zostaje w ponurej garderobie i podziwia swoje odbicie w lustrze. Z daleka wygląda dobrze – drobna i elegancka – podchodzi jednak bliżej, opiera dłoń na blacie i wychyla się do przodu. Szkło jest zimne, a jej oddech pozostawia na nim obłoczek pary, który kurczy się i rozkwita, zasłaniając jej twarz. Obserwuje swoje źrenice, jak zwężają się i rozszerzają, i bada kształt ust, różowych i podrażnionych po wczorajszej popołudniowej pracy. Skóra wokół oczu jest tak biała i gładka jak wnętrze skorupki jajka. Na każdym policzku maleńka zmarszczka, jak ślad po paznokciu; trzecia, taka sama, widnieje między brwiami i pogłębia się, kiedy Angelica marszczy czoło. Słyszy dziewczęta chichoczące w korytarzu na dole i napomnienia pani Chappell:

– Cóż za roztrzepanie! Taka krnąbrność na ulicy. Czyżbym uczyła was, że tak macie się zachowywać?

– Nie, pani Chappell.

Angelica wyłamuje palce. Wraca do salonu, opada na krzesło i poprawia suknię.

– Będziecie z siebie dumne, jeśli jakiś mądrala napisze o tym w gazecie? Kiedy obwieszczą w „Town and Country”, że podopieczne pani Chappell, dziewczęcy kwiat Anglii, dokazują na ulicy jak, nie przymierzając, córki piwowarów? Bo ja z całą pewnością nie będę dumna. Podejdź, Nell, muszę się na tobie wesprzeć. Nie dam rady o własnych siłach wejść po tych schodach.

Oddychając chrapliwie, wsparta na ramieniu rudowłosej Elinor Bewlay, wchodzi do mieszkania.

– Droga pani Chappell! – wykrzykuje Angelica. – Tak się cieszę… tak bardzo się cieszę. Jakże miło panią widzieć.

Wszystko, co mówi, jest prawdą. Pani Chappell jest dla niej kimś w rodzaju matki i błędem byłoby przypuszczać, że profesja rzutuje na ich uczucia. Wszak nie tylko rajfurki zarabiają na własnych córkach.

– Posadźcie mnie, dziewczęta. Niech usiądę – prycha pani Chappell i z trudem rusza w stronę maleńkiego japońskiego krzesła, podczas gdy Angelica i panna Bewlay trzymają ją za ramiona, jak dziewczęta szamoczące się na wietrze z markizą.

– Nie tu! – rzuca bez tchu pani Frost, patrząc przerażonym wzrokiem to na patykowate nogi krzesła, to na potężne ciało pani Chappell.

– Tam! – piszczy ciemnooka Polly, Mulatka.

Przysuwa z kąta pokoju fotel i w ostatniej możliwej chwili stawia go na drodze pani Chappell. Rajfurka, choć słusznej tuszy, jeszcze podkreśla swoje obfite pośladki, kryjąc pod halkami korkową poduszkę, więc kiedy siada, robi to z głuchym łupnięciem, aż w powietrze wzbija się obłok kurzu. Chwilę później, wyraźnie odprężona, wskazuje dłońmi swą lewą stopę, a Polly unosi ją delikatnie i kładzie na podnóżku.

– Moja droga – odzywa się pani Chappell, kiedy w końcu łapie oddech. Usta ma fioletoworóżowe. – Moja Angelico. Właśnie wróciłyśmy z Bath. Skróciłam pobyt… musiałam mieć pewność, że niczego ci nie brakuje. Z nerwów nie mogłam spać, prawda, dziewczęta? Nie masz pojęcia, jak się zmartwiłam, kiedy usłyszałam, gdzie zamieszkałaś.

– Tylko na jakiś czas – wyjaśnia Angelica. – Zaszło finansowe nieporozumienie.

Zerka na dziewczęta, które przycupnęły na sofie i przechylając głowy, przysłuchują się ich rozmowie. Mają nieskazitelnie gładką skórę, a ich drobne ciałka są kształtne jak ciała manekinów pod sukniami, których nie powstydziłaby się sama Perdita2. Od nagości oddziela je ledwie tchnienie białego muślinu i rząd tasiemek do ściągania.

– Nie przedstawiłam ci mojej Kitty – mówi pani Chappell i wyciąga ręce do najdrobniejszej z dziewcząt. – No dalej, wstań.

Kitty dyga, jak ją uczono. Jest patykowatą, nieco oszołomioną istotką o długiej szyi, dużych jasnych oczach, szarawych jak obwódka na odtłuszczonym mleku, i nieco zbyt przyciemnionych brwiach.

– Chudzina – zauważa Angelica.

– Ale wytworna – podkreśla pani Chappell. – Próbujemy ją podtuczyć. Znalazłam ją w Billingsgate, całą w rybich łuskach i cuchnącą jak wody odpływu, prawda, dziewczyno? Odwróćże się. Niech panna Neal ci się przyjrzy.

Suknia dziewczyny wydaje szeleszczący odgłos, a spomiędzy fałd unosi się zapach olejku pomarańczowego. Kitty porusza się powoli i ostrożnie. W kącie pani Frost nalewa herbatę do filiżanek, a Polly i Elinor rozdają filiżanki, podczas gdy ich opiekunka przemawia umęczonym głosem. Oddycha jak śpiewaczka operowa: przed każdym zdaniem wypuszcza powietrze i nabiera kolejny haust, by kontynuować swoją tyradę.

– Mówili, że miała ospę wietrzną. Ale chyba niegroźną – dodaje – bo nie został po niej żaden ślad. Wygląda jak panna z wyższych sfer. Zobacz, jak się nosi. Nie ja ją tego nauczyłam, to wrodzony talent. Pokaż kostki, Kitty.

Kitty unosi rąbek sukni. Stopy ma drobne i wąskie, odziane w misternej roboty srebrne pantofelki.

– Potrafi mówić? – pyta Angelica.

– To nasze kolejne zadanie – mruczy pani Chappell. – Język też ma plugawy jak wody odpływu. Jeśli jeszcze raz otworzy usta, to ją odprawię.

Gdy obie przyglądają się dziewczynie, zapada cisza, a w każdym razie milczenie, bo pani Chappell nawet podczas odpoczynku rzęzi niczym dudy.

– Trzeba będzie nad nią popracować – zauważa Angelica.

– Takie lubię najbardziej. Przeciętne dziewczęta przysparzają mi najwięcej problemów. Uczęszczały do szkółek powszechnych. Uczyły się grać na fortepianie. Są przekonane, że potrafią się zachować. Wolę małe szelmy z ulicy niż córki rzemieślników.

