Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Święte prawo. Historie ludzi i kamienic z reprywatyzacją w tle ebook

Iwona Szpala   Małgorzata Zubik  

4.375 (8)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 347 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Święte prawo. Historie ludzi i kamienic z reprywatyzacją w tle - Iwona Szpala, Małgorzata Zubik

Kurator z Karaibów, urzędnicy z zarzutami, rzutcy prawnicy, bezwzględni „czyściciele kamienic” – to jedynie wierzchołek góry lodowej pod nazwą „reprywatyzacja Warszawy”. Ta książka to nie tylko zbiór spraw kryminalnych i zapis dziennikarskiego śledztwa, ale także opis mechanizmów, które świadczą o największych patologiach i słabościach polskiej transformacji. Iwona Szpala i Małgorzata Zubik, dziennikarki „Gazety Wyborczej”, za cykl o reprywatyzacji otrzymały m.in. nagrodę Grand Press, Nagrodę Radia ZET im. Andrzeja Woyciechowskiego i Nagrodę im. Dariusza Fikusa.

„Afera reprywatyzacyjna w Warszawie powinna obchodzić wszystkich, a długo nie interesowała właściwie nikogo poza lokatorami brutalnie czyszczonych kamienic. Działo się tak głównie dlatego, że mechanizmy prawne, które stoją za przejmowaniem kamienic, są skomplikowane. Trudno nie zgubić się w gąszczu nazwisk, spółek krzaków, przedwojennych właścicieli i ich powojennych spadkobierców. Na to wszystko nakładają się kuriozalne przepisy. To środowisko idealne do uprawiania zorganizowanego bezprawia. Autorki nie tylko się w tym wszystkim nie gubią, ale też potrafią reprywatyzacyjny skandal, jeden z największych w III RP, objaśnić tak, że czytelnikowi włosy stają dęba. Jak to wszystko było możliwe? Dlaczego nie reagowaliśmy? Ta książka obciąża wszystkie polskie rządy od 1989 roku i wszystkich prezydentów stolicy. Politycy i urzędnicy nie zrobili nic, by proces reprywatyzacji okiełznać, wielu pomagało czyścicielom. W tym sensie mają na rękach krew Jolanty Brzeskiej, zabitej działaczki lokatorskiej, a na sumieniach krzywdę dziesiątek tysięcy ludzi. Ale «Święte prawo» przywraca też wiarę w moc dziennikarstwa rozumianego jako praca powolna, drobiazgowa, dociekliwa, ale dająca na końcu powalający efekt” – Filip Springer

Opinie o ebooku Święte prawo. Historie ludzi i kamienic z reprywatyzacją w tle - Iwona Szpala, Małgorzata Zubik

Fragment ebooka Święte prawo. Historie ludzi i kamienic z reprywatyzacją w tle - Iwona Szpala, Małgorzata Zubik

Redakcja: Paweł Goźliński

Korekta: Marta Śliwińska

Projekt graficzny okładki: Ula Pągowska

Zdjęcia na okładce: Andriy Solovyov, Maciej Bledowski

Projekt makiety i skład: Elżbieta Wastkowska

Fotoedycja: Waldemar Gorlewski

Zdjęcia (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): Waldemar Gorlewski s. 10–11, 50, 51, 52–53, 56, 64, 68, 86, 92–93, 96, 97, 104, 112, 119, 120, 125, 130, 134–135, 152, 176, 178–179, 182, 183, 184, 188, 191, 192, 195, 199, 208, 211, 214–215, 222, 223, 224, 226, 280–281, 292, 293, 294, 298–299, 311, 314, 327, 330–331, 342, 346, 349; Agencja Gazeta: Tadeusz Rolke s. 15, 18, 56, 141, 337, Adam Stępień s. 74, 218, 220, Agata Grzybowska s. 83, 111, 132, Dawid Żuchowicz s. 89, 90, Albert Zawada s. 115, Przemysław Wierzchowski s. 115, 365, Kuba Atys s. 116, Sławomir Kamiński s. 142, 323, Robert Kowalewski s. 149, Franciszek Mazur s. 150, Dariusz Borowicz s. 246–247, 256, 268–269, 276, Adam Kozak s. 251, Jacek Łagowski s. 260, Filip Klimaszewski s. 353, Marek Podmokły s. 357; Z kolekcji dr. M. Tuszyńskiego, na licencji Wikimedia Commons s. 13; Wikimedia Commons s. 15, 33, 138, 140, 185; Archiwum Andrzeja Żurawskiego. Reprodukcje Waldemar Gorlewski s. 22, 25; Archiwum Samorządowego Kolegium Odwoławczego w Warszawie, ulica Kielecka 44. Dokumenty Waldemar Gorlewski s. 35, 45, 101; Archiwum prywatne Doroty Woyke-Polec s. 37, 39; Andrzej Polec s. 48; East News/ Reporter: Maciej Macierzyński s. 71; Archiwum Andrzeja Kozakiewicza s. 144; Instytut Sztuki PAN s. 221; Zbiory Archiwum Państwowego w Warszawie s. 284, 287, 335; Zbiory Jerzego S. Majewskiego s. 296; Kronika PKiN. Reprodukcja Waldemar Gorlewski s. 340; Materiały prasowe ratusza s. 352.

Przygotowanie zdjęć do druku: Zuzanna Przywuska

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

DYREKTOR WYDAWNICZY: Małgorzata Skowrońska

REDAKTOR NACZELNY: Paweł Goźliński

KOORDYNACJA PROJEKTU: Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA 2017

© copyright by Małgorzata Zubik & Iwona Szpala 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2017

ISBN: 978-83-268-1986-5 (epub), 978-83-268-1987-2 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Wstęp

„Święte prawo własności” – to przeklęte zaklęcie zdominowało polską debatę publiczną po 1989 r. Co państwowe – złe, co prywatne – wspaniałe. Ponad ćwierć wieku po transformacji ustrojowej przekonanie o tej świętości wciąż pokutuje, choć coraz słabiej. Dostrzegamy, że bez tego zaklęcia nie przegrodzilibyśmy Polski płotami, nie zasłonilibyśmy jej chaotycznymi reklamami, nie wpędzilibyśmy całego pokolenia w niemal dożywotnie kredyty hipoteczne. Bez tego zaklęcia niemożliwa byłaby też afera reprywatyzacyjna – jedna z największych w III RP.

Jak do niej doszło? To długa, ale fascynująca historia.

31 sierpnia 1939 r. Warszawa składa się z ponad 24 tys. budynków i 40 tys. parceli. Do miasta należą ledwie 853 nieruchomości. Jednak większość pozostałych adresów nie jest do końca prywatna: nieruchomości obciążone są hipotekami, budynki stawiano na kredyt. Wojna, która wybuchnie nazajutrz, wymaże te długi.

17 stycznia 1945 r. Armia Czerwona wkracza do lewobrzeżnej Warszawy. Powojenny krajobraz stolicy to morze gruzów. Szacuje się, że 84 proc. tego, co wcześniej tworzyło miasto na lewym brzegu: budynki, ulice, sieci elektryczna, gazowa i kanalizacyjna, zostało zniszczone.

26 października 1945 r. Bolesław Bierut wydaje dekret, którym nacjonalizuje wszystkie prywatne grunty w Warszawie. A właściwie – całe to gruzowisko. Bez względu na to, jak oceniamy tamte lata, bez dekretu odbudowa miasta byłaby po prostu niemożliwa. W kolejnych latach państwo buduje na znacjonalizowanych parcelach domy, szkoły, przychodnie, biblioteki, place zabaw i parki.

4 czerwca 1989 r. w Polsce kończy się komunizm, a zaklęcie o „świętym prawie własności” staje się wyznaniem wiary w nową, kapitalistyczną rzeczywistość. Prywatyzacja rusza z kopyta. Reprywatyzacja – nie. Łatwiej było sprzedawać wielkie państwowe zakłady przemysłowe (co wkrótce doprowadzi do fali zwolnień i strajków), niż uregulować kwestie związane z dekretem Bieruta. Pomysły były różne. Dawnym właścicielom oddać wszystko, co zabrał Bierut. Oddać tylko część, np. w obligacjach skarbu państwa. Albo nie oddawać nic – w końcu wojna była wielkim resetem, każdy coś wtedy stracił, zupełnie zmieniła się sytuacja społeczna i polityczna. Ale do wiosny 2017 r. żaden rząd nie przyjął kompleksowej ustawy reprywatyzacyjnej, a dekret z 1945 r. jest wciąż obowiązującym prawem. A w nim przepisy o możliwym zwrocie przejętych działek, których w PRL jednak nie stosowano.

To dzięki temu przepisowi reprywatyzacja – nieuregulowana żadną ustawą, która odpowiadałyby nowej rzeczywistości – rozpoczyna się w Warszawie tuż po 1990 r. Jej hasła: „Przywrócić własność dawnym właścicielom”, „Wynagrodzić krzywdy wyrządzone przez komunistów”, „Prywatne będzie lepiej zarządzane niż publiczne”. Nikt nie wspomina o tym, że wojna wymazała kredyty dawnych właścicieli. Ani że państwo polskie na gruzach, wysiłkiem i wyrzeczeniami całego pokolenia, odbudowało, utrzymywało i remontowało swoją stolicę. Wreszcie – że ktoś mieszka w domach, które mają iść do zwrotu. Ktoś się uczy w szkołach, ktoś się bawi w parkach, które mają się stać prywatne. Nie ma już myślenia o wspólnocie, jest „święte prawo własności”.

Jak pokazują kolejne lata, proces reprywatyzacji nie jest tylko – nawet ułomnym i dyskusyjnym z punktu widzenia dobra wspólnego – procesem oddawania mienia dawnym właścicielom lub ich spadkobiercom. Wielu z nich wciąż nie doczekało się zadośćuczynienia za dekret Bieruta. Ale zwroty kamienic i gruntów z roku na rok przyspieszają. Kto na nich korzysta?

