Wydawca: My Book Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 235 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Syberia, inny świat - Zdzisław Brałkowski

W latach osiemdziesiątych, w ramach "poznawania naszych sąsiadów i zawiązywania dozgonnych przyjaźni", PRL-owskie instytucje organizowały dla młodzieży zagraniczne wyjazdy do lekkich prac sezonowych, najczęściej na Węgry, do Bułgarii i wschodnich Niemiec. Zdarzyło się jednak, że któryś z wojewódzkich urzędników postanowił "zabłysnąć" przed warszawskimi władzami i podpisał umowę o obustronnej wymianie młodzieży z obwodem nowosybirskim na Syberii.
W ten oto sposób trzydziestoosobowa grupka polskich licealistów znalazła się w miejscu odległym od domu nie tylko o kilka tysięcy kilometrów, ale i o wiele lat postępu cywilizacyjnego. Zbite byle jak z desek wychodki i ustawiona na rusztowaniu na środku podwórka beczka z wodą w charakterze prysznica - oto syberyjska łazienka. Do spania - prycze z twardymi siennikami. Do jedzenia - dzień w dzień bezsmakowa breja. Praca - wyrywanie metrowych chwastów w czterdziestostopniowym upale.
Tym, i wielu innym wyzwaniom musiał sprostać autor tej książki, pełniący wówczas funkcję komendanta grupy. Jak mu się to udało - przeczytajcie sami!

Opinie o ebooku Syberia, inny świat - Zdzisław Brałkowski

Fragment ebooka Syberia, inny świat - Zdzisław Brałkowski

Zdzisław Brałkowski
SYBERIA, inny świat
© Copyright by Zdzisław Brałkowski 2013Projekt okładki: Agnieszka Wachnik
ISBN 978-83-7564-407-4
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl
Publikacja chroniona prawem autorskim.Zabrania się jej kopiowania, publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży bez zgody Wydawcy.

Moi sybiracy

Wstęp

Życie… cóż o nim wiemy? Chodzimy utartymi ścieżkami, funkcjonujemy w określonej przestrzeni i czasie. Otaczającą nas rzeczywistość uważamy za naturalną, dopóty… dopóki nie znajdziemy się nagle w innej rzeczywistości.

Było to jeszcze w czasach uznawanych obecnie za „słusznie minione”. Jednak daty oraz miejsca urodzenia człowiek nie wybiera. Niezależnie od uwarunkowań wewnątrzkrajowych i zewnętrznych – aby żyć, trzeba pracować.

Już czuło się nadchodzące zmiany. Powiew „nowego” nadchodził od wschodu, wraz z „pierestrojką”. Zwykły człowiek bardziej jednak był zajęty codziennym wiązaniem końca z końcem. Założyło się rodzinę? Założyło. Trzeba więc było pracować, szukając przy okazji możliwości dodatkowego zarobku. „Pecunia non olet”.

Pracowałem od kilku lat w państwowej organizacji, zajmującej się pewną kategorią młodzieży. Organizacja ta istnieje do dzisiaj. W ciągu roku szkolnego jej kadra prostowała ścieżki życiowe i umożliwiała zdobycie zawodu przez „trudną młodzież”. W okresie wakacji moja instytucja swoją ofertę kierowała do zwykłej młodzieży ze szkół średnich. Organizowała im miesięczną pracę, połączoną z wypoczynkiem, przeważnie w firmach przetwórczych w których potrzebni byli sezonowi pracownicy. Prace były nieskomplikowane, zakwaterowanie i wyżywienie darmowe; do tego można było kilka złotych na własne wakacje zarobić. Chętnej młodzieży nigdy więc nie brakowało. Zwłaszcza do pracy za granicą, w ramach, jak to szumnie nazywano, „poznawania naszych sąsiadów i zawiązywania dozgonnych przyjaźni” w ojczystej Europie. Oczywiście w tej ówcześnie właściwej części kontynentu, w ramach demoludów.

Najbardziej oblegane były wyjazdy na Węgry, do Bułgarii i wschodnich Niemiec. W Polsce czasy dla człowieka były trudne, pożądane dobra materialne trzeba było wystawać w kolejkach, do tego większość z nich można było kupić tylko na kartki. Wyjazd do innych krajów, gdzie nie było takich problemów z zaopatrzeniem, był jak wpadająca do ręki gwiazdka z nieba. Nie brakowało więc chętnych wśród młodzieży licealnej. Dla nas, kadry organizacji, taki wyjazd jako opiekunów grup też był opłacalny. Pozwalał poratować finanse domowe i przywieźć pożądane produkty.

Byłem chętny i ja. Propozycja, którą otrzymałem od swojego szefostwa, mogła jednak zaskoczyć każdego. Ktoś w moim, jednym z czterdziestu dziewięciu, jeszcze gierkowskim województwie wpadł na iście „fantastyczny” pomysł. Pomysł, którym chciał zabłysnąć przed Warszawą. Faktycznie, wszystkich zadziwił, w żadnym innym województwie nikt na to nie wpadł – podpisał umowę o obustronnej miesięcznej wymianie młodzieży z obwodem nowosybirskim na Syberii. Kilka tysięcy kilometrów na wschód od nas, w centrum Azji.

Smak życia, z jego lepszymi i gorszymi stronami, już znałem. Nie byłem młodziankiem. Jednak nadchodząca rzeczywistość zweryfikowała moje dotychczasowe doświadczenia i wyobrażenia. Kilka tysięcy kilometrów odległości przeniosło mnie nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Trafiłem w miejsce, gdzie średniowiecze pomieszane było ze współczesnością. O tym dowiedziałem się jednak dopiero tam…

Rozdział 1Propozycja

Wiosna tego roku była piękna – tak przeważnie zaczynają się wspomnienia. Tego roku było to prawdą. Wypatrywałem już końca czerwca i nadejścia lata, marząc o urlopie nad wodą. Jeszcze niecałe dwa miesiące i odpocznę od codziennego użerania się z podopiecznymi. Nie wiedziałem, że wojewódzkie szefostwo miało w stosunku do mnie całkiem inne zamiary. Wszystko przygotowywali w najgłębszej tajemnicy.

Pewnego majowego dnia otrzymałem telefonicznie polecenie stawienia się w województwie. Zdziwiło mnie że sekretarka szefa nie wiedziała, albo nie chciała powiedzieć, w jakiej sprawie mam przyjechać. Mój bezpośredni przełożony też nic nie wiedział. Lekko zdenerwowany, pojechałem następnego dnia. W myśli szukałem, o co może chodzić – coś źle wykonałem? Jakieś skargi ze strony młodzieży? Ki diabeł, taka tajemnica?!

Na miejscu czekała już na mnie cała szefowska trójka, komendant wojewódzki i jego dwóch zastępców. Ho, ho, to coś poważniejszego. Lekko się spociłem z wrażenia i niepewności. Nie dali mi jednak czasu na szukanie w myślach przyczyny. Przywitali się ze mną spokojnie. Szef od razu przystąpił do rzeczy:

– Jak dobrze wiecie, co roku organizujemy sezonową pracę dla młodzieży ze szkół średnich. Również wymianę zagraniczną. W tym roku udało nam się załatwić bardzo atrakcyjny wyjazd. Długo to trwało. Wiecie, ile to jest zabiegów i papierków. Doszła jeszcze potrzebna zgoda z Warszawy i z zagranicy, załatwienia zezwoleń i podpisania porozumienia. Dlatego tak późno o tym wam mówimy.

– Przecież wiem, szefie. Co roku są wymiany, żadna mi sensacja.

– Tak, tylko to jest całkiem nowe porozumienie. Takiej wymiany nasze województwo jeszcze nie organizowało. Zresztą żadne województwo w kraju. Jesteśmy pierwsi. Może być atrakcyjne ale nie znamy tamtych warunków. Potrzebny jest nam człowiek, który poradzi sobie w razie jakichś problemów.

– Czy mam rozumieć, że…

– Dobrze myślicie. Właśnie was wytypowaliśmy. Radzisz sobie z naszą trudną młodzieżą, to powinieneś spokojnie poradzić sobie z uczniami ze szkół średnich. Chodzi jednak jeszcze o coś innego. Ta zagranica to naprawdę dla nas nieznane strony. Mogą być różne zdarzenia, trzeba umieć sobie samemu na miejscu radzić.

– Jakie nieznane? Z NRD, Bułgarią czy z Węgrami mamy przecież co roku wymianę. Nie są nieznane. Czyżby chodziło o Rumunię? Z rządzącym tam „Słońcem Karpat”? To faktycznie trudne państwo. Chyba nie z nimi podpisana została umowa?

– Nie, nie z Rumunią. Tam nawet sami nie chcemy i oni chyba też nie. Troszkę dalej.

– Dalej? Do jakiejś republiki radzieckiej? Mołdawia? Na Krym? Może Gruzja? To nie jest tak źle. Szefie, czy mam dalej zgadywać?

– Nooo… jeszcze kawałek dalej.

– Jeszcze… jeszcze dalej?! Czyżby Azerbejdżan? Tam już mogą być faktycznie problemy. To już islam. Nie jestem z tym obeznany. Czy jednak jeszcze w Europie? Chyba nie chce szef mi zaproponować, abym jechał aż pod Ural? To już byłoby naprawdę zbyt daleko.

– Pod Ural nie. Za Ural. Pod Nowosybirsk.

Zatkało mnie z wrażenia. Pod Nowosybirsk! Środek Azji!

Zaskoczyli mnie. Inny kontynent, inne obyczaje, klimat, ogromne puste przestrzenie. Prawie wszystko inne. Odetchnąłem głęboko:

– Szefie, a coś bliżej mógłbym wiedzieć? Gdzie będziemy pracowali? Co robili? Jakie warunki zakwaterowania? Ile zarobimy?

– To jeszcze za wczesne pytania. Robimy to po raz pierwszy, na odległość, więc wszystko długo trwa. Nie wszystko jest dograne. Na dzisiaj mogę tyle powiedzieć, że będziecie pracować w jakimś sowchozie pod Nowosybirskiem. Może też gdzieś indziej, w zakładach spożywczych lub rolnych. Tamci gospodarze mają nam dopiero odpowiedzieć, gdzie, co i jak. Dla ich grupy z Syberii mamy już przygotowane miejsce. Będą u nas pracowali w Zakładach Mięsnych, przy taśmie. No więc jak, zgadzacie się?

– Chwilę szefie. Niech ochłonę. Sekundę. – Przetarłem dłonią spocone czoło.

Ale dostałem propozycję. Do tego trochę z tych nie do odrzucenia. Zagrali mi na ambicji, mnie wybrali. Z jednej strony obawa, jak tam będzie. Szefowie sami jeszcze wszystkiego nie znają. Widać, że wszystko jest jeszcze w powijakach, robione na łapu-capu. Cholerne „jakoś to będzie”. Coś pójdzie nie tak, to ja będę na celowniku, jako pierwszy do odstrzału.

Z drugiej strony jednak, takiej okazji mogę już nie mieć w życiu. Przez myśl przeleciały mi sceny z książki Tajemnicza wyprawa Tomka Alfreda Szklarskiego. Te ogromne przestrzenie, surowa i jednocześnie piękna przyroda, dzikie zwierzęta, skrajne temperatury. Do tego twardzi, zahartowani przez przyrodę Sybiracy. Mogę te wszystkie podsuwane przez wyobraźnię obrazy zobaczyć na żywo, posmakować Syberii. Muszę się tylko zgodzić. Pojadę nie jako turysta, zapłacą za wszystko, jeszcze dodatkowo zarobię. To był dla mnie dodatkowy mocny argument za wyjazdem – ze względu na sytuację rodzinną każdy dodatkowy zarobek był dla mnie bardzo cenny.

Nie zastanawiałem się już dłużej:

– Zgadzam się. Pojadę.

– To świetnie. Byliśmy pewni, że się zgodzicie.

– A młodzież, szefie? Jaką będę miał grupę i ile osób? W jaki sposób tam dojedziemy? No i kiedy będzie wyjazd?

– Szczegóły wyjazdu i pobytu dopiero dogrywamy. Grupa, jako hufiec zagraniczny, niedługo będzie tworzona. Ma liczyć trzydzieści osób. Żadnych tam wybranych, tylko uczniów ze zwykłych rodzin. Planujemy po połowie dziewczyn i chłopców. Do tego wy jako komendant oraz jedna osoba jako tłumacz. Będzie jednocześnie twoim zastępcą. Wyjazd planujemy na cały lipiec. Tyle na dzisiaj. Mamy jeszcze prawie dwa miesiące, więc wszystko się dogra.

Nie dopytywałem się więcej. Nie lubiłem improwizacji, która często przynosiła niemiłe niespodzianki, ale już się zgodziłem. Jakoś to będzie, nie pierwszy, nie ostatni raz. Syberia – to jest coś!

Jak przewidywałem, maj i czerwiec były okresem wielkiej improwizacji. Wszystko organizowano w ogromnym pośpiechu, wszystko było „na wczoraj”. Ludzie w komendzie wojewódzkiej oraz ja wpadliśmy w kierat uzgodnień, zgłoszeń o paszporty, biletów na przejazdy i przeloty. Jedyne, czego byłem pewny, to to, że moja grupa będzie liczyła piętnaście dziewczyn i piętnastu chłopców, w wieku od szesnastu do osiemnastu lat. Wszystko inne było wielką niewiadomą.

Czasu było coraz mniej. Kiedy wreszcie załatwiłem paszport i otrzymałem wizę wjazdową do państwa zwanego w ich hymnie „nienaruszalnym związkiem bratnich narodów”, okazało się, że część młodzieży nie zdąży otrzymać na czas swoich paszportów. Znowu nastąpiło nerwowe szukanie wyjścia z sytuacji i uzgodnienia telefoniczne. Udało się prawie w ostatnim momencie, znaleziono wyjście – otrzymałem paszport zbiorowy. Wystawiony na moje nazwisko, z przyklejoną listą trzydziestu nazwisk i ich danymi osobowymi. Każdy z uczestników miał mieć także dowód osobisty lub tymczasowy.

Nerwówka końca roku szkolnego w pracy nakładała się na niezałatwione jeszcze sprawy związane z wyjazdem. Tydzień przed planowanym początkiem podróży zostałem znów zaskoczony niemiłą wiadomością, przekazaną mi telefonicznie z województwa. Nie załatwili dla wszystkich biletów na lot jednym samolotem, na trasie Warszawa – Moskwa. Nie ma wolnych miejsc na tak dużą grupę w zaplanowanym terminie. Jest możliwość otrzymania biletów na dwa loty. Pytają się mnie, co robić. To ja mam wiedzieć, co robić?! Miałem mieć wszystko załatwione, dostać dokumenty, bilety i tylko jechać. Grupa nie może się rozdzielić na dwie części, mam przecież paszport zbiorowy. Możemy tylko jechać jak papużki nierozłączki. Albo wszyscy, albo nikt.

Kilka kolejnych dni to był jeden ciąg nerwowych godzin i rozgrzewających się do czerwoności telefonów. Co godzinę, dwie miałem inną informację – już są bilety! Za chwilę – niestety, tylko dla trzydziestu osób. O dwa bilety za mało. W naszym przypadku nie da rady złamać zasady muszkieterów – jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Paszport zbiorowy nie daje najmniejszego pola manewru.

Dwa dni przed wyjazdem dalej nie wiedziałem, czy wyjedziemy. Bilety na samolot nie były załatwione. Ciągle tylko obiecywania, zapewnienia, że jeszcze się uda. Dwie doby przed wyjazdem?! Do tego nawet nie zorganizowali mi spotkania z młodzieżą, z którą mam jechać. Jedynie wiedziałem, że nabór w szkołach przeprowadzano w całym województwie. Jak mam jechać kilka tysięcy kilometrów od Polski, w środek Syberii, z całkowicie mi nieznanymi ludźmi? Jak za nich odpowiadać?

Nie czekałem dłużej. Ktoś musiał podjąć decyzję. Chwyciłem za telefon i przedzwoniłem do województwa. Poprosiłem telefonistkę o połączenie z pracownikami odpowiedzialnymi za organizację wyjazdu:

– Mam tylko dwa pytania. Są wreszcie te cholerne bilety na samolot, czy nie? Jeżeli nie, to czy kończymy tę wyprawę, nim ją rozpoczęliśmy? Wszyscy siedzą na szpilkach, zamiast na walizkach. Decyzja musi być podjęta teraz. Nie ma już czasu na gdybania.

– Biletów jeszcze nie mamy, ale próbujemy…

– To włóżmy załatwienie biletów między bajki. Nie załatwiliście dotąd, to nikt nie podstawi nam dodatkowego samolotu. Nie jesteśmy aż tak ważni. To co z wyjazdem? Kończymy?

– W żadnym razie! To nie wchodzi w ogóle w grę! Komendant powiedział, że mamy na rzęsach stanąć, a wyjazd musi być! Wyobrażasz sobie, że po tych wszystkich ochach i achach, jakie usłyszał dwa miesiące temu w Warszawie, miałby zameldować, że wyjazd został odwołany przez głupie bilety?!

– To co? Z pustego nalejemy? Znaleźliście jakieś wyjście?

– Jeszcze myślimy…

– Jeszcze?! Dwa dni przed terminem wyjazdu?

– Nooo…

– To znaczy nie wiecie. Nie ma co się zastanawiać. Zróbcie coś innego. Spróbujcie załatwić bilety na pociąg z Berlina do Moskwy. Dojedziemy do Kutna i tam w niego wskoczymy. Jakoś się w pociągu pomieścimy. Byle zdążyć na samolot z Moskwy do Nowosybirska.

– To jest jakiś pomysł! Bilety na lot z Moskwy macie przecież załatwione. Będziemy próbować z tym pociągiem. Czekaj na telefon.

Przedzwonili pod koniec dnia:

– Jest! Mamy bilety na pociąg.

– Ufff, no wreszcie. W ostatnim momencie.

– Tyle że…

– Co jeszcze? To są te bilety czy nie?!

– Są, ale dostaliśmy bilety z Kutna tylko do Brześcia nad Bugiem. To ich pierwsze miasto za granicą. Do samej Moskwy nie udało się. U nich są tylko miejscówki i nie ma szansy, aby kogoś wpuścili do pociągu dodatkowo.

– Jasny gwint. Wiem, gdzie leży Brześć. I co? Resztę drogi mamy przejść pieszo, czy taksówkami do Moskwy dojedziemy?!

– Nie denerwuj się. Zbieraj się do wyjazdu. Jedziecie. My będziemy w tym czasie załatwiać bilety z Brześcia do Moskwy. Jeżeli nie uda nam się jutro przed wyjazdem załatwić, to bilety będą na was czekały w Brześciu.

– A jak nie będą czekały? Zostanę sam za granicą, z całym majdanem na głowie.

– Załatwimy. Musimy. Zbieraj się. Więcej optymizmu.

Więcej optymizmu? Łatwo tak mówić zza biurka. Już czułem, w jaką kabałę się pakuję. Jeżeli nie załatwią biletów, to lepiej nie myśleć, co będzie. To nie jest prywatna wycieczka. Sam bym sobie poradził, bilet skombinował i w Brześciu. Będę miał jednak na głowie trzydziestu młodych, całkiem mi obcych ludzi. Na szczęście będzie tłumacz jako mój zastępca. Przynajmniej jeden chłop do pomocy w razie czego.

Rozdział 2Wyjazd

Niestety, ostatni dzień przed wyjazdem nie dał mi promyka nadziei. Jedyne, co województwo mi oferowało w odpowiedzi na moje telefony, to żebym czekał cierpliwie. Cały czas próbowali załatwić te cholerne bilety. Dzień zszedł mi na nerwowym siedzeniu przy telefonie. Nie miałem zresztą nic więcej do roboty; byłem już dawno spakowany. Wieczorem otrzymałem hiobową wieść – jeszcze nie załatwili biletów. Nic się jednak nie zmieniło, decyzja pozostała w mocy – mam jechać. Zapewniali, że na pewno zdążą bilety załatwić, nim dojedziemy do Brześcia.

Nie było wyjścia. Starałem się wyrzucić z myśli nachodzące mnie obrazy. Co będzie, jeżeli jednak nie załatwią biletów? Samolot do Nowosybirska odleci bez nas. Co wtedy? Powrót do domu? Czy jazda koleją transsyberyjską? To co najmniej tydzień podróży. Do tego trzeba będzie załatwiać nie jedną czy dwie miejscówki, ale trzydzieści dwie. Jak długo to potrwa, na który pociąg dostaniemy bilety?

Nie było co rozważać, wszystko okaże się w Brześciu.

„Nadejszła wiekopomna chwila”. Nocnym pociągiem dojechałem do wojewódzkiego miasta. Na dworcu, na godzinę piątą rano, było wyznaczone miejsce zbiórki. Spojrzałem na zegarek – czwarta. Miałem jeszcze całą godzinę w zapasie. Część młodzieży też już przyjechała z innych miejscowości. Niektórych odprowadzali rodzice. Króciutko się z nimi przywitałem i poznałem. Na dłuższe powitanie będzie czas, kiedy zbierze się cała grupa. Teraz interesowało mnie co innego – lista z nazwiskami i danymi osobowymi. Do tej pory jej nie otrzymałem. Podobno zmiany następowały do ostatniej chwili. Chyba w liście nic nie zmienili, przecież wiedzieli, że dopiero co dostałem paszport zbiorowy.

Na szczęście odpowiedzialny pracownik z dokumentami już czekał na mnie. Siadłem na ławce i od razu zagłębiłem się w listę. Nazwiska? Zgadzają się, jest w porządku. Skąd są? Z jakich szkół? Też w porządku – uczniowie liceów i techników. Szesnaście lat, siedemnaście, osiemnaście. Przynajmniej tu nie ma żadnej nieprzyjemnej niespodzianki. Kim są rodzice, gdzie pracują?

Spojrzałem na kolumnę w spisie, z danymi o rodzicach. Przeleciałem pobieżnie i… nagle cała krew odpłynęła mi z twarzy. Zacząłem ponownie czytać, tym razem uważniej. O matko! Kogo oni nabrali na wyjazd?! Przecież miały być normalne dzieciaki, z żadnych maminsykowatych domów! A tu – córeczka dyrektora, synek prezesa, córka jakiegoś ważnego sekretarza, syn przewodniczącego rady. Przeliczyłem – dwie trzecie listy to córki i synowie ważnych person, sądząc po zajmowanych przez nich stołkach i miejscach pracy. Ledwie dziesiątka to dzieci zwykłych pracowników. Ale mnie wkopali!

Poczułem, jak strużka potu spływa mi po kręgosłupie, mimo chłodnego jeszcze początku dnia. Jak oni mogli? Jak mogli wybrać taką młodzież? Przecież obiecywali, że to będą normalne dzieciaki, żadne wychowane w cieplarnianych warunkach. Mamy przecież jechać do pracy, i to pracy fizycznej, daleko w nieznane. Nie wiemy, co nas tam czeka. I nagle organizują mi taką grupę? To było tak bezpieczne i przewidywalne w skutkach, jak wycieczka w góry z paniusiami w szpilkach i panami w garniturach.

Wziąłem na bok „odpowiedzialnego z województwa” i z dala od młodzieży, zduszonym głosem zapytałem:

– Czyście zwariowali? Widziałeś listę i kim są rodzice?

– Widziałem i czytałem. Nie miej pretensji do mnie. Na ten wyjazd to nie nasz dział organizował nabór. Wszystko załatwiano wyżej. Tę listę otrzymałem gotową dopiero wczoraj. Miałem ci ją tylko przywieźć i życzyć spokojnej podróży.

– Jasny gwint. Nie dość że w miarę spokojną podróż mam tylko do Brześcia… Przez was, bo biletów do Moskwy nie załatwiliście! To jeszcze taki nabór. Czy te dzieciaki wiedzą, że tam będą pracować fizycznie, a nie balować?

– Nie martw się. Dzisiaj na pewno załatwimy ten pociąg. Jesteśmy na dobrej drodze. Przejedziesz granicę, to bilety już będą czekały. A młodzież? Nie wszyscy muszą być od razu ciepłymi kluchami. Zresztą wszyscy wiedzieli, jaka tam będzie praca. Jeżeli się zapisali, to nie będą marudzili.

Przetarłem twarz dłonią. Nic już nie da się zrobić, postawili mnie pod ścianą. Domyśliłem się, dlaczego zebrała się taka „wyselekcjonowana” grupa. Do pracy wakacyjnej w kraju dostawała się zwykła młodzież. Z załatwieniem miejsc w zakładach potrzebujących rąk do prostej pracy sezonowej nie było przeważnie problemów. Dostać się na dotychczasowe, bliskie wyjazdy zagraniczne było już trudniej. Czasem załatwiano miejsce przez znajomości, ale nie było to częste zjawisko. Aż tu nagle pocztą pantoflową rozchodzi się po województwie wieść – jest atrakcyjny wyjazd. Aż na Syberię! Za darmo pojechać taki kawał drogi, zobaczyć inny świat, do tego zarobić, trochę pohandlować też można. Oczywiście poczta działała tylko na wyższych szczeblach towarzyskich, niedostępna dla zwykłych zjadaczy chleba. Zawsze są równi i równiejsi. Dowiedział się taki tatuś-dyrektor czy inna szycha, o wyjeździe – synku, jest w wakacje organizowany taki fajny wyjazd. Daleko, aż na Syberię. Nie chcesz pojechać? Wiesz, troszkę popracujecie, pobawicie się, poznacie tam swoich rówieśników. Jeszcze pieniążki zarobisz i może coś przywieziesz przy okazji. To co? – Dobra, tato. Tam jeszcze nie byłem. Będzie co opowiadać kumplom po wakacjach. Gały wybałuszą z zazdrości.

Pewnie tak było. Inaczej nie miałbym takiej listy nazwisk, jaką otrzymałem. Mnie natomiast szefostwo mówiło co innego. Dlatego do końca nie otrzymałem od nich wykazu z danymi o rodzicach uczestników. Zresztą, co by to zmieniło? Zgodziłem się przecież na komendanta hufca zagranicznego. Listę układał kto inny. Możliwe, że i wojewódzki szef nie mógł odmówić jednemu czy drugiemu ojczulkowi latorośli, albo wprost dostał polecenie z góry. Samo życie.

Raz kozie śmierć! I tak już nie miałem żadnego wyboru.

Rozejrzałem się wokół:

– A gdzie tłumacz?

– O, już nadchodzi – odezwał się pracownik.

– Który to?

– Nie który, a która. To tamta kobieta.

– Kobieta? Nie mówiliście, że to kobieta. Myślałem, że będę miał chłopa jako zastępcę.

– Nie pytałeś przecież. Zresztą, co za różnica?

– Nie pytałem. Tylko tak myślałem.

Tłumaczka podeszła, przywitaliśmy się i przedstawiliśmy. Nie była od nas. W średnim wieku, dość szczupła, chyba kilka lat starsza ode mnie. Widocznie nie stosowała starej, niepisanej zasady naszych babć – co rok kilogram Bozia dodaje. Prawdopodobnie była kolejną osobą, która pomyślała, że załapała się na fajną, egzotyczną wycieczkę. Czy będzie pomocna w razie potrzeby? Jak nie wiesz, na kogo liczyć, to licz na siebie. No nic, nie będę sugerował się wyglądem ani wiekiem. Pozory mogą mylić.

Podszedłem ponownie do młodzieży:

– Jestem waszym komendantem. Ustawcie się w dwuszeregu. Sprawdzę listę uczestników. Omówię też kilka podstawowych spraw przed wyjazdem.

Chwilę trwało, nim jako tako stanęli. Nie poganiałem. Czasu było jeszcze nadto, do tego pierwszy raz się wszyscy widzieli. Odczekałem, aż się ustawili, przedstawiłem siebie oraz tłumaczkę jako moją zastępczynię. Jednocześnie wzrokiem przeliczyłem szybko stojące pary. Czternaście i pół! Nie ma jednego uczestnika. Ponowne szybkie przeliczenie wyniku nie zmieniło. Stało tylko dwudziestu dziewięciu uczestników. Ktoś jeszcze nie dotarł. Na szczęście jeszcze jest godzina do odjazdu pociągu do Kutna, pewnie to „dopełnienie do piętnastki” za chwilę dotrze.

Wyjąłem listę i zacząłem po kolei odczytywać imiona i nazwiska. Nie śpieszyłem się, wpatrywałem się długo w każdą dziewczynę i chłopaka, odkrzykujących – jestem! Pierwszy raz w życiu ich widziałem, ani jednej znajomej twarzy. Będę miał cały miesiąc na poznanie każdego z nich, ale przynajmniej na początek muszę twarz zapamiętać.

Wyczytałem kolejne nazwisko. Cisza. Ponownie wyraźnie odczytałem. Nic. Jeszcze raz, tym razem głośniej. Zero odzewu. A więc odnalazł się, na razie tylko na liście, oczekiwany spóźnialski. Odczytałem kolejne nazwiska, doszedłem do końca listy. Zacząłem omawiać regulamin hufca, jak się zachować w razie czegoś nieprzewidzianego czy zagubienia w czasie podróży. Zwróciłem uwagę, abyśmy trzymali się w grupie, aby każdy zapamiętał przynajmniej jedną osobę, aby nie oddalać się bez pozwolenia i pojedynczo. Dodałem:

– Nie znamy się jeszcze, mamy przed sobą długą jazdę z przesiadkami. Oby nie, ale nie można wykluczyć, że będą jakieś problemy. – Nie chciałem ich przedwcześnie denerwować. Nie wiedzą, że nie mamy jeszcze zapewnionego pociągu do Moskwy. Może wszystko zakończy się pomyślnie, może chociaż raz szefostwo stanie na wysokości zadania i na czas załatwi bilety. – Dlatego, abyśmy się nie pogubili i rozpoznawali w tłumie, ubierzmy teraz nasze mundurki.

„Mundurki” to zbyt szumne słowo. Była to zwykła jasnoniebieska koszula z ciemnogranatowymi wypustkami i wykończeniami. Rękawy można było podwijać i zapinać na guzik. Na lewym ramieniu koszuli przyszyte było godło Polski. Całość prezentowała się całkiem dobrze, oczywiście jak na tamte czasy.

Odpowiedziałem na kilka pytań. Pozwoliłem wszystkim rozejść się i usiąść na ławkach peronu. Mieli tylko pozostawać w jednym miejscu. Zaczynałem powoli się denerwować o spóźnialskiego. Godzina zbiórki dawno minęła, do odjazdu pociągu pozostało już tylko trzydzieści minut. Nie było telefonu do jego domu, w wojewódzkiej komendzie też jeszcze o tak wczesnej porze nikogo nie ma. Nie mogłem przecież pojechać bez jednego uczestnika. Paszport zbiorowy to jak relikwia – mogą jechać wszyscy albo nikt. W tę i w powrotną stronę. Trzydzieści osób dołączonych do paszportu, wystawionego na moje nazwisko. Ani mniej, ani więcej; tak sobie zażyczyli w „bratnim kraju”. Tylko tłumaczka mogłaby oddzielnie pojechać, miała swój paszport. Sama.

Powoli zaczęła się denerwować również młodzież i obecni rodzice:

– Panie komendancie, pojedziemy bez tego jednego, jak nie zdąży?

– Spokojnie, zaraz powinien być.

Ale sam wewnątrz już się gotowałem. Ukradkiem spoglądnąłem na zegarek – został ledwie kwadrans. Po chwili przez megafony zapowiedzieli pociąg do Kutna. Starałem się mówić spokojnym głosem:

– Idziemy na peron.

Na peronie zostawiłem grupę pod opieką świeżo poznanego drugiego członka kadry, mojej tłumaczki-zastępczyni. Starałem się nie zauważać jej nagle niespokojnie rozbieganych oczu i otwieranych bezgłośnie ust. Nie czekając na jej spodziewane wynurzenia, rzuciłem w pośpiechu:

– Proszę się nie niepokoić. Wrócę tylko na miejsce zbiórki, aby spóźnialski nas nie szukał. – I szybkim krokiem wyszedłem przed dworzec. Tylko z tej strony mógł nadejść. Rzuciłem wzrokiem na zegarek; zostało dziesięć minut do odjazdu. Osłoniłem dłonią oczy przed wschodzącym, nisko świecącym słońcem – chyba widać w oddali jakąś biegnącą sylwetkę. Mój to czy nie? Oby tylko to był mój spóźnialski.

Wreszcie biegnący zbliżył się. Widać było, że wykrzesywał z siebie ostatnie siły. Ciężko dyszał, trzymając w rękach dwie potężne torby. Młody chłopak! Drągal, wyższy ode mnie o pół głowy, dobre dwa metry wzrostu. Nie czekałem, aż dobiegnie:

– Na Syberię?!

– Tak, panie komendancie, jestem Sławek…

– Jak się nazywasz? Zgadza się. Później będziesz się tłumaczył! Tymczasowego dowodu nie zapomniałeś? To dawaj jedną torbę i biegusiem! Włączaj znów piąty bieg, bo inaczej przez ciebie wszyscy zostaniemy na lodzie…

Zdążyliśmy wbiec na peron równo z wjeżdżającym pociągiem. Spojrzenia, jakimi został przywitany delikwent, stanowiły mieszaninę wściekłości, ustępującej paniki i jednocześnie bezbrzeżnej ulgi. Ufff, zdążyliśmy. Miałem jeszcze chwilkę na złapanie oddechu i uspokojenie, bardziej psychiczne niż fizyczne. Równo z zatrzymaniem się pociągu zakomenderowałem:

– Wszystko w porządku. Wsiadamy do tego wagonu. Widać, że są w nim wolne miejsca.

Odjazd, rozpoczęliśmy wreszcie wspólną podróż w nieznane. W przedziałach było dość luźno, pomieściliśmy się w dwóch wagonach. Oby tak dalej. Wreszcie chwila odpoczynku. Nawet nie pamiętałem, kiedy zasnąłem. Potrzebowałem tego po emocjach, zafundowanych mnie i innym przez spóźnialskiego. Miałem nadzieję, że limit kłopotów już został wykorzystany.

Rozdział 3Podróż

Sen się przydał. Obudziłem się przed samym Kutnem. Wysiedliśmy, przeliczyłem młodzież. Wszyscy są. Może naprawdę moje nerwy z początku podróży były pierwszymi i ostatnimi? Może i bilety do Moskwy będą na nas czekały w Brześciu?

Mieliśmy jeszcze prawie cały dzień oczekiwania na kolejny pociąg. Wykorzystałem ten czas na zaznajomienie się z uczestnikami. Drągal początkowo trzymał się niepewnie z boku. Jeszcze przeżywał horror, którego nam przysporzył swoim spóźnieniem. Pamiętał, jakimi spojrzeniami przywitali go przed wyjazdem inni uczestnicy. Stopniowo jednak lody przełamywały się, dziewczyny i chłopcy szybko zawarli znajomości. Wszyscy już zapomnieli o zdenerwowaniu przy wyjeździe. Sławek został szybko przechrzczony na Sławusia – chociaż był potężnie zbudowany, twarz miał małego dziecka. Taki duży misiaczek do przytulania.

Wreszcie późnym wieczorem nadjechał pociąg relacji Berlin – Moskwa. Czekała nas podróż do Brześcia. Co będzie dalej? Okaże się na miejscu. Bilety mieliśmy kupione, niestety bez miejscówek. Nakazałem młodzieży pod żadnym pozorem nie zdejmować mundurków; to był nasz jedyny znak rozpoznawczy. Tłum pasażerów na peronie był spory. Spojrzałem po oknach wagonów hamującego pociągu. Niestety, wszędzie widać było wypełnione przedziały. Szybko powiedziałem do mojej młodzieży:

– Słuchajcie. Pociąg jest pełny, na peronie też czeka jeszcze dużo podróżnych. Każdy więc niech wsiada do byle jakiego wagonu i szuka wolnych miejsc. Nie zgubimy się, bo i tak pociąg stanie na granicy. Dobierzcie się parami. Może uda wam się po jednym miejscu siedzącym dostać, na korytarzu też są opuszczane krzesełka. Do Brześcia długa droga, postarajcie się więc na zmianę siedzieć i przespać w czasie jazdy.

Skład zatrzymał się. Jak zwykle w tłumie zadziałał pierwotny instynkt walki o przetrwanie – każdy walczył o jak najszybsze wejście do wagonów. Musiałem opanować się i odczekać, aż wszyscy moi podopieczni wcisnęli się do środka. Na końcu wszedłem sam, ledwie domykając drzwi. Jedyne wolne miejsce pozostało przy ubikacji. Niezbyt dogodne z wiadomych względów, ale nie narzekałem. Najważniejsze, że wszyscy się zmieściliśmy.

Warszawa zgotowała nam miłą niespodziankę, wielu pasażerów wysiadło. Mogliśmy wreszcie usadowić się w przedziałach. Udało się i mnie. Była już noc, więc ponownie zaczął morzyć mnie sen. Ciasno było niemiłosiernie, bagaże i współpasażerowie uwierali z każdej strony. Byłem do tego jednak przyzwyczajony, bez problemów zasnąłem snem sprawiedliwego.

Obudził mnie dopiero zgrzyt hamującego pociągu. W przedziale było bardzo gorąco i duszno. Przetarłem zapuchnięte powieki, uchyliłem okno – uderzył mnie w płuca żar rozgrzanego powietrza. Upał na zewnątrz był jeszcze większy. Spojrzałem na zegarek, było już południe. Wyglądnąłem przez okno i rozglądnąłem się. O matko! Gdzie jesteśmy? Na linii frontu?

Gdybym nie wiedział, mógłbym pomyśleć, że trwa wojna. Pociąg stał jak na ziemi niczyjej między dwiema wrogimi armiami, z jednej i drugiej strony widziałem tylko puste pole. Żadnych chałup do horyzontu. Na polu ciągnęła się linia zasieków z drutu kolczastego, wzdłuż niej widać było pas zbronowanej ziemi.

To znaczyło tylko jedno, dojechaliśmy prawie do drugiego etapu podróży. Byliśmy na granicy zaprzyjaźnionego państwa. Dalej był już nieznany dla większości z nas kraj, nieznane obyczaje. Teraz tylko przejść kontrolę graniczną. Niepokoiło mnie, czy rodzice młodzieży nie wypchali im zbytnio toreb i walizek. Już wcześniej zauważyłem, że niektórzy ledwie mogli podźwignąć ciężkie bagaże.

Długo nie trwało, jak nadeszli pogranicznicy i celnicy, polscy i radzieccy. Wyciągnąłem zbiorowy paszport, powiedziałem, kim jestem i w jakim celu jadę. Tłumaczka pokazała swój paszport i wizę wjazdową. Wytłumaczyłem, że z powodów „obiektywnych” moja młodzież porozmieszczała się w wagonach po całym pociągu. Pogranicznicy nawet nie zdziwili się, widocznie nie pierwszy raz mieli z czymś takim do czynienia. Niejedna już grupa musiała tą trasą przekraczać granicę w takich warunkach.

Szybko ustaliliśmy, że przejdę przez cały pociąg wraz z dwoma pogranicznikami. Odszukamy moich ubranych w mundurki, pokażą swoje dowody tożsamości. Pogranicznicy będą nazwiska po kolei odznaczać na zbiorowej liście i w ten sposób odprawa zostanie zakończona.

Rozpoczęliśmy przeciskanie się między stłoczonymi w wagonach podróżnymi i ich bagażami. Szybko pogratulowałem sobie, że nakazałem ubrać wcześniej wszystkim mundurki – od razu „moi” rzucali się w oczy wśród cywilów. Jak na warunki, szło nam całkiem sprawnie. Dziewczyna lub chłopak pokazywali swoje dokumenty, jeden z pograniczników odczytywał, drugi odkreślał na mojej liście. Piąta, piętnasta, dwudziesta osoba. Kolejna. Dwudziesta piąta, dwudziesta szósta, dwudziesta siódma, dwudziesta ósma. Jest i dwudziesta dziewiąta. Jeszcze tylko jedna i będzie po odprawie.

Przepchaliśmy się do przedostatniego wagonu. Jednak nie było ostatniej, trzydziestej osoby. Doszliśmy do połowy ostatniego, dalej nie widziałem brakującego mundurka. Zacząłem się trochę niepokoić. Rzuciłem ukradkiem wzrokiem na listę. Kogo brakuje? No tak, Sławka! Spóźnialskiego dryblasa. Pewnie jest w ostatnich przedziałach.

Z każdym mijanym przedziałem mój niepokój zaczynał jednak przechodzić w rosnące zdenerwowanie. Przecież nie mógł wywinąć kolejnego numeru! Przedostatni przedział i… nie ma go. Ostatni przedział. Nie ma. Gdzie on jest?! Przecież z pociągu nie mógł wysiąść. Cholera, gdzie jest Sławek?!

Spojrzałem na pograniczników.

– Musiałem jednego przeoczyć.

Wzruszyli ramionami.

– To wracamy i sprawdzamy jeszcze raz.

Tym razem idziemy dużo wolniej, zaglądamy także do WC. Zguba gdzieś jest w pociągu. Nie zapadł się przecież pod ziemię ani nie wysiadł. Drzwi wagonów są zamknięte. Dla pewności pokrzykuję co chwila:

– Grupa do Nowosybirska! Kto jest z grupy do Nowosybirska?