Syn terrorysty - Zak Ebrahim, Jeff Giles - ebook

Syn terrorysty ebook

Zak Ebrahim, Jeff Giles

0,0
31,90 zł

lub
Opis

Jak żyć w cieniu terrorystycznej zbrodni dokonanej przez własnego ojca?

Zak Ebrahim miał zaledwie siedem lat, kiedy 5 listopada 1990 roku jego ojciec, El-Sayyid Nosair, strzela i śmiertelnie rani rabina Me'ira Kahanego, założyciela Jewish Defense League (Żydowskiej Ligi Obrony). Trafia do więzienia, w którym w roku 1993 planuje zamach bombowy na World Trade Center.

Zak spędził resztę dzieciństwa, przemieszczając się z miejsca na miejsce i ukrywając swoją prawdziwą tożsamość przed tymi, którzy słyszeli o jego ojcu. Jego rodzina przeprowadzała się ponad 20 razy, wszędzie oceniana przez pryzmat zamachu dokonanego przez El-Sayida. Ojciec przez cały czas próbuje zaszczepić chłopcu nienawistne idee fanatyzmu, jednak nieśmiały i wycofany Zak broni się przed tym całym swoim dziecięcym hartem ducha. Im jest starszy, im więcej rozumie, tym bardziej pragnie dla siebie innego życia.

Syn terrorysty to przejmująca historia chłopca wychowywanego do nienawiści, który wybrał jednak miłość i pokój. Dziś swoje życie poświęca przeciwstawianiu się terroryzmowi i rozpowszechnianiu wiary w pokój i wyrzeczenie się przemocy. W 2013 roku wziął udział w konkursie poszukiwania talentów TED w Nowym Jorku i został zakwalifikowany jako prelegent na głównej konferencji TED w kolejnym roku. Jego prelekcja TED stała się inspiracją dla tej książki.

„Nie bez przyczyny trzeba uczyć morderczej nienawiści. Nie tylko uczyć, ale i na siłę zaszczepiać. To fenomen, który nie występuje w sposób naturalny. To kłamstwo. To kłamstwo, które powtarza się bez przerwy, często ludziom, którzy nie mają innej możliwości i których pozbawiono dostępu do innych światopoglądów. To kłamstwo, w które wierzył mój ojciec. Miał nadzieję, że uda mu się mi je przekazać. Całe życie starałem się zrozumieć, co skierowało mojego ojca na ścieżkę terroryzmu. Zmagałem się z wiedzą, że w moich żyłach płynie ta sama krew. Opowiadając swoją historię, chcę dokonać aktu pełnego nadziei, który może stać się wzorem dla innych. Chcę nakreślić portret młodego człowieka, którego wychowano w ogniu fanatyzmu, lecz który zdecydował się odrzucić przemoc. Nie mam ambicji do wielkości, ale każdy żywot ludzki ma swój temat przewodni. Mój brzmi tak: każdy ma wybór”.

(fragment książki)

O książkach z serii TEDBooks:
Małe książki o wielkich ideach. Są na tyle krótkie, że można je przeczytać za jednym posiedzeniem, ale na tyle długie, że pozwalają na pogłębione poznanie tematu. Ta różnorodna seria zawiera pozycje, których tematyka krąży od architektury do świata biznesu, od podróży w czasie do miłości, i doskonale nadaje się dla ciekawych świata wielbicieli czytania. Każdej z książek TED towarzyszy powiązana z nią prelekcja, którą można obejrzeć online na TED.com. Książki zaczynają się tam, gdzie kończy się wykład.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 107

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Syn terrorysty. Historia wyboru

Zak Ebrahim i Jeff Giles

THE TERRORIST’S SON: A Story of Choice

by Zak Ebrahim with Jeff Giles

Copyright © 2014 by Zak Ebrahim

Copyright © 2014 TED Books

Copyright © 2014 Simon & Schuster, Inc.

Copyright for the Polish edition © 2017 Grupa Wydawnicza Relacja sp. z o.o.

TED, the TED logo, and TED Books are

trademarks of TED Conferences, LLC.

SIMON & SCHUSTER and colophon are registered

trademarks of Simon & Schuster, Inc.

Interior design by MGMT

Jacket design by Chip Kidd

Przekład: Anna Rogozińska

Grupa Wydawnicza Relacja

ul. Słowicza 27a

02-170 Warszawa

www.relacja.net

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Człowiek jest wytworem swoich myśli. Co myśli, tym się staje.

Gandhi

15 listopada 1990 rokuCliffside Park, New Jersey

Matka potrząsa mną, żebym się obudził. – Zdarzył się wypadek – mówi.

Mam siedem lat. Jestem pulchnym dzieciakiem w piżamie we wzór z Wojowniczymi Żółwiami Ninja. Jestem przyzwyczajony do budzenia przed świtem, ale zwykle robi to mój ojciec, i to tylko na modlitwę, którą odmawiam na swoim małym dywaniku w minarety. Mama nigdy nie wyrywa mnie ze snu.

Jest jedenasta wieczorem. Ojca nie ma w domu. Ostatnio coraz dłużej zostawał w meczecie w Jersey City. Ale dla mnie nadal jest dowcipnym, kochającym, pełnym ciepła „Babą”. Jeszcze rano próbował mnie nauczyć – po raz kolejny – jak wiązać sznurówki. Ojciec miał wypadek? Ale jaki wypadek? Czy coś mu się stało? A może nie żyje? Nie potrafię wykrztusić z siebie żadnego z tych pytań, bo za bardzo obawiam się odpowiedzi.

Mama rozpościera białe prześcieradło, które na moment unosi się nad pokojem jak chmura albo wielki grzyb. Schyla się, rozkładając je na podłodze. – Z, spójrz na mnie – mówi z twarzą tak ściągniętą troską, że jest prawie nie do poznania. – Masz się szybciutko ubrać. A potem wyłożyć swoje rzeczy na prześcieradło i ciasno je zawiązać. W porządku? Zrozumiałeś? Siostra ci pomoże. – Idzie w kierunku drzwi. – Yalla, Z, yalla. Pośpiesz się.

– Czekaj – mówię. To pierwsze słowo, które udaje mi się wypowiedzieć, odkąd wytoczyłem się spod swojej kołdry z He-Manem. – Co mam wyłożyć na prześcieradło? Jakie… rzeczy?

Dobry ze mnie dzieciak. Nieśmiały. Posłuszny. Chcę wypełnić polecenia matki.

Ona staje i patrzy na mnie. – Wszystko, co tylko się zmieści – mówi. – Nie wiem, czy jeszcze tu wrócimy.

Odwraca się plecami i po chwili już jej nie ma.

Kiedy kończymy się pakować, cicho przechodzimy z siostrą i bratem do dużego pokoju. Matka zadzwoniła do kuzyna ojca w Brooklynie – nazywamy go wujkiem Ibrahimem albo po prostu ammu – i właśnie z nim rozmawia, bardzo zaaferowana. Jej twarz jest cała czerwona. Lewą ręką ściska słuchawkę, a prawą nerwowo poprawia hidżab, który rozluźnił jej się nad uchem. W tle słychać włączony telewizor. Wiadomości z ostatniej chwili. Przerywamy ten program. Matka zauważa, że oglądamy, i pośpiesznie wyłącza odbiornik.

Odwrócona do nas plecami rozmawia z ammu Ibrahimem jeszcze przez dłuższą chwilę. Ledwo odkłada słuchawkę, a zaczyna dzwonić telefon. W środku nocy ten dźwięk działa nam na nerwy, jest zbyt głośny i brzmi, jakby coś wiedział.

Matka odbiera. To jeden z kolegów Baby z meczetu, taksówkarz o imieniu Mahmoud. Wszyscy nazywają go Rudzielcem ze względu na włosy. Rudzielec za wszelką cenę stara się skontaktować z moim ojcem. – Tutaj go nie ma – mówi matka. Przez chwilę uważnie nasłuchuje. – W porządku – odpowiada i odkłada słuchawkę.

Telefon rozdzwania się znowu. To ten sam straszny dźwięk.

Tym razem nie mogę się zorientować, kto dzwoni. Mama odpowiada: – Naprawdę? Wypytują o nas? Policja?

Po jakimś czasie budzę się na kocu na podłodze w dużym pokoju. Jakimś cudem zasnąłem w samym środku całego tego chaosu. Wszystko, co tylko da się unieść – a nawet i więcej – zrzucone jest na kupę przy drzwiach, która wygląda, jakby zaraz miała się zawalić. Mama chodzi po pokoju, co chwila sprawdzając zawartość torebki. Ma wszystkie nasze akty urodzenia: w razie czego może dowieść, że jest naszą matką. Mój ojciec, El-Sayyid Nosair, urodził się w Egipcie. Ale matka urodziła się w Pittsburghu. Zanim wypowiedziała w lokalnym meczecie szahadę i została muzułmanką, zanim przyjęła imię Khadija Nosair, była znana jako Karen Mills.

– Zaraz po nas przyjdzie wujek Ibrahim – mówi, kiedy widzi, że przecieram oczy i nie śpię. Niepokój w jej głosie nabiera odcienia zniecierpliwienia. – Jeśli w końcu uda mu się tu dotrzeć.

Nie dopytuję się, dokąd idziemy, i nikt mi nic nie mówi. Po prostu czekamy. Czekamy dużo dłużej, niż powinien zająć ammu dojazd z Brooklynu do New Jersey. A im dłużej czekamy, tym szybciej mama chodzi po pokoju, a mnie zdaje się, że mam w piersi coś, co zaraz wybuchnie. Siostra obejmuje mnie ramieniem. Staram się być dzielny. Obejmuję ramieniem brata.

– Ya Allah! – wykrzykuje mama. – Zaraz postradam zmysły.

Kiwam głową tak, jakbym rozumiał.

• • •

A tego matka mi nie mówi: Me’ir Kahane, wojowniczy rabin i założyciel Jewish Defense League (Żydowskiej Ligi Obrony), zginął od kuli arabskiego zamachowca w sali balowej nowojorskiego hotelu Marriott. Strzelec uciekł z miejsca zbrodni, po drodze strzelając jeszcze w nogę starszemu mężczyźnie. Wskoczył do taksówki czekającej przed wejściem do hotelu, ale po chwili z niej wyskoczył i pobiegł wzdłuż ulicy, trzymając pistolet w ręku. Akurat przechodził tamtędy funkcjonariusz straży pocztowej z U.S. Postal Service. Nastąpiła wymiana strzałów. Zamachowiec upadł na ziemię. Reporterzy nie mogli sobie odmówić zwrócenia uwagi na makabryczny szczegół: zarówno rabin Kahane, jak i jego zabójca zostali postrzeleni w szyję. Żadnemu z nich nie dawano szans na przeżycie.

Stacje telewizyjne na bieżąco donosiły z miejsca zdarzenia. Godzinę wcześniej, kiedy moja siostra, brat oraz ja przesypialiśmy ostatnie chwile tego, co jeszcze można było nazwać dzieciństwem, mama usłyszała imię Me’ir Kahane i spojrzała na ekran telewizora. Pierwszą rzeczą, która rzuciła jej się w oczy, było nagranie przedstawiające arabskiego zamachowca. Serce niemal zamarło jej w piersi. To był mój ojciec.

• • •

Kiedy wujek Ibrahim zajeżdża przed nasz blok, jest już pierwsza w nocy. Zajęło mu to tak długo, bo musiał poczekać, aż jego żona i dzieci będą gotowe do wyjścia. Upierał się, żeby mu towarzyszyły, bo jako pobożny muzułmanin nie chciał ryzykować samotnej jazdy samochodem z kobietą, która nie jest mu poślubiona – czyli właśnie moją mamą. W aucie siedziało już pięć osób, a miała się tam jeszcze jakoś wcisnąć nasza czwórka. Czuję, jak wzbiera gniew mojej matki. Jest równie pobożna jak wujek, ale i tak miały z nimi jechać jej dzieci, więc po co było marnować tyle czasu?

Niedługo potem jedziemy przez tunel, a nad głowami przemykają nam światła w chorobliwie fluorescencyjnym odcieniu. Samochód jest zapchany do granic możliwości. Przypominamy kłębowisko powiązanych rąk i nóg. Mama potrzebuje iść do toalety. Wujek Ibrahim pyta, czy ma się gdzieś zatrzymać. – Najpierw zabierzmy dzieciaki na Brooklyn, a potem jedźmy do szpitala, dobrze? Jak najszybciej. Yalla – odpowiada.

Wtedy po raz pierwszy usłyszałem, że ktoś użył słowa „szpital”. Mój ojciec jest w szpitalu. Dlatego, że miał wypadek. To znaczy, że coś mu się stało, ale też – że nie umarł. Kawałki łamigłówki zaczynają układać mi się w całość.

Kiedy docieramy na Brooklyn – ammu Ibrahim mieszka w wielkim, ceglanym apartamentowcu nieopodal Prospect Parku – cała nasza dziewiątka wypada z samochodu w jednej poplątanej zbitce. W holu w nieskończoność czekamy na windę, więc mama, desperacko potrzebująca skorzystać z toalety, bierze mnie za rękę i ciągnie w stronę schodów.

Wbiega po dwa stopnie na raz. Nie potrafię za nią nadążyć. Przed oczami przemyka mi drugie piętro, potem trzecie. Mieszkanie ammu znajduje się na czwartym piętrze. Z trudem łapiemy oddech, skręcając w korytarz za róg. Jesteśmy uszczęśliwieni, że nam się to udało – przegoniliśmy windę! I wtedy zauważamy trzech mężczyzn stojących przed drzwiami wujka. Dwóch ma na sobie ciemne garnitury i zbliża się do nas powoli, wysoko unosząc odznaki w dłoni. Trzeci jest funkcjonariuszem policji. Kurczowo ściska pistolet w kaburze. Mama podchodzi do nich. – Muszę iść do łazienki – mówi. – Porozmawiam z panami, jak wrócę.

Mężczyźni wyglądają na zakłopotanych, ale pozwalają jej przejść. Dopiero kiedy próbuje zabrać mnie ze sobą, jeden z ciemnych garniturów unosi dłoń, jak policjant kierujący ruchem.

– Chłopiec musi zostać z nami – informuje.

– To mój syn – odpowiada mama. – Pójdzie ze mną.

– Nie możemy na to pozwolić – odpowiada drugi ciemny garnitur.

Mama wygląda na lekko zagubioną, ale tylko przez chwilę. – Myślicie, że coś sobie tam zrobię? Myślicie, że skrzywdzę własnego syna?

Pierwszy garnitur obrzuca ją spojrzeniem bez wyrazu. – Chłopiec zostaje z nami – powtarza. A potem spogląda na mnie i próbuje się uśmiechnąć, choć mu to nie wychodzi. – To na pewno… – sprawdza w notatniku – Abdulaziz?

Przerażony zaczynam kiwać głową, a potem nie mogę przestać. – Nazywają mnie Z – odpowiadam.

Rodzina Ibrahima wchodzi teraz do mieszkania, przerywając niezręczną ciszę. Jego żona zagania dzieci do jedynej sypialni i każe nam iść spać. Jest nas sześcioro. W ścianę wbudowana jest kolorowa siatka rozkładanych łóżek dla dzieci. Wygląda to jak sala zabaw w McDonaldzie. Wciskamy się w każdy kąt, a mama rozmawia z policjantami w salonie. Próbuję nasłuchiwać przez ścianę. Słyszę tylko ciche pomruki i szuranie mebli po podłodze.

• • •

Ciemne garnitury w salonie zasypują mamę pytaniami. Dwa z nich szczególnie zapadły jej w pamięć: „Jaki jest pani obecny adres zamieszkania?” oraz: „Czy wiedziała pani, że mąż planował zastrzelić dziś rabina Kahanego?”.

Odpowiedź na pierwsze z nich jest bardziej skomplikowana niż na drugie.

Baba pracuje dla urzędu miasta Nowy Jork, naprawiając ogrzewanie oraz klimatyzację w budynku sądu na Manhattanie. Miasto wymaga, by jego pracownicy mieszkali w jednej z pięciu dzielnic. Udawaliśmy więc, że mieszkamy u wujka. Policja pojawiła się tu tylko z powodu tego małego kłamstwa w księgach.

Mama wyjaśnia tę sprawę. Mówi też policjantom prawdę o zamachu. Nie miała o nim pojęcia. Nie usłyszała ani słowa, ani sylaby. Nic. Nienawidzi rozmów o przemocy. W meczecie dobrze wiedzą, że nie mają co agitować w jej obecności.

Odpowiada na zalew kolejnych pytań z podniesioną głową, z dłońmi nieruchomo spoczywającymi na kolanach. Ale przez cały czas w głowie kotłuje jej się jedna myśl: musi iść do mojego ojca. Musi być przy jego boku.

W końcu mama wyrzuca z siebie: – Słyszałam w telewizji, że Sayyid umiera.

Ciemne garnitury patrzą po sobie, ale milczą.

– Chcę być przy jego boku. Nie chcę, żeby umierał samotnie.

Nadal bez odpowiedzi.

– Czy mogą panowie mnie do niego zabrać? Proszę. Czy mogą panowie mnie do niego zabrać? Bardzo proszę.

Powtarza to bez ustanku. W końcu ciemne garnitury wzdychają i odkładają ołówki.

• • •

Przed szpitalem aż roi się od policji. Wokół zbiera się hałaśliwy tłum wściekłych, przestraszonych i ciekawskich ludzi. Przy nich wozy telewizyjne i furgonetki z nadajnikami satelitarnymi. Nad głowami helikopter. Mamę i Ibrahima przechwytuje para nieprzychylnie nastawionych policjantów w mundurach. Nic ich nie obchodzi moja rodzina. Jesteśmy dla nich nawet mniej niż niczym – w końcu jesteśmy bliskimi zamachowca. Mama jest w szoku, oszołomiona, a na dodatek umiera z głodu. Gniew policjantów to jeszcze jedna rzecz, która dociera do niej jak przez zamgloną szybę.

Wprowadzają ją i Ibrahima przez wejście na drugim końcu szpitala. Po drodze do windy mama spogląda w koniec długiego korytarza ze świeżo nawoskowaną podłogą błyszczącą w ostrym świetle jarzeniówek. Widzi tłum ludzi, którzy domagają się wpuszczenia przez ochronę. Dziennikarze wykrzykują swoje pytania. Błyskają flesze aparatów fotograficznych. Mama oblewa się potem, brakuje jej sił. Głowa, brzuch, wszystko zaczyna się jej buntować.

– Zaraz upadnę – mówi Ibrahimowi. – Czy mogę się na tobie podeprzeć?

Ibrahim wzdryga się na samą możliwość. Pobożnemu muzułmaninowi nie wolno jej dotknąć. W końcu pozwala jej przytrzymać się paska od spodni.

Przy windzie jeden z policjantów wskazuje palcem i opryskliwie nakazuje: – Wchodzić. Panuje nieprzyjemna cisza, kiedy wjeżdżają na górę na oddział intensywnej terapii. Otwierają się drzwi windy i mama wychodzi na jasno oświetlony OIOM. Oficer SWAT staje na baczność i wymierza w nią karabin.

Mama wydaje z siebie stłumiony okrzyk strachu. Ibrahim robi to samo. Jeden z policjantów przewraca oczami i odwołuje oficera SWAT. Ten obniża broń.

Mama podbiega do łóżka ojca. Ibrahim powoli rusza za nią, żeby dać jej odrobinę prywatności.

Baba jest nieprzytomny. Jego ciało jest straszliwie spuchnięte i obnażone do pasa. Podłączono go do pół tuzina maszyn za pomocą różnych przewodów i rurek. Na szyi ma długą, zaszytą ranę w miejscu, gdzie postrzelił go funkcjonariusz straży pocztowej. Wygląda to tak, jakby na szyi usiadła mu gigantyczna gąsienica. Pielęgniarki uwijają się przy jego łóżku jak w ukropie. Nie podoba im się, że ktoś im przerywa.

Mama wyciąga rękę, by dotknąć ramienia Baby. Jego ciało jest twarde w dotyku, a skóra tak zimna, że aż się wzdryga. – On już nie żyje? – pyta drżącym głosem. – Ya Allah, on nie żyje!

– Nie, jeszcze nie umarł – odpowiada jedna z pielęgniarek, nie kryjąc irytacji. Rodzina zamachowca. – I proszę trzymać ręce z daleka. Nie wolno go dotykać.

– Ale on jest moim mężem. Dlaczego nie wolno mi go dotknąć?

– Bo takie są przepisy.

Mama jest zbyt zmartwiona, żeby zrozumieć, ale później dochodzi do wniosku, że pielęgniarki obawiały się, że wyrwie rurki oraz przewody i pozwoli ojcu umrzeć. Opuszcza ręce wzdłuż ciała. Nachyla się, szepcząc mu do ucha. Mówi mu, że wszystko w porządku, że jest przy nim, że go kocha, że – jeśli wyczekiwał tylko na jej przybycie – już dobrze, jest przy nim, kocha go, może już odejść. Kiedy siostry nie patrzą, całuje go w policzek.

Potem, w niewielkiej sali spotkań obok OIOM-u, jeden z lekarzy powiadamia mamę, że ojciec będzie żył. To pierwsza życzliwie nastawiona osoba, którą spotkała przez cały wieczór. Pocieszona jego empatycznym podejściem, pozbawionym komplikacji i głęboko ludzkim, mama po raz pierwszy pozwala sobie na łzy. Lekarz czeka, aż nad sobą zapanuje, a potem mówi jej resztę. Baba stracił większość krwi i przeprowadzono transfuzję. W szyi wciąż tkwi gdzieś kula, ale nie odważyli się jej szukać, bo niemal przebiła tętnicę szyjną. Żyje tylko dzięki temu, że kula nie przeszła na wylot.

Lekarz siada przy mamie, towarzysząc jej, kiedy stara się to wszystko sobie przyswoić. Potem wracają policjanci. Prowadzą mamę wraz z Ibrahimem w stronę wind. Kiedy winda przyjeżdża i drzwi się otwierają, jeden z nich wskazuje do środka i znowu nakazuje: – Wchodzić.

Na zewnątrz już świta. Każdego innego dnia można by się zatrzymać, by podziwiać piękno nieba. Ale właśnie ogłoszono śmierć rabina Kahanego – przez jego ciało kula przeszła na wylot, więc zmarł od takiej samej rany, jaką miał ojciec. Parking wciąż pełen jest wozów policyjnych i furgonetek z nadajnikami satelitarnymi, wszystko wydaje się ohydne i ani mama, ani Ibrahim nie mogą odprawić swoich porannych modłów. Mama pociesza się tylko dwiema rzeczami. Niezależnie od tego, co skłoniło ojca do tak potwornego czynu, nigdy już nikogo nie skrzywdzi. I jeszcze, że to, że przeżył, jest darem od Boga.

W obu wypadkach się myli.

Adaptacja okładki: Ewelina Malinowska

Redakcja: Kamila Wrzesińska

Korekta: Anna Dudało

Skład: Sylwia Budzyńska