Syberyjski trans. Część 1 Mój tatuś kat i inne reportaże - Stanisław Kalisz - ebook
Opis

Syberyjski trans” jest opowieścią dokumentalną o najbardziej rozległej krainie największego państwa na świecie. Autor w swych licznych podróżach po drogach i bezdrożach podąża śladami naszych zesłańców, stalinowskich więźniów, jeńców ostatniej wojny, ale także dobrowolnych przesiedleńców. Dociera do rodaków, których tysiące mieszka jeszcze na terenach dawnego ZSRR. Rozmawia z polskimi i rosyjskimi świadkami bolesnych, wcale nie tak odległych przecież zdarzeń. Jednak „Syberyjski trans” to nie tylko historia. Czytelnik zachłyśnie się przyrodą, odkryje tajemnice legalnego i szemranego biznesu związanego z kawiorem, wydobyciem złota, przyjrzy się skutkom pierestrojki, pozna uczynnych, gościnnych Rosjan, Sybiraków, ale trafi też na ludzi, którym lepiej nie wchodzić w drogę. Będzie i straszno, i smieszno. Lektura tej książki o rosyjskiej duszy, jej na wskroś azjatyckich genach z pewnością pomoże także zrozumieć ostatnie wydarzenia zza naszej wschodniej granicy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 450

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WSTĘP

Od pierwszego wydania Syberyjskiego transu minęły dwa lata. Jako autor książki uznałem, że warto by wrócić na stare rosyjskie trakty i przyjrzeć się im świeżym okiem. Dużo się w Rosji dzieje, a i u nas tempo zachodzących zmian wcale nie jest wolniejsze. Niestety, spora grupa bohaterów z tamtego wydania już od nas odeszła, starsi ludzie, nasi i tamci Sybiracy wykruszają się całymi kompaniami. Dziś mają po osiemdziesiąt, dziewięćdziesiąt i więcej lat. Kontakt ze świadkami „tamtej historii” zawsze poczytywałem sobie za prawdziwy zaszczyt. Niezwykli byli to ludzie, mimo doznanych krzywd, cierpień nigdy nie pałali żądzą rewanżu, zemsty. Nie nosili w sobie nienawiści, a przecież tamte wydarzenia musiały wycisnąć na ich psychikach trwały ślad, nieusuwalne piętno. Tymczasem syberyjska lekcja nauczyła ich niespotykanej pokory i gotowości do wybaczenia. Nigdy nie udało mi się rozwikłać tej zagadki. Ich szlachetna postawa wzięła się może stąd, że przeszli prawdziwie piekielny chrzest (krieszczenije adom), na własne oczy zobaczyli i dotknęli dna śmierci, a skoro spotkali samego demona, to w świecie żywych pozbyli się złych uczuć?

Stalinowski obłęd, czasy pogardy i zła położyły się cieniem na późniejszym życiu każdego dziecka, każdej kobiety i każdego mężczyzny. Bez wyjątku! Nie spotkałem ani jednego „Sybiraka”, który zdołałby się po latach od tamtych obrazów wyzwolić. Nękały ich koszmarne, powracające sny o głodzie, mrozie, pracy ponad siły, o tym wszystkim, czego jako przedstawiciele „narodu ukaranego”, wrogowie, zesłańcy, więźniowie doświadczyli za drutami łagrów w nieprzebytych lasach tajgi, pustkowiach dalekiej Północy czy niezmierzonych stepach Kazachstanu. Wówczas wydano na nich kto wie czy nie najcięższy z wyroków: skazano ich na wieczny smutek!

Niniejsze wydanie, pod względem edytorskim znacznie przewyższające poprzednie, powinno w pełni zadowolić każdy gust. Z Wydawnictwem „Bernardinum” podjęliśmy decyzję, by Trans podzielić na dwa tomy, by w ten sposób nieco go odchudzić chociażby po to, aby podczas lektury był po prostu bardziej poręczny.

W samym tekście, jak już wspomniałem, dokonałem niezbędnych uzupełnień, rozszerzyłem go także o wątki aktualne, podążające za tym, co tak dynamicznie na Wschodzie się zmienia. Mam świadomość, że gdyby nie spotkani na trakcie bezimienni bohaterowie, Trans nigdy by nie powstał, bo też tylko dzięki innym ludziom, tylko w grupie można wpaść na Syberii w otchłań prawdziwie azjatyckiego zauroczenia. Może to uczucie choć w części udzieli się i Państwu...

Na Syberii wraca się do starych symboli, świąt, wierzeń. W środkowym biegu Leny sceneria martwej, prehistorycznej przyrody zapiera dech. W stojącej nieopodal jurcie słuchamy modłów jakuckiego szamana. Starzec momentami śpiewa dwugłosem, wznosi się na wyżyny swego kunsztu. Przenosi nas w świat magii i mitu, wpada w głęboki trans, niespokojny sen. Odurzeniu poddają się także inni uczestnicy obrzędu.

Jakuck, wiosenna ceremonia Powitania Słońca. Na podmiejskich polach od paru godzin zbierają się tłumy mieszkańców. Ponad tysiąc osób czeka na pojawienie się pierwszych promieni. Odprawią swój coroczny, najważniejszy rytuał i kiedy słońce pokazuje się wreszcie nad horyzontem, ludzi ogarnia ekstaza. Zbijają się w gromady, tańczą, podrygują, poddają się nieznanym nam siłom niewidzialnego obłędu. Pozwalają się zauroczyć, opętać. Śnią na jawie.

Kołyma, wybrzeże Morza Ochockiego, Święto Wieloryba.W lipcowe popołudnie na plaży pod estradą ustawiają się kręgi osób. Z głośnika wydobywa się coraz głośniejsze wołanie szamanki. Koła zaczynają wirować, tempo się wzmaga i kiedy po dwóch kwadransach charkotliwy „śpiew” się urywa, nikt nie kończy jeszcze szalonego tańca. Na wielu twarzach widać głębokie uniesienie i obłęd. Ludzie w nienaturalnych pozach jak z narkotycznego głębokiego odlotu budzą się jeszcze długo.

Kolej Transsyberyjska. Po trzech, czterech dniach podróży wpadamy w niezrozumiały stan ducha i ciała. Zaczynamy inaczej pojmować przestrzeń i czas. Pokonujemy kolejne strefy, więc organizm ze swoim rozregulowanym wewnętrznym zegarem domaga się snu o całkiem zaskakujących porach. Kilkadziesiąt godzin bezustannego kołysania i stukotu kół. Nocą, kiedy światła przygasają, korytarze pustoszeją i słychać tylko zgrzyt, jęki żelaza, człowiek zapada w półsen, halucynacje, nierzeczywistość. Budzą się duchy, napierają nieznane dotąd obrazy, odzywa się uśpiona „rosyjska wyobraźnia”.

Szamańskie praktyki, mongolski kult zawsze trafiał także do niezliczonych w Rosji religijnych sekt. Z upodobaniem wprowadzano się w podobny do transu stan opętania, a wówczas – wcale nierzadko – dochodziło do zbiorowych samookaleczeń czy nawet samobójstw. Jasnowidze, czarodzieje, szaleńcy, pomyleńcy wcielali się w rolę świętych. Jednym z najbardziej znanych był niewątpliwie Rasputin. Prosty, niepiśmienny chłop zdołał zawładnąć umysłami i duszami członków carskiej rodziny, stał się boskim głosem wpływającym nawet na dzieje imperium.

Obywatele Rosji, zwłaszcza ci z dalekiej Syberii, mają naturalne skłonności i chęci do mistycznych przeżyć. Oni lubią te swoje zauroczenia, opętania, narkotyczne, a nawet mistyczne doznania i stany. Doświadczaliśmy tego wielokrotnie i sądzimy, że wielu z nich cierpi na nieznany u nas rodzaj choroby duszy i sumienia. W 1917 roku wpadli na całego – ulegli iluzji. Pozwolili się wciągnąć w obietnicę zamieszkania w raju, w rzeczywistości jednak w śmiertelny taniec z diabłem. Nie bardzo tylko wiadomo, dlaczego z jego objęć wyzwolić się im trudno do dziś.

Ostatnio sporo znów o Rosji i Rosjanach. Car Władimir Władimirowicz celnie odgaduje myśli i pragnienia swych obywateli. Dla poddanych dzielny Batiuszka upolował Krym, wzbudził histerię, uwielbienie i szał niczym wracający z podbojów rzymski cezar. Sławę nieustraszonego władcy podgrzewa zresztą do dziś, prowadząc na wschodniej Ukrainie dziwaczną, nieznaną światu wcześniej wojnę hybrydową, w której zginęło ponad trzy tysiące ludzi. Ilu po stronie tak zwanych separatystów – nie wiadomo. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, czy to już ostatnie słowo imperatora.

Syberyjski trans jest subiektywną próbą wniknięcia w zbiorowe i pojedyncze sumienia, charakter Rosjan. Mówi się, że oni są podobni do nas, bo to także „bracia Słowianie”. W ciągu kilkudziesięciu wyjazdów na Wschód przekonałem się, że wiele nas jednak dzieli. I rzecz nie tylko w tym, że oni są bardziej prostolinijni, gościnni, bezinteresowni, może nawet naiwni. Lektura Transu pozwoli na łatwiejsze zrozumienie „azjatyckości” rosyjskiej duszy, klucza do wszystkich zagadek historii największego na świecie imperium, zwłaszcza do wyjaśnienia tego, co wydarzyło się tam w ostatnich kilkudziesięciu latach. Przez całe wieki Rosjanie odczuwali wyraźny kompleks: wobec Azji mogli strugać światowców, odgrywać rolę Europejczyków, ale Europa Zachodnia nigdy nie okazywała im względów i nie ma się co oszukiwać – miała ich zawsze za ludzi gorszych, zacofanych, za barbarzyńskich „Azjatów”. Od wieków narastały w naszych sąsiadach niepewność, nieufność, urazy. Ich echa zupełnie wyraźnie słychać jeszcze dziś.

W Rosji po raz pierwszy znalazłem się pod koniec starego jeszcze wieku, a czas, jaki upłynął od tamtej pory sprawił, że niektóre wspomnienia zdążyły nałożyć się na nowe, obraz się nieco pozacierał. Zupełnie tak, jakby tę samą taśmę filmową naświetlić dwa, a nawet więcej razy.

Tu i ówdzie zaszły wyraźne zmiany. Na ulicach dużych bogatych miast od dawna nie królują już poczciwe łady, moskwicze czy wołgi. Dominację przejęły luksusowe limuzyny najdroższych marek świata. Na obrzeżach metropolii wyrosły setki rezydencji, a na chodnikach spotyka się damy w ubiorach od najdroższych kreatorów mody. W sklepach jest już wszystko. Są takie snobistyczne salony, gdzie za sto tysięcy dolarów można kupić wysadzany brylantami telefon komórkowy. W Moskwie mieszka dziś najwięcej miliarderów na świecie... Bogactwo i bieda. Tu wszystko występuje w skondensowanej postaci.

W Rosji trzeba uważać, by nie dać się złapać na chwyt z „potiomkinowską wioską”. Rosjanie określają tak szytą grubymi nićmi mistyfikację: z frontu bogato, od zaplecza – nic! Niejaki książę Potiomkin był kochankiem, faworytem Katarzyny Wielkiej, a zasłynął z tego, że kazał budować fasady domów, by caryca, podróżując po rozległym kraju, odnosiła wrażenie, że znajduje się na terenach bogatych i zamieszkałych. (Coś mi się wydaje, że ów potiomkinowski styl i w naszej rzeczywistości mocno się przyjął i rozgościł).

Zmienia się więc ta mateńka Rossija. Ludzie próbują nadrobić stracony przez długie lata czas, żyją w biegu, nie oglądają się na boki. Ale to perspektywa metropolii i rosyjskich molochów. Obraz prowincji odbiega jednak wyraźnie, bywa, że o całe wieki. Aby znaleźć się w innym świecie, wystarczy krótki wypad za miasto. Wybierzemy się na Syberię – krainę większą od całej Europy. Przyjrzymy się jej z bliska jak na wyciągnięcie ręki.

Rozciąga się ta ziemia od Uralu do łańcuchów górskich Dalekiego Wschodu, a jej powierzchnia to – bagatela – dziesięć milionów kilometrów kwadratowych, w przybliżeniu obszar trzydziestu krajów naszej wielkości.

Syberia w języku pradawnych Mongołów oznaczała prawdopodobnie Śpiącą Ziemię. A może określenie pochodzi od nazwy grupy narodowościowej Sabir, która w zamierzchłych czasach żyła na Syberii Zachodniej, a może wreszcie od legendarnego psa Siber, który mieszkał w wodach świętego Bajkału? Zagadka dodziś pozostała nieodgadnięta.

W naszej świadomości rysuje się powszechnie jedynie pesymistyczny obraz Syberii. Kraina ta jest synonimem katorgi, zesłania, bólu, rozpaczy, ciężkiego życia i dzikiego okrucieństwa. „Cywilizować” zaczęli ją carowie dopiero w XVI wieku i szybko odkryli jej naturalne bogactwa w postaci poszukiwanych na świecie futer i skór. Ale rychło przekonano się także o innych zaletach białego oceanu. Sybir stał się miejscem zsyłek niepokornych. Tu nie trzeba było budować więzień z kratami, bo stąd uciec było nie sposób. Skazańców wleczono w kibitkach po rozsianych dość gęsto etapach, a komu udało się z wieloletniej męczarni wyjść cało, zostawał tu często już na zawsze. Po carach nastali jeszcze potężniejsi władcy. Z niczym nieograniczoną już fantazją i rozmachem postanowili ujarzmić wreszcie tę bogatą część Azji, wyrwać jej niezmierzone skarby.

Oglądaliśmy ślady tamtych nie tak odległych jeszcze zdarzeń. Nie wszystko zabrała tajga, nie udało się usunąć wszystkich dowodów zbrodni. Na samej Kołymie – północno-wschodniej części Syberii – zginęło co najmniej trzy miliony ludzi. Dlatego na sam dźwięk słowa Sybir ludzie nadal reagują lękiem i pewnie będzie tak przez wiele, wiele jeszcze lat. W azjatyckiej części Rosji do dziś funkcjonują obozy pracy przymusowej. Lądują w nich nie tylko niebezpieczni kryminaliści, ale także wszelkiej maści ludzie polityki, biznesu, a nawet show-biznesu. Można się tylko domyślać, dlaczego zamyka się ich tak daleko od Moskwy czy Petersburga. Współczesnych zeków (zakluczonych – zamkniętych) łamie się tam dziś prawdopodobniełatwiej niż przed laty. Zła sława łagrów ma prewencyjnie działać i teraz, obywatele mają wiedzieć, że wobec tak groźnych wrogów władza nie ma najmniejszych odruchów litości. Przypominają się wróżby Włodzimierza Iljicza, jakoby w pierwszych latach komunizmu więzienia miały zniknąć zupełnie, bo dzięki powszechnej szczęśliwości powinni zniknąć przestępcy, a wobec ich braku, także one straciłyby rację bytu.

Syberia jest tak rozległa, że nie ma na świecie człowieka, który zdążyłby całą ją poznać. Owszem, można opowiadać, że było się w Irkucku, widziało Bajkał, zjeździło Kołymę, Czukotkę, Koleją Transsyberyjską dotarło aż do Władywostoku. I co z tego? Zawsze znajdzie się sto razy więcej miejsc, gdzie się nie było, a może nawet i było, ale tylko przelotnie, przejazdem, parę dni, powierzchownie. Syberii nie da się zaliczać. Na Syberię życia nie starczy i trzeba mieć przed nią wielki respekt jeszcze dlatego, że i historia przebiegała tu bardzo powikłanymi traktami. Nikt więc nie może chełpić się tym, że zdołał poznać i opisać je wszystkie. Nie ma takich. Z własnego doświadczenia wiem, że im bardziej się tę krainę odkrywa, tym więcej przybywa wątków, których ogarnąć jednemu nie sposób. Pozostaje tylko pokora, szacunek i dziwny rodzaj mocnego „syberyjskiego uzależnienia”.

Wielokrotnie sami Rosjanie dziwią się, że my Polacy z tak daleka odwiedzamy tamtą ziemię, ale wiedzą dobrze, co zawdzięczają naszym zesłańcom, całej plejadzie podróżników, badaczy, pionierów. Otaczają ich szacunkiem, opiekują się mogiłami, ich imieniem nazwali pasma górskie, miasta, statki, ulice. Są świadomi, że razem dzieliliśmy bolesny los.

Spotykaliśmy na trasie także naszych rodaków, w większości ludzi młodych, żądnych przygód, sympatycznych i skromnych, ale widywaliśmy także przeróżnych bufonów, którzy tłukli się tak daleko, by tu odreagować swoje kompleksy, szastając po knajpach forsą i obnosząc się z wyższością, pogardą wobec prostych Sybiraków, w ich mniemaniu – ludzi gorszego sortu.

Podróżowaliśmy po tym kraju i prywatnie, i służbowo, realizując reportaże i filmy dokumentalne dla Telewizji Polskiej. Jako ekipa mieliśmy dostęp do wielu takich miejsc, do których zwyczajnego turysty, podróżnika po prostu by nie wpuszczono. Korzystaliśmy zatem ochoczo z tego rzadkiego przywileju. Docieraliśmy w rejony zamknięte nawet dla współczesnych Rosjan. Pewnie, że każda syberyjska eskapada niesie także posmak ryzyka, bo nie da się wszystkiego przewidzieć, a warunki życia bywają tu trudne, czasem nawet ekstremalne. Ale co tam! Rekompensatę za wysiłek daje kontakt z tamtejszymi ludźmi i dziką przyrodą. Syberia potrafi się odwdzięczyć. Jest w niej coś magicznego, coś, co sprawia, że kto raz tego zakosztował, będzie się tu starał wrócić. Ale ileż razy zmordowani i zziębnięci przyrzekaliśmy sobie, że to już na pewno po raz ostatni, że dość tych mrozów – „białego piekła”, a w lecie dla odmiany potwornych upałów, robactwa i w ogóle całej tej bolszewii. I co? Po nabraniu sił snuliśmy dalsze, jeszcze śmielsze plany. I tak całe lata.

Dotarliśmy kiedyś dohiszników – (dzikich) górników wydobywających złoto nielegalnie. Kopią, grzebią po wysypiskach pozostałych jeszcze po ZSRR. Nie szukają nowych złóż, ryją w śmieciach, piachu i żwirze. Bywa, że z powodzeniem po łagiernikach znajdują jakieś połyskujące resztki. Tak więc i my spróbujemy coś z tej ziemi wypłukać, dobrać się do tego, czego jeszcze nie odkopano.

Syberia stała się modna. Zagraniczni pisarze, historycy całymi kompaniami próbują odkrywać uwięzioną przez lata „prawdę”. Rzecz jasna, na ich żer nie rzucono jeszcze najbardziej smakowitych kąsków, ale jak tylko się da, odsłaniają nieznaną dotąd planetę, wertują archiwa, stare papierzyska i też w istocie kopią na śmietniskach.

Czapki z głów! Ale najlepiej pojechać tam samemu, dać nura, rozejrzeć się na boki. Czas najwyższy, bo ludzie się wykruszają na potęgę. A przecież to właśnie oni, świadkowie czerwonego raju są najcenniejszym źródłem wiedzy o historii, o „romantycznym” eksperymencie, który skończył się aż tak źle. Bajarze w rodzaju Marksa, Lenina i Stalina pociągnęli za sobą MASY. We współczesnej Rosji całe tłumy do dziś trwają w narkotycznym, obłąkańczym transie.

WYJAZD

Zawsze musi być ten pierwszy raz. Zatem... jedziemy! Rzucamy się od razu na głęboką wodę. Jak Syberia, to jej największa część – odległa Jakucja. Tam poznamy kogo trzeba i na pewno damy radę. Nie bardzo też wiemy, co prócz sprzętu należy zabrać. Startujemy we wrześniu, u nas przepiękna pogoda, ciepło jak w lipcu, ale tam? Na wszelki wypadek pakujemy także ciepłe kurtki, czapy, rękawice. Troskliwe żony zadbały o prowiant, bo nigdy nie wiadomo, co zastanie się na miejscu. I dobrze, też sądzimy, że lepiej mieć za dużo, niż później żałować. Objuczeni jak zwierzęta taszczymy te popuchnięte bagaże na nasze warszawskie lotnisko, a stamtąd – wreszcie do Moskwy!

Po mniej więcej dwóch godzinach – lądujemy. Jesteśmy na Szeremietiewie II. I teraz się zaczyna ruski luksus – z płyty zabierają nas dwa przegubowe ikarusy. Nie możemy się nadziwić, jak to możliwe, by te znane nam z polskich dróg pojazdy pomieściły ponad dwieście osób. Co prawda, z niewielką liczbą miejsc do siedzenia i na krótkim dystansie, ale odnotowujemy w skrytości pierwszy niezły rekord. Po podjechaniu na terminal wcale nas nie wypuszczają od razu. Drzwi zamknięte, pasażerowie z trudem łapią powietrze, a obsługa lotniska nie pozwala opuszczać autobusów. Widocznie jest jakiś ważny powód, bo na twarzach Rosjan nie widzimy złości, zniecierpliwienia. Jak się później wielokrotnie przekonamy – takie sytuacje są dla tych ludzi czymś zupełnie naturalnym, więc nie okazują jakichkolwiek uczuć, nie ma po co. Po kilkunastu minutach – nadal jesteśmy pewni, że musiała być strasznie ważna przyczyna zbiorowej męki – kierowca wypuszcza ludzi z pojazdu. Jak się okaże, był to tylko niewinny wstęp, rozgrzewka przed istnym moskiewskim pięciobojem nowoczesnym. Pędzimy teraz wraz z tłumem labiryntem wąskich przejść dalej. Ludzie mają na nogach co się tylko da: klapki, buty – ciżmy z fikuśnie wygiętymi czubami, kobiety z reguły wybrały szpilki. Większość z całej stawki dźwiga toboły, torby, torebki, siatki, walizy. Trudno uwierzyć, że mieli to na pokładzie jako bagaż podręczny. Do szlachetnego współzawodnictwa dopingują nas tu i ówdzie rozstawieni pracownicy lotniska. Po kilkuset metrach biegu – nareszcie meta! Olbrzymia grupa sprinterów dociera do hali przylotów. My, jako niedoświadczeni w tej konkurencji, jesteśmy w ogonie, jeszcze na schodach. Teraz, po pierwszych wrażeniach i lekkim nabraniu sił, widzimy, że wszyscy trzymają w rękach jakieś karteczki, każdy coś wypisuje, wypełnia.

– A gdzie można zdobyć te kwitki? – pytamy sąsiada.

– A tam, w dole – odpowiada.

Okazuje się, że on zapobiegliwie zaopatrzył się w nie jeszcze przed wylotem i teraz ma. Cóż robić, przebijamy się przez zbity tłum i zdobywamy druczki. To – też się tego z czasem nauczymy – najważniejszy obok paszportu dokument w całej podróży po tym rozległym kraju: „deklaracja wyjazdowa”. Karteczka wielkości papierka od cukierka, którą trzeba uważnie przeczytać, a potem czytelnie wypełnić. Jak to zrobić w tym ścisku, zaduchu? Próbujemy rozszyfrować druk wielkości maku, a w dodatku to bukwy. Po wpisaniu imion, nazwisk kolej na sprawy większejwagi: oświadczamy, że nie przewozimy narkotyków (tak jakby ktoś się dobrowolnie przyznał), broni, materiałów radioaktywnych, trucizn, groźnych chemikaliów i innych paskudztw. Jakoś to cudem niemal w powietrzu wypełniamy, nie doceniając jeszcze wagi tego obowiązku. Tymczasem kolejka, a wraz z nią my – wielcy podróżnicy, powoli zbliża się do specjalnych bramek.

Wreszcie stajemy przed groźnym obliczem pani oficer. Napięcie rośnie, tętno większe niż podczas niedawnego biegu. Funkcjonariuszka w wymyślnym uniformie mierzy cię swym czujnym, ciężkim jak czołg wzrokiem, już cię ma! Wpadasz w pajęczą sieć, zaraz wyznasz wszystkie grzechy, nawet te niepopełnione, i sam poprosisz o ciężkie tortury. Czujesz na sobie spojrzenia niecierpliwców z kolejki, uzbrojonego, stojącego tuż za bramką wojskowego w czapie wielkości lotniskowca i anonimowych podglądaczy z centrum telewizji lotniskowej. A tak niedawno jeszcze byłeś na wsio gotow (gotów na wszystko). Minuty celebry ciągną się w nieskończoność. Pani zza szyby nie wierzy, że można się wybrać na wycieczkę ot tak, po prostu – do Jakucka, więc raz jeszcze: w paszport i w oczy, w oczy i w paszport. A spróbuj okazać teraz zmieszanie – niechybnie będzie po tobie. Myślisz sobie wówczas: jasny gwint, po co ci to, nie lepiej było zostać w chacie? Tam tobie przysługuje prawo świdrowania wzrokiem. Wreszcie ulga, zwracają ci paszport, żołnierz kiwa, że można przechodzić za bramkę i otumaniony, chwiejnym jeszcze krokiem wleczesz się dalej – do hali odbioru bagażu. Po odzyskaniu przytomności patrzysz z satysfakcją i wyższością na kolegę, do obróbki wzięli teraz jego. Trochę mu łatwiej, bo widział mój sukces, ale z kolei Ważna Pani ma jakieś pytania, a w panującym tu gwarze biedak jej nie słyszy, więc z rozpaczą w oczach spogląda to na mnie, to na nią. Przykłada ucho do szyby, ale kobieta ani myśli mówić głośniej. Więc nie dość, że dociera do niego tylko słaby głos, to na dodatek nie bardzo rozumie, o co go pytają. Ma swoje piekiełko. Po dłuższej chwili okazuje się, że na deklaracji nie wypełnił rubryczki z pytaniem o przewożone zwierzęta i stąd cały wielki problem. Spocony i on wreszcie wydostaje się z rąk pani oficer. Grzejemy czym prędzej po bagaże. Walizy i niewyobrażalnie wielkie owinięte folią torby wyjeżdżają z czeluści komory na obrotowym taśmociągu. Ten i ów szczęśliwiec zdążył już dopaść swej własności i czym prędzej zwiać jakby w obawie, że może być wzięty do dalszego maglowania. Krótko mówiąc, większość z całej stawki wpadła już na metę, a po chwili swą walizę capnął też mój kolega. Na karuzeli kręci się jakiś plecak, lecz po mojej torbie ani śladu. Odeszli prawie wszyscy. Szukam pomocy, zagadując kogoś w lotniskowym mundurze. Po dalszym, coraz bardziej nerwowym maratonie trafiam wreszcie na właściwe biuro – takie od spraw zaginionego bagażu.

– Jakże może nie być pana walizki – bardziej stwierdza, niż pyta inna ważna i groźna pani.

Udajemy się pod taśmociąg. Znów pokazuję dokumenty i bilet, wszystko, co należy. Zażywna dama z olimpijskim spokojem odchyla gumową firanę od całego ustrojstwa i z powagą z jego czeluści wyjmuje moją zgubę. Widocznie niedbale postawiona w obrotach kolejnych rund spadła poza wzrokiem pasażerów. Szczęście moje jest nie do opisania, w bagażu były skarby – elementy wyposażenia filmowego, bez których nie dałoby się nic nakręcić. Mam szczerą ochotę tę piękną od tej chwili niewiastę wyściskać. Na własnej skórze przekonuję się, że po porządnej dawce cierpień można później swego oprawcę pokochać niczym pies swego pana tuż po solidnych batach – (dobry, bo przestał wreszcie lać!). Przekonujemy się też, że trzeba czym prędzej stąd czmychać, nie wiadomo co jeszcze przyniesie dzisiejszy dzień, a musimy przedostać się na inne lotnisko. Stamtąd już tylko rzut beretem i znajdziemy się w wyśnionym Jakucku...

Do wieczornego odlotu jeszcze kilka godzin, siedzimy więc spokojnie na ławeczce przed lotniskiem i śmiejemy się z ostatnich wydarzeń. Wiemy, że przekroczyliśmy już granicę, znaleźliśmy się w Rosji i nic poważniejszego nie może nam grozić. Przyglądamy się ludziom, podjeżdżającym pod terminal samochodom.

Szeremietiewo II jest największym moskiewskim lotniskiem. Dość brzydkim, betonowym i przytłaczającym[1].

W Rosji zawsze wszystko musiało być większe. Do październikowej rewolucji tereny te należały do rodziny Szeremietiewych. W pewnym okresie była ona bez wątpienia najbogatszym rodem na świecie. Jej dobra liczyły ponad osiemset tysięcy hektarów ziemi i około miliona poddanych. Ich właściciele nie szczędzili grosza na swe liczne pałace. W największym z nich, nad rzeką Fontanką w Petersburgu, utrzymywali liczną służbę, urządzali huczne przyjęcia. Bywało, że na przeszło dwa tysiące gości. Mieli gest. W dzisiejszej Rosji znów rodzą się podobne, bajeczne fortuny. Historia zatacza koło. A przecież carów już nie ma...

Przedostajemy się prywatną taksówką na nieodległe lotnisko Szeremietiewo I, czekamy na odlot. Przyglądamy się podróżnym, czujemy się jak w Azji. Ludzie mają inne niż europejskie rysy, są także wyraźnie niższego wzrostu. Odlecą niebawem do siebie, do swych wschodnich republik, wraz z nimi oddalimy się my.

Zajęliśmy wreszcie miejsca w naszym TU-154. Jest już wieczór, skośnooka stewardesa instruuje, jak się zachować na wypadek alarmu. Czytelnymi dla wszystkich gestami, ruchami rąk, wyglądającymi nawet mimo okoliczności groteskowo, pokazuje, gdzie znajdują się kamizelki ratunkowe, awaryjne wyjścia i jaką pozycję przyjąć podczas twardego lądowania. Trudno mi sobie wyobrazić, jak będę się kulił, skoro na pokładzie jest tak potwornie ciasno. Siedzimy obok jednej z niewielu Rosjanek. Sympatyczna blondynka orientuje się, że jesteśmy cudzoziemcami. Dyskretnie poprawia makijaż, fryzurę. Potem się okaże, że już na starcie mieliśmy fart, siadając właśnie obok niej. W górze wywiązuje się rozmowa. Dowiadujemy się, że nasza towarzyszka podróży leci przez Jakuck jeszcze dalej na północ – do miejscowości Czerskij[2]. Tam ma mieszkanie i pracę. Jak się znalazła na „końcu świata”? Normalno – po studiach, pod koniec lat siedemdziesiątych dali nakaz pracy i nie było gadania. I drobna Nataszka, mieszkanka ówczesnego Leningradu, świeżo upieczona nauczycielka muzyki, chcąc nie chcąc, opuściła rodzinne miasto. Na początku wyła z rozpaczy. Trafiła na ziemię ludów Północy, ostre mrozy trzymają tam dziewięć miesięcy w roku. A sam Czerskij to dziura, miasto kilkutysięczne, typowe, szkaradne, „białemu” trudno tam żyć. Ale... człowiek, a zwłaszcza człowiek radziecki zniesie wszystko, każde trudy, po jakimś czasie nawet się przyzwyczai. Ileż to razy zagadywaliśmy później napotkanych ludzi o warunki życia na Syberii. Wszyscy jak jeden mąż odpowiadali: Nu, kakaja żyzń, choroszo, my uże priwykli (no, jakie życie, dobre, myśmy się już przyzwyczaili).

Snuje więc Natasza swoje opowiadanie. Znalazła uważnych i dobrych słuchaczy, takich przygodnych, przed którymi łatwiej otworzyć duszę.

– Był sierpień, jak po raz pierwszy przyleciałam do miasta Czerskij. Najpierw w ogóle nie wiedziałam, gdzie ta miejscowość leży, tyle tylko, że wcześniej mi powiedziano, iż na północy. Pełna obaw zajrzałam w atlas. Z początku szukałam gdzieś jeszcze przed Uralem, w Europie, ale jak przesuwałam wzrok na wschód i długo nie mogłam tej nazwy odszukać, już byłam pełna obaw. I wreszcie znalazłam, Boże – to przecież Jakucja, co ja tam mam robić? Takie to były czasy, nie było gadania, a jakież miałam plany. Ukończyłam studia w klasie fortepianu, mówiono, że kariera stoi przede mną otworem, chciałam się dalej rozwijać, koncertować, w Leningradzie były świetne warunki. I jedna decyzja jakiegoś urzędnika wszystko to przekreśliła. Wy pewnie nie możecie tego pojąć, ale w ówczesnym ZSRR tak naprawdę było. Miałam tam rodzinę i bliskiego chłopaka – także muzyka. Musiałam ich wszystkich zostawić i wyruszyć na podbój Północy (kolega nie zdecydował się jechać razem ze mną, a zresztą dla niego – oboisty – pracy tam nie było). Tak więc był koniec sierpnia, w Moskwie na lotnisku gorąco jak na Krymie, ze łzami w oczach wsiadałam do samolotu i wiecie co? Czułam, że takie jest moje przeznaczenie, że nigdy się stamtąd nie wyrwę. Przyleciałam do Jakucka, a tam już chłodno. Potem przesiadka do innego samolotu i na północ. Za oknem po raz pierwszy widziałam tak ogromne i niekończące się góry, im dalej, tym bardziej ośnieżone, groźne. A sam Czerskij, cóż – nie chce się tego nawet wspominać. Wpaść z Leningradu w takie miejsce. Kilkanaście bloków zamieszkanych przez rodziny górników, parę sklepików, a potem już nic, biało przez dziewięć miesięcy. Mrozy dochodzą do pięćdziesięciu i więcej stopni. Przecież to Jakucja. Zgłosiłam się do szkoły, powiedzieli mi co i jak, zamieszkałam w pokoiku w hotelu robotniczym i tyle.

Smutny monolog Nataszy przerywają częstujące napojami stewardesy. Zamawiamy wino, robi się niezręcznie. Towarzyszka podróży widzi nasze zakłopotanie, współczucie, próbuje więc zmienić temat, pogadać trochę o naszych planach, dowiedzieć się, co chcemy w Jakucji nakręcić, tak jakby już nie chciała nas dłużej zajmować własną osobą. Po chwili opowiada jednak dalej:

– Uczyłam dzieci wychowania muzycznego i gry na pianinie (fortepianu w całym mieście nie było). Możecie sobie wyobrazić: Bach, Mozart, Szopen w tych arktycznych warunkach. Toż to istna abstrakcja. Z początku często pisałam i dzwoniłam do rodziców, chłopaka, ale z czasem znajomość z nim się urwała na dobre. Tak miało się stać, cóż on by tu robił, a zresztą ja także po jakimś czasie poznałam tu przyszłego męża. Później, po ślubie dostaliśmy nawet mieszkanie, jeszcze później urodził się syn, a po roku córka. No i tak minęło prawie dwadzieścia lat. Dziś mieszkam w Czerskim sama, mąż odszedł już dawno, a dzieci wyjechały na południe, na Krym. Właśnie wracam z wakacji od syna i synowej. Tyle, zapraszam was do siebie, jak będziecie mieć kiedyś po drodze.

Oto jak w kilku słowach można opisać swe życie. Czy Natasza uważa, że los obszedł się z nią niesprawiedliwie? Na to pytanie nie chce odpowiedzieć wprost, ale wyczuwamy, że odczuwa wielki żal. Przynajmniej – jak powiada – dzieci mają lepsze życie.

Sączymy następne kubki przydziałowego wina. Natasza, my zresztą także, nie zdajemy sobie sprawy, że po paru latach odwiedzimy ją w Czerskim. To, co tam zobaczyliśmy, wielokrotnie spotęgowało grozę wyłaniającą się ze wspomnień koleżanki. Oto obraz tego, co widzi się na miejscu: na paru krzyżujących się ulicach stoją opustoszałe czteropiętrowe jednakowe bloki. Tu i ówdzie brak okien w mieszkaniach i drzwi na klatki schodowe. Jest siarczysta zima, na niektórych balkonach widać wiszące siatki, pakunki. W gęstych zaspach ugrzęzły zasypane po szoferkę ciężarówki. Ludzi niewielu, pochowali się prawdopodobnie przed mrozem. Piękne babiny w okutanych czarnymi chustami twarzach wyłaniają się z zakupami z niewielkiego sklepu, za nimi snuje się zziębnięty kundel. Jest tak zimno, że podczas oddychania tworzymy wokół siebie dymne zasłony. Na szczytowych ścianach budynków przytarte przez czas malowidła z zeszłej epoki: prawie wszędzie Lenin w przeróżnych wymyślnych pozach, jakieś trakcje wysokiego napięcia, kominy stalowni, wiesiołyje riebiataw postaci grupy szczęśliwych pionierów, wizerunki górników, naukowców z cyrklami, nawet kołchoźników na traktorach (tu za kołem polarnym niezły żarcik). Są jeszcze rakiety, białe niedźwiedzie i polarne ptactwo. Tak wyglądał obowiązujący tu jeszcze przed pierestrojką raj! Podobizny naszej Nataszy, wizerunku nauczycielki muzyki, nigdzie nie dostrzegliśmy...

* * *

Mija trzecia godzina lotu, do celu pozostały jeszcze cztery. Za oknem ciemno. Mamy świadomość, że pod nami niezmierzone połacie tajgi z jej olbrzymimi rzekami. Daleko w tyle zostawiliśmy już Ural i Ob. Niedługo będziemy nad Jenisejem, a potem już tylko Lena i Jakuck. Stolicę Rosji i Jakuck dzieli sześć stref czasowych. Taka odległość sprawia, że mimo iż lot trwa tylko siedem godzin, to na miejscu znajdziemy się już późnym ranem. Stracimy owe sześć godzin. Odzyskamy je w drodze powrotnej.

Sympatyczne stewardesy cały czas krzątają się z kawą, herbatą. Niektórzy pasażerowie przeglądają jakuckie gazety. Na okładce jednej z nich widać zdjęcie niedźwiedzia, a pod fotografią podpis: „Ludzie, nie zakłócajcie im spokoju”. Może i nam się uda spotkać syberyjskiego misia?

Nurtuje mnie jednak pytanie, dlaczego Natasza nie wyjechała z Czerskiego? Dzieci opuściły ją już dawno, jest samotna, nie wiąże jej obowiązek pracy, warto by gdzieś wreszcie pożyć jak człowiek, może nawet wrócić do Sankt Petersburga? Wzdycha.

– Może jakieś parę lat temu bym się i odważyła, a tak? Dokąd mam pojechać, gdzie znajdę pracę, za co kupię nowe mieszkanie?

– Więc może do syna, na Krym – prowokuję dalsze zwierzenia[3].

– Nie, na pewno nie! Dzieci mają tam swoje, widzę, że lepsze, łatwiejsze życie. A ja, cóż – baba po czterdziestce, przyjdzie mi dożyć już na Północy. Owszem, do dzieci wyjeżdżam raz w roku, na tyle tylko mnie stać, na więcej nie pozwalają ogromne koszty podróży, właśnie teraz stamtąd wracam.

Spoglądam przez okno, wstaje dzień. Pilot w tym momencie zmienił kurs na bardziej południowy, bo przed nami ukazuje się niezwykły widok: na horyzoncie, ponad gęstymi, białymi jak wata chmurami zaczyna wyrastać słońce. Niebo pęka powoli, delikatnie, nieśmiało. Wygląda jak łuna odległego pożaru, by nagle, jak po precyzyjnym cięciu kozacką szablą, ukazać swe wnętrze, rozbłysnąć całą paletą barw od złota, różu, czerwieni, błękitu aż po głęboki atramentowy granat. Twarze pasażerów nabrały teatralnych barw. Magia wkradła się na nasz pokład. Takie obrazy sprawiają zapewne, że piloci mogą uważać się za ludzi wybranych, szczęśliwców, panów nieba. Bo kto jak nie oni tak często doświadczają metafizycznych wrażeń lotu nad chmurami. Nie muszą zadzierać głów. Są ponad nimi, ponad wszystkim... Po kilku chwilach, jak na zawołanie, swe tajemnice odkrywa także Ziemia. W oceanie obłoków tworzą się szczeliny. Z wysokości dziesięciu tysięcy metrów chciwie wypatrujemy Syberii. Ale tam inny ocean – jednolita, niczym niezmącona plama ciemnoszarej zieleni. To niekończące się połacie tajgi. Sądząc po przebytej drodze, wielką rzekę Jenisej, dzielącą Syberię na część zachodnią i wschodnią, mamy już za sobą. Lecimy więc nad Jakucją. I rzeczywiście, jakiś czas później z głośnika rozlega się komunikat – lądujemy za około pół godziny. Ziemia powoli staje się większa, pilot obniża pułap. Nie czas na zmęczenie, myślenie o zdrętwiałych nogach, bo oto już wyraźnie rysuje się powykręcany kształt koryta innej rzeki – Leny. Na razie przypomina cielsko jakiegoś uśpionego potwora, węża bez głowy i ogona. Z tej wysokości ogarniamy wzrokiem jej dwa brzegi. Pełznie na północ z Gór Bajkalskich, w tym miejscu, mniej więcej w połowie swego biegu, ma kilka kilometrów szerokości. Prawdziwą potęgę Leny poznamy później.

* * *

Samolot wylądował, pasażerowie przygotowują się do wyjścia, między rzędami robi się ścisk. Nim obsługa otworzy drzwi i pozwoli opuścić pokład, minie jeszcze kilkanaście minut, ale stoją już niepotrzebnie ci zmęczeni, zniecierpliwieni ludzie. Każdy chce wyjść pierwszy. Trudno to pojąć – siedem godzin lotu i raptem chęć zaoszczędzenia paru minut. Zresztą, cóż to za oszczędność skoro i tak wszyscy będą musieli długo czekać na swoje bagaże. Czyżby to była jakaś nieuświadomiona, nieodparta u niektórych z nas chęć współzawodnictwa? Ono objawia się zresztą nie tylko w Rosji i nie tylko w samolotach. Ileż to razy obserwujemy pasażerów w pociągach, którzy na wiele minut przed stacją stoją z torbami w korytarzu, tak jakby wszyscy po nich byli zmuszeni wysiadać już w biegu. Podróży nie mogą pojąć inaczej jak jakiegoś krętactwa. Uważają zapewne, że kolejarze tylko czekają, by ich okpić, zrobić na szaro. Mają mocno zakodowany lęk przed przykrymi niespodziankami. Zresztą, są tacy ludzie, którzy pchają się nawet do pustego pociągu, autobusu. Tak już mają i nic nie da się na to poradzić.

Tak więc i nasza trójka żegnana przez uroczą jakucką załogę opuszcza pokład samolotu. Teraz, za dnia, wyraźnie jest widoczny na kadłubie napis z nazwą linii: Yakutia Airlines. Potężny monopolistaAerofłot częścią nieba podzielił się już z innymi.

* * *

W Jakucku dość zimno, ziemia przyprószona śniegiem. Przydają się kurtki i czapki. Odprowadzamy Nataszę na jej dalszy lot. Wraz z nią maszeruje grupa około dwudziestu ludzi. Wszyscy, mężczyźni, kobiety i dzieci to Jakuci. Samolot ma wystartować za dwie godziny, zatem siadamy jeszcze na kawę.

Dziękujemy za wspólny lot, niezobowiązująco umawiamy się na odwiedziny u Nataszy w domu, gdy raptem rozlega się komunikat, iż lot do Czerskiego został odwołany. Pytamy koleżankę, o której ma następny, a ta ze spokojem odpowiada, że za tydzień, w przyszłą środę. Do jej miasta latają co siedem dni.

– Jak to za tydzień?

– Normalno, to się zdarza.

– A czy chociaż podano przyczynę?

– Nie, a gdyby nawet, to co z tego? Mogą powiedzieć: usterka techniczna, śnieżyca, mgła i Bóg wie, co jeszcze. Za tydzień i już.

– Ale dlaczego na przykład nie jutro o normalnej godzinie?

– Bo tak u nas jest, wam się to nie mieści w głowach, ale tu siewier(północ). Może też – i owszem – zdarzyć się, że odleci jutro albo za trzy dni, ale tego nikt, dosłownie nikt nie wie.

Jasny gwint, a my się wściekamy, jak coś się opóźni o godzinę.

– No dobrze, Nataszo, a skąd będziesz wiedziała, że samolot wyleci jednak wcześniej?

– Nic prostszego, wystarczy tu siedzieć i nasłuchiwać.

– I tak przez cały tydzień?

– Tak, przez cały tydzień.

– Aha, i pasażerowie wówczas śpią tu na lotnisku, na ławkach, na podłodze?

– A niby gdzie? Tu nie ma specjalnego hotelu, śpią gdzie tylko się da i powiem wam już od razu, bo i o to pewnie zapytacie: linie lotnicze nie płacą żadnej kary, odszkodowania, nie refundują kosztów wynajmu ewentualnego hotelu czy wyżywienia. Trzeba z takimi niespodziankami się liczyć i radzić sobie samemu. To i tak szczęście, że ta linia jeszcze działa, bo inaczej utknęlibyśmy w Czerskim na całe życie.

Za Chiny Ludowe nic z tego nie możemy zrozumieć. Dla nas to wstrząs! Ludzie niewiele sobie z tego robią, bo przecież mogło być jeszcze gorzej. Oto syberyjska logika. Rozglądam się po hali, ruch raczej niewielki. Można stąd polecieć do Moskwy, Sankt Petersburga, Irkucka, Nowosybirska, Władywostoku, Chabarowska, a nawet do Bangkoku, Pekinu i chińskiego miasta Harbin. Raz w tygodniu można dostać się do miasteczka Mirnyj, gdzie pracuje największa na Syberii kopalnia diamentów, i do wspomnianego Czerskiego. Tak więc popijamy kawę, dyskretnie przyglądamy się Nataszy i nie bardzo wiemy, jak się dalej zachować.

– Nataszko, co w tej sytuacji poczniesz?

– Nie ma problemu, mam w Jakucku koleżankę. Dla was trzeba znaleźć jakiś hotel.

– Ale chyba to nie będzie kłopot?

– Z pewnością coś się znajdzie.

– Dobrze znasz to miasto?

– Tak, nieźle.

Zabieramy bagaże, dżentelmeńsko taszczymy także niemiłosiernie ciężką walizę koleżanki. W kącie, na posadzce rozłożyła się już rodzina Jakutów z piątką dzieci. Przylecieli z nami. Najmłodsze śpi u mamy na kolanach. Smutny to widok, przystajemy. Natasza rozmawia z ojcem tej czeredy:

– Czy można pomóc, niedaleko stąd, jakieś trzysta metrów, jest hotel, może będą wolne pokoje, może pójdzie pan z nami?

Trzysta to niedaleko, nie warto brać taksówki, więc wleczemy się pieszo, dźwigając coraz cięższe toboły. Hotel z zewnątrz taki sobie – czteropiętrowy osiedlowy budynek. Schody już odśnieżone. Z nadzieją wchodzimy do środka. Od progu uderza nas ostry zapach lizolu, kobiecina ze szmatą usiłuje umyć kamienną podłogę. W ciemnym pomieszczeniu recepcji nie ma nikogo. Hotel jeszcze nie rabotajet (nieczynny) – informuje nas groźnie sprzątaczka.Istotnie, szyld na drzwiach wejściowych głosi, że rieżym raboty (tryb pracy) od dziesiątej do dwudziestej drugiej. Dopiero ósma, siadamy więc pokornie pod oknem i czekamy. Tymczasem Natasza zdążyła już kogoś zagadnąć o miejsca.

– To wy nie wiecie, że u nas trzysta siedemdziesiąt lat republiki i całe miasto zapchane jest gośćmi?

Nie mamy tu szans, wracamy na lotnisko – tam poszukamy pomocy. Towarzyszący nam Jakut poszedł do rodziny. Nie wiemy, co z nimi będzie. Natasza twierdzi, że i tak nie byłoby ich stać, pokoje były po pięćdziesiąt dolarów, a rodzina liczna. Pytam, czy zna tych ludzi.

– Trochę, ale oni nie są z Czerskiego, mieszkają jeszcze dalej na północ. Widocznie mieli coś bardzo ważnego do załatwienia, skoro całą grupą wybrali się w daleką i drogą podróż. Bilet z Moskwy do Jakucka kosztuje czterysta dolarów, a z Jakucka do miasta Czerskij (trzy godziny lotu) trzysta pięćdziesiąt dolarów. I to tylko w jedną stronę. Ja na podróż muszę oszczędzać cały rok, a przecież jestem sama.

– A dlaczego myślisz, że oni mieszkają jeszcze dalej, przecież nie noszą eskimoskich strojów.

– Na pewno kogoś mają w Czerskim i tam włożyli normalne ubiory. Jakby wyglądali w Moskwie w ciepłych skórzanych okryciach, butach z renifera. Przecież tam środek lata, a zresztą nie chcieli zapewne wzbudzać sensacji. Dolecą do Czerskiego, przebiorą się w swe ciepłe stroje, u nich zaczynają się już mrozy.

– Więc oni nie mieszkają w domach?

– W domach, jak najbardziej, tylko że innych domach. Niekoniecznie w jurtach, bo zdarzają się jeszcze małe posiołki (przysiółki) z drewnianymi chałupkami. Może więc oni są z takiej osady. Trudno powiedzieć.

Mężczyzna odszedł do swoich, głupio się dopytywać. Obiecujemy sobie poszukać jeszcze takich interesujących ludzi, wszak to dopiero pierwsze godziny „naszej Azji”.

Siedzimy na przystanku autobusowym, miasto dopiero się budzi. Przed lotniskiem kilka taksówek. Spaceruję wokół kiosku, na wystawie jakieś piętnaście gatunków piwa, pytam o najlepsze. Kobieta proponuje Baltika. Tak, ale jest go z pięć rodzajów, więc które?

– Bierz niebieskie.

Piwo dość tanie (niecałe dwa złote) i dobre.

Pod autobusową wiatą wyglądamy inaczej niż inni. Mamy barwne kurtki, jakich się w Rosji nie nosi, bo tam – jak zdążyliśmy już zauważyć – obowiązuje moda na czarno. Każdy elegancki facet chodzi w czarnym, najlepiej skórzanym odzieniu. Taki styl, taka elegancja.

Nie czekamy długo, jak podjeżdża gazik i wychodzi do nas mniej więcej czterdziestoletni mężczyzna.

– Widziałem was pod hotelem, na pewno macie kłopoty, czy można jakoś pomóc?

– Tak, przyjechaliśmy z Polski, a to nasza koleżanka Natasza z Czerskiego. Musimy wynająć hotel.

Gość nie ukrywa radości.

– A cóż to za problem, wsiadajcie do auta, będziemy szukać.

Szczęśliwi, że ktoś miejscowy wyciągnął pomocną rękę zajmujemy miejsca.

– To powiadacie, że z Polski, wiem, słyszałem, ale jeszcze tam nie byłem, u was pewnie pięknie i ciepło?

– Jak najbardziej. I pięknie, i ciepło, ale u was też ładnie.

– No, zwłaszcza jak nadejdą mrozy. Jestem mechanikiem inżynierem na lotnisku. Usuwamy usterki w lądujących u nas samolotach, oj, nie brakuje roboty. Właśnie mam dyżur, ale wyskoczyliśmy z kolegą na chwilę, no i spotkaliśmy was. Jak się cieszę.

Teraz dopiero widzę, że nasz Jura jest „pod niezłą datą”. Gnamy do centrum, ruch niewielki, po dwudziestu minutach zatrzymujemy się przed hotelem „Lena”. Idziemy z Nataszą spytać o pokój, w recepcji eleganckie Jakutki.

– Chcieliśmy zamówić dwuosobowy pokój na trzy, cztery tygodnie. Dla dwóch Polaków. Czy można?

– Niestety, nie ma wolnych miejsc.

– To może nam pani wskazać inny hotel gdzieś w mieście?

– Mogę, ale co to da? W całym Jakucku nie ma wolnych miejsc. Mamy wielkie święto. Hotel trzeba było zamówić dwa miesiące temu.

– To co mamy robić?

– Nie mam pojęcia.

Wracamy do gazika. Widzę, że Jura nawet zadowolony, nieprędko rozstanie się z gośćmi. Pędzimy z powrotem na lotnisko. Wręczam naszemu wybawicielowi garść polskich monet, bo przyznał się do numizmatycznej pasji. Gęba mu się śmieje od ucha do ucha, niczym diamenty owija je chusteczką. Ale w jego szelmowskim uśmiechu dostrzegam też jakąś iskierkę podstępu. Zastanawiamy się, dlaczego nie chciał wolnych miejsc szukać w centrum miasta, a obiecał, że przy lotnisku z pewnością coś znajdziemy. W istocie – nie skręcamy na terminal, tylko na pobliskie osiedle.

Skupisko typowych ohydnych bloków z wielkiej płyty sprawia przygnębiające wrażenie. W wielu oknach brak firanek, zasłon, większość balkonów oszklona (w zimie tworzy to dodatkową izolację i darmową lodówkę), pod domami od dawna niewywiezione śmieci tworzą cuchnący kobierzec, w którym stada psów usiłują znaleźć coś do zjedzenia. Jazgot walczących z sobą szkieletów potęguje jak rezonans puste, pozbawione drzew blokowisko. Kilkunastopiętrowe budynki wzniesiono na palach, bo postawione tradycyjnie po latach by się zapadły.

Jura tymczasem zaprasza do siebie. Idziemy więc zmęczeni za nim, wierząc, że niebawem sobie tylko znanym sposobem załatwi w końcu pokój w jakimś hotelu, choćby na dzień, na dwa. Co będzie później, to się zobaczy. Wspinamy się na piąte piętro, winda od dawna nie działa. Przez pokryte wieloletnim brudem małe okienka dociera jedynie słabiutki poblask światła, wokół unosi się gęsty smród uryny. Głupio się teraz wycofać, więc brniemy wyżej i wyżej. Klniemy na czym świat stoi za te nasze i nie tylko nasze toboły, wreszcie wtaczamy się na jakiś ciemny korytarzyk. Jura wesoło wskazuje drogę:

– To już tu, te ostatnie drzwi.

Oglądamy przymocowaną do ściany obtłuczoną umywalkę, obok kuchenkę gazową z przypalonymi i nigdy nieszorowanymi garami, dalej stojącą na stole michę z moczącymi się skarpetami i gaciami. Te już przeprane zajmują na sznurach całą długość dziesięciometrowego wąskiego pomieszczenia. Z prawej przez wystawione drzwi widać toaletę. Słabiutka żarówka oświetla muszlę – tak jak gary – biało-brązową. Obok w pojemniku sterta zużytych gazet. Na tę wspólną kuchnię i łazienkę przypada pięć mieszkań, około dwudziestu lokatorów.

Jura tymczasem zmaga się z czterema solidnymi zamkami i po dłuższej chwili gestem gospodarza serdecznie zaprasza. We czworo tłoczymy się w pokoiku dwa i pół na trzy. Z jednej strony stoi tapczan, nad nim, pod sufitem, na nieprawdopodobnie ciężkich solidnych kątownikach wisi telewizor. Pod drugą ścianą umieszczono kuchenny stół i dwa taborety. Rolę szafy spełnia utknięta w kącie waliza.

– Proszę, rozgośćcie się – cieszy się nasz gospodarz.

Po wniesieniu bagażu kręcimy się jak w zatłoczonej windzie. Wreszcie siadamy gdzie kto może. Na stole widać niedopitą herbatę, nadgryzione jabłko, niedokończoną kanapkę i pokruszone ciastko – tak jakby jedzący chciał popróbować wszystkiego naraz, ale nic mu nie zasmakowało. Jura proponuje kawę, ma grzałkę i szybko może ją zaparzyć. Teraz to bardziej odpowiedni byłby pokaźny stakan (szklana) gorzały. Zaczynamy odczuwać zmęczenie wywołane podróżą i zmianą czasu. To samo widzę w oczach Nataszy. W głowie pustka.

– Jura, a ty nie musisz już wracać do pracy?

– No, jeszcze nie, spokojnie.

– Myśleliśmy, że znajdziesz nam hotel, a nie dom, choć miło, że nas tu przywiozłeś.

– Nie ma hotelu, będziecie spać u mnie, jakoś się pomieścimy.

– Jak ty to sobie wyobrażasz, we trzech na jednym tapczanie?

– A dlaczego by nie?

Oto prawdziwie rosyjska dusza, człowiek co prawda sam niewiele ma, ale z serca pragnie się wszystkim podzielić. Poznaliśmy się przed godziną, a ten już przyjmuje nas w swym domu. Więcej, mówi, że możemy u niego zamieszkać tak długo, jak tylko zechcemy. Będziemy o tej szczerości pamiętać, ale tymczasem musimy mieć swoją bazę – pokój w hotelu. Trzeba przecież zadbać o kamerę, naładować baterie, mieć stały dostęp do telefonu, słowem – zorganizować sobie pracę.

Jura – board mechanic (inżynier), tak jak Natasza dostał nakaz pracy. Mieszka tu od piętnastu lat, a rodzinę zostawił w Woroneżu. Tutaj utknął i tak już zostało. Bliskim wysyła pieniądze, a sam jak palec (od kiedy palec jest sam?) mieszka w przydziałowej klitce. Poddał się, pogodził już z takim życiem, zdążył Jakuckiem przesiąknąć, trochę zdziczał. Więc wegetuje jak kawaler-niekawaler.

W jednym z tych pięciu wspólnych mieszkań jest prywatny, ale ogólnie dostępny telefon. Jura poszedł do sąsiadki, by ją uprzedzić, iż za jakiś czas skorzystają z niegoinostrancy (obcokrajowcy). Będziemy próbowali dzwonić, gdzie tylko się da. Nie mamy zamiaru przebywać tu dłużej.

Siedzimy więc w żywym skansenie komuny.

* * *

Nowa władza za wszelką cenę chciała człowieka ulepszyć, stworzyć nową jego odmianę. Z wielkim zapałem podjęto to wyzwanie. Rozpoczęła się trwająca całe dziesięciolecia pieriekowka – przekuwanie człowieka, tworzenie CZŁOWIEKA SOWIECKIEGO. Nasza komunałka jest jedynie niewinnym echem śmiałych wizji z pierwszych lat po rewolucji. Pomysłowi architekci projektowali wówczas domy komuny, w których wszystko, łącznie z garnkami, talerzami, odzieżą, pościelą… miało być wspólne. Człowieka postanowiono zmienić w istotę podobną do mrówki, a skupiska ludzi w mrowiska.

W ten oto sposób wrócono do czasów wspólnot pierwotnych, postanowiono wyplenić wszelką indywidualność. Wyobraźnia ideologów sięgała zresztą znacznie dalej.

Nie tylko praca miała charakter kolektywny, próbowano zmechanizować także sztukę. Powstawały zespołowe wiersze, w których każdy z autorów dopisywał strofę, a i muzyka nie oparła się „nowemu”. „Komponowano” dzieła na prawdziwe, oryginalne instrumenty typu: fabryczna syrena, gwizdek, młot, lokomotywa czy skrzypiąca taczka. Jeszcze inni teoretycy proponowali „zmechanizowanie mowy” przez zastąpienie długich wyrażeń krótszymi. Ta akurat innowacja szybko i z powodzeniem przyjęła się na stałe. Do dziś funkcjonują w języku mówionym i pisanym takie potworkowate skróty, jak sowchoz, Narkom, Dalstroj, Gospłan, Specnaz, Gułag, Proletkult, Agitprop, likbez, Gławlit. Istnająkanina, urzędnicza chińszczyzna.

Naukowcy prześcigali się w tworzeniu nowych społecznych teorii. Odgadywali życzenia ogółu. Twierdzili na przykład, że ludzie sowieccy pragną pozbyć się resztek indywidualizmu i od tej pory zamiast imion i nazwisk chcą nosić tylko numery. Projektowano także nowoczesne, wspólne dla obu płci ubiory (patrz późniejsze Chiny) czy funkcjonalne meble tak proste i lekkie, że bez trudu można było samemu przenosić je z miejsca na miejsce. Rozwijano i wcielano w życie „myśli” klasyków.

Nie brakowało też „feministek”, które dowodziły, że skoro rodziny zatracają tradycyjne funkcje ekonomiczne, to kobiety, także mężatki, mają prawo do swobodnego wyboru partnera. Nie tak dawno śmialiśmy się w Polsce z rzekomo wspólnych w ZSRR bab, ale to, co tak niepojęte u nas, tam niekoniecznie szokowało. W owym „wykuwaniu nowego człowieka” nie pominięto także sfer najbardziej dla ludzi osobistych, intymnych. Na potrzeby prokreacyjne w domach komuny wydzielano oddzielne pomieszczenia, z których dorośli mogli korzystać wedle ustalonego z gospodarzem bloku grafiku, porządku. Nie ma nic do śmiechu, eksperymenty, jakie zaczęto przeprowadzać na ludziach, przez dziesięciolecia wryły się głęboko w psychikę całych pokoleń, a dają o sobie znać i dziś. Owładnięci obłędem chorych idei utopiści, chcąc uszczęśliwić ludzkość, zniszczyli po drodze człowieka. Tak jak dzieci majstrujące przy znalezionej bombie nie przewidzieli skutków swych eksperymentów. Orwellowską fikcję z powieści Rok 1984[4] przebiła rzeczywistość. I to o wiele wcześniej.

Tak więc i kuchnie przestawały mieć rację bytu, bo po co, skoro zatraciły swą normalną funkcję, a o wyżywienie miało dbać państwo.

Kierując się taką maksymą, zaprojektowano także dom naszego gospodarza. I w takiej właśnie, typowej dla całej Rosji komunałce czekamy na jego powrót od sąsiadki. Minął kwadrans, może dwa. Wraca i oświadcza, że Galina F. czeka.

Jej mieszkanie jest duże, ma jakieś trzydzieści metrów kwadratowych; przedsionek i dwa pokoje.

Trwa remont, bo ze ścian zrywana jest stara tapeta, a w jej miejsce systematycznie przyklejana nowa. Nasze niemałe zdziwienie wzbudza fakt, że już pierwsza, ta najbliższa od okna, została położona krzywo, jakoś wyraźnie na skos. Dalsze zwoje odchylają się od pionu coraz bardziej, tak że na końcu ściany fachowiec zmuszony będzie wkleić wielki klin. Ale robota... Panią domu okazuje się pulchna Rosjanka w wieku około lat trzydziestu. Przyjmuje nas boso, paradując w halce. Z wysokości biustu świecą nam w oczy dwa wielkie przetarte na tkaninie koła. Wokół niej kręci się prawie golutkie dziecko. Zza ściany co jakiś czas dokazuje starsza kobieta, a na ceracie – jak u Jurija – leżą napoczęte kanapki, owoce, słodycze (naszą czekoladę dziecko także tylko nadgryzło i pozostawiło).

Dzwonimy według książki po kolei do wszystkich kilkunastu hoteli w mieście i na jego obrzeżach, ale w słuchawce słyszymy wciąż to samo: miejsc nie ma nawet w „apartamentach”. Wszystkie albo już zajęte, albo zarezerwowane. Za dwa dni Sacha (tak nazywają tu Jakucję) będzie miała swój jubileusz. Nie pomagają prośby i tłumaczenia, że przyjechaliśmy z tak daleka. Nie ma i już! Dobra, jeszcze nigdy tak nie było, żebyśmy się poddali bez walki. Wydzwaniamy do organizatorów święta (połączenie, a później odszukanie jakiejś tam kobiety znów trwa całe wieki). Wreszcie mówią nam, by próbować u samego ministra do spraw narodów.

− Dzień dobry, panie ministrze, jesteśmy dziennikarzami z Telewizji Polskiej i przyjechaliśmy do was specjalnie z okazji święta. Dużo słyszeliśmy o was i samej republice, więc nie mogliśmy sobie darować, by was nie odwiedzić. Mamy jednak kłopot, bo nie zdołaliśmy zarezerwować wcześniej hotelu. Były potworne zakłócenia na łączach.

– Dzień dobry, drodzy towarzysze, dla nas to zaszczyt, że możemy was gościć. Dzisiaj mam urwanie głowy, więc wybaczcie, że nie mogę wam poświęcić więcej uwagi, a w którym hotelu powiedziano wam, że nie ma miejsc?

– We wszystkich, ale osobiście byliśmy w Lenie.

– Ładno (dobrze), więc możecie już jechać do Leny, miejsca będą czekać. Jeszcze coś?

– Bardzo dziękujemy.

– Nie ma za co. Zapraszam później, jak tylko będziecie mieli ochotę.

I wszystko! Trzeba było tak od razu.

Wyprowadzamy się od niepocieszonego Jury, dziękujemy za gościnę, a na do widzenia, już przy taksówce, wręczamy mu butelkę żubrówki. Mina mu się rozpromienia, bo prezent od Polaków zaniesie chłopakom z roboty. Kiedy tak wylewnie się żegnamy, dostrzegamy wychodzącą z klatki schodowej naszą wybawicielkę Galę z dzieckiem.

Wybiera się na przystanek, bo chce pojechać do miasta. Oczywiście zapraszamy ją do samochodu i... przecieramy ze zdumienia oczy, bo z niedawnej szarej myszy kobieta ta przeistoczyła się w elegancką, ładnie ubraną i zadbaną damę. To niepojęte, jaką metamorfozę można przejść w tak krótkim czasie. Kobiety w Rosji będą zaskakiwać nas jeszcze mnóstwo razy. Co w czterech ścianach, to u siebie, dla innych niewidoczne, ale na ulicy trzeba się pokazać. Widywaliśmy panie jak z żurnala, które wyłaniały się z czeluści ciemnych bram, niesamowitych ruder, walących się chatynek. Oto Rosja, oto jej trans!

Uśmiechnięte Jakutki już wiedziały o naszym powtórnym przyjeździe do hotelu i jakby nigdy nic życzliwie wręczyły nam klucz. Może nawet zyskaliśmy coś w ich ciekawych, lekko skośnych oczach, wszak interweniowali aż z ministerstwa.

W pokoju urządzamy ucztę. Na stół wjeżdżają nasze specjały: najlepsze na świecie wędliny, sery, gorzałeczka. Szczęście nasze nie ma granic, mamy ciepłą wodę, jest czysto. Natasza ze swej przepastnej walizy wyjmuje... arbuza. Nie możemy pojąć, jak można taszczyć coś takiego aż z Krymu, ale wyjaśnia nam, że chciała poczęstować nim swych małych wychowanków, bo na Północy takiego owocu nie znają. Na nasze stanowcze protesty, by w takim razie arbuza nie rozkrawać, z chytrym uśmieszkiem pokazuje leżące w torbie jeszcze dwa. Rozumiem już, dlaczego bagaż Nataszy wyrywał mi wcześniej rękę. Niebawem się przekonamy, że życie w Jakucku jest bardzo kosztowne. Cóż z tego, że na Syberii zarabia się (przynajmniej na państwowym) więcej niż w głębi kraju, skoro ceny są wielokrotnie wyższe. Niemal całą żywność trzeba tu dowieźć. W lecie kursują jeszcze statki, promy, ale w zimie pozostaje tylko transport lotniczy. Tu nie ma połączeń kolejowych, więc ceny ziemniaków, kapusty, cebuli rosną wielokrotnie.

Przypominam sobie przy tej okazji pożegnalne spotkanie z kolegami w naszym hotelu. Przez wiele dni pobytu nie korzystaliśmy z przysługujących nam bonów śniadaniowych i właśnie na trzy doby przed wyjazdem postanowiliśmy zrobić z nich użytek. Urządziliśmy ucztę z mnóstwem owoców. Nasi kompani takiego bogactwa pomarańczy, jabłek, winogron chyba jeszcze nie widzieli, bo całą sytuacją byli mocno onieśmieleni, skrępowani. Wszystkie inne dania i trunki nie wywarły na nich takiego wrażenia jak właśnie owoce.

Kilka lat później w innej części Syberii, na Kołymie karta się odwróciła. To my nie mogliśmy pojąć, że całymi łychami, bez żadnych ograniczeń można wcinać kawior z królewskiego łososia, a przy tym nie mieć pieniędzy na chleb.

* * *

Jakuck liczy niecałe dwieście tysięcy mieszkańców, a w całej republice jest ich ze dwa miliony. To tak, jakby ludność całej Warszawy rozrzucić na terenie dziesięciokrotnie większym od Polski. Samo miasto obchodzi jubileusz 370-lecia. Na wielu budynkach rozwieszono transparenty, ulice udekorowano flagami Rosji i Jakucji. Napisy głoszą: „Rosja i Jakucja – na zawsze razem!”. Pewnie tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś nie do końca wiedział i próbował pójść śladem innych: jakichś Kazachów, Uzbeków, Gruzinów czy broń Boże Czeczenów. Po ulicach krąży samochód-propaganda i przez głośniki wzywa na jutrzejszą uroczystość. Dziś, jeszcze bez kamery, postanawiamy przyjrzeć się miastu bliżej.

[1] Szeremietiewo II było do 2008 roku największym portem lotniczym Moskwy. Palmę pierwszeństwa przejął wówczas port Moskwa – Domodiedowo.

[2] Nazwa pochodzi od nazwiska polskiego uczonego, badacza Syberii, carskiego zesłańca Jana Czerskiego (1845–1882).

[3] Było to jeszcze przed aneksją Krymu przez Rosję w 2014 roku.

[4] Wydana w 1949 powieść polityczna była do 1984 roku (!) książką w Polsce zakazaną. Do języka przeniknęły orwellowskie pojęcia „Wielki Brat” czy „nowomowa”.

MIASTO NA PIASKU

Jest późne przedpołudnie, odespaliśmy porządnie zmęczenie ostatnich dni, organizmy powoli przestawiają się na nowy czas i klimat. Pokój mamy od zaplecza, dobrze, bo w miarę cichy. Dziesięć metrów za oknem, akurat na naszej wysokości, sterczy żelazny komin hotelowej kotłowni. Dym równo jak z odwróconej rakiety kurzy w górę, nie przeszkadza hotelowym gościom. Szybko też dostrzegamy, że dla ich dobra wszystkie okna zablokowano porządnymi gwoździami, nie ma więc mowy o ich otwarciu. W czasie jakuckich mrozów może to być zaleta.

Na widocznym z naszego piątego piętra horyzoncie, ponad niskimi blokami, uwijają się dźwigi, nieco bliżej stoi okazały budynek przedstawicielstwa Aerofłotu z charakterystycznym znakiem tych linii. Jak na dobry hotel przystało, pokój wyposażono w kolorowy telewizor, choć na razie jeszcze bez pilota, i nie wiedzieć po co w przytwierdzony do ściany głośnik zwany w Rosji kołchoźnikiem. Ten symbol niedawnych czasów już zamilkł, w dobie telewizji satelitarnej stracił swój sens. Przestał pełnić zaszczytną rolę jedynego gadającego okna na świat, przestał być mocnym, propagandowym narzędziem władzy. Ale, ale! Może z funkcji nadawczej przeszedł teraz na odbiór? Człowiek plecie byle co, a gdzieś, dajmy na to w podziemiach hotelu, znajduje się „reżyserka” z całą potężną aparaturą do nagrań, analiz, a gdzieś dalej inna – jeszcze większa i jeszcze ważniejsza, a nad nią następna i następna, tak bez końca. To bardzo prawdopodobne. Zaczynamy rechotać z neoorwellowskiej wizji i aby nie było cienia wątpliwości, że Ruskich się nie boimy, prosto w tajemniczy głośnik wykrzykujemy słowa i zdania, za które kiedyś bez wątpienia zafundowano by nam długi pobyt w tych stronach. Biuro podróży mogłoby nosić nazwę Stalin Travel.

Wychodzimy z hotelu odprowadzani ciekawskim spojrzeniem skośnookiego ochroniarza. Na chybił trafił skręcamy w prawo, bo instynkt podpowiada nam, że w tym kierunku dojdziemy do centrum. Maszerujemy piętnaście minut ruchliwym chodnikiem przy ulicy – a jakże – Lenina. To główna arteria miasta, z daleka widać już rozległy plac z pomnikiem wodza Rewolucji. Iljicz wspiął się na wysoki cokół i w zdecydowanym geście wytycza mieszkańcom kierunek: dalej, na wschód! Wygląda to tak, jakby wyciągnął do kogoś wyprostowaną jak struna rękę z nienaturalnie wielką, monstrualną dłonią, ale w ostatniej chwili uniósł ją niczym ramię semafora. Dał wolną drogę! Sterczący pionowo kciuk spełnia rolę karabinowej muszki. Widać idealne zgranie wzroku i przyrządu. Mierzy hen, daleko, i mimo że po przeciwnej stronie placu stoi wysoki budynek, to dla jego oka nie stanowi on przeszkody. Przecina go z łatwością lasera. Patrząc na sześciometrowego tytana, można by odnieść wrażenie, że wyraźnie widzi on coś, czego zwykły śmiertelnik nigdy nie dostrzeże. Pytamy mieszkańców o to, cóż mogło zaprzątnąć uwagę samego Lenina? Nikt nie odważy się rozwikłać tej zagadki. Nie od razu po piotrogrodzkim zrywie dotarły i tu jego żywe idee. Potrzebowały na to nieco więcej czasu.