Wydawca: Edipresse Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Światło w Cichą Noc ebook

Krystyna Mirek  

4.33333333333333 (6)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 337 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Światło w Cichą Noc - Krystyna Mirek

Trwają przygotowania do świąt. Na osiedlu położonym na obrzeżach Krakowa lśnią tysiące świateł. Tylko dwa domy stoją ciemne. Przedwojenna willa i niewielki budynek obok niej.

Antek Milewski wraca do domu po latach. Zostawia za sobą porażkę życiową i chce zacząć wszystko od nowa. Kiedy przekracza próg starej willi, wracają dawne wspomnienia. Zaczyna rozumieć, że nie odnajdzie spokoju, dopóki nie rozwiąże tajemnicy z przeszłości. Dlaczego kochający ojciec nagle porzucił żonę i sześcioletniego syna? Czemu nigdy nie próbował naprawić błędu?

W małym jednorodzinnym domu nie obchodzi się świąt Bożego Narodzenia, bo kojarzą się z tragicznym wypadkiem. Magda Łaniewska i jej dwaj bracia zawsze wtedy wyjeżdżają do ciepłych krajów. Ale tym razem staną przed wielkim wyzwaniem. Będą musieli zorganizować prawdziwą Wigilię.

Nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Nie każdy człowiek okaże się wart pokładanego w nim zaufania. Jednak w magiczną noc światła zapalą się nie tylko w dwóch uśpionych domach, ale też w sercach ich mieszkańców.

 

Sięgnij po nową powieść mistrzyni lekkiego pióra.

To piękna i głęboka historia, która ogrzeje serca w zimowy wieczór.

Opinie o ebooku Światło w Cichą Noc - Krystyna Mirek

Fragment ebooka Światło w Cichą Noc - Krystyna Mirek

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Copyright for Polish Edition © 2017 Edipresse Polska SA

Copyright for text © 2017 Krystyna Mirek

Edipresse Polska SA, ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73)

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Katarzyna Wojtas

Korekta: Agnieszka Betlejewska, Jolanta Kucharska, Ewa Mościcka

Projekt okładki i stron tytułowych: Izabella Marcinowska

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Skład: Perpetuum

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

e-mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN: 978-83-8117-280-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

ROZDZIAŁ 1

Światła rozbłysły, zanim na dobre zapadł zmrok. Mieszkańcy osiedla domków jednorodzinnych z zapałem przygotowywali się do świąt. Stara dzielnica z tradycjami zamigotała tysiącem lampek. Z dachów spływały kaskady świateł. Gwiazdki, sople i girlandy tworzyły wyjątkowy widok. Nawet w płatkach padającego od godziny śniegu odbijały się refleksy setek maleńkich żarówek.

Tylko dwa domy stały ciemne w tej feerii blasku, bez żadnych świątecznych akcentów, jakby uśpione. Piękna przedwojenna willa skryta w dużym ogrodzie i niewielki dom jednorodzinny przytulony do jej ogrodzenia niczym młodszy brat z nieprawego łoża. Ciche i pogrążone w mroku nie pasowały do otoczenia.

Antek Milewski stanął przed zdobną w kiście winogron bramą starej willi. Zatrząsł się z zimna i zignorował kolejne ciekawskie spojrzenia przechodniów. On też nie pasował do tego miejsca. Był wysokim mężczyzną i zwracał na siebie uwagę postawną sylwetką. Jednocześnie jego strój zupełnie nie przystawał do pory roku. Antek miał na sobie dżinsowe spodnie z dziurami i jasne, letnie buty. Na lnianą koszulę z krótkimi rękawami zarzucił cienką kurtkę. Na plecach wisiał niedbale zawiązany szalik.

Jego ciałem wstrząsały dreszcze, a oczy miał zmrużone. Jakby nie chciał widzieć tego, co znajduje się wokół.

Nie chciał.

Ludzie co rusz się za nim oglądali. Wyglądał dziwnie w swoim prawie letnim stroju i nastroszonej ciemnej fryzurze pokrytej świeżymi płatkami śniegu. Przyjechał zatłoczonym autobusem MPK i szedł pieszo z oddalonego spory kawałek przystanku, szorując mokrymi butami po śniegu, ale nawet nie przyspieszył kroku. Jakby mu nie zależało, by wreszcie się schronić i ogrzać.

A było przed czym się chować. Padało od rana i mróz nie odpuszczał. Duże, miękkie płatki śniegu wirowały pod wpływem wzmagającego się wiatru. To w żadnym wypadku nie była pogoda na spacer.

Antek przeszedł zaledwie kilka kroków i miał dość. Z coraz większym oporem stawiał kolejne. Nie tylko z powodu niesprzyjającej pogody. Już wiedział, że pakuje się w kłopoty, a przecież wyjechał z Warszawy właśnie po to, by od problemów uciec.

Minął już park, w którym ojciec uczył go jeździć na rowerze, a także ich ulubiony mostek, idealnie nadający się, by w letni dzień rzucać patyki i patrzeć, dokąd poniesie je woda.

Bolało. Nawet nie czuł zimna, choć w przemoczonych butach temperatura sięgała poziomów odpowiednich raczej do hodowli pingwinów niż przechowywania własnych stóp i tylko te sympatyczne zwierzęta mogłyby się czuć usatysfakcjonowane panującym tam chłodem.

Są jednak gorsze rodzaje cierpienia niż to zwykłe, fizyczne. Na przykład tęsknota za kimś, kto był wyjątkowy.

Słyszał nieraz, jak jego znajomi mówili: zdrada to nic takiego. Statystyki podają, że zdradza spory odsetek małżonków, w tym coraz więcej kobiet. Często to dla nich tylko przygoda, chwila zapomnienia, czysto fizyczny akt bez znaczenia.

Ale czasem zdrada oznacza, że jakiś dom zmiecie nawałnica. W jednej chwili i z taką siłą, że latami nie będzie można go odbudować. A ich dom był piękny. Z jasnowłosą, serdeczną mamą i męskim, opiekuńczym ojcem, który bardzo kochał swojego sześcioletniego syna. Troszczył się o niego i spędzał z nim dużo czasu. Był wzorem, autorytetem i całym światem. To mu jednak nie przeszkodziło nagle odrzucić własne dziecko, niczym puste opakowanie po niesmacznym posiłku. Bezwartościowe i niepotrzebne.

Lodowata woda w butach jest niczym wobec tego. A czas nie zawsze przynosi ukojenie czy choćby tylko dystans. W tym przypadku mijające lata zmieniły niewiele. Synek wprawdzie dorósł, zmężniał i dobrze sobie radził, ale tęsknota i poczucie odrzucenia wciąż w nim mocno tkwiły. Czasem nawet na dłużej udawało się o nich zapomnieć, ale bywały chwile, gdy ból pojawiał się znienacka z taką siłą, jakby to wszystko wydarzyło się wczoraj.

Antek zaczerpnął powietrza.

To tylko przeszłość – powtarzał bez końca. – Teraz nie ma już żadnego znaczenia.

Był tak zły na samego siebie z powodu tych niepotrzebnych wspomnień, że aż robiło mu się ciepło mimo nasilającego się z każdą chwilą mrozu. Nie rozumiał, dlaczego dał się namówić na ten szaleńczy pomysł, by to właśnie on pojechał do babci.

– Przy okazji – powiedziała mama. – Skoro i tak będziesz w Krakowie.

To nie miało jednak nic do rzeczy. Przesyłka, którą miał przekazać, z pewnością nie była tego warta. Można ją śmiało wysłać kurierem. Ale mama się uparła, a on nie chciał sprawiać jej przykrości.

Zanim nacisnął dzwonek, przyszło mu do głowy, że przecież nic nie jest jeszcze stracone. Może się odwrócić, wsiąść do autobusu i nadać paczkę z najbliższej poczty. Nikt się nie dowie.

Nie zdążył nawet zrobić kroku.

Drzwi domu – piękne, o smakowicie czekoladowym kolorze – otworzyły się i w prostokącie światła stanęła babcia Kalina. Dobrze ją widział. Wyglądała, jakby czas o niej zapomniał. Jasna sukienka i ciepły sweter miękko ją otulały, kok z warkoczy dodawał godności, ale najważniejszy był ten jedyny na świecie pełen ciepła uśmiech.

Mężczyźni nie płaczą, więc z pewnością to płatek śniegu rozpuścił się właśnie na policzku Antka.

Babcia podbiegła do niego lekko i z wdziękiem, niczym młoda dziewczyna na spotkanie z ukochanym. To było trafne porównanie. Kochali się kiedyś wyjątkową miłością. Ale zawierucha zmiotła także to uczucie.

Nie widział babci od wielu lat. Tyle samo dzieliło go od ostatniego takiego uścisku, jak ten, w którym właśnie tonął. Antkowi przybyło sporo centymetrów wzrostu i objętości ramion, a jednak przez chwilę poczuł się znów pełnym ufności małym chłopcem, który wierzy, że świat jest bezpiecznym miejscem, a rodzice wszechmocnymi istotami zdolnymi rozwiązać każdy problem. To było niezwykłe doznanie i nic nie mogło się równać z niewiarygodną ulgą i bezpieczeństwem podczas kilku sekund, zanim odsunął babcię na długość ramion.

Poznała go od razu. Bez żadnego trudu.

Myślał, że odda jej paczkę i natychmiast odejdzie. Był naiwny, ale trzeba mu wybaczyć. Zapomniał, co to znaczy mieć babcię.

Z serdecznością, jaką pamiętał z dzieciństwa, i dorównującą jej stanowczością babcia przeprowadziła swój zamiar i nie wdając się w żadne dyskusje, zagarnęła go do środka.

***

Dom, w przeciwieństwie do babci, wyraźnie szedł z duchem czasu. Wnętrze było świeżo odmalowane, jasnobrzoskwiniowe ściany przywodziły na myśl słoneczne lato, a na ich tle dobrze się prezentowały nowe, choć utrzymane w klasycznym stylu, meble. Było przytulnie. W kominku płonął ogień, na kanapie i fotelach leżały puchate koce, a w rogach miękkie poduchy. Od samego patrzenia robiło się cieplej.

Babcia Kalina dbała o wystrój tego wyjątkowego miejsca, zamieszkanego przez rodzinę Milewskich od czterech pokoleń. Mogła sobie na to pozwolić. Ojciec zabezpieczył finansowo swoich bliskich. Zostawił polisy dla matki, żony i syna.

Antek nigdy nie skorzystał z tych pieniędzy. Nie chciał mieć z nimi nic do czynienia. Mama czasem podbierała niewielkie kwoty ze swojej puli, kiedy zdarzyła się ważna potrzeba. A babcia korzystała w pełni.

To w symboliczny sposób pokazywało poziom żalu poszczególnych osób. Babcia przebaczyła synowi już dawno, choć i ją bardzo skrzywdził. Mama przestała żywić zapiekły żal kilka lat temu i na pogrzebie położyła dłoń na trumnie na znak pojednania. Tylko Antek nie potrafił znaleźć w sobie siły, ochoty ani sposobu na przebaczenie. Chciał choćby tylko dlatego, że to sprawiłoby mu ulgę i pomogło żyć w spokoju, ale nie dał rady. Zapisał się nawet na specjalną terapię, stosował różne metody, czytał, szukał rozwiązań, modlił się, próbował zapomnieć, nic nie pomogło.

To był jeden z powodów, dla których tyle lat nie odwiedził tego domu. Choć ściany jasnego, przestronnego salonu były świeżo pomalowane, meble nowe, a wnętrze dokładnie posprzątane, wszystko tutaj pachniało ojcem. Przywoływało utracone dzieciństwo. A on nie chciał teraz do tego wracać, denerwować się, dyskutować o przeszłości. Miał bardzo dużo bieżących kłopotów i potrzebował sił, by je rozwiązać.

Ale był tutaj i wspomnienia płynęły same. Usiadł na kremowej kanapie i patrzył, jak wesołe ogniki wznoszą się i opadają wokół kilku kawałków drewna płonących w kominku. Powoli odmarzał. Babcia poszła do kuchni i krzątała się tam, a pobrzękiwanie talerzy, szum wody w czajniku i aromatyczne zapachy niosły nadzieję na smaczny poczęstunek. Antkowi zaburczało w brzuchu. Miał zamiar odmówić, wykręcając się pilnymi terminami, ale kiedy tylko usiadł na miękkiej kanapie, poczuł zmęczenie tak wielkie, że nie był już zdolny do oporu.

Poza tym wbrew logice czuł, że w jakimś sensie dotarł do celu i jego podjęta w kilka minut decyzja, by się przeprowadzić do Krakowa, która mogła sprawiać wrażenie nieprzemyślanej, była najlepszą w tej sytuacji. Musiał znaleźć drogę do korzeni i odpowiedź na dręczące go od lat pytania. Inaczej nie miał szans ruszyć dalej.

Odetchnął i pomasował czerwone od zimna ręce.

Wraz z ciepłem tego pokoju do Antka wróciło zrozumienie swojej sytuacji. Poniósł niewiarygodną klęskę. Stracił wszystko. Pracę, którą tak bardzo lubił, z trudem kupione niewielkie, ale własne mieszkanie, a co gorsza, dobre imię i szacunek do samego siebie. Wczoraj wieczorem wykasował profil zawodowy, a zaraz potem prywatny na portalu społecznościowym. Wstyd mu było teraz z powodu każdego umieszczonego tam zdjęcia. Taki był z siebie dumny. Fachowiec, człowiek kreatywny, doradca, kierownik projektu. Uśmiechnięty, przystojny, otoczony przyjaciółmi. Cenił sobie, że wszystko zawdzięcza własnej pracy, inteligencji, uporowi w dążeniu do celów. Miał się za silnego, mądrego faceta, który nie popełniłby nigdy błędów ojca.

A jednak ostatecznie okazał się taki sam. Naiwny. Okłamała go kobieta, którą odruchowo otoczył opieką. Miła, sympatyczna dziewczyna o szczerym spojrzeniu. Miała kłopoty i chciał jej pomóc, wydawało mu się to naturalne. Potem się zakochał. Wyjątkowo mocno. Kiedy się dowiedział, w jak okropny sposób został oszukany, poczuł na własnej skórze, co to znaczy, że komuś ziemia usuwa się spod stóp. Skuł go mróz, wobec którego temperatury za oknem są niczym.

– Napij się. – Babcia postawiła przed nim ręcznie malowany, jasnobrązowy kubek. Unosił się nad nim aromat goździków, pomarańczy, imbiru i cynamonu – woń słynnej świątecznej herbaty.

Antek zwiedził wiele miejsc, służbowo i prywatnie. Bywał w ładnych restauracjach i skromnych górskich schroniskach. Pił wiele herbat, ale takiej nigdzie nie znalazł. Napój babci był doskonałym połączeniem słodkiego smaku, orzeźwiającej kwaskowej nuty i korzennego zapachu. Temperatura też była idealna, by ogrzać zziębnięte dłonie, ale jednocześnie nie za wysoka. Napił się i mimo wszystko poczuł ulgę. Jego sytuacja nie zmieniła się ani trochę, wciąż był na dnie. Jednak dno z babcią u boku prezentowało się nieco inaczej. Nie był specjalnie sentymentalny i do większości spraw podchodził z chłodną głową, jedzenie też traktował jak fizyczną konieczność, bez upajania się smakiem i zapachem.

Ta herbata jednak była magiczna. Czuł to nawet on, choć w żadną magię nie wierzył.

Popatrzył na babcię. Jeśli myślał, że będą teraz milczeć, zastanawiając się nad dzielącą ich przepaścią czasu, mylił się. Jeśli sądził, że dla babci jest dorosłym człowiekiem z dowodem osobistym w kieszeni, ukończonymi studiami, bogatym CV oraz prestiżem zawodowym, był w błędzie.

– Jak matka mogła cię wypuścić z domu w takich butach?! – To były pierwsze słowa, które usłyszał po tylu latach rozłąki. – A twoja koszula też woła o pomstę do nieba! Fakt, że len stał się modny, popieram. To dobre dla naszego przemysłu i skóry każdego człowieka, ale moja tolerancja wobec krótkich rękawów skończyła się trzy miesiące temu. Co się dzieje? Ubierałeś się po ciemku i na oślep?

– W pewnym sensie tak – zaczął się odruchowo tłumaczyć. – Miałem ważniejsze sprawy na głowie niż ciuchy. Spieszyłem się.

– Zdejmij te mokasyny – poleciła twardo. – Zaraz ci przyniosę coś lepszego. Nie bywa u mnie w domu wielu mężczyzn, więc z odpowiednim obuwiem jest, przyznam szczerze, pewien problem. Ale wymyślimy jakiś sposób. Mam! – zawołała z radością i wróciła do salonu z parą wyraźnie damskich, góralskich kapci obficie obszytych owczą wełną.

– Dziękuję – odparł stanowczo Antek, machając obronnie obiema rękami i mimo całego stresu, roześmiał się. Kapcie były obłędne. – Zdejmę swoje buty – zaproponował szybko kompromis. – Wysuszę i będzie w porządku. Mogę chodzić boso. Tu jest naprawdę ciepło.

Tak zrobił. Położył swoje zniszczone mokasyny z cienkiej skóry pod kaloryferem i wystawił w stronę kominka duże stopy.

– Niech będzie – ustąpiła babcia. Jednak upływające lata miały na nią wpływ. Kiedyś nie zgodziłaby się na chodzenie bez pantofli. Ale czas, gdy Antek był łatwym do okiełznania sześciolatkiem, minął bezpowrotnie.

– Przywiozłem ci paczkę od mamy – powiedział rzeczowo. – Są tam zdjęcia. Wiele razy miała ci je odesłać, ale jakoś się nie składało. Nie wiem, dlaczego właśnie teraz się tak uparła, ale kiedy usłyszała, że jadę do Krakowa, wymogła na mnie obietnicę, że je przekażę do rąk własnych. Proszę. – Podał jej niewielkie pudełko.

Zaraz potem się odwrócił. Nie chciał być niegrzeczny. To było instynktowne zachowanie na wszelki wypadek, gdyby babcia chciała w jego obecności zajrzeć do środka. Ale ona odłożyła przesyłkę na stół.

Stanęła na chwilę i spojrzała mu w oczy. Poczuł straszne wyrzuty sumienia. Że przyjechał dopiero teraz. Cokolwiek stało się między rodzicami, miał do siebie żal, że pozwolił, by do tego stopnia zaważyło na jego relacji z babcią. Nie powinien słuchać tylko matki, lecz sprawdzić, co ma na ten temat do powiedzenia także druga strona.

Podszedł do babci i przytulił ją niezgrabnie. Najpierw nieśmiało, potem mocniej.

– Przepraszam – powiedział. – Dawno powinienem był cię odwiedzić. Nie mogę uwierzyć, że naprawdę minęło tyle lat.

– Nie gniewam się – odparła. – Każdy z nas ma sobie coś do zarzucenia. Ja też nieraz niepotrzebnie się odezwałam, wtrąciłam. Próbowałam ratować rodzinę, jakoś to wszystko scalić, ale było z tego powodu tylko gorzej. Twoja mama słusznie ma do mnie żal.

– Już chyba nie – zaprzeczył. – Może dlatego mnie tutaj wysłała.

– Bez względu na powody jestem jej bardzo wdzięczna. Tęskniłam za tobą. Nie było dnia, żebym o tobie nie myślała. – Otarła zwilgotniałe nagle oczy. – Ale dość o tym. Szkoda psuć dobre chwile starymi pretensjami. Chodźmy do kuchni – zaproponowała. – Przygotuję kolację. Mam pyszną pieczeń i dobry domowy chleb. Wprawdzie to na jutro, ale człowieka z drogi zawsze trzeba poczęstować. Ciebie piątkowy post nie dotyczy.

– Upiekłaś to wszystko dla siebie? – zdziwił się, że mieszka sama, a dysponuje takimi zapasami.

– Nie. – Pokręciła głową i poprawiła fałdy pomarańczowej sukienki. W tym kolorze tylko jej mogło być do twarzy. Był szaleńczy, a jednak babcia Kalina prezentowała się w nim dobrze i godnie. – Pieczeń jest dla sąsiadki – wyjaśniła. – Magda znowu nie zdąży zrobić zakupów. Pracuje do późna. Czasem jej pomagam.

– Czy to jakaś twoja koleżanka? – zapytał, zaglądając ciekawie do garnka. Pieczeń z jasnobrązową chrupiącą skórką w otoczeniu kolorowych warzyw nie tylko wspaniale pachniała, lecz także świetnie się prezentowała. Był pewien, że i smak ma doskonały.

– Nie pamiętasz Magdy Łaniewskiej? – zapytała babcia, spoglądając na niego z równym głodem w oczach, jak ten, który on kierował w stronę jedzenia. Tak bardzo tęskniła za widokiem tego chłopaka. Tyle lat czekała, żeby znów móc go ugościć i nakarmić.

– A powinienem? – Z trudem oderwał wzrok od zawartości garnka.

– To młodsza siostra Michała i Bartka – wyjaśniła z ciepłym uśmiechem i wyciągnęła talerz z szafki.

– Ach, to dziecko – przypomniał sobie Antek.

– Już kobieta. – Babcia się uśmiechnęła. – Młodsza od ciebie tylko o dwa lata. Kiedyś była to prawdziwa przepaść. Wiecznie za wami biegała, ale nigdy nie mogła nadążyć. Dziś niejeden z was miałby kłopot, żeby ją dogonić. Wyrosła na świetną dziewczynę.

To go nie ciekawiło. Gdyby porównać wszelkie tematy tego świata, z fenomenologią języka włącznie, nikt nie znalazłby takiego, który interesowałby go mniej niż świetne dziewczyny. Jakiekolwiek dziewczyny.

– Mógłbyś odwiedzić przy okazji dawnych kolegów. – Babcia Kalina nie porzuciła swojego tematu tak łatwo.

– Nie zdążę – powiedział. – Mam mało czasu. Wpadłem tylko na chwilę. Poza tym pewnie mnie już nawet nie pamiętają. To było tak dawno.

– Ależ skąd. Michał często o ciebie pyta. Trochę się nimi opiekowałam po śmierci ich rodziców.

Antek poprawił rozpinający się zawsze w nieodpowiednim momencie guzik koszuli i zaczerpnął powietrza.

– Bardzo mi przykro – powiedział. – Nie miałem pojęcia, że zostali sami. Dawno?

– Wiele lat temu, i na dodatek w Wigilię. – Babcia przerwała nakrywanie do stołu i spojrzała wnukowi w oczy. Takie same, brązowe, jak u Arkadiusza, jej jedynego syna. – Był wypadek samochodowy – powiedziała drżącym głosem. Wciąż nie umiała o tym spokojnie opowiadać. – Dzieci czekały pod choinką na rodziców, ale oni nigdy już nie wrócili. Od tej pory zawsze na święta wszyscy troje wyjeżdżają za granicę. Magda mówi, że od samego zapachu świerku kręci jej się w głowie.

– Szczerze współczuję – westchnął ciężko. Dobrze wiedział, co to znaczy stracić bliską osobę.

Babcia patrzyła na niego czujnie, jakby czekała jeszcze na jakąś reakcję, ale nic więcej nie powiedziała.

– Dziękuję za poczęstunek. – Antek usiadł przy stole i spojrzał na spory kawałek pieczeni, który hojną ręką nałożyła mu babcia. – Chętnie zjem, ale zaraz potem muszę uciekać. Zostało mi dużo do zrobienia.

– Dobrze. – Babcia znów potulnie się zgodziła.

Nie taką ją pamiętał. Kiedyś trzymała krótką ręką zarówno jego, jak i trójkę dzieci sąsiadów, a wobec jej stanowczości nawet dorośli zachowywali respekt.

Nie zdołał jednak znaleźć przyczyny tej zmiany. Może był to tylko upływ czasu? Zajął się jedzeniem. Z przyjemnością zatopił zęby w pieczeni wołowej. Miała w sobie cechy ideału. Soczystą miękkość otoczoną chrupiącą skórką i doskonałe połączenie przypraw.

– Babciu, gotujesz najlepiej na świecie – powiedział zupełnie szczerze.

– Dziękuję – westchnęła. – Bardzo mi brakowało takich słów. Czekałam cierpliwie i los mnie wynagrodził.

Antek włożył do ust kolejny kawałek pieczeni, żeby uniknąć skomentowania wypowiedzi babci. Nie był zbyt dobry w głębokich podsumowaniach ani w układaniu ciepłych słów pociechy. Nadal czuł też wyrzuty sumienia. Bez względu na stanowisko mamy w tej sprawie, już dawno powinien był odwiedzić babcię Kalinę. Po śmierci syna została przecież zupełnie sama. Ale kojarzyła mu się z ojcem. Stała po jego stronie i z tego powodu wytworzyła się między nią a synową i wnukiem ogromna przepaść. Antek nie zdołał jej przeskoczyć.

– Pokój jest przygotowany – powiedziała babcia, kiedy zauważyła, że talerz staje się pusty. – Prześpij się spokojnie, a jutro pojedziesz dalej. Dzisiaj i tak niczego nie załatwisz. Wszystko o tej porze już zamknięte.

– Da się bez tego. – Wskazał na swój smartfon. Jedyne, co mu pozostało po dobrej przeszłości.

– Tym lepiej. – Uśmiechnęła się. – W tym domu Internet hula jak dziadek na naszym weselu, więc możesz korzystać do woli. Nawet dzieci sąsiadów czasem mi się wkradają do ogrodu i próbują złamać hasło, bo u mnie zawsze limit niewykorzystany.

– Założę ci takie blokady, że im się nie uda – zaproponował.

– Daj spokój. Na ważne sprawy mam stałe łącze. Niech się dzieciaki cieszą.

– Nie wiedziałem, że masz teraz takie liberalne poglądy na tematy wychowawcze. – Pokręcił głową. – Mnie ograniczałaś nawet telewizję.

– Im też. Postraszyłam, że mam podgląd i tego, kto będzie tracił czas na głupoty, wyrzucę.

Roześmiał się. Babcia Kalina zawsze taka była. Chciała wychować cały świat. Każdego zmienić na lepsze. Nieraz się zastanawiał, dlaczego miała tylko jedno dziecko. Miała także pokłady instynktu macierzyńskiego, że mogłaby obdzielić nim pół miasta. Ale nie zapytał o to. To sprawa zbyt osobista, a oni stąpali po kruchym lodzie. Tak naprawdę przecież wcale się nie znali. Czymże był kontakt z tamtym sześciolatkiem wobec czasu, jaki upłynął od ich ostatniego spotkania?

Jednak Antek czuł się swobodnie. Jak w domu. I stwierdził, że to właściwie dobry pomysł, żeby przenocować. Od czegoś musiał w Krakowie zacząć. Nie miał tutaj żadnych znajomych. Zaplanował dzień, kierując się starymi służbowymi przyzwyczajeniami. Przyjazd do nowego miasta, logowanie na odpowiednim portalu, znalezienie noclegu, szybka rezerwacja, taksówka, kolacja w restauracji, wieczorna praca, prysznic, książka, sen.

To wszystko wymagało pieniędzy. A on już ich nie miał. Delegacja też mu się nie należała. W jego portfelu została niewielka kwota, wobec której stanowczo powinien zachować daleko idącą ostrożność. Musiała wystarczyć, by zacząć od nowa. Kto wie, na jak długo. Spędzenie pierwszej nocy tutaj było niezłym rozwiązaniem. Mógł się spokojnie zastanowić i przygotować. Przyjechał ze stolicy pod wpływem impulsu, kompletnie nieprzygotowany i prosto z mieszkania kolegi, u którego zostawił swoje rzeczy w pudłach. Własne wymarzone M2 musiał sprzedać w trybie pilnym. Nawet nie próbował szukać właściwych ubrań, nie pamiętał, gdzie co spakował. Był w szoku.

Jego bagaż charakteryzował się dużą przypadkowością. Ale dobrze, że miał chociaż to. Trochę kosmetyków, telefon i laptop. Jakaś bielizna na zmianę i dwa podkoszulki. Z mniejszymi zasobami ludzie zaczynali swoją drogę i kończyli ją dobrze. On też nie zamierzał się poddawać.

Propozycja przenocowania właściwie spadła mu z nieba. Mógł się w spokoju zastanowić nad kolejnym krokiem.

Ale nie przewidział jednego.

Że babcia przygotuje mu łóżko w tamtym pokoju.

ROZDZIAŁ 2

Bożonarodzeniowa gorączka jest równie groźną chorobą, jak ta, która opanowywała kiedyś poszukiwaczy złota. Skutkuje takim samym oszołomieniem, niezdolnością do podejmowania racjonalnych decyzji i stadnym pędem nie wiadomo właściwie za czym.

Widać to było szczególnie w bankach.

Zbliżała się pora zamknięcia, a klientów wcale nie ubywało. Nie pomagał komunikat płynący z głośników. Kolejne osoby wchodziły i zajmowały miejsce na końcu długiej kolejki. Większość przyszła po pieniądze. Pół biedy, jeśli po własne. Ale najczęściej ludzie pragnęli cudzych, krótko mówiąc, kredytów. Podkręcali własną zdolność finansową, poddawali zarobki zabiegom upiększającym niczym modelki swoje zdjęcia tuż przed publikacją. Udawali, że mniej wydają, a więcej zarabiają, byle tylko dostać pieczątkę na firmowym dokumencie i móc wydawać jeszcze więcej. A przecież gdyby mówili prawdę o swojej świetnej sytuacji finansowej, nie musieliby stać w ten zimowy wieczór w długiej kolejce, by prosić kogoś o wsparcie. Mieliby oszczędności, by zorganizować święta, lub dość rozsądku, by nie pragnąć życia ponad stan.

Magda czasem bardzo nie lubiła swojej pracy. Dzisiaj był właśnie taki dzień. Ostatni przed urlopem, więc zmęczenie i oczekiwanie na koniec dyżuru dawały o sobie znać. Ale też sprawy, które przyszło jej dzisiaj załatwiać, były wyjątkowo trudne. Zwłaszcza ta ostatnia. Magda sprawdzała właśnie dane czterdziestolatka, który sprawiał wrażenie tak znużonego życiem, jakby miał za sobą co najmniej kilka dziesięcioleci więcej. Wmawiał jej, że nie ma żadnego innego zadłużenia prócz kredytu hipotecznego, ale system międzybankowy wyraźnie pokazywał kilka zakupionych na raty sprzętów, niespłacanych w terminie zaległości za letnie wakacje, jak również debet na koncie i trzy wykorzystane do dna karty kredytowe. Co miała mu powiedzieć?

Ty naiwny kłamco! Myślisz, że dzisiaj jakakolwiek informacja o tobie jest twoją własnością? Bank może sprawdzić wszystko. Na co i w jakim tempie wydałeś ostatnią wypłatę. Ile za tobą błędnych decyzji. A nawet na podstawie historii konta oszacować twoje szanse na zdrowie i szczęście w małżeństwie. Na dodatek z bardzo dużą szansą na prawidłowy wynik.

W dobie płatności elektronicznych system zbierał niewiarygodną ilość informacji o kliencie. Jeśli ktoś był fachowcem i miał odpowiednie narzędzia, mógł się dzięki nim dowiedzieć o wiele więcej, niż właściciele kont chcieliby zdradzić.

Tego mężczyznę Magda oceniała słabo. Kłamał, a to oznaczało, że jest zdesperowany. Nie wiedziała, kto czeka na niego w domu. Żona stawiająca mu nierealne wymagania finansowe czy dzieci, dla których Boże Narodzenie było uroczystością ku czci świętego smartfonu i nie wyobrażały sobie Wigilii bez nowego modelu?

Magda nie sądziła, by ten zmęczony mężczyzna szukał dodatkowych pieniędzy na własne świąteczne marzenia. Zrobiło jej się go żal. Ale nie dała tego po sobie poznać. Czuła na bladym policzku, pozbawionym już choćby najmniejszych śladów zeszłorocznej opalenizny, surowy wzrok szefowej. Musiała się zachowywać profesjonalnie. Wszyscy byli już zmęczeni długim dniem niekończących się kolejek. Jednak uśmiech na ich twarzach miał pozostawać promienny niczym w letni poranek, kiedy człowieka czeka błogie lenistwo i leżak nad brzegiem morza.

Magda poprawiła jasnobrązową grzywkę i się wyprostowała. Szefowa jej nie lubiła, więc musiała bardzo uważać. Ale zaraz humor jej się poprawił. Konstanty, kierownik działu kredytowego, też wyraźnie patrzył w jej stronę. Z ciepłem i podziwem w oczach.

Pal sześć wszystko inne. Tak naprawdę tylko to się liczyło.

Zmarnowany czterdziestolatek nie załapał się na świąteczną promocję kredytową i pełen rezygnacji opuścił ramiona, po czym zgarbiony wyszedł z banku. Magda posłała mu dobrą myśl, jednak nie miała pewności, czy to mu w czymkolwiek pomoże.

Komunikat o zamknięciu oddziału kolejny raz wybrzmiał z głośników i powoli dało się zauważyć pewną zmianę. Niektórzy klienci wyszli natychmiast, a innych trzeba było nakłonić delikatną perswazją do złożenia wizyty w następnym terminie. Tak czy inaczej, oddział stawał się pusty. Pracownicy zaczęli zamykać swoje stanowiska.

Magda podniosła głowę i złapała kolejny uśmiech Konstantego. Nie wiedziała, co o tym sądzić. Spotykali się już od wielu tygodni, ale na razie nic konkretnego z tego nie wynikało. Od czasu do czasu Konstanty zapraszał ją na kolację czy do kina. Chodzili do baru na przerwę, świetnie się razem bawili, a także prowadzili długie rozmowy przez telefon i na czacie. Od początku zastanawiała się, do czego to wszystko zmierza. Czy dopisywać tej historii jakiś głębszy sens? Poszukiwać objawów wzajemności wobec uczucia, które ją od pierwszej chwili porwało bez reszty, a pogłębiało się z każdą wspólnie spędzoną chwilą? Głowiła się, czy warto być pierwszą, która zada pytanie wprost.

Bała się, że zostanie odrzucona i niepotrzebnie się skompromituje. Konstanty spotykał się na lanczu nie tylko z nią. Cieszył się dużym powodzeniem wśród kobiet i najwyraźniej odpowiadała mu taka sytuacja. Wobec każdej koleżanki w dziale był wyjątkowo miły. W jego przypadku łatwo było pomylić czarującą uprzejmość z uczuciowym zaangażowaniem.

Ostatnio często wspominał, że znalazł się w takim punkcie życia, że najbardziej chciałby stabilizacji. To sprawiło, że emocje, jakie buzowały wokół niego, zyskały jeszcze wyższą temperaturę. Niejedna koleżanka marzyła, by stworzyć razem z nim prawdziwy dom.

Ciężkie spojrzenie szefowej było znakiem, że może jednak to właśnie Magdzie w tej sprawie się poszczęści. Zazdrość wpływowej rywalki była wręcz namacalna. Coś było na rzeczy. Uśmiechy Konstantego to nie tylko zwykła uprzejmość. Zwierzchniczka wyczuwała zagrożenie dla własnych planów. Luiza Jarząbek też pozostawała pod ewidentnym wpływem szefa działu kredytów, a on żartował z nią równie często i lekko.

Ale Magdzie trudno było uwierzyć, że ten wyjątkowy mężczyzna wybrał zwykłą, szarą konsultantkę zamiast wpływowej, eleganckiej i zadbanej szefowej. Luiza była niewiarygodnie atrakcyjną kobietą. Ponoć na Instagramie każdy podkręca swój wizerunek i poprawia zdjęcia. Ona nie musiała. Była chodzącym instagramowym marzeniem tysięcy kobiet. W jakiejkolwiek pozie by stanęła, jej brzuch zawsze był płaski, włosy proste, a makijaż bez zarzutu. Piękny uśmiech ukazywał garnitur bielutkich zębów.

Mogła mieć wielu mężczyzn, lecz upatrzyła sobie Konstantego. Nie bez powodu. Pracował wprawdzie w banku, ale pochodził z zamożnej rodziny i wiadomo było, że za kilka lat przejmie firmę ojca. Na razie poznawał życie z każdej strony i sam się utrzymywał, to było jednak coś zupełnie innego niż w przypadku większości ludzi. Po ośmiu godzinach pracy Konstanty wracał do luksusowego domu, a mama podawała mu elegancką kolację na drogiej porcelanie.

Magda zakochała się w nim z innego powodu. Nie liczył się dla niej stan konta jego ojca. Lubiła go, bo był świetnym facetem. Dowcipnym, pracowitym, serdecznym, który z każdego szarego dnia umiał zrobić święto. Nie za pomocą karty kredytowej, lecz swojej osobowości.

Powiedzieć, że go lubiła, to było zdecydowanie za mało. Tak naprawdę kompletnie straciła dla niego głowę. Był niczym nieustannie iskrzące się źródło szczęścia i radości. Jak chodząca latarnia o niewyczerpanej mocy. Nigdy wcześniej kogoś takiego nie spotkała. W jej domu od lat panowała szarość i stonowane emocje. Uśmiechali się czasem, ale delikatnie. Nawet żartowali. Ale nikt nie śmiał się w głos i normą była raczej powaga. W pokojach królowała cisza. Strach było ją burzyć, by nie wywołać śpiących w każdym kącie wspomnień. Zazwyczaj dziecko wcześniej czy później uczy się, że gorącego żelazka nie warto dotykać. To boli. Oni też zrozumieli już dawno, że nie należy nawet zbliżać się do niektórych tematów.

W tym celu co roku starannie omijali świętowanie Bożego Narodzenia, choć wobec natłoku reklam wcale nie było to takie łatwe. Ale mieli sporą wprawę. Stworzyli całkiem sprawny system. Wystarczyło nie oglądać telewizji, tylko korzystać z serwisów filmowych, a od wystaw sklepowych zwyczajnie odwracać wzrok. W fazie szczytowej, to znaczy dwa dni przed Wigilią, zazwyczaj byli już daleko na ciepłych wyspach, by odciąć się całkowicie od tego, co dzieje się w przywiązanym do tradycji kraju. Nie było to może idealne rozwiązanie, ale w ich sytuacji i tak najlepsze. W tym roku również tak właśnie zamierzali postąpić.

– Cześć. – Konstanty podszedł tak cicho, że całkiem ją zaskoczył. Od razu się uśmiechnęła. Ten chłopak miał w sobie jakiś naturalny wyzwalacz radości. – Zmęczona?

– O, tak – przyznała. – Wyjątkowo ciężki dzień. Mam wrażenie, że dzisiejsze osiem godzin trwało o wiele dłużej.

– Zgadzam się. Powinni nam płacić podwójnie za takie dniówki, ale tego wniosku jako przyszły pracodawca nie złożę. – Uśmiechnął się.

– Może ja to zrobię? – Magda przyłożyła kartę do czytnika i z przyjemnością weszła na zaplecze. Było to wprawdzie zwykłe, ciasne pomieszczenie z szafkami i niewielkim aneksem kuchennym, ale kojarzyło się z przerwą lub końcem pracy.

– Znajdziesz czas, by wypić ze mną dobrą herbatę albo lampkę wina? – Konstanty podszedł do niej bliżej niż zwykle. Do tej pory mieli za sobą tylko kilka pocałunków, które właściwie można było uznać za przyjacielskie, parę chwil przytulania i trzymanie się za rękę. Nic więcej. Dlatego Magdzie tak trudno było określić tę relację.

– Chciałbym ci coś ważnego powiedzieć. Wyjdziesz ze mną dzisiaj wieczorem na miasto? – Konstanty przysunął się jeszcze bliżej. Oparł się jedną dłonią o ścianę, przy której stała właśnie Magda. Pochylił się w jej stronę, tworząc naturalną osłonę. To było bardzo przyjemne. Jego ramiona zamykały przestrzeń wokół i można było poczuć się pewnie i bezpiecznie. Dla Magdy były to zdecydowanie priorytetowe wartości. Lubiła czasem czuć się małą kobietką.

Na zapleczu zapanowało dziwne milczenie, chyba wszyscy czekali na odpowiedź. Nikt nie odważył się spojrzeć w stronę szefowej. Luiza Jarząbek zastygła, jakby w jej żyłach płynęło dotąd rozpalone żelazo, które nagle pod wpływem tego pytania stężało i unieruchomiło ją na kilka długich sekund.

– Bardzo chętnie – odpowiedziała Magda, nie do końca wierząc, że cała ta sytuacja ma miejsce naprawdę. Zebrani wokół pracownicy ubierali się i udawali, że wcale nie podsłuchują.

Konstanty szybko oderwał się od ściany, włożył swoją markową kurtkę wartą średnią krajową pensję i starannie zawiązał szalik. Magda ubierała się dłużej. Lekko drżącymi palcami zapinała suwak i układała fałdy ciepłej chusty. Zastanawiała się przez chwilę nad włożeniem czapki. Rozsądek za tym przemawiał, za oknami mróz bił kolejne rekordy i padał śnieg. Uznała jednak, że względy urody są ważniejsze. Rozpuściła dyskretnie włosy, wcisnęła czapkę w kieszeń i podała rękę Konstantemu.

Właśnie spełniał się na jawie piękny sen. Czuła, że jest to pierwszy krok do życia pełnego miłości, o którym marzy tak wiele osób. Magda cieszyła się nie tylko ze względu na siebie. Nie ona jedna trwała w zawieszeniu niczym uśpiona dziewczyna z bajki. Nieruchome i zamrożone pozostawało też życie jej braci. Funkcjonowali. Michał punktualnie wychodził co dzień rano z domu, żeby z zaangażowaniem wspinać się po szczeblach korporacyjnej kariery. Młodszy Bartek wciąż szukał swojego miejsca w życiu. Wieczny chłopczyk, którego dorastanie zatrzymało się w pamiętną Wigilię, sprawiał wrażenie, jakby emocjonalnie wciąż tkwił w tamtym punkcie.

Żaden z nich nigdy nie związał się z dziewczyną na stałe. Nawet w przyjaźniach pilnowali, by nie przekroczyć pewnej granicy. Najbardziej na świecie bali się stracić kogoś bliskiego.

Magda chciała dać im namacalny przykład, że zmiana jest możliwa. Pokazać, że miłość potrafi być piękna i bezpieczna. Odczarować zło, które kiedyś się wydarzyło. Zacząć wreszcie nowy rozdział. Konstanty był dla niej darem niebios. Nie ze względu na swoją pozycję społeczną, ale energię życiową, optymizm i dobre emocje płynące z każdego jego słowa. Magda wychodziła z biura i czuła, jak wyrastają jej skrzydła. Była pewna, że kurtka na plecach podnosi się w odpowiednich miejscach. Poziom endorfin przekraczał wszystkie znane normy.

Nie widziała miny swojej szefowej. Ani tego, że zaraz po ich wyjściu wzięła do ręki telefon i wybrała numer ojca Konstantego. W oczach miała determinację osoby gotowej na wszystko.