Sylvia Plath. Dzienniki 1950-1962 - Sylvia Plath - ebook

31 osób właśnie czyta

Opis

Kompletny zbiór dzienników Sylvii Plath obejmujący dwanaście ostatnich lat jej życia.

W wieku dziewięciu lat Sylvia Plath otrzymała od matki pierwszy dziennik i odtąd aż do samobójczej śmierci w lutym 1963 przelewała na papier wszystkie codzienne zmartwienia, lęki i namiętności, kreśląc tym samym wyjątkowy autoportret. Ten niezwykle intymny obraz pozwala lepiej zrozumieć Plath i jej twórczość, a szczególnie wiersze składające się na tomiki Kolos i Ariel. To właśnie dzieła stworzone w ciągu ostatnich siedmiu miesięcy życia zapewniły Plath miano jednej z największych poetek XX wieku.

To wydanie zawiera dwadzieścia trzy zeszyty pochodzące z lat 1950–1962, pochodzące z archiwów Smith College, a także tekst dwóch notesów rozpieczętowanych przez Hughesa tuż przed jego śmiercią w roku 1998. Mamy tu więc okres studiów w Smith College, przerwany w 1953 załamaniem nerwowym, pierwszą próbą samobójczą i hospitalizacją w szpitalu psychiatrycznym oraz czasy nauki w Cambridge. Poznajemy kulisy małżeństwa z Tedem Hughesem, rozpoczęcia kariery akademickiej i szybkiego porzucenia jej na rzecz pisarstwa. W okresie bostońskim Plath dołączyła do literatów skupionych wokół Roberta Lowella, a ostatnie dwa lata spędziła w Anglii. Wszystko to zostało uzupełnione archiwalnymi zdjęciami i rysunkami samej poetki.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1342

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału THE JOURNALS OF SYLVIA PLATH
Przekład JOANNA URBAN, PAWEŁ STACHURA
Wydawca ADAM PLUSZKA
Redaktorka prowadząca AGNIESZKA RADTKE
Opracowanie, wstęp i przypisy KAREN V. KUKIL
Korekta MAŁGORZATA KUŚNIERZ, JAN JAROSZUK
Projekt okładki i stron tytułowych ANNA POL
Opracowanie graficzne i typograficzne, łamanie | manufaktu-ar.com
Wiersze na stronach 37–39, 71–76, 652 i 653 przełożył ADAM PLUSZKA
Materiał ilustracyjny na stronach 13, 14–15, 214, 268, 270, 280, 302, 318, 320, 340, 470, 490, 606, 690 i 714 – © Smith College. Na stronie 212 – fot. Bachrach 1924 / Smith College Special Collections / © Auarelia S. Plath. Na stronie 766 – © Emory University / Smith College
Zdjęcie wykorzystane na okładce © Everett Collection / East News
Copyright © The Estate of Sylvia Plath, 2000 Preface, notes and edition by © Karen V. Kukil, 2000 Copyright © for the translation by Joanna Urban & Paweł Stachura Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2019
Warszawa 2019
Wydanie pierwsze w tej edycji
ISBN 978-83-66335-34-9
Wydawnictwo Marginesy Sp. z o.o. ul. Mierosławskiego 11A 01-527 Warszawa tel. 48 22 663 02 75 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

PRZEDMOWA

Lektura pełnego wydania dzienników Sylvii Plath pozwala nam bezpośrednio poznać ich autorkę. Plath zaczęła pisać pamiętnik w wieku lat jedenastu i praktykowała ten zwyczaj aż do swojej śmierci w wieku lat trzydziestu. Wydanie zawiera jej dzienniki z lat 1950–1962, pisane, gdy była już osobą dorosłą. Teksty tu prezentowane to dokładne i kompletne opracowania dwudziestu trzech oryginalnych rękopisów i maszynopisów znajdujących się w Kolekcji Sylvii Plath (Sylvia Plath Collection) Smith College w Northampton w stanie Massachusetts. Zbiór ten dokumentuje studenckie lata Plath w Smith College i Newnham College w Cambridge, okres jej małżeństwa z Tedem Hughesem i dwa lata spędzone na nauczaniu i pisaniu w Nowej Anglii. Dodatkowo dołączono do wydania fragmenty dzienników z lat 1960–1962.

W roku 1981, kiedy to Smith College sprowadził wszystkie rękopisy i maszynopisy pozostające do tej pory własnością majątku Plath w Anglii, dwa z dzienników w archiwum zostały opieczętowane przez Teda Hughesa i przeznaczone do otwarcia 11 lutego 2013 roku. Zostały one napisane pomiędzy sierpniem 1957 a listopadem 1959 roku i zawierają relacje z przebiegu pracy zawodowej Plath z okresu, gdy wykładała w Smith College, opisują także rok spędzony na pisaniu w Bostonie i prywatne sesje terapeutyczne z Ruth Beuscher. Oba dzienniki zostały rozpieczętowane przez Teda Hughesa na krótko przed jego śmiercią w roku 1998 i w obecnym wydaniu są prezentowane po raz pierwszy w całości.

W tej edycji brak dwóch dzienników, prowadzonych przez Plath w ciągu ostatnich trzech lat życia, jak twierdzi Ted Hughes w swoim wstępie do Journals of Sylvia Plath, zredagowanych przez Frances McCullough (Dial Press, New York 1982), jeden z nich „znikł”. Do tej pory nie został odnaleziony. Drugi, którego ostatni wpis został dokonany na trzy dni przed samobójstwem Plath, zniszczył sam Hughes.

Celem nowej edycji dzienników Sylvii Plath jest dostarczenie kompletnego tekstu odpowiadającego prawdzie historycznej. Rękopisy i maszynopisy ze Smith College zostały przygotowane do druku tak, aby w jak najmniejszym stopniu różniły się od oryginałów. Zachowane zostały ostateczne wersje dzienników, a wszelkie fragmenty przez Plath usunięte lub poprawione opisane są w przypisach. Ortografię, interpunkcję i gramatykę autorki, w tym także jej błędy, zachowano i pozostawiono bez komentarzy ze strony wydawcy[1]. W istocie nie dokonano w tym wydaniu żadnych poprawek ani cięć. Wszelkie widoczne w tekście pominięcia są wyłącznie autorstwa Sylvii Plath. Zachowano także wszelkie dodatki do tekstu, w tym charakterystyczne dla Plath podkreślenia, nie skopiowano jednakże pierwotnego układu stron. Szczegółowe opisy fizycznych cech dzienników znajdują się w przypisach[2].

Osiem głównych dzienników, napisanych w latach 1950–1959, stanowi trzon obecnego wydania i pojawia się w kolejności chronologicznej. Piętnaście notatników i zbiorów zapisków, pochodzących z lat 1951–1962, ułożono chronologicznie pod nazwą dodatki. Należy nadmienić, że część dzienników i notatników była prowadzona w tym samym czasie, a więc pokrywa się ze sobą. Ogólne informacje biograficzne umieszczono na stronach tytułowych kolejnych ośmiu głównych dzienników. Kilka not redakcyjnych, pojawiających się w nawiasach kwadratowych, skierowuje czytelnika do odpowiednich fragmentów w dodatkach. Uwagi te są jedynymi dopiskami niepochodzącymi od autorki dzienników. Zrobiono wszystko, aby zapewnić czytelnikowi bezpośredni dostęp do prawdziwych słów Sylvii Plath, pozbawionych wszelkich komentarzy czy interpretacji.

Aby nie zakłócać płynności tekstu, odnośniki wyjaśnione są pod koniec dzienników i dodatków[3]. Zastosowano je między innymi za każdym razem, gdy ważne miejsca, członkowie rodziny, przyjaciele i osoby związane z życiem zawodowym Plath są wspominane po raz pierwszy. Opisano w nich także wszelkie autorskie dopiski, różnice czcionki i inne specyficzne cechy fizyczne dzienników, zwłaszcza te, które mają wpływ na znaczenie tekstu. Nie uwzględniono jednak drobiazgów z marginesów, takich jak „ptaszki” i wykrzykniki. W razie potrzeby przywoływane są inne rękopisy znajdujące się w Smith College bądź gdzie indziej.

Karen V. Kukil

NOTA OD WYDAWCY AMERYKAŃSKIEGO

W ostatnich latach swojego życia Ted Hughes pracował nad publikacją pełnej wersji dzienników Sylvii Plath zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w Ameryce. W roku 1997 przekazał nadzór nad owym projektem swoim dzieciom, Friedzie i Nicholasowi, którzy byli już od pewnego czasu właścicielami praw autorskich. Aby ukończyć projekt, Hughes zarządził ujawnienie opieczętowanych uprzednio przez siebie dzienników.

Frieda i Nicholas powierzyli zadanie zredagowania książki Karen Kukil, kustoszowi działu rzadkich książek w Smith College, w stanie Massachusetts. Projekt był kontynuowany pod auspicjami Teda Hughesa do jego śmierci w październiku 1998 roku i został ukończony w grudniu 1999 roku.

Dzienniki Sylvii Plath

DZIENNIK

lipiec 1950 – lipiec 1953

Sylvia Plath urodziła się 27 października 1932 roku o godzinie 14.10 w Bostonie, w stanie Massachusetts, jako córka Ottona i Aurelii Schober Plath. Jej brat Warren urodził się 27 kwietnia 1935 roku. Mieszkali pod numerem 24 na Prince Street w Jamaica Plain do roku 1936, kiedy to rodzina przeniosła się do Winthrop, na Johnson Avenue, numer 90. Otto Plath zmarł 5 listopada 1940 z powodu komplikacji wywołanych cukrzycą. W 1942 roku Sylvia Plath przeprowadziła się z matką, bratem i rodzicami matki do Wellesley w stanie Massachusetts, na Elmwood Road 26.

Sylvia Plath rozpoczęła pisanie tego dziennika podczas letnich wakacji 1950 roku, poprzedzających jej wyjazd do Smith College w Northampton, w stanie Massachusetts. Niektóre fragmenty zaczerpnięte zostały z jej listów do przyjaciół. Plath miała ukończyć studia w roku 1954, ale uczyniła to dopiero w czerwcu 1955 roku, z powodu opuszczenia semestru jesienią 1953 roku.

.

[Plath zaczęła prowadzić dziennik w wieku jedenastu lat. Jej pierwsze dzienniki i pamiętniki, napisane w latach 1944–1949, stanowią część Kolekcji Sylvii Plath (Sylvia Plath Collection) w Lilly Library Indiana University w Bloomington, w stanie Indiana. W zbiorach owej kolekcji znajduje się również osiem dzienników i terminarzy, zapisanych od stycznia 1951 do lipca 1957 roku, a także dwa albumy z wycinkami ze szkoły średniej i college’u.]

.

[Rękopis na liniowanym papierze oprawiony w czarno-czerwone płótno, z wytłoczonymi na grzbiecie złotymi literami: LAW / NOTES / 6-L / COOP. Paginacja: 432 ponumerowane strony (strony 421–432 puste); 20,5 × 25,7 cm.]

Pieśń zaranna

Louis Macneice

Wgryzałem się w życie jak w kwaśne jabłko,

Gram nim jak pionkiem i jest jak trzeba.

Czegóż mam potem oczekiwać, skoro

Palcami poznałem już błękit nieba?

Nie zmierzchu bogów, lecz wśród cegieł brzasku

I gazeciarzy „nowa wojna” wrzasku.

„Zaczynamy żyć dopiero wtedy, gdy stwierdzamy, że życie to tragedia...”

W.B. Yeats

„Trzymaj się teraźniejszości, tego tu, przez które cała przyszłość przelewa się do przeszłości...”

James Joyce [Ulisses, przeł. M. Słomczyński]

1.

Lipiec 1950 – Może nigdy nie będę szczęśliwa, ale dziś wieczorem jestem zadowolona. Pusty dom, ciepłe otumanienie po dniu rozsadzania truskawek w słońcu, szklanka zimnego, słodkiego mleka i płaski talerz jagód w śmietanie – nic więcej. Teraz wiem, jak ludzie potrafią żyć bez książek, bez uczelni. Kiedy człowiek jest tak zmęczony pod koniec dnia, że musi iść spać, a następnego ranka czeka jeszcze więcej sadzonek, i żyje w ten sposób cały czas, blisko ziemi. W takich chwilach głupio by było prosić o więcej...

...

2.

Ilo[4] zapytał mnie dziś, kiedy pracowaliśmy na polu truskawek: „Czy lubisz malarzy renesansowych? Rafaela, Michała Anioła? Kiedyś skopiowałem kilka obrazów Michała Anioła. A co myślisz o Picassie... tych malarzach, którzy udają, że koło i zwisająca z niego deseczka to noga?”. Pracowaliśmy na sąsiadujących ze sobą grządkach, przez chwilę milczał, a potem nagle znów zaczął mówić, ze swoim twardym niemieckim akcentem. Miał opalone, krępe, muskularne ciało i jasne włosy schowane pod białą chusteczką owiniętą wokół głowy. „Czy lubisz Frankha Sinatrę – spytał. – Taki zentymentalny, taki rhomantyczny, taki jak w księżycową noc, ja?”

...

3.

– Niebieskawa smuga światła nagle pojawiła się na podłodze pustego pokoju. A ja wiedziałam, że było to światło księżyca, nie latarni ulicznej. Czy jest coś bardziej cudownego w taką noc niż bycie dziewicą, czystą, nietkniętą i młodą?... (bycie zgwałconą)[5].

...

4.

– Dzisiejszy wieczór okropny. Pomieszanie wszystkiego: sztuki Kanin Goodbye My Fancy, młodzieńczej chęci bycia, jak bohaterka, reporterką w okopach, bycia kochaną przez mężczyznę, który mnie podziwia i który rozumie mnie tak dobrze, jak ja siebie rozumiem. Do tego jeszcze Jack, który próbował być miły, a ja go zraniłam, mówiąc, że chce mnie tylko zaliczyć. Była kolacja w eleganckim lokalu za miastem, wszędzie góry pieniędzy. A potem ta płyta... ta tak dobra do tańczenia. Nie przypomniałam jej sobie aż do momentu, gdy Louis Armstrong zaczął śpiewać głosem ochrypłym od żalu: „Obleciałem samolotem świat cały, rewolucje w Hiszpanii zduszałem, wyznaczałem mapy Arktyki... ale wciąż brak mi taktyki, by zdobyć cię”. Jack zapytał: „Słyszałaś to przedtem?”. Więc uśmiechnęłam się: „Pewnie”. To był Bob[6]. I wszystko było dla mnie jasne - - -  szalona płyta i te nasze długie rozmowy, jego słuchanie i zrozumienie. I wiedziałam, że go kocham.

...

5.

– Wieczorem widziałam Mary. W tłumie ludzi wychodziliśmy z Jackiem z teatru, a ona przemykała się w drugą stronę w ciemnoniebieskiej kurtce. Ledwie ją rozpoznałam, miała spuszczone oczy i makijaż. Ale była piękna. „Wszędzie cię szukałam – powiedziałam – Mary! Zadzwoń do mnie, napisz!” Uśmiechnęła się, trochę jak ta Mary, którą znałam kiedyś, i poszła dalej. Wiedziałam, że nigdy nie będę mieć takiej przyjaciółki jak ona. Wychodziłam się bawić w białej sukni, w białym płaszczu, z bogatym chłopakiem. I nienawidziłam siebie za swoją hipokryzję. Kocham Mary. Betsy to tylko zabawa; histeryczna zabawa. Mary to dla mnie... dziewczyna, którą bym była, gdybym urodziła się we włoskiej rodzinie na Linden Street[7]. Jest w niej witalność, jest modelką dla artysty, życiem. Bywa niegrzeczna, nie można na niej polegać i znaczy dla mnie więcej niż te wszystkie ładne, bogate, sztuczne dziewczęta, które spotykam. Może to moje ego. Może pragnę mieć kogoś, kto nigdy nie będzie dla mnie rywalką. Ale z nią mogę być szczera. Mogłaby być prostytutką, a ja nic bym sobie z tego nie robiła; nigdy nie wyrzeknę się jej jako przyjaciółki...

...

6.

– Dziś pierwszy sierpnia. Gorąco, parno i mokro. Pada. Kusi mnie, żeby napisać wiersz. Ale pamiętam, co było napisane na jednym z zawiadomień o odrzuceniu mojego maszynopisu: przy silnych opadach wiersze pod tytułem Deszcz spływają powodzią z całego kraju.

7.

– Kocham ludzi. Wszystkich. Myślę, że kocham ich jak filatelista kocha swoją kolekcję znaczków. Każda historia, każde wydarzenie, każda rozmowa to dla mnie materiał. Moja miłość nie jest bezosobowa, ale też nie jest całkowicie subiektywna. Chciałabym być każdym, kaleką, umierającym, dziwką, a potem wrócić do siebie, żeby napisać o swoich myślach, emocjach jako ta osoba. Ale nie mam wszechwiedzy. Muszę przeżyć własne życie, to jedyne, jakie mi dano. Ale przecież nie można wciąż patrzeć na własne życie z obiektywną ciekawością...

...

8.

– Dla mnie teraźniejszość to jest zawsze, a zawsze wciąż przesuwa się, płynie, topnieje. Ta teraz sekunda jest całym życiem, a gdy minie, umiera. Nie można jednak co sekundę zaczynać od nowa. Trzeba decydować, sądząc po tym, co umarło. To jak ruchome piaski... beznadziejne od samego początku. Czyjaś historia, obraz mogą do pewnego stopnia odnowić wrażenie, ale to nie starczy, nie starczy. Nic nie jest prawdziwe oprócz teraźniejszości, a ja już czuję przytłaczającą mnie masę stuleci. Jakaś dziewczyna, sto lat temu, żyła kiedyś tak jak ja. Jest martwa. Jestem teraźniejszością, ale wiem, że też przeminę. Szczytowy moment, wielki błysk, pojawiają się i zaraz znikają niekończące się lotne piaski. A ja nie chcę umierać.

...

9.

– O niektórych rzeczach trudno pisać. Kiedy coś ci się przydarzy, idziesz o tym napisać i albo dramatyzujesz, albo opisujesz lekceważąco, przesadnie podkreślasz to, co złe, albo ignorujesz to, co ważne, w każdym razie nigdy nie opiszesz tego tak, jak byś chciała. Właśnie usiadłam, żeby opisać, co mi się przydarzyło dziś po południu. Nie mogę powiedzieć matce[8]; w każdym razie jeszcze nie teraz. Była u mnie w pokoju, kiedy wróciłam, i przerzucając ubrania, nawet nie wyczuła, że coś się stało. Wciąż tylko zrzędziła i gadała i tak dalej, więc nie mogłam jej zatrzymać, żeby jej powiedzieć. Nieważne, jak się o tym dowie, muszę to opisać.

Na farmie[9] padało przez całe popołudnie, było zimno i mokro. Przykryłam włosy wzorzystą jedwabną chustką, a na koszulę włożyłam czerwoną kurtkę z ortalionu. Całe popołudnie przepracowałam przy fasoli i zebrałam ponad trzy buszle[10]. Była już piąta, więc ludzie zbierali się i ja też czekałam przy samochodach na podwiezienie do domu. Właśnie przyszła Kathy i wsiadając na rower, zawołała: „Ilo idzie!”.

Spojrzałam i w samej rzeczy szedł w swojej starej koszuli koloru khaki i białej chustce, którą zawsze nosił na głowie. Od czasu, jak pracowaliśmy razem na polu truskawek, często rozmawialiśmy, dał mi też rysunek farmy narysowany pewnie i szczegółowo. Ostatnio szkicował jednego z chłopaków.

Więc zawołałam:

– Skończyłeś już rysunek Johna?

– Ach, ja, ja. – Uśmiechnął się. – Chodź zobacz, ostatnia szansa.

Obiecał, że pokaże mi, gdy skończy, więc go dogoniłam. Szedł do stodoły, gdzie mieszkał. Po drodze minęliśmy Mary Coffee. Czułam, że patrzy na mnie jakoś dziwnie i nie chce spojrzeć mi w oczy.

– Cześć, Mary – odezwał się Ilo.

– Cześć, Ilo – powiedziała Mary dziwnie beznamiętnym głosem.

Minęliśmy Ginny, Sally i grupę dzieci chowających się przed deszczem w szopie na traktor. Zaczęły krzyczeć i wyśpiewywać: „Ach, Sylvia!”. Spiekłam raka.

– Czemu mi dokuczają? – zapytałam. Ilo tylko się zaśmiał, szedł bardzo szybko.

– Zaraz wracamy do domu – krzyknął Milton z umywalni.

Skinęłam mu i poszłam dalej, spuściwszy wzrok. Doszliśmy do stodoły. Była wielka, wysoka, pachniała końmi i mokrym sianem. Panował tu półmrok, wydawało mi się, że widzę czyjąś postać za przegrodami dla koni, ale nie byłam pewna. Ilo bez słowa zaczął wspinać się na wąskie drewniane schody.

– Mieszkasz tam? Tak wysoko?

Wspinał się dalej, więc poszłam za nim, lecz zawahałam się na samej górze.

– Wejdź, wejdź – powiedział, otwierając drzwi swojego pokoju. Wewnątrz zobaczyłam ten rysunek. Weszłam do środka. Była to wąska klitka z dwoma oknami, stołem pełnym przyborów do rysowania i pryczą przykrytą czarnym kocem. Na stoliku z radiem leżały pomarańcze i stał dzban mleka.

– Proszę. – Podniósł rysunek: dobry ołówkowy szkic głowy Johna.

– A niech mnie! Jak to zrobiłeś? Brzegiem ołówka?

Wtedy nie zwróciłam na to uwagi, ale teraz pamiętam, że Ilo zamknął drzwi i włączył głośno muzykę z radia.

Mówił bardzo szybko, pokazując mi ołówek.

– Widzisz, tu się wyciąga rysik, tak daleko, jak chcesz. – Czułam wyraźnie jego bliskość, śmiało patrzył na mnie niebieskimi oczami. Były przerażająco blisko i patrzyły na mnie wesoło.

– Muszę już iść, będą na mnie czekać – powiedziałam. – Rysunek jest bardzo ładny.

Uśmiechając się, stanął pomiędzy drzwiami a mną. Ruch. Jego ręka objęła me ramię i nagle jego usta znalazły się przy moich, twarde, gwałtowne. Wcisnął język między moje wargi i otoczył mnie żelaznym uściskiem.

