Syn Escobara. Pierworodny - Roberto Sendoya Escobar - ebook

Syn Escobara. Pierworodny ebook

Roberto Sendoya Escobar

3,4

Opis

Morderstwa, ukryte miliony i sekret MI6. Cała prawda o Pablo Escobarze opowiedziana przez jego pierworodnego syna

Pablo Escobar był kolumbijskim baronem narkotykowym o światowej sławie. Stał się jednym z najbogatszych ludzi na ziemi. Zanim w 1993 roku został zastrzelony przez policjantów, kontrolował 80 procent światowego handlu kokainą. Oto długo oczekiwana książka o nim autorstwa jego najstarszego syna - Roberto Sendoya Escobara.

Tę pasjonującą historię otwiera atak dwóch helikopterów z agentami MI6 i żołnierzami kolumbijskimi na pokładzie, nadlatującymi nad małą wioskę, aby zlikwidować ludzi Pablo Escobara. Życie zachowuje jedynie pewien chłopiec, niemowlę. To autor książki, Roberto Escobar. Dziwacznym zrządzeniem losu natrafia na niego najważniejszy spośród agentów MI6, lituje się nad losem dziecka i ostatecznie je adoptuje. Escobar wielokrotnie próbuje odzyskać syna, co prowadzi do śmierci wielu ludzi.

Gdy ojciec adopcyjny Roberto leży na łożu śmierci, wręcza przybranemu synowi kartkę z szyfrem, który – jak twierdzi – zawiera informację o tajnym miejscu, w którym ukryte są zaplombowane beczki z milionami dolarów. Chociaż autor poprosił o pomoc kryptologów, nie zdołał złamać szyfru, postanowił więc po raz pierwszy opublikować go w tej książce…

Życie Pablo Escobara stało się inspiracją dla ogromnie popularnego serialu Netflixa Narcos.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (7 ocen)
0
3
4
0
0

Popularność




Roberto Sendoya Escobar Syn Escobara. Pierworodny Tytuł oryginału Son of Escobar: First Born ISBN Copyright © Roberto Sendoya Escobar (Phillip Witcomb), 2021All rights reserved This translation of Son of Escobar: First Born is published by arrangement with Ad Lib Publishers Ltd Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2021 Redaktor prowadzący Dariusz Wojtczak Redaktor Zofia Domańska Projekt graficzny okładki Tobiasz Zysk Zdjęcie na okładce BE&&W Łamanie Grzegorz Kalisiak Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Patrick Phillip Witcomb

Lipiec 1927 (Hull) – styczeń 1993 (Surrey)

„Tato”, prawdziwy bohater

PROLOG

Miałem dwóch ojców. Tym, którego nazywałem tatą — i bardzo kochałem — był mój przybrany ojciec, Patrick Witcomb. Znałem go jako angielskiego biznesmena, który potrafił zapewnić dostatnie życie swojej rodzinie w Kolumbii. Ale to jest tylko połowa prawdy. Po wielu latach dowiedziałem się, że był także agentem MI6 pracującym pod przykrywką dla wywiadu brytyjskiego. Ale nie to było dla mnie największym szokiem.

Dowiedziałem się, że moim biologicznym ojcem jest Pablo Escobar, najsłynniejszy gangster w historii świata. Spotykałem go tylko przelotnie, nieświadomy ani związku pomiędzy nami, ani tego, że były chwile, kiedy chciał popełnić morderstwo, żeby mnie odzyskać.

Jest to opowieść o tym, jak życie moich dwóch ojców splotło się w straszliwie zagmatwany sposób.

Dobro i zło. Światło i ciemność. Właśnie takie skrajności zawiera moja historia.

Kiedy byłem dzieckiem, nie miałem o tym wszystkim pojęcia. Myślałem po prostu, że Patrick — Pat dla wszystkich osób, które go znały — jest moim rodzonym ojcem. Mnóstwo broni i dziwnych wydarzeń przewijało się przez naszą piękną rezydencję w Kolumbii, jednak mój tato pracował w firmie, która drukowała banknoty dla rządów i zarządzała flotą opancerzonych samochodów, dlatego wciąż znajdował się na celowniku gangów. Było to po prostu częścią naszego życia, a ja czasami miałem wrażenie, że bezustannie otacza nas przemoc, i byłem zadowolony, że przez całą dobę towarzyszy mi uzbrojona ochrona.

Kilkakrotnie zdarzało się też, że ojciec zabierał mnie do miasta, które nazywało się Medellin, gdzie widywałem młodszego mężczyznę, żywo się mną interesującego — to był Escobar. I tam pewnego dnia byłem świadkiem załadunku na pokład samolotu wielkich worków z pieniędzmi. Nic nie wiedziałem o ciemnych interesach, które połączyły te dwie potężne postaci w burzliwej historii Kolumbii, ani o milionach dolarów, które pomiędzy nimi krążyły.

Dopiero kiedy skończyłem dwadzieścia cztery lata, mój ojciec — Pat — zaprosił mnie na długą rozmowę i opowiedział mi prawdziwą historię mojego nadzwyczajnego życia. Był rok 1989 i nie mieszkałem już wtedy w domu rodzinnym, lecz w Sotogrande na hiszpańskim Costa del Sol, niedaleko Gibraltaru. Do tego dnia zawsze byłem Phillipem Witcombem, chociaż wiedziałem już, że jestem dzieckiem adoptowanym. Nie martwiło mnie to. Zawsze traktowałem Pata i jego żonę, Joan, jak tatę i mamę. Powiedzieli mi, że urodziłem się w Kolumbii, co wyjaśniało, dlaczego mam od nich ciemniejsze włosy i odmienne rysy twarzy, ale aż do tego momentu mówili mi też, że nic nie wiadomo o moich prawdziwych rodzicach, a ja przyjmowałem to do wiadomości. Teraz Pat wywrócił cały mój świat do góry nogami.

— Nie mówiliśmy ci wszystkiego o tym, kim jesteś — zaczął. — Nadszedł czas, abyś poznał prawdę.

Poinformował mnie, że rozpocząłem życie jako Roberto Sendoya Escobar. On i Joan adoptowali mnie z katolickiego sierocińca. Moja mama nie żyła, a moi przybrani rodzice byli przekonani, że ojciec już nigdy się o mnie nie upomni. Wtedy właśnie Pat powiedział mi również, w jaki sposób zetknął się z Pablem Escobarem.

Tatę poproszono o zorganizowanie kolumbijskiej ochrony dla firmy De La Rue, która drukowała banknoty, a część jego pracy polegała między innymi na infiltrowaniu gangów, które wówczas trzymały w garści raczkującą gospodarkę i skorumpowany wywiad. Część ze zdobywanych w ten sposób informacji trafiała do służb wywiadowczych Wielkiej Brytanii, jednak głównym beneficjentem skomplikowanej, wyrafinowanej i ogromnie skutecznej operacji byli ich amerykańscy partnerzy z CIA.

Tato wyjaśnił mi, że kolumna opancerzonych samochodów często bywała atakowana, a zasoby nowo wydrukowanych banknotów kolumbijskich kradziono. Po jednym z takich rabunków tato otrzymał poufną wiadomość, gdzie się znajdują zrabowane banknoty. Z poparciem swoich szefów z Londynu i pracodawców z brytyjskiego wywiadu zorganizował śmiałą misję z udziałem doskonale uzbrojonych ludzi, których zadaniem było odzyskanie gotówki.

To właśnie w trakcie tej najkrwawszej spośród wszystkich ekspedycji znaleziono mnie — bezbronne dziecko — w kryjówce gangu, a później ustalono związek pomiędzy mną a moim ojcem biologicznym, Escobarem. W tym czasie Pablo Escobar był nastolatkiem i jednym z wielu niczym się niewyróżniających przestępców, ale kiedy jego znaczenie w szeregach kryminalistów zaczęło rosnąć, stał się cennym źródłem informacji dla służb wywiadowczych, które szukały kanałów dostępu do rozwijającej się w Kolumbii sieci gangów.

Były lata sześćdziesiąte XX wieku i handel kokainą znajdował się w powijakach. Nie sposób było wówczas przewidzieć, że jej uprawa i eksport staną się jednym z największych przemysłów na świecie — nie można też było przewidzieć, że tajne służby odegrają kluczową rolę w wydarzeniach pozwalających gangom rozkwitać i kreować kartele kokainowe, które sprowadzą nieszczęście na ogromne rzesze ludzi.