– Ja byłam córką rzemieślnika.

– I spójrz tylko na siebie! Mam z tobą same kłopoty! Gonisz za każdą fanaberią. Aż boję się myśleć, co za chwilę strzeli ci do głowy: wyjdziesz za mąż czy podejmiesz kilku zacnych gości. Albo skończysz na ulicy… – Przez chwilę pani Chappell brakuje tchu, patrzy więc na Angelicę załzawionym wyłupiastym okiem. – A nie do tego cię szkoliłam.

– Nigdy nie robiłam podobnych rzeczy – oburza się Angelica.

– Słyszałam to i owo.

– Zdarzało mi się, że wystawałam na ulicy. Ale która z nas nie była w takiej sytuacji?

– Nie moje dziewczyny. Masz pojęcie, jak twoja reputacja wpływa na moją? – Odchrząkuje i przechodzi do konkretów: – Panno Neal, wiem, że nieszczęście, które cię spotkało, nie jest twoją winą, a wielu naszych najlepszych klientów wyraża się o tobie w samych superlatywach. Od śmierci księcia nic tylko o ciebie rozpytują. „Gdzie nasza ulubiona blondyneczka?”, pytają. „Gdzie nasza towarzyszka zabaw o pięknym głosie?”. Co mam im powiedzieć? – Przyciska dłoń Angeliki do krepdeszynowej piersi.

– Może im pani podać mój adres – odpowiada Angelica. – Sama pani widzi, że zdążyłam się tu zadomowić. To taka wytworna okolica.

– Och, Angelico, ale jesteś tu zupełnie sama! Serce mi pęka, kiedy widzę, że nikt nad tobą nie czuwa. Moja droga, mamy dla ciebie pokój… zawsze na ciebie czeka. Może rozważysz to i wrócisz do nas?

Polly, Elinor i Kitty zostały poddane najbardziej rygorystycznym i ekskluzywnym naukom, lecz kiedy czują, że nikt się im nie przygląda, na powrót stają się dziewczynkami i teraz jedna przez drugą podskakują na sofie. Są pod wrażeniem urody Angeliki i pragną, by została ich starszą siostrą, by śpiewała razem z nimi i uczyła je, jak upinać włosy. Późną nocą, kiedy mężczyźni już padną, może je poczęstuje gorącą czekoladą i opowie im historie z czasów swej skandalicznej młodości. Patrzą, jak pani Chappell wychyla się, by nakryć dłonią rękę Angeliki.

– Kamień spadnie mi z serca, kiedy znowu będę cię miała pod swym dachem.

– Za to pani sakiewka stanie się cięższa – odpowiada Angelica z uroczym uśmiechem.

Pani Chappell ceni sobie szczere rozmowy, lecz tylko wówczas, gdy odbywają się na jej zasadach.

– Z pewnością nie – prycha. – Nie to jest moją główną troską. Chodzi przede wszystkim o to, by zapewnić ci ochronę. Zastanów się nad tym, moja droga. Oddany medyk i towarzystwo wyłącznie odpowiednich mężczyzn… wszak tym nieodpowiednim odmawiamy wstępu. Poza tym żadnych rachunków ani komorników. – Niczym polująca kotka z uwagą przygląda się Angelice. – Mieszkamy w niebezpiecznym mieście. – Poklepuje ją po ręce i ciągnie jowialnie: – A gdy znajdziesz nowego opiekuna… cóż, nic nie mów. Będziesz mogła niezwłocznie odejść.

Twarz stojącej w kącie pani Frost to obraz rozpaczy. Próbuje przyciągnąć wzrok Angeliki, ale ta nie może na nią spojrzeć. Nie jestem taka młoda jak te podlotki, myśli sobie. Zostało mi kilka lat w towarzystwie, zanim moja uroda zacznie więdnąć.

Na głos jednak mówi:

– Wiedziałam, że będzie pani chciała, żebym wróciła. I dziękuję, że pamiętała pani o mnie. Jest pani prawdziwą przyjaciółką.

– Chcę ci tylko pomóc, ptaszyno.

Angelica z trudem przełyka ślinę.

– Czy zatem mogę skierować pani pomoc tam, gdzie jest ona najbardziej potrzebna?

Jest to prośba, która trafia tylko do bardzo nielicznych matek. Pani Chappell odchrząkuje znacząco.

– Ufam, że jako roztropna kobieta interesu – ciągnie Angelica – zastanawiała się pani, na czym naprawdę polega moja wartość. Na stałej obecności w pani domu? Czy na rosnącej pozycji w towarzystwie?

Urywa i patrzy na pulsujące nerwowo obwisłe policzki pani Chappell. Dziewczęta, dobrze odżywione i ubrane, przypatrują się jej. Pani Frost przysiadła na taborecie przy drzwiach. Angelica kątem oka widzi, jak przyciska dłoń do piersi i wszytej w gorset sekretnej kieszeni, w której trzyma kurczący się plik banknotów.

– Proponuję kompromis – mówi. Nikt się nie odzywa. Kolejne słowa stanowią dla niej nie lada wyzwanie, ale odczekawszy trzy, cztery sekundy, powoli wypowiada je na głos: – Zamierzam sama o siebie zadbać. To odpowiedni moment, z pewnością rozumie to pani.

Pani Chappell zastanawia się przez chwilę. Językiem – zadziwiająco różowym i wilgotnym – zwilża poszarzałe wargi. Wciąż jednak milczy.

– Niemniej jako przyjaciółka – dodaje Angelica – wyświadczę pani przysługę i pojawię się w pani domu. Chcę, by pani wiedziała, że może po mnie posłać zawsze, gdy będę potrzebna, ale w zamian żądam wolności. Ufam, że kolejne lata mojego życia mogą być bardzo owocne: dowiodłam, że jestem dobrą utrzymanką i dla właściwego człowieka mam szansę być nią znowu, jeśli tylko będę w stanie go podejmować.

– Myślisz, że dasz sobie radę sama?

– Niezupełnie sama. Będę potrzebowała pani pomocy. Wszak to pani wprowadziła mnie do towarzystwa. Czy mam na tym poprzestać? I czemu zawdzięczam swój sukces, jeśli nie pani naukom?

Uśmiech pani Chappell rozkwita powoli, lecz z całą swoją mocą. Jej dziąsła są blade i szerokie, a zęby żółte i podłużne, jak klawisze klawesynu.

– Dobrze cię wyszkoliłam – pieje. – Nie jesteś zwyczajną dziwką, jesteś kobietą majętną. Tego właśnie chcę dla wszystkich moich dziewcząt, dla każdej kruszyny, która wyszła spod moich skrzydeł. Kitty, Elinor, Polly… zwłaszcza ty, Polly… zapamiętajcie to sobie. Macie szansę zaistnieć w towarzystwie i musicie w nim zaistnieć. Ambicja! Ambicja to rzecz najważniejsza! Żadna z moich dziewcząt nie będzie zwykłą ulicznicą.

Serce Angeliki tłucze się pod gorsetem. Przez krótką chwilę cały świat wiruje wokół niej; nigdy dotąd nie poważyła się na taką bezczelność. Po tym, jak pani Chappell i jej dziewczęta wyszły, machając rękami i wykrzykując czułe słówka, rozradowana opada na sofę.

– Oto dowód – zwraca się do pani Frost, która ze spuszczoną głową, szybkimi, nerwowymi ruchami sprząta filiżanki i spodeczki. – Nie stać ją na to, by uczynić mnie swoim wrogiem. Zrobi, co zechcę.

– Nie powinnaś była jej odmawiać – mówi pani Frost; jej usta są zaciśnięte, a słowa skąpe.

– Elizo? – Angelica siada prosto. Próbuje spojrzeć przyjaciółce w oczy, ta jednak unika jej wzroku. – Och, Elizo, jesteś na mnie zła.

– Mogłaś wziąć pod uwagę nasze bezpieczeństwo – wyrzuca z siebie pani Frost.

– Jesteśmy bezpieczne. Albo raczej będziemy. Wierzę w to, nawet jeśli do tej pory było inaczej. Matka Chappell ma nosa do interesów. – Nie podoba jej się chłodna, pełna napięcia postawa przyjaciółki. Podrywa się z sofy, podchodzi do niej i przemawia błagalnym głosem: – Moja droga, moja gołąbeczko, usiądź ze mną. No już, chodź. – Kładzie rękę na jej ramieniu i delikatnie pcha ją w stronę sofy, ale pod warstwą bawełny i tafty ciało pani Frost przypomina lalkę wyciosaną z drewna. – Przysięgam, że o nas zadbam. Poradzimy sobie.

Zupełnie jakby Angelica była duchem, którego nie sposób usłyszeć ani poczuć, pani Frost nieco mocniej związuje tasiemki fartucha, bierze tacę z naczyniami po gościach i wychodzi z pokoju.

– Nie, nie – mówi Angelica. – Nie zostawiaj mnie tak. Miejże litość. – Pani Frost idzie jednak dalej, nie oglądając się za siebie. Podoba jej się to, myśli Angelica. Chce, żebym ją błagała. Co za nonsens! – Jak sobie chcesz! – rzuca na głos. Staje na szczycie schodów i krzyczy: – Jesteś niemądrą, upartą kobietą!

Ale pani Frost już jej nie słyszy.

ROZDZIAŁ TRZECI

Wieczorem pan Hancock jak zwykle siedzi przy kominku ze swoją siostrzenicą Sukie.

– Nie wybiera się wuj do piwiarni? – pyta dziewczyna i trudno jej się dziwić, albowiem marny z niego towarzysz.

Nie potrafi usiedzieć w fotelu nawet trzech minut; zaraz podrywa się, jakby pszczoła ukąsiła go w zadek, i krąży po salonie, otwierając i zamykając pudła, których zawartość sprawdzał już co najmniej pięć razy. Pochyla się w stronę kominka i otwiera książkę, jednak znudzony jej treścią, odkłada ją z powrotem. Dwukrotnie wychodzi z salonu i każe pokojówce Bridget dobijać się do drzwi wejściowych, by mieć pewność, że niczyja wizyta nie umknie jego uwadze.

– Chociaż na kilka godzin – drąży Sukie, myśląc tęsknie o własnych planach na wieczór, czyli o tym, by do woli korzystać z pojemnika na herbatę i zebrać śmietankę ze stojącego w spiżarni skopka na mleko.

– A jeśli przyniosą jakieś wieści o Kalliope i nie będą mogli mnie znaleźć?

– Z chęcią poznam człowieka, któremu udało się ukryć w tym mieście.

– Hm – mruczy pan Hancock. Siada i opiera brodę na zaciśniętej pięści. Chwilę później znowu wstaje. – Może rzeczywiście lepiej będzie, jak pokręcę się po okolicy. Zajrzę do kawiarni. Jeśli gdzieś coś wiedzą, to na pewno tam.

– Co za różnica, wuju? – pyta Sukie. – Nawet jeśli usłyszysz jakieś wieści, do rana i tak nic nie zrobimy. – Jest równie sprytna jak jej matka i tak samo jak ona marszczy brwi.

– Zasięgnę języka – mówi pan Hancock. – Nie zaznam spokoju, dopóki się czegoś nie dowiem.

– I dopilnujesz, żeby nikt inny też nie zaznał spokoju. Wuju, możemy nie mieć żadnych wieści przez długi, długi czas…

– Nie. Wkrótce nadejdą. Jestem pewien.

I tak, jest o tym przekonany. Każdy nerw w jego ciele rezonuje niczym struny wioli. Pan Hancock podchodzi do okna i wygląda na pogrążoną w mroku ulicę.

– Ty i twoje marzenia! – utyskuje Sukie, zupełnie jak jej matka, Hester. Mięśnie mu tężeją, albowiem widok jej białego czepka i zaciśniętych ust sprawia, że czas cofa się o czterdzieści lat, jak gdyby to ona była starszą siostrą, a on małym chłopcem. Sukie uśmiecha się psotnie. – Dobrze udaję? – pyta, na co on parska śmiechem, szczęśliwy, że znów może spokojnie oddychać.

– Ty szelmo – mówi. – A gdybym jej powiedział, jak ją naśladujesz?

– Wtedy ja powiedziałabym jej, ile czasu wuj spędza w tawernach.

– Nie zrobiłabyś tego.

Musi przyznać, że obecność w domu tak młodej osoby wychodzi mu na dobre. Raduje go, kiedy słyszy, jak z piskiem ganiają się z Bridget po schodach, i gdy widzi, jak idąc pod rękę, załatwiają wspólnie rozmaite sprawunki. Toleruje nawet drobne żarty, na przykład to, że od czasu do czasu jego łóżko jest posłane tak, że nie można wyprostować nóg – bo czegóż można oczekiwać od czternastolatki? We wszystkich innych kwestiach Sukie jest doskonałą gospodynią i zdecydowanie woli ją od jej poprzedniczek. Gdyby była jego córką, uczyłby ją prowadzić księgi rachunkowe, zakłada jednak, że wszystko, czego dziewczyna się dowie, przekazuje matce. Na wszelki wypadek kupił jej śliczną jedwabną sukienkę i pozwala, by nosiła ją w domu, bo słysząc szelest, wie, że ona jest gdzieś w pobliżu.

Tymczasem Sukie cieszy się w duchu, że wysłano ją do wuja. Ze wszystkich sytuacji, gdy na coś się przydawała, ta jest najlepsza. Lęka się dnia, kiedy gruba żona brata urodzi mu kolejne dziecko i ona, Sukie, zostanie wezwana do Erith, by pucować pokój dziecinny i ścierać ślinę z buzi niemowlaka. Tutaj ma własny pokój, a ona i Bridget często znajdują czas dla siebie, bo skromny starzec niewiele od nich wymaga.

– Może więc ci poczytam, wuju? – proponuje Sukie i wzdycha. – Wieczór szybciej minie.

– Dobrze. Eseje Pope’a poproszę.

– Ale one są takie nudne! Proszę, wuju, tylko nie to. Nie. Wybierz coś innego.

Tym razem to on wzdycha.

– Myślę, że coś chodzi ci po głowie.

Istotnie, Sukie wyjmuje zza fotela niewielki wolumin z rodzaju tych, które sprzedają przy Fleet Street.

– Ta jest dobra. – Nachyla się w stronę ognia, by przerzucić kartki. – Jestem już w połowie, więc będziesz musiał zgadywać, co wydarzyło się wcześniej.

– Tak wiele powieści – mówi pan Hancock. – Tyle różnych Emilii, Matyld i Selin. Nie miałem pojęcia, że przygody młodych panien mogą zająć tyle drukowanych stron.

– Jestem od nich uzależniona – wyznaje radośnie Sukie.

– A ja nie. – (To jednak nieprawda. Pan Hancock jest sentymentalny; co więcej, lubi, kiedy Sukie czyta mu na głos. Ma miły dla ucha, wysoki głos i czytając, kiwa głową).

– Ta ci się spodoba, wuju! Jest ekscytująca. I wiele się można z niej nauczyć.

– Matka ma rację, dostajesz za dużo pieniędzy na drobne wydatki. Twoja biblioteczka jest większa od mojej. – Księgozbiór pana Hancocka to osiemnaście książek, nie licząc Biblii, która zasługuje na miano artefaktu. Ale ponieważ ceni on sobie towarzystwo Sukie bardziej niż Alexandra Pope’a, pyta: – No i? Poczytasz mi w końcu czy nie?

Sukie przez chwilę mości się w fotelu i odchrząkuje: „Heh-eh-eh-hem”.

W tym momencie rozlega się walenie do drzwi. Pan Hancock podrywa się z fotela, tytoń z fajki spada mu na buty.

– Usiądź, wuju! – mówi Sukie, która również zerwała się na nogi.

– To coś ważnego.

– Nawet jeśli, nie wypada, by dżentelmen sam otwierał drzwi w swoim domu. Musisz nająć odźwiernego… – zaczyna, a gdy pan Hancock zachodzi w głowę, czy jest, czy też nie jest dżentelmenem, jaki może być koszt utrzymania lokaja w liberii i cóż to w ogóle za absurdalny pomysł, walenie do drzwi rozbrzmiewa po raz kolejny. – Nie idź – ostrzega go Sukie głosem swojej matki. – To zadanie Bridget. Od tego tu jest.

Sama jednak zrzuca pantofle i w pończochach podchodzi do drzwi. Uchyla je stopą i wsuwa głowę w szczelinę. Ma stąd dobry widok na schody i widoczne w dole drzwi wejściowe.

– Co widzisz? – pyta pan Hancock.

– Nic – odpowiada. – Bridget! – syczy w mrok.

Ktoś wali do drzwi z taką siłą, że deski drżą, a żelazne pręty wokół naświetla rezonują metalicznym dźwiękiem.

– Niech pan otworzy, proszę pana! – woła głos zza drzwi. – To ja, Tysoe Jones!

– To on! Nie przysłał chłopaka. A niech to diabli! Coś jest nie tak – wyrzuca z siebie pan Hancock, przeciska się obok Sukie i schodzi po schodach.

Jest ciemno jak w dzień Sądu Ostatecznego, ale pan Hancock biega po tych schodach w górę i w dół, odkąd nauczył się stawiać pierwsze kroki. Za jego plecami migocze światło: to siostrzenica spieszy ze świeczką, by zapalić świece w kinkietach.

– Nie może wiedzieć, że w domu jest ciemno, a my siedzimy przy ogniu – mruczy pod nosem.

Pan Hancock, w asyście stukotów i brzęków, dociera na dół. W płucach mu pulsuje, kiedy powtarza raz za razem:

– Coś jest nie tak. Zwykle nie tak to się odbywa.

Co teraz zrobimy? – myśli. Jeśli statek przepadł, a ładunek razem z nim? Ach, to dopiero będzie cios. Czy jest w stanie go znieść? I co z inwestorami? Wielu ludzi będzie rozczarowanych jego inicjatywą. Idąc do drzwi, dokonuje w głowie pospiesznych obliczeń. Bogu niech będą dzięki za cegły i zaprawę murarską, myśli. Jeśli będzie trzeba, sprzedam czynszówki. Ten dom też, choć nie daj Boże, nie daj Boże, żebym musiał sprzedawać dom mojego ojca.

Drżącymi rękami otwiera drzwi: przekręca w zamku duży klucz, a następnie odsuwa rygle na górze i na dole. Metal jest ciężki i zdaje się stawiać opór. Pan Hancock szarpie raz i drugi, ale górny rygiel zawsze się zacina – „Oliwa, Sukie, przynieś tu oliwę” – a gdy w końcu daje za wygraną, przytrzaskuje mu bok dłoni. Pan Hancock klnie szpetnie. Słyszy, jak za drzwiami kapitan Tysoe Jones tupie i przeklina.

– Chwileczkę! – woła pan Hancock, ściskając zranioną rękę.

Z chwilą gdy otwiera drzwi, Sukie zapala ostatnie świece i w migotliwym blasku pojawia się twarz kapitana Jonesa. Wciąż ma na sobie kapitański mundur, którego góra jest tak spłowiała od soli i słońca, że wydaje się szara, nie licząc miejsc pod klapami i na mankietach, gdzie przebija dawny błękit. Cała jego postać zdaje równie wypłowiała i nijaka: twarz ma twardą niczym podeszwy stóp, z białymi zmarszczkami wokół oczu i ust. Kilkudniowa szczecina na policzkach skrzy się, jak gdyby delikatny szron osiadł mu na twarzy. Kapitan ściska w dłoniach płócienny worek i wygląda na wysoce podenerwowanego.

– Nie ma na co czekać – mówi.

– Najmocniej cię przepraszam. Nie mogłem… nie byłem w stanie… – Pan Hancock bezsilnym gestem wskazuje drzwi.

– Pozwól mi wejść. Szedłem pieszo aż z Limehouse. – Kapitan ręce ma złożone na piersi i trzyma worek tak, jak się trzyma śpiące niemowlę. – Dość mam stania pod twoimi drzwiami.

– Przypłynąłeś na Kalliope?

– Nie – rzuca kapitan Jones i minąwszy go, wchodzi do środka. – Wyjaśniłem wszystko w liście.

– Nie dostałem żadnego listu. Nie miałem od ciebie żadnych wieści, odkąd w styczniu wypłynąłeś z Londynu. Nic!

Kapitan zdejmuje kapelusz. Z łatwością podtrzymuje zawiniątko, które nie wydaje się ani ciężkie, ani nieporęczne.

– Dobry wieczór, młoda damo – zwraca się do Sukie.

Dziewczyna dyga niezgrabnie, choć przecież dostatecznie często ćwiczy ukłony przed lustrem wiszącym nad kominkiem. Straciła panowanie nad sobą i zachowuje się jak dziecko: usta ma zaciśnięte, oczy szeroko otwarte.

– Musi pan się napić herbaty – odzywa się w końcu.

– Piwa – mówi pan Hancock. Czuje się jak okrutnik, że musi ją poprawiać. – I niech Bridget przyniesie wołowinę.

Sukie, pochyliwszy głowę, pędzi do kuchni.

Jeśli statek przepadł, myśli pan Hancock, jej ociec stracił pięćset funtów, które zainwestował. Co powie Hester?

Skinieniem ręki zaprasza kapitana Jonesa do gabinetu, zbyt późno przypominając sobie, że nie pali się tam ani jedna świeca. Chciałby być dobrym gospodarzem, lecz w gęstym mroku słowa same cisną mu się do ust.

– Gdzie mój statek? – pyta.

– A niech mnie, jeśli to wiem. Mogę prosić o odrobinę światła?

Panu Hancockowi drżą ręce, gdy zapala świece na wielkim biurku.

– A co z ładunkiem?

– Nie wziąłem ładunku – odpowiada kapitan Jones i z westchnieniem ulgi rozsiada się na krześle. – Wysłałem list.

Ale przecież nie było żadnego listu! Pan Hancock czuje się oszołomiony i pewnie tak samo wygląda, bo kapitan Jones powtarza:

– List. Wysłałem go na Rosalie, która wypłynęła z Makau tuż po naszym przybyciu.

– Rosalie przepadła wraz z całą załogą. Nie otrzymałem listu.

– Ach. Więc o niczym nie wiesz. – Siedzą w milczeniu. Kapitan Jones nabija fajkę. Gdy zaczyna z niej pykać, nikły blask żaru podkreśla skupienie na jego twarzy; ciemność wypełnia każde załamanie i każdą zmarszczkę. Słychać cmoknięcie, gdy jego wargi zamykają się na ustniku, tykanie zegara i łagodne poskrzypywanie starego drewnianego domu, który sadowi się w dogodniejszej pozycji. Przez cały czas płócienny worek spoczywa na kolanach Jonesa. – Sprzedałem twój statek – mówi w końcu kapitan.

Pan Hancock odnosi wrażenie, że jego wnętrzności zmieniły się w płynną papkę. Dłonie ma zimne od potu. Ufam temu człowiekowi, powtarza sobie w duchu. Pracuje dla mnie; mój los to także jego los. Zawsze działa wyłącznie w moim interesie.

– Zrobiłem to z ważnego powodu – tłumaczy kapitan Jones. – Znalazłem niebywałą rzecz, kosztowała jednak więcej, niż miałem. Zawsze mówiłeś, żebym robił, co uważam za stosowne.

– Owszem, ale w granicach rozsądku! Chodziło mi o belę materiału, jakąś nowinkę, którą można by wypróbować na naszym rynku; towar, na który nas nie stać, kupiony w zamian za coś, ale bez większego ryzyka… Ale żeby tak po prostu sprzedać mój statek… Ja z tego żyję.

– Ja również. – Kapitan Jones wydaje się spokojny. Miał wiele czasu, by oswoić się z nową sytuacją, a poza tym zawsze potrafił wypatrzyć niebywałe rzeczy. Teraz wychyla się z krzesła i rozciąga usta w uśmiechu. – Zapewniam jednak, że odbijemy to sobie z nawiązką! Nigdy w życiu nie widziałeś czegoś podobnego. Nikt czegoś takiego nie widział.

– Co to? – pyta pan Hancock i myśli sobie: pewnie jakieś głupstwo, którego nie będę mógł sprzedać; kociak z dwiema głowami, jakaś nowa trucizna albo kolekcja nieprzyzwoitych sztychów, przez które trafię do więzienia.

– Gdzie dziewczyna? Niech tu przyjdzie.

– Proszę nie robić przedstawienia – mityguje kapitana pan Hancock.

– To przedstawienie wymaga publiczności! Sprowadźże tu wszystkich domowników. Zapal wszystkie lampy.

Pan Hancock jest zbyt wytrącony z równowagi, by wykłócać się ze swoim gościem. Ciężkim krokiem wychodzi na korytarz, nie ma jednak potrzeby wołać na Sukie. Dziewczyna razem z Bridget – wciąż jeszcze zaspaną, w przekrzywionym czepku, który zdradza, że kolejny raz przysnęła w przykuchennej komórce – czają się przy drzwiach. Taca z piwem stoi na podłodze, by nie podzwaniała w drżących dłoniach. W ciemności twarze dziewcząt przypominają blade odbicia, dwa owale, które jak na zawołanie zwracają się w jego stronę.

– Słyszałyście – mówi pan Hancock. – Zapalcie lampy.

– Tak, proszę pana – odpowiada Bridget.

Głos jej drży, jest tak podekscytowana, że oddech więźnie jej w gardle. Cynowe kubki podzwaniają i piwo chlupocze, kiedy dziewczyna podnosi tacę, jednak ona sama porusza się bezszelestnie.

– Włóżcie buty – nakazuje pan Hancock. – Można by pomyśleć, że podsłuchiwałyście.

Sam wnosi tacę, a dziewczęta, wsunąwszy pantofelki, idą za nim. Kapitan Jones położył worek na biurku. Pan Hancock patrzy na płótno i myśli, że w tym, co skrywa, jest jakaś miękkość i delikatność. To coś lekkiego jak ptak i dość małego, by zmieściło się w zgięciu łokcia, jak więc może być warte statek wraz z całym jego ładunkiem?

Wyczuwa, że stojące za jego plecami dziewczęta przysuwają się ku sobie. Zawsze się dotykają, ocierają się o siebie jak opuszczone przez matkę kociaki. Słyszy niepewny ruch – to pewnie Bridget zaciska dłoń na łokciu Sukie – i prostuje ramiona. Żałuje, że nie ma przyjaciela, który ścisnąłby go za łokieć.

– Drogie dziewczęta – zaczyna kapitan Jones. – Podczas swych podróży widziałem wiele dziwnych rzeczy. Rzeczy, których nie jesteście sobie w stanie wyobrazić. Widziałem krowy o szyjach długich jak pnie drzew. Chinki o stopach małych jak bułeczki. Widziałem…

– Mówże w końcu – przerywa mu pan Hancock.

– To coś jest w tym worku? – pyta Sukie.

– Bardzo panienka wnikliwa. – Kapitan Jones spogląda po twarzach zgromadzonej publiczności i wzdycha. – Dobrze więc. Miejmy to już za sobą. Może gdy zobaczycie cud, który wam przywiozłem, wykażecie więcej entuzjazmu.

Teatralnym gestem ściąga płótno, jednak z początku nie wiedzą właściwie, na co patrzą. Rzecz jest brązowa i pomarszczona jak jabłko, które ktoś pozostawił na dnie beczki, albo jak zdechłe dawno temu szczury, które pan Hancock znalazł zamurowane w kuchennej ścianie, wysuszone przez żywioły, ze skórą pękającą pod naciskiem kciuka.

To coś jest wielkości niemowlęcia i tak jak u niemowlęcia, jego klatka piersiowa wydaje się żałośnie delikatna pod cienką, pergaminową skórą. Głowę ma dużą, a zwinięte w piąstki dłonie przyciska do twarzy. Na tym jednak kończą się wszelkie podobieństwa.

Żadne niemowlę nie ma bowiem straszliwych szponów, a krzywiąc się, nie obnaża ostrych i drobnych jak igły kłów. Przede wszystkim jednak żadne niemowlę nie ma rybiego ogona.

– Kupiłem ją od Holendra, którego spotkałem w Makau – mówi Tysoe Jones. – On zaś od japońskich rybaków, którzy schwytali ją żywą. Przykro mi, że nie przetrwała.

– Cóż za okropna istota – mówi Sukie.

– Tego nie wiemy.

– Wystarczy na nią spojrzeć.

Tego wieczoru Sukie, kładąc się do łóżka, zapomni, że stworzenie jest martwe; w jej wyobraźni miota się ze złości, drapie pazurami, próbując uciec z kulistego akwarium, i w swej bezsilności tłucze ogonem wodę. Zupełnie jakby widziała je na własne oczy. Wie, że wody wokół Jawy aż roją się od podobnych stworów: słyszy ich schrypnięte wrzaski i czuje ich wściekłość.

– Nie zrobi panience krzywdy – tłumaczy kapitan Jones. Czując na sobie spojrzenie Sukie, rozkłada ręce. – Czyż nie przewiozłem jej przez ocean? Nie utopiła mnie, jak podobno mają w zwyczaju syreny, ani nie ugryzła, jak to robią małpy. – Chichocze, ale jego słowa wcale jej nie uspokajają. – Podejdźcie bliżej. Przyjrzyjcie się jej.

Gromadzą się wokół truchła. W ciszy gabinetu słychać świszczące oddechy dziewcząt. Chcą popatrzeć na to stworzenie, obejrzeć je dokładnie, a zarazem wzdrygają się z obrzydzenia. Jest tak idealne w swoim bezruchu.

– Nie widzę żadnych szwów – odzywa się w końcu pan Hancock. – Żadnego kleju ani farby. Jak to jest zrobione?

– Zrobione? Myślisz, że ktoś ją zrobił? – Kapitan Jones jest wyraźnie oburzony. – Że to trik? Ona nie jest zrobiona! Ona po prostu jest. Gdyby była dziełem czyichś rąk, byłyby to ręce samego Boga – ciągnie z coraz większym zapałem. – Po tym, co przeszedłem, żeby ją tu sprowadzić! Po tym, jak dwukrotnie przebyłem pół świata! Co daje łącznie cały świat. Czy kiedykolwiek przywiozłem coś, co okazało się nieprawdziwe?

– Nie, nigdy. Nigdy. Oczywiście, że nie. Ale musisz zrozumieć, że syrena… to brzmi niewiarygodnie.

– Nie bardziej niż źdźbło trawy w herbacie, którą sprowadzałem bezpiecznie do twoich magazynów – obrusza się kapitan Jones.

– Nie, nie, nie. Nie chciałem sugerować…

– To nie zabawka – przerywa mu kapitan. – To nie… nie… błyskotka. Nie można jej kupić na targu. To prawdziwa syrena.

– Właśnie widzę.

– Weź ją do rąk. Dobrze jej się przyjrzyj. Zapewniam, że się nie rozczarujesz.

Syrena leży na biurku, wysuszona i wściekła, usta ma otwarte w wiecznym krzyku. Pan Hancock nie może się powstrzymać i dotyka drobnej piersi z nadzieją, że wyczuje puls.

– Bez obaw. To twoja syrena. Podnieś ją.

Pan Hancock zdaje sobie sprawę, że musi to zrobić. Ujmuje ogon w dwa palce, łuski szeleszczą mu w dłoniach. Ciałko jest tak suche i tak kruche, że nagle ma ochotę cisnąć je na podłogę, ale się powstrzymuje.

– Prawdziwa aż po paznokcie – szepcze. Głowę syreny pokrywają kosmyki czarnych jedwabistych włosów. Pan Hancock nie wie, co właściwie czuje. Jedno wie na pewno: kiedyś ta istota żyła. – I cóż mam z nią począć? – pyta. – Nie to zamawiałem. Będę zmuszony rozczarować tak wiele osób.

– Od czasu do czasu muszą się liczyć z rozczarowaniem. Na tym polega nasza działalność.

– Ale o czymś takim jeszcze nie słyszano! Mój statek razem z ładunkiem został sprzedany przez kapitana, który kupił, na mój rachunek, budzące grozę dziwactwo? Któż to zrozumie? Kto zawierzy moim inwestycjom, jeśli nie mogę zagwarantować, że oddaję swoje statki w bezpieczne ręce?

Kapitan Jones pociera kark.

– O tym nie pomyślałem.

Atmosfera gęstnieje.

– Tysoe, Tysoe! Miałeś półtora roku, żeby się nad tym zastanowić! Najgorsze zawsze zostawiasz mnie. – Dźwięki, jakie wydaje obgryzająca paznokcie Sukie, przypominają mu, że ona i pokojówka nadal są z nimi. Pan Hancock nie przejmuje się tym, że rozmawia o interesach w obecności Bridget, dziewczyna nie ma bowiem powodu, by cokolwiek zapamiętywać, ale Sukie… – Wyjdźcie, dziewczęta – mówi i delikatnie, niemal z pietyzmem, odkłada syrenę z powrotem na biurko.

– Ale my nie…

– To męska rozmowa. Wy też macie swoje obowiązki, prawda? No już, wychodźcie. – Mimo ich protestów odprowadza obie do drzwi, zamyka je od środka, po czym odwraca się do kapitana Jonesa. – Skąd pomysł, że to ładunek, z którego będę zadowolony? Nie jestem znawcą…

– Znawcą czego? – przerywa mu gwałtownie Tysoe Jones. – Na całym świecie nie ma człowieka, który by się na tym znał. Tylko głupiec mógłby stracić pieniądze na syrenę. – Przeczesuje włosy palcami. – I tylko głupiec byłby zły, gdyby dostał ją w swoje ręce.

– Ale co mam z nią zrobić?

– Jak to? Wystawić na pokaz!

– Nie jestem cyrkowcem, Tysoe – tłumaczy z powagą pan Hancock. – Powinienem poinformować Towarzystwo Królewskie. To z pewnością ważne odkrycie naukowe, a naukowiec też ze mnie żaden.

Kapitan Jones z niesmakiem macha ręką.

– Jak wówczas odzyskasz utracone pieniądze? Posłuchaj głosu rozsądku. Wystarczy znaleźć kawiarnię i brać szylinga za obejrzenie syreny. Niech codziennie zechce ją zobaczyć trzysta osób, skromnie licząc, to daje dziewięćdziesiąt funtów tygodniowo. – Widząc, że pan Hancock kręci głową, kapitan dorzuca pospiesznie: – Można by jeździć z nią po kraju. Pokazywać na jarmarkach. Prości ludzie nigdy nie mają dość takich rzeczy.

– Dziewięćdziesiąt funtów tygodniowo? – powtarza z namysłem pan Hancock.

Wynajmuje każdy z domów przy Hancock Row – złożone z sześciu mieszkań niewielkie imperium w Butt Lane – za trzydzieści pięć szylingów miesięcznie i uważa się za człowieka majętnego.

– Cztery tysiące rocznie – mówi kapitan Jones i dodaje: – Lekko licząc.

Ta suma sprawia, że panu Hancockowi zapiera dech w piersiach. Wydaje mu się niemożliwe, by coś tak nieważkiego warte było takich pieniędzy.

– I należy do mnie? – pyta schrypniętym głosem.

Patrzy na syrenę, maleńką i jakże kruchą. Wyciąga po nią ręce i cofa je, jak gdyby nie ufał własnym dłoniom.

– Do ciebie. Nie do twoich wspólników ani inwestorów. Wyłącznie do ciebie.

Nie ma nikogo, z kim mógłby to skonsultować. Jego wspólnik, Greaves, z którym dzieli kantor i – czasami – inwestycje, popłynął na Lorenzu do miejsca zwanego Stanami Zjednoczonymi. Jest tam do uratowania stary interes i mnóstwo nowych możliwości, ale pan Hancock nie ma ochoty na handel z Amerykanami. Od czasów wojny taka ucieczka to dla niego sprawa osobista i bolesna, dlatego jego interesy z Greavesem coraz częściej się rozmijają. Zresztą nawet gdyby on tu był, cóż mógłby mu doradzić?

A zatem Hester. Jak zareaguje, gdy dowie się, że nabył takie dziwactwo? „Hancockowie nigdy nie prowadzili cyrku”, słyszy w myślach głos siostry, jakby stała tuż obok. „Jesteśmy szanowanymi kupcami najprzedniejszych towarów, nie interesują nas nowinki. Zrobisz z nas pośmiewisko”. Pan Hancock patrzy na syrenę.

– Ile wydałeś na tę przeklętą rzecz? – pyta w końcu.

– Tysiąc dwieście. No już, nie patrz tak na mnie… to wcale niedrogo.

– A statek sprzedałeś za…?

– Sześć tysięcy. – Kapitan Jones ma przynajmniej tyle przyzwoitości, by okazać strach. – Nie miałem wyboru! Bóg mi świadkiem. Gdybyś tam był, przyznałbyś mi rację.

Pan Hancock czuje się odrętwiały, jak gdyby w jego żyłach płynęła lodowata woda.

– Kalliope była warta osiem tysięcy – mówi łagodnie. – Miała nowy grotmaszt.

Kapitan spuszcza głowę.

– Wiem. Była piękna… aż szkoda było się z nią rozstawać.

Pan Hancock dotyka dłonią twarzy.

– Więc czemuś to zrobił?

Tysoe Jones wyciąga z kieszeni na piersi rachunek, wygładza go starannie i podnosi do światła. Wzrok ma pojednawczy.

– W sejfie czeka na ciebie cztery tysiące osiemset funtów, które zostały po tym, jak zapłaciłem załodze. Jestem uczciwym człowiekiem. – Widząc, że pan Hancock chce coś powiedzieć, unosi rękę i ciągnie radośnie: – Wystarczy, żebyś zwrócił wspólnikom wszystko to, co zainwestowali w tę podróż. Nie stracisz twarzy.

– Ale przez ciebie straciłem dwa tysiące. I kolejne dwa w towarach, które miałeś przywieźć. A do tego statek.

– Hancock, przysięgam. Syrena… to nie worek czarodziejskiej fasoli. Naprawdę można na niej zarobić, jeśli tylko odważysz się zaryzykować.

Pan Hancock wzdycha.

– Nie lubię ryzykować. Lubię, kiedy wszystko jest jak należy.

– Cóż, teraz nie masz już na to wpływu. – Pan Hancock ma ochotę go uderzyć, kiedy kapitan, irytujący w swym optymizmie, oświadcza: – Opatrzność zabrała ci statek, dając w zamian syrenę.

– Ty to zrobiłeś, nie opatrzność. – Pan Hancock wstaje. – Myślę, że powinieneś już iść.

Otwiera drzwi i pierwszy wychodzi na korytarz, gdzie widzi dziewczęta pochłonięte obowiązkami, które rzadko wykonują za dnia, a co dopiero o tak późnej porze. Bridget z przejęciem ściera kurz z poręczy, a Sukie raz po raz liczy świece w kinkietach.

– No dalej, Hancock – mówi kapitan Jones niezrażony. – Czemu nie spróbować? Chociaż przez jakiś czas? Odzyskać wartość statku, podwójnie, i odsprzedać biedaczkę komuś innemu? To nie potrwa długo.

– Zostanie pan na kolację? – pyta Sukie, chcąc zatrzeć wcześniejsze, niezbyt korzystne wrażenie. – A może przenocuje pan u nas? Mogę kazać posłać łóżko. – Dobrze wie, że łóżko dla gości jest zawsze posłane; wystarczy, że Bridget spryska zatęchłą pościel wodą lawendową.

– Nie, dziękuję. Muszę wracać do żony. – Uśmiech kapitana jest szczery i smutny. – Kiedy wypływałem, mój najmłodszy syn miał zaledwie pięć tygodni, a teraz dochodzą mnie słuchy, że jest krzepkim dzieciakiem, który potrafi kopać piłkę i liczyć do osiemnastu. Jeśli pozwolicie, chciałbym jeszcze dziś wrócić do Woolwich. – Kładzie rękę na klamce i wychodzi w noc, rzucając na odchodnym: – A ty, Hancock, zastanów się nad tym, co powiedziałem.

Pan Hancock odwraca głowę.

– Zgoda – mruczy. – Zastanowię się.

– Musimy to uczcić! – Jones uśmiecha się ufnie. – Zamierzam znów pokazać się w Londynie. Przez całą podróż pokrzepiało mnie wspomnienie tych kilku godzin, które spędziłem w łaźni przy Long Acre. Czy dom uciech to nie idealne miejsce, żeby świętować zdobycie syreny?

– Milczże już, w domu są dziewczęta.

– Dobranoc, Hancock. Dobranoc!

Pan Hancock ostrożnie zamyka drzwi. W gabinecie Sukie i Bridget siedzą ściśnięte na stojącym przy biurku fotelu i z głowami wspartymi na rękach przyglądają się syrenie. Bridget ziewa, lecz Sukie marszczy czoło, wyraźnie czymś zaniepokojona.

– Zmykajcie – mówi pan Hancock. – O tej porze powinnyście być już w łóżkach, a nie plątać mi się pod nogami.

– Co to takiego „dom uciech”? – pyta Sukie, nie zamierzając wstawać z fotela.

– Miejsce, do którego chodzą dżentelmeni, kiedy chcą, żeby postawić im bańki. – Wuj ruchem ręki przegania je zza biurka. – Upuścić im krwi. I chcą się wykąpać. A wszystko to dla zdrowotności.

– Rozumiem. – Sukie sięga po gasidło, podczas gdy Bridget wychodzi, żeby pogasić świece na korytarzu. Pan Hancock, z lampką nocną w dłoni, zamyka okiennice. – Ta syrena – znów odzywa się Sukie – sprawi, że będziemy bogaci?

– Na bogactwo trzeba sobie zapracować.

– Ale kapitan obiecywał mnóstwo pieniędzy.

– I cóż z tego? Jesteś tylko małą dziewczynką, która pomaga mi prowadzić dom, i dopóki płacę ci na czas, niech cię nie obchodzi stan moich finansów.

– Mama mówi, że to wielce nieuprzejme trzymać kobiety z dala od ksiąg rachunkowych, bo jeśli ich życie stoi na krawędzi ruiny, mają prawo o tym wiedzieć.

– Niczyje życie nie stoi na krawędzi ruiny – mruczy pan Hancock. – A ty nie piśniesz matce ani słowa.

– Ale to nasza sprawa. Pieniądze mojego papy…

– Jego pieniądze są bezpieczne. A jeśli nie, sam z nim o tym porozmawiam. A teraz koniec już tej dyskusji.

Sukie odwraca się. Płomyk ostatniej świecy oświetla połowę jej twarzy. Włosy dziewczyny opadają lśniącymi kosmykami, a jej wzrok ucieka w stronę biurka i zgiętych syrenich palców.

– I zostawimy ją tak na całą noc?

– Czemu nie? Przecież nigdzie nie ucieknie.

Sukie wzdryga się i nakrywa płomień gasidłem.

Pan Hancock jak co wieczór robi obchód domu. Idzie do kuchni, by zamknąć drzwi i okiennice, podczas gdy Bridget rozściela stojące w kącie łóżko; następnie, przy wtórze szelestu sukni idącej za nim Sukie, wchodzi na górę, by upewnić się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. W milczeniu gaszą ogień w kominku w salonie i zamykają drzwi na poddasze, by nie dawać sposobności złodziejom.

Kiedy drzwi i okna są zamknięte, a światła pogaszone, pan Hancock udaje się do pokoju na drugim piętrze i rygluje za sobą drzwi. Wiesza na krześle swoje kuloty i pończochy, zasłuchany w pojękiwania belek stropowych i poszeptywanie wiatru w kominach. Rozsuwając zasłony łóżka, słyszy skrzypnięcie na schodach. Nieruchomieje i wytęża słuch. Chwilę później schody znów skrzypią, tym razem nieco bliżej. Pewnie na podeście, myśli, w miejscu, gdzie słupki poręczy nieco się obluzowały. Coś nadchodzi z zamkniętych ciemnych pokoi na dole.

Ubrany w koszulę sięgającą do kolan, pan Hancock idzie do drzwi i nasłuchuje. Gdzieś na dole rozlega się stukanie i drapanie, jakby ktoś wodził paznokciem po drewnie.

Przez deski podłogowe dobiega go pochlipywanie Sukie. Ona też musiała to usłyszeć i teraz krąży niespokojnie po swojej sypialni. Włoski na karku stają mu dęba. Dziewczyna na pewno nie wyściubi nosa na korytarz. Jest za nią odpowiedzialny, ale choć słyszy, jak rygiel w pokoju na dole odsuwa się z cichym szczęknięciem, nie rusza się z miejsca.

Chwilę później jego uszu dobiega szept.

– Dobrze, że nie śpisz. – To Bridget.

Oczywiście. Któż inny mógłby to być? Kto inny mógłby błąkać się po domu o tak późnej porze?

– Wystraszyłaś mnie na śmierć – syczy Sukie.