– IIo! Ilo! – Nie wiem, czy krzyczałam, czy szeptałam, próbując się uwolnić. Moje ręce dziko i bezskutecznie walczyły z jego siłą. W końcu puścił mnie i odsunął się, a ja położyłam dłoń na ciepłych i obolałych od pocałunku ustach. Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, jakby z zaskoczeniem i rozbawieniem, gdy zobaczył, że płaczę i boję się. Nikt mnie przedtem tak nie całował. Stałam tak, ogarnięta tęsknym, elektrycznym drżeniem.

– No już, już – mruknął, starając się mnie uspokoić. – Dam ci wody.

Nalał mi szklankę, wypiłam. Potem otworzył drzwi, a ja, potykając się, zeszłam po schodach. Ze spuszczonym wzrokiem minęłam Maybelle i Roberta, murzyńskie dzieci, które wołały mnie sepleniącymi głosikami, i Mary Lou, ich milczącą ciemnoskórą matkę, która stała dalej.

Wyszłam na dwór. Zza stodoły wyjechała ciężarówka - - -  to Bernie, ten okropny, umięśniony, niski chłopak z umywalni. W jego błyszczących oczach malowała się złośliwa satysfakcja. Jechał szybko i nie mogłam go dogonić. Czy był w stodole? Czy widział, jak Ilo zamyka drzwi? Jak ja wychodzę? Chyba musiał widzieć.

Minęłam umywalnię i poszłam do miejsca, gdzie stały samochody. „Czemu płaczesz?” – krzyknął Bernie. Nie płakałam. Traktorem nadjechali Kenny i Freddy, a grupa chłopaków, idących do domu, gapiła się na mnie z błyskiem w oczach. „Pocałował cię?” – zapytał jeden z nich, uśmiechając się porozumiewawczo.

Było mi niedobrze. Nie chciałam z nikim rozmawiać, nie mogłabym się odezwać. Głos uwiązł mi w gardle jak coś gęstego i włochatego.

Pan Tompkins podszedł do dystrybutora, żeby popatrzeć, jak Kenny i Freddy uruchamiają swój stary samochód. Starali się być mili, ale wiedzieli. Wszyscy wiedzieli.

– Idzie nasza ślicznotka – powiedział Kenny.

– Ślicznotka, anielica! – dodał Kenny.

Stałam tak, z założonymi rękami, patrząc na obracający się silnik i uśmiechając się jak gdyby nigdy nic.

W drodze powrotnej Milton siedział obok mnie na tylnym siedzeniu, a David i Andy z przodu. David kierował. Wszyscy spoglądali na mnie z tym błyskiem tańczącym w oczach. David odezwał się bezbarwnym, sztucznie spokojnym głosem.

– Wszyscy was widzieli z umywalni, jak szliście do stodoły. Nabijali się.

Milton zapytał o szkic, więc porozmawialiśmy trochę o sztuce rysunku. Wszyscy byli tacy mili. Myślę, że z ulgą dowiedzieliby się, że ledwie, ale jednak uciekłam. Oczekiwali też pewnie, że będę płakać. Ale wiedzieli, wszyscy wiedzieli.

A teraz jestem w domu. Jutro muszę stawić czoło wszystkim na farmie. Boże mój, przecież to mógłby być sen, teraz prawie wierzę, że to był sen. Jutro będą mnie obgadywać i chciałabym umieć obrócić to wszystko w żart, dać ciętą odpowiedź, ale za bardzo się boję. Gdyby tylko mnie nie pocałował – teraz będę musiała kłamać, że nie. Ale oni i tak wiedzą, wszyscy wiedzą. Co mogę zrobić przeciw tylu ludziom...?

...

10.

– Dziś rano poszłam wyrwać dwa zęby mądrości z lewej strony. Weszłam do gabinetu o dziewiątej. Szybko, czując nieuchronność przeznaczenia, usiadłam na fotelu, rozejrzawszy się przedtem ukradkiem wokoło w poszukiwaniu typowych narzędzi tortur, na przykład młota pneumatycznego albo maski przeciwgazowej. Niczego takiego nie było. Lekarz założył mi śliniak, oczekiwałam, że zaraz włoży mi w usta jabłko i posypie głowę pietruszką, ale nie. Zapytał tylko: „Gaz czy nowokaina?”. (Gaz czy nowokaina. He, he! Pani zobaczy, co mamy na składzie: śmierć od ognia lub wody, od pocisku lub od stryczka. Wszystko dla naszych klientów). „Gaz”, powiedziałam zdecydowanym głosem. Pielęgniarka podeszła od tyłu i założyła mi gumową maskę na usta i nos. Poczułam rurki pijące mnie w policzek, co było przyjemne. „Proszę spokojnie oddychać”. Gaz sączył się, dziwnie słodki i mdły. Starałam się nie opierać jego działaniu. Dentysta włożył mi coś do ust i gaz zaczął wpływać, łapałam go wielkimi haustami. Wpatrywałam się w lampę, światło zadrgało i rozpadło się na malutkie kawałeczki. Jakby cała konstelacja rozjarzonych punkcików ułożyła się w drgający łuk. Drgał najpierw powoli, potem coraz szybciej. Coś tłoczyło powietrze do mych płuc, wydając świszczący dźwięk przy wydechu. Sama nie musiałam już oddychać. Czułam, że usta wykrzywia mi uśmiech. Więc tak to wygląda... to takie proste, nikt mi nie mówił. Musiałam o tym napisać, opisać, jak to jest, zanim stracę przytomność. Wydawało mi się, że moja prawa dłoń była zakończeniem łuku, jakby bieguna i gdy tylko próbowałam ułożyć dłoń do pisania, łuk kołysał się z powrotem, coraz szybciej. Sprytnie to zrobili, pomyślałam. Nie dadzą tego nawet zapisać, to uczucie musi pozostać tajemnicą. Nagle znalazłam się na statku piratów, zza koła sterowego wpatrywał się we mnie kapitan, obracając je od czasu do czasu. Wokół wznosiły się kolumny czarnych i zielonych liści, a kapitan wołał: „Proszę zamknąć, tylko spokojnie, spokojnie”. A potem przez żaluzje wtargnęło światło i odetchnęłam ciężko, wypełniając płuca powietrzem. Zobaczyłam swoje stopy i ramiona, całą siebie. Desperacko spróbowałam wrócić do swojego ciała... ale do mych stóp było tak daleko. Podniosłam ręce do twarzy; trzęsły się. Już koniec... do następnej soboty. –

...

11.

Emile. Oto jego imię. Co mam powiedzieć? Że odwiedził mnie o dziewiątej w sobotni wieczór, że wciąż byłam słaba po wyrwaniu dwóch zębów mądrości rano. I mogę powiedzieć, że poszliśmy na podwójną randkę na tańce w barze Ten Acres, że wypiłam pięć szklanek, przez cały wieczór, do dna, żółtej lemoniady imbirowej, a inni pili piwo. Ale nie o to chodzi. Zupełnie. Było tak: ubierałam się powoli, kremowałam, perfumowałam, pudrowałam, siedząc na górze w półmroku deszczowego popołudnia, podczas gdy reszta rodziny była z gośćmi na werandzie, śmiali się i rozmawiali. Oto ja, pomyślałam, amerykańska dziewica, ubrana, żeby uwodzić. Wiem, że wychodzę, by spędzić wieczór pełen seksualnych przyjemności. Chodzimy na randki, zabawiamy się i jeśli jesteśmy grzeczne, w pewnym momencie odmawiamy. Tak to jest. Poszliśmy we czworo do tego baru i usiedliśmy razem. E. i ja musieliśmy przełamać pierwsze lody, więc zaczęliśmy rozmawiać - - -  o pogrzebie, na którym był rano, o jego dwudziestoletnim kuzynie, który złamał kręgosłup i będzie przez całe życie sparaliżowany, o jego siostrze, która zmarła na zapalenie płuc, kiedy miała dwanaście lat.

– O Boże, ale ponure tematy – wzdrygnął się, a potem nagle dodał: – Wiesz, co zawsze mi się podobało... to znaczy chciałem, żeby mi się podobało? Czarne oczy i włosy blond.

Więc zaczęliśmy rozmawiać o błahych rzeczach, na przykład o tym, jak słowa tracą znaczenie, gdy się je w kółko powtarza, albo że wszyscy Murzyni wyglądają podobnie i rozróżniamy ich dopiero po bliższym poznaniu, albo jak to lubimy mieć tyle lat, ile teraz mamy.

– Żal mi Warriego – powiedział, patrząc na drugiego chłopca. – Ma dwadzieścia dwa lata, skończył Amherst i będzie musiał pracować przez resztę życia. Jak sobie pomyślę... Jeszcze tylko dwa lata na uczelni!

– Wiem, zawsze bałam się kolejnych urodzin.

– Wyglądasz na starszą, niż jesteś.

– Nie rozumiem – odpowiedziałam – jak ludzie mogą znieść starość. Wnętrzności wysychają. A kiedy jest się młodym, można polegać na sobie. Niepotrzebna jest nawet religia.

– Nie jesteś przypadkiem katoliczką? – zapytał tak, jakby było to mało prawdopodobne.

– Nie, a ty?

– Tak – odpowiedział przytłumionym głosem.

Potem gadaliśmy jeszcze trochę o niczym, bardziej zajęci śmiechem, znaczącymi spojrzeniami i niewypowiedzianym fizycznym napięciem, które dodaje uroku każdemu podbojowi. Atmosfera emanowała męskością, a ja w takim klimacie czuję się najlepiej. Tego wieczora Emile miał w sobie to coś, odrobinę powagi, jakiś magnetyzm, chemię, przystającą jak ulał do mojego nastroju. Ma ładną twarz, ciemne włosy i oczy z wielkimi źrenicami; potrafi się tak nagle uśmiechnąć w jedną stronę, ma prosty nos i ładnie ukształtowaną brodę. Jest przystojny, ma małe wrażliwe ręce. Wiedziałam, że to właśnie tak się stanie. Na parkiecie przytulał mnie mocno, tak że czułam jego twardy członek i ocierałam się o jego tors piersiami. Coś jakby ciepłe wino przepływało przeze mnie, jak przytłumiona, elektryzująca senność. Przyciskał twarz do mych włosów, całował mnie w policzek.

– Nie patrz na mnie, byłem przedtem na basenie, jestem mokry i gorący.

(O rany, wiedziałam, że tak będzie). Wpatrywał się we mnie pytającym wzrokiem i nasze spojrzenia się spotkały. Dwa razy zapadłam się w jego ramiona, tonęłam, aż odwrócił wzrok. O północy, w drodze do domu Warriego, całował mnie, pamiętam jego wilgotne i delikatne usta na swoich. U Warriego wypiliśmy więcej lemoniady i piwa i tańczyliśmy w półmroku na werandzie. Czułam ciepłe i twarde ciało Emile’a, kołyszące się do przodu i do tyłu w takt cichej, zmysłowej muzyki. (Taniec jest zazwyczaj preludium do stosunku; wszystkie te kursy tańca, kiedy byliśmy za mali, żeby zrozumieć, a teraz to).

Emile spojrzał mi nagle w oczy.

– Powinniśmy usiąść, wiesz?

Potrząsnęłam głową.

– Nie? – zapytał. – A może chcesz trochę wody? Może źle się czujesz?

(Dobrze się czuję, pewnie, że dobrze, dziękuję). Pokierował mną do kuchni, zimnej, wypełnionej zapachem linoleum i szumem deszczu za oknem. Usiadłam i sączyłam wodę, którą mi przyniósł, podczas gdy on stał nade mną i patrzył z góry. Jego rysy wyglądały obco w półmroku. Odstawiłam szklankę.

– Pospieszyłem się trochę – powiedział. – Może nie powinienem był od razu posuwać się tak daleko?

Wstałam i nagłe tuż przede mną pojawiła się jego twarz. Otoczył mnie ramionami. Odczekałam chwilę i odepchnęłam go.

– Ten deszcz jest dość przyjemny. Wystarczy posłuchać, żeby poczuć się lepiej wewnętrznie. Daje uczucie jedności z żywiołem – powiedziałam. Stałam oparta o zlew, a Emile tuż przy mnie, z roziskrzonymi oczami. Jego usta były tak zmysłowe i piękne.

– Masz mnie gdzieś – powiedziałam z rozmysłem. – Chcesz mnie tylko fizycznie.

Każdy chłopak by zaprzeczył, to znaczy każdy rycerski chłopak, każdy rycerski kłamca. Ale Emile potrząsnął mną i zaczął mówić gwałtownym głosem.

– Nie powinnaś była tego mówić, wiesz? Wiesz? Prawda zawsze rani.

(No proszę, nawet frazesy się czasem przydają).

Uśmiechnął się szeroko.

– Nie miej żalu. Ja nie mam. Odejdź od zlewu, zobacz.

Cofnął się i pociągnął mnie za sobą, a potem pocałował długo i słodko.

– No – powiedział, gdy mnie w końcu puścił. – Prawda nie zawsze rani, co nie?

I tak poszliśmy do domu. Lało jak z cebra. W samochodzie objął mnie ramieniem, oparł swoją głowę o moją i patrzyliśmy razem na sunące na nas, rozmyte i zamglone światła latarni. Kiedy potem biegliśmy w deszczu do drzwi, kiedy wszedł na chwilę, żeby napić się wody, kiedy pocałował mnie na pożegnanie, wiedziałam, że coś we mnie pożąda go, choć sama nie wiem dlaczego. Przecież on pali, pije, chodzi co chwila z inną dziewczyną, ale jednak... pożądałam go.

– Nie muszę chyba mówić, że było przyjemnie – powiedziałam w drzwiach.

– Było cudownie. – Uśmiechnął się. – Zadzwonię. Trzymaj się.

I poszedł. A teraz deszcz tłucze o szyby, a ja, jak Eddie Cohen[11], pytam: „...piętnaście tysięcy lat - - -  czego? Wciąż jesteśmy tylko zwierzętami”. Gdzieś, w swoim pokoju, Emile zasypia, słuchając deszczu. Bóg jeden wie, o czym on teraz myśli.

12.

. . .

– Czasami ogarnia mnie uczucie oczekiwania na coś, jakby coś pod powierzchnią świadomości czekało na uchwycenie. Podobnie dręczące uczucie towarzyszy, gdy ma się czyjeś imię na końcu języka, ale nie można go sobie przypomnieć. Czuję się tak, gdy myślę o istotach ludzkich, o śladach ewolucji takich jak usunięte mi zęby mądrości, zwężanie się szczęki, która nie musi już żuć tak dużo błonnika jak kiedyś, stopniowy zanik owłosienia na ludzkim ciele, przystosowanie się oka do czytania druku, do szybkich, kolorowych poruszeń dwudziestego wieku. To uczucie, mgliste i nieuchwytne, przychodzi, kiedy rozmyślam o długim dorastaniu naszego gatunku, o rytuałach narodzin, małżeństwa i śmierci, wszystkich tych barbarzyńskich ceremoniach, dostosowanych do naszych czasów. Niemal zdaje mi się, że pierwotna, bezrozumna, zwierzęca czystość była najlepsza. Ach, coś tam jest i czeka na mnie. Być może pewnego dnia doznam nagle objawienia i zobaczę drugą stronę tego monumentalnego, groteskowego żartu. I zaśmieję się wtedy. I zrozumiem, czym jest życie. –

...

13.

– Dziś w nocy chciałam wyjść na chwilę przed pójściem spać, bo w domu było tak cicho i duszno. W piżamie, ze świeżo umytymi włosami w lokówkach, zeszłam do drzwi i próbowałam je otworzyć. Zamek pstryknął tylko, gdy go przekręciłam, spróbowałam więc gałki, ale drzwi nie chciały się otworzyć. Poirytowana, spróbowałam przekręcić gałkę w drugą stronę, bez skutku. Znów przekręciłam zamek. Były tylko cztery możliwe kombinacje ustawień zamka i gałki, ale drzwi wciąż nie dawały się otworzyć, białe, obojętne, zagadkowe. Spojrzałam do góry. Przez okienko wysoko w drzwiach zobaczyłam kwadrat nieba, podziurawiony przez ciemne ostrza sosen rosnących po drugiej stronie ulicy. Za drzewami wisiał księżyc, niemal w pełni, świetlisty i żółty. Nagle straciłam oddech, zaczęłam się dusić. Byłam w pułapce, mamiona przez mały kwadrat nocy nad sobą, a ciepła, kobieca atmosfera domu otaczała mnie gęstym, puchowym, duszącym uściskiem. –

...

14.

– Od rana chandra. W nocy nie spałam dobrze, budziłam się, obracałam w łóżku. Miałam krótkie, bezsensowne, wstrętne sny. Obudziłam się z ciężką głową, z uczuciem, jakbym właśnie wyszła z basenu pełnego brudnej, ciepłej wody. Skórę miałam natłuszczoną, włosy sztywne i lepkie, a na dłoniach czułam jakby warstwę śluzowatego brudu. Do tego jeszcze to gęste, sierpniowe powietrze. Siedzę, czuję się jak gruda, coś mnie boli w szyi z tyłu. Czuję się tak, jakbym nigdy nie miała zmyć tej lepkiej, obrzydliwej błony ani grubej warstwy osadu na nieumytych zębach. –

...

15.

– Dziś wieczorem, przynajmniej na chwilę, ogarnął mnie wreszcie spokój. Wyszłam z domu stojącego po drugiej stronie ulicy krótko przed północą, chora z tęsknoty, samotna, zła na siebie. I nagle, jak cud, sierpniowa noc. Właśnie przestało padać i powietrze było aż gęste od wilgoci i ciepłej mgły. Księżyc w pełni, nabrzmiały światłem, wyglądał zza przesuwających się chmur. Przypominały szybujące kawałki układanki. Wydawało się, że nie ma wiatru, ale liście na drzewach drżały niespokojnie i wielkimi kroplami spadała z nich woda, która uderzając o chodnik, wydawała taki dźwięk, jakby ktoś szedł ulicą. Czuć było charakterystyczny zapach pleśni i gnijących liści. Wokół pary świateł nad frontowymi drzwiami, otoczonej obłoczkiem mgły, zrobiło się halo. Siatkowe drzwi zamykały drogę rojom delikatnych muszek, oślepionych i ogłupionych blaskiem. Błyskało, jakby ktoś bawił się światłem w teatrze. Głęboko w szczelinie kamiennych schodków dwa świerszcze śpiewały słodko i cicho, a ponieważ śpiewały pod drzwiami mojego domu, kochałam je. Podczas gdy gęste powietrze opływało mnie jak melasa, księżyc i światła latarni rzucały groteskowe cienie, które rozszczepiały się jak niebieskie, schizofreniczne widziadła i powtarzały się nieśmiało. –

...

16.

– W łazience na górze, białej, sterylnej, pachnącej ciepłem ciała i pastą do zębów, pochyliłam się nad umywalką i rozpoczęłam codzienny, bezmyślny rytuał higieny, ku czci błyszczących, chromowanych kurków i biegającego po nich światła. Ciepła – zimna; czystość w pachnących, zielonych kostkach; włosy wiją się jakby narysowane na białej emalii; kolorowe etykietki na buteleczkach i słoiczkach, niezawodne buteleczki na przeziębienie, niezawodne buteleczki na sen. A potem do łóżka, potencjalna płodność w powietrzu, zapach lawendy, zasłonki i ten ciepły, koci, piżmowy zapach, czekający, by cię przyjąć - - -  wszędzie odrętwiałe czekanie. A ty jesteś chodzącym przykładem tego wszystkiego. Z ciebie, przez ciebie, dla ciebie. Boże, czy to już wszystko, co jest? Mam tak zawsze lecieć korytarzem śmiechu i łez, obijając się o ściany? Uwielbienia i nienawiści do siebie? Chwały i obrzydzenia? –

...

17.

– Mała rzecz, jak dzieci wkładające mi we włosy kwiaty, może zabliźnić niczym balsam coraz bardziej jątrzące się rany na mojej pewności siebie. Zaniepokojona, przestraszona i niezadowolona siedziałam dziś na schodkach przed progiem, kiedy nadszedł Piotruś[12] (syn sąsiadów), chłopczyk o ptasiej twarzy, poważnych niebieskich oczach i wstydliwym, bladym uśmiechu. Razem z nim przyszła jego urocza siostra Libby, miała płowe warkoczyki i jędrne, wdzięcznie uformowane ciałko. Stali chwilę, wstydząc się, aż Piotruś zerwał białą petunię i włożył mi ją we włosy. Tak rozpoczęła się czarująca zabawa, podczas której ja siedziałam nieruchomo, a Libby biegała tam i z powrotem, przynosząc petunie, Piotruś zaś stał przy mnie, układając kwiaty. Zamknęłam oczy, by dokładniej czuć cudowne, delikatne rączki dziecka, układające kwiat za kwiatem w moich lokach.

– A teraz biała – seplenił cichutko i czule.

Różowa, karmazynowa, szkarłatna, biała... delikatny, stłumiony, duszący, słodki zapach petunii koił wszystkie moje rany. Coś w szczerych, niewinnych, niebieskich oczach, w pięknych ciałkach dzieci, w ulotnym zapachu umierających kwiatów poraziło mnie jak czyste i szybkie cięcie nożem. Krew miłości zaczęła wzbierać w mym sercu jak tępy ból.

...

18.

– Już nigdy go nie zobaczę i może to i dobrze. Wczoraj w nocy opuścił me życie na zawsze. Odczuwam mdlącą pewność, że to już koniec. Mieliśmy tylko dwie randki, potem spotkaliśmy się, kiedy przyszedł z chłopcami, i jeszcze raz tej nocy. Mimo to spodobał mi się za bardzo - - -  o wiele za bardzo i wyszarpnęłam go ze swego serca, żeby później nie bolało mnie to bardziej niż teraz. Tak, ma magnetyczny urok, można by się zakochać w samych jego oczach. Trzeba przyznać, że jego seksapil był nieodparcie silny. Chciałam go poznać - - -  myśli, ideały kryjące się za przystojną, pewną siebie, ironiczną maską.

– Zmieniłem się – powiedział mi, kiedy siedzieliśmy na werandzie. – Polubiłabyś mnie trzy lata temu. Teraz jestem spryciarzem.

Siedzieliśmy tak od kilku godzin, rozmawiając i patrząc przed siebie. Przyciąganie pomiędzy nami wzrastało, jego bliskość mnie elektryzowała.

– Nie widzisz – zapytał – że chcę cię pocałować?

Więc pocałował mnie żarliwie, z zamkniętymi oczami. Czułam jego rękę, jak łuk ognia wchodzący w mój brzuch.

– Chciałabym cię nienawidzić – powiedziałam.

– To dlaczego przyszłaś?

– Dlaczego? Chciałam twojego towarzystwa. Alby i Pete szli na mecz, a ja nie miałam na to ochoty. Warrie i Jerry chcieli się gdzieś napić, na to też nie miałam ochoty.

Było po jedenastej, wyszliśmy z werandy w chłodną, sierpniową noc.

– Chodź – powiedział – powiem ci coś na ucho. Lubię cię, ale nie za bardzo. Nie chcę nikogo polubić za bardzo.

Uderzyło mnie to i po prostu wygadałam się:

– A ja albo kogoś lubię za bardzo, albo w ogóle. Muszę głęboko, naprawdę głęboko zanurzyć się w drugiej osobie, żeby ją dobrze znać.

Stanowczym głosem odparł:

– Mnie nikt nie pozna.

A więc to był koniec.

– W takim razie żegnaj – odparłam. – Na zawsze.

Spojrzał na mnie twardym wzrokiem, uśmiechając się krzywo.

– Masz szczęście, dziecino, nawet nie wiesz, jakie szczęście.

Płakałam cicho, wykrzywiając twarz.

– Przestań płakać! – Jego słowa jak noże, a potem delikatne: – Gdybym cię już nie zobaczył, to życzę szczęścia w college’u.

– Życzę ci cholernie szczęśliwego życia – odparłam.

Odszedł po chodniku sprężystym krokiem, niezależny, a ja stałam tak, jak mnie zostawił, drżąc z miłości i tęsknoty, płacząc w ciemności. Trudno mi było zasnąć tamtej nocy.

...

19.

– Ktoś dziś zadzwonił do drzwi i okazało się, że to Piotruś, więc wyszłam na schodki i usiadłam z nim. Mogłabym tak siedzieć godzinami i słuchać jego paplania. Był zazdrosny o Boba, zapytał cicho ze ściśniętym gardłem:

– Kim był ten chłopiec przed twoim domem? Kogo lubi bardziej, Warrena[13] czy ciebie? – Na chwilę zamilkł, a potem dodał: – Powiedział do mnie „ty gówniarzu”. Gdybyś ty miała dziecko, to też byś mówiła na nie „gówniarz”? Nie jestem opalony – kontynuował. – To brud. Nie lubię koloru brudu, ale lubię czuć go na skórze. Czysta skóra jest nieprzyjemna, bo jest cała mokra.

Poszedł bawić się z Warrenem. Kiedy wróciłam do swego pokoju, usłyszałam hałas na zewnątrz. Piotruś wspiął się na gałąź klonu aż pod moje okno i strząsał liście. –

...

20.

Z listu do Eda – „Właśnie nadszedł twój list... Ten o twoim spacerze po mieście, o wojnie. Nie wiesz nawet, jak wielkie zrobił na mnie wrażenie. Mój anormalny strach, zwykle zdławiony i czający się na drugim planie, znów dał o sobie znać i chwycił mnie tak, że mam mdłości i nie mogłam nawet tknąć śniadania.

Spójrzmy prawdzie w oczy: boję się, boję się i jestem sparaliżowana strachem. Najbardziej boję się o siebie... stary, prymitywny instynkt przetrwania. Przez to żyję intensywnie, każdą chwilą. Wczoraj wieczorem, wracając z Bostonu, leżałam na tylnym siedzeniu samochodu i pozwalałam przesuwać się po mnie światłom latarni, muzyce z radia i odbiciu faceta, który kierował. Wszystko to przelatywało nade mną z krzykiem przeraźliwego bólu... pamiętaj, pamiętaj, to jest ta chwila, teraz, teraz i teraz. Przeżyj ją, poczuj, trzymaj się jej. Chcę w pełni uświadomić sobie istnienie rzeczy, których dotąd nie zauważałam. Kiedy czujesz, że to może być pożegnanie, ostatni raz, uderza cię to jeszcze bardziej.

Muszę sobie coś znaleźć. Chcę zatrzymać to wszystko, cały ten monumentalny, groteskowy żart, zanim będzie za późno. Tylko że pisanie wierszy i listów nie za bardzo pomaga. Wielcy ludzie są głusi; nie chcą słyszeć głosu kwilącego im pod ciężkim butem, kiedy przechodzą przez ulicę. Ed, pewnie to wszystko brzmi po wariacku. Bo chyba jestem szalona. Kiedy widzę matkę, dziecięcy symbol bezpieczeństwa i słuszności, płaczącą samotnie w kuchni; kiedy widzę swojego wysokiego brata, o rozmarzonych oczach, i myślę, że wszystkie jego naukowe uzdolnienia zostaną zduszone w zarodku, zanim będzie miał szansę je rozwinąć... wtedy, jak by to powiedzieć, dopada mnie to. –

...

21.

– Oto siedzę w głębokim, miękkim fotelu, a za oknem skrzypią, cykają i gwarzą świerszcze. Biblioteka, mój ulubiony pokój; na podłodze kamienna mozaika w kolorach starych książek... rdzawe, miedziane, złotopomarańczowe, szarobrązowe, kasztanowe kwadraty. Wokół wygodne fotele z kasztanowej skóry, która obłazi, ukazując śmieszny, żyłkowaty, różowy wzór pod spodem. Książki na półkach, wszystkie, jakie tylko potrzebujesz, by wypełnić czymś deszczowe dni; wyświechtane okładki spoglądają przyjaźnie. Siedzę tak z uśmiechem na ustach, snując, jak to ja, urywane myśli: „Kobieta jest tylko maszyną ekstazy, naśladowczynią Ziemi, od czubków kręconych włosów aż po czerwono lakierowane paznokcie”. Potem, wspominając gromadkę pięknych dzieci śpiącą na górze, myślę: „Czyż nie lepiej poddać się przyjemności rytmu rozrodu, spokojnej, pokrzepiającej obecności męża w domu?”. Pamiętam Liz, jej bladą twarz, delikatną jak popiół rozsypany na wietrze, jej szminkę na papierosie, którego paliła, jej pełne piersi pod obcisłą bluzką. Powiedziała mi: „Pomyśl tylko, jak bardzo będziesz mogła kiedyś uszczęśliwić mężczyznę”. Zgadzam się, myślę, jak dotąd idzie mi dobrze. Ale nagle jakby coś mi przeskakuje w głowie i widzę E., jak idzie na mecz, ogląda telewizję albo, powiedzmy, razem z chłopakami śmieje się głośno i beztrosko z jakiegoś świńskiego dowcipu, a wokół nich wszędzie leżą puszki po piwie i popielniczki. Więc wracam do siebie w tej bibliotece, chora z tęsknoty, płynę, tonę. Mam w sobie za dużo sumienia, żeby łamać obyczaje bez katastrofalnych skutków; mogę tylko stać przed tą barierą i zazdrościć, nienawidzić chłopaków, którzy mogą swobodnie, bez wątpliwości zaspokajać głód seksu i pozostać sobą, podczas gdy ja łażę na coraz to nowe randki, omdlewam z pożądania i zawsze wracam niespełniona. Aż mnie mdli od tego wszystkiego. –

...

22.

– Tak, byłam w tobie zadurzona; wciąż jestem. Nikt dotąd nie obudził we mnie tak wielkiej fizycznej wrażliwości. Rzuciłam cię, bo nie mogłam znieść tego, że jestem tylko przelotną zachcianką. Zanim oddam swoje ciało, muszę oddać myśli, rozum, marzenia. Ty nic z tego nie dostałeś. –

...

23.

– Tak bardzo rani ta gra w poszukiwanie partnera, te podchody, testy i próby. Nagle zdajesz sobie sprawę z tego, że zapomniałaś, że to gra, i odwracasz się ze łzami w oczach. –

...

24.

– Gdybym nie myślała, byłabym znacznie szczęśliwsza; gdybym nie miała narządów płciowych, to nie byłabym cały czas na skraju załamania nerwowego i łez. –

...

25.

– B. wraca do domu, będzie tylko dla mnie i choć na chwilę będę bezpieczna. Tak bardzo potrzebujemy takiego bezpieczeństwa! Tak bardzo potrzebujemy bratniej duszy, do której można się przywiązać, ciała, które nas ogrzeje. Odpocząć i zaufać komuś, powierzyć swoją duszę w zaufaniu: potrzebuję tego; potrzebuję kogoś, w kogo będę mogła się wlać, może mężczyzny. Jedno wiem, jeszcze takiego nie spotkałam... –

...

26.

– Po pewnym czasie może przyzwyczaję się do perspektywy małżeństwa i dzieci. Żeby tylko nie pochłonęło to moich marzeń o wyrażeniu siebie, pogrążając w oparach przytulności i zmysłowości. Małżeństwo na pewno jest formą wyrażenia siebie, ale chciałabym, żeby moja sztuka, moje pisarstwo nie były jedynie sublimacją popędu seksualnego, który wyschnie, gdy tylko wyjdę za mąż. Gdybym go znalazła... mężczyznę, który będzie inteligentny, a jednocześnie fizycznie pociągający i miły w obyciu. Skoro mogę zaoferować takie połączenie, to dlaczego nie mam go oczekiwać od mężczyzny? –

...

27.

– Działanie układu nerwowego jest rzeczywiście intrygujące i skomplikowane. Elektryczne sygnały telefonu przenikają mrowieniem ściany macicy; jego głos w słuchawce brzmi szorstko, obcesowo i intymnie, aż kurczą mi się jelita. Gdyby w popularnych piosenkach zamiast słowa „Miłość” było „Pożądanie”, byłyby bardziej prawdziwe. –

...

28.

– Tylko kilka uwag o wieczorze, który rozpoczyna kolejny etap mojego dorastania: tym razem obyło się bez bólu, bez namiętności, bez ran. Czułam w sobie kręgosłup opanowania. Muszę trzymać się wspomnienia tego wieczora, bo za trzy dni wyruszę w zupełnie nowy świat, w którym będę musiała przezwyciężyć zamęt i dylematy, aby odzyskać wewnętrzną równowagę. Dziś wieczorem byłam jednak panią sytuacji. Po filmie godzinami chodziliśmy z Bobem w tłumie po ulicach Bostonu. Nie rozmawialiśmy. Czułam się sama, ale jego obecność była jak eskorta... ktoś, kto prowadził mnie za rękę. Chłopiec, służył mi. Nie trzeba było się przekomarzać, za dobrze się na to znamy. Pozwoliłam światłom i twarzom przesuwać się przede mną. Pozwoliłam nerwom wystukiwać sygnały w moim mózgu. Pozwoliłam na wszystko. Neony, różowe, zielone, żółte, zapalały się i gasły w określonym rytmie, każdy w swoim własnym tempie. Razem wykrzykiwały synkopowaną rapsodię kolorów. Twarze; kawiarnie; prędkość światła, stalowe samochody. Pęd; ruch. Stój; jedź. Błysk; już. Stop; start. Pozwoliłam Bobowi się prowadzić, nie patrzyłam, przechodząc przez ulicę. Wpatrywałam się w mijających mnie ludzi. Czasem spoglądali mi w oczy, ale zaraz odwracali wzrok zmieszani, jazz synkopował z ulicznych kawiarni, a marynarze wyglądali jak statyści z musicalu w technikolorze. Samo kino, z którego wyszliśmy, było pałacem z rzędami kryształowych żyrandoli, puszystych dywanów i lśniących srebrnych luster. Szłam tak, narcystycznie kochając swoje odbicie w oknach wystaw, w chromie na samochodach, nałożone na wszystko, co mijaliśmy. Oto ja, wysoka, jasnowłosa, w zielonym płaszczu i czarnej marszczonej spódnicy z tafty. Przeszliśmy przez skwer do ogrodów publicznych. Światła zamieniły miejską noc w dziwny, sztuczny półmrok. Zatrzymaliśmy się na kamiennym mostku i pochyliliśmy nad zieloną metalową barierką. W stawie, na ciemnym i miękkim tle płaczących wierzb, odbijały się światła. Woda, po której dryfowały puste łódki, wyglądała jak czarne szkło, a pływające po niej żółte liście przypominały confetti pozostawione po przyjęciu na marmurowej podłodze. Stałam tak, całkowita, pełna w sobie, i rozmawiałam z nim; powiedziałam mu, o czym myślę. Nie zrozumiał mnie, ale słuchał i podobałam mu się. „Kocham ludzi – powiedziałam. – Mam w sobie miejsce na miłość i na więcej niż jedno małe życie”. Pomyślałam, że jeszcze rok temu byłabym porażona czystym zdumieniem, czystą radością, gdybym wiedziała, że będę stać tu z Bobem i sprawię, że będzie mnie kochał. Ale teraz tylko uśmiechałam się z bezosobową czułością. Miałam na ręce bransoletkę od Eddiego. Podniosłam ją do światła. „Widzisz – powiedziałam. – Kocham ją. To ja. Moja indywidualność”. Srebro skrzyło się białymi iskierkami. Metal dotykał mojej skóry i był ciepły. Eddie, pomyślałam. Jakież to ironiczne. Jesteś jak sen; mam nadzieję, że nigdy cię nie spotkam. Ale twoja bransoletka to symbol mojego opanowania... mojego oddzielenia od tego wieczora. Kocham cię, bo jesteś... moim pisaniem, moim marzeniem o wielu życiach. Będę małą boginią, na swój mały sposób. W domu na biurku leży najlepsze opowiadanie[14], jakie kiedykolwiek napisałam. Jak mam powiedzieć Bobowi, że moje szczęście bierze się stąd, że wyrywam kawałek własnego życia, kawałek piękna i bólu, i przerabiam go na kartkę maszynopisu? Ma wiedzieć, że żyję po to, żeby przemienić swoje życie, swoje niespokojne emocje, swoje uczucia w druk? Poszliśmy potem dalej, do restauracji. Jedząc hamburgera, wpatrywałam się w siedzącego tam staruszka. Miał czerwoną twarz, był smutny. Koncentrowałam się intensywnie. Człowieku, kocham cię. Wyciągam do ciebie dłoń. Kocham cię. Wracaliśmy do samochodu szerokimi, chłostanymi wiatrem ulicami, ciemność była szara. Spojrzałam w dół alei: piękna czerń, rozrzucone papiery. Zaczarowane miasto. „Mogłabym tańczyć na ulicach”, powiedziałam do Boba. Byłam dla niego słodka w drodze do domu. To pożegnanie, koniec cyklu, a on nie mógł o tym wiedzieć. Myślał, że wciąż może mieć nadzieję. W samochodzie, po tym jak pozwoliłam mu się trochę pocałować, zapytał: „To zawsze musi się kończyć, prawda? Zawsze musimy się rozstawać”. „Tak”, odpowiedziałam. Był natarczywy: „Przecież nie zawsze musi tak być. Kiedyś moglibyśmy być ze sobą na zawsze”. „O nie”, odpowiedziałam, zastanawiając się, czy wie, że to już koniec. „Wciąż uciekamy, aż do śmierci. Rozdzielamy się, oddalamy od siebie, aż umieramy”. Nie ma domu, jest nieszczęśliwy. Mogłabym być źródłem jego radości, jego schronieniem. Ale mogę tylko iść dalej. Coś we mnie chce więcej, nie mogę spocząć. Beznamiętnie pozwoliłam mu się pocałować. Ten wieczór był cudowny, kompletny. Byłam bardziej sama, niż gdybym poszła bez niego. Biedny chłopiec, trudno o milszego. Być może pewnego dnia doczołgam się z powrotem do domu, pobita, pokonana. Ale nie dopóki umiem czerpać historie ze swojego złamanego serca, tworzyć piękno z cierpienia.

...

29.

– Dużo mogłabym dać komuś, kiedyś. Ale nie mogę być zbyt chrześcijańska. Na stałe mogę zostać tylko z jednym i muszę wielu zostawić za sobą na tej drodze. Na razie to wszystko. Być może kiedyś ktoś mnie zostawi na tej drodze. To będzie poetycka sprawiedliwość. –

...

30.

Paźdz.

– Wczoraj wieczorem mieliśmy pierwsze ćwiczenia przeciwpożarowe. Spałam, gdy nagle zaczęło szarpać mną metaliczne wycie syreny. Czułam się tak, jakby ktoś wydzierał mnie ze straszliwych, czarnych ruchomych piasków. Najpierw pomyślałam, że to mój budzik zadzwonił o złej godzinie. Sięgnęłam nerwowo, żeby go wyłączyć, popędzana nieludzkim wyciem syreny, aż nagle zrozumiałam. Skoczyłam na równe nogi, złapałam ręcznik i płaszcz i wybiegłszy z pokoju, podążyłam z resztą dziewcząt na dół. Stałyśmy stłoczone w holu, każda w nierzeczywistym, sennym osłupieniu. Uśmiechnęłam się do kogoś niewyraźnie. Po tym jak sprawdzono obecność, wróciłam na górę i z mocno nadszarpniętymi nerwami padłam na łóżko. Byłam rozgorączkowana, niespokojna. Więc tego mamy się nauczyć, by być częścią wspólnoty: ślepo, nieświadomie reagować na dźwięk elektrycznych syren wyjących w środku nocy. To okropne. Ale kiedyś będę musiała się nauczyć – kiedyś –

...

31.

– Dziś jestem brzydka. Zupełnie nie wierzę już, że mogłabym być pociągająca dla mężczyzn. Kontakty towarzyskie w stanie zaniku. Billa[15], mojego jedynego łącznika z życiem sobotniej nocy, nie ma i nikt inny mi nie został. Zupełnie nikt. Żadni ludzie mnie nie obchodzą i uczucie to jest, co oczywiste, odwzajemnione. Co sprawia, że przyciąga się innych? W zeszłym roku miałam kilku chłopców, którym spodobałam się z różnych powodów. Byłam pewna swojego wyglądu, swojego magnetyzmu, a moje ego było nasycone. Teraz, po trzech randkach w ciemno, z których dwie zakończyły się dokumentną klapą, również z trzeciej nic nie wyszło. Zastanawiam się, jak mogłam kiedyś myśleć, że jestem atrakcyjna. Ale głęboko w sercu wiem: kiedyś miałam iskrę bożą, pewność siebie. Nie robiłam się zielona, poważna, nie robiłam smutnych oczu na samym początku. Wiem już, co miała na myśli bohaterka Celii Amberley[16], kiedy mówiła: „Jeśli będzie chciał mnie pocałować, coś się naprawi; znów będę piękna”. Najpierw potrzebuję chłopaka, jakiegokolwiek chłopaka, którego przyciągnie mój wygląd – kogoś takiego jak Emile. Potem będzie mi potrzebny prawdziwy chłopak, który będzie się dla mnie nadawał tu i teraz, i to wkrótce. Do tego czasu jestem jednak stracona. Czasem wydaje mi się, że jestem szalona. Dziś Bill i ja nudziliśmy się sobą jak mopsy. Najpierw przesiedzieliśmy nudne, deszczowe popołudnie u niego w pokoju, słuchając radia i oglądając fotosy. Potem kolacja w zatłoczonym Valentine. Potem obrzydliwy, infantylny film burleska, od której jeszcze mnie skręca. Potem burger i kawa w pustawym barze, ze zbyt ostrą muzyką, zbyt jasnym światłem, zbyt długą ciszą. I do tego wróciliśmy o jedenastej. Chciałam już iść do siebie, ale bałam się spotkania z dziewczynami; zastanawiałyby się tylko, czy kolejny wieczór poszedł mi źle, czy nie jestem czasem jakaś dziwna. Ach, co się będę przejmować, co one myślą (cholernie będę się przejmować). W każdym razie zatrzymał samochód i zaczęliśmy trochę bez sensu dobierać się do siebie. Nie przejmowałam się nim, chciałam tylko, żeby całował mnie dobrze i długo, a on nawet tak nie potrafił mnie zaspokoić. Więc zaczęłam opowiadać mu różne bajki o tym, jak go lubię, a on mi zaczął opowiadać o swojej byłej dziewczynie. Od dzisiaj, jeśli chłopak zacznie mi opowiadać o swoich byłych, będę uciekać, skąd przyszłam, i krzyczeć głośno. To zły znak. Jakoś zawsze mi się zwierzają i mam już dość słuchania o Bobbé albo Dorothy, albo P.K., albo Liocie. Niech je wszystkie cholera. Ja pogrzebię swojego Perry’ego[17], Johna, Emile’a na zawsze. Liczy się tylko przyszłość – bo nigdy się do niej nie dochodzi, tylko na zawsze zostaje w teraźniejszości – jak Biała Królowa, która musiała wciąż biec, żeby zostać w tym samym miejscu. Boże, czym będę? Dokąd zaprowadzi mnie przypadkowa kombinacja środowiska, genów i bodźców? Kiedyś może powiem: Miało to dla mnie wielkie znaczenie, że siedziałam wtedy w kabriolecie i śmiałam się z siebie, podczas gdy deszcz lał się strumieniami po brezentowym dachu. Wielki wpływ na moje życie wywarły trudności w łatwym i natychmiastowym znalezieniu zadowolenia - -  a teraz jestem przez to tym, kim jestem. Ogromnie ważne było dla mnie patrzenie na światła Amherst[18] w deszczu, na mokre, nagie drzewa na tle bladych świateł i szarej listopadowej mgły, a potem na chłopaka siedzącego obok mnie i odczuwanie, jak całe to raniące piękno blaknie, bo on nie jest tym jedynym – zupełnie nie. Mogę też dodać, że moja filozofia nosi piętno wyciśnięte przez wycieraczki, które wybijały na szybie sekundy zbyt głośno i beznadziejnie, przez mój zegar, który odmierza sekundy, jak głośno kapiące krople, za wolno jak na mój gust. Słyszę ten dźwięk nawet wtedy, gdy próbuję stłumić go poduszką – nieubłagane kap kap kap, kapanie sekund przez noc. A w dzień, nawet kiedy mnie nie ma, sekundy upływają, jak małe plasterki czasu. Nakręcam zegar. Patrzę, jak wycieraczki wycinają łuk na zroszonej kropelkami szybie. Klik-klik. Klip-klip. Tik-tik. Rach-ciach. Dalej i dalej. Chciałabym przerwać to równomierne, prześladujące mnie tykanie – wysysające życie, marzenia i bezczynną zadumę. Twarde, ostre tykanie. Nienawidzę go. Odmierza myśl, nieskończony świat zębatymi kółeczkami. Nie rozumiecie? Czy ktoś, gdzieś nie może mnie choć trochę zrozumieć, choć trochę pokochać? Mimo całej tej rozpaczy, mimo wszystkich moich ideałów – kocham życie. Ale to jest trudne i muszę się dużo – tak dużo nauczyć –

...

32.

– Klik-klik: tik-tik

Zegar tnie czas na pół

Chlupot deszczu

W rynnie

Wybiła druga

I nie ma cię.

Nie ma cię, wieczór,

Nie mogę[19]

Płakać ani się śmiać

Przypadkowo, słodko-gorzko

Bo ciebie brak i pełni.

Rzeczy wokół mnie;

Mogłabym dotknąć

Mydła lub szczoteczki

Stołu lub krzesła.

Pal licho trzy wymiary

Wszystko jest płaskie i nie ma cię.

Listy, papier, znaczki

I biel. I czerń.

na maszynie napisany ty i

już.

Strużka, ciurkający strużką

Deszcz w rynnie

Jest dziś dla mnie

wystarczająco głośny.

I klik-klik

Twarde ostre klik-klik

Zegara

Wystarczająco boli,

Jak dla mnie serce dziś[20]

Wystarczająco się nabiło.

Wąska prycza,

Żelazne łóżko

To aż nadto miejsca

I aż nadto ciepła...[21]

Nadto, nadto.

Do łóżka i spać

Skradają się nieroniące łez

Bezkształtne sekundy

Minuty godziny

I ciebie brak

Łka deszcz

I ciebie brak

I tik-tik,

    tik-tik

        mijają godziny.

33.

– Boże, kim jestem? Jest wieczór, siedzę w bibliotece, nade mną światła i wentylator. Dziewczęta, wszędzie dziewczęta czytające książki. Skupione twarze, skóra blada, różowa, żółta. A ja siedzę tu bezosobowo: bez twarzy. Boli mnie głowa. Mam się uczyć historii - -  stulecia do zapamiętania przed pójściem spać, miliony żywotów do przyswojenia przed śniadaniem. Mimo to wiem, że w akademiku mam swój pokój pełen mojej obecności. I jeszcze chłopak, z którym mam iść w weekend na randkę: wiem, że dla kogoś jestem istotą ludzką, a nie tylko nazwiskiem. Są to jednak jedyne oznaki bycia pełną osobowością, a nie tylko pozbawioną tożsamości wiązką nerwów. Jestem zgubiona, Huxley śmiałby się z tego. To jest jak centrum tresury, uwarunkowania! Setki twarzy nad książkami, wentylatory nadają rytm myślom. Koszmar. Nie ma słońca, jest tylko ciągły ruch. Kiedy zatrzymam się, jeśli spojrzę w głąb siebie, szaleję, jest tego taki natłok, rozrywa mnie we wszystkie strony, rozciąga, napina ku horyzontom zbyt dalekim, żeby je dosięgnąć. Zatrzymać się nad Germanami i odpocząć; ale nie! Dalej, dalej! Przez wieki cesarstw, zmierzchu i upadku. Bezlitosne, pospieszne tempo. Czy odpocznę jeszcze kiedyś w słońcu – powoli, leniwie, ozłocona spokojem? –

...

34.

Złote liście szemrzą

W tej szczelinie czasu;

Żółć migocze

W ostrym jasnym słońcu;

Światło kręci piruety

W baletowej kreacji,

A błękit powyżej

Rwie się w czyste niebo

Złote liście wiszą

Na wietrze.

Pękają złote nitki.

W kapryśnych wirach

I fikuśnych od słońca

Porywach szybują liście.

Seplenią wzdłuż ulicy

W suchym i wiekuistym tańcu

Liście na niechlujnych stopach

Suną. Zdyszane, nerwowe

    Złote liście wirują,

        Kołują,

            Kręcą się,

                Wiją.

Strzępy złota lśnią

W rynsztoku;

Błyski, skrzenia,

Krzepkie drgnienia.

Rześki wiatr wytraca tchnienia

    tchnienia

        tchnienia.

I w tej chwili

Zimne, z błota,

Na całym trawniku

Matowe kałuże złota.

35.

– Muszę opisać randkę z sobotniego wieczora, po prostu nie mogę się oprzeć. Jest dwudziesty listopada, godzina dwudziesta trzecia trzydzieści. Skończyłam właśnie pisać swoje trzecie wypracowanie z angielskiego: „Charakter jest przeznaczeniem”. Gdybym miała wybrać trzy słowa sumujące moją filozofię życiową, to wybrałabym właśnie te. W piątek wieczorem nie miałam randki. W Amherst miały być mecze i nie było szansy, żeby zaprosił mnie któryś z chłopaków znanych stamtąd. Więc czekałam, choć traciłam nadzieję. Wszystkie znajome, które miały już umówione randki, pytały mnie, dokąd idę. Postanowiłam nie ukrywać swej hańby i śmiać się z losu: „Zostaję tu, chyba że wypali jakaś randka w ciemno”. W końcu zła sława wyszła mi na dobre. Anne Davidow[22] zdołała okrężną drogą znaleźć mi partnera i byłam tak uradowana perspektywą zachowania twarzy (ach! ten mój słaby charakter), że nie przejmowałabym się, nawet gdyby miał metr pięćdziesiąt wzrostu. W sobotni wieczór nie zostanę bez chłopca! Pojechałam z dwiema koleżankami autobusem. Był trzaskający mróz, a światła ostro odcinały się na tle czarnej jak smoła listopadowej nocy. Kierowca wyłączył światła w autobusie i jechałyśmy w półmroku zamknięte w ciepłym, przytulnym świecie. Kamiennym łukiem mostu ponad rzeką Connecticut, a potem ku światłom Amherst. Mój umysł przepełniała radość i ekscytacja. Być może, być może to właśnie on wyciągnie mnie z tego dołka. Wiedziałam, że wyglądam dobrze – miałam prosty, aksamitny, czarny kostium ze spódnicą pełną jak pieszczota i czerwony sweterek wystający spod głębokiego wycięcia. Guy[23] i jego znajomi już na nas czekali. Miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, był przystojny i w ogóle słodki. Nie było iskry, nagłego przyciągania: znak, że wszystko szło tak, jak powinno. Wyglądał porządnie i oboje czuliśmy żar zapowiadający udaną randkę. Tak naprawdę to przypadkowe spotkanie schludnie ułożyło moje życie, jeśli chodzi o aspekt towarzyski. Jedyną nieobecną osobą z mojej listy był Austin[24] – powinien był tam być, by podziwiać mnie w glorii! Najpierw, wchodząc w sześcioro do holu, zobaczyliśmy Teda Powella z matką. Ted przyszedł z rodziną i niewątpliwie pasującą na tę okazję blondynką. Odczytałam z jego ust, jak mówi: „O! Sylvia Plath!”, i patrząc na niego, pomachałam nonszalancko. Zdobyłam więc dwa kolejne laury: po pierwsze, pani Powell zobaczyła mnie szczęśliwą z atrakcyjnym chłopcem; po drugie, Ted też to zobaczył i obraz ten mógł wstrząsnąć nim na tyle, żeby mnie sobie zapamiętał na przyszłość (Boże, ależ ja mam ego!). Ale to był dopiero początek. W James Hall, gdzie oddawaliśmy się głupim zabawom towarzyskim, zauważyłam Petera White’a, tego pięknisia z Wellesley, z którym chodziła Pat[25]. Według mnie jest gamoniem. Odnotowałam w pamięci, że prawdopodobnie zauważył mnie, ale nie wiedział, kim jestem. Na przyjęciu zobaczyłam Corby Johnsona[26], studenta drugiego roku, z którym byłam na randce w zeszły piątek, a teraz chyba nie miał partnerki. Podniósł brwi i wesoło mi pomachał. Idąc do sali balowej, zauważyłam też Boba Blakesleya, Jeanne Woods - -  jeszcze jeden triumf. Ale najlepsze było spoglądanie na Billa na parkiecie, kiedy tańczyłam z Guyem. Z rozbawieniem zauważyłam, że Liota jest podobna do mnie – wysoka, długie jasnobrązowe włosy. Bob zauważył mnie i dyskretnie puścił do mnie oko, a ja skinęłam mu przyjaźnie. Jak to dobrze, że zobaczył, że się dobrze bawię. Cały wieczór był jeszcze przyjemniejszy przez to, że na nowo pojawiłam się w towarzystwie, pokazując się w tak korzystnym świetle różnym strategicznym osobom. Na dodatek pierwsze rezultaty, być może nie tylko dzięki mojej obecności na zabawie, dały się odczuć już dziś. Bill zadzwonił i zapytał pokornie, czy dobrze się bawiłam. Szczęśliwa, potwierdziłam, na co on odpowiedział, że nie bawił się za dobrze, czego przyczyną było przeziębienie (tere-fere!). Zapytał, czy chcę, żeby mnie, razem z dwoma innymi chłopcami, odwiózł do domu na Święto Dziękczynienia. Czyż mógłby lać słodszy miód w moje serce? Zgodziłam się. Po odbiciu się od dna zaczęłam wreszcie iść coraz wyżej. Wiem, że mogę zdobywać kolejne punkty: mam zdolność przyciągania samców. Muszę tylko zachować trzeźwość umysłu, umiar i filozoficzne poczucie humoru, a będzie mi się dobrze wiodło, niech się dzieje, co chce. Jeżeli charakter jest losem, to jestem pewna, że umieszczam swój pod szczęśliwą gwiazdą – * * *

...

36.

– Myślę, że teraz wiem, czym jest samotność. Chwilowa samotność, w każdym razie. Przychodzi z nieokreślonego jądra jaźni - -  jak choroba krwi, rozproszona po całym ciele, tak że nie można umiejscowić źródła zakażenia. Wróciłam do swojego pokoju w Haven House[27] po przerwie na Święto Dziękczynienia. To przykre uczucie, które mnie teraz ogarnia, można nazwać tęsknotą za domem. Siedzę sama w pokoju, pomiędzy dwoma światami. Na dole dziewczęta, które właśnie przyjechały – nie znam ich, nie są z pierwszego roku. Mogłabym zejść z papierem listowym jako uzasadnieniem swojej obecności, ale jeszcze nie - - -  jeszcze nie teraz. Nie, nie będę próbowała się zapomnieć w sztucznej paplaninie: „Miałaś fajne ferie?”, „No pewnie, a ty?”. Zostanę tu i spróbuję pokonać samotność. Prawie nic nie pamiętam z tych czterech dni przerwy świątecznej – niewyraźne obrazy domu, który wydawał się mniejszy niż wtedy, kiedy wyjeżdżałam, a ciemniejsze plamy na żółtej tapecie bardziej widoczne; mój pokój, który teraz nie był tak naprawdę mój, bo znikły z niego moje rzeczy; matka, babcia[28], Clem[29] i Warren, i Bob; przechadzka z chłopcami przed zjazdem rodzinnym i kolacją; rozmowa z Bobem po obejrzeniu Czerwonych bucików, sobotnia randka z wysokim, niesamowicie popularnym blondynem, a potem niedziela – szara i smutna. A kiedy zaczęłam się wreszcie przyzwyczajać do znajomych twarzy, powrót. Kiedy „Hump”[30] usiadł z tyłu obok mnie, Tooky[31], która siedziała z drugiej strony, kazała mu usiąść z przodu, bo miał za długie nogi. Straciłam w ten sposób swój jedyny mocny punkt w tej sytuacji; wszyscy inni chłopcy byli za niscy. Tooky mogła teraz ze wszystkimi wesoło rozmawiać o wspólnie spędzonych chwilach. Och, dobrze tę sytuację rozegrała, trzymała teraz wszystko w garści, a ja mogłam tylko z niechęcią podziwiać jej taktykę. Oczekiwały mnie więc dwie godziny jazdy w ciemności, ciepło ciał obok mnie po obu stronach – zwierzęce ciepło przenika niezależnie od uczuć czy arbitralnie budowanych psychicznych barier. Byłam tam, ale jednocześnie byłam gdzie indziej. Część mnie została w domu, w atmosferze miłości i bezpieczeństwa, a część była w Smith College, obecnej konieczności i nadziei. A teraz jestem tu, w swoim pokoju. Nie mogę otoczyć się przyjaciółkami, paplaniem, zapomnieniem, bo tych kilka, które mam, jeszcze nie przyjechało. Nie mogę oszukiwać się w kwestii, z której właśnie sobie zdałam sprawę: nieważne, jak bardzo entuzjastycznie jesteś nastawiona, jak pewna, że charakter kształtuje los, to i tak nic nie jest rzeczywiste, ani przeszłość, ani przyszłość, kiedy siedzisz sama w pokoju, gdzie zegar odmierza sekundy w fałszywym blasku elektrycznego światła. A skoro nie ma przeszłości ani przyszłości, z których przecież utworzona jest rzeczywistość, to równie dobrze można przecież pozbyć się pustej skorupy teraźniejszości, popełniając samobójstwo. Ale zimna, rozumna galareta w mojej czaszce, która jak papuga powtarza: „Myślę, więc jestem”, podszeptuje, że nigdy nie zabraknie nowych dróg, wzniesień i stoków. Więc czekam. Co mi z tego, że jestem ładna? Że mogę chwycić się chwilowej iluzji bezpieczeństwa? Co z tego, że jestem mądra? Że mogę powiedzieć: „Zobaczyłam, zrozumiałam?”. Aha, nienawidzę siebie za to, że nie potrafię jak gdyby nigdy nic zejść na dół i znaleźć otuchy w tłumie. Nienawidzę siebie za to, że muszę siedzieć tutaj, rozdarta wewnętrznie. Oto ja, kłębek przeszłych wspomnień i nadziei na przyszłość, połączonych wewnątrz w miarę atrakcyjnego ciała, kłębka mięśni i żył. Pamiętam, przez co przeszło to ciało; marzę o tym, co jeszcze może je spotkać. Rejestruję działanie nerwów wzrokowych, kubków smakowych, doznania zmysłowe. Myślę: jestem jeszcze jedną kroplą w morzu materii, określoną przez zdolność do zauważenia własnego istnienia, jak miliony innych w momencie urodzenia miałam nieograniczone możliwości. Jak miliony innych karłowaciałam, ograniczałam się i zniekształcałam pod wpływem środowiska i spiętrzenia dziedziczności. Również ja znajdę kiedyś system przekonań i norm, według którego można żyć, ale sama satysfakcja ze znalezienia go będzie zepsuta przez fakt, że osiągnęłam ostateczną granicę płytkiego, dwuwymiarowego życia – system wartości. To uczucie samotności pewnie zatrze się i osłabnie, kiedy jutro znów zanurzę się w życie szkoły, lekcje, konieczność uczenia się do egzaminów. Teraz jednak ten fałszywy cel nie przesłania mi ulotnej pustki, w której się obracam. W domu odpoczywałam i bawiłam się, a tu, gdzie pracuję, wystarczy zakłócić na chwilę rutynę, żebym się pogubiła. Oprócz mnie nie ma w tej chwili na świecie żadnej żywej istoty. Mogłabym przejść się korytarzami i puste pokoje ziewałyby na mnie kpiąco ze wszystkich stron. Boże, życie jest samotnością, pomimo wszystkich tych działających jak narkotyk rozrywek, natarczywego blichtru bezsensownych potańcówek, pomimo fałszywych uśmiechów, które wszyscy mają przyklejone do twarzy. A kiedy uda się znaleźć kogoś, przed kim można otworzyć duszę, to słowa, które się wtedy wypowiada, wprawiają w osłupienie – są takie wyblakłe, brzydkie, bezsensowne i osłabłe od zbyt długiego trzymania w ciasnej ciemnicy własnego wnętrza. Przyznaję, jest radość, spełnienie i przyjaźń – ale samotność przerażająco samoświadomej duszy jest straszna i przytłaczająca –

...

37.

– Mój pierwszy śnieg w Smith College. Śnieg jak śnieg, ale z innego okna, co dodaje mu wyjątkowego uroku. Na dole ktoś właśnie zawołał: „O, patrzcie!”, ja patrzyłam już od pewnego czasu, od momentu, gdy zaczęły spadać pierwsze wirujące i nurkujące bezcelowo roztrzepane płatki. Teraz potrzebne są tylko dzwonki sań i melodia Cicha noc dochodząca z oddali. Tak, to taki sam śnieg jak zawsze, ale mimo że mam za dwie godziny egzamin z botaniki[32], muszę zatrzymać się i popatrzeć. Płatki są duże i tworzą luźny kożuch, a czerwone i niebieskie dachy jakby przytłumione i tajemnicze. Dziewczyny przejeżdżają od czasu do czasu na rowerach, jak nagłe przypływy koloru i ruchu na tle nagich, fioletowoszarych, zamkniętych w sobie drzew. A przecież jeszcze niedawno było lato, spacerowałam z Bobem po zielonych, cienistych ulicach i patrzyłam na swoje okno, zastanawiając się, jak będę się czuła po drugiej stronie, w środku. Teraz już wiem. Trochę lepiej wiem, jak wiele może znaczyć taka mała rzecz jak padający śnieg. Wbrew wszystkim teoriom o skraplaniu i temperaturze powyżej 0°C miło jest zarejestrować nerwem wzrokowym impulsy dochodzące z opadającego powoli, zamrożonego popiołu, jego ruchu, który uwypukla przestrzeń w tle. Wydaje się prawie, jakby dom po drugiej stronie ulicy topniał i zapadał się w biel. Biel zaznacza kontury rzeczy, a ja zastanawiam się, co z nami będzie, kiedy nadlecą te samoloty i spadną bomby. Łatwo jest patrzeć na śnieg z jasnego i ciepłego pokoju; łatwo zmierzyć się z nim z podniesioną głową, w grubym ubraniu. Co innego żyć w białym, mroźnym świecie, szukać żywności wśród nagich, fioletowoszarych drzew, na szarej, skutej mrozem ziemi. Tylko nie to. Wiewiórki i ptaki jednak przetrwałyby, i to długo, zanimby je zabił pył radioaktywny (gdybyś tylko wiedziała, Mario Curie!). Mogę się tylko domyślać. Z tyłu głowy widzę spadające bomby, płaczące kobiety i dzieci, ale nie umiem teraz tego opisać. Nie wiem, jak to będzie wyglądało. Wiem tylko, że wszystko przestanie się liczyć – to znaczy na przykład czy pójdę na bal zimowy[33] albo na sylwestra. Zabawnie pomyśleć, czy będą się liczyć marzenia albo „wolność”, albo „demokracja”. Myślę, że nie; ważne będzie tylko, skąd wziąć jedzenie, jak znaleźć dach nad głową i jak odbudować z ruin życie i ludzkość. Ale podczas gdy Ameryka będzie umierać jak Cesarstwo Rzymskie, podczas gdy legiony będą ponosić klęski, a barbarzyńcy zaleją nasz ogromny, soczysty, tłusty i nadziany kraj, gdzieś zostaną narody, które w naszym wyobrażeniu świata i tak się nie liczyły: może w Indiach albo w Afryce narody powstaną. Długo potrwa, zanim wszyscy zginą. W czasie wojny żyje się dalej, zawsze tak było. Cała historia pełna jest strachu – ci, którzy widzieli tonącą Niezwyciężoną Armadę, którzy widzieli zagładę połowy Europy przez czarną śmierć, wszyscy oni bali się, byli przerażeni. Ale ja, chociaż oni żyli i umarli w strachu, żyję; świat został odbudowany. Teraz ja będę żyła w nocy dziejów, a potem historycy powiedzą: „Nie mamy wielu źródeł dokumentujących życie zwykłych ludzi w tamtych czasach. Kroniki każą wierzyć, że większość zginęła. Ale byli to wspaniali ludzie”. W szkołach dzieci będą potem smutno wzdychać i uczyć się nazwisk Trumana i senatora McCarthy’ego. Och, trudno mi się z tym wszystkim pogodzić. Ale może właśnie dlatego jestem dziewczyną - - -  żebym mogła żyć bezpieczniej niż chłopcy, których znałam i którym zazdrościłam, żebym mogła rodzić dzieci i wpoić im palące pragnienie, by nauczyć się życia i kochać życie tak, jak ja nigdy nie będę umiała, bo nie będę miała czasu, zajęta napadami rozpaczliwego strachu, tykającymi zegarami i śniegiem, który spadł zbyt nagle po lecie. Na pewno zbyt dramatyzuję, za bardzo się roztkliwiam, jestem na wpół cyniczna i sentymentalna. Ale w spokojnych czasach mogłabym dorastać i wybrać własną drogę, a teraz żyję na krawędzi. Wszyscy stoimy na skraju przepaści, a balansowanie wymaga opanowania i energii: patrzymy w dół w ziejącą ciemność i, przez żółtawe opary, nie możemy dojrzeć, co leży na dnie, w szlamie, żółtawym, broczącym wymiotami szlamie. Mogłabym tak pisać długo, coraz głębiej wnikać w swoje myśli, szukać w sobie sedna, sensu. Być może to by pomogło, teraz, w wieku osiemnastu lat, synteza moich pomysłów w moją własną filozofię, ale zegar tyka, właśnie: „Za sobą słyszę wciąż skrzydlaty rydwan czasu”[34]. I mam na tyle sumienia i wychowania, żeby przestać siedzieć i wpatrywać się w śnieg, który przykrył już ziemię grubym, białym kożuchem. Muszę się teraz nauczyć, jaka jest różnica pomiędzy fermentacją alkoholową a acetonową, i jeszcze wielu innych rzeczy, które nie są dla mnie teraz ważne. Boże, jak marzę o tym, żeby mieć czas się rozluźnić, popisać, pomyśleć! Ale nie. Muszę krok po kroku wyćwiczyć pamięć w małych sukcesach, żebym mogła zostać w tym cholernym, cudownym miejscu, które całym sercem kocham i którego nienawidzę jednocześnie. A śnieg wiruje coraz wolniej i zaczyna topnieć na ziemi. Pierwszy śnieg się do niczego nie nadaje. Kilku ludzi napisze wiersze, kilku zastanowi się, czy świąteczne zakupy już zrobione, kilku innych zarezerwuje miejsca w schronisku narciarskim. Sentymentalne preludium do prawdziwej zimy. Dziwaczne i malownicze. I niech je cholera, bo jak nie przestanę, to nigdy nie skończę tej botaniki! –

...

38.

– Ani słowa nie