Wydawca: Edipresse Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 330 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Światło o poranku - Krystyna Mirek

Piękna i głęboka historia, która sprawi, że na nowo się zakochasz  

W willi pod kasztanem pachnie drożdżowym ciastem, mrugają woskowe świece. Kalina wstaje o poranku, by ugościć wszystkich, których kocha. Ma pełne ręce roboty, bo życie nie rozpieszcza jej bliskich. Magda musi wrócić do pracy, gdzie będzie spotykać swojego dawnego ukochanego z jego nową narzeczoną, a jej szefową. Antek poszuka nowego zajęcia. Bianka wróci do Warszawy, do swojego dawnego życia. Michał i Bartek znajdą się nagle po przeciwnych stronach barykady, a Dorota postanowi wreszcie zawalczyć o siebie w małżeństwie.

Czy im się uda? Czy znajdą swoje miejsce w tej przedziwnej kombinacji uczuć i emocji ? A może szczęście znajduje się gdzie indziej ?

Opinie o ebooku Światło o poranku - Krystyna Mirek

Fragment ebooka Światło o poranku - Krystyna Mirek

Copyright for Polish Edition © 2018 Edipresse Polska SA

Copyright for text © 2018 Krystyna Mirek

Edipresse Polska SA, ul. Wiejska 19, 00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73)

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Katarzyna Wojtas

Korekta: Ewa Mościcka

Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Zdjęcie na okładce: freya-photographer/Shutterstock

Skład: Perpetuum

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

e-mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN: 978-83-8117-307-0

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

ROZDZIAŁ 1

Każda nieszczęśliwa miłość jest inna. A jednak ludzie, którzy doświadczyli tego uczucia, dobrze się nawzajem rozumieją. Opowieści są różne, ale ból ten sam.

Wszyscy wokół mówią, że dobrze się stało, należy się cieszyć, że teraz, a nie po ślubie, on nie był ciebie wart, znajdzie się lepszy. Człowiek w zasadzie się z tym zgadza. Ale jego serce cierpi. Na nic się zdają wszystkie rozsądne, nawet słuszne argumenty.

Każdego dnia wracają wspomnienia najlepszych chwil. Tych, kiedy było dobrze. Czułości, uśmiechów, śmiało snutych planów. Całe ciało rwie się do powrotu. Mimo wszystko. Nawet jeśli doskonale pamięta się wyrządzoną krzywdę. Rozum podąża jedną drogą, a serce ciągnie w przeciwnym kierunku.

Magda Łaniewska codziennie rano, albo wieczorem tuż przed zaśnięciem, miała takie momenty, kiedy czuła, że jest gotowa wszystko zapomnieć, przebaczyć, puścić w niepamięć i dać Konstantemu, swojemu wiarołomnemu narzeczonemu, jeszcze jedną szansę.

Owszem, zostawił ją w wyjątkowo niedelikatny sposób. W wigilijny wieczór i pod choinką. Zawiódł, mimo że była gotowa dla niego tak wiele poświęcić. Ale choć wciąż sobie o tym przypominała i czuła z tego powodu prawdziwą wściekłość, to jednak równie często dopadała ją niemożliwa do ugaszenia tęsknota.

Nikomu się nie przyznawała do tych pragnień. Przede wszystkim obu braciom, z którymi wspólnie mieszkała po śmierci rodziców. Michał i Bartek przeżywali mocno wszystkie jej związki, a zwłaszcza każde rozstanie. Od początku nie ufali Konstantemu i, jak się szybko okazało, mieli rację. To nie był po prostu zwykły nieodpowiedzialny mężczyzna, lecz drań w pełni zasługujący na to surowe określenie.

Włożyła ostatni talerz do zmywarki i z ulgą włączyła urządzenie. Nie przepadała za kuchennymi zajęciami. Nigdy nie nauczyła się gotować. Mylił jej się rozmaryn z tymiankiem, a z ziół na sklepowej półce rozpoznawała tylko bazylię. Nie udało jej się upiec nawet prostego sernika, a w kwestiach obiadowych dziełem jej życia był makaron w sosie pomidorowym. Bardzo dobry, choć z puszki. Poza tym umiała nastawić wodę na herbatę.

