Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Światło, którego nie widać ebook

Anthony Doerr

4.35714285714286 (14)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 528 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Światło, którego nie widać - Anthony Doerr

Marie-Laure mieszka wraz z ojcem w Paryżu, jako sześciolatka traci wzrok i odtąd uczy się poznawać świat przez dotyk i słuch. 

Pięćset kilometrów na północny wschód od Paryża w Zagłębiu Ruhry mieszka Werner Pfennig, który jako mały chłopiec stracił rodziców. Podczas jednej z zabaw Werner znajduje zepsute radio, naprawia je i wkrótce staje się ekspertem w budowaniu i naprawianiu radioodbiorników. Odtąd Werner poznaje świat, słuchając radia.

Kiedy hitlerowcy wkraczają do Paryża, dwunastoletnia Marie-Laure i  jej ojciec uciekają do miasteczka Saint-Malo w Bretanii.

Werner Pfennig trafia tam kilka lat później. Służy w elitarnym oddziale żołnierzy, który zajmuje się namierzaniem wrogich transmisji radiowych. Podczas nalotu aliantów na Saint-Malo losy tej dwójki splatają się…

Anthony Doerr mistrzowsko łączy wątki sensacyjne i historyczne, ale jego powieść to przede wszystkim przejmujące studium człowieka uwikłanego w totalitaryzm. Subtelny portret dwójki niewinnych bohaterów na tle tragicznej historii XX wieku.

Opinie o ebooku Światło, którego nie widać - Anthony Doerr

Cytaty z ebooka Światło, którego nie widać - Anthony Doerr

Wiesz, skąd się biorą diamenty i  inne kryształy, Laurette? Poprzez przyrost mikroskopijnych warstw, po kilka tysięcy atomów na miesiąc, jedna na drugiej. Przez wiele tysięcy lat. Historie powstają w  ten sam sposób. Wokół starych kamieni gromadzi się wiele opowieści.

Fragment ebooka Światło, którego nie widać - Anthony Doerr

Zero

7 sierpnia 1944

Ulotki

S p a d a j ą   z   n i e b a   o   z m i e r z c h u. Fruwają nad murami obronnymi, tańczą nad dachami, wirują w głębokich wąwozach między kamienicami. Całe ulice pokrywają kartki papieru, śnieżnobiałe na tle kocich łbów. Pilna wiadomość dla mieszkańców! – informują. Natychmiast opuśćcie miasto i schrońcie się na terenie niezabudowanym!

Zaczyna się przypływ. Na niebie świeci mały żółty księżyc między pełnią a trzecią kwadrą. Na wschodzie, na dachach nadmorskich hoteli i w ogrodach na ich tyłach, żołnierze sześciu baterii amerykańskiej artylerii wrzucają do luf moździerzy pociski zapalające.

Bombowce

O   p ó ł n o c y   p r z e l a t u j ą nad kanałem La Manche. Jest ich dwanaście i noszą nazwy piosenek: Stardust, Stormy Weather, In the Mood, Pistol-Packin’ Mama. Daleko w dole widać morze pokryte niezliczonymi grzbietami spienionych fal. Nawigatorzy wkrótce zauważą na widnokręgu zarysy płaskich wysp zalanych światłem księżyca. Francja.

W słuchawkach rozlegają się trzaski. Zgodnie z planem bombowce leniwie schodzą na niższy pułap. Ze stanowisk artylerii przeciwlotniczej rozmieszczonych wzdłuż wybrzeża strzelają w niebo snopy czerwonego światła. Widać czarne wraki okrętów zatopionych przez załogę lub zniszczonych przez nieprzyjaciela. Jeden ma urwany dziób, a drugi płonie – widać migotanie płomieni. Na wyspie położonej najdalej od lądu biegają między skałami przerażone owce.

W każdym samolocie bombardier spogląda przez celownik i liczy do dwudziestu. Cztery, pięć, sześć, siedem. Ufortyfikowane miasto na granitowym półwyspie jest coraz bliżej i bombardierzy mają wrażenie, że widzą zepsuty ząb, czarny i groźny, nabrzmiały wrzód, który należy przeciąć.

Dziewczyna

N a   j e d n y m   z   k r a ń c ó w   m i a s t a, na piątym, ostatnim piętrze wysokiej, wąskiej kamienicy przy rue Vauborel numer 4 klęczy Marie-Laure LeBlanc, niewidoma szesnastoletnia dziewczyna. Pochyla się nad niskim stołem, w całości zajętym przez dokładny model Saint-Malo z miniaturowymi replikami setek domów, sklepów i hoteli, otoczonymi murami obronnymi. Widać katedrę z wysmukłą wieżą, masywne, stare Château de Saint-Malo i długie szeregi nadbrzeżnych kamienic ze sterczącymi kominami. Z plaży du Môle biegnie w morze smukłe drewniane molo o łukowatym kształcie, nad targiem rybnym wznosi się delikatna, ażurowa kopuła, na maleńkich placach miejskich widać mikroskopijne ławki, najmniejsze o rozmiarach pestek jabłek.

Marie-Laure przesuwa czubkami palców po szerokiej na centymetr koronie murów obronnych, które otaczają model jak asymetryczna gwiazda. Znajduje w nich lukę, skąd celują w morze cztery archaiczne działa. „Bastion de la Hollande” – szepce i jej palce podążają w dół po maleńkich schodach. „Rue des Cordiers. Rue Jacques-Cartier”.

W kącie pokoju stoją dwa ocynkowane wiadra z wodą. Zawsze je napełniaj, jeśli tylko możesz, upominał ją stryjeczny dziadek. I wannę na drugim piętrze. Nigdy nie wiadomo, kiedy znowu zabraknie wody.

Palce Marie-Laure wędrują z powrotem do wieży katedry. Podążają na południe, do Bramy Dinańskiej. Przez cały wieczór dotykała opuszkami palców modelu miasta, czekając na Étienne’a, stryjecznego dziadka, właściciela tej kamienicy, który wyszedł poprzedniej nocy, gdy spała, i nie wrócił. Teraz znowu jest noc, wskazówki zegara po raz kolejny okrążyły tarczę, w domu panuje cisza, a Marie-Laure nie może spać.

Słyszy bombowce, gdy są w odległości pięciu kilometrów. Narastający szmer. Szum w muszli.

Kiedy otwiera okno sypialni, warkot samolotów staje się głośniejszy. Poza tym noc jest przerażająco cicha: żadnych motorów, głosów, grzechotów. Nie wyją syreny. Nikt nie stąpa po kocich łbach. Nie słychać nawet mew. Tylko plusk wody u podnóża murów obronnych, przecznicę dalej i pięć pięter w dół. Jest przypływ.

Marie-Laure słyszy jeszcze jeden dźwięk.

Bardzo blisko coś leciutko szeleści. Otwiera lewą okiennicę i dotyka palcami prawej. Między deseczkami tkwi kartka papieru.

Unosi ją do nosa. Pachnie świeżą farbą drukarską. Może benzyną? Papier jest nowy, wisi na oknie od niedawna.

Marie-Laure waha się, stojąc w pończochach przy oknie. Za plecami ma sypialnię, na szczycie ozdobnej szafy stoją rzędem muszle morskie, a na listwach przypodłogowych drobne otoczaki. W rogu znajduje się biała laska, na łóżku leży grzbietem do góry gruba powieść w alfabecie Braille’a. Warkot samolotów narasta.

Chłopiec

P i ę ć   u l i c   d a l e j, na północ od rue Vauborel, cichy stukot wyrywa ze snu jasnowłosego, osiemnastoletniego niemieckiego szeregowca, Waltera Pfenniga. Zaledwie szelest. W odległą szybę uderzają muchy.

Gdzie jest? Słodki, chemiczny zapach smaru do dział, woń świeżo zbitych drewnianych skrzyń na pociski, stare prześcieradła pachnące naftaliną – jest w hotelu. Oczywiście. Hôtel des Abeilles, Dom Pszczół.

Ciągle noc. Ciągle wcześnie.

Od strony morza słychać świst i huk, artyleria przeciwlotnicza otwiera ogień.

Korytarzem śpieszy kapral jednostki OPL, zmierzając w stronę klatki schodowej.

– Zejdź do piwnicy! – woła przez ramię, a Werner włącza latarkę polową, zwija koc, chowa do plecaka i rusza za starszym stopniem.

Jeszcze nie tak dawno Dom Pszczół wydawał się sympatyczny. Elewację zdobiły jasnoniebieskie okiennice, w restauracji podawano mrożone ostrygi, a za szynkwasem czyścili kieliszki bretońscy barmani w muszkach. Miał dwadzieścia jeden pokoi z widokiem na ocean i foyer z gigantycznym kominkiem. Popijali tu aperitify paryżanie spędzający weekendy w Saint-Malo, a wcześniej od czasu do czasu notable z okresu Republiki – ministrowie, wiceministrowie, opaci, admirałowie. W poprzednich wiekach ogorzali korsarze: mordercy, rabusie, grabieżcy, żeglarze.

Wcześniej, jeszcze zanim powstał hotel, pięćset lat temu, był to dom zamożnego kapitana, który zrezygnował z korsarstwa i zajął się badaniem życia pszczół żyjących na pastwiskach wokół Saint-Malo. Notował ich zwyczaje i żywił się świeżym miodem. Nad nadprożem wciąż znajdują się wyrzeźbione w dębowym drewnie wizerunki pszczół, a porośnięta bluszczem fontanna na dziedzińcu ma kształt ula. Werner najbardziej lubi pięć spłowiałych plafonów w najwspanialszych pomieszczeniach na górnych piętrach, gdzie na niebieskim tle latają pszczoły wielkości dzieci, ogromne leniwe trutnie i robotnice z żyłkowanymi skrzydłami, a nad sześciokątną wanną kroczy po suficie trzymetrowa królowa z wielkimi oczyma i brzuchem pokrytym złocistym meszkiem.

W ciągu ostatnich czterech tygodni hotel stał się czymś nowym – twierdzą. Żołnierze austriackiej jednostki OPL zabili deskami okna, zniszczyli łóżka. Zabarykadowali wejście, zastawili klatki schodowe skrzyniami pocisków armatnich. Na trzecim piętrze, gdzie z pokoi z balkonami widać mury obronne, ustawiono stare działo przeciwlotnicze kalibru 88 mm, które może wystrzeliwać dziesięciokilogramowe pociski na odległość piętnastu kilometrów.

Austriacy nazywają swoją armatę Ihre Majestät i przez ostatnie tygodnie zajmują się nią jak pszczoły robotnice opiekujące się królową. Karmią ją smarami, pomalowali lufę, naoliwili koła, ułożyli u podnóża worki z piaskiem jak ofiary dla bóstwa.

Królewska acht acht, mordercza władczyni mająca wszystkich bronić.

Werner jest na schodach, w połowie drogi na parter, gdy działo kalibru 88 mm szybko oddaje dwa strzały. Po raz pierwszy słyszy je z tak bliskiej odległości i ma wrażenie, że górne piętra hotelu wylatują w powietrze. Zatacza się i zatyka uszy. Ściany przenika drżenie, najpierw z góry na dół, do fundamentów, a potem z dołu do góry.

Słyszy tupot butów Austriaków, którzy znowu ładują działo. Z oddali dochodzi cichnące wycie dwóch wystrzelonych pocisków lecących nad oceanem: są już w odległości czterech lub pięciu kilometrów. Zdaje sobie sprawę, że jeden z żołnierzy śpiewa. Może wszyscy śpiewają? Ośmiu żołnierzy Luftwaffe, z których żaden nie przeżyje najbliższej godziny, śpiewa pieśń miłosną dla swojej królowej.

Werner oświetla foyer latarką. Wielkie działo strzela po raz trzeci, gdzieś w pobliżu słychać brzęk tłuczonego szkła, w kominie rozlega się szum spadających płatów sadzy, ściany hotelu dźwięczą jak dzwon. Werner martwi się, że od huku wypadną mu zęby.

Otwiera drzwi piwnicy i przystaje. Dwoi mu się w oczach.

– To już dziś? – pyta. – Naprawdę przylecieli?

Ale kto miałby odpowiedzieć?

Saint-Malo

W   c a ł y m   m i e ś c i e   b u d z ą   s i ę ostatni mieszkańcy, którzy nie zdążyli się ewakuować, jęczą, wzdychają. Stare panny, prostytutki, mężczyźni, którzy przekroczyli sześćdziesiątkę. Lenie, kolaboranci, ateiści, pijacy. Siostry zakonne z różnych zgromadzeń. Ubodzy. Uparciuchy. Ślepcy.

Niektórzy śpieszą do schronów przeciwlotniczych, inni wmawiają sobie, że to tylko ćwiczenia. Część zwleka, by zabrać koc, modlitewnik albo talię kart.

Dwa miesiące wcześniej alianci wylądowali w Normandii. Wyzwolono Cherbourg, Caen i Rennes. Połowa zachodniej Francji jest wolna. Na wschodzie Sowieci odbili Mińsk, w Polsce Armia Krajowa rozpoczęła w Warszawie powstanie, kilka gazet ośmieliło się zasugerować, że losy wojny są przesądzone.

Ale tu jest inaczej. Saint-Malo to ostatni bastion na krańcu kontynentu, ostatni niemiecki punkt oporu na wybrzeżu Bretanii.

Ludzie szepcą, że w Saint-Malo Niemcy wyremontowali dwukilometrowe podziemne korytarze pod średniowiecznymi murami, zbudowali nowe fortyfikacje, nowe tunele, nowe chodniki ewakuacyjne, niewiarygodnie skomplikowane kompleksy bunkrów ukrytych pod ziemią. Krążą plotki, że pod fortem de La Cité, położonym na przylądku i oddzielonym rzeką od starego miasta, znajdują się magazyny środków opatrunkowych, amunicji, a nawet podziemny szpital. Jest tam klimatyzacja, zbiornik na wodę o pojemności dwóch tysięcy litrów, bezpośrednie połączenie z Berlinem. Są miotacze ognia służące jako pułapki, sieć stalowych kopuł obserwacyjnych i zapasy amunicji pozwalające dzień po dniu ostrzeliwać morze przez cały rok.

Podobno jest tam tysiąc Niemców gotowych na śmierć. Albo pięć tysięcy. Może więcej.

Saint-Malo: miasto z czterech stron otoczone przez morze. Komunikacja z resztą Francji jest utrudniona: grobla, most, ławica piasku. Przede wszystkim jesteśmy obywatelami Saint-Malo, mówią mieszkańcy. Później Bretończykami. Jeżeli jeszcze coś zostaje, Francuzami.

W świetle błyskawic granit wydaje się błękitny. Kiedy przypływ osiąga maksimum, w piwnicach w środku miasta pojawia się woda. W czasie odpływu sterczą z morza pokryte pąklami wręgi tysiąca wraków. W ciągu trzech tysięcy lat ten niewielki przylądek widział wiele oblężeń.

Ale nie takie jak to.

Babcia bierze na ręce płaczące dziecko. Pijak, który sika w zaułku na przedmieściach Saint-Sevran półtora kilometra dalej, wyjmuje z żywopłotu kartkę papieru. Pilna wiadomość dla mieszkańców! – czyta. Natychmiast opuśćcie miasto i schrońcie się na terenie niezabudowanym!

Na okolicznych wyspach błyskają działa przeciwlotnicze, a w Saint-Malo wielkie niemieckie armaty wystrzeliwują kolejne pociski, które lecą z wyciem nad wodą. Na wyspie położonej czterysta metrów od brzegu trzystu osiemdziesięciu francuskich więźniów przetrzymywanych w forcie National kuli się w świetle księżyca na dziedzińcu i spogląda w niebo.

Cztery lata okupacji, więc co oznacza ryk nadlatujących bombowców? Ocalenie? Ekstyrpację?

Grzechot strzelających karabinów. Huk dział przeciwlotniczych przypominający ostre dźwięki werbli. Z gniazd na wieży katedry sfruwa stadko gołębi i odlatuje w stronę morza.

Rue Vauborel numer 4

M a r i e - L a u r e   L e B l a n c stoi samotnie w swojej sypialni, wdychając zapach ulotki, której nie może przeczytać. Wyją syreny. Zamyka okiennice i blokuje okno. Samoloty są z każdą chwilą coraz bliżej, każda sekunda spędzona w pokoju jest stracona. Marie-Laure powinna pobiec na dół, dotrzeć do kąta kuchni, gdzie w podłodze znajduje się niewielka klapa – wejście do piwnicy pełnej kurzu, dywanów pogryzionych przez myszy i starych kufrów, których od dawna nikt nie otwierał.

Zamiast tego wraca do stołu obok łóżka i klęka przed modelem miasta.

Znów odnajduje palcami mury obronne, Bastion de la Hollande, niewielkie schody prowadzące w dół. W tym domu, właśnie w tym miejscu, w rzeczywistym mieście, co niedziela trzepie dywany jakaś kobieta. Z tamtego okna krzyknął kiedyś chłopiec: „Uważaj, co robisz! Jesteś ślepa?!”.

We framugach brzęczą szyby. Działa przeciwlotnicze oddają kolejną salwę. Ziemia stopniowo obraca się wokół osi.

Pod palcami Marie-Laure miniaturowa rue d’Estrées przecina miniaturową rue Vauborel. Palce skręcają w prawo, liczą drzwi wejściowe. Jeden, dwa, trzy. Cztery. Ile razy to robiła?

Dom numer 4 to wysoka, odrapana kamienica należąca do stryjecznego dziadka Étienne’a. Marie-Laure mieszka tu od czterech lat. Klęczy samotnie na piątym piętrze, a tymczasem w jej stronę leci z rykiem dwanaście amerykańskich bombowców.

Naciska maleńkie drzwi frontowe, zwalniając ukryty zatrzask, i unosi replikę domu. W jej dłoniach ma ona wielkość pudełka papierosów ojca.

Bombowce są teraz tak blisko, że pod kolanami Marie-Laure zaczyna drżeć podłoga. Na korytarzu brzęczą kryształowe ozdoby żyrandola wiszącego nad klatką schodową. Marie-Laure przekręca o dziewięćdziesiąt stopni komin miniaturowej kamienicy. Później wyjmuje trzy drewniane deseczki tworzące dach i obraca dom do góry nogami.

Na jej dłoń wypada kamień.

Jest chłodny. Ma wielkość gołębiego jaja. Kształt łzy.

Marie-Laure trzyma w jednej ręce miniaturowy dom, a w drugiej kamień. Ściany dygocą od huku. Ma wrażenie, że za chwilę przebiją je ogromne palce.

– Tato? – szepce.

Piwnica

P o d   f o y e r   D o m u   P s z c z ó ł wykuto dla korsarza piwnicę w litej skale. Pod granitowymi ścianami stoją skrzynki, szafy i wieszaki na narzędzia. Sufit podpierają trzy ogromne, ręcznie ociosane belki z pni drzew ściętych setki lat wcześniej w starożytnym bretońskim lesie i przetransportowanych do Saint-Malo przez konne zaprzęgi.

Pojedyncza żarówka rzuca w pomieszczeniu chybotliwe cienie.

Przy warsztacie siedzi na składanym krześle Walter Pfennig, sprawdza napięcie akumulatora i wkłada słuchawki. Ma do dyspozycji wyposażone w antenę urządzenie nadawczo-odbiorcze w stalowej obudowie, działające na falach o długości 1,6 metra. Pozwala ono komunikować się z identycznym urządzeniem na górnych piętrach domu, z dwoma innymi bateriami przeciwlotniczymi w murach miasta oraz z podziemnym schronem dowództwa garnizonu po przeciwnej stronie ujścia rzeki.

Radio buczy lekko, gdy się rozgrzewa. Obserwator odczytuje współrzędne do mikrofonu, a artylerzysta je powtarza. Werner przeciera oczy. Za jego plecami aż do sufitu wznoszą się skonfiskowane skarby: zwinięte gobeliny, zegary stojące, ozdobne szafy, ogromny olejny pejzaż pokryty krakelurą. Na półce naprzeciwko Wernera znajduje się osiem lub dziewięć gipsowych głów, których przeznaczenia nie może się domyślić.

Po wąskich drewnianych schodach, pochylając głowę pod belkami, schodzi ogromny sierżant sztabowy Frank Volkheimer. Uśmiecha się dobrodusznie do Wernera i siada w wysokim fotelu obitym złocistym jedwabiem. Umieszcza karabin między potężnymi udami, gdzie wydaje się on śmiesznie mały.

– Zaczyna się? – pyta Werner.

Volkheimer kiwa głową. Włącza latarkę i trzepoce w półmroku dziwnie dziewczęcymi rzęsami.

– Jak długo to potrwa?

– Niedługo. Jesteśmy tu bezpieczni.

Ostatni przychodzi Bernd, technik, niski mężczyzna z mysimi włosami i lekkim zezem. Zamyka za sobą i rygluje drzwi piwnicy, po czym z ponurym wyrazem twarzy siada w połowie drewnianych schodków. Trudno powiedzieć, czy jego oblicze wyraża strach, czy męstwo.

Po zamknięciu drzwi cichnie wycie syren. Na suficie miga żarówka.

Woda, myśli Werner. Zapomniałem o wodzie.

W odległym krańcu miasta strzela druga bateria przeciwlotnicza, po czym znów rozlega się huk osiemdziesiątkiósemki na piętrze kamienicy, ogłuszający, śmiercionośny. Werner słucha wycia pocisków przelatujących na niebie. Z sufitu spadają kaskady pyłu. Mimo słuchawek Werner w dalszym ciągu słyszy śpiew Austriaków.

…auf d’Wulda, auf d’Wulda, da scheint d’Sunn a so gulda…

Volkheimer sennie dotyka plamy na swoich spodniach. Bernd dmucha w złożone ręce. W słuchawkach rozlegają się dane o prędkości wiatru, ciśnieniu atmosferycznym, trajektoriach. Werner myśli o domu. Frau Elena pochyla się nad jego niewielkimi butami, dwukrotnie wiąże każde sznurowadło. Za oknem pokoju na poddaszu przesuwają się gwiazdy. Młodsza siostra Wernera, Jutta, siedzi okręcona kołdrą, ze słuchawką radia przyciśniętą do lewego ucha.

Cztery piętra wyżej Austriacy wprowadzają następny pocisk do dymiącego zamka osiemdziesiątkiósemki, dokładnie sprawdzają kąt nachylenia lufy i zatykają uszy, gdy armata oddaje strzał, ale tu, na dole, Werner słyszy tylko dźwięki radia z dzieciństwa. Na ziemię spojrzała Bogini Historii. Tylko najgorętszy ogień pozwala osiągnąć oczyszczenie. Widzi las więdnących słoneczników. Widzi stado wron zrywających się do lotu z korony drzewa.

Bomby zrzuć!

S i e d e m n a ś c i e ,   o s i e m n a ś c i e, dziewiętnaście, dwadzieścia. Pod celownikami pędzi morze. Teraz dachy. Dwa mniejsze samoloty oznaczają świecami dymnymi cel, pierwszy bombowiec zrzuca swój ładunek, a jedenaście pozostałych idzie za jego przykładem. Bomby lecą ukośnie, samoloty nabierają wysokości i formują szyk.

Niebo pokrywa się czarnymi cętkami. Stryjeczny dziadek Marie-Laure, zamknięty wraz z kilkuset więźniami za bramą fortu National, spogląda w górę i myśli: Szarańcza, po czym przypomina mu się starotestamentowe przysłowie przechowywane w zakamarkach pamięci od czasów, gdy chodził do szkółki parafialnej: Szarańcza, choć nie ma króla, cała wyrusza w porządku1.

Demoniczna horda. Rozsypany worek fasoli. Sto rozerwanych różańców. Można użyć tysiąca metafor i żadna nie oddaje rzeczywistości: każdy samolot zrzuca czterdzieści bomb, łącznie czterysta osiemdziesiąt, trzydzieści i pół tony materiałów wybuchowych.

Na miasto spada lawina. Huragan. Filiżanki do herbaty ześlizgują się z półek, obrazy spadają ze ścian. Po kolejnym ułamku sekundy syreny przestają być słyszalne. Wszystko przestaje być słyszalne. Ryk staje się tak potężny, że ludziom pękają bębenki w uszach.

Działa przeciwlotnicze wystrzeliwują ostatnie pociski. Dwanaście nieuszkodzonych bombowców zawraca i odlatuje w błękitny mrok.

Na piątym piętrze kamienicy przy rue Vauborel numer 4 Marie-Laure wczołguje się pod łóżko i przyciska do piersi kamień i model domu.

Pod sufitem piwnicy Domu Pszczół gaśnie pojedyncza żarówka.

Jeden

1934

Muséum National d’Histoire Naturelle

M a r i e - L a u r e   L e B l a n c jest wysoką, piegowatą sześciolatką o błyskawicznie pogarszającym się wzroku, gdy pewnego dnia ojciec każe jej dołączyć do kilkunastoosobowej grupy dzieci zwiedzających muzeum, w którym pracuje. Przewodnik to stary, garbaty strażnik, niewiele wyższy od swoich podopiecznych. Stuka czubkiem laski w posadzkę, prosząc o ciszę, po czym prowadzi wycieczkę przez ogrody do sal wystawowych.

Dzieci patrzą na techników, którzy podnoszą kość udową dinozaura, posługując się linami i wielokrążkami. Odwiedzają salę, gdzie stoi wypchana żyrafa z liniejącymi płatami sierści na grzbiecie. Zaglądają do szuflad w pracowniach taksydermii, pełnych piór, ptasich szponów i szklanych oczu; przeglądają dwustuletnie herbaria z podobiznami orchidei, stokrotek i ziół.

W końcu wspinają się po szesnastu schodkach i docierają do działu mineralogii. Przewodnik pokazuje agat z Brazylii, fioletowe ametysty i stojący na postumencie meteoryt, który, jak twierdzi, jest równie stary jak Układ Słoneczny. Później prowadzi dzieci gęsiego kręconymi schodami w dół, a potem znowu w dół, następnymi kręconymi schodami. Wreszcie, po przejściu kilku korytarzy, wycieczka zatrzymuje się przed żelaznymi drzwiami z dziurką od klucza.

– Koniec zwiedzania – mówi przewodnik.

– Co jest za tymi drzwiami? – pyta jedna z dziewcząt.

– Następne zamknięte drzwi, nieco mniejsze.

– A za nimi?

– Trzecie zamknięte drzwi, jeszcze mniejsze.

– A dalej?

– Czwarte drzwi, potem piąte, aż w końcu dochodzi się do trzynastych, maleńkich, nie większych od buta.

Dzieci pochylają się do przodu.

– Co jest za nimi?

– Za trzynastymi drzwiami – przewodnik unosi straszliwie pomarszczoną dłoń – znajduje się Morze Ognia.

Zdziwienie. Dzieci spoglądają na siebie.

– Nie żartujcie! Nie słyszeliście o Morzu Ognia?!

Kręcą głowami. Marie-Laure zerka na nagie żarówki wiszące w metrowych odstępach pod sufitem. Widzi je jako wirujące tęczowe kule.

Przewodnik unosi laskę na pętli opasującej nadgarstek i zaciera ręce.

– To długa opowieść. Chcecie posłuchać długiej opowieści?

Dzieci kiwają głowami. Przewodnik odchrząkuje i zaczyna mówić:

– Przed wiekami, na wyspie, którą dziś nazywamy Borneo, pewien książę znalazł na dnie wyschniętej rzeki niebieski kamień. Spodobał mu się, więc go zabrał. Ale kiedy wracał do pałacu, zaatakowali go konni rabusie i przebili mu serce włócznią.

– Przebili serce?

– Czy to prawda?

– Tss! – szepce jeden z chłopców.

– Bandyci zrabowali pierścienie księcia, konia, wszystko. Ale nie zauważyli małego niebieskiego kamienia, bo zaciskał go w dłoni. Umierający książę zdołał się doczołgać do pałacu i przez dziesięć dni był nieprzytomny. Dziesiątego dnia, ku zdumieni kobiet, które go pielęgnowały, usiadł, otworzył dłoń i ich oczom ukazał się kamień.

Medycy sułtana orzekli, że stał się cud, bo po odniesieniu tak ciężkiej rany książę nie miał prawa przeżyć. Opiekujące się nim kobiety utrzymywały, że kamień musi mieć właściwości uzdrowicielskie. Jubilerzy sułtana stwierdzili coś innego: oświadczyli, że jest to największy diament, jaki kiedykolwiek widzieli. Przez osiemdziesiąt dni obrabiał go najzdolniejszy szlifierz, a kiedy skończył pracę, kamień przybrał jasnobłękitny kolor mórz południowych, ale w środku znajdowała się czerwona iskra, jak płomień w kropli wody. Sułtan kazał wprawić brylant w koronę księcia i mówiono, że kiedy siedzi on na tronie w promieniach słońca, bije od niego tak oślepiająca jasność, jakby składał się ze światła.

– Jest pan pewien, że to prawda? – pyta dziewczynka.

– Tss! – ucisza ją chłopiec.

– Brylant nazwano Morzem Ognia. Niektórzy ludzie wierzyli, że książę jest bóstwem i dopóki posiada klejnot, nie można go zabić. Ale zaczęło się dziać coś dziwnego: im dłużej nosił koronę, tym więcej nieszczęść go spotykało. W ciągu miesiąca jeden z jego braci utonął, a drugi zmarł od ukąszenia węża. Po pół roku zachorował i odszedł z tego świata ojciec księcia. Co gorsza, zwiadowcy donieśli, że na wschodzie gromadzi się ogromna armia.

Książę zwołał doradców zmarłego sułtana. Wszyscy stwierdzili, że powinien się szykować do wojny… wszyscy z wyjątkiem jednego – kapłana, który oznajmił, że miał sen. A w nim Bogini Ziemi powiedziała, że stworzyła Morze Ognia jako podarek dla swojego ukochanego, Boga Morza, i wysłała klejnot w nurtach rzeki. Kiedy rzeka wyschła i książę odnalazł diament, bogini wpadła we wściekłość. Rzuciła klątwę na kamień i wszystkich jego posiadaczy.

Dzieci pochylają się do przodu, Marie-Laure wraz z nimi.

– Działanie klątwy jest następujące: właściciel kamienia będzie żył wiecznie, ale na wszystkich, których kocha, spadnie deszcz nieszczęść.

– Żyć wiecznie?

– Ale gdyby wrzucił go do morza i w ten sposób przekazał prawowitemu właścicielowi, Bogini Ziemi cofnęłaby klątwę. Książę, teraz już sułtan, zastanawiał się przez trzy dni i trzy noce, aż w końcu postanowił zatrzymać kamień. Uratował mu on życie i książę wierzył, że czyni go niepokonanym. Rozkazał obciąć kapłanowi język.

– Auć! – wzdycha najmłodszy chłopiec.

– Poważny błąd – zauważa najwyższa dziewczynka.

– Na kraj napadli wrogowie – ciągnie przewodnik – zniszczyli pałac i wymordowali wszystkich jego mieszkańców. Księcia nigdy więcej nie widziano i przez dwieście lat nikt nie słyszał o Morzu Ognia. Niektórzy twierdzili, że pocięto go na mniejsze brylanty; inni opowiadali, że książę w dalszym ciągu jest właścicielem kamienia, że żyje w Japonii lub Persji jako ubogi rolnik i że w ogóle się nie starzeje. W ten sposób kamień zniknął z kart historii. Aż pewnego dnia francuski handlarz kamieni szlachetnych, który odwiedził kopalnie Golkondy w Indiach, ujrzał ogromny oszlifowany brylant w kształcie gruszki. Sto trzydzieści trzy karaty. Prawie idealna czystość. Wielkości gołębiego jaja, pisał, błękitny jak morze, ale z iskrą ognia w środku. Podróżnik wykonał odlew brylantu i wysłał do lotaryńskiego księcia, wielkiego miłośnika klejnotów, ostrzegając go o klątwie. Książę zapragnął zostać właścicielem kamienia, więc kupiec przywiózł go do Europy, a książę kazał go osadzić w gałce laski i nigdy się z nim nie rozstawał.

– Ach…

– Po miesiącu księżna zachorowała na raka krtani. Dwóch ulubionych służących spadło z dachu i skręciło kark. Później jedyny syn księcia zginął w wypadku podczas jazdy konnej. Chociaż wszyscy mówili, że książę nigdy nie wyglądał lepiej, on sam bał się wychodzić z pałacu i przyjmować gości. W końcu uwierzył, że brylant to przeklęte Morze Ognia, i poprosił króla, by umieścił kamień w muzeum, w specjalnie zbudowanym skarbcu, który miał być zamknięty przez dwieście lat.

– I co dalej?

– I minęło sto dziewięćdziesiąt sześć lat.

Dzieci stoją przez chwilę w milczeniu. Kilkoro liczy na palcach. Później unoszą ręce.

– Możemy zobaczyć brylant?

– Nie.

– Nie wolno otworzyć nawet pierwszych drzwi?

– Nie.

– Widział go pan?

– Nie.

– Więc skąd pan wie, że naprawdę tam jest?

– Trzeba wierzyć w tę opowieść.

– Ile warte jest Morze Ognia, monsieur? Można by za niego kupić wieżę Eiffla?

– Za tak duży i rzadki brylant prawdopodobnie można by kupić pięć wież Eiffla.

Ochy i achy.

– Te wszystkie drzwi są po to, by do środka nie zakradli się złodzieje?

– Może po to, by klątwa nie wydostała się na zewnątrz? – odpowiada przewodnik i mruga.

Dzieci milkną. Kilkoro cofa się o krok. Marie-Laure zdejmuje okulary i świat staje się bezkształtny.

– Dlaczego nie wziąć brylantu i nie wrzucić do morza? – pyta.

Przewodnik spogląda na nią, dzieci także.

– Kiedy ostatni raz widziałaś, jak ktoś wrzuca do morza pięć wież Eiffla?

Rozlegają się śmiechy. Marie-Laure marszczy brwi. To tylko żelazne drzwi z mosiężną dziurką od klucza.

Zwiedzanie muzeum dobiega końca, dzieci się rozchodzą, a Marie-Laure wraca z ojcem do Wielkiej Galerii. Ojciec poprawia jej okulary i wyjmuje liść z włosów.

– Dobrze się bawiłaś, ma chérie?

Z belek pod sufitem sfruwa brązowy wróbel domowy i siada na kamiennych płytach u stóp dziewczynki. Marie-Laure wyciąga otwartą dłoń. Wróbel przekrzywia głowę i zastanawia się. Po chwili odlatuje.

Miesiąc później Marie-Laure jest już ślepa.

Zollverein

W e r n e r   P f e n n i g   d o r a s t a pięćset kilometrów na północny wschód od Paryża, w mieście o nazwie Zollverein, ośrodku górniczym o powierzchni półtora kilometra kwadratowego położonym w pobliżu Essen w Niemczech. To kraina stali, antracytu, miejsce pełne dziur w ziemi. Dymią kominy, po wysokich nasypach kolejowych jeżdżą tam i z powrotem lokomotywy, bezlistne drzewa stojące na szczytach hałd żużlu przywodzą na myśl szkielety rąk, które wynurzyły się z podziemnego świata.

Werner i jego młodsza siostra Jutta wychowują się w domu dziecka, dwukondygnacyjnym sierocińcu z cegły klinkierowej na Viktoriastrasse. W jego pokojach słychać kaszel chorych dzieci i płacz niemowląt; widać kufry z resztkami dobytku zmarłych rodziców: połatane sukienki, spatynowane sztućce otrzymane w prezencie ślubnym, spłowiałe ambrotypy ojców, którzy zginęli pod ziemią.

Wczesne dzieciństwo Wernera to okres głodu. Mężczyźni walczą o pracę przed bramami kopalni, kurze jajko kosztuje dwa miliony reichsmarek, w domu dziecka panuje gruźlica, skradając się po salach jak wilk. Owoce są tylko wspomnieniem. Nie ma masła ani mięsa. W niektóre wieczory kierowniczka musi karmić dwunastkę swoich podopiecznych ciastkami ze zmielonego ziarna gorczycy.

Ale siedmioletni Werner jakoś sobie radzi. Jest niski, ma odstające uszy i mówi wysokim, ładnym głosem; wszyscy patrzą ze zdumieniem na jego białe włosy. Kojarzą się ze śniegiem, mlekiem, kredą. Kolor, którego istotą jest nieobecność koloru. Każdego ranka zawiązuje buty, okręca się gazetą, by nie czuć zimna, wkłada palto i zaczyna badać świat. Chwyta płatki śniegi, kijanki, hibernujące żaby; wyłudza chleb od piekarzy, którzy nie mają nic do sprzedania; regularnie przynosi do kuchni mleko dla niemowląt. Robi różne rzeczy: papierowe pudełka, prymitywne dwupłatowce, drewniane stateczki z ruchomymi sterami.

Co kilka dni zaskakuje kierowniczkę pytaniami, na które nikt nie zna odpowiedzi:

– Dlaczego mamy czkawkę, Frau Eleno? – Albo: – Skoro Księżyc jest taki wielki, Frau Eleno, to dlaczego wydaje się taki mały? – Albo: – Frau Eleno, czy pszczoła wie, że musi umrzeć, jeśli kogoś użądli?

Frau Elena to protestantka z Alzacji, stara panna, która lubi dzieci i traktuje je wyrozumiale. Śpiewa ochrypłym falsetem francuskie piosenki ludowe, ma słabość do sherry i stale zasypia na stojąco. W niektóre wieczory pozwala podopiecznym siedzieć do późna i opowiada historie o swoim dzieciństwie spędzonym w cichej wiosce u podnóża gór, o półtorametrowej warstwie śniegu na dachach, o heroldach miejskich, strumieniach parujących od mrozu i winnicach pokrytych szronem: o świecie kolęd bożonarodzeniowych.

– Czy głusi słyszą bicie swojego serca, Frau Eleno? Dlaczego klej nie przylepia się do wnętrza butelki?

Frau Elena wybucha śmiechem. Gładzi Wernera po głowie i szepce:

– Mówią, że jesteś mały, Wernerze, że pochodzisz znikąd, że nie powinieneś mieć wielkich marzeń. Ale ja w ciebie wierzę. Myślę, że dokonasz czegoś wyjątkowego.

Później każe mu iść spać na małej pryczy pod oknem, którą Werner zajął dla siebie na poddaszu.

Czasem Werner i Jutta rysują. Siostra ukradkiem przychodzi do brata, leżą obok siebie na brzuchu i wymieniają się jednym ołówkiem. Jutta, choć dwa lata młodsza, ma talent. Najbardziej lubi rysować Paryż, miasto, które widziała raz na fotografii na tylnej stronie okładki jednego z romansów Frau Eleny: dachy mansardowe, kamienice otoczone leciutką mgiełką, żelazne kratownice dalekiej wieży. Rysuje spiralne białe wieżowce, skomplikowane mosty, tłumy ludzi nad brzegiem rzeki.

W inne dni, po szkole, Werner ciągnie młodszą siostrę w wózku skleconym z części znalezionych na wysypisku śmieci. Jadą z turkotem pokrytymi żwirem drogami, mijają nędzne zabudowania mieszkalne, płonące stosy śmieci, bezrobotnych górników, którzy całymi dniami siedzą na odwróconych do góry nogami drewnianych skrzynkach, nieruchomi jak posągi. Jedno z kół regularnie odpada, a Werner cierpliwie kuca obok wózka i wkręca śruby. Wokół wchodzą do cechowni tłumy górników z drugiej zmiany, gdy tymczasem górnicy z pierwszej wloką się do domów, zgarbieni, głodni, z sinymi nosami, z twarzami jak czarne czaszki pod okapami hełmów.

– Dzień dobry! – mówi wesołym tonem Werner, lecz górnicy zwykle mijają go bez słowa, może nawet go nie zauważają. Wbijają wzrok w błoto, uginają się pod ciężarem kryzysu gospodarczego i nie patrzą na surową geometrię fabryk widocznych na tle nieba.

Werner i Jutta przesiewają lśniące hałdy miału węglowego, wspinają się na góry rdzewiejących maszyn. Zrywają jeżyny i mlecze rosnące na polach. Czasami znajdują w koszach na śmieci obierki ziemniaków lub natkę marchewki, w inne dni zbierają popołudniami papier, by na nim rysować, albo stare tubki pasty do zębów, z których da się jeszcze coś wycisnąć i przerobić na kredę. Niekiedy Werner wiezie Juttę aż do bramy szybu numer 9, największego, hałaśliwego, oświetlonego płomieniami jak piec gazowy. W górze wznosi się czteropiętrowa wieża wyciągowa, kołyszą się liny, walą młoty, krzyczą mężczyźni, ze wszystkich stron rozciągają się zabudowania fabryczne o dachach z blachy falistej. Werner i Jutta patrzą na wagoniki z węglem wyjeżdżające spod ziemi i na górników, który wychodzą z cechowni, trzymając w rękach zawiniątka z jedzeniem; podążają ku wejściom do klatek wyciągowych jak owady zmierzające w stronę pułapki.

– To tu zginął ojciec – szepce Werner do siostry.

Kiedy zapada zmrok, Werner w milczeniu ciągnie małą Juttę przez ponure osiedla Zollverein: dwoje dzieci o białych włosach w bezdennej, czarnej otchłani. Niosą swoje bezwartościowe skarby na Viktoriastrasse numer 3, gdzie Frau Elena gapi się w palenisko kuchni węglowej, śpiewając zmęczonym głosem francuską kołysankę, gdy tymczasem jeden brzdąc szarpie za troczki jej fartucha, a drugi siedzi na kolanach i drze się wniebogłosy.

Magazyn kluczy

Z a ć m a   w r o d z o n a .   O b u o c z n a. Nieuleczalna. „Widzisz? – pytają lekarze. – Widzisz?”. Marie-Laure już nigdy niczego nie zobaczy. Miejsca, które dawniej wydawały się znajome – czteropokojowe mieszkanie dzielone z ojcem, kwadratowy, otoczony drzewami placyk na końcu ulicy – stały się labiryntami pełnymi niebezpieczeństw. Szuflady zawsze są nie tam, gdzie powinny. Toaleta to otchłań. Szklanka wody jest za blisko, za daleko; palce Marie-Laure są za duże, zawsze za duże.

Czym jest ślepota? Dłonie Marie-Laure napotykają pustkę w miejscu, gdzie powinna być ściana. Tam, gdzie powinna być pustka, kaleczy ją w goleń noga stołu. Na jezdni warczą samochody, w górze szepczą liście, słychać szum krwi w uchu wewnętrznym. Na klatce schodowej, w kuchni, nawet obok łóżka Marie-Laure rozlegają się głosy zrozpaczonych dorosłych:

– Biedne dziecko…

– Biedny monsieur LeBlanc…

– Nie miał łatwego życia. Jego ojciec poległ na wojnie, żona zmarła w czasie porodu, a teraz to!

– Chyba ciąży na nich klątwa…

– Popatrzcie na nią i na niego…

– Powinien ją oddać do domu opieki…

Miesiące siniaków, miesiące nieszczęść: pokoje kołyszą się jak łodzie na falach, uchylone drzwi uderzają Marie-Laure w twarz. Jedynym sanktuarium jest łóżko, gdy leży z kołdrą pod brodą, a ojciec siedzi obok w fotelu, pali kolejnego papierosa i struga jeden ze swoich maleńkich modeli. Słychać stukot młoteczka – stuk-puk – i rytmiczny, uspokajający szelest papieru ściernego.

Rozpacz nie trwa długo. Marie-Laure jest zbyt młoda, a ojciec zbyt cierpliwy. Zapewnia ją, że klątwy nie istnieją. Owszem, człowiek miewa pecha albo szczęście. Może od tego zależeć, czy dzień skończy się sukcesem lub porażką. Ale klątwy to fikcja.

Sześć razy w tygodniu budzi ją przed świtem. Marie-Laure unosi ręce, a ojciec ją ubiera. Pończochy, sukienka, sweter. Jeśli jest dość czasu, każe jej samodzielnie zawiązać buty. Później wypijają w kuchni filiżankę kawy: gorącej, mocnej i bardzo słodkiej.

O szóstej trzydzieści Marie-Laure bierze białą laskę stojącą w kącie, chwyta ojca za szlufkę paska od spodni, po czym idzie z nim do muzeum: najpierw schodami cztery piętra w dół, a potem sześć przecznic wzdłuż ulicy.

Punktualnie o siódmej ojciec otwiera drzwi numer 2. Wewnątrz czuć znajome zapachy: taśmy maszyn do pisania, woskowane parkiety, skalny pył. Kiedy idą Wielką Galerią, rozlega się znajome echo kroków. Ojciec pozdrawia nocnego strażnika, potem kustosza, zawsze te same dwa słowa powtarzane w odpowiedzi: Bonjour, bonjour.

Dwa skręty w lewo, jeden w prawo. Brzęk kluczy na kółku. Szczęk otwieranego zamka, skrzyp uchylanych drzwi.

W magazynie kluczy, w sześciu przeszklonych szafach, wiszą na haczykach tysiące kluczy. Klucze surowe, wytrychy, klucze do kłódek, klucze do zamków bębenkowych, klucze do wind i biurek. Klucze długie jak przedramię Marie-Laure i krótsze od jej kciuka.

Ojciec Marie-Laure jest głównym ślusarzem Paryskiego Muzeum Przyrodniczego. Obliczył, że w całym kompleksie muzealnym jest dwanaście tysięcy zamków: w laboratoriach, magazynach, czterech budynkach wystawowych, zwierzyńcu, szklarniach, na terenie wielohektarowego Jardin des Plantes, pełnego roślin leczniczych i dekoracyjnych, w kilkunastu bramach i pawilonach. Nikt inny nie zna się na tym dostatecznie dobrze, by zakwestionować tę ocenę.

Przez cały ranek ojciec stoi przy ladzie w magazynie i wręcza klucze pracownikom: najpierw pojawiają się opiekunowie zwierząt w zoo, około ósmej śpiesznie przybywa personel administracyjny, później laboranci, bibliotekarze i asystenci, w końcu naukowcy. Każdy klucz jest oznaczony numerem i odpowiednim kolorem.

Wszystkim pracownikom, od kustosza do dyrektora, nie wolno się rozstawać z przynależnymi im kluczami. Nikt nie może wynosić kluczy poza teren swojego budynku i nikomu nie wolno zostawiać ich na biurku. W końcu muzeum posiada bezcenną trzynastowieczną rzeźbę z jadeitu, cavansyt z Indii i rodochrozyt z Kolorado; w gablotce z zamkiem zaprojektowanym przez ojca znajduje się florencka czara apteczna wyrzeźbiona z lapis-lazuli, którą co roku badają specjaliści przybyli z odległości tysięcy kilometrów.

Ojciec ją egzaminuje. Klucz do sejfu czy do kłódki, Marie? Klucz do szafy czy klucz do zamka ryglowego? Pyta o lokalizację wystaw, o zawartość gablotek. Nieustannie wkłada jej do rąk dziwne przedmioty: żarówkę, skamieniałą rybę, pióro flaminga.

Każdego ranka przez godzinę – nawet w niedziele – każe jej studiować podręcznik alfabetu Braille’a. A to jedna kropka w górnym rogu. B to dwie kropki umieszczone pionowo. Jean. Idzie. Do. Piekarni. Jean. Idzie. Do. Rzeźnika.

Wieczorami zabiera córkę na obchód. Oliwi rygle, naprawia gabloty, poleruje tarcze herbowe. Prowadzi ją kolejnymi korytarzami, kolejnymi galeriami. Wąskie przejścia wiodą do gigantycznych bibliotek, za szklanymi drzwiami znajdują się cieplarnie pełne zapachu kompostu, wilgotnych gazet i lobelii. W muzeum są stolarnie, pracownie taksydermii, hektary półek i szuflad z okazami, muzea wewnątrz muzeum.

W niektóre popołudnia ojciec zostawia Marie-Laure w laboratorium doktora Geffarda, starego specjalisty od mięczaków, którego broda zawsze pachnie jak wilgotna wata. Doktor Geffard przerywa pracę, otwiera butelkę wina Malbec i cichym głosem opowiada Marie-Laure o rafach koralowych, które odwiedził jako młody człowiek na Seszelach, w Belize, w Zanzibarze. Nazywa ją Laurette i codziennie o trzeciej po południu je pieczoną kaczkę; przechowuje w pamięci niewyczerpany katalog łacińskich nazw gatunkowych.

Na tylnej ścianie laboratorium doktora Geffarda znajdują się szafki zawierające niezliczone szuflady. Uczony po kolei je otwiera i pozwala Marie-Laure brać do rąk muszle – trąbiki, oliwki, cesarskie zwójki z Tajlandii, skrzydelniki z Polinezji – muzeum posiada przeszło dziesięć tysięcy okazów, ponad połowę znanych gatunków, i Marie-Laure poznaje większość z nich dotykiem.

– Ta muszla, Laurette, należała do tratewnika jantina, ślepego ślimaka, który spędza całe życie na powierzchni morza. Kiedy trafia do oceanu, burzy wodę, tworząc bąbelki, po czym łączy je śluzem i buduje tratwę. Pływa na niej, żywiąc się napotkanymi bezkręgowcami morskimi. Jeśli straci tratwę, tonie i umiera…

Muszla różnonoga z rodzaju Carinaria jest jednocześnie lekka i ciężka, twarda i miękka. Rozkolec, którego doktor Geffard trzyma na biurku, zajmuje Marie-Laure przez pół godziny: zagłębiony szew, spiralne żebra pokryte guzkami, głębokie ujście; las kolców, jaskiń i nierównych powierzchni – to prawdziwe królestwo. Piórka na piersi wypchanej sikorki są niewiarygodnie miękkie, a dziób ostry jak igła. Pyłek tulipanów wydaje się złożony z mikroskopijnych kulek oleistej cieczy. Marie-Laure poznaje dotykiem różne przedmioty – korę sykomoru w parku, chrząszcza jelonka przebitego szpilką w dziale entomologii, idealnie gładkie wnętrze muszli przegrzebka w laboratorium doktora Geffarda – i uczy się je kochać.

W domu, wieczorem, ojciec stawia jej buty w tym samym miejscu, wiesza ubrania na tych samych haczykach. Marie-Laure idzie do stołu w kuchni po wyłożonej kafelkami podłodze, do której przyklejono w równych odstępach sześć pasków przeciwpoślizgowych, a później podąża do toalety wzdłuż sznurka rozpiętego między stołem a drzwiami. Ojciec podaje obiad na okrągłym talerzu i wyjaśnia, gdzie leżą różne części posiłku, porównując talerz do tarczy zegara. Godzina szósta to ziemniaki, ma chérie. Godzina trzecia to grzyby. Później zapala papierosa, siada przy stole roboczym w rogu kuchni i zabiera się do pracy nad swoimi miniaturkami. Buduje zmniejszony model całej okolicy: kamienice o wysokich oknach, kratki ściekowe w jezdniach, laverie, boulangerie i kończący ulicę niewielki placyk z czterema ławkami i dziesięcioma drzewami. W ciepłe dni Marie-Laure otwiera okno sypialni i słucha dźwięków wieczoru, który zapada nad balkonami, dachami i kominami, senny i spokojny, aż w jej wyobraźni zaciera się różnica między rzeczywistością a miniaturą.

We wtorki muzeum jest zamknięte. Marie-Laure i ojciec śpią do późna; piją kawę gęstą od cukru. Idą do Panteonu, na targ kwiatowy, spacerują wzdłuż Sekwany. Od czasu do czasu odwiedzają księgarnię. Ojciec wręcza jej słownik, czasopismo, magazyn z fotografiami.

– Ile stron, Marie-Laure?

Dziewczynka przesuwa paznokciem po grzbiecie.

– Pięćdziesiąt dwie? Siedemset pięć? Sto trzydzieści dziewięć?

Ojciec odgarnia jej włosy z uszu, huśta wysoko. Nazywa ją swoim émerveillement. Mówi, że jej nie opuści nawet za milion lat.

Radio

O ś m i o l e t n i   W e r n e r   g r z e b i e w śmieciach na tyłach szopy służącej jako składzik i znajduje coś, co przypomina dużą szpulkę nici. Przedmiot składający się z bębna z nawiniętym drucikiem i dwóch dysków z sosnowego drewna. Z górnej części wychodzą trzy postrzępione przewody elektryczne. Na końcu jednego z nich wisi niewielka słuchawka.

Obok brata kuca sześcioletnia Jutta z okrągłą buzią i zmierzwionymi jasnymi włosami.

– Co to takiego?

– Chyba znaleźliśmy radio – odpowiada Werner, który czuje się tak, jakby otworzyły się przed nimi wrota jaskini pełnej skarbów.

Dotychczas widywał radia tylko przelotnie: duże odbiorniki za koronkowymi firankami w domach urzędników, przenośny aparat w hotelu górniczym, inny w refektarzu kościoła. Nigdy żadnego nie dotykał.

Werner i Jutta przemycają urządzenie na Viktoriastrasse numer 3 i oglądają je przy świetle lampy elektrycznej. Czyszczą, rozplątują przewody, usuwają błoto ze słuchawki.

Nie działa. Przychodzą inne dzieci, stają nad nimi, dziwią się, po czym uznają, że sprawa jest beznadziejna, i stopniowo tracą zainteresowanie. Ale Werner zanosi odbiornik do swojej sypialni na poddaszu i przygląda mu się całymi godzinami. Odłącza wszystko, co da się odłączyć, kładzie części na podłodze i studiuje w świetle.

Trzy tygodnie po odnalezieniu radia, w słoneczne popołudnie, gdy wszystkie inne dzieci w Zollverein prawdopodobnie przebywają na dworze, Werner zauważa, że najdłuższy przewód, cieniutka miedziana nić nawinięta setki razy na główny bęben, jest przerwany w kilku miejscach. Powoli, skrupulatnie odwija drucik, zanosi splątany kłąb miedzi na parter i woła Juttę, by mu pomogła. Łączy drucik w jedną całość i znów nawija go na bęben.

– Spróbujmy teraz – szepce, przyciska słuchawkę do ucha i porusza suwakiem, który uznał za przyrząd do strojenia radia.

Słyszy szum i trzaski. Później z głębi słuchawki płynie strumień samogłosek. Wernerowi przestaje bić serce, ma wrażenie, że głos odbija się echem w jego głowie.

Dźwięki znikają równie szybko, jak się pojawiły. Popycha suwak o kilka milimetrów. Coraz silniejszy szum. Kolejne milimetry. Nic.

W kuchni Frau Elena ugniata ciasto na chleb. W zaułku krzyczą chłopcy. Werner porusza suwakiem tam i z powrotem.

Biały szum, trzaski.

Już ma zamiar oddać słuchawkę Jutcie, gdy nagle – czysto i wyraźnie, gdzieś w połowie cewki – słyszy szybkie, ostre tony smyczka przesuwającego się po strunach skrzypiec. Stara się trzymać suwak zupełnie nieruchomo. Do pierwszych skrzypiec dołączają drugie. Jutta podchodzi do Wernera, patrzy na niego rozszerzonymi oczyma.

Rozlegają się dźwięki fortepianu. Później klarnetów i obojów. Skrzypce przyśpieszają, klarnety podążają za nimi. Słychać kolejne instrumenty. Flety? Harfy? Muzyka staje się coraz szybsza, wydaje się zapętlać wokół siebie.

– Werner? – szepce Jutta.

Chłopiec mruga, przełyka łzy. Kuchnia wygląda tak samo jak zawsze: dwa krucyfiksy, pył wirujący w otwartym palenisku kuchni, kilkanaście warstw farby łuszczących się na listwach przypodłogowych. Nad zlewem wisi haft przedstawiający zaśnieżoną wioskę Frau Eleny w Alzacji. A teraz pojawiła się muzyka. Jakby w głowie Wernera ożyła mikroskopijna orkiestra.

Ma wrażenie, że pokój zaczyna powoli wirować. Siostra powtarza głośniej jego imię, a on przyciska słuchawkę do jej ucha.

– Muzyka – mówi Jutta.

Sygnał jest tak słaby, że wystarczy odsunąć słuchawkę na piętnaście centymetrów, by nie dobiegały z niej żadne dźwięki. Werner stara się trzymać suwak w zupełnym bezruchu. Ale obserwuje twarz zasłuchanej siostry, która mruga powiekami, a w kuchni Frau Elena unosi ręce białe od mąki, przekrzywia głowę i przygląda się Wernerowi. Do domu wpadają dwaj starsi chłopcy i stają jak wryci, wyczuwając zmianę nastroju. Stojące nieruchomo na podłodze niewielkie radio z czterema przewodami i długą anteną wydaje się wszystkim czymś cudownym.

Zabierzcie nas do domu

M a r i e - L a u r e   z w y k l e   p o t r a f i rozwiązać łamigłówki przygotowywane przez ojca na urodziny. Często są to drewniane domki zawierające ukryty prezent. Aby je otworzyć, trzeba wykonać ciąg skomplikowanych czynności: wyczuć paznokciem spojenie, przesunąć podstawę w prawą stronę, wyjąć poręcz, znaleźć umieszczony w niej kluczyk, otworzyć górną część i wydobyć z jej wnętrza bransoletkę.

Na siódme urodziny Marie-Laure dostaje maleńką drewnianą chatkę, która stoi na środku stołu w kuchni zamiast cukiernicy. Wysuwa tajną szufladkę w podstawie, odszukuje pod nią schowek, wyjmuje drewniany kluczyk i wsuwa do komina. W domku znajduje się kwadratowa szwajcarska czekoladka.

– Cztery minuty – mówi ze śmiechem ojciec. – W przyszłym roku muszę się bardziej starać!

Jednak, inaczej niż w przypadku łamigłówek, Marie-Laure długi czas nie rozumie zbudowanego przez ojca modelu najbliższej okolicy. Na przykład miniaturowe skrzyżowanie rue de Mirbel i rue Monge, położone zaledwie przecznicę od ich mieszkania, zupełnie nie przypomina prawdziwego. Na rzeczywistej ulicy Marie-Laure czuje się jak w amfiteatrze pełnym dźwięków i zapachów: jesienią dociera do niej woń samochodów i oleju rycynowego, chleba z piekarni, kamfory z apteki Aventa, ostróżek, groszku pachnącego i róż ze straganu z kwiatami. W zimowe dni w powietrzu unosi się zapach pieczonych kasztanów, w letnie wieczory ulica staje się leniwa i senna, słychać ciche rozmowy i szuranie ciężkich żelaznych foteli.

Ale model tego samego skrzyżowania zbudowany przez ojca pachnie tylko zaschniętym klejem i trocinami. Ulice są puste, chodniki statyczne; model stanowi zaledwie mikroskopijną, niedoskonałą kopię. Ojciec nalega, by Marie-Laure dotykała palcami poszczególnych elementów, rozpoznawała domy, zapamiętywała kąty między ulicami. Pewnego zimnego wtorku w grudniu, kiedy Marie-Laure jest niewidoma już od roku, prowadzi ją rue Cuvier do skraju Jardin des Plantes.

– Oto droga, którą chodzimy codziennie rano, ma chérie. Z przodu, za cedrami, jest Wielka Galeria.

– Wiem, tato.

Ojciec podnosi córkę i obraca ją trzy razy.

– A teraz zaprowadź nas do domu – mówi.

Marie-Laure ze zdziwienia otwiera usta.

– Przypomnij sobie wygląd modelu, Marie.

– Nie mogę!

– Będę szedł jeden krok za tobą. Nic ci nie grozi. Masz laskę. Wiesz, gdzie jesteś.

– Nie wiem!

– Wiesz.

Rozpacz. Marie-Laure nie potrafi nawet powiedzieć, czy ogród jest z przodu, czy z tyłu.

– Uspokój się, Marie. Centymetr po centymetrze.

– To daleko, tato. Co najmniej sześć przecznic.

– Zgadza się, sześć przecznic. Staraj się myśleć logicznie. Dokąd najpierw powinniśmy iść?

Świat wiruje, wszędzie rozlegają się hałasy. Kraczą kruki, piszczą hamulce, ktoś po lewej stronie Marie-Laure uderza w metal jakimś narzędziem, prawdopodobnie młotkiem. Dziewczynka posuwa się powoli do przodu, aż czubek jej laski zawisa w powietrzu. Skraj krawężnika? Staw, schody, przepaść? Marie-Laure obraca się o dziewięćdziesiąt stopni. Trzy kroki do przodu. Nagle laska napotyka podstawę ściany.

– Tato?

– Jestem przy tobie.

Sześć kroków, siedem kroków, osiem. Głośny hałas – z domu wyjeżdża z rykiem samochód firmy dezynsekcyjnej i wyprzedza ich. Po dwunastu krokach dźwięczy dzwonek przywiązany do klamki drzwi sklepu, na ulicę wychodzą dwie kobiety i potrącają Marie-Laure.

Dziewczynka upuszcza laskę; zaczyna płakać. Ojciec obejmuje córkę, tuli do wąskiej piersi.

– Gubię się… – szepce Marie-Laure.

– Dasz sobie radę, dziecko.

Nie potrafi.

Rodzi się coś nowego

K i e d y   p o z o s t a ł e   d z i e c i   g r a j ą na ulicy w klasy albo kąpią się w kanale, Werner siedzi samotnie w sypialni na poddaszu i eksperymentuje z odbiornikiem radiowym. Po tygodniu potrafi go rozmontować i złożyć z zamkniętymi oczami. Kondensator, wzbudnik, cewka, słuchawki. Jeden drut stanowi uziemienie, drugi antenę. Jeszcze nigdy Werner nie miał do czynienia z czymś równie sensownym.

Znajduje w rupieciarni potrzebne rzeczy: kawałki miedzianego drutu, śruby, zgięty śrubokręt. Od żony aptekarza wyłudza zepsutą słuchawkę, wykręca solenoid ze starego dzwonka i buduje głośnik. Po miesiącu udaje mu się zupełnie zmienić konstrukcję odbiornika; dodaje w kilku miejscach nowe części i podłącza urządzenie do źródła prądu.

Każdego wieczoru znosi radio na parter, a Frau Elena pozwala swoim podopiecznym słuchać przez godzinę. Odbierają dzienniki radiowe, koncerty, opery, występy chóru narodowego i zespołów ludowych. W pokoju siedzi tuzin dzieci i Frau Elena, drobna i krucha jak dziecko.

Żyjemy w ciekawych czasach – mówi radio. Nie skarżymy się. Stoimy mocno nogami na ziemi i nie złamie nas żaden nieprzyjacielski atak.

Starsze dziewczęta lubią konkursy piosenkarskie, gimnastykę przy muzyce, stałą audycję zatytułowaną Wiosenne rady dla zakochanych, której nie znoszą młodsze dzieci. Chłopcom podobają się słuchowiska, dzienniki, piosenki wojskowe. Jutta lubi jazz. Werner lubi wszystko. Skrzypce, rogi, bębny, mowa – czyjeś usta mówiące w tej samej chwili do dalekiego mikrofonu – fascynuje go magia radia.

Czy to dziwne, że naród niemiecki wypełnia coraz większa odwaga, pewność i optymizm? – pyta głos dobiegający z głośnika. Czy z ofiarnej gotowości nie rodzi się płomień nowej wiary?

I rzeczywiście, w miarę upływu tygodni Werner ma wrażenie, że rodzi się coś nowego. Wzrasta wydobycie kopalni, spada bezrobocie. W niedzielę na kolację pojawia się mięso. Jagnięcina, baranina, sznycle – luksusy, o których wcześniej nikt nie słyszał. Frau Elena kupuje nową kanapę obitą pomarańczowym sztruksem i kuchnię z czarnymi fajerkami. Konsystorz w Berlinie przysyła trzy nowe Biblie, robotnicy dostarczają od zaplecza bojler, w którym podgrzewa się wodę do prania. Werner dostaje nowe spodnie, a Jutta własną parę butów. W domach sąsiadów dzwonią telefony.

Pewnego popołudnia, wracając ze szkoły do domu, Werner zatrzymuje się przed drogerią i przyciska nos do wysokiej wystawy: ustawiono na niej maszerującą kolumnę sześćdziesięciu szturmowców SA o wysokości dwóch i pół centymetra. Każdy nosi brunatną koszulę, a na ramieniu ma mikroskopijną czerwoną opaskę ze swastyką. Niektórzy trzymają flety, inni bębny, kilku oficerów jedzie na lśniących czarnych ogierach. Nad nimi kręci się w kółko niewielki blaszany samolocik zawieszony na drutach; ma pływaki i obracające się śmigło; ciągły ruch robi hipnotyzujące wrażenie. Werner długo obserwuje go przez szybę, usiłując zrozumieć zasadę działania zabawki.

Zapada noc, jest jesień 1936 roku. Werner zanosi radio na parter i stawia je na kredensie. Pozostałe dzieci wiercą się niecierpliwie. Słychać lekkie buczenie rozgrzewającego się odbiornika. Werner robi krok do tyłu, trzymając ręce w kieszeniach. Z głośnika dobiega piosenka śpiewana przez chór dziecięcy: Chcemy tylko pracować, pracować, pracować, pracować, chcemy pracować na chwałę Ojczyzny. Później rozpoczyna się słuchowisko nadawane przez państwową rozgłośnię w Berlinie: opowieść o najeźdźcach, którzy zakradają się w nocy do wioski.

Dwanaścioro dzieci słucha z otwartymi ustami. Najeźdźcy to ludzie o haczykowatych nosach: właściciele domów towarowych, jubilerzy oszuści, nieuczciwi bankierzy. Sprzedają bezwartościowe świecidełka, pozbawiają pracy sklepikarzy od dawna handlujących we wsi. Wkrótce planują mordowanie niemieckich dzieci we śnie. W końcu czujna, skromna sąsiadka zaczyna pojmować, co się dzieje. Pojawia się policja: potężnie zbudowani, przystojni funkcjonariusze o wspaniałych głosach. Wyłamują drzwi i aresztują najeźdźców. Orkiestra gra marsz patriotyczny. Wszyscy są znowu szczęśliwi.

Światło

P r z e z   w i e l e   k o l e j n y c h   w t o r k ó w Marie-Laure nie daje sobie rady. Prowadzi rozgniewanego, sfrustrowanego ojca okrężnymi drogami, aż mijają kilka przecznic i znajdują się dalej od domu niż w miejscu, z którego wyruszyli. Ale zimą, gdy ma osiem lat, ku swojemu zdumieniu zaczyna się orientować w topografii miasta. Dotyka palcami modelu w kuchni, licząc miniaturowe ławeczki, drzewa, lampy, bramy. Każdego dnia pojawia się jakiś nowy detal – każda kratka ściekowa, ławka w parku i hydrant w modelu ma swój odpowiednik w rzeczywistym świecie.

Nim Marie-Laure popełnia błąd, doprowadza ojca coraz bliżej domu. Cztery przecznice, trzy przecznice, dwie. I pewnego śnieżnego ranka w marcu, gdy ojciec prowadzi ją do nowego miejsca, bardzo blisko brzegu Sekwany, obraca trzy razy i mówi: „Zaprowadź nas do domu”, Marie-Laure po raz pierwszy nie czuje przypływu lęku.

Kuca na chodniku.

Otacza ją cichutki, metaliczny odgłos padającego śniegu. Uspokój się. Słuchaj.

Ulicami jadą samochody, rozchlapując wodę zmieszaną ze śniegiem, która chlupoce w błotnikach. Marie-Laure słyszy płatki śniegu uderzające w gałęzie drzew. Czuje zapach cedrów w Jardin des Plantes w odległości czterystu metrów. Pod ziemią rozlega się łoskot przejeżdżającego pociągu metra: to quai Saint-Bernard. W górze słychać szelest gałęzi: to wąski pas drzew za działem paleontologii. Marie-Laure zdaje sobie sprawę, że musi się znajdować na rogu nabrzeża Sekwany i rue Cuvier.

Sześć przecznic, czterdzieści budynków, dziesięć malutkich drzewek tworzących kwadrat. Te ulice się krzyżują, tamte się krzyżują. Centymetr po centymetrze.

Ojciec porusza kluczami w kieszeniach. Z przodu wznoszą się wysokie, piękne domy, które ciągną się wzdłuż parku. Dźwięki odbijają się echem od ich ścian.

– Skręćmy w lewo – mówi Marie-Laure.

Ruszają rue Cuvier. Zbliżają się do nich trzy kaczki, które lecą w stronę Sekwany, poruszając skrzydłami w identycznym rytmie. Kiedy znajdują się nad ich głowami, Marie-Laure wyobraża sobie, że czuje światło padające na ich skrzydła, muskające każde pióro z osobna.

W lewo, w rue Geoffroy-Saint-Hilaire. W prawo, w rue Daubenton. Trzy kratki ściekowe, cztery kratki, pięć. Po lewej stronie powinno być żelazne ogrodzenie Jardin des Plantes, którego cienkie pręty przywodzą na myśl wielką klatkę dla ptaków.

Po drugiej stronie ulicy : piekarnia, rzeźnik, delikatesy.

– Możemy przejść przez jezdnię, tato?

– Tak.

W prawo. Potem prosto. Są już na ulicy, na której mieszkają; Marie-Laure jest tego pewna. Ojciec, idący krok za nią, unosi głowę i szeroko uśmiecha się do nieba. Marie-Laure wie o tym, choć jest odwrócona plecami, chociaż ojciec milczy, chociaż jest ślepa – jego gęste włosy są mokre od śniegu i sterczą we wszystkich kierunkach, na ramionach przekrzywił mu się szalik, na rozpromienionej twarzy osiadają płatki śniegu.

Są w połowie rue des Patriarches. Dotarli przed swój dom. Marie-Laure odnajduje pień kasztana, który rośnie przed jej oknem na trzecim piętrze, i palcami dotyka kory.

Stary przyjaciel.

Po upływie pół sekundy ojciec chwyta ją w objęcia i unosi w powietrze. Marie-Laure uśmiecha się, a ojciec śmieje się czystym, zaraźliwym śmiechem, który córka zapamięta do końca życia. Oboje wirują na chodniku przed swoim domem i śmieją się razem, obsypywani płatkami śniegu przelatującego przez gałęzie nad ich głowami.

Łopoce przed nami nasz sztandar

W Z o l l v e r e i n ,   w i o s n ą, gdy Werner ma dziesięć lat, dwaj najstarsi chłopcy z domu dziecka – trzynastoletni Hans Schilzer i czternastoletni Herribert Pomsel – zarzucają na ramiona stare plecaki i idą do lasu. Kiedy wracają, są członkami Hitlerjugend.

Mają proce i repliki włóczni, ćwiczą zasadzki, ukrywając się za zaspami śniegu. Dołączają do gangu zbuntowanych górniczych synów, którzy w krótkich spodniach i z podwiniętymi rękawami siedzą na placu targowym.

– Dzień dobry! – wrzeszczą do przechodniów. – Albo Heil Hitler, jeśli wolicie!

Hans i Herribert strzygą się w podobny sposób, uprawiają zapasy i chełpią się ćwiczeniami strzeleckimi, do których się przygotowują, opowiadają o szybowcach, na których będą latać, i wieżyczkach czołgów, które będą obsługiwać. Nasz sztandar to symbol nowej ery – śpiewają. Nasz sztandar prowadzi nas do wieczności. W czasie posiłków karcą młodsze dzieci za podziw dla rzeczy pochodzących z zagranicy: reklamy brytyjskiego samochodu, francuskiej książki z obrazkami.

Pozdrawiają się w komiczny sposób, ich mundury wyglądają śmiesznie. Ale Frau Elena obserwuje chłopców z niepokojem: jeszcze tak niedawno byli dzikimi dziećmi, siedzieli w łóżeczkach i płakali za matkami. Teraz stali się nastoletnimi bandziorami o poranionych pięściach, noszącymi w kieszeniach na piersi pocztówki z wizerunkiem Führera.

W obecności Hansa i Herriberta Frau Elena coraz rzadziej mówi po francusku. Pamięta o swoim akcencie. Każde spojrzenie którejś z sąsiadek wywołuje w niej niepokój.

Werner stara się nie zwracać na siebie uwagi. Skakać przez ogniska, nacierać policzki popiołem, czepiać się małych dzieci? Niszczyć rysunki Jutty? Dochodzi do wniosku, że znacznie lepiej nie rzucać się w oczy, pozostawać w cieniu. Czytał w miejscowym sklepiku popularne magazyny o tematyce naukowej; interesuje go turbulencja fal, chodniki biegnące do wnętrza Ziemi, nigeryjski sposób przekazywania wiadomości na odległość za pomocą bębnów. Kupuje notatnik i rysuje plany komór parowych, detektorów jonów, okularów rentgenowskich. A może zainstalować w kołysce niewielki motorek, by huśtał niemowlę i pomagał mu zasnąć? Albo przymocować resory do osi wózka, by łatwiej go było ciągnąć pod górę?

Do domu dziecka przychodzi urzędnik Ministerstwa Pracy, by opowiedzieć o perspektywach zatrudnienia w kopalniach. Dzieci siedzą u jego stóp w najczystszych ubraniach. Mężczyzna wyjaśnia, że w wieku piętnastu lat wszyscy chłopcy bez wyjątku rozpoczną pracę pod ziemią. Opowiada o chwale pracy i o tym, że są szczęściarzami, gdyż mają zapewnione zatrudnienie. Kiedy bierze do rąk radio Wernera i bez słowa odstawia je na stół, chłopiec ma wrażenie, że obniża się sufit i że zbliżają się do siebie ściany.

Jego ojciec zginął w kopalni, półtora kilometra pod ziemią. Ciała nigdy nie odnaleziono. Duch ojca w dalszym ciągu krąży po wyrobiskach.

– Wasz region, wasza ziemia to źródło potęgi narodu – mówi urzędnik. – Stal, węgiel, koks. Berlin, Frankfurt, Monachium nie mogłyby istnieć bez Zollverein. Tworzycie fundamenty nowego ładu, dostarczacie pociski do armat i pancerze na czołgi.

Hans i Herribert spoglądają oszołomionym wzrokiem na skórzaną kaburę z pistoletem, którą nosi urzędnik. Na kredensie gra radio Wernera.

Mówi: W ciągu ostatnich trzech lat nasz przywódca odważnie stawił czoło Europie, której groził kryzys…

Mówi: Tylko jemu powinniśmy być wdzięczni za to, że niemieckie dzieci czują, iż w naszej ojczyźnie znowu warto żyć.

W osiemdziesiąt dni dookoła świata

S z e s n a ś c i e   k r o k ó w   d o   f o n t a n n y, szesnaście z powrotem. Czterdzieści dwa do schodów, czterdzieści dwa z powrotem. Marie-Laure rysuje w mózgu mapy, rozwija sto metrów wyobrażonej nici, a potem odwraca się i z powrotem ją zwija. Botanika pachnie klejem, bibułą i zasuszonymi roślinami. Paleontologia pachnie pyłem skalnym, pyłem kostnym. Biologia pachnie formaliną i starymi owocami; w dziale tym stoi mnóstwo ciężkich, chłodnych słojów, w których pływają dziwne rzeczy znane jej tylko z opisu: blade zwoje grzechotników, ucięte łapy goryli. Entomologia pachnie oliwą i kulkami na mole; doktor Geffard wyjaśnia, że jest to środek konserwujący o nazwie chemicznej „naftalen”. Biura pachną kalką do papieru, dymem cygar, koniakiem lub perfumami. Albo wszystkim naraz.

Marie-Laure podąża wzdłuż przewodów i rur, poręczy i lin, żywopłotów i chodników. Zaskakuje ludzi. Nigdy nie wie, czy palą się światła.

Dzieci, z którymi rozmawia, zadają mnóstwo pytań. Czy to boli? Czy zamykasz oczy we śnie? Skąd wiesz, która godzina?

Ślepota nie boli, wyjaśnia Marie-Laure. I nie ma mroku, jak sobie wyobrażają. Wszystko składa się z pajęczyn i sieci zmieniających się dźwięków, powierzchni o różnej gładkości. Marie-Laure okrąża Wielką Galerię, stąpając po skrzypiących deskach; słyszy kroki ludzi wchodzących lub schodzących po schodach, słyszy płacz dziecka, westchnienie zmęczonej babci siadającej na ławce.

Barwy – to inna rzecz, której nie spodziewają się ludzie. W wyobraźni, w snach Marie-Laure wszystko jest kolorowe. Budynki muzeum są beżowe, kasztanowe, orzechowe. Naukowcy są fioletowi, cytrynowożółci i rudzi jak lisy. W głośniku radia w wartowni odzywają się akordy fortepianu i w stronę magazynu kluczy płyną fale głębokiej czerni i błękitu. Dzwony kościołów wypełniają okna brązową poświatą. Pszczoły są srebrne, gołębie rude i brązowe, niekiedy złociste. Ogromne cyprysy, które Marie-Laure i jej ojciec mijają w czasie porannego spaceru, przypominają lśniące kalejdoskopy: każda igła jest świetlistym wielokątem.

Marie-Laure nie pamięta matki, ale wyobraża ją sobie jako białą, cichą, świetlistą istotę. Ojciec mieni się tysiącem barw: opal, truskawka, czerwień, ciemny brąz, dzika zieleń, woń oliwy i metalu, szczęk zapadki zamka wskakującej na miejsce, brzęk kluczy na kółku, gdy idzie. Kiedy rozmawia z kierownikiem działu, jest oliwkowozielony; w czasie pogawędki z mademoiselle Fleury ze szklarni staje się pomarańczowy; gdy próbuje gotować, robi się jasnoczerwony. Pracując wieczorami przy warsztacie, lśni jak szafir; prawie niedosłyszalnie nuci pod nosem jakąś melodię, a czubek jego papierosa przypomina niebieski kryształ.

Marie-Laure gubi się w muzeum, po czym różne osoby – sekretarki, botanicy, a raz nawet jeden z asystentów dyrektora – odprowadzają ją do magazynu kluczy. Jest ciekawa, chce wiedzieć, czym się różnią algi i porosty, czym się różni Diplodon charruanus od Diplodon delodontus. Sławni ludzie biorą ją za łokieć, prowadzą po ogrodach albo pomagają wejść schodami.

– Ja też mam córkę – mówią. Albo: – Znalazłem ją wśród kolibrów.

– Toutes mes excuses – odpowiada ojciec. Zapala papierosa, wyjmuje z kieszeni córki kolejne klucze. – Co mam z tobą począć? – szepce.

Kiedy Marie-Laure budzi się w dniu swoich dziewiątych urodzin, znajduje dwa prezenty. Pierwszy to drewniane pudełko; nie potrafi go otworzyć. Obraca je w dłoniach w różne strony. Po dłuższej chwili zdaje sobie sprawę, że w środku znajduje się ukryta sprężyna; naciska ściankę we właściwym miejscu i pudełko się otwiera. W środku jest kostka sera Camembert, który Marie-Laure wkłada natychmiast do ust.

– To było zbyt łatwe! – mówi ojciec i wybucha śmiechem.

Drugi prezent jest ciężki, owinięty w papier i przewiązany sznurkiem. W środku znajduje się ogromna książka oprawiona jak skoroszyt. W alfabecie Braille’a.

– Mówili, że to powieść dla chłopców. Albo bardzo awanturniczych dziewczynek. – Marie-Laure słyszy, że ojciec się uśmiecha.

Przesuwa czubkami palców po wypukłościach na stronie tytułowej. W. Osiemdziesiąt. Dni. Dookoła. Świata.

– To za drogi prezent, tato.

– Nie przejmuj się tym.

Tego ranka Marie-Laure wślizguje się pod ladę magazynu kluczy, kładzie się na brzuchu i dotyka dziesięcioma palcami pierwszej linijki książki. Francuski wydaje się staroświecki, Marie-Laure jest nieprzyzwyczajona do tak blisko wydrukowanych kropek. Ale po tygodniu czytanie staje się łatwe. Znajduje wstążkę służącą jako zakładka, otwiera książkę i muzeum znika.

Tajemniczy pan Fogg prowadzi uporządkowane życie. Jego służącym zostaje posłuszny Jean Passepartout. Kiedy po dwóch miesiącach Marie-Laure dociera do ostatniego zdania powieści, wraca na pierwszą stronę i zaczyna od nowa. W nocy dotyka palcami modelu ojca: dzwonnica, wystawy sklepów. Wyobraża sobie Juliusza Verne’a, jak chodzi ulicami, gawędzi ze sprzedawcami w sklepach; centymetrowy piekarz wkłada do pieca bochenki wielkości ziarenek maku, trzech mikroskopijnych włamywaczy obmyśla plany kradzieży, jadąc powoli obok sklepu jubilerskiego; rue de Mirbel wypełniają hałaśliwe samochodziki z poruszającymi się wycieraczkami. Na rue des Patriarches, za oknem na trzecim piętrze, przy miniaturowym warsztacie siedzi miniaturowy sobowtór ojca, podobnie jak w prawdziwym życiu, i szlifuje papierem ściernym mikroskopijny kawałek drewna. Po drugiej stronie pokoju siedzi miniaturowa dziewczynka, koścista i inteligentna, z otwartą książką na kolanach. W jej piersi bije coś ogromnego, pełnego tęsknoty, pozbawionego lęku.

Profesor

–   M u s i s z   p r z y r z e c – mówi Jutta. – Przyrzekasz?

Wśród zardzewiałych beczek, dziurawych dętek i rojących się od robaków zwałów śmieci leżących na brzegu strumienia znalazła dziesięć metrów miedzianego drutu. Oczy ma jak gwiazdy.

Werner spogląda na drzewa, strumień, z powrotem na siostrę.

– Przyrzekam.

Razem przemycają drut do domu i rozpinają go na gwoździach na okapie obok okna. Później podłączają do radia. Prawie natychmiast na falach krótkich rozlega się głos człowieka mówiącego dziwnym językiem pełnym szeleszczących dźwięków.

– To rosyjski?

Werner uważa, że węgierski. Jutta otwiera szeroko oczy. Na poddaszu panuje półmrok, jest gorąco.

– Jak daleko jest stąd do Węgier?

– Tysiąc kilometrów?

Jutta otwiera szeroko usta.

Okazuje się, że do Zollverein docierają głosy z całego kontynentu, przez chmury, pył węglowy, dach. Aż roi się od nich w powietrzu. Obok skali zaznaczonej przez Wernera na cewce regulującej częstotliwość Jutta starannie zapisuje nazwy miast, które mogą odbierać. Werona 65, Drezno 88, Londyn 100. Rzym. Paryż. Lyon. Fale krótkie w nocy: kraina marzycieli i fantastów, szaleńców i maniaków.

Po modlitwie wieczornej i zgaszeniu świateł Jutta zakrada się do pokoiku brata; leżą obok siebie, stykając się biodrami, i słuchają aż do północy, do pierwszej, drugiej. Słuchają brytyjskich serwisów informacyjnych, których nie rozumieją, słuchają głosu kobiety z Berlina, która wygłasza napuszoną pogadankę na temat makijażu odpowiedniego na koktajl party.

Pewnego wieczoru Werner i Jutta łapią audycję pełną trzasków. Młody człowiek mówiący dziwnym, nienaturalnym głosem opowiada po francusku o świetle.

Mózg jest pogrążony w całkowitej ciemności, to oczywiste, dzieci – mówi. Unosi się w czaszce w przejrzystej cieczy w zupełnym mroku. A jednak tworzy wyobrażenie świata, w którym istnieje światło, barwy i ruch. A zatem, dzieci, jak to się dzieje, że mózg, który nie zna światła, potrafi stworzyć świat pełen światła?

Rozlegają się syki i trzaski.

– Co to takiego? – szepce Jutta.

Werner nie odpowiada. Francuz mówi aksamitnym głosem. Jego akcent różni się od akcentu Frau Eleny, a jednak ów człowiek przemawia z taką pasją, w tak hipnotyzujący sposób, że Werner rozumie każde słowo. Francuz opowiada o złudzeniach optycznych, elektromagnetyzmie; następuje pauza i pojawiają się zakłócenia, jakby odwracano płytę gramofonową, a potem mówi z entuzjazmem o węglu:

Zastanówcie się nad kawałkiem węgla płonącym w piecu w waszym domu. Widzicie go, dzieci? Ta bryła węgla była kiedyś zieloną rośliną, paprocią lub trzciną, która żyła przed milionem lat, może dwa miliony lat temu, a może sto milionów. Potraficie sobie wyobrazić sto milionów lat? Roślina rosła tylko przez jeden rok, jej liście pochłaniały światło i przekształcały energię słoneczną w materię organiczną. W korę, gałązki, łodygi. Rośliny żywią się światłem, podobnie jak my jedzeniem. Ale później roślina umarła i przewróciła się, prawdopodobnie do wody, po czym zmieniła się w torf, który przez wiele lat tkwił w głębinach ziemi – przez wiele eonów, przy których miesiące, dekady, a nawet całe ludzkie życie to tylko mgnienie oka, pstryknięcie palcami. W końcu torf zmienił się w kamień, ktoś go wykopał, węglarz przywiózł go do waszych domów, może włożyliście go do pieca wy sami i dziś wieczorem wasz dom jest ogrzewany przez światło słoneczne sprzed stu milionów lat…

Czas zwalnia. Poddasze znika. Podobnie Jutta. Czy ktoś kiedykolwiek opowiadał tak ciekawie o rzeczach, które najbardziej interesują Wernera?

Otwórzcie oczy i popatrzcie na to, co możecie zobaczyć, nim zamkniecie je na zawsze – kończy Francuz.

Rozlegają się dźwięki fortepianu, nostalgiczna melodia, która kojarzy się Wernerowi ze złotą łodzią płynącą po ciemnej rzece, ciąg harmonijnych tonów przemieniający Zollverein w ruinę: domy zmienione w mgłę, zawalone kopalnie, przewrócone kominy, ulice zalane przez starożytne morze, powietrze pełne obietnic.

Morze Ognia

W   p a r y s k i m   m u z e u m   k r ą ż ą   p o g ł o s k i podawane z ust do ust; wirują jak jaskrawe szaliki. Muzeum zastanawia się nad włączeniem do ekspozycji pewnego klejnotu, najcenniejszego w całych swoich zbiorach.

– Podobno kamień pochodzi z Japonii. – Marie-Laure podsłuchuje rozmowę dwóch wypychaczy zwierząt. – Jest bardzo stary, w jedenastym wieku należał do jednego z szogunów.

– Słyszałem, że od dawna jest naszą własnością – odpowiada rozmówca. – Że przez cały czas znajdował się w skarbcu, ale z jakichś przyczyn prawnych nie mogliśmy go eksponować.

Jednego dnia to rzadka odmiana wodorowęglanu magnezu, a nazajutrz szafir gwiaździsty, który wywołałby pożar w ludzkim sercu, gdyby ktoś go dotknął. Później brylant, z pewnością brylant. Niektórzy nazywają go Klejnotem Pasterza, inni Khon-Ma, lecz wkrótce wszyscy mówią o Morzu Ognia.

Marie-Laure myśli. Minęły cztery lata.

– Klątwa – szepce strażnik w wartowni. – Sprowadza nieszczęścia na swoich właścicieli. Słyszałem, że wszyscy popełnili samobójstwo.

Drugi głos mówi:

– Podobno jeśli ktoś go dotknie gołą ręką, umiera w ciągu tygodnia.

– Nie, nie, jeśli go trzymasz, nie możesz umrzeć, ale otaczający cię ludzie umierają w ciągu miesiąca. A może roku?

– Nigdy nie dotknę tego kamienia! – odzywa się trzeci i wybucha śmiechem.

Marie-Laure czuje prędkie bicie serca. Ma dziesięć lat i może wyobrazić sobie wszystko: żaglowiec, walkę na miecze, Koloseum kipiące barwami. Czytała W osiemdziesiąt dni dookoła świata, aż kropki alfabetu Braille’a stały się miękkie i postrzępione, a na tegoroczne urodziny ojciec kupił jej jeszcze grubszą książkę: Trzech muszkieterów Dumasa.

Marie-Laure słyszy, że brylant jest bladozielony i wielki jak guzik od płaszcza. Później słyszy, że ma wielkość pudełka od zapałek. Następnego dnia staje się niebieski i duży jak piąstka niemowlęcia. Wyobraża sobie gniewną boginię chodzącą po korytarzach, jej przekleństwa unoszą się w galeriach jak obłoki trującego dymu. Ojciec próbuje sprowadzić Marie-Laure na ziemię. Kamienie to tylko kamienie, deszcz to deszcz, a nieszczęścia to po prostu pech. Niektóre rzeczy są rzadsze od innych, właśnie dlatego trzyma się je pod kluczem.

– Wierzysz w to, tato?

– W brylant czy w klątwę?

– W jedno i drugie.

– To po prostu opowieści, Marie.

A jednak kiedy tylko coś się psuje, pracownicy szepcą, że przyczyną jest brylant. Na godzinę zgasło światło: brylant. Pęknięta rura zniszczyła cały stelaż sprasowanych próbek botanicznych: brylant. Kiedy żona dyrektora przewraca się na śliskim lodzie na placu Wogezów, muzeum huczy od plotek.

Mniej więcej w tym samym czasie ojciec Marie-Laure zostaje wezwany do gabinetu dyrektora. Spędza tam dwie godziny. Czy kiedykolwiek wezwano go na dwie godziny do dyrektora? Ani razu.

Ojciec prawie natychmiast rozpoczyna jakąś pracę gdzieś w dziale mineralogii. Całymi tygodniami przewozi na wózku tam i z powrotem różne części wyposażenia z magazynu kluczy, a wieczorami wraca do domu, pachnąc lutem i trocinami. Kiedy Marie-Laure prosi, by mogła mu towarzyszyć, zawsze odmawia. Mówi, że powinna zostać w magazynie kluczy z podręcznikami w alfabecie Braille’a albo spędzać czas na górze, w laboratorium malakologicznym.

Marie-Laure podpytuje ojca przy śniadaniu.

– Budujesz specjalną gablotę do eksponowania brylantu. Coś w rodzaju przezroczystego sejfu.

Ojciec zapala papierosa.

– Proszę, weź książkę, Marie. Pora iść.

Odpowiedzi doktora Geffarda są równie niejasne.

– Wiesz, skąd się biorą diamenty i inne kryształy, Laurette? Poprzez przyrost mikroskopijnych warstw, po kilka tysięcy atomów na miesiąc, jedna na drugiej. Przez wiele tysięcy lat. Historie powstają w ten sam sposób. Wokół starych kamieni gromadzi się wiele opowieści. Ten niewielki kamyk, który budzi w tobie taką ciekawość, mógł być świadkiem złupienia Rzymu przez Alaryka, lśnić w oczach posągów faraonów. Scytyjska królowa mogła tańczyć przez całą noc, nosząc go na piersi. Mogły się toczyć o niego wojny.