W Warszawie powstają wyspecjalizowane kancelarie prawne współdziałające z rzutkimi biznesmenami z drugiego planu – ich nazwiska nie pojawiają się często w mediach, niektórzy formalnie nie mają żadnego majątku. Wspólnie wyszukują dawnych właścicieli i ich spadkobierców, nie tylko w Polsce, ale też na całym świecie. Skupują od nich roszczenia reprywatyzacyjne, często za ułamek wartości mienia, nawet za 50, 100, 200, 500 zł. I idą z nimi do urzędu miasta jak po swoje. A potem przejmują grunty i budynki warte miliony złotych.

Tak rodzi się biznes reprywatyzacyjny.

Proces ten jest skrajnie nieprzejrzysty, niepoddany żadnej kontroli społecznej. Lokatorzy z oddawanych kamienic nie są traktowani jak strona w sprawie, nie są o niczym informowani. Są jak wkładka mięsna między murami, o które toczy się gra.

Sądy? Nie kierują się poczuciem sprawiedliwości społecznej, jedynie literalnie trzymają się przepisów administracyjnych. I orzekają: oddawać wszystko poza drogami i cmentarzami. Szkoła? Może być przecież prywatna. Park? Też.

Prokuratura przez lata nie widzi znamion przestępstwa.

W Warszawie w prywatne ręce przechodzi ponad 4 tys. adresów. Szacuje się, że w oddanych budynkach mieszkały dziesiątki tysięcy lokatorów komunalnych. Co się z nimi dzieje? Miasta, które przecież przed laty, w PRL, ich tam zakwaterowało, w III RP już to nie interesuje. W turbokapitalizmie scenariusz jest prosty. Mieszkanie uchodzi za towar, a nie prawo. Nowi właściciele skokowo podnoszą czynsze, wpędzają lokatorów w spiralę zadłużenia, potem przychodzą komornicy, odbywają się eksmisje, a kamienice przerabia się na apartamentowce i sprzedaje z wielomilionowym zyskiem. Na opornych lokatorów są sposoby – nasyła się na nich czyścicieli kamienic, którzy pod pozorem remontów dewastują domy, zrywają dachy, odcinają media i w ten sposób zmuszają do wyprowadzki.

I tak to trwało latami.

Większość mediów długo sprawą się nie zajmowała. W redakcjach pełnych „ukredytowanych”, którzy co rano nerwowo sprawdzają kurs franka szwajcarskiego, trudno znaleźć zrozumienie dla losów lokatorów komunalnych. O aferze do połowy ubiegłego roku pisze niemal wyłącznie „Gazeta Wyborcza”.

Ale nastąpiły trzy momenty zwrotne.

Zwrot pierwszy – 1 marca 2011 r. na polanie Lasu Kabackiego znaleziono zwęglone zwłoki starszej kobiety. Parę dni później je zidentyfikowano; to Jolanta Brzeska, działaczka lokatorska, która walczyła z kupcami roszczeń reprywatyzacyjnych. Policja początkowo zakłada samobójstwo. Poprzez samospalenie? Na odludziu? Dopiero później prokuratura uznaje: to było morderstwo. Sprawa zostaje jednak umorzona; zleceniodawców i sprawców morderstwa do dziś nie ustalono. Ale nie można już nie zauważyć, że w Warszawie trwa brutalna, bezwzględna walka o nieruchomości.

Zwrot drugi – zaczynają się pierwsze zwroty parków, szkół i przedszkoli. Budzi się warszawska klasa średnia: jak to możliwe? Reprywatyzacja to nie tylko problem roszczeniowych lokatorów komunalnych? Ano tak, dotyka też bogatszych warstw, które nagle muszą się zastanowić, gdzie teraz posłać swoje dzieci, gdzie iść się z nimi pobawić, skoro ogrodzono zieleniec za oknem.

Zwrot trzeci – w 2016 r. Iwona Szpala i Małgorzata Zubik ujawniają w „Wyborczej” wyłudzenie działki w samym centrum Warszawy, tuż obok Pałacu Kultury i Nauki. W tym miejscu można stawiać wieżowiec wyższy niż PKiN. Temu interesowi życia towarzyszą niejasne powiązania między prawniczym rekinem, który dla swoich klientów przejął już niejeden prestiżowy warszawski adres, a urzędnikami, którzy przez lata decydowali o zwrotach. Rozpoczynają się prokuratorskie śledztwa, parę miesięcy później mamy pierwsze zatrzymania i zarzuty.

Iwona Szpala i Małgorzata Zubik – te dwie dziennikarki przez lata ujawniały kolejne elementy afery reprywatyzacyjnej, opisywały mechanizmy przejmowania nieruchomości, tropiły nowe fortuny powstające dzięki dzikiej reprywatyzacji i powiązania między jej beneficjentami a miejskimi urzędnikami. Bilans tej afery: jedna ofiara śmiertelna, tysiące komunalnych lokatorów wpędzonych w długi i wyrzuconych z domów, wciąż nieoszacowana liczba wyłudzonych gruntów i budynków oraz odszkodowań liczonych co najmniej na dziesiątki milionów złotych.

Ich książka to kryminał z jego klasycznymi składnikami: władzą, pieniędzmi, koneksjami, ludzką krzywdą i zbrodnią. Jego scenografia jest typowo polska: to grabież pożydowskich kamienic, słabe, teoretyczne państwo i dogmat „świętości własności prywatnej”, który przez lata był zasłoną skrywającą krzywdę.

Ten kryminał wydarzył się naprawdę. W samym sercu Polski.

Michał Wybieralski

Kamienica przy ulicy Klonowej 8.

1. DOLCE VITA BOLESŁAWA BIERUTA
Klonowa 6/8 / Wronia 50

Bolesław Bierut zjawia się w Warszawie dobę po wyzwoleniu. Dzień później, 19 stycznia 1945 r., w stożkowatej, zimowej czapie stoi na trybunie obok Michała Roli-Żymierskiego. Trybunę wzniesiono przed hotelem Polonia, trasę defilady oczyszczono z gruzów, z głośników płynie „Warszawianka”.

„Tam, gdzie kiedyś ciągnęły się Aleje Jerozolimskie, obok ruin Dworca Głównego oddziały polskie defilują przed prezydentem, naczelnym dowódcą i członkami rządu Rzeczypospolitej. Naród wita wolność i armię” – opowiada lektor Polskiej Kroniki Filmowej, a na ekranie widać defiladę, w której maszerują wyzwoliciele miasta. A raczej wypalonej skorupy, która z niego została.

Smutne, czarno-białe zdjęcia. Ludzie w nędznych paltach, kobiety okutane w chusty, zmęczone twarze. Niektórzy płaczą, inni wiwatują, wymachują polskimi flagami. Co myślą?

Defilada Pierwszej Armii Wojska Polskiego na ulicy Marszałkowskiej w zdobytej Warszawie, 19 stycznia 1945 r.

Może tak jak Jeremi Przybora, w czasie powstania spiker rozgłośni cywilnej Polskiego Radia, że to upiorna defilada na cmentarzysku. Wokół są tylko „widma chłopców i dziewcząt z AK wmieszane w tłumy mieszkańców, którzy byli wraz z bojownikami Warszawy jej obliczem i duszą, uśmiechem, rozpaczą i strachem”. Że to „parada wyzwolicieli, którzy już nikogo nie wyzwolili”[1].

Z tych nielicznych, którzy przetrwali, pewnie nie wszyscy znają stojącego na trybunie mężczyznę w czapie. Albo wiedzą niewiele o Bierucie, zaufanym człowieku Stalina, prezydencie Krajowej Rady Narodowej, która powstała rok wcześniej jako komunistyczna alternatywa dla urzędującego w Londynie polskiego rządu na uchodźstwie. Gomułka nazwie to posunięcie zamachem stanu w podziemnej Polsce.

Bierut zrywa czapę, macha do tłumu.

Lektor: „Głęboko w sercu każdego Polaka zapadły proste i serdeczne słowa polskiego prezydenta: »Warszawo, serce narodu i stolico państwa, pokolenia Polaków przez wieki czcić będą pamięć twych bohaterskich czynów i twardą wolę walki o godność i niepodległość, zaś demokracja polska przywróci świetność twym kształtom i sławę swej stolicy utrwali w twórczym pochodzie ku sprawiedliwemu współżyciu narodu«”.

Plac Warecki w 1945 r.

Ulica Zielna, 1945 r.

A więc Warszawa będzie odbudowana. Bierut zapowiedział to jeszcze przed zajęciem lewobrzeżnej części miasta[2]: władze Rzeczypospolitej wrócą do stolicy, nieważne, co zastaną po wyzwoleniu. Odbudowa miasta to sprawa pierwszoplanowa. „Jesteśmy pewni, że naród zdobędzie się, mimo wielkich trudności, na ten wysiłek (...). Polacy nieraz dokonywali w historii olbrzymich wysiłków i czynów zdumiewających. Zdobywali się na wielkie rzeczy. Taką rzeczą będzie odbudowa stolicy”[3].

Ludzie, przytupując z zimna – w Warszawie tego dnia jest ostry mróz – patrzą na rozentuzjazmowanych na pokaz przywódców. Na przejeżdżające Alejami Jerozolimskimi czołgi i armaty. Ale w filmie brakuje Fanny Ajzensztadt, ukochanej córki zamożnego kamienicznika Owsieja Lipszyca.

Fanny przeżyła getto. Nie w głowie świętowanie, przecież dopiero wczoraj przestała się ukrywać. Tuła się po Pradze, rozmyśla o emigracji. Zatrzyma się w przedwojennej czynszówce ojca przy Siennej 89. Dom przetrwał, ale Fanny cztery lata później się z niego wymelduje. Potem kupi bilet do Wenezueli.

Defilada jest już na wysokości Chmielnej. Z czynszówki pod numerem 70 należącej do Jana Henryka Holgera Martina, obywatela Danii, został stos gruzów. Właściciel uciekł z rodziną pod miasto. Wkrótce się dowie, że Polska go nie chce. Spakuje walizki i pojedzie do Danii, tam umrze.

W mieście nie ma też zamożnej familii Glassów: Juliana, właściciela składów żelaza, i jego brata Jakuba. Rodzina w porę uciekła przed Zagładą. Ludwik w Amsterdamie wciąż jeszcze czeka na koniec wojny. Jego brat w Australii jest bezpieczny. Inni krewni urządzają się na nowo w Stanach Zjednoczonych. Do Polski żaden z nich już nie wróci.

Może więc na defilujących patrzą przynajmniej Janina Lourie i jej mąż, ocaleni z getta? Pod trybunę honorową z Królewskiej Janina miałaby tylko kilka minut spacerem. Ale kamienicy pod trzydziestym dziewiątym, którą rodzina kupiła tuż przed wojną, już nie istnieje. Tak jak i ojca, wziętego przedwojennego okulisty, matki, kuzynów.

Notoryczny oszust Leon Kalinowski na defiladę z pewnością nie przyjdzie. Woli oglądać opuszczone żydowskie kamienice. Na oku ma trzy adresy przy Noakowskiego. Jest pewien, że przedwojenni właściciele nie żyją. Ale to nieprawda.

Florentyna Krzeszewska i jej mąż Roch nie świętują. Co z tego, że przeżyli wojnę? Są zrozpaczeni, utracili ukochaną jedynaczkę, która w czasie powstania zginęła w Śródmieściu. Nie chcą nawet patrzeć na swoją dawną dzielnicę.

* * *

Lewobrzeżna Warszawa dwa dni wcześniej, chwilę po wyzwoleniu. Góry gruzu, dopalające się kamienice, pomiędzy nimi ludzie z tobołami na plecach. I wojsko.

W mieście panuje przerażająca cisza. „Nie było wiwatów, nie było uroczystego bicia w dzwony. Styczniowy śnieg przysypał gruzy kościołów, osłonił mogiły” – czyta lektor Polskiej Kroniki Filmowej, a przed oczami widzów przesuwają się kolejne kadry, ściany domów, przyprószone śniegiem groby, powywracane tramwaje, które służyły za powstańcze barykady. „W sercu żołnierza polskiego, który obraz Warszawy niósł przez lata tułaczki i niewoli, który od długich miesięcy krew swą przelewał pod murami stolicy, narasta świadomość tragicznej prawdy – Warszawy nie ma, Warszawa została zamordowana”.

Dzieci bawiące się w ruinach, ok. 1950 r.

Z redakcji „Życia Warszawy” w dawnej Dyrekcji Kolei Państwowych przy Wileńskiej w południe wyjeżdżają reporterzy.

„Nasze willysy mkną aleją Waszyngtona na Saską Kępę. Przez zamarzniętą Wisłę przeprawiamy się na Solec, a raczej miejsce, które było kiedyś Solcem. Ulice to szpaler zwalisk, nigdzie żywego ducha. W poprzek zrytej lejami jezdni sterczą zapory przeciwczołgowe i spirale kolczastego drutu”.

Podróż przez Śródmieście: placu Trzech Krzyży nie sposób rozpoznać, Nowy Świat w gruzach. Stoją: Bank Gospodarstwa Krajowego, gmach Rady Ministrów, kościoły Wizytek i Karmelitów.

Przez chwilę reporter walczy z pokusą, by wejść do ocalałych miejsc. Zobaczyć je z bliska, dotknąć murów, potem wszystko ludziom opisać. Ale mogą być zaminowane.

Przy Krakowskim Przedmieściu płonie Pałac Staszica. Co chwila wybucha amunicja. Wtedy ogień pnie się w górę. „Pomnik Mickiewicza utrącony z cokołu. Nie sposób poznać Chmielnej, Świętokrzyskiej ani Senatorskiej. Aleje Jerozolimskie potwornie postrzelane. Marszałkowska to puste ściany, ziejące oczodołami wydartych okien kikuty spalonych domów i rumowiska”.

Zdjęcia z Alej Ujazdowskich, żołnierze mijają tablice: „Halt! Sperrgebiet. Durchgang verboten! Der SS Polizeifurer”, „Przejazd zamknięty”. Dzielnica niemiecka ucierpiała stosunkowo nieznacznie. Reporter „Życia Warszawy” wchodzi do gmachu gestapo, katowni w alei Szucha. Po gestapowcach zostały niedogryzione biszkopty i walające się butelki z winem. O tym, że muszą uciekać, dowiedzieli się nagle, przy śniadaniu.

* * *

Warszawiacy wracają. Spontanicznie czyszczą z gruzów i barykad główne ulice, zasypują leje po bombach. Wolą ruiny od peryferyjnego Wierzbna, dalekiej Pragi, dokąd musieli uciekać, gdy upadło powstanie.

Komunistyczni dygnitarze doglądają miasta. Propaganda nazywa ich gospodarzami stolicy, podsyła kamerzystę Polskiej Kroniki Filmowej. Generał Rola-Żymierski w otoczeniu wyższych rangą oficerów WP sprawdza sytuację na moście Poniatowskiego. A właściwie tym, co z niego zostało, bo most to zawalone przęsła wystające z Wisły.

Bierut z delegacją Krajowej Rady Narodowej przy Zamku Królewskim. Cięcie. Prezydent nad zwaliskami kolumny Zygmunta. Król przysypany śniegiem leży na plecach. Dygnitarze kręcą głowami. Bolesław Bierut przygląda się królowi.

W zrujnowanej Warszawie nie ma gmachów gotowych przyjąć rzeszę urzędników. Miejsca nie brak za to w centralnie położonej Łodzi. Bierut jeszcze 21 stycznia mówi członkom rządu, który wciąż urzęduje w Lublinie, że tymczasowo zainstalują się w Łodzi. Ale Polską rządzi się z Warszawy, wie to nawet Józef Stalin. Więc kilka dni później, po powrocie z krótkiej wizyty w Moskwie, Bierut nie ma już wątpliwości.

„Odnośnie odbudowy uzyskaliśmy całkowitą jednomyślność w tym sensie, że Marszałek Stalin uważa, że Warszawa powinna być jak najszybciej odbudowana, i ze swej strony pragnie przyjść nam z jak najbardziej wydajną pomocą. To przesądza dla nas sprawę, że Warszawa będzie siedzibą Rządu”[4].

Od lutego do lipca 1945 r. Bierut ma swoje biurko w monumentalnym kompleksie gmachów dyrekcji kolei przy ulicy Targowej 74 w pobliżu Dworca Wileńskiego. Pierwszymi lokatorami były tam już w 1944 r. władze miasta i redakcja „Życia Warszawy”.

Za Bierutem wprowadzają się jego ministrowie. Urządzają się w siedmiu reprezentacyjnych budynkach, które niemal ominęła wojna. Wszystkich dygnitarzy chroni NKWD.

Instaluje się i bezpieka. Pierwszy w Warszawie Miejski Urząd Bezpieczeństwa Publicznego zajmuje dawne kolejowe mieszkania. Ma też do dyspozycji poniemiecki areszt.

O przeprowadzce do lewobrzeżnej Warszawy nie ma na razie mowy. Skalę zniszczeń dobrze widać na mapie lotniczej z 1945 r. zamówionej przez Józefa Sigalina, warszawiaka, architekta i urbanistę, ucznia Le Corbusiera, który współtworzył Biuro Odbudowy Stolicy.

Biuro powstaje w lutym 1945 r., początkowo kieruje nim architekt Roman Piotrowski. Sigalin zostaje jego zastępcą. BOS to największe biuro architektoniczno-budowlane na świecie, pracują w nim planiści, urbaniści i architekci, projektanci, konserwatorzy zabytków, specjaliści od planowania inwestycji i finansów.

BOS ma nie tylko podnieść miasto z gruzów, ale również je przebudować. To tu kształtuje się koncepcja nowej Warszawy.

W całym mieście do odbudowy nie nadaje się 44 proc. budynków mieszkalnych.

Najtragiczniej wyglądają Ochota, Wola i Śródmieście.

Na lewym brzegu Wisły tylko co czwarty dom nie ma uszkodzeń, ewentualnie lekkie. Odwrotne proporcje są po drugiej stronie rzeki. Tam blisko trzy czwarte domów przetrwało bez szwanku albo z małymi uszkodzeniami.

Mieszkania to najważniejszy problem, urzędnicy notują, że zniszczeniu uległo 72,1 proc. „izb mieszkalnych”. Wracający warszawiacy z trudem szukają dla siebie miejsca w resztkach domów.

Nie ocalał żaden most ani dworzec, niemal doszczętnie zburzone są zajezdnie autobusowe i tramwajowe. W zrujnowanym mieście panują ciemności. Mrok musi być dotkliwy, nie działa 98,5 proc. lamp ulicznych.

Ulica Wronia 50. Fotografia kamienicy z 1938 r.

Mimo to do cichej, ciemnej, zrujnowanej, a z wiosną również cuchnącej z powodów rozkładających się w ruinach ciał stolicy ciągną ci, którzy przetrwali wojnę. W styczniu 1945 r. do Warszawy przybywa 12 tys. mieszkańców, w lutym – 67 tys. W maju będzie ich już 378 tys. Wśród nich jest Władysław Danielewicz, przedwojenny współwłaściciel czynszówki z Wroniej 50.

