Święty Wrocław - Łukasz Orbitowski - ebook
Opis

Wstąp do polskiego Twin Peaks…

Piewca tematyki osiedlowej powraca do korzeni. Tym razem w blokach nie zagnieździły się diabły ani duchy, a drugie osiedle. Urzeczeni mieszkańcy porzucają dotychczasowe życie, by oddać się demolowaniu własnych mieszkań - pod wielką płytą kryje się gorąca, czarna powierzchnia. Z każdym dniem na niezwykłym osiedlu przepada coraz więcej ludzi, mnożą się gapie, wyznawcy i badacze, szaleństwo ogarnia administrację i media.

Święty Wrocław to horror-ballada o Polsce proroków, pielgrzymów i wariatów, o mieście pierwszych miłości, o wiośnie dziewięciu cudów, o zbliżającej się katastrofie.

Święty Wrocławiu, który gładzisz grzechy świata, zmiłuj się nad nami…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 327

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydawnictwo Literackie
Kraków 2013
Opieka redakcyjna: DOROTA WIERZBICKA-SARABURA
Redakcja: JOANNA MIKA
Korekta: EWA KOCHANOWICZ, HENRYKA SALAWA, MAŁGORZATA WÓJCIK
Projekt okładki i stron tytułowych: PRZEMYSŁAW DĘBOWSKI
W projekcie okładki wykorzystano zdjęcie © Elisa Lazo de Valdez/Corbis
Skład i łamanie: Infomarket
Redaktor techniczny: BOŻENA KORBUT
© Copyright by Łukasz Orbitowski © Copyright by Wydawnictwo Literackie 2009
ISBN 978-83-08-05179-5
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Cud narodzin

Wszyscy wiedzą, jak powstał Święty Wrocław. Nie wie nikt.

Niektórzy – jak pies, który przychodzi do mnie – utrzymują, że nigdy nie istniał. Pies mówi: to było zwykłe osiedle, tyle że brudniejsze od innych, nieprawda, że ludzie tam poszaleli, a jeśli poszaleli, to nie bardziej niż na Starym Mieście, na Krzykach czy Psim Polu. Cały świat dostał szmergla, a szmerglem jeszcze większym jest zrzucanie winy na jedno miejsce – kiwa poważnie kanciastym łbem i patrzy na mnie ocalałym okiem, oplecionym kremowym pierścieniem ropy.

Ptak wie najlepiej, w końcu latał nad Świętym Wrocławiem, który w pochmurną noc miał zjechać z nieba nad samą Odrę. Ptasim zdaniem żelazne bramy stały otworem, zapraszając każdego, kto chciał ocalić życie, a po czterdziestu czterech dniach Święty Wrocław poszybował z powrotem do miejsca, gdzie nie ma bólu ani śmierci.

Zawsze budzę się przed świtem i słyszę starego dzika ryjącego za pożywieniem. Widuję jego cień, wielki jak cień nosorożca, z kłem grubszym od mojego nadgarstka. Dzik również widział Święty Wrocław. Budowali go aniołowie w bezgwiezdne noce, każdy wysoki na pięć metrów, o szczupłych ramionach, wznosili miasto – nadzieję dla chorych i grzesznych. Pewnej nocy sam szatan postanowił zniweczyć boskie dzieło. Wywiązała się walka, Święty Wrocław runął wraz z ludźmi, którzy w nim mieszkali, ale szatan został pogrzebany w rumowisku. Leży tam do dziś. Nie ma czego się obawiać – mówi dzik. Każdy z nich wie najlepiej: pies z jednym okiem, dzik z jednym kłem, jednoskrzydły ptak.

Wszyscy wiedzą, jak powstał Święty Wrocław. Nie wie nikt. Próbuję spisać tę historię. Nie mam dokumentów ani świadectw, tylko urywki historii, wspomnień, słowa moich zwierząt. Nikt, kto był w Świętym Wrocławiu, nie może o nim opowiedzieć, a ci, którzy widzieli go z zewnątrz, albo nie żyją, albo mają ciekawsze rzeczy do roboty.

Nie pisałbym, gdybym znalazł inne zajęcie lub lepsze towarzystwo. Trudno rozmawiać tylko ze zwierzętami i pozostać przy zdrowych zmysłach. Nawet nie wiem, która jest godzina. Nie odróżniam nieba od ziemi – być może zwisam z gwiazdy głową w dół. Czasem śnię, że się obudziłem. Opisuję Święty Wrocław jako rozmowę z samym sobą.

* * *

Zaczęło się na przełomie zimy i wiosny, w najpaskudniejszy czas roku. Do połowy marca mróz ścinał miasto, śnieg skrzypiał pod butami, a na samochodach siedziały wielkie białe czapy. Temperatura – jeśli wierzyć emerytom – spadała do minus dwudziestu w dzień, na ulicach leżały zamarznięte koty i gołębie. Samochody nie chciały zapalać, kaszlały i pluły, a ich właściciele klęli na czym świat stoi. Na czym świat stał – nie wiadomo, ale samochód, jeśli nawet zdołał ruszyć, natychmiast zastygał w korku. Ludzie łamali nogi jak chrust. Widywałem w te dni chłopaków w kapturach z futerkiem, palili świństwa z lufki, w parku na Promenadzie Staromiejskiej. Mieli opatulone twarze, tak że wystawały tylko zaczerwienione nosy.

Zabawne, bo w ogóle nie pamiętam, żeby padał śnieg, choć było go z każdym dniem więcej. Czasami tylko przychodziła zawierucha, wiatr miotał chmury srebrnych igieł, aż wszystko nagle nieruchomiało, jakbyśmy żyli wewnątrz szklanej kulki, którą ktoś potrząsa. Nim luty dobiegł końca, ludzie mówili już tylko o pogodzie. Mogłaby wybuchnąć wojna na trzy fronty, a wszyscy i tak patrzyliby w niebo i wypatrywali wiosny.

Mróz ustąpił gdzieś w połowie marca. Po kilku nijakich dniach śnieg zaczął topnieć, lunął deszcz i strumienie popłynęły ulicami. Odra wezbrała tuż pod stan alarmowy, przeszła wyżej, oczekiwano fali powodziowej – ta jednak nie nadchodziła. Niektórzy twierdzili, że to już koniec świata, ale większość – łącznie z synoptykami – wyrażała opinię, jakoby miało popadać przez kilka dni. Potem powróci słońce. Istotnie, deszcz miał wkrótce przejść w permanentną mżawkę. Kropiło przez wiele tygodni i nikt nie widział słońca.

W dzielnicy Różanka wznosiło się osiedle z wielkiej płyty. Składały się na nie potężne bloki, z daleka podobne do wielkich kloców, ustawione w nieregularny kształt. Podeptany okrąg przypominał pradawne sanktuarium wzniesione rękami modlących się o słońce olbrzymów. W dzień oczywiście były to bloki jakich tysiące, i nikt nie dopatrzyłby się w nich niczego niezwykłego. Między blokami ciągnął się kort tenisowy, na którym w lecie można było odbijać piłkę, a zimą butelki – tę drugą czynność uprawiano również obok placu zabaw. Na obrzeżach kościół wznoszono powoli, uparcie, za sprawą silnej, choć ślamazarnej woli proboszcza. Inaczej przedszkole i zespół szkół, w którym były już nowe czasy iPodów, kolczyków w pępkach i mądrych narkotyków. Z jednej strony sunęła Odra, resztę ulice Na Polance, Żmigrodzka i Bałtycka wzięły w ruchliwy trójkąt.

Na osiedlu mieszkało kilka tysięcy osób. Były tam knajpki oferujące piwo o połowę tańsze niż w rynku, latem młodzi i starzy pijali po krzakach, na tyle gęstych, by się w nich ukryć, i tak usytuowanych, że każdy mógł wystarczająco wcześnie wypatrzyć nadciągający patrol. Można było zejść nad rzekę, gapić się w rosnący nurt. Osiedle na Polance było pierwszym kandydatem do zalania, więc modlono się o słońce.

Święty Wrocław narodził się pierwszego deszczowego dnia, kiedy pan Marian tłumaczył synowi, że internet wymyślili Żydzi. Symptomy widziano już wcześniej, oczywiście z czasem wyjaśniono ich znaczenie. Z osiedla zniknęły ptaki i dzikie psy, co mało kto zauważył, bo w największe mrozy wszystkie zwierzęta chowały się, gdzie mogły. Od początku marca wrocławscy weterynarze nie narzekali na brak zajęć. Właściciele psów opowiadali, że ich ulubieńcy ujadają przez całe noce, tracą apetyt, a nawet gubią sierść. Najchętniej przesiadują na balkonach, pomimo zimna, i nie zbliżają się do miski, jeśli ta stoi blisko ściany. Psy zaczęły sypiać pośrodku pomieszczeń, a próg przekraczały niechętnie, jeżąc sierść lub drżąc.

Od marca psy zaczęły ginąć. Sam widziałem ludzi wędrujących od osiedla do osiedla, rozlepiających kartki i nawołujących Atosa, Filipka czy Kropeczkę. Codziennie znajdowałem na słupach rozpaczliwe ogłoszenia ze zdjęciem wydrukowanym na kolorowej drukarce. Mimo foliowej koszulki chroniącej przed wodą tusz szybko puszczał i z psa, prócz wspomnienia, pozostawał czarno-brązowy naciek.

Odżyły legendy o mętach społecznych zabijających psy dla smalcu, a dzielnicowy odnotował próbę linczu na panu Mareczku, maleńkim mężczyźnie żyjącym z drobnych napraw i zbierania złomu. Trójka właścicieli zaciągnęła go na Wały Karłowickie i groziła utopieniem w przerębli, jeśli Mareczek nie wyjawi losu Atosa, Filipka i Kropeczki. Mareczek zalewał się łzami, przysięgał, że kocha zwierzęta bardziej niż własną matkę, a jego najdroższy Bimbuś sam dał nogę kilka dni temu.

Inaczej koty. Te nie myślały odchodzić i godzinami gapiły się w ściany, jakby śledząc ruch niewidzialnych istot. Przestały sypiać w koszykach, łóżkach i na monitorach i przytulały się do ścian i podłogi w miejscach, gdzie ta pozostawała odsłonięta. Zrozpaczeni właściciele żalili się weterynarzom i wszystkim ludziom dobrej woli, że whiskas i kitekat wysychają w miseczkach, a koty nawet na nie nie spojrzą i pewno niedługo pozdychają z głodu. Tymczasem trudno wyobrazić sobie zdrowsze futrzaki niż te z Polanki – futro błyszczało żywym srebrem, oczy były bystre, a ogony sterczały jak katowskie pale.

Lało, słońce nie pojawiało się ani na moment, wszędzie straszyły nagie konary i tylko na tym jednym jedynym osiedlu pojawiły się symptomy wiosny. Liście wysypały się na drzewach, rozkwitły pąki, a niektórzy mówili, że pnie rwą się ku górze niemal w oczach. Mieszkańcy wyższych pięter ze zdziwieniem witali zielone gałęzie, pukające do ich szyb.

Dziwne informacje jęły dochodzić do zakładu energetycznego. Spadło zapotrzebowanie na energię, co wydawało się niepojęte w kontekście siarczystego mrozu. Paweł Górny, pracownik działu odwołań, sam się odłączył, a zdumionym kolegom wytłumaczył, że w jego mieszkaniu i bez tego jest ciepło, choć nie ma pojęcia dlaczego. „Chodziliśmy z żoną w samej bieliźnie, i to przy otwartych oknach”, mówił. „Myślałem, że oszaleję. Sam się dziwiłem, bo przecież wiem, jak to działa. Zakręciłem kaloryfery, a i tak mam w domu dwadzieścia parę stopni. Skąd? No nie wiem. Po prostu ściany są ciepłe”.

Ściany grzały również w mieszkaniu pana Mariana, na ósmym piętrze bloku numer osiem. Pan Marian przeszedł nad tym do porządku dziennego, bo miał inne problemy.

– To dokładnie zgodne z ich myśleniem – oświadczył, siorbiąc herbatę – ukoronowanie planu. Jak działa internet, Kuba?

– Kable łączą komputery różnych ludzi. To wszystko – wyjaśnił pospiesznie Kuba. Nie odwrócił głowy od monitora.

– Łączą, łączą – ucieszył się pan Marian – i zawsze internet jest taki sam, prawda? Tu i w Tel-Awiwie.

– Na całym świecie.

– Właśnie dlatego. O to zawsze im szło. Po co komu taki wynalazek? Żyd, synu, chce tylko jednego. Być wszędzie. My chcemy być w Polsce, a Czech w Czechach, prawda? A Żyd nie. On chce być tu, tam, wszędzie – wskazał za okno. Pierwsza kropla uderzyła o parapet. – I jak mogą być? Tu! – zastukał w monitor – najpierw świat okablowali i są wszędzie. Pierwszy krok. Wiesz, jaki jest drugi?

Kuba nie słuchał.

Pan Marian podniósł się z krzesła, spojrzał jeszcze na komputer, ponury wzrok przeniósł na plakaty, półeczkę z książkami, wreszcie zastygł wpatrzony w pstrokatą ścianę. Sapnął z dezaprobatą. Kuba sprawdził godzinę i zaczął się ubierać.

– Dokąd to? – zapytał pan Marian bez ciekawości.

– Niedługo będę – rzucił Kuba, jakby to kogokolwiek obchodziło, i dodał w drzwiach: – Amerykanie, tato.

– Co z nimi?

– Amerykanie wymyślili internet, tato. Wojsko.

– Ach, wojsko! – Ojciec odprowadzał go do drzwi. – Żydzi, wojsko z Ameryki, powiedz mi, jaka to różnica?

Kuba już tego nie słyszał. Pędził w górę, skacząc po dwa stopnie, do dźwigowni. Pan Marian oparł się o drzwi i gwałtownie wciągnął powietrze. Bardzo martwił się o syna.

Zdania odnośnie do kondycji psychicznej Mariana były podzielone. Kuba utrzymywał, że ojciec zawsze był szalony niczym Kapelusznik, a obłęd wzmógł się tylko, gdy mama uciekła z nauczycielem wychowania fizycznego z jego podstawówki. Inni sądzili, jakoby Marian za młodu nie zdradzał oznak obłędu, co najwyżej chorobliwą skrupulatność, ale po ciosie w głowę dostał pomieszania zmysłów. Znaleźli się tacy, którzy widzieli, jak Marian oberwał butelką od szampana w noc sylwestrową – miał przejść jeszcze kilkadziesiąt metrów, usiąść w śniegu po pas i wybuchnąć płaczem. Nawet gdy otrzymał rentę na głowę, tłumaczył wszystkim, że to z powodu nogi – którą powłóczył od maleńkości – i jest tak samo normalny jak ty czy ja.

Nim Marian dostał rentę, pracował jako kucharz w barze mlecznym na Nowym Świecie, skąd wyleciał nie dlatego, że napluł w talerz, lecz dlatego, że uczynił to przy wszystkich. Odtąd dorabiał, handlując książkami pod dworcem, i potrafił w dwa dni zarobić więcej niż za miesiąc kucharzenia. Imponował intuicją, dokonywał znakomitych wycen, kupował za grosze całe biblioteki, a ludzie – łącznie z Kubą – dziwili się, skąd ta zdolność, Marian bowiem nie czytał nawet mandatów za jazdę bez biletu.

Zawrócił spod drzwi i z ciężkim sercem przemaszerował do zabudowanego balkonu. Nasypał kurom ziarna, doglądnął królików, wciąż sapiąc, otarł podłogę z gówna, by gapić się melancholijnie na deszcz i światła miasta. Gdy był młodszy i miał więcej siły, codziennie zasuwał na wieś po świeże jedzenie. Teraz nie miał ochoty ani jeździć, ani rozumieć, jak Kuba i inni mogą jeść ten zatruty szmelc sprzedawany w jadłodajniach, sklepach i supermarketach. Papierosy to także szmelc, więc pan Marian palił tylko skręty w cienkich bibułkach.

Z rozbawieniem kilka lat temu stwierdził, że jest uzależniony od telewizora. Nie od telewizji, od telewizora właśnie, więc choć odciął kabel od starego rubina, to odbiornika nie wyrzucił. Siadał wieczorami zamyślony i wpatrywał się w czarny kloc, szczelnie oblepiony karteluszkami. Potrafił tak doczekać świtu, ze strzelcem w jednej dłoni i skrętem w drugiej, myśląc i słuchając muzyki. Radio również uaktywniało zabójcze promieniowanie, ale z muzyki pan Marian nie potrafił zrezygnować. Kupił stary adapter i całą furę płyt winylowych: miał koncerty Bacha i Mozarta, piosenki Demisa Roussosa i Beach Boysów, zaplątał się nawet debiut Metalliki i krążek The Clash. Czasem, gdy mocno popił, brał samą kopertę i wpatrywał się w okładki, mrużąc oczy i szepcząc do siebie.

Gdyby Mariana zapytać – przed odkryciem Świętego Wrocławia, bo później przestał odpowiadać – co w sobie najbardziej ceni, odpowiedziałby: łagodność. Świat oszalał, to wiedzą wszyscy, szaleje też pan Marian, ale inni radzą sobie gorzej. Nienawidzą, zżymają się i pieklą, a wszystko wokoło przywdziewa złowrogą maskę, skrywa nóż i drapieżne kły. Ludzie biją żony i dzieci, on nigdy głosu nie podniósł, a choć syn robił mnóstwo głupot – jak zakup komputera – to pan Marian zawsze mu pomagał. Przeciągnął kable, poprawił antenę. Ludzie sami pojmują pewne rzeczy albo nie pojmą ich nigdy.

W Marianie zakorzeniło się pragnienie wiedzy, które długo szukało spełnienia. Nieodmiennie spotykało go rozczarowanie – ostre krawędzie kart książek kaleczyły i zakażały żyły trucizną z drukarskiej farby, telewizja wysyłała zabójcze promieniowanie, a co myślał o internecie, zdążył powiedzieć synowi. Marian słuchał. Potrafił godzinami wędrować po mieście, wciskając się między ludzi, siedzieć w knajpie nad jednym piwem, słuchać, słuchać, rzeczy kłamią – ludzie nie. Nosił mnóstwo karteluszków, które zapełniał pochyłym, bardzo czytelnym pismem, na wypadek gdyby ktoś poza nim zapragnął poznać ich treść. Najpierw wyklejał nimi zeszyty, aż w przebłysku olśnienia kupił tubę mocnego kleju i zaczął zapełniać ściany w równych rzędach. Potrafił pracować tak do rana, a gdy ściany, sufit i meble się skończyły – Kuba nie wpuścił go do swojego pokoju – przykrył stare fiszki nowymi. Tamte znał na pamięć.

Kuba mawiał, że niedługo w mieszkaniu zabraknie miejsca i pan Marian zginie zmiażdżony przez informacje, zresztą zdaniem Kuby sam widok ich mieszkania wystarczyłby do wpakowania ojca na całe życie do czubków. Marian nie wątpił, że syn go kocha, i właśnie to zapisał na jednej z kartek: LUDZIE NIE WIEDZĄ, ŻE KOCHAJĄ I TĘSKNIĄ, i zaraz niżej w nawiasie: KATALIZATOR? Informacji było mnóstwo: CZARNY KWADRAT NA BIAŁYM TLE (NIE NA ODWRÓT) – MAJAKOWSKI. KAZEK MOTYKA LIŻE DUPY PSOM. BISKUP WILEŃSKI RADŹWIŁŁ JEST KOBIETĄ. JEZUSA CHR. UKRZYŻOWALI FRANCUZI. I tak dalej.

Oczekiwał powrotu syna za dwie, trzy godziny – Kuba baraszkował najpewniej z tą małą w pomieszczeniu do obsługi windy, i pan Marian dziwił się trochę, bo w jego wieku dawał radę do świtu. To zabawne, myślał sobie, mój syn nie wstydzi się mi wygarnąć, że jestem chodzącym materiałem na międzynarodową konferencję psychiatrów, a boi się przyjść powiedzieć: tata, to Ania, Basia, czy kto tam, i zniknąć w pokoju. Umie stanąć urżnięty o czwartej rano, bez żenady oznajmić, że ma w szkole trzy lufy na półrocze, i jeszcze tłumaczy, że to pachnące ogniskiem paskudztwo, które kurzy w pokoju, to specjalny rodzaj papierosów. Ale z dziewczyną przyjść nie umie, jakby bał się, że coś mu zrobię, jakbym zrobił coś, cokolwiek, jakby, jakby... Pan Marian pobladł.

Jakby się wstydził. Tak. W sercu poczuł ból, taki prawdziwy, jakby paznokieć wyrwać. Basia, Asia, Kasia, jak jej tam jest, to chyba dziesiąta dziewczyna, którą Kuba obraca, ale on, Marian, żadnej jeszcze nie widział. Kuba ma mnóstwo kumpli, w kółko o nich opowiada, nigdy ich nie przyprowadził. Przecież Marian tylko by się cieszył, każdy ojciec się cieszy na wieść, że syn ma wielu przyjaciół i nie narzeka na problemy z kobietami.

Sapnął, wstał nie bez wysiłku. Zakręciło mu się w głowie, wcale nie od alkoholu. Zrobił kilka chwiejnych kroków i opadł dłońmi na brązową komodę z lat sześćdziesiątych, pełną książek. Oparł czoło o ścianę. Była ciepła, cieplejsza, niż być powinna. Mój syn się mnie wstydzi, powtórzył w myślach, co powinienem zrobić? W okamgnieniu pojął, jak bardzo jego życie różni się od życia innych ludzi, tych, co mają normalną pracę i nie wyklejają mieszkania tapetą własnej roboty. Dobrze, może i jestem wariat, ale przyjąłem Kubę ze wszystkim, bez stawiania warunków, czy nie zasługuję na to samo? Marian płakał.

Ręce same znalazły bibułki i wygniecioną paczkę waniliowej casablanki. Uformował niezgrabny skręt, zapalił, popiół poleciał na podłogę. Ściany falowały jak gorące szkło. Marian chwycił najbliższą kartkę (DO KAWIARNI PÓJDZIESZ, Z BABAMI POSIEDZISZ), podważył paznokciem, spróbował zerwać. Usunął tylko trójkątny pasek. Zaklął, szarpał dalej, aż zaschły klej wbił mu się pod paznokieć.

Wyłuskał klej rogiem Tatarkiewicza, chwycił nóż do masła i zdzierał dalej, nie mając właściwie pojęcia, po co to robi. Zdarta kartka odsłoniła kolejne, litery były już niewyraźne, a Marian drapał dalej, uparcie, nawet nie dostrzegł, że zgasł papieros. Tarł dalej, aż ostatnia kartka odeszła wraz z farbą i Marian znieruchomiał ze zdziwienia.

Długo wpatrywał się w odsłoniętą ścianę. Zapomniał o bólu paznokcia i wargi, a nawet o upokarzającym odkryciu. Zastukał, przyłożył ucho, wreszcie, tak szybko, jak pozwalała chora noga, popędził po garnek ciepłej wody i ściereczkę do naczyń. Namoknięte fiszki schodziły szybciej i przez pół godziny Marian odsłonił kwadrat mniej więcej dwadzieścia na dwadzieścia centymetrów. Wątpliwości go opuściły. Dał odpocząć mięśniom. Przełknął gorącą ślinę. Przyłożył dłonie do tego, co odsłonił.

– Kuba! – wrzasnął. – Chodź tu natychmiast!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki