Światło gwiazd - Krystyna Mirek - ebook + audiobook

21 osób właśnie czyta

Opis

W wilii pod kasztanem nastała jesień. W wielkim ogrodzie jak zawsze pięknie, ale w życiu mieszkańców wiele zawirowań. Pewien mężczyzna, który częściej niż pod nogi spogląda w gwiazdy – z zawodu jest bowiem astrofizykiem – wprowadzi sporo zamieszania w życie jednej z kobiet. Bartek w swoim polowaniu na miłość będzie przekraczał kolejne granice, a dwie synowe pod jednym dachem mocno dadzą się we znaki spokojnej z natury babci Kalinie. Zapach szarlotki i smak domowej lemoniady nie wystarczą, by zaprowadzić pokój. Trzeba będzie użyć mocniejszych środków. Jak wyprostować zawikłane rodzinne relacje? Czy uda się wszystkim zasiąść przy wspólnym stole? Kto zostanie w wilii pod kasztanem? Droga do szczęścia czasem bywa krucha, ale zawsze warto jej szukać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 303

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Rozdział 1

Dorota zerwała się z łóżka wcześnie, wiedziona starym przyzwyczajeniem, że jest mnóstwo rzeczy do zrobienia i trzeba się spieszyć. Szybciej spać, prędzej wstawać. Była mamą trójki dzieci. W jej domu wciąż coś się działo. Jeden obowiązek gonił drugi. Mąż powadził firmę, nie pomagał.

Wzięła głęboki wdech.

To było kiedyś – przypomniała sobie. – W jakimś innym życiu. Wydawało się tak odległe. Teraz została sama. I wciąż nie mogła się do tego stanu przyzwyczaić.

Gdy zbiegła po schodach na parter domu, zderzyła się z pustką i ciszą wypolerowanych na błysk pomieszczeń. Zbyt przestronnych dla jednej osoby.

Szybko weszła do łazienki. Wykąpała się, starannie ułożyła włosy i dopieściła delikatny makijaż. Musiała jakoś zabić wlokący się wolno czas.

Sukienka, którą włożyła, była wprawdzie czarna jak wszystko, co Dorota teraz nosiła, ale korale miały piękny jeżynowy odcień. Wybrała do tego szpilki z czerwonymi podeszwami. Nie było to specjalnie wygodne obuwie na podróż pociągiem, Dorota lubiła jednak to uczucie, kiedy kostki u nóg stawały się smukłe, a sukienka zupełnie inaczej zaczynała leżeć na ciele.

Szukała takich małych przyjemności. Mikroskopijnych decyzji, które mogłaby podjąć sama. Przez ponad trzydzieści lat małżeństwa robiła wyłącznie to, co należy. Teraz też pilnowana przez dzieci, sąsiadów, znajomych oraz rodzinę stała się wzorcową wdową.

Trzydzieści lat małżeństwa zobowiązuje.

Nawet za ciężkie przestępstwo siedzi się krócej – pomyślała ze smutkiem. – I zawsze można wcześniej wyjść za dobre sprawowanie. Tutaj takiej opcji nie było.

Nie mogła już jednak poskarżyć się na swoją sytuację. Jej mąż zmarł miesiąc temu. Jakie teraz miało znaczenie, po czyjej stronie była racja przez te wszystkie lata? Kto mocniej zawinił? Dlaczego zmarnowali razem taki szmat czasu?

Do kogo miała teraz pójść ze swoim żalem?

Spojrzała na zegarek i gwałtownie przyspieszyła. Musiała pędzić, bo czas, którego jeszcze chwilę temu było pod dostatkiem, nagle się ulotnił. Do odjazdu pociągu zostało go już naprawdę niewiele.

***

Szybko skierowała się do kuchni, by zjeść jakieś śniadanie. Była w niezłym nastroju, choć niechętnie ruszała w drogę.

Nawet nie przypuszczała, że dzień, który właśnie się obudził, stanie się najbardziej przełomowym w jej życiu. Nic na to nie wskazywało. Zjadła pospiesznie kanapkę i błyskawicznie po sobie posprzątała. Choć teraz mieszkała tu sama i nikt jej nie kontrolował ani nie mógł skrytykować, brakowało jej odwagi, by zostawić choćby jeden kubek na stole, mimo iż martwiła się, że nie zdąży na pociąg.

A musiała punktualnie stawić się w Warszawie. Odbierała nie byle jaką nagrodę. Wyróżnienie dla biznesmena roku. Oczywiście nie dla niej, lecz w imieniu męża. Teraz, kiedy odszedł, wszyscy sobie nagle o nim przypomnieli. Wszelkie fundacje i instytucje. Chcieli go wyróżniać oraz doceniać. Jakby łatwiej było zrobić to wobec kogoś, kogo już nie ma i nie trzeba osobiście mu gratulować ani zazdrościć sukcesu. Przestał być niebezpieczną konkurencją, a stał się tylko pomnikiem dawnych osiągnięć. Można położyć kwiaty i spokój.

Dorota nie miała ochoty jechać na uroczystą galę. Siedzieć i słuchać długich występów. Mówić grzecznych zdań, przyjmować niekończących się kondolencji, pilnować, by wyglądać stosownie do okazji, by włosy się nie rozsypały, a dół sukienki nie pogniótł.

A przede wszystkim wysłuchiwać pochwalnych mów na temat męża. Gdyby jeszcze ograniczały się do spraw firmowych. Nie miała co do tego uwag. Mariusz był niezłym fachowcem, dobrze sobie radził. Ale wszyscy na każdym kroku podkreślali, że stanowił także wzór jako mąż i ojciec.

Lecz to nie była prawda.

Zwykłe oszustwo. W rzeczywistości dla Mariusza wszystko było ważniejsze niż rodzina. Nawet w ostatnim roku, już po tym, jak się zaprzysięgał, że zmieni swoje postępowanie. Nie zrobił tego. Starał się może ze dwa tygodnie, a potem znów wrócił do dawnych nawyków. Nie zależało mu dostatecznie mocno, by włożyć w to większy wysiłek.

– Tylko na jeden dzień – obiecywał, wyjeżdżając w delegację. A potem nie było go przez cały weekend. – Tylko dziś wieczorem wrócę trochę później – mówił. Następnego dnia powtarzał to samo. I kolejnego. W firmie zawsze były jakieś pilne sprawy, w domu właściwie nigdy.

Czy żałował w ostatnich chwilach? Tego nie wiedziała. Mariusz umarł tak, jak żył. W firmie. Za biurkiem. Zawał zmiótł go z ziemi w kilka minut. Nawet karetka pogotowia nie zdążyła dojechać.

Dorota z trudem oderwała się od nieprzyjemnych wspomnień. Zamknęła dom i pobiegła w stronę czekającej już taksówki. Wsiadła i poprosiła o kurs na dworzec. A potem spojrzała w szyby samochodu. W przyciemnionej tafli odbiła się twarz kobiety, która znaczną część życia ma już za sobą. Zadbanej, wciąż atrakcyjnej, ale pełnej rezygnacji. Oczy o pięknym ciemnoniebieskim odcieniu wyrażały zadumę, ale także milczącą zgodę na to, co przyniosą kolejne dni. Ona na nic już nie czekała, wiedziała, że wszystko, co ważne, jest już za nią.

Odwróciła wzrok. Kiedy wysiadła, szybko dostała się na peron piąty, by wsiąść do nowoczesnego pociągu jadącego do Warszawy. Kilka razy sprawdziła na bilecie numer wagonu i miejsca. Nigdy jeszcze nie podróżowała w ten sposób. Zawsze w dalszą drogę wybierali się z mężem samochodem. Czasem woził ją firmowy kierowca.

Ale bez trudu odnalazła właściwe miejsca. Rozejrzała się wokół. Czuła się trochę nie na miejscu. Wydawało jej się, że wszyscy tutaj są wyjątkowo eleganccy.

Pewnie prawnicy, lekarze. Jadą na swoje biznesowe spotkania, konferencje i ważne rozmowy – pomyślała.

Nie należała do takiego środowiska. Była tylko zwykłą gospodynią domową, która wszystko zawdzięczała mężowi. Często to podkreślał. Lubił się nią chwalić wśród kolegów, ale to nie była taka prawdziwa duma, która płynie z serca i sprawia, że kocha się osobę, którą się podziwia. Dorota była dla Mariusza raczej jak narzędzie do osiągania celu, jak dobra aplikacja do obliczania podatku. Inwestował w nią, ponieważ chciał, żeby działała jeszcze lepiej i przynosiła większe zyski.

Ale nigdy nie rozumiał.

Kontrahenci bardzo lubili domowe wieczorne spotkania u Mirskich. O wiele bardziej niż zwykłe kolacje w restauracji. Coś takiego każdy umie zorganizować. Zarezerwować stolik i zapłacić rachunek. Mało kto jednak potrafi zaprosić przyszłego partnera biznesowego do domu, poczęstować przygotowanym przez miłą, uśmiechniętą żonę niezwykle smacznym, a do tego zdrowym posiłkiem.

Dorota westchnęła. Dawne dzieje. Jakie to ma teraz znaczenie?

Zdjęła płaszcz, poprawiła czarną sukienkę, po czym położyła torebkę na szczupłych, wciąż bardzo kształtnych kolanach i jeszcze raz rozejrzała się wokół. Jej pierwsze wrażenie okazało się mylne, obrazowało tylko jej ukryte kompleksy. Wielu pasażerów miało na sobie zwykłe dżinsy i wyglądało na pochłoniętych codziennymi sprawami. To ona w swojej dobrze skrojonej sukience mogła wydawać się kobietą sukcesu. Poprawiła bransoletkę i westchnęła. Czekała ją długa, zapewne nudna podróż. Zapomniała wziąć ze sobą książkę.

W tym momencie na miejscu obok usiadł mężczyzna. Poczuła subtelny zapach dobrych perfum. A potem dotyk podszewki marynarki, odkładanej na wieszak. W ciasnocie pociągu ułożenie się z bagażami nie jest łatwe. Materiał był niezwykle miękki i przyjemny. Od razu się domyśliła, że jest drogi i odwróciła wzrok. Spojrzała za okno. Mężczyźni w szytych na miarę garniturach zupełnie jej nie interesowali. Zbyt długo żyła z jednym z nich.

W szybie pociągu odbiła się jednak sylwetka współpasażera. Nie dało się od niego uciec. Usiadł wygodnie, poprawił krawat i podciągnął rękawy koszuli, zawijając je prawie pod łokcie. Dorota dawno nie spotkała nikogo, kto tak dobrze czuł się w oficjalnym stroju.

Mimo woli dyskretnie zerknęła w jego stronę, a on złapał jej wzrok i się uśmiechnął. Spłoszona natychmiast odwróciła głowę i zaczerwieniła się. To było okropne. Dlaczego nie umiała się zachowywać ze swobodą? Przecież nie działo się nic, co mogłoby tłumaczyć takie emocje.

Uspokój się – nakazała sobie w duchu.

Ale to nie było łatwe. Ledwo współpasażer usiadł, a już zerwał się znowu, po czym, przepraszając wylewnie, zanurkował gdzieś pod jej stopami.

– Ciągle coś gubię – powiedział z rozbrajającą szczerością. – A na tym zegarku mi zależy. Dał mi go mój dziadek. Uczciwy kowal. Rozsądny człowiek. Nic mu nie zginęło przez całe życie.

Znów zobaczyła jego twarz i szeroki promienny uśmiech. Poczuła, że robi jej się ciepło. Nie była kobietą, która często oglądała się za mężczyznami. Wychowano ją na przykładną panią domu i długo myślała, że to najlepszy i jedyny sposób na życie. Nawet wtedy, gdy stanowczo zagroziła Mariuszowi, że odejdzie, nie planowała nowych związków. Chciała tylko położyć kres upokorzeniom.

Szybko jednak uświadomiono jej, jak bardzo jest słaba. Do jakiego stopnia nic nie znaczy w rodzinnym układzie.

Westchnęła, a sąsiad spojrzał na nią z troską. Nie odezwał się jednak. Na szczęście najwyraźniej nie należał do kategorii tych pociągowych typów, co to ledwo tylko siądą obok, z punktu zaczynają nawijać o pogodzie, zdrowiu czy też, co najgorsze, polityce.

Pociąg ruszył, dziwnie szarpnęło, jakby maszynista dopiero się uczył, a pasażerowie siedzieli w starym fiacie, a nie najnowocześniejszym pendolino. Dorota odruchowo złapała się za stoliczek pod oknem.

– Boi się pani prędkości? – zapytał jej towarzysz.

– Trochę – odpowiedziała szczerze, bo w sumie co jej zależało. To nie była biznesowa kolacja jej męża. Tu nie trzeba było uważać na każde słowo.

– To przecież nicość w porównaniu z tym, jak prędko rozszerza się wszechświat – odparł, a ona spojrzała na niego ze zdumieniem. Takiej riposty się nie spodziewała. – Drobinka w porównaniu do tego, jak szybko pędzi ku ziemi światło gwiazd. Lub w zestawieniu ze świadomością, że cały czas nasza planeta kręci się wokół własnej osi, jednocześnie zasuwając po orbicie wokół słońca.

– To mnie pan uspokoił – roześmiała się serdecznie. – Przy tym sto sześćdziesiąt kilometrów, jakie osiąga ten pociąg w ciągu godziny, to rzeczywiście nicość.

– Z kosmicznej perspektywy wszelkie nasze problemy to drobinki – odparł mężczyzna. – Krótkość naszego życia wobec ogromu czasu, jaki już przeminął, małość naszej błękitnej planety krążącej w odmętach stale rozszerzającego się przeogromnego wszechświata.

– Kim pan jest? – zapytała ze zdumieniem i fascynacją.

– Astrofizykiem – odparł.

– Och! – zawołała z zachwytem. – Nigdy jeszcze nie spotkałam człowieka patrzącego na świat z kosmicznej perspektywy. Zawsze otaczali mnie mężczyźni twardo stąpający po ziemi. Liczyć umieli tylko pieniądze, nie gwiazdy.

Spojrzał na nią uważnie i uświadomiła sobie, że mógł fałszywie zinterpretować jej słowa.

– Miałam na myśli znajomych mojego męża. Byłego, znaczy niedawno zmarłego męża – zaczęła się chaotycznie tłumaczyć i znów poczuła, że się czerwieni.

Jej towarzysz tylko się uśmiechnął.

– Pani pozwoli, że się przedstawię – rzekł staroświecko. – Tomasz Zalewski.

– Dorota Mirska. Miło mi – odpowiedziała odruchowo, choć w gruncie rzeczy zaczynała się bać tej wspólnej podróży. Miała niedobre przeczucie. Świadomość, że być może niechcący wkracza na śliską ścieżkę. Jeden uśmiech to uprzejmość, miły, nic nieznaczący gest wobec towarzysza podróży. Ale kolejne mogą oznaczać zaproszenie do dalszej rozmowy, nawiązania znajomości. Była dziwnie przekonana, że właśnie otwiera drzwi prowadzące do nieznanego jej wcześniej świata.

Nie było ku temu wyraźnych przesłanek. Wszystko z pozoru wyglądało zupełnie zwyczajnie. A jednak serce kołatało jej tak mocno, że obawiała się, by materiał z cienkiego materiału nie zaczął jej podskakiwać na piersi.

Jednocześnie nie chciała, by to spotkanie już się zakończyło.

A właściwie jakie to ma znaczenie, co ten człowiek sobie o mnie pomyśli? – zastanowiła się. – I tak za chwilę wstanie i ruszy swoją drogą. Nigdy więcej go nie zobaczę.

– Przepraszam, że to mówię – odezwał się Tomasz. – Jestem fizykiem. Fascynuje mnie symetria w świecie. A pani twarz jest jej doskonałym przykładem. Dołeczki po dwóch stronach, oczy błyszczące dokładnie w tych samych miejscach, usta wykrojone jak przez artystę.

Dorota przełknęła ślinę przez ściśnięte nagłym stresem gardło. Czuła się jak nastolatka, która pierwszy raz w życiu słyszy komplementy. Nie zamierzała jednak być łatwą ofiarą przypadkowego podrywacza, choćby i tak wyrafinowanego, że udaje astrofizyka. Nagle przestała wierzyć jego słowom. Atakował zbyt mocno.

– W świecie panuje niewiarygodny porządek. I jest piękny – zakończył swoją przemowę.

– Serio? – zdenerwowała się. – Porządek? Nigdy bym tak nie powiedziała. Mam wprost przeciwne wrażenie: że otacza mnie niewiarygodny chaos. Całkowita przypadkowość. Zdarzenia wynikają nie wiadomo z czego. Mają swoje dziwne konsekwencje. Życie jest niesprawiedliwe – wyrwało jej się gdzieś z głębi serca.

W tej chwili pociąg przyspieszył.

– Proszę się wsłuchać – powiedział Tomasz, jakby nie zważając na jej emocjonalną odpowiedź. – Jak pięknie ta maszyna nabiera tempa. Miarowość, powtarzalność dźwięków i ruchów, lekkość mimo tak wielkiej masy – mówił z zaangażowaniem. – Czy to nie jest fascynujące?

– Nigdy się nad tym nie zastanawiałam – odparła. – Sądziłam dotąd, że fizycy zajmują się skomplikowanymi obliczeniami, właściwie nie wychodzą z gabinetów. A jeśli któryś się odezwie, to i tak nikt nie zrozumie, co on mówi.

– Owszem – roześmiał się Tomasz, słysząc tę charakterystykę. – Są też i tacy. Mam kolegę, który z zasady nigdy nie zakłada dwóch skarpetek do pary, bo uważa, że to niegodne naukowca.

– Naprawdę?

– Tak. – Kiwnął głową. – Ale mnie fascynuje nie tylko rozbudowana teoria, lecz także tak zwana prawdziwa wiedza. O życiu. Jego początkach i sensie. Wbrew pozorom fizyka to bardzo uduchowiona dziedzina nauki. Można nawet dotknąć Boga, jeśli ktoś dojdzie dostatecznie daleko.

Znów ją zaskoczył. Słuchała go zaintrygowana. Ale ledwo się odprężyła i poczuła bezpieczniej, zaraz ją postawił do pionu kolejnym pytaniem:

– Fajnie było być mężatką? – zapytał, spoglądając na jej dłoń, na której wciąż złocił się krążek założony wiele lat temu. – Pytam, bo sam nigdy nie zdołałem stworzyć żadnego formalnego związku.

Nie no! – pomyślała i aż miała ochotę się roześmiać. – Ci fizycy są rzeczywiście kompletnie odjechani. Kto zadaje takie pytania i to jeszcze nieznanej osobie?

Czego oczekiwał? Że ona powie mu prawdę? Opowie słodko-gorzką historię o związku, z którego bardzo szybko zniknęła miłość? Założyła obrączkę wiele lat temu bez świadomości, jakie są konsekwencje tego czynu. Była młoda i zakochana. Zupełnie nie zdawała sobie sprawy z tego, co tak naprawdę robi. I zapłaciła za to wysoką cenę.

– Nie kochała go pani – Tomasz sam sobie odpowiedział, a ona zadrżała.

– Co to za temat do rozmowy w pociągu? – oburzyła się.

