Syn wiedźmy - Kelly Barnhill - ebook
Opis

Kelly Barnhill, autorka bestsellerowej Dziewczynki, która wypiła księżyc, powraca z książką pełną przygody i magii.

Syn wiedźmy to piękna klasyczna baśń, z elementami fantasy, opowiadająca o potędze przyjaźni i sile ducha. Wypełniony magią Ned, któremu matka czarownica wszyła duszę tragicznie zmarłego brata bliźniaka, ucieka przed zbójecką szajką. Áine jest córką Króla Zbójców. Prześladuje ją przepowiednia wypowiedziana przez matkę na łożu śmierci: „Uratujesz życie niewłaściwemu chłopcu, a on uratuje życie tobie”.

Czy Ned i Áine zaufają sobie nawzajem, gdy przetną się ich drogi? Czy będą umieli współpracować, by zapobiec wojnie dwóch królestw, która właśnie się rozpoczyna? Czy Áine, rozdarta między ojcem a Nedem, dokona słusznego wyboru? Czy magia zostanie ocalona?

Ta książka otwiera oczy młodych czytelników na coś, co wypełnia każdy zakątek świata, w którym żyjemy – na magię słowa.

„The New York Times”

Barnhill to pisarka fantasy na miarę Neila Gaimana.

„Minneapolis Star Tribune”

Kelly Barnhill – amerykańska pisarka, autorka książek fantasy i science fiction dla dzieci. Ze swoimi młodymi czytelnikami kontaktuje się przez bloga kellybarnhill.wordpress.com. „Kelly Barnhill pisze książki. To dziwna praca, ale jeśli mamy być szczerzy, to dziwna kobieta, więc być może to wszystko ma jakiś sens. Jest byłą nauczycielką, barmanką, kelnerką, aktywistką, strażniczką parku, sekretarką, woźną i kościelną gitarzystką. Wszystkie te doświadczenia nie przygotowały jej zupełnie do niczego poza opowiadaniem historii, co robi szczęśliwie od pewnego czasu” – pisze o sobie autorka Dziewczynki, która wypiła księżyc i Syna wiedźmy

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 371

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© 2014 by Kelly Barnhill All rights reserved © Copyright for the Polish translation by Wydawnictwo Literackie, 2019 TYTUŁ ORYGINALNY: "The Witch's Boy" PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Neil Swaab; ilustracja i liternictwo na okładce © 2014 Jon Klassen REDAKTOR PROWADZĄCY: Dorota Wierzbicka REDAKCJA: Barbara Turnau KOREKTA: Ewa Kochanowicz, Ewelina Korostyńska, Urszula Srokosz-MartiukWydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] fax: (+48-12) 430 00 96 tel.: (+48-12) 619 27 70 ISBN: 978-83-08-06762-8 Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

1. Bliźnięta

1.

Bliźnięta

Dawno, dawno temu żyło sobie dwóch braci tak do siebie podobnych, jak ty do własnego odbicia w lustrze. Mieli identyczne oczy i ręce, takie same głosy, napędzała ich ta sama nienasycona ciekawość. I choć powszechnie przyjmowano, że jeden był od drugiego ciut zwinniejszy, nieco bardziej pomysłowy i odrobinę wspanialszy, nikt ich nie rozróżniał, a ci, którym się wydawało, że to potrafią, zwykle byli w błędzie.

— To który w końcu ma na nosie bliznę? — pytano. — I który się tak zuchwale uśmiecha? Czy to Ned jest bystrzejszy od Tama, czy raczej odwrotnie?

„Ned”, odpowiadali niektórzy.

„Tam”, twierdzili inni. I jakże tu dojść do porozumienia? Niemniej z całą pewnością jeden z braci był lepszy. Przecież to się rozumie samo przez się.

— Na litość boską, chłopcy! — wzdychali ich rozdrażnieni sąsiedzi. — Czy możecie choć na chwilę stanąć w miejscu, żebyśmy mogli uważniej się wam przyjrzeć?

Gdzie tam, nie w głowie im było stanie, tym dwóm szalonym kłębkom okrzyków, pomysłów i szelmowskich uśmiechów. A ponieważ nikt nie znał sposobu, jak by ich okiełznać choćby na krótką chwilę, dylemat wyższości jednego brata nad drugim pozostawał nierozwiązany.

Pewnego dnia chłopcy postanowili zbudować tratwę. W tajemnicy, z ogromną dbałością o szczegóły, stworzyli ją z fragmentów mebli, patyków i sznurków, skrzętnie ukrywając owoc swej pracy przed matką. A kiedy w końcu uznali, że ich okręt jest gotowy, zepchnęli go na Wielką Rzekę i wskoczyli na pokład, licząc, że dotrą do samego morza.

Bardzo się mylili; otóż tratwa zdatna do żeglugi nie była ani trochę. Rozpadła się szybko w rwącym nurcie, a chłopcy znaleźli się w odmętach i musieli walczyć o życie.

Ich ojciec, potężnie zbudowany, silny mężczyzna, wskoczył do wody, mimo że ledwie umiał pływać, i ruszył im na pomoc, walcząc z silnym prądem.

Na brzegu gromadzili się gapie. Rzeka budziła w nich niepokój — ludzie bali się żyjących w niej duchów, które potrafiły pochwycić nieuważną ofiarę i ściągnąć ją na ciemne, muliste dno. Nie dali więc nura do wody, żeby pomóc tonącym chłopcom i ich ojcu. Zamiast tego wykrzykiwali z bezpiecznego miejsca pomocne rady.

— Tylko trzymaj im głowy nad wodą, gdy będziesz ich ciągnąć z powrotem! — wołała jakaś kobieta.

— A jak możesz uratować tylko jednego, ratuj tego lepszego! — dodawał jakiś mężczyzna.

Nurt rozdzielił chłopców i ojciec zrozumiał, że w istocie nie zdoła ocalić obu. Zamachał nogami jeszcze mocniej i zaklął siarczyście, kiedy jednak sięgał w kierunku syna — tego, który po prostu znajdował się bliżej — woda porwała jego brata i zniosła w dół rzeki. Później tego dnia jego ciało wypłynęło na brzeg, spuchnięte, z twarzą wykrzywioną przerażeniem. Ludzie stojący nad martwym dzieckiem kręcili współczująco głowami.

— Można się było domyślić, że spartaczy sprawę — mamrotali.

— Ano. Uratował nie tego, co trzeba. Przeżył niewłaściwy chłopiec.

2. Ostra igła i kawałek nici

2.

Ostra igła i kawałek nici

Tymczasem niewłaściwy chłopiec walczył o życie. Nałykał się mnóstwo mętnej wody, aż wydęło mu brzuch, a płuca zapadły się pod jej ciężarem. Chlupotało w nich i świszczało, a na powietrze najwyraźniej brakowało już miejsca. Ojciec ostrożnie ułożył syna na ziemi i odchylił mu głowę. Przycisnął usta do ust chłopca i wdmuchiwał w nie własny oddech — raz, drugi, trzeci.

— Nie bój się — szeptał przy tym. — Nic się nie bój.

Mówił do siebie czy do dziecka? Trudno rozsądzić.

Chłopiec wciąż nie oddychał.

— No dalej, Ned! — błagał ojciec. — Mój mały, maleńki Nedzie. Zbudź się dla tatusia, proszę. Otwórz oczy.

Ale chłopiec oczu nie otwierał. Dopiero po kilku kolejnych oddechach wtłoczonych mu prosto w płuca zachłysnął się powietrzem. Kaszlał i kaszlał, a rzeczna woda tryskała z jego ust kaskadami. Oddychał, choć niezbyt regularnie. Usta miał sine, skórę bladą jak zbielałe w słońcu kości. Ojciec zdjął płaszcz i otulił nim dziecko.

Mały Ned zanosił się kaszlem i drżał od czubka głowy aż po palce stóp.

— Morze, Tam… — wysapał. — M-m-m-morze… — Targały nim dreszcze, a zęby dzwoniły o siebie. Ojciec wziął go w ramiona i zaniósł do domu.

Nim jeszcze tam dotarli, chłopca zmogła gorączka. Stracił przytomność i ojciec za nic nie mógł go dobudzić.

Grupka mężczyzn i kobiet z wioski szła milcząco wzdłuż samotnego brzegu rzeki, niosąc ciało martwego bliźniaka. Jego matka czekała na głazie. Siedziała sztywno wyprostowana, mnąc bezwiednie skraj sukni — zapatrzona w pustkę, chwytała w garść tkaninę i pozwalała jej przelewać się przez palce. Miała imię, lecz nikt go nigdy nie używał. Synowie zwali ją matką, mąż żoną, wszyscy inni zaś Siostrą Wiedźmą. Była to kobieta szanowana, jednocześnie kochana i nienawidzona, zawsze jednak ciesząca się posłuchem.

— Cała ta magia na nic — szeptali do siebie ludzie, niosąc ciało chłopca, który utonął. — Jaki ma z niej pożytek, skoro nie mogła uratować własnego dziecka?

Siostra Wiedźma była strażniczką niewielkiego zapasu magii — starożytnej i tak potężnej, że wedle powszechnej wiedzy samo jej dotknięcie mogło zabić. Tym razem jednak magia nie zdała się na wiele, a to dlatego, że można jej było używać wyłącznie w służbie innych. (W każdym razie tak wierzono, a Siostra Wiedźma nie wyprowadzała mieszkańców z błędu. W rzeczywistości mylili się co do jednego słowa. Otóż p o w i n n o — powinno się jej używać wyłącznie w służbie innych, była bowiem groźna. I miała konsekwencje).

— Co za głupota — mówili ludzie. — I co za marnotrawstwo…

Inni, którzy wciąż pamiętali pomoc otrzymaną od tej służebnicy magii — przepędzone choroby, odratowane plony i cudownie odnalezione zaginione dzieci — wciąż czuli wdzięczność, więc tylko przysłaniali usta, by powstrzymać szloch.

— Biedna Siostra Wiedźma. Ach, cóż za biedactwo — wzdychali, a serca ściskał im żal.

Matka chłopca słyszała te poszeptywania, lecz nie reagowała — ludzie i tak wierzyli w to, w co wierzyć chcieli, przeważnie się zresztą myląc. Nie było to dla niej nic nowego.

W końcu, gdy światło dnia zaczęło blednąć, złożono u jej stóp ciało chłopca. Siostra Wiedźma opadła na kolana.

— Siostro Wiedźmo — odezwała się Madame Thuane, najmłodsza spośród wiekowych członków Rady Starszych. Choć zazwyczaj była władcza i wyniosła, a na wiedźmę patrzyła podejrzliwym wzrokiem, widok martwego dziecka coś w niej przełamał. Z oczu pociekły jej łzy, a głos się załamał. — Pozwól, że przyniosę płótno, żebyśmy mogli zawinąć dzieciątko. Ułożymy je najdelikatniej, jak to możliwe.

— Dziękuję, ale nie trzeba — odpowiedziała Siostra Wiedźma. Nikt nie mógł jej pomóc. Nie tym razem. Ignorując ciężar spojrzeń na swych plecach, ułożyła sobie głowę synka na ramieniu, podźwignęła go i po raz ostatni zaniosła do domu.

Kiedy dotarła na miejsce, w chacie panowały cisza i smutek. Jej mąż leżał na podłodze przy łóżku — spał twardo, do cna wyczerpany udręką i zmartwieniem.

Ned, żyjący z dwóch braci, walczył o każdy oddech. W płucach miał resztki wody, kotłowała się w nim Wielka Rzeka, a gorączka próbowała dokończyć to, czego nie zrobił żywioł. Niewielka była szansa, że chłopiec przeżyje noc. Nie bez pomocy.

— O nie — wyszeptała Siostra Wiedźma. — Tak być nie może. Mój Ned musi przetrwać.

Poszła po koszyk z przyborami do szycia i wyszperała z niego szpulkę mocnej czarnej nici. Wzięła najostrzejszą z igieł, po czym długo pocierała jej koniuszkiem o osełkę, aż najlżejszy dotyk wycisnął jej z palca kroplę soczyście czerwonej krwi.

Znieruchomiała, uniosła skaleczony palec do ust i wyssała krew. Zamknęła oczy i trwała tak przez chwilę, jakby ważyła w głowie jakąś decyzję.

N i e   p o w i n n o   s i ę, co nie znaczy, że się nie da.

Belki zaskrzypiały, krokwie stęknęły, a spomiędzy desek podłogi zaczął przesączać się dym. Dom roztaczał woń magii — wpierw siarki, później popiołu, a na końcu nabrzmiałej słodyczy.

Magia się obudziła i nasłuchiwała, łakoma.

Chciała się wydostać.

— Siedźcie tam, gdzie wasze miejsce! — fuknęła Siostra Wiedźma. — Nie będę was potrzebować.

Magia, starożytna, kapryśna i popędliwa, z początku nie odpowiadała. Uwięziona wewnątrz glinianego garnca, spoczywała bezpiecznie w warsztacie Siostry Wiedźmy — suchym pomieszczeniu o piaszczystym klepisku, wykopanym pod podłogą domu, do którego prowadziła zasłonięta dywanem klapa. Huśtała się na półce, stukając naczyniem o ścianę.

„Nie poradzisz sobie bez nas”. Nie powiedziała tego głośno, ale nie musiała — Siostra Wiedźma i tak bezbłędnie to wyczuła. „Więc chodź tutaj, ty stara, władcza szantrapo! Wypuść nas. Chcemy pomóc”.

— Mówiłam poważnie — odparła Siostra Wiedźma, choć z mniejszym przekonaniem niż jeszcze przed chwilą. — Dam sobie radę w pojedynkę, a wy tylko wszystko zepsujecie.

Magia wyburczała przekleństwo, nie doczekała się jednak reakcji Siostry Wiedźmy.

Przez chwilę gotowała się jeszcze ze złości, tłukąc garncem o półkę, aż wreszcie ucichła — ciszą oschłą, pełną napięcia i wyczekującą, jakby wstrzymywała oddech.

— No. Bardzo ładnie — powiedziała głośno Siostra Wiedźma, tak jak się chwali kapryśne dziecko, a potem wzięła się do roboty.

Przetrząsała skrzynię na bieliznę, aż znalazła białą tkaninę. Nie była tak czysta, jak trzeba, ale powinna się nadać.

„To nie wystarczy”, szepnęła magia.

— Nie słucham cię — odparła Siostra Wiedźma i zabrała się do usuwania plam paznokciem kciuka.

„Dajże spokój”, apelowała magia. „Śmierć nie jest dla silnych, a z pewnością nie dla bystrych. Chłopiec nie może umrzeć! Czy ty w ogóle wiesz, dokąd udają się zmarli? No właśnie, my też nie, i nie zamierzamy się o tym przekonywać. No, daj nam pomóc, Najdroższa Wiedźmuszko. Prosimy”.

Za nic w świecie na to nie pozwoli, wmawiała sobie, kiedy skopywała dywan z klapy. Nie wykorzysta magii dla osobistych korzyści! Powtarzała to uporczywie, schodząc po drabinie, a nawet wtedy, gdy już stała przed glinianym garncem.

— To nie magia — oznajmiła i położyła motek na pokrywce. Garniec zadrżał i wypuścił dym, a nić rozjarzyła się na pomarańczowo, a potem żółto, niebiesko i biało. Migotała.

„Ach!”, westchnęła magia. „Och, ach! Wiedzieliśmy, że…”

— Cisza! — nakazała Stara Wiedźma tonem nieznoszącym sprzeciwu. Zawinęła nić w tkaninę i pognała po drabinie na górę jak oparzona.

Nić była przeraźliwie ciężka.

Samo jej trzymanie sprawiało ból.

— To nie magia — powtórzyła głośno, jakby jej słowa mogły stać się rzeczywistością.

Bo nie była to magia — w każdym razie nie do końca. Przecież nić nie dotknęła skrytego w garncu źródła mocy, a tylko znalazła się w pobliżu. Jak zaś wszem wobec wiadomo, spora jest różnica między p r a w i e   i   w   i s t o c i e. Podobnie jak między powinna i…

Siostra Wiedźma odpędziła od siebie tę myśl.

Ciało Tama spoczywało na kuchennym stole, zimne, napuchnięte, przeraźliwie nieruchome. Usiadłszy przy nim, Siostra Wiedźma przeciągnęła palcami po policzkach i czole chłopca, pozwoliła, by jej palce zaplątały się w ciemne, wilgotne pukle. A potem czekała na zachód słońca.

Gdy człowiek umiera, jego dusza jest uwięziona w ciele aż do zmroku — a gdy w końcu robi się ciemno, wówczas odchodzi… dokądś. Dokąd, tego nikt nie wiedział na pewno. Siostra Wiedźma obserwowała ten proces wielokrotnie, nigdy jednak nie próbowała go zakłócać.

Aż do teraz.

Słońce zawisło tuż nad horyzontem, pełne i soczyste jak przejrzała brzoskwinia, po czym zaczęło zsuwać się w dół. Wysoko w górze rozlało się światło w jaskrawych kolorach — to niebo zapowiadało nadejście wieczoru.

Ned zakaszlał i westchnął.

— T-t-tam? — wymamrotał przez sen.

— Wkrótce — rzuciła matka do żyjącego syna, leżącego po drugiej stronie pomieszczenia. Nachyliła się i ucałowała obydwie powieki tego martwego. — Już wkrótce.

Słońce rozlało się, zafalowało i znikło za krawędzią lądu. W tej samej chwili ciało Tama zadrżało, a z jego ust wykwitła dusza, dokładnie tak, jak spodziewała się Siostra Wiedźma. Cóż to był za spektakl… Wzrastała nieśpiesznie, rozwijała się płatek po płatku, aż w końcu otworzyła niczym kwiat i zastygła w powietrzu. Siostrze Wiedźmie zaparło na chwilę dech. Moje dzieciątko, myślała. Mój maleńki synek! Narzuciła na duszę białą tkaninę i opatuliła jak niemowlę. Przycisnęła ją do piersi, nucąc uspokajająco półgłosem.

Dusza wierciła się niespokojnie w zawiniątku, trzęsła i szamotała pod białym materiałem, rozpaczliwie pragnąc się wydostać.

— Wiem, kochanie — szepnęła do niej Siostra Wiedźma. — Wiem, mój słodki chłopcze. Przykro mi, ale nie mogę stracić dwóch synów. Nie obu naraz, tego bym nie zniosła.

Mówiła cicho i spokojnie, choć w środku pękało jej serce. Rozbiło się na miriady drobnych kawałków i miało się nigdy nie zrosnąć. Uniosła duszę do ust i ucałowała ją lekko.

— Zostań z bratem. — Przycisnęła ją do piersi umierającego chłopca. — Utrzymaj go przy życiu — dodała, po czym przygotowała igłę. — Zapewnij mu bezpieczeństwo. — Rozplotła nić i oderwała kawałek zębami.

Przebijając igłą zarówno duszę, jak i ciało, by zszyć je razem, powiedziała jeszcze:

— Mama was kocha. Nigdy o tym nie zapominajcie.

W mroku pogrążonego w żałobie domu dusza otworzyła usta i krzyknęła.

Krzyk przerodził się w westchnienie.

Westchnienie w kaszel.

I Ned zaczął zdrowieć. Żył.