Ale zawzięła się. Chciała się nauczyć. Dla Konstantego i jego miłującej tradycję rodziny.

Spojrzała na stół w jadalni. Nie było już na nim śladu po wspaniałej kolacji wigilijnej, którą przygotowała z pomocą ludzką, boską, internetową i sąsiedzką. Zrobiła to dla ukochanego mężczyzny, żeby mógł przyprowadzić swoich rodziców i być dumny. Kierowała nią miłość.

Włożyła najlepszą sukienkę, tuszującą niewielkie fałdki w talii, i cienkie rajstopy, w których było jej cały czas zimno, ale za to pięknie się prezentowały. Uczesała niesforne włosy. Ale czy mogła w tym wszystkim konkurować ze swoją perfekcyjną, zamożną, doskonałą szefową?

Nie mogła.

Przełknęła niechcianą łzę.

Wróciło wspomnienie zimnego barszczu, w kółko podgrzewanej ryby, która ostatecznie całkiem się rozpadła, oraz tego okropnego momentu, kiedy dostała krótkiego esemesa i okazało się, że Konstanty wybrał taki tchórzliwy, słaby, nędzny sposób, by ją poinformować, że jednak nie przyjedzie.

Zostawić dziewczynę bez słowa wyjaśnienia w wieczór wigilijny, kiedy czekała na niego przy obficie i starannie zastawionym stole, to sposób na zerwanie plasujący się wysoko na liście najgorszych metod.

Magda miała świadomość wszystkich okropnych cech tego mężczyzny, ale i tak, kiedy była sama w pokoju, zwijała się w kłębek na kanapie, przymykała oczy, a pod powiekami natychmiast widziała tamten ciepły uśmiech, który ją tak pociągał. Pełen radości życia, energii, miłości. Bardzo za nim tęskniła.

Czuła na plecach dotyk dłoni Konstantego. Kiedy dobrze zacisnęła powieki, to wyobrażenie było tak realne, że robiło jej się ciepło, jakby naprawdę ją przytulał. Ale zawsze nadchodził moment, gdy trzeba było otworzyć oczy. Szarość wokół biła wtedy ze zdwojoną siłą.

Magda położyła na stoliczku obok łóżka piękny pierścionek od Konstantego. Nie chciała go już nosić, ale zerkała na niego codziennie po obudzeniu. Był symbolem najpiękniejszego dnia w jej życiu, kiedy wydawało się, że wszystko wreszcie się ułożyło. Po wielu trudnych latach nastał czas na szczęście. Wszystkie elementy układanki doskonale do siebie pasowały. Konstanty miał to, czego Magda najbardziej pragnęła: pogodę ducha, optymizm, życiową energię, i żywił wobec niej prawdziwe, szczere uczucie.

Tylko że wszystko okazało się fikcją.

Zmywarka szumiała cicho i Magda próbowała się uspokoić, wsłuchując się w ten miarowy odgłos. Za oknem kołysały się pozbawione liści gałęzie drzew. Wszyscy tęsknili już za zielenią i ciepłem. Próbowała sobie wyobrazić wiosenny dzień. Siebie budującą życie na nowo, nawet jeśli nie szczęśliwą, to chociaż pogodną.

Mimo że Konstanty tak mocno ją zawiódł.

A może to ona po prostu nie okazała się dla niego dość dobra?

Zabolało. Dochodziła do tej konkluzji za każdym razem, gdy o tym myślała, czyli bardzo często. Ten wniosek nasuwał jej się z regularnością bijącego serca i sto razy na dzień rozgniatał na miazgę resztki jej dobrego zdania o sobie samej i wątłej pewności siebie.

Uznała, że nie sprawdziła się jako kobieta.

Łza spłynęła szybko po policzku i wsiąkła w szalik, którym Magda szczelnie się otulała przed wyjściem z domu. Włożyła jeszcze kurtkę, zapięła starannie i wyszła. Nie było sensu dłużej się ociągać, spóźnienie mogło oznaczać tylko kolejne kłopoty. Droga do pracy wiele ją kosztowała. Musiała mocno się skupić, by przecisnąć się przez uliczne korki i zatłoczone ronda. Odetchnęła z ulgą, kiedy zaparkowała w garażu podziemnym krakowskiej galerii handlowej, bo jazda samochodem ze wzrokiem zamglonym łzami to nie jest bezpieczne zajęcie. Wyłączyła silnik i jeszcze chwilę siedziała w samochodzie. Drżała z emocji i chłodu.

Wciąż było zimno. Styczeń to jeden z trudniejszych miesięcy w roku. Świąt już nie ma w perspektywie i pełne napięcia oczekiwanie dawno się zakończyło. Emocje opadły, po makowcu oraz pierniczkach nie zostały już nawet okruchy, za to chłodne dni ciągną się w nieskończoność wraz z rachunkami do zapłacenia, odśnieżaniem, a także codziennym skrobaniem szyby samochodu.

Może, kiedy ktoś jest szczęśliwy, łatwiej mu dostrzec w tej szarej rzeczywistości ukryte piękno? Zapewne ono gdzieś tam jest, ale Magda nie miała pojęcia gdzie. Na krótką chwilę doświadczyła tego uczucia ciepła i jasności, jakie w życie wnosi miłość, ale szybko ją z tej pięknej krainy wykopano jednym mocnym uderzeniem i znów znalazła się w strefie zimnej i pełnej sprzecznych pragnień.

A być może dzisiaj sytuacja się jeszcze bardziej skomplikuje.

ROZDZIAŁ 2

Żaden poranek, nawet najbardziej szary, nie miał szans w starciu z babcią Kaliną. Kiedy tylko wstała o świcie, odsunęła jednym mocnym szarpnięciem zasłonę i zobaczyła za oknem bury świat, z jakąś nędzną prześwitującą błotem powłoką śniegu, zimnym wiatrem i nagimi, pozbawionymi liści gałęziami, wypowiedziała tylko jedno słowo:

– Spadaj!

Świat za oknem wprawdzie wcale się tym nie przejął, wciąż panowała w najlepsze zimowa pogoda, ale do domu szare kolory, chłód i ponury nastrój nie miały wstępu. Kalina zaczęła od tego, że wymiotła popiół z kominka i rozpaliła nowy ogień. Kaloryfery mają swoje zalety i są bardzo praktyczne, ale kiedy człowiek po przebudzeniu może wypić poranne kakao przy blasku prawdziwego ognia, dzień zaczyna się dla niego zupełnie inaczej. Takie ciepło ogrzewa nie tylko ciało, lecz także duszę. Zaraz potem z tego samego powodu zapaliła woskowe świece. Na parapecie, stole i szafce.

Wróciła szybko do łazienki, umyła się i zaczęła kopać w przepastnej szafie. Włożyła czerwoną sukienkę z szerokim dołem, zupełnie nieodpowiednią do domowych czynności, jakby powiedziała jej mama. Ale Kalina była w tym wieku, kiedy człowiek nie przejmuje się już zdaniem innych. Bardziej ceni sobie życie i jego drobne przyjemności.

Weszła do kuchni i zaczęła się po niej szybko krzątać. Zaparzyła kakao i przygotowała kromki chleba na grzanki. Włączyła małe lampki, dające ciepłe światło, i dolała kwiatom wody. Rozejrzała się wokół i po chwili przyniosła jeszcze świeży obrus na stół w kolorze soczystej pomarańczy. Wypatrzyła go ostatnio na targu, kosztował grosze, a był naprawdę piękny.

– Nie masz szans – wyszeptała jeszcze w stronę szarości za oknem i z ulgą usiadła. Mogła teraz spokojnie i w dobrym nastroju wypić kakao i czekać na wnuki. Bianka była rannym ptaszkiem, za to Antek lubił pospać. Czasem budzili się nawzajem i długo rozmawiali, siedząc na łóżku w piżamach. Nigdy nie umiała przewidzieć, kiedy zejdą na śniadanie. Zupełnie jej to jednak nie przeszkadzało.

Spokojna otwartość na to, co przyniesie kolejny dzień, bez zbytniego planowania, a przede wszystkim perfekcyjnej napinki, była następnym darem, jaki przyniósł jej wiek.

***

Bianka Milewska rzeczywiście lubiła wcześnie wstawać i zrywała się z łóżka skoro świt nawet w weekendy. Ale teraz żal jej było każdej przeleżanej w łóżku minuty. Po wielu latach odnalazła brata i chciała z nim spędzać jak najwięcej czasu. Antek wprawdzie kochał spać, jednak dla niej robił wyjątek i chętnie spędzał z nią poranki, a nawet świty. Tym razem też, kiedy tylko cicho zapukała, od razu zawołał, żeby weszła. Siedział już w fotelu, widocznie te wczesne pobudki zaczęły mu wchodzić w nawyk, i wpatrywał się w telefon. Bianka usiadła na jego łóżku. Podłożyła sobie poduszkę pod plecy i oparła się o ścianę. Na nogi naciągnęła koc. Milczała i czekała, aż brat skończy. Ale trwało to dość długo.

– Co robisz? – Nie wytrzymała w końcu. Była nieśmiała i zwykle nie zaczynała rozmów, tylko w obecności brata czuła się całkowicie swobodnie.

– Powinienem zadzwonić. – Antek wyciągnął długie nogi na środek pokoju. W konkursie na najbardziej owłosione łydki mógłby startować bez żadnych kompleksów.

– Do mamy pewnie – domyśliła się od razu.

– Tak – przyznał i zarzucił na plecy sweter. Spał w jakimś niemiłosiernie rozciągniętym podkoszulku, który z pewnością nie dawał ani grama ciepła. – Już od kilku dni chodzę koło telefonu – powiedział. – To jednak nie pomaga. Wręcz przeciwnie, jest coraz gorzej, bo im dłużej czekam, tym bardziej nie wiem, co mam jej powiedzieć.

– A ona cały czas milczy? – Bianka spojrzała na niego. W jej oczach malowały się pełna akceptacja, sympatia i gotowość pomocy. Antek miękł przy niej, tracił zwykłe opory i gotów był jej o wszystkim opowiedzieć.

– Oczywiście! – zawołał, po czym wstał i zaczął nerwowo chodzić po ciasnym pokoju. – Moja mama to kulturalna kobieta, nie będzie się nikomu narzucać, tak zawsze mówi. Ale oczekuje, że sam się każdy domyśli, co ma zrobić, i mnie się to zwykle dobrze udawało. Teraz jednak tyle się wydarzyło. Nie da się tego przekazać w jednej krótkiej rozmowie.

– Rozumiem cię. Nie chcesz się ze wszystkiego tłumaczyć, ale z drugiej strony patrząc, zawsze byliście blisko. Była zorientowana w twoich sprawach i teraz nie wiesz, co z tym zrobić.

Antek zatrzymał się. To nie do końca była prawda, choć tak z zewnątrz mogło wyglądać. Rzeczywiście mama wychowywała go sama i spędzała z nim dużo czasu. Ale wbrew pozorom nie do końca go rozumiała. Mimo wszystko żyli zgodnie i zdawał sobie sprawę, że jest dla niej bardzo ważny. Nie mógł tak po prostu zostawić jej bez słowa. Nie miał jednak pojęcia, jak jej to wszystko wytłumaczyć. Poszukiwania prawdy o rodzinie prowadziły go do dość niewygodnych wniosków. Nie wszystko zdawało się takie, jak mama mu zawsze opowiadała. Trochę to zachwiało jego zaufaniem i poczuciem, że wie, kim są naprawdę jego najbliżsi. Jeszcze nie wiedział wszystkiego, wciąż brakowało mu wielu elementów układanki. To też sprawiało, że trudniej było mu zadzwonić. Przekazać swoje myśli dostatecznie taktownie i odpowiednio.

– Moja mama jest zupełnie inna – powiedziała Bianka, jakby czytała w jego myślach. – Nie ma takich skrupułów. Wczoraj, a właściwie dzisiaj, bo było już po drugiej w nocy, zadzwoniła do mnie, dlatego że nie wiedziała, gdzie jest wybielacz, a poplamiła kawą ulubioną bluzkę. Odzywa się zawsze, kiedy tego potrzebuje, o wszystko potrafi zapytać i nie ukrywa, jaki ma dla mnie plan na życie. Nie jest idealną matką, ale lubię ją, choć nieraz jest mi bardzo ciężko.

Westchnęła. To wyznanie przyniosło jej ulgę. Po raz pierwszy przyznała się do swoich kłopotów z mamą.

Antek z trudem rozmawiał o Patrycji, matce przyrodniej siostry. Nienawidził tej kobiety przez całe dzieciństwo. Rozbiła jego rodzinę i odebrała mu ojca. Skrzywdziła mamę. Wiele się na ten temat nasłuchał jako chłopiec. Patrycja była pustą, choć kiedyś bardzo atrakcyjną, plastikową lalą pozbawioną wszelkich zahamowań. Ale Bianka patrzyła na nią zupełnie inaczej, jak na matkę, żywiła wobec niej wiele ciepłych uczuć. Antek nie widział powodu, by mieć dla tej kobiety jakiekolwiek względy, ale żeby nie ranić siostry, starał się ukrywać swoje prawdziwe uczucia.

– Co ty?! Naprawdę zadzwoniła w nocy z tak błahego powodu? – zapytał szybko. – U nas by to nie przeszło. Mama po dwudziestej słuchawki nie podniesie. Nigdy cię o nic wprost nie zapyta, bo jest zbyt taktowna, żeby się wtrącać. Tylko że jak jej czegoś sam nie powiesz, albo się nie domyślisz, obraża się na całe tygodnie i milczy.

– Cóż... – Bianka ziewnęła, zakrywając usta obiema dłońmi. Słabo spała tej nocy, nie tylko z powodu długo ciągnącej się rozmowy, ale też innych zmartwień. – Powiem ci, że cisza czasem nie jest taka zła. Moja mama gada cały czas. O co ma pretensje, dlaczego ja źle podejmuję decyzje, co powinnam zrobić, ile ona dla mnie poświęciła. Słucham tego od tylu lat, a temat ani trochę się nie wyczerpuje.

– Współczuję. – W tych słowach było więcej treści, niż Bianka mogła odczytać. Antkowi naprawdę było szczerze żal dziewczyny. Mieszkać całe życie z taką matką. Wiedział, że pani Patrycja martwi się głównie o stan swoich paznokci, nie pracuje, w domu też niespecjalnie się udziela i oczekuje od córki wsparcia na każdym kroku. Nie znosił tej kobiety. Gotowało się w nim zawsze, gdy o niej myślał. Ale ze względu na siostrę znów powstrzymał cisnące się na usta słowa.

Dla Bianki był gotów nawet na to.

– Ojciec to miał ciekawe i jednocześnie dziwne życie – westchnęła dziewczyna. – Najpierw elegancka żona i wzorcowa rodzina. Był szanowanym lekarzem, bardzo dobrym specjalistą w swoim fachu i nieźle zarabiał. Wiesz, to taki człowiek, któremu każdy się kłania na ulicy. A zaraz potem spowodował skandal obyczajowy, wytykano go palcami, zaczął żyć na kocią łapę z kobietą, która pochodziła z zupełnie innego świata. Nie wiem, o czym oni rozmawiali, choć wychowałam się z nimi pod jednym dachem.

– Może wcale nie rozmawiali – wycedził Antek przez zaciśnięte zęby. Wciąż ciężko było mu o tym mówić bez emocji. – Niektórzy tak mają. Porozumiewają się innymi organami.

Bianka się zarumieniła, zrobiło jej się przykro.

– Przepraszam. – Antek rzucił wreszcie telefonem, jednym susem pokonał szerokość pokoju i objął siostrę. Było mu strasznie głupio. Tak bardzo ją lubił, a dokuczył jej z powodu głupiej matki, której przecież sama sobie nie wybrała. Nie była też odpowiedzialna za jej czyny.

– Nie przejmuj się – powiedziała Bianka. – Przywykłam. Nikt nie przepada za moją mamą.

– Tylko ty – domyślił się.

– Ja ją po prostu najlepiej znam. I mam takie przeczucie, że ona w głębi serca wcale taka nie jest, jak wy wszyscy myślicie.

Zimna, wyrachowana, plastikowa i pusta? – chciał zapytać Antek, ale ugryzł się w język, aż zabolało.

– Czekasz, że coś się zmieni? – zapytał, wzdychając ciężko. Jego zdaniem sprawa była beznadziejna. Wiedział to każdy.

Bianka kiwnęła głową.

Nie odezwał się. Czasem nadzieja, nawet jeśli jest zupełnie bezpodstawna, pomaga jakoś pogodzić się z czymś bardzo ciężkim w życiu. Przetrwać kolejne dni, miesiące, czasem lata. Wiedział, że Bianka nie może zostawić mamy samej, ale w głębi serca uważał, że to byłoby najlepsze rozwiązanie.

– Wiesz – odezwała się siostra. – Myślę, że ona za mną tęskni.

– Naprawdę? – Włożył wiele wysiłku, by odfiltrować to pytanie ze wszystkich nut sarkazmu.

– Tak – odparła Bianka z entuzjazmem. – Coraz częściej dzwoni, pyta o mój powrót.

Pewnie jej nie ma kto prania wstawić albo bułek ze sklepu przynieść – pomyślał Antek ze złością. Wiedział, jak to wygląda w praktyce. Bianka robiła w domu wszystko. Pracowała, żeby zapłacić rachunki, nosiła zakupy, przygotowywała posiłki, sprzątała. Gdyby jej mama była schorowaną staruszką, można by to zrozumieć, ale pani Patrycja miała około pięćdziesięciu lat i wciąż pozostawała w świetnej formie. Nic dziwnego, zważywszy na to, że nigdy w życiu nie skalała się żadnym etatem.

– Jest między nami szczególna więź – mówiła dalej Bianka.

Antek milczał. Dobrze, że poranek zaczynał się ospale i można było udawać, że to z tego powodu żaden komentarz się nie pojawia. Co miał powiedzieć? Dobrze to rozumiał. Człowiek jest dorosły, ale za rodzicami tęskni jak dziecko. Chciałby czuć, że jest dla nich kimś ważnym. Szuka więc w zachowaniu mamy czy taty wszystkich szczegółów, które mogłyby o tym świadczyć, do niektórych przywiązuje nadmierną wagę. Cóż! Wszyscy potrzebujemy odrobiny złudzeń, żeby przetrwać ciężką grę, jaką jest życie.

Antek nie zamierzał pozbawiać siostry tego delikatnego znieczulenia.

– Może jakieś śniadanie zrobimy? – zapytał, żeby zmienić temat. – Babcia codziennie coś przygotowuje, to dzisiaj my moglibyśmy.

– Plan szlachetny. – Bianka się uśmiechnęła. – Ale założę się z tobą, o co chcesz, że nie zdążymy. Ona już jest w kuchni i nawet w kominku pewnie napaliła.

– Nie mów. O tej porze?

– Babcia jest szybka jak Hołowczyc.

Miała rację. Kiedy zeszli na dół, w przytulnej jasnej kuchni pachniało czekoladą, cynamonem i świeżym szczypiorkiem. To chyba nie było najlepsze połączenie, ale Antek od razu poczuł, że to będzie dobry dzień. A dzisiaj taka pewność była na wagę złota. Wybierał się na rozmowę o pracę.

ROZDZIAŁ 3

Warszawa to miasto o wielu obliczach. Przygarnia pod swoje skrzydła przybyszów z różnych stron, a oni wnoszą ze sobą nowe poglądy, spojrzenia na świat, style życia i ubierania. To miasto polityków, celebrytów, barwnych postaci i skandalistów. Nie tak łatwo się wyróżnić i nawet sławne osoby muszą się nieźle postarać, czasem zapłacić drogiemu styliście, by się choć trochę dać zauważyć.

Patrycja Nowak osiągała ten efekt bez najmniejszego problemu.

Szła właśnie chodnikiem i nie było człowieka, który by się za nią nie obejrzał.

Rzuciła nieżyczliwe spojrzenie gromadce przechodzących obok niej nastolatek. Miała świadomość, jak wygląda. Stylizowała się w ten sposób od lat. Jej ubranie, makijaż i zachowanie wywoływały fale krytyki, ale nie zamierzała się tym przejmować. Krótkie, obcisłe, błyszczące spódnice, bluzeczki jak z młodszej siostry, wysokie lakierowane kozaki noszone czasem nawet w lecie, włosy farbowane na platynowy blond i mocny makijaż to były jej znaki rozpoznawcze. O ile jeszcze, kiedy była młodsza, ten styl eksponował jej wyjątkowo zgrabną figurę i piękną twarz, której nie była w stanie zniszczyć nawet gruba warstwa kosmetyków, o tyle teraz, mocno po czterdziestce, osiągała w ten sposób jedynie dość żałosny efekt.

Miała tego świadomość, ale było jej wszystko jedno. Od lat. Posłała dziewczynom wyzywające spojrzenie i wypięła do przodu kształtny biust. Ciekawe, ile z nich będzie się mogło takim pochwalić w tym wieku i po ciąży?

No właśnie – westchnęła, a w twardej skorupie, którą była trwale otoczona, by chronić się przed światem i wszelkim jego złem, pojawiło się maleńkie okienko. Weszło przez nie natychmiast cierpienie. Serce Patrycji ścisnęło się boleśnie z tęsknoty za córką.

Weszła szybko do bloku i trzasnęła solidnymi metalowymi drzwiami, ostentacyjnie ignorując tym samym powieszoną na tablicy ogłoszeń prośbę mieszkańców parteru o prawo do spokoju. Wzruszyła tylko ramionami. Stosunki z sąsiadami miała tak złe, że nic nie mogło ich jeszcze bardziej pogorszyć. Nikt jej tutaj nie szanował ani nie lubił.

Tolerowali ją jakoś, czasem nawet się odzywali uprzejmie, bywało, że udzielali pomocy, ale wszystko to wyłącznie ze względu na Biankę. Ją wszyscy lubili i wspierali na każdym kroku.

Patrycja stanęła pod drzwiami mieszkania i westchnęła po raz kolejny. Znów dotarła do źródła swojego zmartwienia. Tęskniła za córką, a nie miała odwagi powiedzieć tego wprost. Nie była tak głupia, jak wszyscy tutaj sądzili. Wiedziała, że jako matka zawiodła i nie ma prawa żądać, by dziecko natychmiast do niej wracało. A jednak każda kolejna wieść, że Bianka znów przedłuża pobyt w Krakowie, ściskała jej gardło strachem, że już nigdy córki nie zobaczy. Babcia Kalina zabierze ją na dobre.

Z górnego piętra zbiegał właśnie sąsiad. Nie ukłonił się nawet, pomny na zakaz żony, ale Patrycja była gotowa przysiąc, że gapił się na jej łydki. Powoli przekręciła klucz w zamku. Nie żałowała sąsiadowi tej garści porannej rozrywki. Jej i tak było wszystko jedno, nie dbała o opinię, romansu też nie szukała. Natomiast było prawdą obiektywną, że jej łydki mogły dostarczać przyjemnych doznań, co się miały marnować, niech sobie chłopina chociaż popatrzy.

Ona sama nie liczyła już na nic.

No właśnie. To zdanie powtarzane jak zaklęcie towarzyszyło jej przez całe dorosłe życie. Swego czasu zawiodła się na przyjaźni, miłości, szczerości i tak zwanych zasadach. Od tej pory żyła więc z upodobaniem wbrew nim, drażniąc wrażliwe społeczeństwo. Kobiety jej nie znosiły, a mężczyźni fascynowali się mimo wszystko. Jawnie lub w ukryciu. Widziała ich spojrzenia. Nie mieli dla niej tajemnic. Czytała z nich jak z książki kucharskiej dla nastolatków. Instrukcja obsługi napisana była dużymi literami, tłustym drukiem i w kilku prostych komendach. Wystarczyło opanować parę ruchów i był sposób na każdego.

Tylko że to także jej już nie interesowało. Swego czasu czerpała ze swojej urody garściami, ale teraz chciała już wyłącznie spokoju. I tęskniła za córką, choć nie miała odwagi przyznać się do tego.

Weszła do mieszkania i od progu uderzył ją panujący tam nieład. Odkąd Bianka wyjechała do tej okropnej, a jednocześnie ze wszech miar wspaniałej babci Kaliny, Patrycji nie chciało się nawet pozamiatać. Nie oznacza to, że przykładała się specjalnie do tych spraw, kiedy córka z nią mieszkała, ale teraz odpuściła na całego. Sprzątała wyłącznie łazienkę, bo lubiła w godnych warunkach dbać o urodę, i sprawdzała, czy jest jeszcze choć jeden kubek, w którym można by zaparzyć mocną, smolistą kawę. Jej jedynego wiernego przyjaciela, zawsze gotowego do wsparcia.

Więcej nie potrzebowała.

Tak to sobie tłumaczyła przez ostatnie lata. Wydawało jej się, że nieźle to wszystko poukładała. Ochroniła się przed cierpieniem, wycofując się z życia. Ale tęsknota za córką rosła, a wraz z nią wyrzuty sumienia.

Patrycja nie była sentymentalna. Zdarzało jej się soczyście zakląć. Powiedzieć komuś prawdę w oczy w kilku szczerych do bólu słowach. Trzeba też uczciwie przyznać, że miała na sumieniu niejedno ludzkie nieszczęście. Nie zawsze niechcący. Świadomie stała się twarda i szła przez życie niczym taran.

Ale teraz objęła się ramionami, weszła do pokoju córki i łzy stanęły jej w oczach. Nie miała skłonności do używania górnolotnych słów ani wyznawania uczuć, ale pomyślała, że Bianka jest światłem jej życia. Jedynym jasnym punktem.

Jasnym dosłownie, bo piękne, po słowiańsku pszeniczne włosy córki od dziecka wzbudzały podziw.

Ta dziewczyna mogłaby zrobić karierę – westchnęła matka i włożyła do szafy sporych rozmiarów ciepły sweter, który jej córka nosiła na zajęcia, zamiast jakiejś sukienki czy bluzki bardziej podkreślającej figurę.

Bianka różniła się od niej. Marnowała naturalne dary. Nie można było przewidzieć, jakimi drogami będą chodzić jej myśli. Co postanowi. Wiele razy zaskakiwała matkę swoimi decyzjami. Jak tą ostatnią, by święta spędzić w Krakowie. W prawdziwym gnieździe żmij. Ze swoim przyrodnim bratem, zapewne pełnym zadawnionego żalu, babcią Kaliną, która nigdy nie wybaczyła Patrycji rozbitego małżeństwa syna, i w niewielkiej odległości od cierpiącej, posągowej, idealnej, wspaniałej porzuconej żony ojca Bianki.

Jak można było w takim towarzystwie chcieć dobrowolnie spędzać święta? A jednak jej córka chciała. Co więcej, najwyraźniej nie mogła stamtąd wyjechać. Przekładała powrót już kilkakrotnie.

Co będzie, jeśli oni mi ją zabiorą? – Serce Patrycji skryte pod cienką błyszczącą tkaniną mocno się ścisnęło. – Zauroczą swoimi podstępnymi czarami. Ciastem, ogrodem, jakąś znaną z opowieści specjalną herbatą, domowym ciepłem i innymi okropnymi metodami, jakie babcia Kalina miała opanowane do perfekcji?

Jakże można było z nią konkurować?

Patrycja poddała się już na wstępie, dawno temu. Chciała się odróżnić, pokazać, że miłość to coś więcej niż pichcenie, pucowanie i te wszystkie niebywale nudne powtarzalne czynności domowe. Ona się do nich całkowicie zdystansowała i wydawało jej się, że udowodniła światu, że są zbędne. Udało jej się nawet bez tego jakimś cudem wychować zdrowe dziecko.

Może trochę smutne? – przyszło jej teraz do głowy.

Usiadła na kanapie córki i zawinęła się w jej koc. Pachniał Bianką. Zamknęła oczy. Bolało. Ale nie umiała z tego powodu zdobyć się na konkretne starania. Zadzwonić. Posprzątać. Zrobić jakieś zakupy. Może coś wyjaśnić? Czuła się z góry przegrana i to odbierało jej chęć do działania. Wręcz paraliżowało.

Gdyby nie Bianka, pewnie poddałaby się tym myślom. Miała jednak swoje światełko i to sprawiło, że gdzieś w głębi jej serca zaczęła się rodzić zmiana.