Światła pochylenie - Laura Whitcomb - ebook
Opis

"Ktoś na mnie patrzył. To dość niezwykłe uczucie, kiedy jest się martwym..."

Duch Helen przebywał właśnie w klasie angielskiego szkoły średniej, kiedy to poczuła – po raz pierwszy od 130 lat patrzyły na nią ludzkie oczy. Oczy należące do chłopca, który aż do tej chwili niczym szczególnym się nie wyróżniał. Równocześnie przerażona i zaintrygowana Helen zaczyna czuć, że coś ją do niego przyciąga. Fakt, że on przebywa w ciele, a ona nie, stanowi dla nich pierwsze wyzwanie. Walcząc o znalezienie drogi do bycia razem, odkrywają sekrety swojej własnej przeszłości jak również szczegóły z życia młodych ludzi, których ciała przejęli.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 312

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Laura Whitcomb

Światła pochylenie

Tłumaczenie Joanna Bogunia, Dawid Juraszek

Kraków 2012

Tytuł oryginału: A Certain Slant of Light

Copyright © 2005 by Laura Whitcomb 

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo INITIUM 

Cover art copyright © 2005 Photonica/Kamil Vojnar 

Tłumaczenie z języka angielskiego: Joanna Bogunia, Dawid Juraszek

Redakcja: Katarzyna Wróbel

Korekta: Katarzyna Wróbel, Anna Płaskoń-Sokołowska

Współpraca organizacyjna: Barbara Jarząb

Zamówienia hurtowe:

Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. S.K.A.

tel. (22) 721 70 07 lub 09

e-mail:biuro@olesiejuk.pl

Ogólnopolski System Dystrybucji Wydawnictw Azymut Sp. z o.o.

tel. (42) 680 44 12 do 22

e-mail:telemarketing@azymut.pl

Platon Sp. z o.o.

tel. (22) 329 50 00, (22) 631 08 15

e-mail:platon@platon.com.pl

Wydanie I

ISBN 978-83-62577-23-1

Wydawnictwo INITIUM

www.initium.pl

e-mail:info@initium.pl

Konwersja:

Podziękowania

Pragnę podziękować rodzinie – moim cudownym rodzicom, rodzinie Whitcombów oraz rodzinie Marshów, mojemu Nickowi i Molly, ukochanej Cynthii, która czuwała nade mną od czasu młodzieńczych prób literackich. Dziękuję mojej pisarskiej grupie wsparcia (w składzie: Kristi, Linda, Leona, Jackie, Cherie), moim siostrzyczkom (Hilary, Ruth oraz Sat-Kaur), moim przyjaciółkom (Pam i Susan), Denise (mojej duchowej siostrze), Michaelowi Scottowi (mojemu największemu fanowi) oraz Peterowi (mojemu piratowi w raju). Dziękuję również Compo, mojemu pierwszemu nauczycielowi pisania, Tedowi Gideonse’owi za całą jego pomoc i zachętę, Eden Edwards, mojej redaktorce, za jej znakomite rady. Specjalne podziękowania dla mojej fantastycznej agentki, Ann Rittenberg.

Mojej matce, która była zarazem Życiem i Światłem – pierwszej obrończyni, wzorowi jasności i wybaczania.

Rozdział 1

Ktoś na mnie patrzył – to dość niezwykłe uczucie, gdy jest się martwym. Towarzyszyłam akurat mojemu ulubionemu nauczycielowi, Brownowi. Jak zwykle byliśmy w klasie, tej bezpiecznej skrzynce o drewnianych ścianach. Okna wychodziły na trawiaste pole po zachodniej stronie. W pokrytym kredowym pyłem kącie stała wypłowiała flaga, telewizor nad tablicą informacyjną przypominał śpiące oko, a iście książęce biurko Browna przewodziło regimentowi ławek. Sporządzałam właśnie niewidoczne dopiski na marginesach kartek pozostawionych na tacce Browna, chociaż moich uwag uczniowie mieli nigdy nie przeczytać. Zdarzało się jednak, że Brown cytował mnie we własnych komentarzach. Nie potrafiłam połaskotać go w ucho, ale udawało mi się dotknąć tajemnych zwojów jego mózgu.

Nie czułam papieru pomiędzy palcami, zapachu atramentu ani smaku ołówka, lecz widziałam i słyszałam świat z całą wyrazistością dostępną Żywym. Oni z kolei nie postrzegali mnie ani jako cienia, ani jako unoszącej się mgiełki. Dla nich byłam powietrzem.

A przynajmniej tak sądziłam. Apatyczna dziewczyna czytała na głos Nicholasa Nickleby’ego, Brown w wyobraźni wracał do nocy, podczas której nie pozwolił swej żonie zasnąć, a moje widmowe pióro zawahało się nad źle napisanym wyrazem, gdy nagle poczułam, że ktoś na mnie patrzy.

Nawet mój ukochany Brown nigdy mnie nie widział. Nie żyłam od tak dawna. Unosząc się w przestrzeni moich gospodarzy, widziałam i słyszałam świat, ale przez te wszystkie lata nikt mnie nigdy nie słyszał ani nie widział.

Zamarłam, a sala zaciskała się wokół mnie jak zaborcza dłoń. Podniosłam wzrok nie tyle ze strachem, ile ze zdumieniem. Moje widzenie świata zogniskowało się do tego stopnia, że poprzez ciemność spoglądałam tylko maleńką dziurką światła. I to w niej właśnie ujrzałam tę twarz.

Ani drgnęłam – niczym dziecko bawiące się w chowanego – przecież mogłam się mylić i tak naprawdę nikt na mnie nie patrzył. I niczym dziecko czułam chęć pozostania w ukryciu, a zarazem dreszczyk oczekiwania na ujawnienie. Przecież ta twarz, zwrócona ku mnie, patrzyła mi prosto w oczy.

Stałam przed tablicą. To pewnie o to chodzi, pomyślałam. Czyta coś, co napisał na niej Brown – rozdział, który ma przestudiować w domu jeszcze tego wieczoru, albo datę następnego sprawdzianu.

Oczy należały do niewyróżniającego się niczym szczególnym chłopaka, jakich zresztą większość uczęszczała do tej szkoły. Uczniowie zebrani w sali byli w jedenastej klasie, więc nie mógł on mieć więcej niż siedemnaście lat. Widywałam go już wcześniej, ale mnie nie zainteresował. Zawsze był jakby nieobecny, blady i nieciekawy. Gdyby ktokolwiek potrafił mnie zobaczyć własnymi oczami, to na pewno nie ktoś jego pokroju, ktoś tak w istocie pusty. Żeby mnie zobaczyć, trzeba było być kimś niezwykłym. Powoli, mijając krzesło Browna, przemieściłam się w róg sali, za stojak na flagę. Oczy nie podążyły za mną, powieki zamrugały nieśpiesznie.

Jednak w następnej chwili znów napotkałam jego wzrok. To był wstrząs. Zadygotałam, flaga za moimi plecami zadrżała. Wyraz twarzy chłopca nie zmienił się i po chwili uczeń znów spojrzał na tablicę. Patrzył tak obojętnie, że uznałam to wszystko za przywidzenie. Na pewno skierował wzrok w kąt sali, ponieważ lekko poruszyłam flagą. Na pewno.

To działo się często. Gdy zbyt szybko mijałam jakiś przedmiot, bywało, że ten zachwiał się i poruszył, ale niezbyt mocno, i nigdy, kiedy sama tego chciałam. Gdy jest się Światłem, to nie podmuch wywołany naszym przejściem sprawia, że mijany kwiat się zakołysze. To także nie muśnięcie spódnicy tworzy fałdę na zasłonie. Kiedy jest się Światłem, tylko emocje potrafią wprawić w drżenie świat materialny: napad frustracji, gdy gospodarz zbyt szybko zamyka czytaną powieść, może musnąć mu włosy i sprawić, że podejdzie do okna, by sprawdzić, czy nie ma przeciągu; westchnienie żalu, że pięknej róży nie można powąchać, potrafi przegonić pszczołę; cichy śmiech ze źle dobranego słowa może sprawić, że uczeń poczuje niewyjaśniony dreszcz zimna.

Zadzwonił dzwonek. Wszyscy, także blady chłopak, zamknęli książki i zaszurawszy krzesłami, ruszyli w kierunku drzwi. Brown się ocknął.

– Jutro przyniosę film – ogłosił. – I macie mi na nim nie zasnąć, bo inaczej będziecie musieli odegrać go sami.

Kilka osób zaśmiało się, słysząc tę groźbę, ale większość już się oddaliła, jeśli nie ciałem, to przynajmniej duchem.

Tak to się zaczęło. Kiedy jest się Światłem, dzień i noc mają mniejsze znaczenie. Noc nie jest potrzebna do odpoczynku – to tylko kilka irytujących godzin ciemności. Ten łańcuch dni i nocy pomaga jednak Żywym odmierzać swoją podróż. To historia mojej podróży z powrotem do świata Żywych. W ciągu niespełna tygodnia miałam znów zamieszkać w ludzkim ciele.

Przez resztę dnia trzymałam się aż za blisko Browna. Gospodarza nie należy śledzić trop w trop, z pokoju do pokoju. Nigdy nie udawałam się za mężczyzną do łazienki ani też za kimkolwiek do łoża małżeńskiego. Już na samym początku nauczyłam się, jak przeżyć. Od chwili, kiedy znalazłam pierwszego gospodarza, poddałam się regułom, które miały uchronić mnie przed karą.

Pamiętam doskonale wszystkie moje nawiedzenia, ale z czasów, zanim stałam się Światłem, do dziś nie opuściło mnie tylko kilka obrazów. Pamiętam głowę mężczyzny na poduszce obok. Miał włosy barwy słomy, a kiedy otworzył oczy, patrzył nie na mnie, lecz w kierunku okna, którego szyba brzęczała pod naporem wiatru. Jego przystojna twarz nie przynosiła pociechy. Pamiętam odbicie własnych oczu w szybie, kiedy patrzyłam, jak on oddala się na czarnym rumaku przez bramę farmy w stronę nabrzmiałego chmurami horyzontu. I pamiętam parę przerażonych oczu patrzących na mnie z dołu przez łzy. Pamiętam, jak się nazywałam, ile miałam lat i że byłam kobietą. Wszystko inne pochłonęła śmierć.

Nigdy nie zapomnę bólu po swojej śmierci. Leżałam w głębi zimnego, napierającego grobu, gdy zaczęło się moje pierwsze nawiedzenie. Usłyszałam, jak czyta w ciemności Odę do słowika Keatsa. Lodowata woda wypalała mi gardło i rozsadzała żebra w drzazgi, a uszy wypełniało upiorne wycie; mimo to usłyszałam jej głos i wyciągnęłam do niej rękę. Powodowana desperacją dłoń wybiła się z powodzi i chwyciła za rąbek sukni. Wyciągnęłam się stopniowo z ziemi i spoczęłam drżąca u jej stóp, trzymając się spódnicy i płacząc błotnistymi łzami. Wiedziałam tylko, że w tamtej najczarniejszej ciemności byłam torturowana, a potem uciekłam. Być może nie dotarłam do jasności niebios, ale przynajmniej tutaj, w świetle jej lampy, byłam bezpieczna.

Długo trwało, zanim uświadomiłam sobie, że to nie dla mnie czytała i że wcale nie miała ubłoconych trzewików. Trzymałam ją, lecz moje dłonie nawet nie pomarszczyły fałd jej spódnicy. Płakałam u jej stóp niczym nędznik czekający na kamienowanie i całujący rąbek szaty Chrystusa, ale ona mnie nie widziała, nie słyszała moich szlochów. Przyjrzałam się jej. Miała bladą twarz, lecz różane policzki i nos taki, jak gdyby wokół zawsze panowała zima. Siwe włosy piętrzyły się na jej głowie niczym ptasie gniazdo, a przenikliwe zielone oczy lśniły mądrością, jak u kota. Wzbudzała zaufanie i emanowała tętniącym ciepłem. Nosiła czarną suknię z niepasującymi do niej guzikami, przetartą na łokciach, a chustę koloru masła pstrzyły plamki atramentu. Okładkę książeczki, którą trzymała w dłoniach, zdobiła postać biegnącego jelenia. Wszystko to promieniowało realnością i szczegółami, ale ja byłam cieniem, delikatnym niczym mgła, niemym jak grób.

– Proszę, pomóż mi – powiedziałam. Jednak głucha na moje słowa odwróciła kartkę.

– „Nie dla zgonu zrodzoneś, nieśmiertelne Ptaszę”…

Kiedy odczytywała znajome słowa, zrozumiałam, kim jestem. Stałam u jej boku całymi godzinami, bojąc się, że jeśli spojrzę w drugą stronę albo będę się za bardzo starać, by przypomnieć sobie, skąd wzięłam się w piekle, to znów tam trafię.

Po kilkudziesięciu stronach moja gospodyni zamknęła książkę. Przerażała mnie myśl, że kładąc się do łóżka, zgasi światło, i ta panika sprawiła, że znów rzuciłam się ku niej. Przycisnęłam głowę do jej łona niczym zrozpaczone dziecko. Zbiór wierszy wypadł jej z rąk i przelatując przeze mnie, spadł na podłogę. Zaskoczyło mnie to bezbolesne uderzenie. Gospodyni schyliła się po książkę, a kiedy przenikała przeze mnie, czułam, jakbym opadała, a potem wzlatywała niczym na huśtawce. Dziwny wyraz zagościł na jej twarzy, gdy ostrożnie kładła tomik pod lampą na biurku obok. Wyjęła papier, zanurzyła pióro w kałamarzu i zaczęła pisać:

Zalotnik klęka na jedno kolano

Śmierć prosi mnie o rękę

Po czarnych plamach na palcach poznałam, że najprawdopodobniej nie były to pierwsze wersy, jakie skreśliła w życiu. Nie wiedziałam, czy udało mi się ją zainspirować, ale modliłam się, żeby tak było. Jeżeli uda mi się dokonać czegoś dobrego, być może pójdę do nieba. Wiedziałam tylko, że ta święta stanowi dla mnie wybawienie od bólu i że należę do niej, póki nie umrze. Tak ją właśnie nazwałam – moją Świętą. Cechowała ją wytworność królowej i łagodność anioła. Zostałam skazana na jej świat, ale nie byłam jej równa. Mogłam wyobrażać sobie, że jesteśmy siostrami albo najlepszymi przyjaciółkami, ale wciąż byłam tylko nawiedzającym ją duchem, więźniem na przepustce – nie znałam ani swojej zbrodni, ani długości wyroku, ale wiedziałam, że zrobię co w mojej mocy, żeby uniknąć tortur. Samotna w bzowym powietrzu jej wiejskiego ogrodu unosiłam się wokół, podczas gdy ona pisała setki wierszy, a jej włosy i oczy stopniowo bielały.

Pewnego wieczoru, kiedy byłyśmy na spacerze w lesie, zatrzymałyśmy się, by popatrzeć, jak mucha szamoce się w pajęczynie, a czekający na liściu pająk obserwuje ją. Czułam, jak moja Święta tworzy wiersz o pajęczej amnestii, ale nie zauważyłam, że skończyła już przyglądać się i ruszyła w stronę domu. Nim się zorientowałam, zanurzała pióro w kałamarzu.

Na początku myślałam, że pewnie jest kilka jardów stąd, za żywopłotem na zakręcie drogi. Popędziłam przed siebie, ale było już za późno. Dawny ból powrócił. Najpierw, na podobieństwo lodowych butów, objął moje stopy, a potem sprawił, że mogłam się już tylko czołgać. Wciąż widziałam przed sobą drogę, ale kiedy upadłam na twarz, usłyszałam plusk, a moje ramiona i serce przeszyły zimne pręty. Wołałam ją, póki ust nie wypełniła mi woda. Wieczór stał się czarny jak grób. Trafiłam z powrotem do piekła, którego zaznałam, zanim ją znalazłam. Próbowałam postąpić tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy usłyszałam jej głos. Wyrzuciłam ręce przed siebie, szukając po omacku jej spódnicy, ale wyczułam tylko mokre deski. Wczepiając się w nie, napotkałam narożnik, potem jakby półkę, a po chwili kolejną. Chwyciłam za deski i podciągnęłam się. Kiedy sięgnęłam w górę, namacałam trzewik. Ciemność znów pojaśniała. Podniosłam wzrok i ujrzałam, że moja Święta stoi na drewnianych stopniach spiżarni z piórem w jednej i niedokończonym wierszem w drugiej ręce, spoglądając na pogrążający się w zmierzchu ogród, jak gdyby usłyszała intruza w krzakach róży. Leżałam na schodach z ręką zaciśniętą na jej bucie, dziękując Bogu, że pozwolił mi wrócić. Od tamtej pory byłam nader ostrożna i zawsze trzymałam się blisko mojego gospodarza.

Gdy nadszedł ostatni dzień życia mojej Świętej, położyłam się obok niej w łóżku, wsłuchując się w jej oddech i mając głęboką do bólu nadzieję, że zabierze mnie ze sobą do nieba. Nie zatrudniała pielęgniarki ani gosposi; byłyśmy całkiem same. Nie miałam pojęcia, jak bardzo będzie mi jej brakować, dopóki nie stała się nieruchoma niczym matka ziemia. Moja Święta, sprawdzająca na głos, jak powietrze niesie melodię nowego wiersza. Jedyna towarzyszka jesiennych spacerów. Dostarczycielka wciągającej lektury przy kominku. Prosiłam Boga, by pozwolił mi odejść wraz z nią.

Nie mogłam sobie przypomnieć mojego dawnego grzechu, tego czynu, którego dopuściłam się przed śmiercią, a który zamknął przede mną niebiańskie wrota, ale modliłam się teraz żarliwie o możność odkupienia go u boku mojej Świętej.

– Pamiętasz, jak starałam się ją pocieszyć, kiedy była samotna – szeptałam – i jak ją inspirowałam, gdy jej pióro zaczynało kreślić wersy…

Jednak Bóg nie chciał odpowiedzieć na moją modlitwę ani z niczego się tłumaczyć. Jej zielone oczy nawet na chwilę nie spojrzały na mnie ze zrozumieniem. Moja przyjaciółka, moja Święta, po prostu odeszła. Znajomy chłód począł szarpać mnie za stopy, pokrywać moje ciało pęcherzami odmrożeń, przebijać je soplami na wskroś. Uratowało mnie natarczywe stukanie do drzwi poniżej. Zanurkowałam w powietrzu, przez podłogę w sypialni, sufit w sieni, drewniane drzwi i rozpaczliwie pragnąc uniknąć wtrącenia w ciemność, objęłam ciało przybysza. Młody, zachwycony poezją mojej Świętej mężczyzna, z którym od roku korespondowała, akurat tego dnia postanowił odwiedzić ją po raz pierwszy. Stał z bukietem fiołków w dłoni i patrzył rozczarowany w zaciągnięte zasłonami okna. Zamknęłam oczy, przycisnęłam twarz do jego dłoni i prosiłam Boga, by pozwolił mi z nim zostać.

Wreszcie moje modły zostały przypieczętowane tętentem kopyt. Siedziałam bezpieczna w powozie u stóp nowego gospodarza, przy porzuconych fiołkach.

I tak znów zostałam ocalona przez niczego nieświadomego zbawcę. Nazwałam go Rycerzem, bo przyszedł mi z pomocą, kiedy cierpiałam. Był pisarzem i bezdzietnym wdowcem. Pisał opowiadania o rycerzach i księżniczkach, potworach i zaklęciach – baśnie, które w innym życiu opowiadałby pewnie dzieciom na dobranoc. Wydawcy drukowali tylko te jego książki, które traktowały o Piśmie Świętym, ignorując jego zaczarowane opowieści. Złościło go to i sprawiało, że chodził sztywno jak ktoś, kto nigdy nie zdejmuje zbroi. Starałam się być mu przyjaciółką i wierzę, że nieraz udało mi się złagodzić jego słowa, dzięki czemu książki przyjmowano do druku, a spiżarka nie świeciła pustkami.

Mało jednak brakowało, abym znów znalazła się w piekle. Zdarzyło się to wtedy, kiedy byłam z Rycerzem w teatrze. Wybrał się wraz z dwójką przyjaciół na przedstawienie Wiele hałasu o nic. Stałam w loży przy jego fotelu, urzeczona kostiumami i grą aktorów. Byliśmy blisko jak dwie sztachety w tym samym płocie, a jednak złamałam sekretną zasadę nawiedzania i wypowiedziałam życzenie. Patrzyłam na kochanków w kręgu światła na scenie i zapragnęłam, by jedno z nich było moim gospodarzem. Nagle poczułam w sercu ostry chłód. Ześlizgnęłam się przez podłogę i już do połowy tkwiłam w moim starym grobie, kiedy zdołałam się wreszcie zatrzymać. Złapałam dłoń Rycerza i zawisłam.

– Odwołuję to – modliłam się. – Chcę mojego Rycerza.

Do końca przedstawienia walczyłam, będąc w pół drogi do piekła. Lodowaty ból ciągnął mnie w dół, jak gdybym stała na pokładzie okrętu brnącego przez sięgające bioder lodowate morze – w mej własnej trumnie.

– Pozwól mi z nim zostać – błagałam.

Wreszcie, w chwili kiedy kurtyna opadała, zostałam wyrzucona na brzeg ciepłego, suchego dywanu prosto pod stopy Rycerza.

Od tamtej pory uważałam na to, czego sobie życzę.

Kiedy mój Rycerz odchodził do wieczności w ponurym zakamarku szpitala, poczułam, że znowu tracę jedynego przyjaciela. Kolejny raz modliłam się do Boga, by pozwolił mi odejść wraz z gospodarzem, ale znów nie otrzymałam odpowiedzi. Tym razem uratował mnie głos całkiem inny od poprzednich.

Dramatopisarz ze złamaną ręką śmiał się wraz z towarzyszem w sali obok, opowiadając, jak się tu znalazł. Zostawiłam łóżko Rycerza, uwolniłam się z zimna, które już zaczynało mnie wciągać, i przeniknęłam ścianę, by objąć tego niemądrego młodzika. Ściskałam go, dopóki nie nabrałam pewności, że jesteśmy już razem.

Młodzieniec ów, Dramatopisarz, był zupełnie inny niż moi dwaj poprzedni gospodarze. Prawie co noc urządzał w swoim mieszkaniu przyjęcia aż do białego rana, spał do południa, pisał w łóżku do czwartej, ubierał się i szedł pracować do teatru, na koniec jadł kolację na mieście i zaczynał wszystko od początku. Najpewniej nie był świadomy mojej obecności. Tak jak i jego przyjaciele, spędzał życie na igraniu swoimi talentami. Jego sztuki bawiły widzów, a ja miałam wpływ na niego tylko w pewne ponure poranki, kiedy po krótkim śnie budził się z koszmarów. Siadałam wtedy w nogach łóżka i czytałam wiersze autorstwa mojej Świętej, dopóki znów nie zapadł w sen. Pił zbyt dużo, jadł zbyt mało i zmarł zbyt młodo – bez ostrzeżenia, na jednym ze swoich przyjęć.

Delikatny poeta-arystokrata, który był tam gościem, złapał upadającego Dramatopisarza niczym Horacy podtrzymujący głowę Hamleta. Podjęłam błyskawiczną decyzję. Mój nowy gospodarz – nazwałam go Poetą – przejawiał większą wrażliwość na moje szepty niż jego poprzednik. Kiedy tracił wenę przed ukończeniem wiersza, z rozkoszą podsuwałam mu pomysły. Niczym Coleridge z wizją raju, budził się następnego ranka i przedzierzgał moje podpowiedzi w poezję. Kochał się bez wzajemności w kilku innych arystokratach, z których jedni lubili mężczyzn, a inni nie, ale nigdy nie znalazł bratniej duszy. W późniejszych latach został wykładowcą i zaopiekował się siedemnastolatkiem o nazwisku Brown.

Brown był pilnym studentem, który pisał opowieści tak pełne pasji i tak otwarcie chłonął wszelkie porady, że z dużym wyprzedzeniem wybrałam go na kolejnego gospodarza. Już kilka miesięcy wcześniej przestałam się łudzić, że mój Poeta odejdzie do nieba, zabierając mnie ze sobą. Przeniosłam się na Browna, kiedy przyszedł się z nim pożegnać. Przeprowadzał się trzy tysiące mil na zachód, by podjąć naukę na uniwersytecie. Wybrałam go po części dlatego, że tak bardzo kochał literaturę, ale także dlatego, że miał dobre serce, mówił szczerze, cechowała go godność, a przy tym zupełnie nie zdawał sobie sprawy ze swoich cnót. Właśnie to sprawiało, że był wyjątkowo pociągający. Pamiętam jak przez mgłę, że uwiódł mnie piękny uśmiech, ale twarz Browna była prawdziwym zwierciadłem jego duszy. Przywiązałam się do niego bardziej niż do poprzednich gospodarzy. Być może dlatego, mówiąc o nim, używałam jego nazwiska.

W ciągu tych dziesięcioleci dobrze nauczyłam się zasad przeżycia: by nie ryzykować powrotu do grobowego lochu, należało trzymać się blisko gospodarza, cieszyć się pożyczonym istnieniem i starać się mu pomagać. Wierzę, że pomogłam Brownowi napisać powieść.

Od osiemnastego roku życia spędzał co najmniej godzinę dziennie, pracując nad książką. Trzymał ją w pudełku, niegdyś pełnym czystego papieru. Siadywał w parku albo przy stole w bibliotece, tworząc jeden akapit dziennie. Miał już ponad dwieście starannie zapisanych stron, ale wciąż był dopiero w rozdziale piątym. Siadałam u jego boku albo przechadzałam się w pobliżu, patrząc, jak myśli. Każda strona była cenna niczym wiersz. Kiedy wątpliwości albo realia szarej egzystencji powstrzymywały jego dłoń, chwytałam za pióro, by pomóc, ale moje palce przenikały je na wskroś. Odkryłam, że najłatwiej można przywrócić mu wenę, kładąc palec na ostatnim napisanym przezeń słowie. To zawsze sprawiało, że pióro znów dotykało kartki, a uśmiech powracał na jego usta.

Opowieść opiewała dwóch braci walczących dla wrogich sobie królów w średniowiecznym świecie, równie bogatym i tajemniczym, co Xanadu. Pragnęłam porozmawiać z nim o imionach bohaterów i o kierujących nimi motywach, o tym, jak jednym zdaniem opisać rzekę, a jednym słowem oczy umierającego człowieka. Kiedy spał, wyobrażałam sobie długie rozmowy, które prowadzilibyśmy, gdyby mógł mnie widzieć i słyszeć. Pilibyśmy herbatę we dwoje lub chodzilibyśmy po łące, śmiejąc się z naszych pomysłów. Jednak nic takiego nie mogło się stać. I tak to szło – codziennie spędzałam z nim i jego książką jedną cudowną godzinę. Aż do dnia, kiedy przestał pisać. Kiedy poznał swoją przyszłą żonę.

Po raz pierwszy ujrzeli się na sali wykładowej i zetknęli przy wyjściu. Wszystko to było w nieprzyjemny sposób typowe. To, jak się do niego uśmiechała, jak się ekscytował, gdy śmiała się z jego dowcipu, jakie znajdowali preteksty, by dotykać się wzajemnie – jej ręka na jego ramieniu, kiedy spytała o coś, jego kolano dotykające jej kolana, kiedy pili kawę przy maleńkim stoliku w pubie, tak głośnym, że szybko wyszli na spacer. Żaden z moich dotychczasowych gospodarzy nie mieszkał z ukochaną osobą. Wstyd się przyznać, ale gdy w życiu Browna pojawiła się ta dziewczyna, targnęła mną zazdrość. Zrazu udawałam przed samą sobą, że moje niezadowolenie wynika z faktu, iż przestał pracować nad powieścią. Wiedziałam jednak, że to niejedyny powód. Poczułam, że tracę oparcie, że boję się cieni i szeptów. Chciałam go powstrzymać, ale chociaż ta dziewczyna nieświadomie stanęła na przeszkodzie jego twórczości, bez wątpienia przyniosła mu szczęście. Chciałam ją ostrzec, że mężczyzna może wydawać się idealny, a potem bez przyczyny stać się zimny i obcy, ale przecież pokochała nie kogoś innego, tylko Browna. Byłoby kłamstwem twierdzić, że nie był wart ryzyka.

Ponieważ sama go kochałam, dałam jej spokój, a że bałam się cierpienia, nauczyłam się trzymać z daleka, kiedy byli razem. Czułam się bardziej samotna, niż z jakimkolwiek innym gospodarzem, ale starałam się pokochać ją jak córkę. Nie cechowało ją nic, co można by łatwo skrytykować. Grzechem byłoby go do niej zniechęcać. Pobrali się więc, kiedy on miał dwadzieścia trzy, a ona dwadzieścia jeden lat. Nauczyłam się ignorować ukłucia zazdrości, które pojawiały się, kiedy łaskotał ją, jadąc samochodem, albo kiedy ona kładła mu stopy na nogach podczas wspólnego śniadania. Ta intymność bolała, ponieważ nie była przeznaczona dla mnie. Należałam do Browna, a on do mnie, ale nie tak, jak ona była jego, a on jej.

Nauczyłam się nowych reguł przetrwania. Należało wychodzić z pokoju, kiedy się całowali, wchodzić do sypialni tylko wtedy, gdy było cicho, cieszyć się chwilami spędzonymi z Brownem, kiedy pracował. Trzymałam się tych zasad i pewnego dnia mój trud został wynagrodzony. Brown wyciągnął stare wystrzępione pudełko, włożył je do teczki i wyjechał do pracy godzinę wcześniej. I tak już od roku spędzał godzinę dziennie przed przybyciem uczniów, pracując nad powieścią ze mną u boku. Pełna inspiracji z powodu tego daru, podjęłam próbę przekonania się do jego żony i szeptałam jej do ucha przepisy kulinarne, kiedy piekła ciasta lub ciasteczka. Myślałam, że zachowuję się niczym jej matka. Tymczasem pewnego dnia od jej dziadka przyszła paczka z albumem pełnym dziecięcych fotografii pani Brown. Jej kędziorki i pulchne rączki przeszyły mnie dreszczem niczym zacinający mokry śnieg. Stchórzyłam. Nie potrafiłam na nie patrzeć. Nie byłam jej matką. Wybrałam Browna, a on wybrał ją.

A teraz czułam znajomy strach, że reguły rządzące moim światem znowu się zmieniają. Oto dostrzegł mnie człowiek. Siedząc na spadzistym dachu domku Browna, w czasie gdy on spał i śnił wraz z żoną poniżej, wpatrywałam się w sierp księżyca zawieszony na śliwkowym firmamencie i dumałam, jak to jest czuć na sobie czyjś wzrok. Wyobrażałam sobie, że stoję przed tym młodym człowiekiem, który chyba mnie dostrzegł, i pozwalam mu patrzeć na siebie tak długo, jak chce. Jak on tego dokonał? Czy wybrał mnie w jakiś sposób? Doznawałam dwóch silnych i sprzecznych odczuć. Jednym z nich był strach, że ujrzy mnie śmiertelnik. Można to było porównać z wrażeniem, że pomimo ubrania ktoś widzi mnie nago. Drugim było nieopisane wprost pragnienie, godne bluszczu pnącego się ku słońcu z powolną, lecz zdeterminowaną tęsknotą. Chciałam znów go ujrzeć, przekonać się, czy naprawdę jest tym wyjątkowym człowiekiem, który widzi to, czego nie widzą inni. Nic bardziej mnie nie przerażało, a zarazem nic bardziej nie pociągało.

Następnego dnia, kiedy ta sama klasa weszła do sali, z rozmysłem stanęłam z tyłu. Chciałam się dowiedzieć, czy chłopak naprawdę mnie widzi, zamiast zachodzić w głowę, czy po prostu spogląda przeze mnie na mapę albo tablicę. Stanęłam nieruchomo jak głaz, w rogu między oknem a szafką. Zachowywałam spokój, aby moja obecność nie poruszyła nawet pyłku na podłodze. Patrzyłam, jak uczniowie wchodzą jeden po drugim, powłócząc nogami, pchając się i śmiejąc, słuchając muzyki poprzez druty wetknięte w uszy. Wreszcie chłopiec o bladej twarzy poszedł – nie – wręcz popędził do środkowej ławki z tyłu, w której zawsze siedział.

Nie drgnęłam nawet i czekałam cierpliwie. Gwar ucichł, Brown zaczął mówić. Chłopak odchylił się do tyłu, ciemnozieloną torbę z książkami położył pod ławką, długie nogi w dżinsach wysunął w bok. Białą koszulę miał wyciągniętą ze spodni, rękawy podwinięte. Czekałam.

Nagle się poruszył. Pozwolił, by kartka, którą właśnie mu podano, zleciała z ławki na podłogę. Byłam pewna, że zrobił to celowo. Kiedy się schylił, żeby ją podnieść, obrócił głowę i spojrzał prosto w miejsce, w którym stałam. Przez jedną chwilę nasze oczy się spotkały, a na jego ustach pojawił się uśmiech. Byłam wstrząśnięta, choć przecież tak tego pragnęłam. Wyprostował się na krześle i udawał, że czyta jak wszyscy.

Jak to możliwe? Zachodziłam w głowę. Nie mógł przecież być Światłem! Nigdy nie widziałam kogoś takiego jak ja. Czułam, że to niemożliwe – tak mówił mi instynkt. Nigdy nie wierzyłam do końca w media, ale być może ten dziwny chłopiec miał dar. Nie przejawiał chęci podzielenia się wiedzą o mojej obecności z kolegami ani nauczycielem. To nie miało sensu i chociaż byłam wciąż zdenerwowana i pełna dziwnej tęsknoty, poczułam także gniew. Jak ten smarkacz śmie tak beznamiętnie i nieodwracalnie niweczyć moją prywatność? Co gorsza, w chwili kiedy się uśmiechnął, rumieniec oblał jego twarz. Po raz pierwszy tryskał zdrowiem i energią. Poczułam się tak, jakby mi coś ukradł. Poczułam się upokorzona. Nagle wypadłam z sali, nie oglądając się za siebie. Słyszałam jeszcze, jak z ławek w pierwszym rzędzie z szelestem spadają kartki.

Rozdział 2

Chciałam uciec jak najdalej, ale tak naprawdę tylko się oszukiwałam. Byłam po prostu zdezorientowana. Już tak przywykłam do roli podglądacza, a teraz to ja byłam podglądana.

Zatrzymałam się nieopodal, tuż koło drzewa pieprzowego, nie dalej niż pięć jardów od wejścia, i czekałam. Kiedy drzwi się wreszcie otworzyły – co zdawało się trwać całą wieczność – i na dróżkę prowadzącą do innych budynków wysypał się tłum niesfornych chłopców i dziewcząt, schowałam się za drzewem. W końcu wyszedł i on, z torbą przewieszoną przez ramię i włosami opadającymi z boku na czoło. Drżałam, do głębi przejęta niewytłumaczalnym podnieceniem. Chłopak szedł w moim kierunku, sam, ze spuszczoną głową. Zatrzymał się, kiedy dzieliła nas już tylko szerokość ścieżki – zaledwie pięć stóp ode mnie. Nie spojrzał. Uśmiechnął się tylko ze wzrokiem wciąż utkwionym w ziemię i zarumieniwszy się, ruszył przed siebie. Nie potrafiłam się powstrzymać i poszłam za nim.

Na plecach niemal czułam oddech Browna – jak zwykle o tej porze szedł do budynku administracyjnego. Doznałam niemiłego szarpnięcia. Nić nadwątliła się, mojemu wszechświatowi groziło rozdarcie. Z jednej strony wołało mnie to, co znajome, a z drugiej – pociągała tajemnica. Dróżka rozwidlała się między szkolnymi budynkami – zdecydowałam, by Brown podążał w swoją stronę sam. Zirytowałam się, gdy chłopak ruszył między stołówkę i salę gimnastyczną, gdzie stały kubły z puszkami i butelkami do powtórnego przetworzenia. Poszłam za nim niechętnie, lecz w pewnej chwili stanęłam, bo wydawał się kierować swoje kroki prosto na mur. Zdumiała mnie myśl, że może przejść przez ścianę – ale tak się nie stało. Zatrzymał się trzy stopy przed murem i po prostu stał.

Dziwiąc się sama sobie, podeszłam i odezwałam się:

– Słyszysz mnie?

– Przecież mam uszy.

Drgnęłam. Czego się spodziewałam?

– A czy mnie widzisz?

Nie podniósł głowy, ale obrócił ją i spojrzał przez ramię spod kasztanowego pukla. Uśmiechnął się.

– Oczywiście.

Cofnęłam się o krok.

– Czym jesteś?

– Nie wolałabyś zapytać, kim jestem?

Powoli obrócił się w moją stronę. Ze strachu poczułam w gardle sopel lodu.

– Jak to możliwe? – szepnęłam. Nie mogłam powstrzymać drżenia. Moim zachowaniem powodował teraz lęk.

– Nie bój się. – Nie uśmiechał się już, wyglądał na zatroskanego.

– Nie. – Chciałam go zrugać i zwrócić uwagę, że nie zostaliśmy sobie przedstawieni. Czułam znajome mrowienie w brzuchu, jak gdyby Brown oddalał się ode mnie. W stawach odezwał się głęboki kostny ból. – Nic nie mów.

Rozejrzałam się, przekonana że teraz widzi mnie każdy śmiertelnik, ale wokół nie było nikogo. Kiedy znów na niego spojrzałam, w oczach miał tyle współczucia, że nie mogłam tego znieść. Otrząsnęłam się i uciekłam od niego jak dziecko przestraszone nocą przez sowę.

Dziś wręcz wstydzę się opowiadać, jak bardzo bałam się, że ktoś się do mnie odezwie – i nade mną ulituje. Niemal słyszałam słowa Hamleta: „Biedny Duchu”. Nazajutrz przez cały dzień trzymałam się Browna, oddalając się tylko wtedy, gdy był w łazience albo w łóżku. Jednak gdy miał zajęcia z tą klasą, przeniosłam się do szkolnej biblioteki, czytając uczniom przez ramię i odliczając minuty do końca zajęć. Następnego dnia, po powrocie z porannej przebieżki Brown zastał żonę w kuchni przy parzeniu kawy, ubraną tylko w jego powyciągany podkoszulek. Uznał, że ma jeszcze trochę czasu, który warto spędzić z nią na kuchennym krześle, więc postanowiłam pójść do ogrodu. Kiedy indziej byłabym zła, że przepadnie nam pełna godzina pisania przed pierwszymi porannymi zajęciami, ale dziś, patrząc na puste poidełko dla ptaków w ogródku, zastanawiałam się, co w tej chwili robił ten, który ze mną rozmawiał. Wbrew sobie fantazjowałam, że jest z dziewczyną, i przywoływałam na myśl te same dźwięki, które dochodziły teraz zza kuchennego okna. Od razu zrobiło mi się przykro i zalała mnie fala okropnej, piekącej zazdrości.

Płonęłam z frustracji i trochę z gniewu, kiedy Brown jechał do szkoły. Na pisanie zostało nam ledwie pół godziny. Był wesoły i zrelaksowany, wciąż wilgotny po szybkim prysznicu. Jego szczęście było tak irytujące. Tego poranka zapragnęłam, by pani Brown wyjechała gdzieś daleko, odwiedzić rodzinę czy w innym celu, choćby na jakiś czas. Wciąż słyszałam jej pełne rozkoszy jęki, a może były to tylko myśli Browna, błądzące bez celu. Wystawił łokieć za okno, nadstawił włosy pod wiatr. Wtedy mój umysł wziął zakręt. Musiałam porozmawiać z tym, który mnie widział, nawet gdyby to, co odkryję, miało okazać się okropne albo przerażające. Co mogło być gorsze niż ukrywanie się i niewiedza? Tamtego popołudnia nie uciekłam z klasy, lecz schowałam się za flagą. Czułam się tam bezpieczniejsza. Brown napisał na tablicy numery stron i wreszcie młodzież zaczęła wchodzić do klasy. Czułam, jak moje jestestwo drży. Każda zmierzwiona czupryna przekraczająca próg sali należała w moich marzeniach do niego, ale jego wciąż nie było.

Byłam poruszona do głębi. Rozległ się dzwonek. Uczniowie, szepcąc i śmiejąc się, wyjmowali książki. Brown zaczął mówić, lecz ten, który mnie widział, wciąż się nie pojawiał. Patrzyłam na jego ławkę, wyobrażałam go sobie, ale on nie chciał się zmaterializować. Przeszłam tuż obok Browna i stanęłam w korytarzu, rozglądając się w obie strony. Nic poza wiewiórką i ogrodnikiem z grabiami. Nie mogłam się z tym pogodzić. Znów minęłam Browna, kierując się ku oknom po drugiej stronie sali. Wychodziły na boisko. Grupa chłopców w szarych strojach biegała po trawie, ale tego, który do mnie przemówił, nie było pośród nich. Spojrzałam dalej na chodnik za ogrodzeniem, ale tam też go nie zobaczyłam. Nie siedział na ławce, nie stał przy fontannie. Robi to celowo, pomyślałam. Karze mnie, bo odrzuciłam propozycję kontaktu.

Nie mogłam długo ustać w jednym miejscu. Znów przeszłam przez salę i wyjrzałam przez otwarte drzwi. Nade mną przemknął jakiś ptasi cień, nic więcej.

Byłam już na szklanej krawędzi paniki, gdy odwróciłam się do klasy i ujrzałam go przy pustej ławce. Patrzył na mnie i gdy nasze oczy się spotkały, nie umiałam już ukryć uczuć. Pragnęłam go nagą duszą, a on to wszystko teraz we mnie zobaczył.

– Spóźniłeś się, Blake – powiedział Brown. – Wskakuj na miejsce.

Musiał wejść do sali, kiedy stałam przy oknie. Zakłopotanie pogrążyłoby mnie całkowicie, gdyby nie to, że i on wyglądał na zaskoczonego. Być może dlatego, iż widząc mnie, zrozumiał, że go szukałam. Usiadł zarumieniony i położył torbę na ziemi. Odwróciłam wzrok i powoli ustawiłam się za stojakiem na flagę, uspokajając się. Po dłuższej chwili zobaczyłam, że siedzi z otwartą książką i kartką liniowego papieru. Patrzył na mnie bez niechęci, wręcz z sympatią. Kiedy poczułam się zaniepokojona tak długim spojrzeniem, delikatnie odwrócił wzrok, pochylając głowę, prawie się kłaniając. Ten gest pozwolił mi zebrać się na odwagę i ruszyć wzdłuż okien do pustej ławki tuż obok niego.

Ogryzkiem ołówka napisał coś na kartce i podsunął ją w moim kierunku. Spojrzałam i zobaczyłam słowa: „Gdzie byłaś?”.

O dziwo, rozbawiło mnie to, a nawet trochę mi pochlebiło. Zarazem jednak poczułam zdenerwowanie, że oto zaistniało coś materialnego, a przy tym związanego ze mną. Poczułam nieodpartą chęć powrotu za stojak na flagi. Zabrał kartkę i znowu zaczął pisać. Tym razem zwiesił ją z krawędzi ławki, żebym mogła łatwo przeczytać. „Nie bój się, proszę. Chcę być twoim przyjacielem”.

Nie będę kłamać: to, że nie mówił ani nie pisał jak inni uczniowie w klasie, zaintrygowało mnie. Popatrzyłam na niego badawczo, ale on wbijał wzrok w tablicę. Brązowa okładka jego książki do angielskiego pokryta była rysunkami jakichś mitologicznych istot.

– Ukrywałam się przed tobą – powiedziałam w końcu.

Znów zaczął pisać. Cała drżałam w oczekiwaniu na kartkę, którą podsunął w moją stronę. Napisał: „Po lekcji pójdź za mną. Chcę znów z tobą porozmawiać”.

Ktoś chciał ze mną rozmawiać.

Drgnęłam, kiedy dziewczyna, która zwykle zajmowała moje miejsce, weszła spóźniona do klasy, podała Brownowi usprawiedliwienie i ruszyła w naszym kierunku. Zerwałam się i stanęłam pod ścianą. Patrzyłam, jak chłopak chowa kartkę do książki. Nie mogłam oderwać od niego wzroku. Niczym podróżnik zbłąkany na pustyni, bojący się fatamorgany, patrzyłam na oazę – ale on istniał naprawdę. Ucieszyło mnie, że nie zwrócił uwagi na dziewczynę, która siedziała teraz obok. Poprawił się na krześle, udając, że słucha Browna, a potem umiłowany wybawiciel spojrzał na mnie, nie odwracając głowy, i zamrugał.

Kiedy rozdzwonił się dzwonek, powoli zamknął książkę. Pozostali uczniowie zarzucali już torby na ramiona i wychodzili. Chłopak pozbierał rzeczy i obrócił się w moim kierunku. Ruchem głowy nakazał mi iść za sobą. Ruszyłam przez salę, przez drzwi, potem korytarzem. Patrzył cały czas przed siebie. Blisko koszy na surowce wtórne, przy których zatrzymaliśmy się wcześniej, zobaczyliśmy rozmawiającą parę; trzymali się za ręce. Chłopak minął narożnik biblioteki i wszedł do budki telefonicznej stojącej obok automatu ze słodyczami. Budka była stara, przypominała postawioną na sztorc szklaną trumnę. Spuścił torbę na ziemię i podnosząc słuchawkę, spojrzał mi w oczy.

– Jak ci na imię? – zapytał. Zaparło mi dech w piersiach. – Jak mogę cię nazywać?

Nie, nie zapomniałam, po prostu nikt od dawna mnie o to nie pytał.

– Helen – odpowiedziałam wreszcie.

Rozejrzał się, czy nikt nie podsłuchuje. Potem wcisnął się w róg ciasnej budki i gestem zaprosił mnie do środka. Zbliżyłam się, zbita z tropu. Zamknął drzwi za moimi plecami. Dopiero wtedy zrozumiałam, że dzięki temu możemy rozmawiać, nie ryzykując, że ktoś nas usłyszy.

– Helen – powtórzył.

– Blake – powiedziałam.

Uśmiechnął się i na ułamek sekundy wszystko pojaśniało.

– Nie, nie. Naprawdę mam na imię James.

Zapadła dziwna cisza. Patrzył mi prosto w oczy, a ja, no cóż, byłam zupełnie zdezorientowana, ledwo mogłam mówić.

– Jak to możliwe, że mnie widzisz?

Tak naprawdę jednak chciałam krzyczeć przez łzy: „Bogu niech będą dzięki, że mnie widzisz!”.

– Jestem taki jak ty – odparł. Kiedy tylko zamrugałam, dodał: – W duchu.

– Jesteś Światłem? – Nie mogłam w to uwierzyć.

– Światłem. – Błyskawicznie przyjął moją terminologię. – Tak.

– To niemożliwe.

– Pożyczyłem sobie to ciało – wyjaśnił. – Wcześniej cię nie widziałem.

Ktoś przeszedł obok. James poderwał słuchawkę do ucha, bo zdążył ją już bezwiednie opuścić.

– Jesteś tam? – powiedział do słuchawki, ale uśmiechał się. – Helen, nie obraź się, ale muszę o to zapytać. Dlaczego wczoraj ukrywałaś się przede mną?

– Sama nie wiem. Bałam się.

– Nie bój się.

Sprawiał wrażenie tak mądrego – poruszał się między Żywymi, jak gdyby był jednym z nich.

– Od jak dawna nie żyjesz? – spytałam.

– Od osiemdziesięciu pięciu lat.

– Ile miałeś lat, kiedy umarłeś? – Chciałam wiedzieć o nim wszystko.

– Dwadzieścia dziewięć.

Zapomniałam już, że nawet gdyby umarł w wieku stu dziewięciu lat, w ciele Billy’ego wyglądał na siedemnaście. Może się zarumieniłam, jeśli to w ogóle możliwe, bo przyglądał mi się z większą uwagą.

– Czy oprócz mnie są inni? – spytałam. Myśl, że mogłabym być dla niego kimś zwykłym, zabolała mnie w niewyjaśniony sposób.

– Nie. Teraz, kiedy jestem w ludzkim ciele, widzę inne duchy, ale żadnego takiego jak ty.

Było w nim coś, co mnie intrygowało.

– Blake… – Zawahałam się. – To nie jest twoje prawdziwe nazwisko, prawda?

– Prawdziwe brzmi Deardon, ale nie wyobrażam sobie, żebyś zwracała się do mnie inaczej niż po prostu James.

Znowu straciłam pewność siebie. Facet był nieznośny.

– Proszę – powiedział.

– James. – Jakże dziwnie to brzmiało. – Jak to się stało, że… – Urwałam. – Jak zająłeś ciało Blake’a?

– Opuścił je – wyjaśnił. – Zabrał umysł i duszę, zostawiając pusty dom z otwartymi drzwiami – opowiadał z ekscytacją.

– Skoro jego duch opuścił ciało, dlaczego on sam nie umarł? – dopytywałam.

– Jego ciało nie umarło – tłumaczył zafascynowany własnym szczęściem. – Jego duch postanowił je opuścić. Trudno to wyjaśnić. Okręt, zamiast pójść na dno, zabierając ze sobą załogę, został przez nią porzucony, ale wciąż jest gotów do żeglugi.

Nagle na jego twarzy pojawiło się zakłopotanie. Coś w moim spojrzeniu sprawiło, że się zawstydził.

– To chyba nie w porządku – powiedziałam. – To kradzież.

– Lepiej, żebym ja go przejął, niż… – Cień niewypowiedzianej, ale ponurej historii przemknął przez jego jesienne oczy.

– Niż co?

– No wiesz, niżby miał zdryfować i poddać się czemuś złemu.

Jego ręka znowu opadła. Wymownym gestem uniosłam dłoń do ucha. Uśmiechnął się i ponownie podniósł słuchawkę.

– Jak długo jesteś w jego ciele? – spytałam.

– Od dziewiątego września.

Dwa tygodnie.

– To dlaczego zobaczyłeś mnie dopiero w zeszły poniedziałek?

– To był pierwszy dzień po moim powrocie do szkoły. Ciało Billy’ego było tak chore, że tydzień przeleżałem w łóżku.

– Co mu się stało?

James powiedział to z przykrością.

– Przedawkował narkotyki, o mało nie umarł.

– Ale jak poznałeś, że jest pusty? – dopytywałam. Wielu studentów Browna wyglądało na śmiertelnie znudzonych.

– Kiedy opuścił swoje ciało, zaczęło ono rezonować, jakby dzwonić.

– Dzwonić? Jak dzwonek?

– Nie. – Zastanawiał się przez chwilę. – Ciała posiadające dusze są stałe, nieporuszone. Puste ciała delikatnie wibrują, jak wiatr, który dmie w rynnę i huczy.

– Chcesz mi powiedzieć, że ten chłopiec huczał jak sowa? – Byłam pewna, że sobie ze mnie żartuje.

– Zauważyłem, że brzmi głucho. Przykładałaś kiedyś muszlę do ucha? Nie sądzę, by ktoś, kto nie jest Światłem, mógł to usłyszeć.

Wszystko to stawało się tajemnicze niczym zakamarki Krainy Czarów.

– Jak to możliwe, że przenieżyłam więcej lat od ciebie, a ty wiesz tyle rzeczy, o których ja nie mam nawet pojęcia.

Roześmiał się.

– Po prostu znów mam ciało. Kiedyś widziałem jakby w zwierciadle, niejasno, ale teraz w moich oczach świat jest jasny.

– Jak znalazłeś jego ciało? – Moje pytanie zabrzmiało bardziej natarczywie, niż tego chciałam.