W owym czasie celem Pata było po prostu zabezpieczanie interesów firmy i zdobywanie informacji wywiadowczych dla służb w ojczyźnie. Na scenie pojawia się wówczas jeszcze jedna postać, która później zyska jak najgorszą sławę na całym świecie. Ambitny Panamczyk, wówczas prosty oficer o nazwisku Manuel Noriega, nie tylko asystował tacie w brzemiennej misji, która doprowadziła go do Escobara, ale też kontynuował współpracę z nim, pomagając mu w utrzymywaniu kontaktów z gangami. Noriega i Escobar byli dobraną parą i to oni sprawili, że światowy handel narkotykami osiągnął wyżyny.

To, co rozpoczęło się średniego znaczenia operacją mającą doprowadzić do zapewnienia możliwości bezpiecznego transportowania banknotów drukowanych przez rząd, zamieniło się w niebezpieczną grę. Przerodziło się w nieskuteczną próbę przejęcia kontroli nad gangami narkotykowymi; nikt jeszcze nawet nie podejrzewał, że osiągną rozmiary i bogactwo znacznie przekraczające dochody wielu krajów. Dlatego przez lata postawa wywiadu USA wobec ilości kokainy zalewającej ten kraj nie nosiła znamion niepokoju. Dopiero kiedy ilość dolarów opuszczających granice USA — wówczas największej gospodarki na świecie — za które kupowano narkotyki, osiągnęła niebezpiecznie wysoki poziom, podjęto wreszcie działania.

Niedawne prymitywne gangi przerodziły się od tego momentu w wielkie kartele narkotykowe, które zarabiały więcej pieniędzy, niż potrafiły wydawać. W czasie, kiedy ja zacząłem poznawać prawdę o swoim życiu, Escobar zaczynał się bać, że władza wymyka mu się z rąk, i zdążył już ukryć miliony dolarów w tajnych kryjówkach. Kiedy tato opowiedział mi o tym wszystkim i dał do zrozumienia, że wie, gdzie się znajduje część jego pieniędzy, w pierwszej chwili odniosłem wrażenie, że spadł na mnie wielki ciężar.

Bardzo powoli zaczęło do mnie docierać znaczenie jego niesamowitej opowieści.

Przez lata prześladowały mnie niejasne koszmary, których treścią były przede wszystkim głośne eksplozje i krzyk kobiety. Czy miały one coś wspólnego z prawdziwymi wydarzeniami, z tą zbrojną misją, którą tato kiedyś poprowadził i która doprowadziła do mojego oswobodzenia z krwawej pułapki?

Pamiętałem nasze wyjazdy do Medellin. Nagle rozmowy, które prowadziłem z tajemniczym mężczyzną o magnetycznej osobowości, nabrały nowego znaczenia. Czy to był Escobar? Mój biologiczny ojciec?

W trakcie kilku ważnych spotkań uważnie słuchałem taty ujawniającego skrywane dotąd szczegóły z mojego życia. Opowiedzenie pewnego fragmentu mojej historii przychodziło mu ze szczególnym trudem, ale ja koniecznie chciałem ten fragment poznać.

Skąd wiedział, że moja matka biologiczna nie żyje?

Wyjaśniając mi okoliczności śmierci mojej rodzonej matki, tato wstrząsnął mną do głębi, zmuszając mnie do podania w wątpliwość wszystkiego, co — jak mi się zdawało — wiedziałem o sobie, o moich prawnych opiekunach oraz o ludziach, którzy sprawili, że pojawiłem się na tym świecie.

To nie było wszystko.

Wiele lat później, leżąc na łożu śmierci, mój ojciec podzielił się ze mną prawdopodobnie swoim najbardziej sensacyjnym sekretem — wskazówkami, które miały mi podpowiedzieć, gdzie się znajdują legendarne zaginione miliony Escobara.

Wszystko, co przeczytacie w tej książce, oparłem na informacjach, które przekazał mi mój ojciec adopcyjny, Pat, a także na efektach moich własnych szeroko zakrojonych poszukiwań i badań. Zapoznacie się z prawdziwą opowieścią o moim życiu. Wszystkie wydarzenia, które opisuję, rozegrały się w rzeczywistości, chociaż pewne sceny i rozmowy rozbudowałem, podkreślając ich dramaturgię.

Historia rozpoczyna się w dniu, w którym znalazł mnie Pat. Tego dnia przypadkowo uratował mi życie i tym samym skierował na kursy kolizyjne życie Patricka Witcomba oraz Pabla Escobara, nieodwołanie łącząc nasze losy.

1. TAJNA MISJA

Facatativá, Kolumbia, pod koniec października 1965 roku

Dwa helikoptery pojawiły się na niebie wraz ze wschodzącym słońcem.

Każda z dwóch nowiutkich amerykańskich maszyn Bell UH-1 „Huey” uzbrojona była w dwa karabiny maszynowe M134 Minigun mogące wystrzelić do dwóch tysięcy pocisków na minutę, a taśma z amunicją założona do każdego z karabinów liczyła po cztery tysiące nabojów. Oba helikoptery miały także po dwie czterdziestomilimetrowe wyrzutnie granatów, a w magazynku każdej wyrzutni znajdowało się trzysta granatów.

Na pokładzie każdego helikoptera znajdowało się sześciu doskonale wyszkolonych żołnierzy kolumbijskich sił specjalnych. W fotelu pasażera obok pilota, w helikopterze, który leciał pierwszy, zasiadał mężczyzna, który dowodził operacją. Pat Witcomb, wysoki, potężnej postury flegmatyczny Anglik, sprawiał równie absurdalne wrażenie, jak dwa helikoptery lecące bardzo nisko nad spokojną okolicą. Oba znajdowały się na wysokości trzech tysięcy metrów nad poziomem morza, a zarazem zaledwie pięćset metrów nad gruntem. Pat wciąż nie dowierzał, że to właśnie jemu przyszło dowodzić tą misją. Zanim dołączył do De La Rue, szanowanego producenta banknotów i firmy ochroniarskiej, założonej w XIX wieku w Londynie, właściwie nigdy nie postawił stopy w kabinie helikoptera. Od tego czasu operacje, które musiał przeprowadzać, stawały się coraz bardziej niebezpieczne. Niemal całe szkolenie zawodowe Pata koncentrowało się na sztuce realizowania niebezpiecznych zadań.

Stosunkowo szybko zorientował się, że Kolumbia jest krajem pełnym przemocy. Ostatnio jeden z jego opancerzonych samochodów został wysadzony w powietrze. Zginęło dwóch ochroniarzy, kilku innych zostało rannych. Był to jeden z najpoważniejszych ataków na angielską firmę De La Rue, której powierzono zadanie bezpiecznego drukowania waluty kolumbijskiej i jej dystrybuowania na terenie całego kraju. Pojazd został zniszczony, kiedy przewoził pieniądze, a zamach miał dla firmy poważne konsekwencje. Nie chodziło po prostu o skradzione pieniądze — chociaż w grę nie wchodziła też mało znacząca kwota, bo sięgała setek tysięcy dolarów — ale o przesłanie, jakie niósł ten zamach. Różne gangi, zaciekle walczące o władzę i wpływy, chwilowo uwierzyły, że mogą bezkarnie atakować De La Rue, a przeprowadziwszy zamach, faktycznie uderzyły w samo serce gospodarki kolumbijskiej. Należało im udzielić stanowczej odpowiedzi i kiedy firma uzyskała informacje wywiadowcze na temat miejsca pobytu napastników, była gotowa odpowiedzieć atakiem na atak.

Pilot siedzący obok Pata wskazał na grupę zabudowań znajdujących się na zboczu wzgórza widocznego przez przednią szybę helikoptera. Pat porównał rozciągający się przed nim widok z wykonanymi wcześniej fotografiami lotniczymi. Pokiwał głową. Znajdował się we właściwym miejscu. Zerknął na żołnierzy wyposażonych w karabin maszynowy i wyrzutnie granatów, którzy zajmowali stanowiska przy drzwiach, i z kolei popatrzył na drugą ekipę wojskowych, w kolejnym helikopterze. Odwrócił się do mężczyzny zajmującego miejsce za jego fotelem; mężczyzna bezustannie rozprawiał o czymś podnieconym głosem, i to już od chwili, kiedy helikoptery wyleciały ze stolicy Kolumbii, Bogoty. Uniósł wyciągnięty kciuk. Wszyscy mężczyźni zareagowali na ten sygnał pełnym skupieniem. Mocniej zacisnęli ręce na broni, oczekując na rozwój wypadków. Przed wylotem Pat był przekonany, że kieruje operacją, w której armaty mają strzelać do wróbli, a teraz, patrząc na śpiącą wioskę u dołu, jedynie utwierdził się w tym przekonaniu. Ludzie, do których zaczną strzelać, nawet się nie zdążą zorientować, co było źródłem ich nieszczęścia.

— Jastrząb Dwa, tu Jastrząb Jeden, odbiór — powiedział urywanym głosem do mikrofonu.

— Jastrząb Jeden, tu Jastrząb Dwa, odbiór — usłyszał odpowiedź partnera z helikoptera lecącego z tyłu, krępego mężczyzny o dziobatej twarzy.

Mówił z silnym obcym akcentem.

Był to Manuel Noriega, wówczas prosty oficer armii panamskiej, jednak już wtedy ogromnie ambitny. Wspierał wysiłki wywiadu Kolumbii i był dla Pata użytecznym sprzymierzeńcem w tajemniczej działalności, w której zazębiały się interesy państwa i prywatnych przedsiębiorców. W tej chwili Noriega wydawał się zachwycony, że może uczestniczyć w akcji.

— Jastrząb Dwa, mamy kontakt wzrokowy z celem. Przygotować się do ataku.

— Zrozumiałem, Jastrząb Jeden. Bez odbioru.

Obniżyli lot do wysokości niecałych stu metrów i Pat ruchem ręki wskazał na niewielki niezabudowany teren przed pierwszym domem, przekazując w ten sposób sygnał Noriedze. W rozmowach zwracał się do niego ksywką „JB”, która odnosiła się do jego ulubionej marki whisky, Justerini & Brooks. Utkwił wzrok w podniszczonym domu z niewielkimi drzwiami wychodzącymi na drogę gruntową. Zaraz jednak uwagę Pata przykuł ruch w sąsiednim budynku. W jego drzwiach ukazali się dwaj niekompletnie ubrani mężczyźni. Zanim wbiegli z powrotem do środka, zobaczył na ich twarzach przerażenie.

Rotory helikopterów wznieciły na ziemi chmurę kurzu. Kiedy ich koła dotknęły gruntu, żołnierze wyskoczyli na zewnątrz i pobiegli prosto do budynku. Pokonali zaledwie kilka metrów, gdy w drzwiach ponownie stanęli dwaj mężczyźni, tym razem uzbrojeni w karabiny szturmowe. Jednak nawet nie zdołali odbezpieczyć broni, gdyż ogień z broni automatycznej natychmiast rzucił ich na ziemię. Kolejne strzały padły, kiedy czyjaś twarz pojawiła się w jednym z okien.

— Jak najmniej ofiar! — zawołał Pat do JB, przekrzykując ryk silników helikopterowych.

Obaj wyskoczyli z helikopterów i trzymając się z tyłu, obserwowali akcję swoich żołnierzy w towarzystwie dwóch czujnych oficerów ochrony osobistej, ubranych w niebieskie mundury.

JB wzruszył ramionami.

— Mówiłem ci, skoro zachciało im się wojny, będą ją mieli. Nie ma powodu ich żałować.

Żołnierze podzielili się na małe grupy. Pierwsza pobiegła na tyły zaatakowanej posiadłości, druga atakowała przez drzwi frontowe, a kolejna zaczęła przeczesywać sąsiednie zabudowania. Zewsząd rozlegały się odgłosy strzałów.

Rozglądając się, Pat z pewnym podziwem pomyślał o wrogu. Gang wybrał na kryjówkę bardzo dobre miejsce. A reakcja na nagły nalot upewniła go, że jego służby dysponują doskonałym wywiadem. Mogło się zdawać, że helikoptery wylądowały w jakimś zapomnianym miejscu, a jednak było to miejsce, którego jacyś anonimowi ludzie postanowili bronić z wielką zaciekłością.

JB i Pat ruszyli gruntową drogą za plecami oficerów ochrony, którzy trzymali w pogotowiu karabiny półautomatyczne małego kalibru. Na tyłach jednego budynków coś się poruszyło i znów rozległa się seria strzałów. Dwaj żołnierze wyszli na drogę z dużym czarnym workiem. Pat pokiwał głową. Rozpoznał jeden z utraconych zasobników De La Rue; właśnie po to tutaj przylecieli. Złodzieje nawet nie zadali sobie trudu, żeby przełożyć gotówkę do własnych pojemników. Gestem nakazał żołnierzom, żeby wrzucili worek do helikoptera, a sam przykucnął instynktownie, gdy za jego plecami wybuchła strzelanina. Odwrócił się akurat w chwili, gdy z jednego spośród najbardziej oddalonych budynków przy drodze wybiegła grupa uzbrojonych mężczyzn. Niemal w tej samej chwili, w której zdał sobie sprawę z zagrożenia, gangsterzy zostali wyeliminowani ogniem z helikoptera. Pat rozejrzał się, aby zyskać pewność, że nie grozi mu kolejny atak, a tymczasem jego ludzie kon­tynuowali akcję. Ofiar po stronie bandytów było coraz więcej.

Zatrzymali się przed drzwiami budynku. Z jego wnętrza dobiegły wrzaski, które zmroziły krew w żyłach Pata. Oficer ochrony wszedł do środka. Po chwili wrócił z informacją, że zagrożenia zostały usunięte. Pat i inni zrobili kilka kroków i zobaczyli mężczyznę — a raczej to, co z niego zostało — leżącego na podłodze w kałuży własnej krwi. Siedział na nim okrakiem jeden z żołnierzy kolumbijskich. Lufę karabinu wsuwał mu w ramię, prosto w ranę po postrzale, i krzyczał mu coś do ucha.

Pat szybko się zorientował, że na przesłuchanie jest już zdecydowanie za późno. Gestem nakazał żołnierzowi, żeby wstał.

— Muerto — powiedział. — On nie żyje. — Przesunął dłonią po gardle, żeby podkreślić znaczenie swoich słów.

Żołnierz opamiętał się i wstał. Pat musiał się dowiedzieć, czy odnaleziono kolejne worki ze skradzionymi pieniędzmi.

— El dinero? — zapytał.

Żołnierz wzruszył ramionami, ale jeden z jego kolegów miał lepsze wiadomości. Pat dowiedział się, że faktycznie natrafiono na kolejne worki; w każdym z nich znajdowały się banknoty. Wzięto też jeńca, który ujawnił miejsce przechowywania następnych i zadenuncjował kilku kamratów. Wydawało się, że misja przyniosła pożądany efekt. Zgraja złodziei i opryszków najpierw się bardzo dobrze zastanowi, zanim w przyszłości zaatakuje kolejny opancerzony samochód De La Rue.

Na zewnątrz znów rozległy się serie strzałów, jednak po chwili broń umilkła i zapanowała przedziwna cisza. Rozbrzmiewał jedynie szum wirników pracujących w helikopterach.

— Claro! — ktoś krzyknął, co oznaczało, że teren jest oczyszczony.

Pat w myślach zadał sobie pytanie, czy pozostał przy życiu chociaż jeden z gangsterów.

JB zdawał się czytać w jego myślach, bo wzruszył ramionami i nakazał ochroniarzom, żeby zaczęli przeszukiwać posiadłość. Pat jeszcze raz spojrzał na zwłoki leżące u jego stóp. Chociaż martwy mężczyzna był zakrwawiony, bez trudu odgadł, że był w bardzo młodym wieku. Prawdopodobnie w chwili śmierci jeszcze był nastolatkiem. Pat pokręcił głową. Dzieciaki. Dlaczego wplątują się w interesy prowadzone przez dorosłych mężczyzn?

Odgłos pojedynczego strzału, który dotarł z sąsiedniego pokoju, sprawił, że drgnął. Był to prawdopodobnie kolejny strzał uśmiercający ciężko rannego człowieka. Bardzo chciał, żeby jego żołnierze postępowali rozważnie. Zdawało się, że jak dotąd nie było wśród nich ofiar, jednak w każdej chwili można było otrzymać postrzał nawet od dogorywającego bandyty, który udając martwego, chciałby wykonać ostatni heroiczny gest. Miał nadzieję, że żołnierze zachowują absolutną czujność.

W powietrzu unosiła się warstwa pyłu. Dzień nie był jeszcze gorący, jednak Pat czuł, że do szyi klei mu się kołnierz koszuli. Usta miał suche. Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i wytarł czoło.

JB i jeden z ochroniarzy zaczęli przetrząsać pokój po prawej stronie, a Pat przeszedł na tyły budynku, do pomieszczenia, do którego schodziło się po dwóch stopniach w dół. Wciąż z bronią w pogotowiu ochroniarz dostrzegł ruch w odległym kącie, wciągnął powietrze i wycelował. Pat szedł za nim i kiedy ujrzał, co jest jego celem, instynktownie wyciągnął rękę, każąc mu opuścić lufę karabinu.

— Nie!

Na podłodze przy oknie siedziała kobieta. W jej szeroko otwartych oczach widać było przerażenie. Gwałtownie, płytko oddychała. W pierwszej chwili Pat pomyślał, że jest ubrana w czerwoną suknię, ale gdy przyjrzał się uważniej, doszedł do wniosku, że purpura na jej ubraniu to wcale nie kolor materiału. Ruchem ręki nakazał żołnierzowi, żeby się cofnął, po czym pochylił się we framudze, aby wejść do środka; miał prawie sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Powoli podszedł do kobiety i wyciągnął przed siebie ręce. W tej samej chwili dostrzegł kolejny ruch, a kiedy odwrócił głowę w tym kierunku, zobaczył dziecięce łóżeczko. Na łóżeczku siedział chłopiec. Miał pulchne policzki, gęste ciemne włosy i intensywnie się w niego wpatrywał.

— Dobry Boże — powiedział Pat i przyklęknął obok kobiety.

Jej oczy były pełne strachu. W pierwszej chwili uznał, że kobieta boi się właśnie jego i krzywdy, jaką może jej zrobić. Jednak kiedy zlustrował wzrokiem jej rany, zrozumiał, że kobieta boi się raczej nadchodzącego końca. Umierała.

— Lo siento — powiedział cicho. — Jest mi bardzo przykro.

— Mi hijo — odparła kobieta. W oczach miała łzy. — Mój syn.

— Ciii… nic nie mów… tranquila — szepnął Pat, nagle z trudem przypominając sobie hiszpańskie słowa, którymi na co dzień posługiwał się już od sześciu lat.

Zdjął kamizelkę kuloodporną i spróbował zatamować nią krwawienie, ranę od kuli w boku kobiety. Krzyknęła, kiedy delikatnie przesunął jej ciało, a on w tej samej chwili zdał sobie sprawę, że otwór w boku kobiety to zaledwie rana wylotowa. Tak naprawdę otrzymała postrzał w plecy. Chryste… mógł sobie tylko wyobrażać, jak wiele jej organów wewnętrznych zostało nieodwracalnie zniszczonych. Pat zwinął kamizelkę i użył jej jako poduszki, podkładając ją kobiecie pod plecy. Nawet gdyby udało mu się przenieść ją na pokład helikoptera, nie miała szansy, żeby przeżyć lot do Bogoty. Ułożył ją więc tak, aby w swoich ostatnich chwilach jak najmniej cierpiała.

Na jej twarzy pojawił się grymas bólu. Z czoła spływały strużki potu i łączyły się na policzkach ze łzami wypływającymi z oczu. Uniosła drżącą rękę. Pat zrozumiał, że musiała włożyć w ten ruch wiele wysiłku.

— Mi hijo — powtórzyła.

Oczywiście. Wciąż chodziło o chłopca.

Zamknął jej dłoń w swoich dłoniach, lecz ku jego zaskoczeniu wyrwała ją. Szybko zrozumiał, o co jej chodzi. Wskazywała na mały stół z szufladą. Popatrzył w tę stronę.

— El cajón?

Pokiwała głową.

Pat podszedł do stołu i otworzył szufladę. W środku znajdowała się mała torebka z materiału zawierająca przedmioty, które wyglądały jak osobiste pamiątki — jakiś bilet, wstążkę, pukiel ciemnych włosów i wielokrotnie złożoną kartkę papieru. Gdy Pat to wszystko oglądał, kobieta jeszcze raz pokiwała głową. Rozłożył kartkę i zorientował się, że trzyma w ręce jakiś dokument.

— Mi hijo — znowu powiedziała kobieta.

Popatrzyła na łóżeczko, na którym spokojnie, uśmiechając się, siedział chłopiec. Odpowiedziała mu promiennym uśmiechem, jednak kosztowało ją to zbyt wiele i wybuchła głośnym szlochem. Drżała i z trudem oddychała. Próbowała coś mówić przez łzy, ale Pat zrozumiał tylko jedno słowo: „Roberto”.

— Si. — Wycelował palcem w swoją pierś. — Patrick.

Nie był pewien, czy zrozumiała, o co mu chodzi. Wsunął torbę do jej dłoni i starał się uspokoić kobietę, życie jednak szybko z niej uchodziło. Oddech miała nierówny, musiał mocno ją przytulić, żeby chociaż trochę opanować jej drżenie.

— Wszystko dobrze, wszystko jest dobrze — powtórzył kilkakrotnie, zanim zdał sobie sprawę, że kobieta już go nie słyszy.

W tej chwili była już gdzieś indziej.

Ułożył ją na podłodze i wygładził na niej suknię. Na łóżeczku znalazł koc i po raz ostatni na nią popatrzył. Sprawiała wrażenie, że właśnie zapadła w głęboki sen. Dopiero teraz, kiedy nie wykonywała żadnych ruchów, zorientował się, że była niemal dzieckiem, młodą nastolatką. Ciężko westchnął i przykrył jej ciało kocem. Co ona tutaj robiła — w byle jak umeblowanym pokoju, w którym wyblakła zielona farba płatami odpadała od ścian? Dlaczego w tragicznych okolicznościach straciła młode życie?

— Hej, co się dzieje? — usłyszał słowa JB. Stanął w progu z dwoma żołnierzami. — Musimy wracać. Mamy już wszystko, po co tu przylecieliśmy. — Popatrzył ponad Anglikiem i dostrzegł zwłoki pod kocem. — Wielka szkoda.

— Już idę — powiedział Pat.

Popatrzył na dziecko. Co z nim zrobić? Plan wyprawy nie uwzględniał takiego przypadku. Nie zakładano możliwości, że w ataku ucierpią cywile, nie zamierzano też zabierać do Bogoty żywych ludzi. A przecież nie mógł zostawić chłopca swojemu losowi; skazałby go na śmierć. Znowu popatrzył na dokument. Kobieta, kimkolwiek była, chciała, żeby go wziął. Chciała, żeby podjął jakieś działanie. Żeby zachował się porządnie. Przeczytał nazwisko na dokumencie: Roberto Sendoya Escobar.

Escobar? Takie nazwisko nosił jeden z prawników, który pomógł mu zarejestrować firmę w Kolumbii. Przypomniał sobie ostatnie słowo kobiety: „Roberto”.

— A więc masz na imię Roberto — powiedział do dziecka. Niemowlę uśmiechnęło się do niego. — Ja też się cieszę, że cię poznałem. — Wziął chłopca w ramiona i okrył go kołderką. — Wyjeżdżasz stąd ze mną.

Jeszcze tego samego dnia Patrick przyszedł do katolickiego sierocińca w centrum Bogoty, niosąc drobnego szkraba owiniętego wciąż w tę samą pościel. Przez telefon poprosił o spotkanie z ojcem Londono, który powinien był już na niego czekać. Po krótkiej rozmowie przekazał dziecko kapłanowi, a ten nisko skłonił głowę, doceniając chrześcijański gest przybysza.

— Będę się z księdzem kontaktował — powiedział Pat, zanim wyszedł na ulicę. — Proszę się nim dobrze opiekować. El es especial.

W następnych dniach wiadomości o strzelaninie — i o uzbrojonych w ciężką broń helikopterach, które wczesnym rankiem spadły z nieba, wyrywając ze snu gwałtowną pobudką oraz siejąc spustoszenie i śmierć wśród ludzi, którym zdawało się, że przebywają w bezpiecznej kryjówce — roznosiły się od wioski do wioski. Po krótkim czasie dotarły także do uszu piętnastoletniego chłopaka o nazwisku Pablo Emilio Escobar Gaviria.

Niewiele osób wiedziało o jego związku z jedną spośród ofiar ataku. Mieszkał w odległości trzystu pięćdziesięciu mil, w departamencie Antioquia, i prawdopodobnie — jak wszyscy, do których dotarły wiadomości — w pierwszej chwili był wzburzony brutalnością akcji, której celem było w rzeczy samej jedynie odzyskanie pieniędzy pochodzących z rabunku, a która kosztowała życie tak wielu ludzi. Kiedy się jednak nad tym głębiej zastanowił, bezlitosne metody, jakie zastosowano w operacji, wzbudziły w nim nawet pewien podziw. Tego rodzaju działania imponowały mu. Wkrótce dowiedział się jednak także o śmierci młodej kobiety i o dziecku, które znajdowało się w jednym z domów. Escobara połączył z nią przelotny flirt, wiedział, że dziecko to jego syn, który po akcji gdzieś zniknął. Co sobie wtedy pomyślał? Jak się poczuł, kiedy wreszcie dotarła do niego informacja, kto zabrał jego syna na pokład helikoptera? Wtedy nie zdawał sobie z tego sprawy, ale jego życie miało się ogromnie zmienić, właśnie z powodu syna.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki