Syn ogrodnika - János Háy - ebook

Syn ogrodnika ebook

János Háy

0,0

Opis

Dojrzewanie w rytmie węgierskiego rock and rolla

Łada w kolorze masła niespiesznie toczy się przez węgierską historię i melancholię komunistycznej prowincji, gdzie lodówki były niepraktyczne, bo ich nie było, a w Balatonie się sikało, marząc o prawdziwym rock&rollu. Literacki prozak na owocach jagodowych. Działa natychmiast. Uzależnia. - IGNACY KARPOWICZ

Czytając opowiadania Háya myślałem o swoim dzieciństwie, dojrzewaniu, dorosłości, uniesieniach i rozczarowaniach, ponieważ to literatura, która dotyczy każdego z nas. Háy w krótkich historiach podąża przez życie swego bohatera, chłopaka z głuchej prowincji, i przez historię Węgier. Przez węgierską wieś i przez Budapeszt, przez dziecięce fascynacje, młodzieńcze miłości, dorosłe klęski, przez zachwyt muzyką rockową i marzenia o mitycznym Zachodzie, które przecież były wspólne dla wszystkich dorastających po wschodniej stronie żelaznej kurtyny. Ów bohater z każdym opowiadaniem staje się starszy, dojrzalszy, choć nie zawsze mądrzejszy. Jak my wszyscy. Prosta literatura, ale przejmująca, ironiczna i anegdotyczna, choć śmiertelnie poważna, bo mówiąca o najbardziej skomplikowanych ludzkich emocjach. Nie zrozumie jej i nie uzna za swoją tylko ten, kto nigdy nie miał dzieciństwa, nie przeżył pokręconej młodości i beznadziejnie się nie zakochał. - KRZYSZTOF VARGA

János Háy, utytułowany węgierski prozaik i dramatopisarz, w Synu ogrodnika wspina się na wyżyny swojego pisarstwa. Za żelazną kurtyną, między polami malin, połaciami porzeczek i plantacjami truskawek, gdzieś na węgierskiej wsi dorasta bardzo szczególny chłopiec. Ten dzieciak nie ma kręgosłupa, wyrośnie z niego chuligan – mówiła babcia. Ten dzieciak to Syn ogrodnika, mieszanka Jimmy’ego Hendrixa i Boba Dylana z węgierskiej prowincji, jedyna gitara w promieniu dwudziestu kilometrów. Jego kariera niemal legła w gruzach, gdy babcia zakazała mu chodzić na lekcję muzyki do wyniosłej nauczycielki ze stolicy z alergią na czosnek, bo ta mówiła, że jego ciało wydziela przekazywany z pokolenia na pokolenie, wdrukowany w DNA, zapach czosnku.

Rzeczywistość socjalistycznych Węgier widziana oczami dorastającego chłopaka bawi i wzrusza. To były czasy kiedy każdy problem można było rozwiązać zrywaniem owoców jagodowych, bo jak mówił ojciec bohatera, zrywaniem owoców jagodowych można wszystko rozwiązać. Ale z chwilą, gdy kołysząca się na węgierskich drogach Łada wywiozła go w samodzielne chłopięce życie do bursy na Orlej Górze w Budapeszcie, życie się skomplikowało i nabrało innego posmaku. Kiedy jest się z kumplami świat staje się przestrzenią do zdobycia, a każdy kumpel to inna historia: jeden spuści łomot, drugi pokaże jak podrywać dziewczyny nad Balatonem na przeboje Scorpionsów, jeszcze inny załatwi dynamit za butelkę palinki.

Syn ogrodnika to pulsująca, soczysta opowieść o dorastaniu, młodzieńczych tęsknotach, fascynacjach, rozczarowaniach i zwycięstwach pióra jednego z najważniejszych węgierskich pisarzy ostatnich lat.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 198

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




tłumaczenie

Karina Ślęzak

Tego dnia, powiedziała mama, będzie mnie pilnować babcia, i mogę zaprosić Laciego Kisa z sąsiedztwa, który też był starszakiem, i już z tej racji, że byliśmy sąsiadami, był moim przyjacielem. Ledwie koła roweru matki wyjechały za furtkę i zabrzęczała kratka odpływowa, zjawił się Laci Kis.

– W co się bawimy? – zapytał.

– W co? – odpowiedziałem.

Siedzieliśmy tam z pytaniami, na skraju podwórza przy śmietniku. Nic nie przychodziło nam do głowy.

Dorośli myślą, że dziecko nigdy się nie nudzi, bo nawet palcami albo językiem potrafi się zabawić. W dodatku często, kiedy dziecko bawi się palcami z nudów, myślą, jemu to dobrze.

My jeszcze nie bawiliśmy się palcami, ale nudziliśmy się porządnie.

– Co to za białe badziewie tam w śmieciach? – zapytał Laci Kis.

Poszedłem tam. To były przepalone bezpieczniki, jakieś dwadzieścia sztuk, mój stary je wyrzucił, bo zawsze, jak po ciemku musiał grzebać przy prądzie, zawsze wkładał te gówna, były tam pomieszane w pudełku po butach z dobrymi, i przeklinał, że znowu zły bezpiecznik wkręcił do licznika, i żeby matka kupiła wreszcie taką latarkę, co świeci, ale nie taką kurewsko ciężką, jak kupili od Ruskich, że ręka odpada, i nie może jednocześnie trzymać latarki i wkręcać bezpieczników, a co dopiero zastanawiać się, które to gówno znowu się przepaliło.

– Dynamit – powiedziałem Laciemu – prawdziwy materiał wybuchowy.

– W śmieciach trzymacie dynamit? – zapytał.

– Tyle tego jest – powiedziałem – że stare zawsze wyrzucamy, parę dni po tym, jak minie gwarancja.

Laciemu szczęka opadła ze zdumienia, wytrzeszczył oczy i nawet język stanął mu w otwartych ustach jak dyszel u wozu.

– Wiesz co? – wykorzystałem chwilę zaskoczenia. – Moglibyśmy pójść z dynamitem zapolować na lisy.

– Na lisy? Gdzie tutaj są lisy?

– W każdej norze mieszkają lisy, gdziekolwiek się człowiek obróci, a nie porwały w zeszłym roku kaczek pana Lajosa?

– Ale gdzie są nory?

– No więc to będzie zadanie, znaleźć lisią norę.

Wsadziłem bezpieczniki do kieszeni, a z pięć wcisnąłem Laciemu do ręki.

– Nie wybuchną? – zapytał.

– Skąd, włóż je spokojnie do kieszeni, tylko uważaj, żebyś nie wylądował na brzuchu, bo jak uderzą w kamień, rozumiesz, to wybuchną.

Laci ostrożnie wsunął w głąb kieszeni porcelanowe korki, i ukradkiem ruszyliśmy z podwórka za furtkę, prosto na skraj wsi. Babci nie wtajemniczyliśmy w plan. Lepiej było nie zawracać jej głowy. Gotowała obiad w kuchni. A my nie hałasowaliśmy, nie wyliśmy, akurat niczego nie potłukliśmy, więc radzimy sobie, nie trzeba było oprócz obiadu pilnować jeszcze i nas.

Oddalaliśmy się coraz bardziej od wioski, bo nigdzie nie znaleźliśmy odpowiedniej nory, z której moglibyśmy wysadzić niecnych złodziei kur. Na skraju wsi dotarliśmy do betonowej szosy. Było już dosyć późno. Słońce stało dokładnie w górze nad naszymi głowami, a autobus właśnie jechał z dołu. A wszyscy we wsi wiedzieli, że kiedy autobus akurat podjeżdża pod słońce, no to wtedy jest południe. Oczywiście zegar na wieży wtedy jeszcze nie bije, bo jest źle nastawiony i nikt nie zna się na tym, jak go nastawić, taki stary ma mechanizm. Wyjątkowy skarb – ksiądz też mówił, że nie tylko kościół, ale nawet zegar jest bezcenny. Droga prowadziła przez most, pod nim jest betonowy krąg. Przez ten betonowy krąg coś przepływało, jakaś ciemna ciecz o dość nieprzyjemnym zapachu.

– Widzisz? – zapytałem Laciego Kisa. – Widzisz, jaka to ciemna nora? Jak już, to tu muszą mieszkać najdziksze lisy, aż się rozchodzi z niej lisi zapach, jak będziemy mieli szczęście, to nawet wilki można wysadzić.

– Można? – zapytał podejrzliwie.

– Jasne, że można – zapewniłem.

– A nie wybuchnie szosa i autobus nie wpadnie w przepaść?

– Skąd – odparłem z pewnością siebie – nie ma w tym takiego ładunku, a gwarancja też już się skończyła, tak mocno nie wybuchnie.

Zleźliśmy do krawędzi kanału, żeby pochylić się nad kłębiącą się czarną cieczą i rzucić w nią materiał wybuchowy.

– Ale śmierdzi – powiedział, wykrzywiając się, Laci.

– Lisy – powiedziałem mu – zawsze śmierdzą. Pomyśl: żrą mięso i resztki gniją im w pyskach. Zresztą im większe, tym mocniej śmierdzą. Więc tutaj żyją nie byle jakie okazy, na mur.

– Nie mogę wrzucić, ten krzak tak głupio zwisa – powiedział Laci, na co ja, że trzeba by przejść na drugą stronę, tam nic nie przeszkadza.

– Jak mamy przejść? – zapytał.

– No – powiedziałem bezradnie, potem nagle zauważyłem coś masywnego pośrodku cieczy. – Tamto, widzisz, Laci, tamto to grzbiet żaby olbrzyma, po prostu stanę na niej i przewiezie mnie na drugą stronę, przepłynie ze mną. No, idź pierwszy!

– Raczej za tobą – wyjąkał przestraszony Laci.

– Masz pełne gacie, co?

– No nie, tylko myślałem, jednak ty ją zobaczyłeś, prawda?

– Jesteś tchórzem, wiem. Patrz! – krzyknąłem i jednym susem skoczyłem na grzbiet żaby olbrzyma.

Grzbiet żaby pod niespodziewanie przygniatającym go ciężarem zaczął się zanurzać, zanurzał się razem ze mną. A ja w mig ugrzązłem po pas w wiejskim kanale ściekowym, który tu na skraju wsi bez żadnej osłony skręcał prosto do Ipoli.

Polowanie zakończyło się porażką. I jeśli chcielibyśmy stopniować tę porażkę, to należałoby wspomnieć o drodze do domu po polowaniu. Do wsi po szyję umazany gównem. Przy przystanku autobusowym, obok sklepu spożywczego. Wtedy zaczepiła nas jakaś kobieta na rowerze: A wy gówniarze, czyimi synami jesteście? Zwrot, który kiedy indziej też często padał z ust mieszkańców wsi, teraz znalazł pokrycie w rzeczywistości.

Staliśmy przy rowerze kobiety, i nie byłem w stanie się odezwać od otaczającego mnie smrodu gówna, a Laci z natury nie był gadatliwym dzieckiem.

– Przyniosę wam po marice – powiedziała kobieta i wbiegła do sklepu po batoniki, żeby otworzyć nam usta.

Plan się powiódł, bo wtedy w zamian za batonik marika zdradziłem, że jestem dzieckiem ogrodnika owoców jagodowych.

– Aha – powiedziała kobieta i, szast-prast, zniknęła, a zamiast niej na miejsce zdarzenia wtoczył się rower żony ogrodnika owoców jagodowych.

– A gdzie was poniosło, gdzie nawet ptak nie doleci? – zapytała tą czarowną intonacją z bajek ludowych.

– No więc – odpowiedziałem z szacunkiem – z Lacim Kisem – tak zacząłem, żeby było jasne, że nie byłem sam, bo Laci Kis też był ze mną na przykład – poszliśmy polować na lisy dynamitem.

– Polować na lisy? – odpowiedziała pytaniem matka, plask, policzek. – A babcia o tym wiedziała?

– Nie chcieliśmy przeszkadzać – powiedziałem – była zajęta obiadem.

– Nie? – głos matki przeszył znowu powietrze, i plask, jeszcze jeden policzek gwoli symetrii.

– No, a dlaczego jesteś po szyję w gównie, synu?

– Bo – odpowiedziałem – żaba olbrzym siedząca przed lisią norą nie chciała przenieść mnie na drugą stronę kanału.

– Nie chciała? – znowu zajazgotał głos, a ja już nadstawiłem twarz na trzeci policzek, po czym, jak powszechnie wiadomo, natychmiast będzie i czwarty, bo nasza rodzina lubiła porządek. Nawet w biciu starali się o równowagę.

– Nie – mówię głosem oczekującym na policzek, ale policzek nie zawitał. Żona ogrodnika owoców jagodowych zaczęła się wtedy bardzo śmiać. Śmiała się, w jej śmiechu była odrobina goryczy. No trudno, co zrobić, w końcu to też mój syn, powiedziała do siebie, ale jednocześnie myślała o tym drugim, o bracie łowcy lisów, niemal jak o wybawieniu, że na szczęście jest też tamten chłopiec. Potem powiedziała, żebym biegł obok niej, przy rowerze, i ruszyliśmy uspokoić babcię, która jeszcze w dodatku kompletnie schrzaniła obiad ze zdenerwowania. I biegłem ulicą Börzsönyi, w kierunku Domu Kultury. Słyszałem, że zespół Stefka Ráka ma próbę. Już z daleka było słychać Szilowju je-je-je. Potem znów. Coś zawsze sknocili w tym je-je-je. Weszliśmy w głos.

– Ta muzyka przenika przez wszystko – powiedziałem, dysząc przy mamie.

– Nawet przez smród gówna – powiedziała matka – taka jest głośna. – Potem nacisnęła pedały. Nie wiem, chciała zostawić mnie czy rokendrola, ale bardzo mocno pedałowała. Ja zostałem w tyle.

tłumaczenie Karolina

Szymanowska-Szymańska

– Czemu go nie weźmie – spytałem matki – jak jest wszechmocny?

Szliśmy do domu z kościoła. Kopałem kamień. Było święto. Msza zakończyła się hymnem papieskim.

– Nie niszcz butów – powiedziała i spytała, kto taki.

– Jak to, kto taki? – odpowiedziałem pytaniem.

– Kto jest wszechmocny – uściśliła moja matka.

– No Bóg!

– A kogo miałby wziąć?

– Papieża!

– Papieża! – żachnęła się zaskoczona matka. – Dlaczego akurat papieża?

– A nie śpiewają stale, weź Boże ojca świętego, następcę Piotrowego?

– Nie.

– Nie? To co?

– Wiedź – strzeż Boże...

– Naprawdę? – zdziwiłem się. – W takim razie papież nigdy nie umrze, bo jak Bóg jest wszechmocny, to na pewno go ustrzeże. Nie rozumiem... Czy nie o to chodzi, żebyśmy jak najszybciej poszli do nieba? Więc jednak nie to jest najważniejsze? Jak to jest z tym wszystkim?

– Mój Boże – powiedziała matka z rezygnacją – co z tego dzieciaka wyrośnie.

– Chuligan – skwitowała babcia, bo właśnie dotarliśmy do domu. Będę chuliganem, takim kudłatym, jak ci, co w Budapeszcie zakładają bandy. Tak, powiedziała w liczbie mnogiej, bo to, co się robiło w Budapeszcie, przeważnie było w liczbie mnogiej. Na prowincji nie istniał budapeszteńczyk, tylko budapeszteńczycy, którzy nie idą do knajpy, tylko chodzą po knajpach, po kinach i po teatrach, nie kupują w sklepie, tylko włóczą się po sklepach.

– Ale na pewno – powiedziałem, zatrzymując się ciągle jeszcze przy hymnie papieskiem – pan Pityu Szabó śpiewał, weź. Stałem tam koło niego i słyszałem.

– Pan Pityu Szabó – powiedziała matka – nie potrafi nawet wymówić Pityu Szabó, bo ma przepitą nie tylko wątrobę, ale i zęby. A język jak kołek zesztywniał mu od palinki.

Jednak od czasu do czasu ojciec mógłby dać mi po gębie, powiedziała babcia, bo tak wkurzyła ją ta sprawa z papieżem, żebym nie opowiadał wiecznie takich bzdur. Od czasu do czasu by nie zaszkodziło. Przynajmniej dla przypomnienia, żebym wiedział, co wolno, a czego nie. Jak krowy przy elektrycznym pastuchu, prawda. Prąd trzepnie je w nos, i więcej nie próbują wyłazić, a nawet się nie ważą podejść do drutu.

Ojciec od czasu do czasu nawet to robił, ale teraz nie uważał, że od czasu do czasu nadeszło. A w ogóle, to dla mojej babci zawsze wszystko było kiedy indziej niż dla ojca. Jak babcia na mnie za coś naskarżyła, to ojciec na sto procent mnie nie ukarał. Tak że dzięki gniewowi babci zdecydowanie można się było wywinąć od razów. Krótko mówiąc, dla ojca teraz nie było od czasu do czasu. Powiedział tylko, że jak dalej będę tak robić, to mogę skończyć jak moi kuzyni, synowie mojego chrzestnego, którym na Boże Narodzenie Jezusek[1] nie przyniósł choinki. Bo nie każdy Jezusek jest taki wyrozumiały jak nasz Jezusek, który, trzeba czy nie, przynosi paczki, mimo że nie zasługuję. W końcu kiedyś będzie miał dość, jak się nie zmienię.

Długo nakreślał sprawę Jezuska, ale nie za bardzo uważałem, bo znowu nie rozumiałem, jak to z tym jest. Jest więcej Jezusków? – zachodziłem w głowę. – Jak to możliwe? I jest wśród nich taki, który nie wszystkich kocha jednakowo? Wyczuwałem niemożliwą do rozwiązania sprzeczność pomiędzy moim dotychczasowym obrazem Jezuska a sugerowanym przez ojca. Poszedłem więc do starszego brata, żeby mi wyjaśnił sprawę, bo w końcu jest moim starszym bratem.

– Jezusek jest niesprawiedliwy – mówię mu – i że jest i taki, i taki, że ja tego zupełnie nie rozumiem.

– Słuchaj, jest tylu Jezusków, ilu ludzi – powiedział z wyższością, z jaką starsze rodzeństwo zwykło rozmawiać z młodszym.

– Co takiego? – zdumiałem się. Z takim trudem przyszło mi zrozumieć już i to, że jest jeden Bóg, ale że jeden w nim to Jezusek, drugi Bóg Ojciec, trzeci itd. ... Ale że jeden z nich nie jest w trzech osobach, a w miliardach – tego w ogóle nie mogłem pojąć. – Ilu? – zapytałem, a nuż źle zrozumiałem.

– Tylu, ilu ludzi – powiedział.

– Jak to możliwe?

– Twój wiek – wymądrzał się – uniemożliwia, żebym ci to wytłumaczył – mówiąc to, odwrócił się, żeby dalej grzebać przy radiu detektorowym.

Bardzo mnie rozzłościł wyniosły sposób bycia mego starszego brata. Bo co sobie wyobraża, że jest trochę starszy, to już aż tak może lekceważyć młodszego? Hola, niech się nie zapędza. Jednak nie mogę tego tak zostawić. Nie dość, że ta sprawa z Jezuskiem tak mi namieszała w głowie, to jeszcze on. Jak on śmie?

Kilka dni temu szklili werandę, bo mój ojciec, kiedy wniósł rozstawianą drabinę, żeby naprawić prąd, obracając się, wybił jedno z dużych okien. Klął, że to oczywiście też przez dzieciaki, bo wszystko rozrzucają. A on musiał decydować, czy ma grzmotnąć nosem w jakąś zabawkę, czy wybić szybę. Nie może ryzykować, że wyląduje na brzuchu z tą ogromniastą drewnianą drabiną. W końcu on jest więcej wart niż jakaś tam szyba. Matka ogarnęła wzrokiem werandę. Na podłodze nie było niczego. Na co ojciec, że teraz faktycznie nie ma, ale zawsze jest, i on się już zdążył przyzwyczaić, że musi chodzić po mieszkaniu, jakby wszędzie na podłodze coś było, takimi idiotycznymi susami, a to jest cholernie trudne z taką wielką drabiną. Właściwie niemożliwe. Krótko mówiąc – myślałem – teraz już wszystko jedno, czy jest tam zabawka, czy nie: okno i tak stłukło się przez nas.

Następnego dnia przyszedł pan Laci i wstawił szybę. Idealnie rozprowadził kit po krawędziach. Wyszło bardzo gładko. Pan Laci potrafił świetnie to robić. Naprawdę. Myślałem, ja też mógłbym spróbować coś zrobić z tym kitem, moja plastelina już dawno zeschła, bo przecież nie ma na świecie takiego dziecka, które by chowało plastelinę do pudełka. A dochodzi jeszcze i to – połączyłem ze sobą dwa wątki – jakim bubkiem okazał się wobec mnie mój brat...

Krótko mówiąc, minęło kilka dni od czasu wymiany szyby, materiał jeszcze był świeży. Po południu zakradłem się tam i dokąd mogłem dosięgnąć, starannie wydłubałem miękki kit. Zostawiłem tylko kawałeczek w rogu. Tam pięknie, czytelnie wyskrobałem H.F. To były inicjały mojego brata. Żeby dla wszystkich było jasne, kto jest sprawcą.

Mój stary, jak wrócił z pracy, nie od razu, tylko po godzinie, wyszedł na podwórko i patrzy na okno. Jak dotąd, wszystko idzie dobrze, myślałem w duchu. Patrzy, że coś się zmieniło. A co to jest? Nie mógł zrozumieć. Jak by rano tego jeszcze nie było. Ale co to?

No i wtedy, gdy myślał, ale co to, eksplodował, czekaj ty... i kur... i do jas... Krótko mówiąc, słowa po prostu świstały na nowej szybie. I patrzy, H.F., wtedy nadal mówił, czego nie wolno mówić (zwłaszcza przy dzieciach). I odwrócił się, i znalazł się przy mnie. Teraz jest to od czasu do czasu, kiedy... – ale tego już nie zdążyłem przemyśleć. Zamachnął się i, pach!, oberwałem po gębie.

Zrobiło mi się bardzo przykro z powodu tej niesprawiedliwości. Tam były inicjały sprawcy. Nad tym nawet nie trzeba się zastanawiać, rozumie się samo przez się. Ale w takim razie, dlaczego ja dostaję po gębie

Siedziałem na stołku w kuchni. Jeden policzek miałem płomiennoczerwony, drugi płonął nieco jaśniej. To jakiś niesprawiedliwy świat – myślałem – papież jest wieczny i nigdy nie trafi do nieba, Jezusek może być i taki, i siaki, a mój stary nie wierzy jednoznacznym dowodom. Co to za świat – myślałem bez humoru – jak też można się w nim połapać.

[1] Na Węgrzech prezenty pod choinkę przynosi Jezusek

tłumaczenie

Jolanta Jarmołowicz

Babcia powiedziała, że nie. Nie będę tam chodził, bo ta stara zdzira, powiedziała o tej, która, swoją drogą, była młodsza od mojej babci mniej więcej dziesięć lat i mieszkała samotnie w wynajętym pokoju, no więc, ta stara zdzira powiedziała o mnie, czyli o wnuku mojej babci, że śmierdzę kuchnią, i nie będzie w stanie mnie uczyć, jak czegoś ze mną nie zrobią. A babcia na to, że tu na prowincji wszyscy śmierdzą kuchnią i jak jej nie odpowiada, to mogła zostać w Budapeszcie, żeby wdychać ten cholerny dym, przez który człowiek wypluwa płuca, tam nawet nie da się uczyć muzyki, bo taki jest hałas i takie pogmatwane autobusy i tramwaje, że człowiekowi kompletnie mieszają się numery i nawet nie zdąży ruszyć, a już się gubi. Nauczycielka zmieszana kręciła głową, że nic na to nie poradzi, że ją tu skierowali, bo nie pozwalają jej uczyć w stolicy, że to jakaś kara, mimo że ma taką alergię, że od razu kicha, jak poczuje zapach czosnku. A od nich, a głównie ode mnie, powiedziała, tak mocno czuć czosnek, że wprost trudno wytrzymać. Jakbym to ja sam był czosnkiem, nie tylko ot takim sobie nosicielem. Możliwe, że to u was, powiedziała do mojej babci, kwestia genetyki. Że co? Spytała babcia, ale nie zdobyła się na to, żeby powtórzyć słowo genetyka. Po prostu, powiedziała nauczycielka, zapach też się dziedziczy. I być może na darmo szorują państwo dziecko, ono już i tak takie będzie.

– Zabieram dzieciaka – powiedziała do mojej mamy babcia. – Koniec z tą wypindrzoną lafiryndą z Budapesztu. Czego tu u nas szuka? A w ogóle, jak ona wygląda, jakby ją wysadzili z autokaru. I wtedy przejechała się po wszystkich najdrobniejszych częściach nauczycielki, nosie, włosach, rękach, nogach, sukience, a na koniec zostawiła głos, głos ma, jakby muł chlupotał jej w ustach. Nie wiem, jak nauczycielka muzyki może mieć taki głos.

– Zabieram cię – powiedziała teraz, odwracając się do mnie – kupię ci organki, do tego nie trzeba nauczycielki.

– A jak wtedy zostanę muzykiem rockowym? – zapytałem, żeby mi babcia teraz odpowiedziała, bo tylko dlatego chodziłem na lekcje gitary, żeby kiedyś wystąpić na scenie, i jak gitarzysta z kluby Alfa w Vácu (widziałem go kiedyś, jak grał na jakiejś imprezie, rzecz jasna, tylko przez okno), zagrać najlepsze numery Hendrixa. A teraz wszystko diabli wzięli. A dokładniej mówiąc, babcia. – Jak ja wtedy zostanę muzykiem rockowym? – spytałem znowu. – To teraz będę wygrywał wielkie solówki na trzonku od łopaty?

– Inni też nigdzie nie chodzili – powiedziała babcia. – Właśnie w tym rzecz, że nie chodzili, bo do tego przecież nie trzeba umieć grać, żebyś wył, do tego nic nie trzeba umieć, tylko trzeba mieć tupet, żeby wystąpić w telewizji. Możliwe, że to nie oni śpiewają, ale ktoś za nimi, a ci których człowiek widzi, tylko rozdziawiają gębę, prawda? – powiedziała i poszła nakarmić kury. A ja stałem tam w rogu podwórka i miałam dylemat: jak w tej sytuacji zostanę muzykiem rockowym.

Następnego dnia babcia poszła do nauczycielki, żeby jej oznajmić: możliwe, że dzieciak ma dziedziczne problemy, powiedzmy, zapach czosnku. Być może nauczycielka co innego odziedziczyła po rodzicach, na przykład wypacykowaną facjatę, bo to też na pewno jest dziedziczne, z własnej woli człowiek nie może tak wyglądać. Być może, ale żeby ten problem rozwiązać, ona zabierze dzieciaka, znaczy mnie.

Po południu spotkaliśmy się z kumplami. Z Lacim Kisem i Petim Mácsą, którzy też byli członkami przyszłej kapeli. Laci był basistą, a Peti perkusistą, ale teraz obaj chodzili na fortepian.

– Właściwie, co ci jest? – pytali, bo widzieli po mnie, że coś jest.

– Nic – powiedziałam – tylko nici z kapeli.

– Jak to nici, nie wygłupiaj się, jak to?

– Nie mogę więcej chodzić na muzykę, babcia powiedziała, że człowiek musi mieć godność i że nie będzie jej nikt walił prosto z mostu w twarz, że dzieciak śmierdzi kuchnią, co to, to nie, bo tego ona, znaczy moja babcia, nie cierpi.

– Przecież bez gitarzysty solowego nie ma rokendrola – powiedział ze smutkiem Laci.

– Bez wokalisty też nie – dodałem.

– To jeszcze ewentualnie dałoby się rozwiązać – powiedział Peti – w końcu Laci też może śpiewać.

– Jednak to nie to – powiedziałem.

– Ale była niezła jazda – wtrącił Peti.

– Co? – spytałem. – Że kiedyś mieliśmy wystąpić na Krajowym Festiwalu Piosenki?

– Nie – powiedział.

– A co? – spytałem znowu.

– Czosnek – powiedział i zaczął rechotać.

– To na pewno – powiedział na to Peti, i on też zaczął rechotać.

Potem i ja zacząłem się śmiać, bo to był prawdziwy rokendrol, bracia i siostry, kiedy przed każdą lekcją nacieraliśmy czosnkiem klawisze fortepianu i podekscytowani czekaliśmy na wejście nauczycielki.

tłumaczenie

Jolanta Jarmołowicz

Na darmo babcia zabrała mnie ze szkoły muzycznej, bo jej duma została głęboko urażona, kiedy nauczycielka muzyki stwierdziła, że śmierdzę kuchnią. Co ta lafirynda z Budapesztu sobie wyobraża – powtarzała rozsierdzona, i że noga jej wnuka w tym miejscu nigdy więcej nie postanie. Na darmo. Po paru miesiącach w tajemnicy wkradłem się z powrotem, bo nie mogłem znieść myśli, że to nie ja będę gitarzystą solowym w naszej kapeli, i oczywiście nie ja będę śpiewał. Taka była umowa: u nas gitarzysta solowy śpiewa.

– Z tego dzieciaka nic nie będzie! – krzyczała babcia na drugą stronę ogrodu do mojej matki, kiedy dowiedziała się, że znowu trafiłem w ramiona nauczycielki muzyki – ten dzieciak nie ma kręgosłupa. Na dodatek – kontynuowała, podnosząc i tak już podniesiony głos – akurat na ulicy Györgya Dózsy[2]. Gdybyśmy jeszcze mieszkali na Attili Józsefa[3], ale akurat na takiej ulicy. To pewne, że ten dzieciak nie jest wnukiem Györgya Dózsy[4] – powiedziała wkurzona.

I rzeczywiście, nie byłem wnukiem słynnego przywódcy ludowego z kosą na sztorc.

Moja matka w końcu ogrodu nie odzywała się, ale nie podzielała oburzenia babci, a nawet cieszyła się, że znowu chodzę na muzykę. Namówiła mojego starego, żeby kupili mi gitarę akustyczną pod choinkę, skoro dzieciak myśli o tym poważnie, to jednak trzeba. No i na Boże Narodzenie pojawili się z gitarą. Prawdziwa gitara szkolna, powiedział stary, żeby podkreślić, na co przeznaczył pieniądze. A ja oglądałem gitarę. Wyglądała na wyrób rumuński, choć nie było na niej znaku firmowego. Jakby Elek Mekk[5] sklecił ją z rupieci znalezionych w komórce. Struny, niczym drut od ogrodzenia, gryf nie był wprawdzie najeżony drzazgami, ale w dotyku przypominał raczej trzonek siekiery niż instrument. Jaka była, taka była, ale w okolicy w promieniu dwudziestu kilometrów była to jedyna gitara. Od Szob do Parassapuszta drugiej takiej nie było. A fakt jej posiadania z góry uczynił mnie kimś ważnym, można powiedzieć, wyjątkowym w okolicy. Chłopak z gitarą. Określenie to przywarło do mnie niemal jak przydomek w eposie, choć nie umiałem jeszcze grać na gitarze, to jednak byłem w okolicy tym, który uosabiał Johna Lennona, Boba Dylana i Jimiego Hendrixa.

Chodziłem więc niestrudzenie na lekcje gitary, zawsze wypucowany, żeby nauczycielka nie narzekała, że śmierdzę kuchnią. Lekcje oczywiście były takie, że nawet przy najzuchwalszej fantazji trudno było sobie wyobrazić, że kiedyś będzie rokendrol, czy wielka solówka. Musiałem powtarzać z pamięci kompletnie bezsensowne wprawki muzyczne, tylko po to, żeby nauczyć się używania palców czy trzymania ręki. W przyszłym roku, myślałem, i nauczycielka muzyki też tak powiedziała, w przyszłym roku, jak zdam tegoroczny egzamin. Egzamin, powiedziała, który zresztą będzie w niedzielę.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[2] György Dózsa (1470–1514) – przywódca powstań chłopskich na Węgrzech

[3] Attila József (1905–1937) – wybitny poeta węgierski

[4] Aluzja do wiersza wybitnego poety węgierskiego Endre Adyego pt. Wnuk Györgya Dózsy

[5] Elek Mekk – koziołek złota rączka, postać z węgierskiej dobranocki

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

A BOGYÓSGYÜMÖLCSKERTÉSZ FIA

Projekt graficzny okładki

Justyna Boguś, www.milewidziane.pl

Zdjęcie na okładce

Jelena Simic Petrovic/Arcangel

Redakcja

Paweł Kowalczyk

Korekta

Jadwiga Piller

Bogusława Jędrasik

Copyright © Háy János, 2003

Copyright © for the Polish translation from Hungarian by Jolanta Jarmołowicz, Karina Ślęzak, Karolina Szymanowska-Szymańska, Maria Jęcz, Weronika Kasprzak, Magdalena Biniecka, Magdalena Roguska, 2016

Copyright © Wielka Litera Sp. z o.o., 2016

Książka wydana z okazji obchodów Roku Kultury Węgierskiej 2016–2017,

dzięki wsparciu Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Handlu Węgier,

Ministerstwa Zasobów Ludzkich Węgier oraz Instytutu Balassiego.

Wielka Litera Sp. z o.o.

ul. Kosiarzy 37/53

02-953 Warszawa

www.wielkalitera.pl

ISBN 978-83-8032-100-7

Plik ePub przygotowała firma eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: [email protected]

www.eLib.pl