Swoją powrotną wędrówkę do Warszawy zaczyna już 17 stycznia. Idzie na piechotę z Piaseczna. Towarzyszy mu córka. Wnuczek, dziewięcioletni Andrzej, ma na nich czekać u wujostwa. Wcześniej podsłuchał, jak matka z dziadkiem Władysławem szeptali o drodze do Warszawy, że może być ciężko. Dlatego trochę się boi.

Na Wronią docierają dzień po wyzwoleniu, tego samego dnia co Bierut. Już z daleka widzą, że ich dom, choć wypalony, nadal stoi. Przez chwilę są szczęśliwi.

Schodzą do piwnicy, bo tam przed ucieczką zakopali rodzinne skarby. Ale ktoś już zdążył przekopać ziemię.

Są bez grosza. Dziadek mówi: „Trudno”. Nie powie przecież głośno, że martwi go, za co odbuduje kamienicę. I gdzie się podzieją.

W czasie okupacji rodzina przywykła do tułaczki. Nieraz zmieniała adres. W dom przy Pańskiej, w którym Andrzej się urodził, na początku wojny trafiła bomba. Jego ojciec był wtedy na froncie. Przenieśli się z matką pod miasto, do Urli. Tam dotarła do nich wiadomość od rodziców ojca, że mogą pomieszkać u nich na Zakroczymskiej. 70 km do Warszawy przejechali furmanką.

Andrzej musiał być strasznie głodny, bo do dziś pamięta smak bułki z konfiturą wiśniową, którą na przywitanie zrobiła mu babcia.

Potem mieszkali u znajomych. W końcu zwolniło się mieszkanie u dziadka Danielewicza przy Wroniej. Dwa pokoje z kuchnią i łazienką, drugie piętro, od frontu.

Tu wojenne przeprowadzki miały się skończyć. Byli u siebie. Połowa domu należała do Władysława Danielewicza, połowa do Lewka Broneta, który handlował skórami i mieszkał elegancko przy Franciszkańskiej. Zostali wspólnikami w 1928 r.

Dla poważanego magazyniera z fabryki mebli giętych Kamińsk pod Piotrkowem kamienica miała być interesem życia.

Dom stanął przy Wroniej pod koniec XIX w., budowany był solidnie, trzy piętra, sklepy w oficynach. Ale Władysław, który w 1928 r. zainwestował 55 tys. 220 zł i 50 gr swoich oszczędności, trochę się rozczarował, bo dom nie przynosił spodziewanego dochodu.

Najpierw z Lewkiem trochę ponarzekali na przedwojenne przepisy. Właścicieli kamienic trzymała w ryzach ustawa o ochronie praw lokatorów z 1924 r. Podwyżka komornego była możliwa, ale na zasadzie „wzajemnego porozumienia” między właścicielem i lokatorem. Jeśli negocjacje nie przyniosły rozstrzygnięcia, stawkę regulowała ustawa. Właściciele nie mogli też wypowiedzieć umowy najmu ot tak sobie, musiały nastąpić tzw. ważne przyczyny: lokator ociągał się z minimum dwiema ratami czynszu i uporczywie łamał domowy porządek.

Właściciele Wroniej do narzekania mieli sporo okazji, bo Władysław z żoną co niedziela chodzili na proszony obiad do Bronetów. Popołudnia spędzali w parku Traugutta, bo Lewek jako fotograf amator przepadał za robieniem plenerowych zdjęć. Na takim spacerze uradzili, że dom trzeba podnieść o dwa piętra. Wyszykować dla zamożniejszej klienteli.

W 1939 r. mieli już stu lokatorów i wreszcie zaczęli zarabiać.

Ale Lewek i jego żona Liba byli bardzo niespokojni. Właściwie od nocy kryształowej w 1938 r., kiedy hitlerowcy zorganizowali pogrom Żydów w Niemczech, wiedzieli, że ich świat się kończy. Bliscy nakłaniali ich do emigracji, ale Lewek postanowił inaczej. Za granicę, do Izraela, wysłał dzieci: Salomona i Esterę. Tak ocalił im życie.

Franciszkańska 31 m. 3. Przy stole siedzą Władysław Danielewicz (po lewej) oraz Lewek Bronet. Fotografia z 1938 r.

Reprodukcja legitymacji szkolnej Estery Bronet, córki Lewka Broneta, przyjaciela Władysława Danielewicza.

A on? Zawsze mówił, że z Polską związał swoje losy, że chce być tutaj. Lubił patrzeć w niebo na wojskowe samoloty. Mówił wtedy do dziadka Władysława: „Widzisz pan, panie Danielewicz? Latają. I dobrze. Bo widzę, na co idą nasze podatki”.

Jesienią 1940 r. eleganckie mieszkanie Lewka i Liby w domu przy Franciszkańskiej znalazło się za murem getta. Kiedy jeszcze można było, Bronetowie przychodzili na Wronią ze swoim pięknym psem, towarzyszem fotograficznych spacerów Lewka. Gdy wizyty się urwały, Andrzej zapytał dziadka, co z psem. Dziadek opowiedział, że Bronetowie go zjedli.

Strasznie się przejął. Bo dla niego okupacja to było wtedy kilkaset metrów ulicy Wroniej. Dziadkowa kamienica i dwa sklepy. Na prawo od bramy spożywczy pani Reszkowej z kwasem w kapslowanych butelkach. Na lewo skład paszy pana Olszewskiego, od którego brał siano pod obrus na wigilię.

Był też browar spółki akcyjnej Haberbusch i Schiele. Napitki z gazetowej reklamy „Piwo, porter, wódki, lemoniady” rozwoziły po mieście wozy zaprzężone w konie. Browar miał więc i stajnie. Andrzej widział je z okna. Pamięta też polowania z foksterierami. Dwa razy w roku browar próbował pozbyć się szczurów. Robotnicy czaili się na dachu, gapie stali z kamieniami przy ulicznych rynsztokach. Foksteriery płoszyły szczury w stajniach i zaczynał się pościg. Andrzej nigdy nie przestał się dziwić, jak niebywale były spasione. Ale między polowaniami miały się doskonale, w ciepłych stajniach pełnych owsa.

Koniec lipca 1944 r. Andrzej spędzał na letnisku w Piasecznie u wuja lekarza. Zaczęło się powstanie, wieści z Warszawy nie było. Bał się.

* * *

5 sierpnia, w upalną sobotę, esesmani i niemiecka policja weszli na Wolę, by mordować, gwałcić, rabować. Dom po domu, z osobistego rozkazu Hitlera. Zamieniali ludzi w żywe tarcze, pędzili na powstańcze barykady, palili domy, wyrzucali dzieci z okien. Mordowali na różne sposoby – zakopując żywcem, granatem, strzałem w tył głowy, uderzeniem kolby. Ciała leżały potem jedno na drugim, jak kopce usypane z ludzi, wysokie nawet na 2 m, szerokie na 20 m.

W „czarną sobotę” spędzili ludzi do hal warsztatów kolejowych przy Moczydle, potem w grupach prowadzili na podwórka okolicznych kamienic, strzelali seriami z broni maszynowej.

To samo działo się w zajezdni tramwajowej przy Młynarskiej i w cichym ogrodzie za murem, w Fabryce Obić i Papierów Kolorowych, Fabryce Makaronu i Sztucznej Kawy przy Wolskiej. Przy parkanie parku Sowińskiego, gdzie potem Niemcy urządzili palarnię ciał, z ludzi zostanie 1,1 tys. kg prochów.

Na Wronią Niemcy z miotaczami ognia przyszli 6 sierpnia. Chwilę wcześniej matce i dziadkowi Andrzeja udało się uciec.

Kamienica nie chciała się palić, stropy były solidne, betonowe. Niemieckie komanda rozniecały więc ogień mieszkanie po mieszkaniu. Z kuchni uratowała się tylko drewniana łyżeczka, którą babcia kręciła Andrzejowi kogel-mogel. Leżała w jedynym niespalonym kącie. Odnaleźli ją tego styczniowego dnia 1945 r., gdy wrócili na Wronią z Piaseczna. Było jasne, że w kamienicy nie da się mieszkać. Ale dziadek już wtedy rozmyślał, jak odbuduje dom. Sam. Bo nie było już Lewka Broneta ani jego żony Liby. Zginęli w getcie? W obozie? Tego Danielewiczowie nie wiedzą.

Dostają przydział w kamienicy przy ulicy Widok. Czas jest taki, że zdanie dawnych właścicieli nie ma znaczenia. Potrzeba mieszkań, więc władza je sama rozdaje, nie pytając nikogo o zdanie. Ważni urzędnicy tłumaczą, że trzeba się uporać z nędzą mieszkaniową. Trzyosobowe komisje krążą po miastach i gminach, decydują o kwaterunku. Są skrupulatne: metraż zależy od zawodu, stanu zdrowia, sytuacji w rodzinie.

Andrzej nie wie jeszcze wtedy, że w mieszkaniu przy ulicy Widok przeżyje 30 lat, że wprowadzi tam żonę, doczeka się córki.

Do dziś pamięta dzień przeprowadzki do trzech cudzych pokoi, kuchni i łazienki o rozmiarach stołu. Całkiem sporo jak na powojenne warunki. Ale miejsca robi się coraz mniej. Najpierw dziadek z własnej woli odstępuje pokój dawnemu lokatorowi z Wroniej, który tuła się po mieście. Do kolejnego wprowadza się działacz partyjny z rodziną. Ma skierowanie od władz. Od początku się panoszy. Aż któregoś ranka rodzina Andrzeja dowiaduje się, że nie może wchodzić do kuchni. Działacz zamurował drzwi i przebił sobie do niej własne przejście z pokoju. Mama Andrzeja gotuje więc we wspólnej łazience. I wypatruje, kiedy wszyscy wrócą na swoje.

* * *

O miejsce do życia nie musi się martwić Bolesław Bierut. Czeka na niego Belweder, którego remont skończył się latem 1945 r. Tu przenosi się z gabinetu urządzonego naprędce w gmachu po dyrekcji kolei na Pradze.

Prezydent dzieli życie z Wandą Górską. Jest jego powierniczką i osobistą sekretarką. Dba o kalendarz, ma pieczę nad korespondencją, może załatwić audiencję.

W Belwederze bywa też żona prezydenta.

„Zwykła, poczciwa, siwawa pani” – zapisze Stanisław Łukasiewicz, sekretarz prasowy Bieruta[5].

Dyskretnie obserwuje ich relacje. „Bierut witał się z żoną z namaszczeniem; całował ją potulnie w rękę, wymieniali pocałunki w policzki. Do dalszych rozmów świadkowie nie byli już potrzebni i dlatego odbywały się one za zamkniętymi drzwiami gabinetu prezydenta”.

Gdy żona wychodzi, wszystko wraca do ustalonych porządków.

Bierut nie lubi ceremoniału, przyjmowania posłów i ambasadorów. Garnitur wkłada niechętnie. Górska nakłania go do tego niemal siłą, a gdy postanowiono mu kupić frak, woła, że „jak dudek wystroić się nie da”.

W porze obiadu Bierut z Górską zasiadają w podłużnym saloniku przy gabinecie prezydenta. Służba podaje „flaczki, paróweczki, ryby w galarecie, zupy, pieczyste”.

Kuchnia jest wyborna, gotują najlepsi kucharze. Wiadomo, trzeba jeszcze nakarmić gości prezydenta, zapełnić stoły w czasie bankietów.

A o przyjęciach w Belwederze krążą legendy. Zaproszenie to przedmiot pożądania. Próbują się na nie wpraszać dziennikarze – zgłaszają sekretarzowi prasowemu gwałtowną potrzebę rozmów o stanie państwa.

Górska martwi się, że Bierut „nie kocha jeść”. Alkoholu nie pija, prawie nie pali. Lubi za to Łazienki, ogląda je z okien swojego gabinetu. Często chodzi na grządki warzywne, które ma pod opieką naczelny ogrodnik Łazienek. Przy sałacie i marchewce pobiera lekcje angielskiego, bo ogrodnik wojnę spędził w Anglii.

Bardzo dba o wygląd królewskiego parku, nie żałuje grosza. „Czynił wszystko, aby uporządkować i odbudować ten najpiękniejszy park Warszawy, mocno zniszczony przez wojnę. (...) Miał rower, który chował w specjalnym składziku. Otóż czasami wymykał się na nim w głąb Łazienek i używał sobie, samotnie jeżdżąc wszystkimi alejkami”.

Pierwsza taka wyprawa kończy się telefoniczną interwencją dyrektora belwederskiej kancelarii u premiera Edwarda Osóbki-Morawskiego. Dzwoni i pyta, czy przypadkiem nie ma u niego prezydenta. Premier zaleca, by Belweder lepiej pilnował Bieruta, podpowiada, żeby go szukać u Gomułki. Ale Gomułka wiecuje w Lublinie. Cały Belweder więc w nerwach, może to zbrojne podziemie porwało prezydenta? Przejęty Łukasiewicz pisze: „Już chciano ogłosić alarm, gdy od strony parku Bierut wjechał z impetem na rowerze na dziedziniec Belwederu, zręcznie zeskoczył z siodełka z lekkością młodzieńca i wbiegł po schodach do swego gabinetu”.

Tego dnia nie dopisała więc ochrona. Choć była potężna. Tak twierdził Józef Światło, wysoki rangą funkcjonariusz SB, stalinowski zbrodniarz, który uciekł na Zachód, a potem o reżimie w Polsce opowiadał w rozgłośni Radio Wolna Europa.

Światło policzył, że w Belwederze Bieruta pilnowało 150 żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i dwudziestu kilku ludzi ochrony osobistej. „Ochrona ta rozporządza najszybszymi samochodami, sowieckimi ZIS-ami, ZIM-ami i amerykańskimi Chevroletami”[6].

Jeździli za Bierutem wszędzie. W samochodach „na ciemno ubrani cywilni agenci, u których broni nie widać. Mają tylko na kolanach walizeczki. Jak pudelka klarnetowe. Nie muszą z nich wyjmować swoich automatycznych karabinów maszynowych, bo futerały robione w Sowietach są tak spreparowane, że można z nich strzelać bez wyjmowania broni”.

Opowiedział, co się działo, gdy Bierut chciał jechać pod miasto do rządowej willi „Julisin” w podwarszawskim Konstancinie.

Stanęła ledwie cztery lata przed wojną, była dumą Gustawa Wertheima, dyrektora warszawskich tramwajów elektrycznych, przedsiębiorcy. Słynna z wystawnych przyjęć, balów, koncertów, w 1939 r. została wspomnieniem dramatu. Żonę Wertheima zakatowali na śmierć gestapowcy, on sam targnął się na życie, willę skonfiskowali Niemcy.

Potem oddali ją Ludwigowi Fischerowi, gubernatorowi dystryktu warszawskiego.

W 1948 r. rezydował tam Bierut. Gdy tylko przyszła mu ochota na wypad pod miasto, wsiadali z Wandą Górską do rządowej limuzyny i kazali się wieźć do Konstancina. Na trasie co chwila mijali posterunki, które czuwały w nocy i za dnia, gdyby nagle przywódcy wpadło do głowy, żeby udać się w podróż.

O „Julisinie” Józef Światło mówił, że to pałacyk: 18 urządzonych ze smakiem pokoi. Bierut i jego partnerka przechadzali się po salonach „obwieszonych starymi obrazami, zapełnionych arcydziełami sztuki snycerskiej”.

Światło „Julisin” zna bardzo dobrze. Kładł tam podsłuchy, więc spenetrował każdy kąt.

„Oczywiście Bierut ma też do swojej wyłącznej dyspozycji krawca, szewca, fryzjera” – należeli do ok. 200-osobowej służby pracującej w rządowych pałacykach i rezydencjach.

W Konstancinie Bierut z Górską zwykle spędzali lato. Gdy przekraczali próg domu, ochrona obstawiała gigantyczny ogród. Wśród krzaków i drzew snuli się funkcjonariusze ubrani na ciemno, by dyskretnie strzec spokoju dygnitarza. W okolicznych willach odpoczywa komunistyczna elita, sąsiadami Bieruta są towarzysze z Biura Politycznego PZPR: Jakub Berman, gen. Stanisław Radkiewicz, Aleksander Zawadzki.

W tygodniu Bierut pracuje w Belwederze. Bywa, że po południu, około szesnastej, ma wolną chwilę. Woła wtedy sekretarza Łukasiewicza, pyta o nastroje w Warszawie, domaga się zbierania i notowania anegdot na temat władzy i samego siebie.

Prezydent objaśnia też sekretarzowi meandry krajowej polityki: że reakcja chce utrącić reformy, na które kraj czeka tak jak chory na lekarstwo. A przecież reformy przeprowadzić mogą tylko komuniści.

Łukasiewicz pamięta też, że Bierut pisuje memoriały: długie, pełne żaru. „Bierut okazywał się w nich prawdziwym działaczem komunistycznym, żądał posunięć gwałtownych, radykalnych, rewolucyjnych”.

Ale, jak widać, natura rewolucjonisty nie przeszkadza korzystać z tego, co mu zapewnia władza ludowa.

W Belwederze przesiaduje do późna, przyjmuje komunistycznych działaczy. Delegacje z zagranicy najchętniej gości w Sali Pompejańskiej, radzi, jeździ z wizytami, pokazuje się warszawiakom na gruzach stolicy.

Zresztą z czasem publiczne wyjścia stają się zmorą ochrony. Gdy Bierut przyjmuje defiladę albo przyjeżdża na dworzec z Moskwy, w tłumie witających go obywateli roi się od agentów. Jak pisał Światło, „kilkudziesięciu ciemno ubranych panów z rękami w kieszeniach. To właśnie inni Rosjanie, Ukraińcy i Białorusini z ochrony osobistej tow. Bieruta”.

Bolesław Bierut dekorujący przodowników pracy uczestniczących w odbudowie mostu Poniatowskiego w Warszawie, 1946 r.

26 października 1945 r. prezydent ma w Belwederze dużo zajęć. Dostaje na biurko 12 dekretów Krajowej Rady Narodowej. Przegląda prawo lotnicze, przepisy budowlane, nowe uprawnienia dla ministra przemysłu, bardzo ważny dokument o zasadach naprawy i odbudowy domów zniszczonych z powodu wojny. Powołuje dekretem Polską Agencję Prasową, zatwierdza Krzyż Partyzancki i medale: „Zwycięstwa i Wolności”, „Za Odrę, Nysę i Bałtyk”. I jeszcze medal „Za Warszawę”.

Podpis, podpis, podpis.

Urzędnik podaje dokumenty. Kolejny to dekret Krajowej Rady Narodowej „O własności i użytkowaniu gruntów warszawskich”.

Znowu podpis.

* * *

Ten dekret w Dzienniku Ustaw ma wciąż adnotację „obowiązujący” i nazywa się potocznie dekretem Bieruta. W Warszawie odmieniany jest przez wszystkie przypadki, a jego konsekwencji do dziś doświadczają miasto i mieszkańcy.

W 1945 r. nie wygląda groźnie. Z nazwy jest tylko prawem budowlanym. Kolejną z serii nacjonalizacyjnych ustaw, z pomocą których nowa władza odbierała prywatną własność przemysłowcom, parcelowała majątki ziemskie, przejmowała lasy. Zgodnie z „potrzebami Narodu”.

W Warszawie chodzi o grunty. To potężny majątek – 40 tys. parceli, na których stało 24,3 tys. budynków. W 1939 r. jedynie 853 nieruchomości były własnością publiczną.

Dekret miał być ratunkiem dla pogrążonego w chaosie miasta. Gmach hipoteki nie wyszedł z powstania bez szwanku. W marcu 1945 r. komisja opisała go jako uszkodzony dwoma pociskami najcięższego kalibru oraz wieloma mniejszymi. Zmiotły wybuchem prawie cały dach. Trzymała się klatka schodowa, ale tylko do drugiego piętra, ostatnia kondygnacja to ruina. „Część budynku jest na szerokości równej szerokości klatki schodowej zawalona na całej wysokości od piwnic”. Tam ślady tragedii, 15–16 mogił.

W gmachu nie było ksiąg hipotecznych, odnajdą się później w papierni w Budziszynie. Ocalały przypadkiem, wywiezione przez Niemców w kilku wagonach.

Księgi wieczyste to tylko jeden kłopot. W Warszawie nie ma właścicieli. Niektórzy dopiero wracali z wojennej tułaczki, powrotu wielu z nich nikt nie doczeka. Nie ma przedwojennych projektów kamienic, a w stosach gruzów nie sposób rozszyfrować, gdzie kończył się dom, a gdzie zaczynała ulica.

Rządowe „Życie Warszawy” tłumaczy: „Trzeba by przeprowadzić setki tysięcy dochodzeń, pertraktacji, postępowań wywłaszczeniowych i procesów sądowych, trzeba by lat całych i olbrzymiego aparatu administracyjnego, bo w tych warunkach sprawy własności uregulować. A zwlekać nie można: setki tysięcy ludzi czeka na mieszkania i warsztaty pracy”.

Wniosek o ustanowienie własności czasowej na gruncie dawnych właścicieli hipotecznych z 1948 r.

Brzmi nawet racjonalnie. Z podpisem Bieruta warszawiacy dostają prawo precyzyjne i krótkie. 12 artykułów, które mówią o nacjonalizacji.

Nie zapowiada się najgorzej. Przedwojenni właściciele czytają przecież, że wszystko może wrócić do dawnego porządku. Dostają czas, pół roku od przejęcia gruntu przez państwo, na złożenie podania o przywrócenie praw do niego.

Dostają też obietnicę: jeśli nie będzie to wadzić nowym planom zabudowy miasta, grunt dostaną w wieczystą dzierżawę. Z innymi władza się uczciwie rozliczy. W listopadzie 1945 r. „Życie Warszawy” objaśnia: „Właściciel otrzyma prawo zabudowy lub wieczystej dzierżawy na innym, równowartościowym użytkowo terenie, za symboliczną opłatą”.

Właściciele, którzy nie zdążą na czas dostarczyć swoich wniosków, mają obiecane odszkodowania w obligacjach miejskich.

Szczegółami ma się zająć miejska komisja szacunkowa. Ale w zapisie jest haczyk. Potrzebne jest rozporządzenie, w którym rząd rozpisze mechanizm odszkodowań.

Rząd tymczasem zwleka.

Na przejmowanych działkach trwa odbudowa, powstają nowe kwartały miasta, szersze ulice, place. Nie ma kompromisów. Jeśli architektom wadzą stare domy, idą pod kilof.

„Życie Warszawy” w 1945 r. drukuje nowinki. Jest nawet specjalna rubryka „Dzień odbudowy”, a w niej kolejne optymistyczne informacje: o remoncie opery przy ulicy Marszałkowskiej, transporcie elementów do budowy ostatniego przęsła mostu Poniatowskiego, remoncie Pałacu Staszica, uruchamianiu linii tramwajowych, naprawionych rurociągach. O tym, jak do Warszawy przyjeżdżają betoniarki, kable, tramwaje. I miliony cegieł z Wrocławia.

Pracują ochotnicy z Radzymina, mieszkańcy z całej Polski ślą datki, zbiera je Fundusz Odbudowy Stolicy, który dołoży się do odbudowy prawie dziewięciuset różnych obiektów.

W budynkach, które ocalały, i tych odbudowanych rządzi nowa władza.

Mijają miesiące, potem lata. Rozporządzeń dotyczących odszkodowań i wymiany działek jak nie było, tak nie ma. I nigdy już nie będzie.

W ocalałych domach kwateruje się za to warszawiaków wracających z tułaczki. Najpierw robią to komisje mieszkaniowe. Potem proces reguluje dekret z grudnia 1945 r., w którym Bierut zdecydował o „publicznej gospodarce lokalami i kontroli najmu”. Obejmuje początkowo siedem największych miast w Polsce, z Warszawą na czele. Potem cały kraj.

Mieszkania dzieli władza. Z miejscem krucho. W przedwojennych apartamentach władze kwaterunkowe lokują po kilka rodzin. Jedna rodzina – jedno pomieszczenie. Kuchnia, łazienka i korytarz są wspólne. Czasem kątem uchowa się właściciel kamienicy albo przedwojennej willi.

Za to Bolesław Bierut w zrujnowanej Warszawie mieszka z rozmachem.

* * *

Belweder, „pałacyk” w Konstancinie, a do tego prezydent Bierut ma do dyspozycji willę przy kameralnej ulicy Klonowej. Dwa kroki do Belwederu, blisko stąd do reprezentacyjnych Alej Ujazdowskich z gmachem dzisiejszej Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Tam po wojnie mieści się Rada Państwa.

„W tym zaciszu domowym tow. Wanda Górska nie usiłuje już nawet uchodzić za sekretarkę. Ale za to dysponuje licznymi futrami, bielizną z najcieńszego francuskiego i chińskiego jedwabiu, dziesiątkami par butów i kapeluszy” – to kolejny obraz ze wspomnień Józefa Światły.

Klonowa to tak naprawdę willowy bliźniak. Zaprojektował go wybitny architekt Bohdan Pniewski. Przed wojną oko przyciągała luksusowa wtedy i nowoczesna architektura, z tarasem na dachu i wymuskanym ogrodem.

Budynek bliźniak Klonowa 8 i Klonowa 6. Zdjęcie wykonano w 1935 lub 1937 r.

Część pod szóstką, zajęta w 1945 r. przez Bieruta, przed wojną należała do inżyniera Leszka Muszyńskiego. Część pod ósemką to dawniej własność wziętego adwokata Stefana Urbanowicza.

Mecenas Urbanowicz wprowadza się tu w grudniu 1934 r. z żoną Anielą i córkami Haliną i Ewą.

Halina Urbanowicz-Woyke wspomina, że na parterze znajdowała się kancelaria. „W gabinecie Tatusia stało bardzo duże, mahoniowe, piękne biurko. Tatuś je specjalnie zamawiał”. Akta rozmieszczono na wmurowanych pod sufitem ściennych półkach. Same nowinki. Kuchnia obudowana szafkami, a potrawy i naczynia do pokoju kredensowego przy jadalni przyjeżdżały windą uruchamianą na korbę. W ten sam sposób jechała też do pralni w podziemiach brudna bielizna.

Życie rodzinne i towarzyskie toczyło się na tzw. wysokim parterze, który zajmował całą powierzchnię domu. Przestrzeń dzieliła alabastrowa ścianka, alabastrowy był też kominek i brzegi schodów wiodących na piętra. W salonie pianino, tu Halina i Ewa uczyły się grać.

Za ogrodzeniem willi był ogród cukierni Dakowskiego. Dziewczynki wspinały się po pergolach na murek i stamtąd przywoływały kelnera, by przyniósł im lody.

Po sąsiedzku mieszkał zaprzyjaźniony z Urbanowiczami Antoni Słonimski z żoną, malarką Janiną Konarską. Balkon ich mieszkania wychodził na willę, poeta napisał więc dwuwiersz na cześć żony mecenasa. „Okno na świat to niewiele, Gdy ma się okno, jak ja, na Anielę”.

Urbanowiczowie należeli do warszawskiej elity. Prowadzili dom otwarty, bywali tu m.in. pisarka Maria Kuncewiczowa z mężem, działacz ludowy i marszałek Sejmu Maciej Rataj, adwokat, ludowiec, członek AK Stefan Korboński z żoną, poeta Kazimierz Wierzyński czy późniejszy słynny dziennikarz sportowy Bohdan Tomaszewski.

Aniela Urbanowicz w salonie na parterze wysokim w willi przy ulicy Klonowej 8. W tle klatka schodowa. Ok. 1935 r.

Ale szczęśliwych lat przy ulicy Klonowej było zaledwie kilka. Wybuch wojny zastał dziewczynki w Kazimierzu Dolnym, koniec lata spędzały u Kuncewiczów. Dołączyli rodzice, potem ruszyli na Kresy. 17 września zastał ich w Kostopolu na Wołyniu, tam dowiedzieli się o wejściu Armii Czerwonej. Do Warszawy wrócili kilka tygodni po kapitulacji.

Dom wciąż stał. Ale miał już nowego gospodarza – niemiecką tajną policję polową. Dawni właściciele stanęli przed willą o piątej rano, przeczytali kartkę na drzwiach: zakaz wstępu.

Halina trochę się bała, bo z letniska wysłała do ojca pocztówkę, w której złorzeczyła Hitlerowi. Korespondencję odebrali już nowi lokatorzy, ale wyraźnie się nie zorientowali, co napisała.

Wrócili po kilku godzinach. – Ojca przyjął, zresztą bardzo grzecznie, kapitan Klauss – wspomina Halina. – Powiedział: „Proszę pana, bardzo nam przykro, charakter pracy Geheimfeldpolizei nie pozwala, by ktokolwiek, nawet właściciel, z nami mieszkał”. Ale cokolwiek sobie życzy, można z domu zabrać.

Urbanowiczowie zamieszkali więc u znajomej, a łącznikiem z willą była gosposia Lodzia, która została przy Klonowej. Próbowała ratować dobytek przed oficerami, którzy wybierali sobie przedmioty należące do warszawskiej rodziny na prezenty dla żon.

W maju 1940 r. policja się wyniosła. Ale na Klonową wróciła tylko Aniela z córkami. Stefana Urbanowicza już wcześniej aresztowało gestapo. Trafił do obozu Sachsenhausen. Tam zmarł.

Trzeba było jakoś utrzymać ogromny dom. Aniela Urbanowicz wynajmowała więc pokoje. Na liście wojennych lokatorów był Andrzej Munk, późniejszy reżyser, oraz jego ojciec i siostry. Jedna z nich, Joanna, została pierwszą żoną Józefa Cyrankiewicza. Wtedy działał w PPS, konspirował w Krakowie. Gdy przyjeżdżał do Warszawy, znajdował schronienie przy Klonowej.

Po wojnie, gdy Cyrankiewicz zacznie być ważnym politykiem i obejmie tekę premiera, dawna znajomość przyda się Anieli Urbanowicz.

Ale na razie trwa okupacja, a Aniela, Halina i Ewa angażują się w podziemie. Ewa kończy tragicznie. Aresztowana razem z przyjaciółką przy rozrzucaniu ulotek, torturowana na Pawiaku, ginie w Auschwitz. Halina jako „Halszka” była w Szarych Szeregach, poszła do powstania. Już w pierwszym dniu została poważnie ranna, przeżyła cudem, przenoszona z jednego polowego szpitala do drugiego: Mariańska, Chmielna, Kopernika. Od Mariańskiej Haliną opiekowała się mama.

Gdy przenieśli ją do Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego, okropnie się bała, bo otrzymała ostatnie namaszczenie. Potem leżała na kolejowej rampie na Dworcu Zachodnim, gdzie Niemcy zwozili rannych. Wsadzili ich do wagonów. Stacją końcową okazał się Brwinów. Tam stracili zainteresowanie transportem. Halinę z matką odebrali krewni.

A dom przy Klonowej? Stał w centrum dzielnicy niemieckiej, przetrwał więc okupację. Ale szabrownicy, którzy dopadli ósemkę, nie zdołali wynieść jedynie mahoniowego biurka, przy którym pracował Stefan Urbanowicz.

Po wojnie cały bliźniak przy Klonowej zajęli Rosjanie. Przedwojenni właściciele zrobili, co trzeba, złożyli wnioski o przywrócenie praw. Po drugiej stronie była cisza. Władza ani nie podpisała odmowy, ani nie oddała willi. Upatrzona przez komunistycznych dygnitarzy stała się jedną z rządowych siedzib.

Bierut nie był jedynym ważnym lokatorem. Mieszkały przy Klonowej najgłośniejsze nazwiska tamtej epoki, zbiór ciemnych figur stalinizmu. Pod szóstką – szef bezpieki Stanisław Radkiewicz i marszałek Michał Rola-Żymierski. Pod ósemką Jakub Berman, prawa ręka Bolesława Bieruta, odpowiedzialny za zbrodnie stalinowskie, po nim gen. Marian Spychalski, wiceminister obrony narodowej.

Aniela Urbanowicz poszła do Spychalskiego w sprawie domu matki i dziecka, który prowadziła zaraz po wojnie w Słupsku. Zapytała przy okazji, jak mu się żyje w jej domu. Generał odparł, że nie za dobrze. W willi jest za dużo poziomów, wciąż trzeba się wspinać w górę i schodzić w dół.

Tymczasem Aniela wciąż nie miała w Warszawie gdzie się zatrzymać. Dopiero po interwencji u poznanego w czasie okupacji Cyrankiewicza dostała od kwaterunku przydział przy Nowym Świecie.

Co przejęcie willi przy Klonowej miało wspólnego z odbudową? Nic. Budynek przecież ocalał. Ale właściciele i tak stracili nieruchomość.

Zajmując go, władza złamała swój własny dekret. Klonowa nie była wyjątkiem. To samo spotkało setki innych willi i domów, które przetrwały wojnę. Żyło tam drugie albo nawet trzecie pokolenie właścicieli, np. na Saskiej Kępie, Szczęśliwicach, Grochowie. Stracili prawa do gruntów, pisali podania, by im te prawa przywrócić. Ale władza mogła swobodnie wybierać. Tych bardziej reprezentacyjnych gmachów – jak Klonowa, wille na Saskiej Kępie czy należąca do rodziny Krasińskich Królikarnia – nie udawało się utrzymać. Do innych wprowadzali się lokatorzy z kwaterunku, dzieląc dom z dawnymi właścicielami.

Na peryferiach ówczesnej Warszawy często żyło się po staremu, we własnych domach, czekając latami na rozpatrzenie podań. Tyle że w księgach wieczystych jako właściciel wpisany był skarb państwa.

* * *

Komuniści zakładają od początku, że w nowej Polsce nie będzie miejsca dla prywatnego majątku, wszystko jedno, czy jest mały, czy duży. Ta generalna zasada daje im doskonałe alibi dla łamania własnych przepisów dotyczących odszkodowań i rozliczeń z dawnymi właścicielami. Tym bardziej że nowy ustrój się utrwala. Rolnicy dostają pola z parcelacji majątków, słychać, że demokratyczna reforma rolna to spełnienie odwiecznego marzenia mas chłopskich, gania się kułaków. Koniec z przedwojennymi fabrykantami, właścicielami kopalń, aptekarzami. Prywatne spółki dostają przymusowy zarząd państwowy, państwo zabiera ich majątki.

Wiosną 1947 r. Hilary Minc, minister przemysłu, rzuca rękawicę prywatnej inicjatywie. Uchwałą plenum KC PZPR zaczyna się bitwa o handel. Sklepikarzy, rzemieślników, hurtowników tropią obywatelskie komisje podatkowe i lustratorzy społeczni. Wszyscy walczą ze spekulacją. W witrynach sklepów zabitych deskami pojawiają się kartki: „Właściciel ukarany za uprawianie lichwy”. W kronikach filmowych z obrzydzeniem mówi się o paskarzach i spekulantach. Kończą różnie, jedni wycofują się ze strachu, inni dostają kary więzienia, obozy pracy. Skazują ich urzędnicy komisji specjalnej. Bez rozprawy, bez prawa do adwokata, bywa, że zaocznie.

W czerwcu 1945 r., kilka miesięcy po konferencji w Jałcie, powstaje Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej. Państwa jedno po drugim uznają legalność gabinetu premiera Edwarda Osóbki-Morawskiego.

29 czerwca robią tak Szwecja i Francja, kilka dni później USA i Wielka Brytania, Chiny, Włochy, Kanada. Odmawiają m.in. Watykan, Hiszpania.

W siłę rośnie aparat bezpieczeństwa. Pod koniec 1945 r. nowego porządku pilnuje już blisko 25 tys. funkcjonariuszy: w ministerstwie, urzędach wojewódzkich, powiatowych i miejskich.

Ale władza łaskawie pozwala dziesiątkom przedwojennych właścicieli na odbudowę zniszczonych domów. Tylko po to, żeby wkrótce im je zabrać.

* * *

Do odbudowy Wroniej bierze się Władysław Danielewicz, dziadek Andrzeja Żurawskiego. Wierzy, że tylko chwilowo gnieżdżą się w kołchozie w Śródmieściu. Choć nie ma pieniędzy, staje na głowie, żeby znaleźć środki na podniesienie kamienicy z ruin i powrót na Wolę. Już załatwił rządowy papier z Biura Odbudowy Stolicy potwierdzający, że kamienica nadaje się do naprawy. Ma projekt i zezwolenie na remont.

Rodzina zapożycza się, dostaje pomoc od bliskich z zagranicy. Dolary idą zakazanymi kanałami, w listach. Każda taka przesyłka może się skończyć więzieniem.

W grudniu 1948 r. budynek jest gotowy, można się wprowadzać. Dziadek Władysław wychodzi z urzędu z pozwoleniem na użytkowanie. Ale szybko się okazuje, że tylko stracił siły, czas i pieniądze.

Zarząd Miejski przejmuje posesję.

Władysław Danielewicz nie ma nic do powiedzenia w sprawie kamienicy, nie będzie decydować, kto zajmie jego budynek. To kwaterunek dzieli przygotowane przez niego mieszkania między ludzi, którzy ciągną do Warszawy. A przecież miało być inaczej.

Władysław chodzi po urzędach. Przekonuje, że remont odbył się legalnie, że ma pozwolenie z Biura Odbudowy Stolicy. Wszystko ma: księgi rachunkowe, zatwierdzony projekt. Dotrzymał też terminów. I co teraz?

Urzędnik nie wie. Nikt się z Danielewiczem nigdy nie rozliczy z kosztów remontu. Ale nie ma też komu się poskarżyć. Poza tym dobrze wie, że lepiej siedzieć cicho. Etykieta „kamienicznik” może tylko sprowadzić kłopoty.

Jedno się udaje – mama Andrzeja zostaje administratorką posesji przy Wroniej. Zbiera czynsze, wpłaca na państwowe konta. Ma przynajmniej oko na dom.

Teczki spraw z zakresu gospodarki nieruchomościami.

Pięć lat po śmierci dziadka, zimą 1967 r. rodzina odbiera pismo stwierdzające, że cała posesja przy Wroniej należy do państwa. Bo dziadek nie złożył na czas podania o przywrócenie praw.

To prawda. Ale co z tymi, którzy uwierzyli Bierutowi i takie wnioski złożyli? Ich sytuacja zwykle wcale nie jest lepsza. Od lat 40. ubiegłego wieku w urzędach leży ok. 17 tys. takich podań. Właściciele dostawali odmowne odpowiedzi jeszcze w latach 70. Części wniosków nikt w ogóle nie czyta, lądują na półkach, żółkną. Tysiące leżą tak do dzisiaj.

* * *

Podanie Anieli Urbanowicz, która upomniała się po wojnie o odebraną Klonową 8, leży w szafie kilkadziesiąt lat.

Już nie Aniela, ale jej spadkobiercy mają szczęście. W ich domu w ostatnich latach PRL działał państwowy hotel dla co ważniejszych gości władz.

Właściciel szóstki inżynier Leszek Muszyński, który przeszedł szlak bojowy z armią generała Andersa, zmarł na emigracji w Argentynie w 1963 r. Z domu nigdy nie zrezygnowała jego córka Barbara Lachert.

Przychodzi rok 1990 i pierwsze wolne wybory prezydenckie. Prezydent elekt Lech Wałęsa wprowadza się do willi przy Klonowej 6.

O pokrzywdzonych właścicielach dowiaduje się od swoich urzędników, oni z korespondencji, która dotarła do Kancelarii Prezydenta.

Wałęsa zaprasza więc do Belwederu Halinę Urbanowicz-Woyke, jej córkę Dorotę i Barbarę Lachert.

Obie panie występują w programie Elżbiety Jaworowicz. Najpierw kilka zdjęć z ogrodu willi, po trawniku krąży żołnierz z karabinem. Jest luty 1991 r. i strażnik wyraźnie marznie, skulony przytupuje.

Barbara Lachert zza kamery opowiada o ojcu, przedwojennym inżynierze, który ze swoim Przedsiębiorstwem Robót Inżynieryjnych od 1923 r. realizował mnóstwo ważnych inwestycji. To on, do spółki z uznaną firmą K. Rudzki, stawiał m.in. most Legionów Piłsudskiego na Wiśle. Był to majstersztyk inżynierski, przed wojną najdłuższa przeprawa w Polsce.

Pani Barbara mówi, że jej pradziadkiem był Józef Wybicki, autor polskiego hymnu. Ona sama służyła w AK, pseudonim „Jola”. W powstaniu walczyła w zgrupowaniu „Kiliński”. Została odznaczona Krzyżem Armii Krajowej. Wyrzucona z Klonowej przez Niemców, a potem przez komunistów do dzisiaj nie może wejść do rodzinnego domu.

Potem jest już spotkanie w Belwederze. Wałęsa: – Proszę bardzo, zapraszam panią, no i co, zaczynamy od wymówek?

Kłania się, całuje w rękę. Jest szarmancki i przyjacielski.

– Proszę panią, pani mnie nie spotkała wcześniej, pani mi powiedziała, że uważaj, człowieku, bo ty wchodzisz na moją własność...

Barbara mówi, że przecież napisała podanie, nie miała odwagi przyjść osobiście.

No tak. Ale prezydent dostaje 1400 listów dziennie. I nie przekopał się, a dopiero wczoraj przyleciał z Rzymu.

Siadają w gabinecie. Okrągły stół, na stole popielniczka z rżniętego kryształu, żółte gerbery.

Prezydent wygłasza mini exposé. O tym, że przyszedł, by zrobić porządek, i że zwróci wszystko, co tylko potrafi i jak szybko potrafi.

– Pomóżcie mi to zrobić dobrze, pomóżcie mi, żeby nikogo nie skrzywdzić, wy byliście krzywdzeni, więc rozumiecie krzywdę. Dziś nie wolno jest krzywdzić tych wszystkich, którzy nie zasługują na krzywdę. Natomiast własność musimy rozliczyć.

Chwila ciszy.

– I to w tym roku – Wałęsa akcentuje każde słowo. Uderza ręką w poręcz krzesła. – Wszystko muszę zakończyć.

Jego sekretarz Andrzej Kozakiewicz mówi, że właściciele chcieliby wejść do willi. Nie byli tam od wojny.

Wałęsa na to, że mogą tam zamieszkać choćby od jutra rana, a nawet od dziś: – Wyprowadzacie nas, tylko w sposób kulturalny, bo tam jest mój telewizor.

Pewnie żartuje, ale goście są nieco speszeni.

Kolejna przemowa. Jeszcze poważniejsza: – Ja się wstydzę za władzę. Ja zostałem wybrany przez naród. Ja muszę temu narodowi służyć. A nie przez jakąś tam bezpiekę, jakieś tam UB czy kogokolwiek... Ja wybrany jestem po to, by realizować narodowe obowiązki. Za tamtą władzę nie biorę odpowiedzialności. Ale co się da, to się naprawi.

Uroczystość rodzinna po oddaniu Klonowej 8 dawnym właścicielom. Początek 1992 r.

Prezydent apeluje do wszystkich sołtysów, prezydentów miast, wojewodów – co jest możliwe, oddać właścicielom jak najszybciej.

Ale też żeby pamiętali: naprawianie krzywd nie może się wiązać z wyrzucaniem ludzi, którzy mieszkają w domach legalnie.

Słowem – kompromis, który nikogo nie skrzywdzi.

– Ja nie chcę łamać prawa. Chcę je szanować, ale prawo trzeba naginać do obywatela, a nie tyranizować. Więc wszelkie prawa będę próbował dostosować do obywatela i poparcia szukać. Ponieważ naród mnie jednak wybrał – kończy Wałęsa.

* * *

Halina Urbanowicz-Woyke z córką Dorotą oraz Barbarą Lachert wchodzą do willi. Są w części, która należała do inżyniera Muszyńskiego.

Barbara rozgląda się po dawnych kątach. Wieszak? Na lewo. Jak kiedyś. W stołowym dobudowana ściana. Tak, w tym pokoju Barbara ostatni raz widziała ojca, jak szedł na wojnę we wrześniu 1939 r. Żegnali się przy herbacie.

Redaktor Jaworowicz pyta Halinę, córkę mecenasa Urbanowicza, co czuje, będąc znów na Klonowej.

– Wzruszenie.

Sprawy urzędowe przyspieszają, państwo zwraca willę. W maju 1991 r., po czterech miesiącach od wizyty w Belwederze, zreprywatyzowana zostaje szóstka, kilka miesięcy potem ósemka.

Barbara Lachert po długich targach zgadza się odsprzedać dom Kancelarii Prezydenta.

Ósemka Urbanowiczów po latach znajdzie prywatnego kupca, państwo zaoferowało zbyt niską cenę.

* * *

Takiego szczęścia nie ma Andrzej Żurawski. Też po 1989 r. myśli, że dziadkowa kamienica przy Wroniej 50 wróci do rodziny.

Ale się myli. Przez ostatnie 27 lat może się jej tylko przyglądać. Widzi, jak wyprowadzają się kolejni lokatorzy – ostatni opuszcza kamienicę w 2006 r. – jak lecą szyby z okien i tynki ze ścian, jak robotnicy zamurowują witryny.

Kamienica zamienia się w ruinę.

Od 2013 r. urzędnicy przymierzają się do rozbiórki. Wola zrobiła się modna, więc działkę pod skazanym na techniczną śmierć budynkiem miasto pewnie dobrze sprzeda.

Andrzej Żurawski długo walczył. Ale odpowiedź urzędników była zawsze taka sama: nie ma wniosku dziadka o przywrócenie praw do nieruchomości, tego z lat 40. Nie będzie więc reprywatyzacji.

Andrzej Żurawski, spadkobierca kamienicy przy ulicy Wroniej 50, w swoim mieszkaniu wśród rodzinnych pamiątek.

Andrzej odpowiadał, że z teczki Wroniej została jedna trzecia, bo za PRL-u poginęła część dokumentów. Dziadek przed śmiercią w 1962 r. dał mu pokwitowanie, że za trzy tysiące złotych opłacił wniosek o przywrócenie praw do Wroniej.

Jednak samego dokumentu rzeczywiście nie ma. Andrzej Żurawski powtarza więc to samo co dziadek: że w zamian za odbudowę miał dostać dom na własność, że gwarantowało mu to państwo.

Urzędnicy tylko się niecierpliwią. Znów mówią: „Nie możemy”.

Ostatnio Andrzej nie ma już siły jeździć na Wolę i oglądać rudery z zamurowanymi witrynami sklepów na parterze i odrapaną elewacją. Czyta nam za to list od przyjaciółki rodziny, która mieszka w okolicy: „Poniosło mnie na Wronią. I co ja zobaczyłam. Rozpłakałam się jak bóbr nad moją starą Warszawą. Na miejscu mego urodzenia pod numerem 43 dogorywa resztka budynku, a w nim jeszcze 2 lokatorów (...). A teraz o drugiej stronie Wroniej. Nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać, czy wyć z żalu, patrząc na Wasz Kochany Dom i na ten drugi obok (...). Na dachu Waszego domu już dość duże drzewko (...). Zaglądałam przez dziurki w bramach, oglądałam te domy z wielkim nabożeństwem i nie dociera do mojej świadomości, że one mogą umrzeć. Dlaczego ich się nie remontuje, żeby służyły jeszcze na stulecia? (...) Kochani, awanturujcie się o ten dom, ocalcie go, proszę”.

Budynek przy Wroniej 50.

Przypisy
[1] Jeremi Przybora „Przymknięte oko opaczności. Memuarów część II”, Warszawa 1998 r.
[2] Bierut mówił o tym w wywiadzie dla „Życia Warszawy” opublikowanym 7 stycznia 1945 r.
[3] Tamże.
[4] Andrzej Skalimowski „Budowniczy stolicy: warszawski mecenat Bolesława Bieruta w latach 1945–1955”. „Pamięć i Sprawiedliwość” 13/2 (24), 2014 r.
[5] Wszystkie cytowane tu wspomnienia Stanisława Łukasiewicza pochodzą z jego książki „Byłem sekretarzem Bieruta – wspomnienia z pracy w Belwederze w latach 1945-1946”, Kraków 1987 r.
[6] Józef Światło, „Za kulisami bezpieki i partii”, portal Polskiego Radia, www.polskieradio.pl.