– Oczywiście, przepraszam – zareagował natychmiast. – Nie chciałem być wścibski. Po prostu badam życie. Taki nawyk. Wierzę w piękną miłość z wzajemnością, ale nigdy jej nie spotkałem. I to już się raczej nie zmieni.

– Nic się nie stało – odparła. Nie umiała się na niego pogniewać, miał w sobie coś rozbrajającego. – Nie mam wiele do ukrycia. Rzeczywiście nie byłam szczęśliwa. – Wypowiedziała te słowa cicho, rozglądając się czujnie wokół, czy nikt nie podsłuchał jej wielkiej tajemnicy. – Próbowałam walczyć, ale mi się nie udało. Być może za późno zaczęłam. I dobrze pana rozumiem. Też wierzę, że są na świecie piękne uczucia i również nigdy nie dane mi było ich doświadczyć. Ale mam dzieci – dodała szybko.

– Zazdroszczę – odparł i całkiem ją rozbroił tą odpowiedzią. Poczuła nagle, jakby znała go wiele lat. I mogła mu powiedzieć wszystko.

Być może odwagi dodawał jej fakt, że się nie znają i nigdy więcej nie zobaczą? Wypowiedziane tutaj słowa nie będą miały dalszych konsekwencji. Wobec znajomych człowiek ma więcej oporów. A w takim przypadkowym kontakcie można pozwolić sobie na więcej. Każdy potrzebuje czasem tak szczerze powiedzieć, co mu na sercu leży.

Ale nie wszystko przecież.

Z całą pewnością nie to, że dopiero co poznany mężczyzna bardzo jej się podoba. Ma ochotę przytulić się do niego. Co by sobie ludzie pomyśleli? Świeżo upieczona wdowa. Matka trójki dzieci przykładnie nosząca żałobę i z takim myślami.

– Wybierasz się do Warszawy zawodowo? – Tomasz gładko przeszedł na „ty”, a ona to zaakceptowała. Pokręciła głową.

– A ty? Jedziesz na jakąś konferencję? – zapytała szybko, bo nie chciała się tłumaczyć z własnej zawiłej sytuacji.

– Nie – odparł. – Wracam do domu. O ile można tak nazwać moje warszawskie mieszkanie. Większość czasu spędzam w hotelach. Mam wykłady na różnych uczelniach i w wielu krajach. Od lat błąkam się po świecie jak odłamek gwiazdy, który zerwał się z grawitacyjnej uwięzi i dryfuje pozornie wolny, ale tak naprawdę zupełnie sam.

Dorota nie usłyszała ostatniej części jego wypowiedzi. Skupiła się całkowicie na pierwszych słowach. Próbowała sobie wyobrazić takie życie. Podróże. Lotniska, hotele, uczelnie, wykłady. Brzmiało to fascynująco. Jej największym osiągnięciem było urodzenie dzieci. Nie żałowała lat poświęconych na ich wychowanie. Ale teraz z perspektywy czasu widziała, że mogła zrobić coś więcej. Zadbać o większą równowagę.

Poświęciła rodzinie zbyt wiele zupełnie niepotrzebnie. Jej córka i synowie już od dawna byli samodzielni. Nie potrzebowali ciągłej opieki.

– Tego to ja ci zazdroszczę – powiedziała. – Zawodowego spełnienia. Tych wszystkich osiągnięć. Ja potrafię tylko gotować. Na kolacjach służbowych męża uśmiechałam się, bo nie miałam o czym rozmawiać. A kiedy tylko minęła oficjalna część, uciekałam do kuchni.

– Nie wierzę – odparł. – Może nie miałaś odpowiednich partnerów do dyskusji?

Uśmiechnęła się tylko. Nie było sensu mu tłumaczyć, jak czuje się kobieta od lat zajmująca się tylko domem w towarzystwie ludzi sukcesu, dla których osiągnąć cel to jak pomieszać łyżeczką w herbacie.

– Chętnie cię zaproszę na wykład – powiedział Tomasz, jakby to była najzwyklejsza rzecz na świecie.

– Nic bym pewnie nie zrozumiała – poddała się już na wstępie. Miała powody. W szkole średniej ledwo wyciągała trójkę z fizyki.

– To by oznaczało, że fatalny ze mnie mówca – odpowiedział. – Jesteś dziś cały dzień zajęta? – zapytał zaraz potem.

Wystraszyła się. Nie była przyzwyczajona do takich rozmów. Odkąd mąż bardzo dawno temu zaprosił ją na pierwszą randkę, nie miała okazji przyjmować ani odrzucać tego typu propozycji. Nie wiedziała, co zrobić.

– Myślę, że raczej będę zajęta długo – stchórzyła, choć miała ogromną ochotę się umówić. Ale nawyk myślenia o sobie dopiero na samym końcu wygrał.

Co by powiedziały pogrążone w tęsknocie za ojcem dzieci, gdyby się dowiedziały, że matka spotyka się z innym mężczyzną, na dodatek jakimś przypadkowym, poznanym w pociągu? Brzmiało jak historia nie z jej świata.

– To się dobrze składa – odparł Tomasz, nie uznając jej słów za odmowę. – Bo ja też. Mogę po ciebie przyjechać wieczorem. Zostajesz na noc?

– Nie – opowiedziała, zaskoczona jego śmiałością. – Ja zawsze od razu wracam do domu.

– A właściwie dlaczego? Ktoś na ciebie czeka?

– Nie, ale zawsze…

– Zawsze tak było – dokończył za nią. – Jednak może się zmienić – powiedział, spoglądając na nią z nadzieją w oczach. Jakby naprawdę bardzo mu zależało. – Zamów sobie pokój w pięknym hotelu i zostań do jutra. Pójdziemy gdzieś na kolację, a potem dobre śniadanie. Jutro zaczynam zajęcia dopiero o jedenastej.

Poczuła gwałtowne przyspieszenie rytmu serca. Dłonie zaczęły jej drżeć, a potem zalała ją fala rozczarowania. Kim był ten przystojny astrofizyk, który tak łatwo ją zauroczył? Fascynującym człowiekiem czy zwykłym podrywaczem, łapiącym na te same głodne kawałki o gwiazdach kolejne pasażerki we wszystkich pociągach świata? Zawsze na jedną noc?

Przecież to niemożliwe, żeby był samotny. Facet z taką ilością uroku wolny się nie uchowa.

– Nie – powiedziała stanowczo. – Z kimś mnie pomyliłeś i szkoda twoich starań. Nie nadaję się do wielkomiejskich reguł życia. Nie umawiam się z facetami na prawo i lewo.

Gwałtownie posmutniał. Nie odezwał się już więcej. Dorota odwróciła głowę w stronę okna. Chciało jej się płakać. Ale przecież nie mogła inaczej postąpić. Dłuższą chwilę trwali tak obok siebie w napięciu, aż Tomasz wyciągnął jakieś czasopismo i zaczął czytać. To spowodowało, że Dorocie zrobiło się jeszcze bardziej przykro.

Choć przecież nie mogła oczekiwać niczego innego. Pociąg pędził, a ona coraz mocniej żałowała, że ta rozmowa została przerwana. Czuła, że dotknęła czegoś wyjątkowego i nawet nie zdążyła na dobre zacząć, a już zostało jej to odebrane.

Tomasz co jakiś czas spoglądał w jej stronę, ale już się nie odezwał. Ona też nie miała odwagi zacząć rozmowy.

Wreszcie pociąg zatrzymał się na stacji Warszawa Zachodnia. Do kolejnej zostały jakieś marne trzy minuty, może nieco więcej. Co bardziej gorliwi pasażerowie już wstawali, ściągali z wyższych półek swoje walizki, wkładali płaszcze i robili zamieszanie. Napięcie narastało. Dorota miała świadomość, że za chwilę wysiądzie, uda się w swoją stronę, załatwi sprawę, z którą przyjechała do Warszawy, a potem wróci do swojego życia.

Czy mogła jednak postąpić inaczej?

– Masz rację – odezwał się nagle Tomasz, potwierdzając jej punkt widzenia. – Moja propozycja była nie na miejscu. Nie postępuje się w ten sposób z kobietami. Wybacz, to brak wprawy. Zależy mi, byś mnie dobrze zrozumiała, zanim się rozejdziemy każde w swoją stronę.

Zrobiło jej się słabo. Chciała się z nim umówić ponad wszystko na świecie. Mimo ogromnego ryzyka, że właśnie jest łatwą ofiarą w ręku sprawnego manipulanta.

– Nie pójdę z tobą do łóżka – powiedziała stanowczo, a jakaś kobieta siedząca kilka foteli dalej obejrzała się w jej stronę z kpiącym uśmiechem.

– Dobrze – zgodził się od razu Tomasz, a ona się zaczerwieniła. Jeszcze bardziej purpurowo niż zwykle.

Ty głupia babo! – wyrzucała sobie w myślach. Może on wcale nie miał takiego zamiaru. Wyszłaś na napaloną idiotkę, która myśli o jednym. A to miało być tylko zabezpieczenie przed ryzykiem.

Tak bardzo chciała spróbować. Choć raz podjąć jakąś szaloną decyzję. I to nie w kwestii zastąpienia ziemniaków batatem czy też kotleta schabowego piersią z indyka, lecz o wiele ważniejszej.

Wstali oboje i zaczęli się kierować w stronę wyjścia. Pociąg dotarł już do stacji Warszawa Centralna. Tomasz wstał i podał jej płaszcz. Potem wziął swoją walizkę i jeszcze raz spojrzał na Dorotę. Wydawało jej się, że to ostatnia szansa. Zrobiło jej się gorąco.

– Będę tu na ciebie czekać dzisiaj o dwudziestej – powiedziała szybko, prawie bez tchu, kiedy oboje już zdołali wydostać się z pociągu i – otoczeni tłumem pasażerów – zatrzymali się na chwilę.

– Tutaj? – zdziwił się Tomasz. – Na peronie?

Zastanowiła się chwilę, czy może sobie pozwolić na szczerość. Ale postawiła wszystko na jedną kartę.

– To jedyne miejsce, do którego z pewnością trafię – powiedziała.

Mężczyzna najpierw się uśmiechnął, potem spojrzał na nią uważnie, jakby chciał sprawdzić, czy nie żartuje. A potem po prostu ją przytulił.

Była w takim szoku, że zastygła, jakby ją nagle zmroził arktyczny lód. Już dawno nikt jej w ten sposób nie obejmował. Mąż bardzo oszczędnie dawkował jej czułości, choć przecież nie miał żadnych limitów, których wyczerpania mógłby się obawiać. Jednak oszczędzał serdeczne gesty, jakby się bał, że mu zabraknie. Synowie i córka dorośli i najwyraźniej uznali, że obejmowanie i przytulanie zarezerwowane jest dla ich dzieci. Czasem jej najmłodszy syn, Konstanty, powiedział coś miłego, pocałował w czubek głowy. Poza tym uczuciowo żyła jak na pustyni.

– Jeszcze raz przepraszam. – Tomasz po chwili się odsunął. – Wiem, z jaką siłą działa przyciąganie ziemskie i do jakiej odległości nie sposób się od niego uwolnić. Jednak o przyciąganiu ciał kobiecych nie miałem dotąd, jak się okazuje, żadnego pojęcia. Ale będę tutaj o dwudziestej – dodał i pożegnał się szybko. Też wyglądał na nieco speszonego.

Dorota została sama. Miała wrażenie, jakby Kraków, który został za jej plecami, był oddalony o tysiące mil, a ona przeniosła się właśnie do innego świata. Tutaj przez chwilę była samodzielną istotą, nie tylko żoną obrotnego męża, maleńką częścią skomplikowanej machiny rodzinno-firmowej, lecz także kobietą, która wywołała w kimś prawdziwe poruszenie.

W ciągu życia rodzina stała się dla niej całym światem. Była w stanie oddać za nią wszystko. Najlepsze lata, siły, własne plany, o których zapomniała na dobre. Wydawało jej się, że tak trzeba, to najlepszy sposób.

Ale myliła się. Można to było zrobić inaczej. Nie krzywdząc bliskich, zadbać też o własne potrzeby.

Nie wiedziała, że tak można. A teraz, gdy pogodziła się już z faktem, że wszystko dla niej na dobre się już skończyło, a w jej żyłach nie ma już ani kropli gorącej krwi młodości, jedno przypadkowe spotkanie uświadomiło jej, że to nieprawda. Wciąż jest młoda, ma swoje marzenia i pragnienia.

Wszystkie najpiękniejsze uczucia, nadzieja, miłość, pożądanie, pragnienie szczęścia, ciekawość świata tylko czekały, by się wydostać na zewnątrz. To ona sama przez całe lata dopychała je butem do szafy i nie pozwalała im ujrzeć światła dziennego.

Ruszyła pospiesznie w stronę wyjścia. Ona też była spóźniona. A nienawidziła tego uczucia. Już samo wyjście na scenę stanowiło dla niej ogromną trudność. A co dopiero zwracanie na siebie uwagi poprzez przybycie w niewłaściwym czasie. Trzeba się będzie przeciskać na swoje miejsce, przepraszać pod ostrzałem spojrzeń. Okropieństwo.

Pobiegła szybko w stronę ruchomych schodów, a potem wsiadła do taksówki. Dotarła na miejsce pięć minut przed rozpoczęciem uroczystości. Siadła w pierwszym rzędzie, tam, gdzie wskazali jej organizatorzy. Nie spóźniła się, a i tak wszyscy na nią patrzyli.

Nie mogła się skupić. Początkowe przemowy, podziękowania gości, przerywniki muzyczne, reklamy sponsorów, wszystko to wydawało się jej za długie.

Tego dnia zgadzała się w pełni z Albertem Einsteinem, że czas jest wartością względną. Godzina może trwać wieczność albo zaledwie chwilkę. Tutaj ciągnął się niewiarygodnie. Dorota miała wrażenie, że gala tak się wlecze, że ona zdążyłaby w tym czasie na nowo wybudować piramidy, wypucować na błysk tory kolei transsyberyjskiej czy napisać dwudziestotomowe dzieło życia.

Kiedy wreszcie udało jej się opuścić elegancką salę drogiego hotelu, okazało się, że minęły zaledwie dwie godziny. Do umówionego spotkania pozostał jakiś nieopisany szmat czasu. Nie wiedziała, co ją podkusiło, by zaproponować tak późną porę. Przecież wiedziała, że wręczanie nagród skończy się o wiele wcześniej.

Może zrobiła to, by mieć pewność, że nie zdąży już potem na powrotny pociąg? Chciała odciąć sobie możliwość ucieczki. Teraz nie miała już wyjścia. Jeśli miała ochotę jeszcze kiedykolwiek zobaczyć Tomasza, trzeba było iść za ciosem. Rzeczywiście znaleźć nocleg, kupić podstawowe kosmetyki i koszulę nocną, przygotować się na wieczór.

To brzmiało jak przygoda. Dorota była zdenerwowana, ale zaczęła się cieszyć.

Rozdział 2

Kalina zbierała jabłka w sadzie. Wspaniale w tym roku obrodziły, wynagradzając w pełni posuchę z zeszłej jesieni, kiedy to na drzewach pojawiło się zaledwie kilka owoców. Teraz leżały w trawie w prawdziwej obfitości, błyszcząc w słońcu nasyconą żółcią, czerwienią i pomarańczą. Stara jabłoń sadzona jeszcze ręką teścia owocowała co drugi rok, jak prawie wszystkie dawne odmiany. Na szczęście to właśnie był ten, który pozwolił cieszyć się zbiorami.

Babcia schylała się pracowicie i wkładała jabłka do koszyka. Od rana chodziła za nią szarlotka z cynamonem. Dosłownie. Wydawało jej się, że gdzie się nie obejrzy, widzi owoce, a zapach cynamonu wyczuwała nawet w łazience. Nie zamierzała długo walczyć z pokusą. Wyszła do ogrodu i zaczęła zbierać dorodne złote renety.

Kalina zatrzymała się. Dzień był wyjątkowo piękny. Jeden z nielicznych słonecznych w ostatnim tygodniu. Lato się skończyło i coraz częściej niebo zasnuwało się chmurami, a na ogród spadały strugi deszczu. Przyłożyła na chwilę jabłko do twarzy. Wspaniale pachniało, choć było szorstkie i dużo mniej atrakcyjne niż te, które – idealnie równe i okrągłe – można teraz kupić na targu. Ale to było prawdziwe, wyhodowane bez grama chemii.

Uwielbiała ten naturalny zapach.

Nagle drgnęła, w kieszeni rozdzwonił jej się telefon. To Dorota. Kalina szybko odebrała. Martwiła się o przyjaciółkę. Dużo w jej życiu teraz się działo. Straciła męża i została sama wielkim, pustym domu. Kalina dobrze rozumiała, jak to jest. Też miała za sobą wiele lat życia w pojedynkę.

– Cześć kochana – powiedziała serdecznie. – Co słychać?

Po drugiej stronie usłyszała tylko pociągnięcie nosem, a potem charakterystyczny dźwięk, jaki wydaje człowiek, który płacze.

– Co się stało? – zapytała z rosnącym niepokojem. – Źle się czujesz?

– Tak – Dorota potwierdziła jej obawy. – Bardzo źle i do tego jestem w Warszawie.

– O rany! Ale co się dokładnie stało? Przez tę uroczystą galę podskoczyło ci ciśnienie? Zasłabłaś? Ktoś ci coś przykrego powiedział? Miałaś wypadek? – Myśli szybko przepływały przez głowę Kaliny, niosąc coraz gorsze przypuszczenia.

– Nie – odparła Dorota. – Tylko rozmawiałam z moim synem.

Kalina nie od razu zrozumiała.

– Z Konstantym? Coś się u niego niedobrego stało? – zapytała zaskoczona. Jeszcze wczoraj widziała go u siebie w kuchni w doskonałym stanie. Zajadał kapuśniak i żalił się na okrutnych wykładowców, którzy wymagają od niewinnych studentów, by ci się uczyli. Skandal po prostu.

– Nie chodzi o niego.

– Rozumiem – powiedziała Kalina. Przyjaciółka musiała mieć na myśli swojego pierworodnego. Był to młody, ale dość zasadniczy mężczyzna, który po śmierci taty przejął firmę i opiekę nad rodziną. – Ma jakieś kłopoty?

– Można tak powiedzieć. – Dorota wytarła nos. To było do niej zupełnie niepodobne, takie rozpaczanie. Zwykle trzymała się dzielnie, nawet w obliczu trudności. – Obraził się na mnie.

– Ale jak to? – zdumiała się Kalina. – Za co? – Nie umiała sobie wyobrazić sytuacji, w której Dorota uczyniłaby cokolwiek nieprzyjemnego któremukolwiek ze swoich dzieci. Zawsze stawiała ich dobro na pierwszym miejscu. Ale tym razem coś ważnego rzeczywiście musiało się wydarzyć. – Pokłóciliście się? – zapytała.

– Tak – odparła Dorota. – I nigdy nie uwierzysz z jakiego powodu.

– Będzie mi rzeczywiście trudno – przyznała Kalina. – Szczerze powiedziawszy, nic mi nie przychodzi do głowy. W sprawach majątkowych dogadaliście się przecież bez problemu, a do życia osobistego dzieci nigdy się nie wtrącałaś. Zresztą wszystko u nich w jak najlepszym porządku. Chyba że o czymś nie wiem.

– U nich dobrze. – Dorota znów chlipnęła w słuchawkę. – To u mnie pojawiły się komplikacje. I to jakie! – dodała szybko. – Umówiłam się z ledwo co poznanym facetem na randkę i jeszcze do tego zamówiłam pokój w hotelu. Nie wsiadłam do pociągu powrotnego, choć miałam kupiony bilet.

Kalina brodziła powoli między pierwszymi opadającymi liśćmi. Odłożyła koszyk na trawę, ale co jakiś czas schylała się, podnosiła z ziemi jabłko i ostrożnie wkładała je do środka. Próbowała zrozumieć. Nie widziała nic złego w tym, co usłyszała. Gdyby z takimi słowami zadzwoniła do niej synowa czy też inna wolna kobieta, nie dojrzałaby tam żadnej sensacji.

Każdy człowiek, który nie jest w związku, może się umówić na randkę, zostać w podróży dzień dłużej czy też przespać się w hotelu. Ale fakt, Dorota była inna. Nie istniało żadne połączenie pomiędzy nią a mężczyznami, choć przecież dom przyjaciółki zazwyczaj pełen był jakichś facetów. Kolegów biznesowych męża, jego firmowych partnerów, znajomych syna. Dorota zawsze się nimi opiekowała. Gotowała, piekła i stawiała im pod nos cudowne dania. A potem zbierała talerze i w samotności myła je w kuchni.

Kalina znała ją zaledwie niecały rok. Bardzo się polubiły i zwierzały sobie. Ale nigdy nie widziała, by żona Mariusza choć raz zachowała się w sposób, który nosiłby znamiona flirtu czy kokieterii. Była zawsze zamknięta w sobie. Coś się musiało ważnego wydarzyć w tej Warszawie.

– Jesteś teraz kobietą samotną – powiedziała. – Masz prawo na nowo ułożyć sobie życie. Widzisz, ja też to zrobiłam, choć jestem od ciebie dużo starsza.

– Ty tak uważasz – odpowiedziała Dorota i rozpłakała się na dobre. – Mój syn ma na ten temat całkiem odmienne zdanie. Sądzi, że zwariowałam, że to skandal. Powiedział mi, że nie umiem uczcić pamięci jego ojca, nie rozumiem ich uczuć. Ponoć wytarłam sobie buty w rodzinną żałobę.

– O rany! – westchnęła z przejęciem Kalina. – To naprawdę ostro poszło. A przecież jeszcze nic się nie stało.

– Zgadza się. I teraz właśnie nie wiem, co robić. Na następny pociąg zabrakło już biletów. Mogę tylko wrócić ostatnim.

– I co wtedy z twoją randką?

– Nic. Przepadnie. – Dorota znów się rozpłakała. – Zresztą może to i dobrze. Takie głupoty mi chodzą po głowie, że nie uwierzysz. Dałam się omamić jak byle nastolatka. Złapałam się na kilka ciepłych słów. Aż się w głowie nie mieści. Dobrze, że do ciebie zadzwoniłam – mówiła dalej. Słychać było, że targają nią wielkie emocje. – Łatwiej mi się będzie uspokoić. Wrócę do Krakowa, pogadam z dziećmi, wszystko się z powrotem ułoży.

Kalina poczuła, jak ściska jej się serce. Dobrze rozumiała, co teraz czuje jej przyjaciółka.

Życie kobiety składa się z wielu takich trudnych decyzji. W ogóle życie każdego człowieka. Nie można mieć wszystkiego. Często trzeba wybierać, a troska o dobro bliskich skłania nas do tego, by się czegoś wyrzec, ponieść konieczne poświęcenia. Rozumiała to. Sama miała za sobą wiele takich decyzji, kiedy dobro innych postawiła ponad swoje, ale żadnej nie żałowała.

Nie była jednak do końca przekonana, czy to jest właśnie taki przypadek. Czy poświęcenie Doroty nie okaże się daremne? Mądrość życiowa polega na tym, żeby nie przesadzić w żadną stronę. Nie być obojętnym, egoistycznym, skupionym tylko na sobie. Ale też nie oddawać niepotrzebnie całego swojego życia tylko dlatego, że ktoś tak chce. Ma takie lub inne wyobrażenie o naszych sprawach.

– Zostań – powiedziała wiedziona mocnym wewnętrznym przeczuciem, że to słuszna decyzja.

– Ależ co ty mówisz?! – zdumiała się Dorota. – Zawsze byłaś taką tradycjonalistką. Wiesz, że dopiero co straciłam męża.

– To nieprawda – powiedziała Kalina z mocą. – Ty już bardzo dawno temu straciłaś męża. Wasze małżeństwo się rozpadło. Dawno też już odbyłaś swoją żałobę. Trwała wiele lat. Swoje już odcierpiałaś, wytęskniłaś, wyczekałaś, byłaś sama.

Dorota przez moment nie mogła znaleźć słów.

– Coś w tym jest – powiedziała wreszcie. – Dręczą mnie ogromne wyrzuty sumienia, że nie czuję takiego smutku, jak powinnam. Zamiast tęsknić, rozglądam się po świecie i mam ochotę zacząć wszystko od nowa. A przecież powinnam czuć coś innego.

– Nie ma takiego przepisu, który nakazuje coś czuć – powiedziała Kalina. – Każdy jest sobą. Ma odmienną historię. Chociaż spróbuj. Życie proponuje ci właśnie coś fajnego.

– Skąd wiesz? Może to zwykły oszust.

– W takim przypadku uciekniesz. Nie umawiaj się w ustronnych miejscach i zaufaj swojemu rozsądkowi.

– A mój syn? – zapytała Dorota z żalem. – Co się stanie, jeśli nigdy tego mi tego nie wybaczy?

– Jakoś trudno mi w to uwierzyć – powiedziała Kalina. – Przecież nie popełniasz żadnej zbrodni, a Kajtek to miły chłopiec. Chłopak – poprawiła się. – Właściwie to dawno już mężczyzna.

– Zgadza się – przyznała Dorota. – I chyba nic tak naprawdę o sobie nie wiemy. Miałam dziś wrażenie, jakbym rozmawiała z kimś obcym. To okropne.

– Może więc będziecie mieli okazję serio się poznać? – westchnęła Kalina. Współczuła przyjaciółce. Wiedziała, jakie to okropne, kiedy człowiek nie może się porozumieć z własnym dzieckiem. Istotą przecież najbliższą.

– Sporo racji w tym, co mówisz. Jak zawsze zresztą – powiedziała Dorota. – Tyle setek obiadów zjedliśmy razem jako rodzina, a ile razy szczerze rozmawialiśmy? Tego nie potrafię powiedzieć. Chyba ostatnio jak był mały i miał problemy w szkole. Kiedy to było?

– Dawno – powiedziała Kalina, a nagła tęsknota za własnym synem szarpnęła jej sercem. Za czasami, gdy był malutki i miała go tak blisko przy sobie. Trzeba było wtedy jeszcze więcej przytulać, bawić się i rozmawiać. To tak szybko odeszło.

– Nie umiem się przed nim otworzyć – mówiła dalej Dorota. – Bliżej mi do Konstantego. Ale to długi temat, pogadamy, jak już się zobaczymy.

– Dobrze. Też muszę kończyć – powiedziała Kalina. – Widzę, że Bartek zmierza w moją stronę.

– A co u niego? Jak mu idzie z Anią?

– Odpowiedź na to pytanie nie jest łatwa – uśmiechnęła się Kalina. – A właściwie są dwie skrajnie sobie przeciwne, a jednak obydwie prawdziwe. Idzie mu fatalnie. Ania wymyka się z rąk. Stanowczo odmawia bycia planem B i zbywa wszystkie jego starania. Z drugiej strony idzie im fantastycznie, bo to chyba jedyna taktyka, która może skłonić Bartka do stałości. Rośnie w nim prawdziwa miłość.

– Jak upoluje, to będzie szanował – przyznała Dorota. – Ciekawe, że to wciąż działa, choć mamy dwudziesty pierwszy wiek i ponoć wszystko się zmieniło.

– Ach, ludzie zawsze byli i będą tacy sami. W każdym razie pomagam im, jak umiem. Bardzo kibicuję, ale czy coś z tego wyniknie, nie mam pojęcia. Oboje mają niezwykle mocne temperamenty i żadne nie chce ustąpić. Powiem ci szczerze, tam się tyle dzieje, że sama jestem ciekawa, co oni jeszcze wymyślą.

Powiedziała to, po czym szybko zakończyła rozmowę, bo Bartek już wchodził do ogrodu.

– Dzień dobry, babciu – przywitał się uprzejmym tonem. – Może ci pomóc zbierać jabłka?

– Oho! – roześmiała się Kalina. – Rozumiem, że w takim razie masz prośbę grubszej kategorii.

– A cóż to za podejrzenia! – obraził się. – To już człowiek nie może komuś bezinteresownie jabłek pozbierać?

– Ależ oczywiście, że może. Masz tu koszyk i zasuwaj. Może nawet usmażę jeszcze dzisiaj konfitury, skoro mam takiego superpomocnika. Ostatnio nieźle ci szło.

– O! Wieczór to mam trochę zajęty. – Bartek wystraszył się perspektywą stania przy brytfannie i mieszania smażących się owoców. W zeszłym roku został zapędzony do tej roboty przy okazji nadmiernego urodzaju śliwek i do tej pory pamiętał.

– Co też dzisiaj robicie? – zapytała Kalina i wrzuciła kolejne jabłka do koszyka.

– Nie mam pojęcia. Szczerze powiedziawszy, sam już nie wiem, co mam wymyślić, żeby Ania spędziła ze mną popołudnie. Jutro na przykład wybieram się z nią na skałki. Co za kobieta! – westchnął. – A w stroju do wspinaczki wygląda wyjątkowo, niewiarygodnie, obłędnie, zajebiście…

– Nie używaj przy mnie tego okropnego słowa – przerwała mu gwałtownie babcia. – Co wy z tym macie? Jest paskudne.

– Jest świetne – powiedział Bartek. – Wyraża właściwie wszystko, co chcesz powiedzieć i to jak krótko. Lubię takie szybkie rozwiązania. Żeby jeszcze z Anią był jakiś fajny sposób.

Kalina tylko się uśmiechnęła i nic nie powiedziała. Pomyślała jednak, że gdyby taki szybki i prosty sposób na Anię się znalazł, równie prędko pewnie ten związek by się zakończył.

– Chodźmy – zarządziła. – Poczęstuję cię obiadem.

– Liczyłem na to – uśmiechnął się Bartek. – Czeka mnie kolejna ciężka przeprawa. Głodny nie dam rady.

– Mój biedaku – powiedziała żartobliwie, ale on potraktował jej słowa poważnie.

– Żebyś wiedziała, ciężki los – westchnął. – U nas w domu pięknie pachnie, a nie ma co jeść.

– Jak to? – zdziwiła się.

– Madzia coś wprawdzie pichci na obiad, ale ma jakiś strasznie zdrowy przepis, bo mówi, że się odchudza – dodał ze szczerą zgrozą. – Jakieś duszone cukinie czy coś podobnego. A człowiek do życia potrzebuje słodkich naleśników, gęstych sosów, smażonego mięsa i innych smakołyków.

– Zaniepokoiłam się – zaniepokoiła się babcia Kalina. – Jeśli ja was tak niezdrowo żywię, to bardzo źle.

– Ależ babciu. – Bartek pocałował ją w rękę, a potem skłonił się zabawnie jak aktor po zakończeniu najlepszej sceny. – Robisz to w sposób absolutnie fantastyczny. Tysiące ludzi tak jadło przed nami i żyją.

– No, niektórzy nie żyją – roześmiała się babcia.

– Za mało naleśników dostawali – zawtórował jej Bartek. – Albo może żałowali sobie sosu czekoladowego.

– Ty mnie nie zagaduj, tylko lepiej powiedz, dlaczego twoja siostra się odchudza. Ma jakiś problem, zakochała się?

– Skąd – zaprzeczył. – Wszystko w porządku. Może zwyczajnie chce być zdrowa? – zakończył nieopatrznie.

– Ty też chcesz być zdrowy – powiedziała babcia. – Porzuć więc nadzieję. Dziś na obiad barszcz niezabielany i surówka z jabłek i marchewki.

– Bez mięsa? – Mina Bartka wyrażała pełne rozczarowanie.

– Z pyszną pieczenią – uśmiechnęła się Kalina.

– A to super – ucieszył się. – Na to konto mogę nawet chwilę konfitury posmażyć.

Poszli w stronę domu.

Nie zauważyli stojącej po drugiej stronie płotu Magdy. Była ona zresztą zupełnie niewidoczna w gąszczu bujnie rozrośniętych krzewów. Kwitły właśnie pnące róże, a wielka stara grusza obsypana była owocami.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki