Syn ogrodnika - János Háy - ebook

Syn ogrodnika ebook

János Háy

0,0

Opis

Dojrzewanie w rytmie węgierskiego rock and rolla

Łada w kolorze masła niespiesznie toczy się przez węgierską historię i melancholię komunistycznej prowincji, gdzie lodówki były niepraktyczne, bo ich nie było, a w Balatonie się sikało, marząc o prawdziwym rock&rollu. Literacki prozak na owocach jagodowych. Działa natychmiast. Uzależnia. - IGNACY KARPOWICZ

Czytając opowiadania Háya myślałem o swoim dzieciństwie, dojrzewaniu, dorosłości, uniesieniach i rozczarowaniach, ponieważ to literatura, która dotyczy każdego z nas. Háy w krótkich historiach podąża przez życie swego bohatera, chłopaka z głuchej prowincji, i przez historię Węgier. Przez węgierską wieś i przez Budapeszt, przez dziecięce fascynacje, młodzieńcze miłości, dorosłe klęski, przez zachwyt muzyką rockową i marzenia o mitycznym Zachodzie, które przecież były wspólne dla wszystkich dorastających po wschodniej stronie żelaznej kurtyny. Ów bohater z każdym opowiadaniem staje się starszy, dojrzalszy, choć nie zawsze mądrzejszy. Jak my wszyscy. Prosta literatura, ale przejmująca, ironiczna i anegdotyczna, choć śmiertelnie poważna, bo mówiąca o najbardziej skomplikowanych ludzkich emocjach. Nie zrozumie jej i nie uzna za swoją tylko ten, kto nigdy nie miał dzieciństwa, nie przeżył pokręconej młodości i beznadziejnie się nie zakochał. - KRZYSZTOF  VARGA

János Háy, utytułowany węgierski prozaik i dramatopisarz, w Synu ogrodnika wspina się na wyżyny swojego pisarstwa. Za żelazną kurtyną, między polami malin, połaciami porzeczek i plantacjami truskawek,  gdzieś na węgierskiej wsi dorasta bardzo szczególny chłopiec.  Ten dzieciak nie ma kręgosłupa, wyrośnie z niego chuligan – mówiła babcia. Ten dzieciak to Syn ogrodnika, mieszanka Jimmy’ego Hendrixa i Boba Dylana z węgierskiej prowincji, jedyna gitara w promieniu dwudziestu kilometrów. Jego kariera niemal legła w gruzach, gdy babcia zakazała mu chodzić na lekcję muzyki do wyniosłej nauczycielki ze stolicy z alergią na czosnek, bo ta mówiła, że jego ciało wydziela przekazywany z pokolenia na pokolenie, wdrukowany w DNA, zapach czosnku.

Rzeczywistość socjalistycznych Węgier widziana oczami dorastającego chłopaka bawi i wzrusza.  To były czasy kiedy każdy problem można było rozwiązać zrywaniem owoców jagodowych, bo jak mówił ojciec bohatera, zrywaniem owoców jagodowych można wszystko rozwiązać.  Ale z chwilą, gdy kołysząca się na węgierskich drogach Łada wywiozła go  w samodzielne chłopięce życie do bursy na Orlej Górze w Budapeszcie, życie się skomplikowało i nabrało innego posmaku. Kiedy jest się z kumplami świat staje się przestrzenią do zdobycia, a każdy kumpel to inna historia: jeden spuści łomot, drugi pokaże jak podrywać dziewczyny nad Balatonem na przeboje Scorpionsów, jeszcze inny załatwi dynamit za butelkę palinki.

Syn ogrodnika to pulsująca, soczysta opowieść o dorastaniu, młodzieńczych tęsknotach, fascynacjach, rozczarowaniach i zwycięstwach pióra jednego z najważniejszych węgierskich pisarzy ostatnich lat.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 199

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS



tłumaczenie

Karina Ślęzak

Tego dnia, powiedziała mama, będzie mnie pilnować babcia, i mogę zaprosić Laciego Kisa z sąsiedztwa, który też był starszakiem, i już z tej racji, że byliśmy sąsiadami, był moim przyjacielem. Ledwie koła roweru matki wyjechały za furtkę i zabrzęczała kratka odpływowa, zjawił się Laci Kis.

– W co się bawimy? – zapytał.

– W co? – odpowiedziałem.

Siedzieliśmy tam z pytaniami, na skraju podwórza przy śmietniku. Nic nie przychodziło nam do głowy.

Dorośli myślą, że dziecko nigdy się nie nudzi, bo nawet palcami albo językiem potrafi się zabawić. W dodatku często, kiedy dziecko bawi się palcami z nudów, myślą, jemu to dobrze.

My jeszcze nie bawiliśmy się palcami, ale nudziliśmy się porządnie.

– Co to za białe badziewie tam w śmieciach? – zapytał Laci Kis.

Poszedłem tam. To były przepalone bezpieczniki, jakieś dwadzieścia sztuk, mój stary je wyrzucił, bo zawsze, jak po ciemku musiał grzebać przy prądzie, zawsze wkładał te gówna, były tam pomieszane w pudełku po butach z dobrymi, i przeklinał, że znowu zły bezpiecznik wkręcił do licznika, i żeby matka kupiła wreszcie taką latarkę, co świeci, ale nie taką kurewsko ciężką, jak kupili od Ruskich, że ręka odpada, i nie może jednocześnie trzymać latarki i wkręcać bezpieczników, a co dopiero zastanawiać się, które to gówno znowu się przepaliło.

– Dynamit – powiedziałem Laciemu – prawdziwy materiał wybuchowy.

– W śmieciach trzymacie dynamit? – zapytał.

– Tyle tego jest – powiedziałem – że stare zawsze wyrzucamy, parę dni po tym, jak minie gwarancja.

Laciemu szczęka opadła ze zdumienia, wytrzeszczył oczy i nawet język stanął mu w otwartych ustach jak dyszel u wozu.

– Wiesz co? – wykorzystałem chwilę zaskoczenia. – Moglibyśmy pójść z dynamitem zapolować na lisy.

– Na lisy? Gdzie tutaj są lisy?

– W każdej norze mieszkają lisy, gdziekolwiek się człowiek obróci, a nie porwały w zeszłym roku kaczek pana Lajosa?

– Ale gdzie są nory?

– No więc to będzie zadanie, znaleźć lisią norę.

Wsadziłem bezpieczniki do kieszeni, a z pięć wcisnąłem Laciemu do ręki.

– Nie wybuchną? – zapytał.

– Skąd, włóż je spokojnie do kieszeni, tylko uważaj, żebyś nie wylądował na brzuchu, bo jak uderzą w kamień, rozumiesz, to wybuchną.

Laci ostrożnie wsunął w głąb kieszeni porcelanowe korki, i ukradkiem ruszyliśmy z podwórka za furtkę, prosto na skraj wsi. Babci nie wtajemniczyliśmy w plan. Lepiej było nie zawracać jej głowy. Gotowała obiad w kuchni. A my nie hałasowaliśmy, nie wyliśmy, akurat niczego nie potłukliśmy, więc radzimy sobie, nie trzeba było oprócz obiadu pilnować jeszcze i nas.

Oddalaliśmy się coraz bardziej od wioski, bo nigdzie nie znaleźliśmy odpowiedniej nory, z której moglibyśmy wysadzić niecnych złodziei kur. Na skraju wsi dotarliśmy do betonowej szosy. Było już dosyć późno. Słońce stało dokładnie w górze nad naszymi głowami, a autobus właśnie jechał z dołu. A wszyscy we wsi wiedzieli, że kiedy autobus akurat podjeżdża pod słońce, no to wtedy jest południe. Oczywiście zegar na wieży wtedy jeszcze nie bije, bo jest źle nastawiony i nikt nie zna się na tym, jak go nastawić, taki stary ma mechanizm. Wyjątkowy skarb – ksiądz też mówił, że nie tylko kościół, ale nawet zegar jest bezcenny. Droga prowadziła przez most, pod nim jest betonowy krąg. Przez ten betonowy krąg coś przepływało, jakaś ciemna ciecz o dość nieprzyjemnym zapachu.

– Widzisz? – zapytałem Laciego Kisa. – Widzisz, jaka to ciemna nora? Jak już, to tu muszą mieszkać najdziksze lisy, aż się rozchodzi z niej lisi zapach, jak będziemy mieli szczęście, to nawet wilki można wysadzić.

– Można? – zapytał podejrzliwie.

– Jasne, że można – zapewniłem.

– A nie wybuchnie szosa i autobus nie wpadnie w przepaść?

– Skąd – odparłem z pewnością siebie – nie ma w tym takiego ładunku, a gwarancja też już się skończyła, tak mocno nie wybuchnie.

Zleźliśmy do krawędzi kanału, żeby pochylić się nad kłębiącą się czarną cieczą i rzucić w nią materiał wybuchowy.

– Ale śmierdzi – powiedział, wykrzywiając się, Laci.

– Lisy – powiedziałem mu – zawsze śmierdzą. Pomyśl: żrą mięso i resztki gniją im w pyskach. Zresztą im większe, tym mocniej śmierdzą. Więc tutaj żyją nie byle jakie okazy, na mur.

– Nie mogę wrzucić, ten krzak tak głupio zwisa – powiedział Laci, na co ja, że trzeba by przejść na drugą stronę, tam nic nie przeszkadza.

– Jak mamy przejść? – zapytał.

– No – powiedziałem bezradnie, potem nagle zauważyłem coś masywnego pośrodku cieczy. – Tamto, widzisz, Laci, tamto to grzbiet żaby olbrzyma, po prostu stanę na niej i przewiezie mnie na drugą stronę, przepłynie ze mną. No, idź pierwszy!

– Raczej za tobą – wyjąkał przestraszony Laci.

– Masz pełne gacie, co?

– No nie, tylko myślałem, jednak ty ją zobaczyłeś, prawda?

– Jesteś tchórzem, wiem. Patrz! – krzyknąłem i jednym susem skoczyłem na grzbiet żaby olbrzyma.

Grzbiet żaby pod niespodziewanie przygniatającym go ciężarem zaczął się zanurzać, zanurzał się razem ze mną. A ja w mig ugrzązłem po pas w wiejskim kanale ściekowym, który tu na skraju wsi bez żadnej osłony skręcał prosto do Ipoli.

Polowanie zakończyło się porażką. I jeśli chcielibyśmy stopniować tę porażkę, to należałoby wspomnieć o drodze do domu po polowaniu. Do wsi po szyję umazany gównem. Przy przystanku autobusowym, obok sklepu spożywczego. Wtedy zaczepiła nas jakaś kobieta na rowerze: A wy gówniarze, czyimi synami jesteście? Zwrot, który kiedy indziej też często padał z ust mieszkańców wsi, teraz znalazł pokrycie w rzeczywistości.

Staliśmy przy rowerze kobiety, i nie byłem w stanie się odezwać od otaczającego mnie smrodu gówna, a Laci z natury nie był gadatliwym dzieckiem.

– Przyniosę wam po marice – powiedziała kobieta i wbiegła do sklepu po batoniki, żeby otworzyć nam usta.

Plan się powiódł, bo wtedy w zamian za batonik marika zdradziłem, że jestem dzieckiem ogrodnika owoców jagodowych.

– Aha – powiedziała kobieta i, szast-prast, zniknęła, a zamiast niej na miejsce zdarzenia wtoczył się rower żony ogrodnika owoców jagodowych.

– A gdzie was poniosło, gdzie nawet ptak nie doleci? – zapytała tą czarowną intonacją z bajek ludowych.

– No więc – odpowiedziałem z szacunkiem – z Lacim Kisem – tak zacząłem, żeby było jasne, że nie byłem sam, bo Laci Kis też był ze mną na przykład – poszliśmy polować na lisy dynamitem.

– Polować na lisy? – odpowiedziała pytaniem matka, plask, policzek. – A babcia o tym wiedziała?

– Nie chcieliśmy przeszkadzać – powiedziałem – była zajęta obiadem.

– Nie? – głos matki przeszył znowu powietrze, i plask, jeszcze jeden policzek gwoli symetrii.

– No, a dlaczego jesteś po szyję w gównie, synu?

– Bo – odpowiedziałem – żaba olbrzym siedząca przed lisią norą nie chciała przenieść mnie na drugą stronę kanału.

– Nie chciała? – znowu zajazgotał głos, a ja już nadstawiłem twarz na trzeci policzek, po czym, jak powszechnie wiadomo, natychmiast będzie i czwarty, bo nasza rodzina lubiła porządek. Nawet w biciu starali się o równowagę.

– Nie – mówię głosem oczekującym na policzek, ale policzek nie zawitał. Żona ogrodnika owoców jagodowych zaczęła się wtedy bardzo śmiać. Śmiała się, w jej śmiechu była odrobina goryczy. No trudno, co zrobić, w końcu to też mój syn, powiedziała do siebie, ale jednocześnie myślała o tym drugim, o bracie łowcy lisów, niemal jak o wybawieniu, że na szczęście jest też tamten chłopiec. Potem powiedziała, żebym biegł obok niej, przy rowerze, i ruszyliśmy uspokoić babcię, która jeszcze w dodatku kompletnie schrzaniła obiad ze zdenerwowania. I biegłem ulicą Börzsönyi, w kierunku Domu Kultury. Słyszałem, że zespół Stefka Ráka ma próbę. Już z daleka było słychać Szilowju je-je-je. Potem znów. Coś zawsze sknocili w tym je-je-je. Weszliśmy w głos.

– Ta muzyka przenika przez wszystko – powiedziałem, dysząc przy mamie.

– Nawet przez smród gówna – powiedziała matka – taka jest głośna. – Potem nacisnęła pedały. Nie wiem, chciała zostawić mnie czy rokendrola, ale bardzo mocno pedałowała. Ja zostałem w tyle.

tłumaczenie Karolina

Szymanowska-Szymańska

– Czemu go nie weźmie – spytałem matki – jak jest wszechmocny?

Szliśmy do domu z kościoła. Kopałem kamień. Było święto. Msza zakończyła się hymnem papieskim.

– Nie niszcz butów – powiedziała i spytała, kto taki.

– Jak to, kto taki? – odpowiedziałem pytaniem.

– Kto jest wszechmocny – uściśliła moja matka.

– No Bóg!

– A kogo miałby wziąć?

– Papieża!

– Papieża! – żachnęła się zaskoczona matka. – Dlaczego akurat papieża?

– A nie śpiewają stale, weź Boże ojca świętego, następcę Piotrowego?

– Nie.

– Nie? To co?

– Wiedź – strzeż Boże...

– Naprawdę? – zdziwiłem się. – W takim razie papież nigdy nie umrze, bo jak Bóg jest wszechmocny, to na pewno go ustrzeże. Nie rozumiem... Czy nie o to chodzi, żebyśmy jak najszybciej poszli do nieba? Więc jednak nie to jest najważniejsze? Jak to jest z tym wszystkim?

– Mój Boże – powiedziała matka z rezygnacją – co z tego dzieciaka wyrośnie.

– Chuligan – skwitowała babcia, bo właśnie dotarliśmy do domu. Będę chuliganem, takim kudłatym, jak ci, co w Budapeszcie zakładają bandy. Tak, powiedziała w liczbie mnogiej, bo to, co się robiło w Budapeszcie, przeważnie było w liczbie mnogiej. Na prowincji nie istniał budapeszteńczyk, tylko budapeszteńczycy, którzy nie idą do knajpy, tylko chodzą po knajpach, po kinach i po teatrach, nie kupują w sklepie, tylko włóczą się po sklepach.

– Ale na pewno – powiedziałem, zatrzymując się ciągle jeszcze przy hymnie papieskiem – pan Pityu Szabó śpiewał, weź. Stałem tam koło niego i słyszałem.

– Pan Pityu Szabó – powiedziała matka – nie potrafi nawet wymówić Pityu Szabó, bo ma przepitą nie tylko wątrobę, ale i zęby. A język jak kołek zesztywniał mu od palinki.

Jednak od czasu do czasu ojciec mógłby dać mi po gębie, powiedziała babcia, bo tak wkurzyła ją ta sprawa z papieżem, żebym nie opowiadał wiecznie takich bzdur. Od czasu do czasu by nie zaszkodziło. Przynajmniej dla przypomnienia, żebym wiedział, co wolno, a czego nie. Jak krowy przy elektrycznym pastuchu, prawda. Prąd trzepnie je w nos, i więcej nie próbują wyłazić, a nawet się nie ważą podejść do drutu.

Ojciec od czasu do czasu nawet to robił, ale teraz nie uważał, że od czasu do czasu nadeszło. A w ogóle, to dla mojej babci zawsze wszystko było kiedy indziej niż dla ojca. Jak babcia na mnie za coś naskarżyła, to ojciec na sto procent mnie nie ukarał. Tak że dzięki gniewowi babci zdecydowanie można się było wywinąć od razów. Krótko mówiąc, dla ojca teraz nie było od czasu do czasu. Powiedział tylko, że jak dalej będę tak robić, to mogę skończyć jak moi kuzyni, synowie mojego chrzestnego, którym na Boże Narodzenie Jezusek[1] nie przyniósł choinki. Bo nie każdy Jezusek jest taki wyrozumiały jak nasz Jezusek, który, trzeba czy nie, przynosi paczki, mimo że nie zasługuję. W końcu kiedyś będzie miał dość, jak się nie zmienię.

Długo nakreślał sprawę Jezuska, ale nie za bardzo uważałem, bo znowu nie rozumiałem, jak to z tym jest. Jest więcej Jezusków? – zachodziłem w głowę. – Jak to możliwe? I jest wśród nich taki, który nie wszystkich kocha jednakowo? Wyczuwałem niemożliwą do rozwiązania sprzeczność pomiędzy moim dotychczasowym obrazem Jezuska a sugerowanym przez ojca. Poszedłem więc do starszego brata, żeby mi wyjaśnił sprawę, bo w końcu jest moim starszym bratem.

– Jezusek jest niesprawiedliwy – mówię mu – i że jest i taki, i taki, że ja tego zupełnie nie rozumiem.

– Słuchaj, jest tylu Jezusków, ilu ludzi – powiedział z wyższością, z jaką starsze rodzeństwo zwykło rozmawiać z młodszym.

– Co takiego? – zdumiałem się. Z takim trudem przyszło mi zrozumieć już i to, że jest jeden Bóg, ale że jeden w nim to Jezusek, drugi Bóg Ojciec, trzeci itd. ... Ale że jeden z nich nie jest w trzech osobach, a w miliardach – tego w ogóle nie mogłem pojąć. – Ilu? – zapytałem, a nuż źle zrozumiałem.

– Tylu, ilu ludzi – powiedział.

– Jak to możliwe?

– Twój wiek – wymądrzał się – uniemożliwia, żebym ci to wytłumaczył – mówiąc to, odwrócił się, żeby dalej grzebać przy radiu detektorowym.

Bardzo mnie rozzłościł wyniosły sposób bycia mego starszego brata. Bo co sobie wyobraża, że jest trochę starszy, to już aż tak może lekceważyć młodszego? Hola, niech się nie zapędza. Jednak nie mogę tego tak zostawić. Nie dość, że ta sprawa z Jezuskiem tak mi namieszała w głowie, to jeszcze on. Jak on śmie?

Kilka dni temu szklili werandę, bo mój ojciec, kiedy wniósł rozstawianą drabinę, żeby naprawić prąd, obracając się, wybił jedno z dużych okien. Klął, że to oczywiście też przez dzieciaki, bo wszystko rozrzucają. A on musiał decydować, czy ma grzmotnąć nosem w jakąś zabawkę, czy wybić szybę. Nie może ryzykować, że wyląduje na brzuchu z tą ogromniastą drewnianą drabiną. W końcu on jest więcej wart niż jakaś tam szyba. Matka ogarnęła wzrokiem werandę. Na podłodze nie było niczego. Na co ojciec, że teraz faktycznie nie ma, ale zawsze jest, i on się już zdążył przyzwyczaić, że musi chodzić po mieszkaniu, jakby wszędzie na podłodze coś było, takimi idiotycznymi susami, a to jest cholernie trudne z taką wielką drabiną. Właściwie niemożliwe. Krótko mówiąc – myślałem – teraz już wszystko jedno, czy jest tam zabawka, czy nie: okno i tak stłukło się przez nas.

Następnego dnia przyszedł pan Laci i wstawił szybę. Idealnie rozprowadził kit po krawędziach. Wyszło bardzo gładko. Pan Laci potrafił świetnie to robić. Naprawdę. Myślałem, ja też mógłbym spróbować coś zrobić z tym kitem, moja plastelina już dawno zeschła, bo przecież nie ma na świecie takiego dziecka, które by chowało plastelinę do pudełka. A dochodzi jeszcze i to – połączyłem ze sobą dwa wątki – jakim bubkiem okazał się wobec mnie mój brat...

Krótko mówiąc, minęło kilka dni od czasu wymiany szyby, materiał jeszcze był świeży. Po południu zakradłem się tam i dokąd mogłem dosięgnąć, starannie wydłubałem miękki kit. Zostawiłem tylko kawałeczek w rogu. Tam pięknie, czytelnie wyskrobałem H.F. To były inicjały mojego brata. Żeby dla wszystkich było jasne, kto jest sprawcą.

Mój stary, jak wrócił z pracy, nie od razu, tylko po godzinie, wyszedł na podwórko i patrzy na okno. Jak dotąd, wszystko idzie dobrze, myślałem w duchu. Patrzy, że coś się zmieniło. A co to jest? Nie mógł zrozumieć. Jak by rano tego jeszcze nie było. Ale co to?

No i wtedy, gdy myślał, ale co to, eksplodował, czekaj ty... i kur... i do jas... Krótko mówiąc, słowa po prostu świstały na nowej szybie. I patrzy, H.F., wtedy nadal mówił, czego nie wolno mówić (zwłaszcza przy dzieciach). I odwrócił się, i znalazł się przy mnie. Teraz jest to od czasu do czasu, kiedy... – ale tego już nie zdążyłem przemyśleć. Zamachnął się i, pach!, oberwałem po gębie.

Zrobiło mi się bardzo przykro z powodu tej niesprawiedliwości. Tam były inicjały sprawcy. Nad tym nawet nie trzeba się zastanawiać, rozumie się samo przez się. Ale w takim razie, dlaczego ja dostaję po gębie

Siedziałem na stołku w kuchni. Jeden policzek miałem płomiennoczerwony, drugi płonął nieco jaśniej. To jakiś niesprawiedliwy świat – myślałem – papież jest wieczny i nigdy nie trafi do nieba, Jezusek może być i taki, i siaki, a mój stary nie wierzy jednoznacznym dowodom. Co to za świat – myślałem bez humoru – jak też można się w nim połapać.

[1] Na Węgrzech prezenty pod choinkę przynosi Jezusek

tłumaczenie

Jolanta Jarmołowicz

Babcia powiedziała, że nie. Nie będę tam chodził, bo ta stara zdzira, powiedziała o tej, która, swoją drogą, była młodsza od mojej babci mniej więcej dziesięć lat i mieszkała samotnie w wynajętym pokoju, no więc, ta stara zdzira powiedziała o mnie, czyli o wnuku mojej babci, że śmierdzę kuchnią, i nie będzie w stanie mnie uczyć, jak czegoś ze mną nie zrobią. A babcia na to, że tu na prowincji wszyscy śmierdzą kuchnią i jak jej nie odpowiada, to mogła zostać w Budapeszcie, żeby wdychać ten cholerny dym, przez który człowiek wypluwa płuca, tam nawet nie da się uczyć muzyki, bo taki jest hałas i takie pogmatwane autobusy i tramwaje, że człowiekowi kompletnie mieszają się numery i nawet nie zdąży ruszyć, a już się gubi. Nauczycielka zmieszana kręciła głową, że nic na to nie poradzi, że ją tu skierowali, bo nie pozwalają jej uczyć w stolicy, że to jakaś kara, mimo że ma taką alergię, że od razu kicha, jak poczuje zapach czosnku. A od nich, a głównie ode mnie, powiedziała, tak mocno czuć czosnek, że wprost trudno wytrzymać. Jakbym to ja sam był czosnkiem, nie tylko ot takim sobie nosicielem. Możliwe, że to u was, powiedziała do mojej babci, kwestia genetyki. Że co? Spytała babcia, ale nie zdobyła się na to, żeby powtórzyć słowo genetyka. Po prostu, powiedziała nauczycielka, zapach też się dziedziczy. I być może na darmo szorują państwo dziecko, ono już i tak takie będzie.

– Zabieram dzieciaka – powiedziała do mojej mamy babcia. – Koniec z tą wypindrzoną lafiryndą z Budapesztu. Czego tu u nas szuka? A w ogóle, jak ona wygląda, jakby ją wysadzili z autokaru. I wtedy przejechała się po wszystkich najdrobniejszych częściach nauczycielki, nosie, włosach, rękach, nogach, sukience, a na koniec zostawiła głos, głos ma, jakby muł chlupotał jej w ustach. Nie wiem, jak nauczycielka muzyki może mieć taki głos.

– Zabieram cię – powiedziała teraz, odwracając się do mnie – kupię ci organki, do tego nie trzeba nauczycielki.

– A jak wtedy zostanę muzykiem rockowym? – zapytałem, żeby mi babcia teraz odpowiedziała, bo tylko dlatego chodziłem na lekcje gitary, żeby kiedyś wystąpić na scenie, i jak gitarzysta z kluby Alfa w Vácu (widziałem go kiedyś, jak grał na jakiejś imprezie, rzecz jasna, tylko przez okno), zagrać najlepsze numery Hendrixa. A teraz wszystko diabli wzięli. A dokładniej mówiąc, babcia. – Jak ja wtedy zostanę muzykiem rockowym? – spytałem znowu. – To teraz będę wygrywał wielkie solówki na trzonku od łopaty?

– Inni też nigdzie nie chodzili – powiedziała babcia. – Właśnie w tym rzecz, że nie chodzili, bo do tego przecież nie trzeba umieć grać, żebyś wył, do tego nic nie trzeba umieć, tylko trzeba mieć tupet, żeby wystąpić w telewizji. Możliwe, że to nie oni śpiewają, ale ktoś za nimi, a ci których człowiek widzi, tylko rozdziawiają gębę, prawda? – powiedziała i poszła nakarmić kury. A ja stałem tam w rogu podwórka i miałam dylemat: jak w tej sytuacji zostanę muzykiem rockowym.

Następnego dnia babcia poszła do nauczycielki, żeby jej oznajmić: możliwe, że dzieciak ma dziedziczne problemy, powiedzmy, zapach czosnku. Być może nauczycielka co innego odziedziczyła po rodzicach, na przykład wypacykowaną facjatę, bo to też na pewno jest dziedziczne, z własnej woli człowiek nie może tak wyglądać. Być może, ale żeby ten problem rozwiązać, ona zabierze dzieciaka, znaczy mnie.

Po południu spotkaliśmy się z kumplami. Z Lacim Kisem i Petim Mácsą, którzy też byli członkami przyszłej kapeli. Laci był basistą, a Peti perkusistą, ale teraz obaj chodzili na fortepian.

– Właściwie, co ci jest? – pytali, bo widzieli po mnie, że coś jest.

– Nic – powiedziałam – tylko nici z kapeli.

– Jak to nici, nie wygłupiaj się, jak to?

– Nie mogę więcej chodzić na muzykę, babcia powiedziała, że człowiek musi mieć godność i że nie będzie jej nikt walił prosto z mostu w twarz, że dzieciak śmierdzi kuchnią, co to, to nie, bo tego ona, znaczy moja babcia, nie cierpi.

– Przecież bez gitarzysty solowego nie ma rokendrola – powiedział ze smutkiem Laci.

– Bez wokalisty też nie – dodałem.

– To jeszcze ewentualnie dałoby się rozwiązać – powiedział Peti – w końcu Laci też może śpiewać.

– Jednak to nie to – powiedziałem.

– Ale była niezła jazda – wtrącił Peti.

– Co? – spytałem. – Że kiedyś mieliśmy wystąpić na Krajowym Festiwalu Piosenki?

– Nie – powiedział.

– A co? – spytałem znowu.

– Czosnek – powiedział i zaczął rechotać.

– To na pewno – powiedział na to Peti, i on też zaczął rechotać.

Potem i ja zacząłem się śmiać, bo to był prawdziwy rokendrol, bracia i siostry, kiedy przed każdą lekcją nacieraliśmy czosnkiem klawisze fortepianu i podekscytowani czekaliśmy na wejście nauczycielki.

tłumaczenie

Jolanta Jarmołowicz

Na darmo babcia zabrała mnie ze szkoły muzycznej, bo jej duma została głęboko urażona, kiedy nauczycielka muzyki stwierdziła, że śmierdzę kuchnią. Co ta lafirynda z Budapesztu sobie wyobraża – powtarzała rozsierdzona, i że noga jej wnuka w tym miejscu nigdy więcej nie postanie. Na darmo. Po paru miesiącach w tajemnicy wkradłem się z powrotem, bo nie mogłem znieść myśli, że to nie ja będę gitarzystą solowym w naszej kapeli, i oczywiście nie ja będę śpiewał. Taka była umowa: u nas gitarzysta solowy śpiewa.

– Z tego dzieciaka nic nie będzie! – krzyczała babcia na drugą stronę ogrodu do mojej matki, kiedy dowiedziała się, że znowu trafiłem w ramiona nauczycielki muzyki – ten dzieciak nie ma kręgosłupa. Na dodatek – kontynuowała, podnosząc i tak już podniesiony głos – akurat na ulicy Györgya Dózsy[1]. Gdybyśmy jeszcze mieszkali na Attili Józsefa[2], ale akurat na takiej ulicy. To pewne, że ten dzieciak nie jest wnukiem Györgya Dózsy[3] – powiedziała wkurzona.

I rzeczywiście, nie byłem wnukiem słynnego przywódcy ludowego z kosą na sztorc.

Moja matka w końcu ogrodu nie odzywała się, ale nie podzielała oburzenia babci, a nawet cieszyła się, że znowu chodzę na muzykę. Namówiła mojego starego, żeby kupili mi gitarę akustyczną pod choinkę, skoro dzieciak myśli o tym poważnie, to jednak trzeba. No i na Boże Narodzenie pojawili się z gitarą. Prawdziwa gitara szkolna, powiedział stary, żeby podkreślić, na co przeznaczył pieniądze. A ja oglądałem gitarę. Wyglądała na wyrób rumuński, choć nie było na niej znaku firmowego. Jakby Elek Mekk[4] sklecił ją z rupieci znalezionych w komórce. Struny, niczym drut od ogrodzenia, gryf nie był wprawdzie najeżony drzazgami, ale w dotyku przypominał raczej trzonek siekiery niż instrument. Jaka była, taka była, ale w okolicy w promieniu dwudziestu kilometrów była to jedyna gitara. Od Szob do Parassapuszta drugiej takiej nie było. A fakt jej posiadania z góry uczynił mnie kimś ważnym, można powiedzieć, wyjątkowym w okolicy. Chłopak z gitarą. Określenie to przywarło do mnie niemal jak przydomek w eposie, choć nie umiałem jeszcze grać na gitarze, to jednak byłem w okolicy tym, który uosabiał Johna Lennona, Boba Dylana i Jimiego Hendrixa.

Chodziłem więc niestrudzenie na lekcje gitary, zawsze wypucowany, żeby nauczycielka nie narzekała, że śmierdzę kuchnią. Lekcje oczywiście były takie, że nawet przy najzuchwalszej fantazji trudno było sobie wyobrazić, że kiedyś będzie rokendrol, czy wielka solówka. Musiałem powtarzać z pamięci kompletnie bezsensowne wprawki muzyczne, tylko po to, żeby nauczyć się używania palców czy trzymania ręki. W przyszłym roku, myślałem, i nauczycielka muzyki też tak powiedziała, w przyszłym roku, jak zdam tegoroczny egzamin. Egzamin, powiedziała, który zresztą będzie w niedzielę.

– W niedzielę? – spytałem zaskoczonym głosem, tak niespodziewanie to nastąpiło.

– Przecież jest maj, prawda – odpowiedziała – zaraz będą wakacje, a egzamin musi być, bo inaczej nie będzie „przyszłego roku”. Więc w niedzielę o trzeciej – podkreśliła i jeszcze podała datę, i żebym przyszedł z rodzicami, bo będzie otwarty.

Wlokłem się do domu ze spuszczonym wzrokiem. W niedzielę, w niedzielę – powtarzałem w duchu ze smutkiem, tak mnie to zaskoczyło i rodzice też tam będą, na szczęście babcię powstrzyma duma. I powiedziałem w domu, że w niedzielę.

– Teraz? – spytała matka.

– A co teraz niedzieli nie będzie? – odparowałem.

– I teraz będzie – powiedziała na to matka – i potem też.

Na tym stanęło i czekaliśmy na niedzielę.

Tego dnia niespodziewanie wpadli do nas krewni z Czechosłowacji. Ale szczęście, powiedział mój stary, teraz będziecie mogli nawet posłuchać, jak dzieciak gra na gitarze, bo dzisiaj ma egzamin. O, to wspaniale, odparli krewni z Czechosłowacji, takiej okazji nie przepuścimy.

I nie przepuścili.

Wyruszyliśmy o drugiej, żeby bez pośpiechu dotrzeć do Domu Kultury, gdzie będzie egzamin, bo do takiego miejsca, prawda, nie wypada się spóźnić, a my mieszkaliśmy najdalej jak tylko możliwe od tego budynku, trzeba było piąć się pod górę przez całą wieś. No, idziemy, powiedział mój stary i skierował grupę na ulicę przez furtkę ogrodową. Szedłem z przodu z gitarą szkolną, bo na wąskim chodniku ledwie mieściliśmy się instrument i ja, a potem w odległości mniej więcej pół gitary szli za mną krewni z Czechosłowacji, następnie zamykając szereg moja matka i mój stary, oczywiście cała kompania w odświętnych gangach.

– Dokąd to, dokąd z tą wielką torbą? – pytali najpierw mieszkający w sąsiedztwie pani Mari Szabó i jej mąż.

– Na koncert – powiedział mój stary – bo dzieciak też będzie grał.

– Na koncert... to już coś, ale co to za skórzany wór?

– Gitara przecież – powiedział na to mój stary bardzo głośno, żeby zasygnalizować: to jest ten instrument, który kupił synowi.

Ledwie minęliśmy kilka domów, znowu ktoś zza płotu, co to jest, co dzieciak niesie, czy nie jest ciężkie, i w ogóle, dokąd to niesiemy: czy daleko, czy tylko do sąsiada. Mój stary niestrudzenie powtarzał: koncert, Dom Kultury, gitara. Czyli: moje dziecko na koncercie, z gitarą, którą mu kupiłem.

Zanim doszliśmy do Domu Kultury, właściwie cała wieś wiedziała, co niosę, i dokąd to idziemy z rodziną i krewnymi z Czechosłowacji w gangach. Możliwe, że tylko Joso Tót i jego kumple nie, bo oni w niedzielne popołudnie zbijali bąki w kawiarni.

– Ciekawe – powiedział mój stary tak pięćdziesiąt metrów od budynku. – Nie widać żywej duszy. Chyba za wcześnie przyszliśmy.

– Chyba tak – powiedziała matka – jeszcze nie ma za piętnaście.

– Ale wejdziemy – powiedział na to mój stary – przynajmniej będziemy mieli dobre miejsca, jak już dzieciak gra na nowej gitarze, no i są tu krewni.

Mały oddział ruszył w kierunku wejścia do Domu Kultury, żeby zająć dla siebie jak najlepsze miejsca. Idziemy, dookoła kompletne pustki, kompletna cisza. Zaraz przyjdą, prawda, odezwał się jeden z moich kuzynów. I szybko nacisnął klamkę w drzwiach Domu Kultury.

Zamek nie puszczał.

– Beznadziejnie się otwiera – powiedział, i zaraz pomógł sobie ramieniem, ale drzwi nie puściły.

– Nie ma innego wejścia? – zapytał.

– Nie ma – powiedział mój ojciec.

– Poczekajmy chwilę, zaraz otworzą – powiedziała matka.

– Dobrze, poczekajmy – powiedział ojciec, i zaczął demonstracyjnie czekać: splótł ręce na plecach i odchrząkiwał co dwadzieścia sekund.

– Ty – odezwał się tak po dziesiątym odchrząknięciu – a tak w ogóle, to co tam jest na oknie przyklejone? Nie wziąłem okularów...

Wtedy moja matka pochyliła się bliżej ku szybie w drzwiach wejściowych i zaczęła czytać małe ogłoszenie, że będzie ten koncert w szkole muzycznej, który jest zarazem egzaminem, w niedzielę o trzeciej, i potem powiedziała, że dwudziestego siódmego maja...

Staliśmy tam: ja z przodu z gitarą. Dokładnie cały tydzień przed koncertem egzaminacyjnym, z krewnymi z Czechosłowacji, w gangach.

– Cóż, drobne niedopatrzenie – zażartował mój stary, żeby krewni zobaczyli, że to dla niego nic takiego, a ja przełykałem gulę w gardle, która to podchodziła do góry, to ześlizgiwała się niżej do przełyku, i jeszcze coś szczypało mnie w kącikach oczu. Teraz z powrotem przez wieś, o tym myślałem, jak to będzie. Chciałem wtedy na wieki wieków zniknąć ze świata, wyparować, wyschnąć, jak kałuża, kiedy odezwał się mój stary, żeby ratować sytuację. Nie szkodzi, wstąpimy sobie do kawiarni, dzieciak dostanie tort cytrynowy, a my wypijemy po piwie.

Krewni bardzo się ucieszyli z pomysłu. I tak ruszyliśmy z instrumentem do kawiarni. Jak tylko weszliśmy, zaraz odwrócił się do nas, ale przede wszystkim do mnie Joso Tót, a potem jego kumple, gdzie byliśmy, albo dokąd idziemy z tą torbą. Na to mój stary zaśmiał się, opowiedział, co się stało, i zamówił mi tort cytrynowy, a krewnym z Czechosłowacji piwo.

Tam w kawiarni obok rokendrola budował się we mnie lęk. Obok chęci pokazania się – wstyd. Nie będzie z tego wielkiej solówki, nie będzie z tego Dżimiego Hendriksa, myślałem, smętnie grzebiąc w torcie cytrynowym przesiąkniętym nikotyną.

[1] György Dózsa (1470–1514) – przywódca powstań chłopskich na Węgrzech

[2] Attila József (1905–1937) – wybitny poeta węgierski

[3] Aluzja do wiersza wybitnego poety węgierskiego Endre Adyego pt. Wnuk Györgya Dózsy

[4] Elek Mekk – koziołek złota rączka, postać z węgierskiej dobranocki

tłumaczenie

Maria Jęcz

Osiem lat podstawówki już miał, i maturę też miał, wieczorowo oczywiście, dla pracujących. Teraz kolej na dyplom technika. To już niemało, powiedział mój stary, dyplom technika, i jak do tego zdobędzie jeszcze dyplom technika specjalisty, mówił, kiedy czasem podniósł wzrok znad książki.

To już faktycznie coś, chciałem odpowiedzieć, ale tylko co zrobiłem szparkę w ustach i matka zaraz spostrzegła tę małą szparkę i powiedziała:

– Ciii... ojciec musi się uczyć, bo na wieczorówce bardzo ciężko jest skończyć, cały dzień tylko spółdzielnia, w domu rodzina i tak w kółko.

Całe lata patrzyliśmy, jak mój stary się uczył, i faktycznie wyglądał na coraz mądrzejszego. Z początku jeszcze czoło miał szerokie na jakieś dwa palce, niewiele różniące się od czoła Béli Krekácsa, któremu brwi niemal zrastały się z czupryną. Ale w czasie zdobywania wykształcenia technicznego zmiana rzucała się w oczy: szerokie na dłoń świecące czoło wznosiło się nad oczami i stromo pięło się łukiem ku zaczesanym do tyłu włosom.

Co znaczy nauka, powiedziałem do brata, nawet twarz się człowiekowi zmienia. Po prostu zewnętrznie też robi się inny, nie tylko w głowie, w mózgu. Mój brat oczywiście nigdy nie chciał uznać tak ważnych odkryć, tylko dlatego że to ja na coś wpadłem, a nie on. To prawda, jemu nigdy nic nie wpadało do głowy, taki był przyziemny. Nieprzypadkowo jego ulubionym pojazdem był traktor marki Hoffer, tak koszmarnie ciężki, że nawet Tu104 nie ruszyłby go z miejsca, na dodatek jeszcze głośny. Gdyby jednak wpadło mu coś do głowy, jakaś myśl podobna do mojej, wtedy ten hałas na sto procent wymiótłby mu ją z mózgu, a w tej pustce pozostałby tylko potężny szum.

Obserwowaliśmy mojego starego, po jego twarzy było widać, że teraz szykuje się do czegoś, że ten okres w całym jego życiu to jedynie przygotowanie do jakiejś wielkiej sprawy. W ogóle wszyscy ojcowie są tacy, że nigdy nie żyją tu i teraz, lecz w jakimś czasie przyszłym, kiedy potem z hukiem zamkną książkę, rzucą ją w kąt i powiedzą rodzinie, hurra. Oczywiście nigdy z góry nie było wiadomo, kiedy to nastąpi. Najczęściej wydawało się, że nigdy, że mój stary, jak wszyscy ojcowie na świecie, jest bohaterem tragicznym, który dokona żywota, nie doczekawszy się tego, do czego się przygotowywał. Możliwe, że gdyby wiedział, do czego się przygotowuje, miałby większe szanse. Ale nie wiedział. Ciągle tylko chodziły mu po głowie te technika, a to hodowla zwierząt w warunkach stajennych, a to różne równania z dwiema niewiadomymi, o których nasza matka mówiła, że ojciec jest w tym bardzo biegły, bo to jest bardzo potrzebne do dyplomu technika, zwłaszcza technika specjalisty.

Nasz ojciec tylko siedział i podwyższał czoło nauką, wpatrywał się w kartki, przerzucał je, a potem ręką znowu zaczynał wyrywać sobie włosy. Przyglądaliśmy się tej gigantycznej pracy i nauczyliśmy się z bratem bić się w myślach i parskać śmiechem do brzucha. Matka zdobyła takie drewniane druty, bo nie chciała, żeby stukanie metalowych rozpraszało ojca, wyniosła też zegar, bo tykał, i nie można się skupić, jak człowiek nieustannie musi skupiać się na tykaniu. A mój stary nie umiał się skupić na czymś innym, jak był tam zegar, tylko na tykaniu, a nie da się zdać egzaminu na przykład z systemów nawożenia, jak się powie tik-tak. I tym sposobem czas stał się czymś baśniowym: był sobie gdzieś daleko, za górami, za lasami, za tysiąc i jedną nocą, kiedy tak wyczekiwaliśmy, żeby nasz stary wreszcie dobrnął tam, dokąd zmierza.

Pewnego letniego dnia pod wieczór mój stary podniósł głowę, zamknął książkę, rzucił na nas spojrzenie, w którym po prostu błyszczało to mnóstwo wiedzy. Tajniki nawadniania w rolnictwie, bo wtedy już kształcił się na technika specjalistę w zakresie nawadniania. Potężne rury, przewody, cysterny, różnego rodzaju głowice rozpylające, nawadniacze kropelkowe – wszystko to znajdowało się w tamtych wielkich, okrągłych oczach. I może z powodu kwestii nawadniania woda weszła w jego sposób myślenia jako żywioł podstawowy, jak u starożytnych Greków, a że było lato, i straszliwy upał, to całkiem możliwe, że te sprawy tak się w nim połączyły, bo prawda, był już wtedy bardzo mądry i umiał znaleźć związek między różnymi sprawami. Nie był to już zresztą tamten świat, kiedy to człowiek był tak głupi, że myślał, iż świat stworzył Bóg, na dodatek w sześć dni. Słowem, głowica rozpylająca, rynna, nawadnianie, woda, upał, lato – taki oto ciąg logiczny przebiegł mu przez głowę i wtedy ten logiczny ciąg... Słowem, spojrzał na nas. Była w tym spojrzeniu jakaś osobliwa duma i zapowiedź czegoś naprawdę wielkiego, i rzeczywiście, powiedział:

– No.

Wstrzymując oddech, patrzyliśmy na to maleńkie słówko w powietrzu. Zrobiło mi się przykro, że wypowiada dokładnie takie słowo, które znał już przed okresem nauki. Coś bardzo nieskomplikowanego, nie było w tym żadnej szczególnej mądrości. Potem pomyślałem, że tak prosto formułować myśli może tylko ten, kto już faktycznie wie tyle, że może sobie na to pozwolić. Przez moment zaświtało mi, że ten, kto nic nie wie, i taki, kto coś wie, są tacy sami, więc po co się uczyć. Ale tego już nie mogłem przemyśleć do końca, bo mój stary znów powiedział:

– No, więc – i wziął głęboki oddech. Na ogół potrafił wziąć głęboki oddech właśnie wtedy, kiedy już prawie nie mogliśmy oddychać, nie mówiąc już o przełknięciu śliny, bo w gardle z przejęcia mieliśmy gulę wielkości blaszanego kubka.

– No – zaczął ponownie – więc pod koniec tygodnia pojedziemy nad Balaton.

Powiedział, że dotąd się uczył, do tego momentu, a teraz zaczyna się Balaton. Dla kogoś ze stolicy Balaton był wtedy morzem, ale dla kogoś z prowincji oceanem, albo pramorzem sprzed epoki lodowcowej, po prostu wszystkim.

– Na dwa dni – powiedział mój stary.

– Na dwa? – spytała matka.

– Na tyle.

– A gdzie będziemy spać, w hotelu?

– No, aż tyle to się jeszcze nie uczyłem, żeby zaraz starczyło na hotel, ale na kempingu.

– Jak można tam spać?

– No, tak jak inni.

– Ale my nie mamy namiotu.

– Damy sobie radę – powiedział mój stary, i wtedy było widać, jaki jest mądry i pomysłowy, i że to ciągłe wieczorne milczenie miało sens. – Krótko mówiąc, dzieci prześpią się w ładzie, znaczy auto upatrzył na sypialnię, bo w końcu rosyjski przemysł to nie byle co, tak to wyprodukowali, że można odchylić oparcia i mamy mieszkanie, zgadza się? Co prawda, tylko tymczasowe.

– Jasne, bo u nich kraj jest taki ogromny – powiedziała matka – że w jeden dzień nie da się dojechać z jednego miejsca na drugie, to śpią po drodze.

– Być może – powiedział mój stary – ale to dla nas czysty zysk, dzieci będą tam spały.

– A my sobie w nocy pochodzimy, czy jak?

– A skąd – powiedział mój stary, kiedy się tak uczył i uczył, to wszystko sobie wykombinował. Weźmiemy koc, za dwa rogi przywiążemy do klamek w ładzie, a pozostałe dwa gwoździami dwusetkami przytwierdzimy do ziemi, na spód weźmie się folię, tę bardzo grubą, co wiosną została z tunelu, na folię pierzyny, a oni tam wpełzną i namiot gotowy. Co prawda, nie taki jak u Niemców, no, ale w końcu nie jesteśmy Niemcami.

– Brzmi nieźle – powiedziała matka. I za dwa dni, w sobotę o świcie, zaczęli wpychać do bagażnika ogromne puchowe pierzyny i wielkie poduchy, bo mój stary nie znosił spać na małych, torba ze schabowymi trafiła między mnie a brata, razem z ubraniami na zmianę i zimową kurtką, na wypadek gdyby w nocy się ochłodziło, bo nasza matka wiedziała, że w pobliżu wody powietrze bardzo się ochładza, a to wszystko, prawda, nie jest tyle warte, żeby się dzieci poprzeziębiały. Aha, i wielki młotek, mój stary wrzucił go dokładnie pod moje nogi, co z tego, że mówiłem, że po stronie brata jest więcej miejsca.

Twór w kolorze masła, kołysząc się, sunął w dół po drodze numer siedemdziesiąt.

– Hohoho – powiedział mój stary – ale masa ludzi jedzie nad Balaton.

– A i owszem, zatrzęsienie – dodała matka.

– Balaton to jednak fajne miejsce – powiedział mój stary – prawda, dzieciaki? – i spojrzał przez lusterko do tyłu.

Nie potwierdziłem, ależ tak, i mój brat też nie, tylko patrzyliśmy na samochody, jak pędzą obok nas, z takimi facetami w kolorowych, wzorzystych koszulach i okularach przeciwsłonecznych, jak super jadą te samochody, i że łada też tak jakoś inaczej wygląda, jak człowiek prowadzi ją w takich ciemnych przeciwsłonecznych okularach.

No, Budapeszt to też supersprawa, w końcu stolica, ale Siófok[1] to jednak coś więcej. Tu dopiero jest życie – myślałem, kiedy na tylnym siedzeniu ściągałem spodnie i podziwiałem, jak plażowicze zwartym szeregiem maszerują w stronę wody. Dziewczyny były niemal nagie, przynajmniej stąd spod drzwi łady sprawiały wrażenie kompletnie nagich. Potem spojrzałem na brata, w swoich galotach wyglądał nad wyraz kretyńsko. To te głupie niebieskie galoty, które zawsze nosiliśmy, na wuefie na przykład, jak też po wuefie i przed nim. A co jakiś czas były poplamione, albo jak nie były poplamione, to zaraz się takie robiły, jak człowiek szedł do ubikacji. Pomyślałem, że mój brat lepiej zrobi, jak nie będzie sikać, bo cały Balaton będzie się nabijał z jego poplamionych gaci. I ja też zaśmiałem się w duchu na myśl o cegle, jaką spali mój brat, kiedy ściągnąłem wreszcie spodnie, to były te odświętne spodnie od garnituru, materiał pierwsza klasa z dodatkiem tworzywa sztucznego – powiedziała matce sprzedawczyni, i że się nie gniecie. Pogniotły się kompletnie w samochodzie i przepociły na tyłku, przywarły do ciała, ledwie można było je ściągnąć. Po spodniach, koszula z krótkimi rękawami. Z pięknym wykładanym, białym kołnierzem. Do kościoła można by w niej iść, nie tylko do Siófoku. Spojrzałem na brzuch, ale chudy jestem, potem na gacie, o Boże, i natychmiast musiałem się wysikać. Czułem, że nie wytrzymam. Na co mój stary, żeby się nie martwić sikaniem, potem w wodzie, każdy tam leje, i nie tylko prowincja, przede wszystkim Budapeszt. I żebym nie myślał, że chodzą do toalety, wreszcie mogą się rozkoszować sikaniem w wodzie, na wszystkie strony.

Biegłem z auta w stronę wody, między plażowiczami do wody, brnąłem coraz dalej, ale ciągle jeszcze sięgała mi tylko do kolan, tylko do kolan i do kolan i nie chciała się zagłębić nad moje galoty, do pasa, i cała plaża widziała tylko galoty mojego brata i moje. Nie chciały zniknąć, na próżno się spieszyliśmy. Niebieszczyły się na naszych tyłkach jak dwie piłki plażowe nad zielonoszarą wodą.

Na kemping dotarliśmy koło szóstej. Stanęliśmy obok niemieckiej przyczepy z jednej, i jakiegoś namiotu z drugiej strony, tam dalej studenci z Polski – powiedział mój stary, bo dla niego każdy, kto mówił w obcym języku i był młody, zwłaszcza gdy chodził w dżinsach, był studentem. Jednak potem uniwersytet jako miejsce z upływem lat stawał się coraz bardziej podejrzany i z czasem stał się w rodzinie synonimem prochów i big-beatu, dokąd mój stary nie chodziłby już z zasady, nawet wieczorowo nie. Po krótkim rozeznaniu terenu, podczas którego poza studentami była też mowa o niektórych cechach charakteryzujących Polaków i Niemców, chociaż mój stary przestrzegł nas, byśmy nie mówili Niemiec i Polak, bo oni na pewno rozumieją, ani kurwa, bo to wszędzie rozumieją, bo to taka starodawna profesja. No więc po rozeznaniu terenu mój stary, powiedział, no to najpierw miejsce dla dzieciaków. Szarpnął przednie drzwi w kolorze masła, nachylił się do bakelitowego pokrętła, że teraz opuści siedzenia do pozycji poziomej. Śruba była bardzo mocna, więc szybko nie poszło. Porządna robota. Nie takie nędzne gówno z tworzywa jak w zachodnich autach – powiedział mój stary – na tę śrubę nie żałowali żelaza – dodał, a po tym jego wysokim uczonym czole pot lał się już strumieniem, jak na rysunkach w podręcznikach o gospodarce nawadniania, takie to było pole szerokości dłoni. Jakieś dwadzieścia minut później warknął, szlag by to, wstał, aż chrupnęły zesztywniałe kręgi, udało się.