Świąteczny list - Elyse Douglas - ebook
lub
Opis

Magiczna świąteczna opowieść o miłości, której nie może pokonać czas

Pewnego dnia 30-letnia Eve Sharland natrafia w sklepie z antykami na mosiężną latarnię, w której znajduje list z 24 grudnia 1885 r. Zaskoczona odkrywa, że zaadresowano go do osoby o imieniu Evelyn Sharland, mieszkającej w Nowym Jorku.

Kiedy wieczorem Eve odczytuje treść listu, poznaje poruszającą historię tragicznego romansu sprzed stu lat. Postanawia spełnić prośbę zapisaną w liście i zapala latarnię. Nagle, ku swojemu zdumieniu, przenosi się do oprószonego śniegiem Nowego Jorku z 1885 roku.

Splot niezwykłych wydarzeń sprawia, że Eve zostaje uwikłana w historię, w którą zamieszana jest jedna z najpotężniejszych nowojorskich rodzin tamtych czasów. Poznaje też przystojnego detektywa, który będzie podążał jej śladem.

Czy Eve zdoła wrócić do swojego życia, nawet jeśli będzie musiała zmienić przeznaczenie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 446

Popularność


Czas istnieje tylko po to, by wszystkie zdarzenia nie nastąpiły jednocześnie.

– Albert Einstein

Czas to jedynie strumień, w którym łowię ryby*.

– Henry David Thoreau

You must remember this A kiss is just a kiss A sigh is just a sigh The fundamental things apply As time goes by And when two lovers woo They still say: „I love you”, On that you can rely No matter what the future brings As time goes by**

– Herman Hupfeld

* Henry David Thoreau, Walden, czyli życie w lesie, przeł. Halina Cieplińska, wydawnictwo Rebis, Poznań 2018 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

** Fragment tekstu piosenki As Time Goes By pojawiającej się w jednej z najsłynniejszych scen filmu Casablanca.

Dla Eleonory, która często marzy o wieku pozłacanym

ROZDZIAŁ 1

Eve Sharland wygooglowała sklepik z antykami Miniony Czas i wyznaczyła trasę dojazdu do niego poprzedniego wieczora, leżąc wygodnie na luksusowym łożu z baldachimem w pensjonacie U Amy położonym pięćdziesiąt mil na północ od Filadelfii. Nazajutrz wyruszyła w drogę wcześnie rano. Jechała cichą i spokojną dwupasmówką, mając nad sobą krystalicznie czyste październikowe niebo. Po obu stronach drogi przemykały płonące jesiennymi barwami drzewa, a rozciągające się dookoła pola uprawne gdzieniegdzie upstrzone były traktorami, ceglastoczerwonymi stodołami i srebrzystymi silosami.

Gdy zbliżyła się do przydrożnych straganów, zwolniła i powiodła po nich ciekawskim wzrokiem małej dziewczynki. Czego tam nie było: gigantyczne dynie, kosze wielobarwnych jabłek, dzbany z cydrem jabłkowym oraz uwodzicielsko apetyczne placki jabłkowe i pączki – bez posypki oraz oprószone cukrem pudrem. Nie mogąc oprzeć się pokusie, stanęła na poboczu. Eve uwielbiała wszystko, co zrobione z jabłek, zwłaszcza placek i cydr. Weszła między rozentuzjazmowane dzieci i zatroskanych rodziców i gdy nadeszła jej kolej, zdecydowała się na pączka bez cukru pudru, kawałek placka jabłkowego, torbę jabłek i butelkę cydru. Nalała cydr do papierowego kubka i popijała go, delektując się pączkiem i roziskrzonym niedzielnym porankiem – ostatnim dniem jej trzydniowego urlopu.

Kwadrans później Eve znów była na drodze i wciąż popijając cydr, jechała podekscytowana wizją czekającego ją szperania w sklepiku z antykami – jednego z jej ulubionych zajęć.

Spojrzała w lewo i skręciła w drogę biegnącą przez drewniany most, rozpięty nad strumieniem żywiołowo przemykającym po kamienistym dnie. Wsłuchiwała się w postukiwanie kół przejeżdżających po starych dźwigarach. Droga prowadziła przez pola uprawne do ledwie widocznego w oddali małego miasteczka.

Po kilku minutach wjechała do Combs End. Natychmiast dostrzegła ekscentryczny sklepik z antykami, skryty w cieniu majestatycznych wiązów i klonów, za którym znajdowało się kilka domów.

Skręciła w stronę wolnego miejsca parkingowego. Pod kołami samochodu zachrzęścił żwir. Stanęła niemal naprzeciwko wejścia. Gdy wysiadła i zatrzasnęła drzwi, owiał ją zadziorny jesienny wiatr. Rozglądając się po okolicy, zapięła brązową skórzaną kurtkę i wsunęła ręce do kieszeni, po czym cofnęła się o krok i zaczęła przyglądać się sklepikowi.

Umieszczony na krawędzi pokrytego dachówką dachu szyld z napisem „Miniony Czas. Sklepik z antykami” wisiał tak niepewnie, jakby kolejny podmuch wiatru miał posłać go w siną dal. Sklepik zdecydowanie wyglądał jak nie z tej epoki, lecz z lat dwudziestych lub trzydziestych dwudziestego wieku. Był mały i uroczy i wydawało się, że przechyla się nieco na prawo, jakby był zmęczony i chciał uciąć sobie dłuższą drzemkę. Czerwona farba ginęła już w starym drewnie, a otwarte okiennice miały jasnoniebieski, wyblakły od słońca kolor. Eve podeszła ostrożnie do wiekowych dwunastodzielnych okien i zajrzała do środka. Zobaczyła zegary kominkowe, wazony, zegarki, mosiężną spluwaczkę i wytworną lampę w stylu wiktoriańskim, której opalowy klosz zdobiły ręcznie malowane róże.

Nic tu nie wyglądało szczególnie zachęcająco, ale było to miejsce jedyne w swoim rodzaju. Trawnik przed sklepem był pożółkły, chwasty wysokie i chaotyczne, a ogródek kwiatowy uschnięty i zaniedbany. Wiatrowskaz na dachu kręcił się i zawodził jak stary pijak. Biedny sklepik będzie miał szczęście, jeśli przetrwa kolejną zimę.

Eve wyjęła z kieszeni kurtki telefon i zrobiła kilka zdjęć z myślą o tym, że umieści je na Pintereście albo na Facebooku.

Ręką nieokrytą rękawiczką ujęła gałkę u wejścia i delikatnie ją przekręciła. Bladoniebieskie drzwi zaskrzypiały, a zawieszony nad nimi dzwoneczek dwukrotnie zadźwięczał. Weszła do spowitego półmrokiem pomieszczenia, pachnącego starym drewnem, kurzem i odrobinę pleśnią. To ją podekscytowało. Były to bowiem zapachy naturalne, a nie sztuczne, jak te pochodzące ze sprayów, świec czy kadzidełek. Dziś, w dobie „współczesnych antyków” takie sklepiki należą już do rzadkości.

Zamknęła drzwi i zaczekała, aż jej oczy przywykną do tego cienistego miejsca, w którym wszystko było ukryte, nieśmiałe wobec światła dnia i oczekiwało na drugie życie. Panowała tu cisza tak głęboka, że aż dzwoniło jej w uszach.

– Dzień dobry – odezwała się nieśmiało. – Czy jest tu ktoś?

Nikt jej nie odpowiedział, więc zaczęła przeglądać licho wyglądające półki i wąskie gablotki, troskliwie przechowujące klasyczną biżuterię, buty, damskie torebki, telefon tarczowy z odwieszaną słuchawką w kształcie lejka, karty z baseballistami z tysiąc dziewięćset dziesiątego roku, plakietki z kampanii wyborczych, cylinder, a nade wszystko – gorset. „Nie chciałabym się w to wciskać” – pomyślała.

Obróciła się na pięcie i zobaczyła bujany fotel, piecyk na drewno i wiszące na ścianie ogromne lustro kominkowe w stylu wiktoriańskim, w subtelnej zielonkawej, bogato zdobionej gipsowej ramie. Szkło było lekko zarysowane, a całość wymagała czyszczenia, ale i tak wciąż było to piękne lustro. Eve podeszła do niego i patrząc na własne odbicie, przypomniała sobie słowa byłego męża – Blake’a: „Piękna, ale niepewna”. Dlaczego jej się teraz przypomniały? I dlaczego nie spytała go wtedy o to, co dokładnie ma na myśli? Dziś pamiętała tylko, że w tamtej chwili poczuła się skrytykowana.

Eve niedawno skończyła trzydzieści lat i ten weekendowy wypad był prezentem, który sama sobie sprawiła. Jej znajomi sądzili, że będzie się czuła samotna, ale podczas podróży i zwiedzania uczucie to rzadko jej towarzyszyło. Samotne podróżowanie odpowiadało jej pod wieloma względami. Mogła swobodnie podążać za własnymi zachciankami i pomysłami, przesiadywać w antykwariatach i sklepach z antykami, czym jej znajomi zapewne by się szybko nudzili i skrolowaliby ekrany swoich smartfonów albo z niecierpliwością zerkali na zegarki.

Eve zbliżyła się do lustra i badawczo przyjrzała się sobie. Miała twarz w kształcie serca, szerokie czoło, wydatne kości policzkowe i mały podbródek. Jej proste blond włosy w odcieniu miodu swobodnie opadały na ramiona. W pracy zwykle spinała je w koński ogon albo w kok, ale nie dziś. Dziś chciała się czuć wolna. Potrząsnęła głową i ponownie spojrzała w lustro. Miała małe, ale pełne usta i jagodowe oczy. Gdy przyjrzała się im głębiej, musiała przyznać, że dostrzegła w nich cień smutku. Ale także ciekawość. Tak, tego nigdy jej nie brakowało.

Odeszła nieco od lustra, by objąć wzrokiem swoją figurę. Była średniego wzrostu. W obcisłych dżinsach i przylegającym kremowym swetrze wyglądała całkiem szczupło. Buty na obcasach dodawały jej paru centymetrów. Stara brązowa skórzana kurtka i dyndające czerwono-pomarańczowe okrągłe kolczyki w stylu lat sześćdziesiątych nadawały jej aparycji odrobinę fantazyjności. Pomadka barwy czerwonego wina była nowością – chciała ją wypróbować. Przy jej karnacji mogła być jednak nieco zbyt ciemna.

Eve usłyszała skrzypnięcie drewnianej podłogi i odwróciła się w kierunku dźwięku.

Przyglądała się jej, mrużąc oczy, szczupła, starsza kobieta, odziana w kolorową sukienkę, długi biały sweter, w okularach à la Benjamin Franklin i ze śnieżnobiałymi włosami, spiętymi w kok u góry głowy. Jej twarz była blada, naznaczona wieloma liniami niczym mapa. Lekko się uśmiechała.

– Czym mogę służyć? – zapytała słabym, drżącym głosem.

Eve przełożyła torebkę z lewego ramienia na prawe.

– Chciałam się tylko rozejrzeć – odpowiedziała.

– Proszę bardzo. Nazywam się Granny Gilbert i jestem właścicielką tego miejsca.

– To wyjątkowy sklep – powiedziała Eve. – Nigdy wcześniej w takim nie byłam.

Granny Gilbert wyjęła z kieszeni swetra zmiętą w kulkę chusteczkę i wytarła nią nos.

– Jest tak stary jak ja. Już mało kto nas odwiedza. Daleko stąd do głównej drogi, a przez ten cały internet… – urwała, rozglądając się dookoła. – Za około miesiąc go zlikwidujemy.

– Naprawdę? – spytała Eve. – Jeszcze przed zimą?

– Tak. Moi synowie nie chcą go prowadzić, moja córka też się nim nie interesuje, podobnie jak obydwie synowe, więc nadszedł już jego czas.

– Od jak dawna istnieje?

Na twarzy Granny Gilbert pojawił się wyraz skupienia. Poprawiła okulary, policzyła w myślach, po czym spojrzała na Eve znad oprawek.

– Powinnam móc odpowiedzieć bez namysłu, ale czasami zapominam. Liczy około stu lat. W każdym razie jest w mojej rodzinie bodaj od tysiąc dziewięćset dwudziestego pierwszego roku. Otworzył go mój dziadek.

Eve spojrzała na to miejsce z respektem.

– To kawał czasu. W ciągu tych lat zapewne przewinęło się przez niego sporo pięknych rzeczy.

– Owszem. – Granny Gilbert wyprostowała się w nagłym przypływie dumy. Uniosła drżący podbródek i powoli mrugnęła oczami. – Kiedyś sprzedaliśmy złoty zegarek Harry’emu Trumanowi.

Eve otworzyła szeroko oczy ze zdumienia.

– Prezydentowi Harry’emu Trumanowi?

– Temu samemu – potwierdziła Granny Gilbert, wykrzywiając się z niesmakiem. – Mój ojciec co prawda na niego nie głosował, ale bez problemu sprzedał mu ten złoty zegarek. Ojciec był bowiem nade wszystko człowiekiem interesu, niezależnie od swych przekonań politycznych. Truman powiedział, że jego dziadek nosił identyczny chronometr. O jego wizycie mówiło wtedy całe hrabstwo. Zdjęcie naszej trójki, moje, ojca i prezydenta, ukazało się w niedzielnej gazecie. – Granny Gilbert rozejrzała się po ścianach. – Gdzieś tu wisi, oprawione w ramki, ale nie wiem gdzie. A może je komuś oddałam. Albo leży spakowane w jakimś pudełku…

– Mieszka pani w pobliżu? – spytała Eve.

Granny Gilbert wskazała na prawo.

– Mieszkam z córką parę kroków stąd. Zobaczyłam, że pani tu parkuje, więc przyszłam. Proszę się rozejrzeć, może coś pani wpadnie w oko. Za parę miesięcy tego sklepu już nie będzie. Nie zedrę z pani pieniędzy.

– Dziękuję. Nie zabawię długo.

Granny Gilbert z głębokim westchnieniem spoczęła w bujanym fotelu.

– Proszę się nie spieszyć. Został mi już tylko czas i niewiele mogę z nim zrobić, z wyjątkiem tego, że ja czekam na niego, a on na mnie. Jeden zgred wypatruje drugiego.

Eve uśmiechnęła się lekko, stwierdzając, że Granny to prawdziwa poetka. Z zaciekawieniem oglądała biżuterię i lampy, przeglądała wiszące na wieszakach swetry i bluzki.

– Pani jest sama? – zagadnęła Granny.

– Tak… sama.

– Taka piękna dziewczyna i nie ma męża?

– Miałam.

– Nie wyszło?

Eve nie spojrzała na rozmówczynię.

– Nie wyszło.

– Jak długo była pani zamężna?

Eve zaczerpnęła powietrza. Granny Gilbert najwyraźniej była wścibska. Ale, jak sama stwierdziła, pozostał jej tylko czas.

– Nieco ponad dwa lata.

Granny odchyliła się do tyłu i znacząco westchnęła.

– Wielka szkoda. Dziś dzieciaki szybko się rozstają. Ja i Pappy, mój zmarły mąż, byliśmy małżeństwem przez ponad pięćdziesiąt lat. Bardzo długo prowadził ten sklep. Mają państwo dzieci?

– Nie. Chcieliśmy z tym zaczekać.

– A na co tu czekać? Czas ucieka.

Eve przeszła w głąb pomieszczenia, przyciągnięta widokiem stolika w stylu art déco.

– Ładny – powiedziała Eve, mając nadzieję, że odwiedzie starszą panią od zadawania kolejnych prywatnych pytań.

– Owszem. Sprzedam go pani po dobrej cenie.

Eve znalazła komodę. Otworzyła górną szufladę i delikatnie przejrzała stare gazety i stosik numerów magazynu „Look” z lat pięćdziesiątych.

– Skąd pani jest? – kontynuowała Granny, teraz głośniej, ponieważ Eve była już na tyłach sklepiku.

– Z Nowego Jorku. Mieszkam na Manhattanie.

– Wielkie nieba, to takie ogromne i zatłoczone miasto. Byłam w nim raz czy dwa, ale jak dla mnie jest zbyt ruchliwe i za dużo tam ludzi sunących we wszystkich kierunkach. Nie wiedziałam, w którą stronę patrzeć.

– To prawda, jest ruchliwe.

– Pracuje pani?

– Tak. Jestem pielęgniarką dyplomowaną.

– A, akuszerką.

Eve odwróciła się, tak by było ją wyraźnie słychać.

– Pielęgniarka dyplomowana to nie to samo, co akuszerka.

– A jaka jest różnica?

– Mój fach wymaga dłuższej edukacji.

Granny odchrząknęła.

– Trzeba skończyć ważne studia?

Eve odetchnęła głębiej, by pozbyć się zniecierpliwienia.

– Tak, magisterskie. I przejść zaawansowane szkolenie w diagnozowaniu i leczeniu chorób.

– O, proszę! Pracuje pani w szpitalu?

– Nie, na pół etatu w gabinecie lekarskim i tyle samo w klinice dla kobiet.

Eve zamilkła, by przyjrzeć się rzędowi zegarków kieszonkowych. Jeden przykuł jej uwagę. Jej dziadek zawsze ubierał się elegancko i nosił zegarek z dewizką. Eve wzięła go do ręki i uważnie obejrzała. Przyłożyła go do ucha, by sprawdzić, czy chodzi. Oczywiście nie chodził, i jeszcze nie zdążyła dokładnie mu się przyjrzeć, gdy jej wzrok padł na złoty damski zegarek w wisiorku w kształcie serca, ze złotymi aplikacjami i perłami na przodzie. Nigdy nie miała zegarka na łańcuszku. Mógłby być fajnym dodatkiem. Ostrożnie go otworzyła i ujęła koronkę między dwa palce, zastanawiając się, czy działa.

– Pani Gilbert, czy ten zegarek jest sprawny?

Granny popatrzyła znad okularów.

– Proszę mi go podać, niech spojrzę.

Eve spełniła prośbę.

Granny przyjrzała mu się, mrużąc oczy.

– Wydaje mi się, że tak. To piękna biżuteria. Kupiłyśmy go na wyprzedaży majątku pół roku temu. Pochodzi z roku tysiąc osiemset osiemdziesiątego albo dziewięćdziesiątego i jest wykonany z czternastokaratowego złota. Śliczny, prawda? Znam te szczegóły, bo przed bodaj miesiącem mało brakowało, a sprzedałabym go handlarzowi. Ale nie zgodził się na moją cenę. – Zamilkła i przyjrzała mu się ponownie. – Proszę spojrzeć na te misterne aplikacje i na perły. Nie ma też żadnych wgnieceń, a zawiaski nie są poluzowane. Moja córka trochę się na jego temat dowiedziała. Zegarek w kształcie serca to rzadkość.

Eve przeciągnęła palcami po jego krawędziach. Był piękny. Nigdy podobnego nie widziała.

– Ile kosztuje? – zapytała.

Oczy Granny Gilbert poruszały się w tę i z powrotem, gdy liczyła. W zamyśleniu zacisnęła usta.

– Czterysta dolców i należy do pani. To okazja. Sprzedam tanio, bo myślę, że go pani doceni. Od tamtego handlarza chciałam o trzysta dolarów więcej.

Eve przypatrywała się misternemu przedmiotowi. Odwróciła go. To było sporo pieniędzy, a Eve nie znała się na zegarkach. Ale w jakiś sposób ten do niej przemawiał. Wydawał jej się wyjątkowy. Eve nie była bogata, ale biedna też nie.

– Jeszcze się zastanowię – powiedziała Eve.

Granny się skrzywiła.

– No dobrze, zgodzę się na trzysta.

– Wezmę – zdecydowała Eve.

– Rozbój w biały dzień – powiedziała Granny Gilbert z nutą irytacji w głosie.

Kilka minut później Eve wróciła na tył sklepiku i kontynuowała przeszukiwanie spowitych półmrokiem przestrzeni, przesuwając wiklinowe fotele i stolik w stylu lat pięćdziesiątych, stawiając kroki między stertami starych czasopism. Kichnęła i wytarła nos, gdy wtem mignął jej przed oczami zarys jakiegoś przedmiotu znajdującego się na pobliskiej półce.

Ostrożnie podeszła bliżej. Obok starej maszyny do pisania stał lampion. Nie wiedziała, dlaczego przyciągnął jej uwagę. Nachyliła się ku niemu, wyciągnęła rękę, ujęła go za okrągły uchwyt i uniosła, zaskoczona jego wagą. Cofnęła się o krok, zdmuchnęła z niego kurz i zaczęła go oglądać, trzymając z dala od siebie. Był wysoki na dwanaście cali i wykonany z żelaza, upstrzonego teraz zielono-brązową patyną. Miał cztery oszklone okienka z drucianymi osłonami, a jego górną pokrywę z każdej strony zdobiły kotwice.

Eve oniemiała z wrażenia. Bardzo jej się podobało, że był solidny w dotyku i pięknie zaprojektowany. Był też elegancki i stary, cudownie stary. Skąd się tu wziął? Do kogo należał? Jak trafił do rozlatującego się sklepiku Granny Gilbert?

Eve postanowiła otworzyć drzwiczki, by zajrzeć do środka. Ustąpiły dość lekko. Spostrzegła, że od środka znajdowało się na nich coś, co musiało przesłaniać płomień. Podeszła do światła, by lepiej widzieć. Ku swemu ogromnemu zdumieniu zobaczyła wetknięty za szybkę list. Zaintrygowana, uniosła lampion, przyjrzała się kopercie i uchwyciwszy ją za krawędź, pociągnęła. Dała się wyjąć z pewnym oporem. Koperta miała kremowy kolor, była pokryta kurzem i sadzą.

Eve sięgnęła po chusteczkę i usunęła kurz. Dlaczego list wetknięto do starego lampionu? Podekscytowana odwróciła kopertę, by dowiedzieć się, kto był jego adresatem. Gdy odczytała nazwisko i adres, gwałtownie westchnęła. To niemożliwe! Zmrużyła oczy i spojrzała na napis ponownie, ale litery zdawały się pływać po papierze. Eve cofnęła się i upuściła kopertę.

– Wszystko w porządku? – zapytała donośnie Granny Gilbert.

Eve stała w mroku i zmrożona swym odkryciem wpatrywała się w list, teraz oświetlony snopem porannego słońca. Mijała minuta za minutą. Opornie, powoli i ostrożnie, jakby koperta miała ją ugryźć, Eve podniosła ją i się wyprostowała. Z malującym się na twarzy wysiłkiem ponownie odczytała adres. Piękna kaligrafia informowała, że list należy doręczyć Evelyn Sharland z Nowego Jorku.

To było nazwisko Eve! Sharland było jej panieńskim nazwiskiem, nigdy nie przyjęła nazwiska Blake’a. List adresowany był… do niej.

Dreszcz przemknął jej wzdłuż kręgosłupa. Z trudem przełknęła ślinę. Na kopercie przyklejono znaczek o nominale 3 centów z profilem George’a Washingtona. Nigdy wcześniej takiego nie widziała. Ku swemu całkowitemu zdumieniu zauważyła, że znaczek był ostemplowany pieczęcią o treści: Nowy Jork, Poczta Główna, 24 grudnia 1885, 15:00.

ROZDZIAŁ 2

Ze wzrokiem utkwionym w kopercie, z sercem bijącym jak szalone i z trzęsącymi się rękami Eve opadła na wiklinowe krzesło. Na chwilę zapatrzyła się w bliżej nieokreślony punkt, po czym przeniosła wzrok na lampion stojący na podłodze obok niej, a następnie z powrotem na trzymaną w ręce kopertę.

Przypadek? Oczywiście, że tak. Cóż innego mogłoby to być? Ale Sharland nie jest popularnym nazwiskiem. Była wstrząśnięta i potrzebowała paru chwil, by dojść do siebie. W końcu jej serce się uspokoiło, a myśli rozjaśniły. To oczywiste, że list nie był adresowany do niej, lecz do osoby o identycznym imieniu i nazwisku.

Na myśl o otwarciu koperty i odczytaniu treści Eve przeszedł dreszcz. Ciekawe, co zawiera w sobie ten list.

– Wszystko w porządku? – spytała donośnie Granny Gilbert.

– Tak… W porządku – odpowiedziała nieprzytomnie Eve, zwracając się w kierunku dobiegającego ją głosu.

Czy powinna pokazać list Granny? Oczywiście, że tak. Znalazła go przecież w jej sklepie. Właścicielka mogłaby wiedzieć, skąd pochodził i jak się tu znalazł. A jeśli nie zechce go sprzedać, lecz będzie chciała zatrzymać go dla siebie? Eve zadawała sobie te pytania, czytając po raz kolejny nazwisko i adres: Evelyn Sharland, Wschodnia Dziewiąta Ulica numer dwieście trzydzieści dwa, Nowy Jork.

Eve miała wrażenie, że list parzy ją w palce. Miała pokusę, by natychmiast go otworzyć, ale nie zrobiła tego. Wstała z krzesła, wzięła lampion i ruszyła ku Granny Gilbert, która nadal siedziała w bujanym fotelu i czytała stare czasopismo.

Eve nie mogła dostrzec okładki, tylko pożółkłe strony i czarno-białe fotografie.

– I jak, coś się pani spodobało? – spytała Granny, podnosząc wzrok i zauważając lampion w ręce Eve.

Eve się zawahała.

– Znalazłam parę rzeczy. Drobiazgi – odpowiedziała, akcentując słowo „drobiazgi”.

– Gdzie pani znalazła ten lampion? – zapytała Granny, spoglądając na niego z błyskiem w oku.

– Tam, między różnymi przedmiotami – odpowiedziała, wskazując ręką. – Uroczy, prawda?

Granny podrapała się po czubku nosa.

– Nie przypominam sobie, bym go wcześniej widziała, choć wydawało mi się, że znam tu każdy kąt.

– Ile kosztuje? – spytała Eve.

Granny wyciągnęła rękę po lampion. Eve niechętnie go oddała.

– Solidny – stwierdziła Granny. – I w dobrym stanie. Przypuszczam, że ma około stu lat. A może więcej.

– Chyba jest na naftę – powiedziała Eve.

– Na pewno. – Granny badawczo mu się przyjrzała. – Dobra rzecz. Podoba mi się. Mogłabym zawiesić go na werandzie. Dawałby urocze światło.

Eve wzięła nerwowy oddech.

– Chciałabym go kupić – powiedziała bardziej stanowczo, niż zamierzała.

Granny zerknęła na Eve.

– Tak? – Poprawiła okulary, kalkulując w duchu. – W końcu to pani go znalazła. – Granny spojrzała najpierw na lampion, potem na Eve. – Będę musiała tam poszperać. Może znajdzie się jeszcze jeden taki.

Eve trzymała list za plecami. Wciąż walczyła sama ze sobą o to, czy powinna go pokazać Granny.

– Coś jeszcze? – spytała Granny.

Eve wykonała nieokreślony gest w kierunku tyłu sklepu. Przez chwilę patrzyła przed siebie, po czym odwróciła wzrok. Z lekkim westchnieniem pokazała list.

– Znalazłam też to. Jakiś stary list.

Eve nie chciała jej informować o fakcie, że znalazła go w lampionie i że obydwa przedmioty mają ze sobą coś wspólnego.

Twarz Granny ponownie się rozjaśniła.

– Stary list? Proszę go pokazać – powiedziała z dziewczęcą ekscytacją.

Eve niechętnie go jej wręczyła.

To, że Granny Gilbert uwielbia starocie, było oczywiste. Jej szczupła i ciekawska twarz odmłodniała nagle o ładnych kilka lat, gdy zbliżyła do oczu przybrudzoną kopertę, by się jej uważnie przyjrzeć. Jej głos zyskał na sile i nabrał emocjonalnego zabarwienia.

– Wielkie nieba! Wysłany dwudziestego czwartego grudnia tysiąc osiemset osiemdziesiątego piątego roku. Skąd on się tu wziął? Nigdy go tu nie widziałam.

– To pewnie lista zakupów albo nudne interesy – powiedziała Eve, wyciągając rękę po list.

Granny uniosła wzrok.

– Nie sądzę. Jest zaadresowany do kobiety, panny Evelyn Sharland z Nowego Jorku. Co pani na to? A nadawcą jest John Allister Harringshaw II, zamieszkały przy Piątej Alei. Brzmi jak jakaś szycha, nie sądzi pani?

W sklepiku przez chwilę panowała cisza. W oddali rozbrzmiewały warkot kosiarki ogrodowej i szczekanie psa. Granny na dobrą minutę skupiła na kopercie całą uwagę, oglądając ją wielokrotnie z obydwu stron. Eve dostrzegła, że oczy Granny zapłonęły ciekawością.

Eve musiała działać błyskawicznie, w przeciwnym wypadku Granny za nic nie sprzeda jej listu.

– Ile płacę za lampion i list, pani Gilbert?

Granny uniosła wzrok i spojrzała na wyciągniętą rękę Eve, której zaschło w gardle, więc przełknęła ślinę. Granny odwróciła uwagę od listu i zaczęła przechadzać się po sklepie.

– Będę tęskniła za tym sklepem. Jest w moim życiu od prawie osiemdziesięciu pięciu lat. W dzieciństwie się tu bawiłam i mam stąd wiele pięknych wspomnień. Bardzo wiele. Wie pani, pocałowałam tu swojego pierwszego chłopaka. Było to bodaj w tysiąc dziewięćset trzydziestym ósmym roku. Miałam siedem lat, a Billy Tyler dziewięć. Wtedy było tu dużo ładniej. Sklep był czysty i zadbany, nie tak zakurzony i rozchwierutany. Miałam nadzieję, że nie będę jego ostatnią właścicielką, że nie będę musiała go likwidować i wyprzedawać wszystkiego obcym ludziom. Ale życie toczy się dalej i starocie, podobnie jak ja i wszystkie te przedmioty, muszą odejść, prawda? Taka jest kolej rzeczy.

Eve polubiła Granny Gilbert, poniekąd miała więc ochotę usiąść i posłuchać jej opowieści o sklepie, ale pragnienie przeczytania listu było dużo silniejsze, poza tym martwiła się, że Granny nie zechce go sprzedać.

– Każdy z tych przedmiotów ma własną historię do opowiedzenia – kontynuowała Granny. – Ludzie posiadali je, trzymali w domach albo nosili w kieszeniach, podarowywali je żonom, kochankom i dzieciom. A potem coś się waliło. Jak to w życiu. Świat się zmienia, ktoś umiera albo się rozwodzi, ktoś traci cały majątek albo tylko zegarek, obrączkę czy biżuterię. I co potem? Niektóre rzeczy przywędrowały tu. Właśnie do mojego sklepiku. Czyż to nie wspaniałe? Wszystkie tamte nadzieje i miłości skryły się w tych skarbach i gdyby ktoś potrafił z nich czytać, mógłby opowiedzieć niejedną epicką historię. – Oczy Granny wpatrzone były w odległy świat. Zdjęła okulary, sięgnęła do kieszeni swetra po zmiętą chusteczkę i przetarła je w zamyśleniu. – Tak… Jakże wspaniałe historie mogłyby opowiedzieć. – Z powrotem założyła okulary.

Eve skinęła głową.

– Bardzo chciałabym je usłyszeć. Uwielbiam dotyk i zapach staroci. Uwielbiam odkrywać tajemnice i snuć domysły o życiu właściciela danego zegarka, pierścionka, lampionu czy nieotwartego listu.

Wzrok Granny ponownie spoczął na liście.

– Bardzo chciałabym poznać treść tego listu, młoda damo. Bardzo.

Eve spojrzała na niego.

– Może powinnyśmy otworzyć go teraz? – zagadnęła Granny konspiracyjnym tonem. – Może powinnyśmy przeczytać go razem?

Eve przygryzła dolną wargę. Powoli pokręciła głową.

– Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł. – Próbowała dobrać właściwe słowa. – Wygląda na bardzo osobisty. Chciałabym go kupić i otworzyć w samotności. Ma pani coś przeciwko temu?

Granny z rezygnacją pochyliła głowę.

– Dobrze. To pani go znalazła i chce go kupić. Sprzedam go zatem.

Eve głośno westchnęła.

– Dziękuję, Granny. Ile płacę?

Granny delikatnie się zaśmiała.

– Trzydzieści dolarów za lampion, a list dostanie pani za darmo, ale pod jednym warunkiem. Musi mi pani obiecać, że do mnie zadzwoni i powie mi, co jest w nim napisane. Zgoda?

– Zgoda – przytaknęła Eve. – Zadzwonię.

Granny groźnie wycelowała w nią palec.

– Oby. Chcę usłyszeć wszystko, czego zdoła się pani dowiedzieć o tych ludziach, a jestem pewna, że będzie pani próbowała ustalić, kim byli. Ma pani to wypisane na twarzy.

Eve sięgnęła po wizytówkę sklepu i z uśmiechem zapewniła:

– Obiecuję, że wszystko pani opowiem.

– Dobrze. Płaci pani kartą kredytową?

– Tak.

Eve zaczęła szperać w torebce w poszukiwaniu portfela. Granny Gilbert jeszcze raz przeciągle przyjrzała się kopercie i oddała ją Eve.

– Widziała tam pani jeszcze jakąś korespondencję? – zapytała Granny z nadzieją w głosie.

– Nie, znalazłam tylko ten list.

Granny zdjęła okulary i delikatnie przetarła oczy.

– Zastanawiam się, w jaki sposób tu trafił i jak długo tu przeleżał. Powinnam to wiedzieć. Powinnam była wiedzieć, że tu jest. Co też mi się przytrafiło na stare lata… – Granny się wyprostowała. – Proszę o kartę.

Granny stała w drzwiach i machała ręką ku Eve, która odjeżdżała w promieniach jaskrawego jesiennego słońca. Gdy samochód Eve przemknął pod czerwonymi i żółtymi liśćmi, Granny Gilbert przeszła na zwolnione właśnie miejsce parkingowe, odwróciła się, założyła ręce za plecy i przyjrzała się szyldowi swojego sklepu. Jej oczy spowiły się mgłą, gdy przywoływała w myśli dawne rozmowy, transakcje i wspomnienia. Wkrótce nie będzie po tym wszystkim śladu – tak jak i po niej.

Ta młoda kobieta zabrała ze sobą cząstkę jej sklepu, i dobrze. Wiedziała, że Eve doceni te przedmioty i zrobi z nich dobry użytek. Być może kupiony przez nią zegarek w wisiorku, lampion i list zyskają dzięki temu jeszcze wiele lat życia. Być może ów tajemniczy list wyląduje kiedyś w muzeum. Kto wie?

Granny Gilbert odwróciła się w kierunku pustej drogi. Miała nadzieję, że ta młoda kobieta zadzwoni do niej, tak jak obiecała, i zdradzi jej treść listu. Granny się roześmiała. Znów czuła się jak dziewczynka. Może to list miłosny?

Wtem coś ją uderzyło. Coś, co już od kilku minut ją gryzło. Cóż to mogło być? Gdy to sobie uświadomiła, wyprostowała się, uniosła brwi i poczuła, że oddech więźnie jej w gardle.

– Jej nazwisko – wymamrotała do siebie w zdumieniu. – Nazwisko na karcie kredytowej. Evelyn Sharland. Takie samo jak na kopercie.

Granny zadrżała. Skojarzenie jednego z drugim zajęło jej staremu umysłowi zbyt dużo czasu, a teraz po Eve nie było już śladu. Nic dziwnego, że tak mocno nalegała na kupno listu i otwarcie go na osobności.

Granny ponownie obróciła się twarzą do sklepu i spojrzała na niego tak, jakby dopiero co przebudziła się ze snu.

– Coś takiego – posłała słowa z zimnym jesiennym wiatrem. – Takie samo nazwisko. Jak to możliwe? Wielkie nieba, jakże wspaniały jest ten świat…

ROZDZIAŁ 3

Gdy Eve dotarła do Nowego Jorku, który wyrósł przed nią w pełni swej chwały ze szkła, stali i kamienia, była już prawie osiemnasta. Oddawszy samochód do wypożyczalni, skierowała się ku domowi, od którego dzieliły ją tylko dwie przecznice. Torbę z zakupami umieściła na brązowej skórzanej walizce na kółkach, które terkotały na chodniku. Szła energicznie, pragnąc jak najszybciej znaleźć się w domu, by otworzyć i przeczytać tajemniczy list. Przez cały dzień, jadąc najpierw bocznymi drogami Pensylwanii, a potem autostradą, powstrzymywała się od rozerwania koperty i przeczytania go od razu, walcząc z ciekawością i obawami. Co chwila zerkała na leżący na siedzeniu obok list tak, jakby był istotą z krwi i kości. Ale trzymała się w ryzach. Oczekiwanie – nawet podczas późnego lunchu w naleśnikarni – było czystą agonią.

Eve parła naprzód, klucząc pomiędzy rodzinami z psami i ludźmi opuszczającymi restauracje. Stan wyczekiwania sprawił, że w drodze do mieszkania czuła się jak w gorączce. Koperta była schowana głęboko w torebce.

Już odjeżdżając spod sklepiku Granny, zdecydowała, że z otwarcia listu uczyni małą ceremonię, choć nie wiedziała dlaczego. Tak po prostu czuła. W końcu list miał ponad sto trzydzieści lat. Mógł mieć znaczenie historyczne. To kolejny powód do szczególnie ostrożnego obejścia się z nim. Miała zabytkowy nożyk do korespondencji – prezent urodzinowy od matki. Będzie się do tego idealnie nadawał. Za jego pomocą cierpliwie i czule otworzy list.

Eve dotarła do domu, przeszła przez ciężką żelazną furtkę, za którą pokonała sześć schodków prowadzących do wielkich dębowych drzwi frontowych. Ta szeroka na dwadzieścia stóp brunatnoczerwona kamienica, wybudowana w tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym piątym roku, położona była przy Zachodniej Sto Siódmej Ulicy z cichą trzypasmową jezdnią. Mieszkanie Eve, znajdujące się na pierwszym piętrze, miało dużą sypialnię, nowoczesną kuchnię, niewielką jadalnię, drewniane podłogi i przesłonięte koronkowymi firankami okna wykuszu, które wychodziły na Sto Siódmą Ulicę.

Wszedłszy do mieszkania, Eve postawiła lampion i walizkę w salonie obok marmurowego kominka, zgrabnym ruchem zsunęła z siebie kurtkę i rzuciła ją na fotel obity skórą w kolorze burgundowym. Zadzwoniła do swojej przyjaciółki Joni i zostawiła jej wiadomość: „Cześć, Joni, jestem już w domu. Możesz przyprowadzić Georgy’ego, kiedy chcesz. Do zobaczenia”.

Georgy to jej pies, pół beagle, pół springer spaniel, ale z powodu białej sierści i czarnych łat zdobiących łapy i pysk bardziej przypominał dalmatyńczyka.

Eve przystanęła obok dębowego stołu jadalnego, sięgnęła do torebki i wyjęła list. Wpatrywała się w niego z wyrazem ciekawości na twarzy. Co za znalezisko. Prawdziwy skarb.

List ewidentnie nigdy nie został otwarty. Ale był ostemplowany, więc John Allister Harringshaw go wysłał. Czy Evelyn Sharland go otrzymała? Pewnie tak, ale dlaczego postanowiła go nie otwierać? Być może ktoś go przed nią schował. Ale kto i z jakiego powodu? Możliwe, że Evelyn nigdy się nie dowiedziała, że pan Harringshaw go nadał. I znów to samo pytanie: dlaczego?

Może list trafił pod niewłaściwy adres. Ale jak znalazł się w starym lampionie? To wszystko nie miało najmniejszego sensu, chyba że ktoś chciał go ukryć. Lampion miał zabrudzone szybki, więc idealnie się do tego nadawał.

A może Evelyn otrzymała ten list, ale była zmuszona go ukryć, jednak później z jakiegoś powodu nie mogła go odzyskać. W jaki więc sposób lampion znalazł się w sklepie z antykami Miniony Czas?

Mnóstwo pytań. I mnóstwo niesamowitych możliwości.

Eve spojrzała na telefon i zmarszczyła brwi. Dostała sporo SMS-ów, na które nie odpowiedziała, i dużo e-maili, na które również nie odpisała. Większość na pewno jest z pracy. Telefony z kliniki zostały przekierowane do jej koleżanki z pracy, ale zawsze pojawiały się pytania, na które tylko ona mogła odpowiedzieć. Westchnąwszy głęboko, odłożyła list na bok i sięgnęła po telefon.

Pół godziny później Joni, dziarska kobieta o miedzianoczerwonych włosach, przypominająca młodą Lizę Minnelli, zjawiła się ze szczekającym Georgym, który tak się wyrywał do Eve, że napinał smycz do granic możliwości. Joni spuściła go ze smyczy, a on natychmiast wpadł w otwarte ramiona Eve. Ucałowała go w głowę i przytuliła do piersi, a on, skomląc, lizał ją po twarzy, szczęśliwy, że wrócił do domu i do swojej najlepszej przyjaciółki.

Nakarmiwszy Georgy’ego, Eve krótko zrelacjonowała Joni swoją podróż, nie wspominając jednak o liście, ponieważ wiedziała, że rozbudziłaby w niej ciekawość i chęć poznania jego treści. Na razie nie była gotowa na to, by komukolwiek o tym powiedzieć. Joni w paru słowach opowiedziała Eve o dwóch castingach na Broadwayu, w których wzięła udział, ale ponieważ nie dostała roli, popędziła do kina na spotkanie ze swoim chłopakiem.

Gdy Georgy w końcu ułożył się na swym kraciastym posłaniu obok kominka, Eve sięgnęła po telefon i zadzwoniła do matki. Opowiedziała jej o pensjonacie i o zegarku w kształcie serca, po czym zmieniła temat rozmowy.

– Mamo, czy w naszej rodzinie była kiedyś inna Evelyn Sharland?

– Nie wiem. Twój ojciec interesował się tymi sprawami kilka lat temu, gdy tworzył nasze drzewo genealogiczne. Ciągle nalegam, żeby sprawdził, czy po mojej stronie są jakieś powiązania z Jane Austen. Pamiętasz? Moja prababka nosiła nazwisko Austen.

– Oczywiście, mamo. Pamiętam.

– Chciałabym, żeby twój ojciec dokończył te badania, ale znasz go. Nie wiem, jakim cudem on został agentem FBI. Nigdy niczego nie doprowadza do końca. Nadal nie uporał się z malowaniem łazienki na piętrze, które zaczął dwa miesiące temu. Gdy pewnego dnia ostro się o to pokłóciliśmy, zagroził, że jeżeli nie przestanę zrzędzić na ten temat, to pozwoli się objąć programem ochrony świadków i zniknie.

Eve usiłowała się odezwać, ale nie zdołała wejść matce w słowo.

– Ale i tak jestem pewna, że jesteśmy spokrewnieni z Austenami. Czuję to. Znowu czytam Mansfield Park. Czytałaś to, prawda?

– Tak, chyba ze trzy razy. Mamo, czy tata jest w domu? Chciałabym z nim porozmawiać.

– Ogląda mecz. Wiesz, jak nie cierpi, gdy mu się przerywa.

– Mamo, proszę, powiedz mu, że muszę z nim porozmawiać. To ważne.

Matka Eve wychwyciła napięcie w jej głosie.

– Wszystko u ciebie w porządku? Wydajesz się zestresowana.

– Nic mi nie jest, mamo. Poproś tatę do telefonu.

Eve usłyszała westchnienie matki.

– Dobrze… Chwileczkę.

Chwilę później Eve usłyszała głos ojca, w którym pobrzmiewało zniecierpliwienie.

– Eve, jak się masz? Co to za ważna sprawa? Oglądam mecz, Steelersi przeciwko Raidersom. Świetnie grają. Co chcesz wiedzieć?

– Tato, czy sporządzając nasze drzewo genealogiczne, znalazłeś inną Evelyn Sharland?

Zapadła chwila ciszy. Eve słyszała w tle telewizję, szczekającego Jaspera, mopsa matki, i uciszający go głos.

– Tak, była jakaś Evelyn Sharland. Nie pamiętasz? Opowiadałem ci o niej. O ile mnie pamięć nie myli, była młodszą siostrą twojej prababki, ale mogę się mylić. Miały też brata.

Eve dostała gęsiej skórki.

– To po niej mam imię?

– Nie. Gdy się urodziłaś, nie wiedzieliśmy jeszcze o jej istnieniu. Twojej matce po prostu podobało się to imię. Ja chciałem cię nazwać Sally, Karen albo Efrem Zimbalist Junior – powiedział ze śmiechem.

– Jak?

– No wiesz, jak ten aktor z serialu o FBI, który leciał w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Dwa lata temu podarowałaś mi go na DVD na Gwiazdkę. Pamiętasz?

– Tak, tak – rzuciła na odczepnego. – Jak dawno żyła Evelyn Sharland? Kiedy to było?

– Nie pamiętam. Dlaczego tak nagle cię to interesuje?

Eve nie była gotowa na takie wyznanie. Bardzo kochała swoich rodziców, ale jej matka była mistrzynią olimpijską w plotkarstwie.

– Po prostu jestem ciekawa. Możesz to sprawdzić?

– Teraz? – wykrzyknął. – Eve, trwa mecz. Zlituj się.

– No dobrze… A wiesz, czy ta kobieta wyszła za mąż? Miała dzieci?

– Nie pamiętam. Zajmowałem się tym rok temu. Sprawdzę to i za klika dni oddzwonię.

Eve, rozczarowana, zgodziła się niechętnie.

Zapadł już wieczór i ciemność wypełniła pokój, ale Eve nadal wahała się, czy otworzyć list. Było z tym trochę tak, jak z gwiazdkowym prezentem: otwierasz go i czar pryska. Dla Eve cała radość świąt Bożego Narodzenia polegała na wyczekiwaniu, snuciu domysłów i niespodziance. A ten list był nawet czymś więcej. Był przestronnym, tajemniczym oknem z widokiem na przeszłość – być może nawet jej własną.

Eve spojrzała na Georgy’ego, który uważnie jej się przyglądał jednym okiem.

– Co o tym myślisz, Georgy?

Zamrugał, westchnął i zanurzył głowę w fałd swojego posłania.

– Dzięki, stary. Wiem, wiem. Nie zawracać ci głowy.

Eve wzięła prysznic, owinęła się białym szlafrokiem frotte i zamówiła z pobliskiej restauracji makaron z owocami morza. Czekając na dostawę, poczyniła przygotowania do rytuału otwarcia listu. Wyczyściła szkła lampionu i ustawiła go w sercu szmaragdowozielonego niedziałającego kominka, przed kandelabrem z kutego żelaza na dziesięć świec. Gdy je zapaliła, stwierdziła, że lampion wygląda w ich świetle dziwnie tajemniczo i czarująco pięknie.

Otworzyła butelkę sauvignon blanc, nalała wino do kieliszka i postawiła go na stoliku obok fotela, który ustawiła naprzeciwko kominka. Obok kieliszka położyła list. Gdy dostarczono jej posiłek, usadowiła się w fotelu z nogami podkulonymi pod siebie i jadła powoli, rozkoszując się smakiem jedzenia i wina oraz rozmyślając o tym dziwnym dniu. Właśnie takie dni uwielbiała – pełne przygód, nieprzewidywalności i tajemnic. A teraz miała przed sobą to dziwaczne znalezisko: list sprzed dwóch wieków, zaadresowany do kogoś o jej imieniu i nazwisku. Miała nadzieję, że nie będzie rozczarowana i że koperta nie zawiera na przykład zwykłego rachunku.

„Co jeszcze mogłabym włączyć w ceremonię otwarcia listu?” – myślała, uśmiechając się do siebie, zadowolona, że stworzyła tak dramatyczną scenerię. „Wino, świecznik… A tak, jeszcze muzyka”.

Była dwudziesta pierwsza trzydzieści, gdy Eve w końcu wstała z fotela, włączyła laptopa i znalazła podkład muzyczny, który jej zdaniem był odpowiedni do ceremonii: muzykę barokową Haendla. Ściszyła i skierowała laptopa w stronę fotela. Salon prezentował się wybornie, cicho i intymnie, skąpany w miękkim, łagodnym blasku świec.

Wróciła na fotel i sięgnęła po kieliszek. Uniosła go w geście toastu najpierw w kierunku lampionu, a potem listu. Wypiła łyk wina, po czym sięgnęła po zabytkowy srebrny nożyk do korespondencji o rękojeści z masy perłowej.

Odstawiła kieliszek i z wahaniem wzięła do ręki kopertę, wpatrując się w nią urzeczonym wzrokiem. Muzyka brzmiała łagodnie i elegancko, pokój spowijał lekko drżący blask, a Eve wyraźnie słyszała własny puls.

W końcu bardzo ostrożnie wsunęła czubek nożyka pod klapkę. Lekko popchnęła nożyk. Ku jej zaskoczeniu mimo upływu tylu lat papier nie poddał się łatwo. Wydawał się opierać, jakby nie chciał wyjawić skrywanych sekretów.

Spojrzała na Georgy’ego. Spał. Joni pewnie zabrała go ze sobą na jogging. Spędził na zewnątrz wiele godzin.

Eve odetchnęła i ponownie spróbowała otworzyć list, odklejając klapkę koperty. Nie chciała otwierać go od góry. To mogłoby go uszkodzić. W każdym razie jeśli list miał znaczenie historyczne, lepiej było otworzyć klapkę. Robiła to powoli i ostrożnie, lecz wytrwale, a spoina stopniowo zaczynała ustępować. Gdy dotarła do połowy, zatrzymała się. Poczuła kropelki potu pod dolną wargą i mocno bijące serce. Jej spocona dłoń drżała.

Wreszcie dzięki delikatnemu pchnięciu klapka się oderwała i Eve zobaczyła żółtą wstążkę kleju, który przez te wszystkie lata strzegł listu.

Jej oczy otwarły się szerzej i pojawiła się ekscytacja – rodzaj radosnego nastroju, którego jeszcze nigdy nie odczuwała. Eve odłożyła nożyk i z niejakim oporem dotknęła klapki palcem wskazującym. Zachowywała się tak, jakby otwierała egipski grobowiec albo zapieczętowany dzban skrywający zwoje znad Morza Martwego.

Uniosła klapkę i westchnęła z przejęciem. Dwoma palcami dotykała krawędzi listu. Teraz musiała już tylko wyjąć arkusz z koperty i przeczytać.

Eve się zatrzymała, w jej głowie kłębiły się setki myśli. Sto wątpliwości i sto możliwości.

Bardzo ostrożnie wysunęła list. Obejmował on sześć stron tekstu zapisanego na grubym kremowym papierze. Co zadziwiające, mimo upływu czasu papier pozostał całkowicie nietknięty. Wyglądał tak, jakby zapisano go tydzień temu, a nie w tysiąc osiemset osiemdziesiątym piątym roku. Eve odłożyła kopertę i skupiła się na liście. Był złożony na pół. Przeciągnęła palcem wzdłuż zagięcia i otworzyła go.

Spojrzała na kartkę i gdy zaczęła czytać, zadrżała. Ręka, która napisała ów list, postarała się, by wszystkie słowa były czytelne. Pismo było eleganckie, litery strzeliste, kropki nad „i” dokładnie w pionie, a litery „t” perfekcyjnie przekreślone. Całkowitą i pełną uwagę Eve przykuła jednak sama treść, zdawała się bowiem emanować życiem, energią i niewymowną witalnością, która wciągnęła ją w swój stary, hipnotyzujący świat.

Dom Harringshawów

Piąta Aleja 644

Nowy Jork

24 grudnia 1885 roku

Moja najdroższa Evelyn,

Twój ostatni list uzmysłowił mi, jak tragicznie źle postępowałem, powodowany wszakże względami dobrego wychowania i czystego sumienia. Teraz z całego serca tego żałuję. Przez całą noc i przez większość dzisiejszego dnia nie mogłem znaleźć sobie miejsca, pochłonięty przez wewnętrzną szamotaninę, która wypełniwszy mnie odrazą do własnej osoby, wpędziła w żal i tęsknotę.

Nie będę usiłował się usprawiedliwiać, albowiem nie zasługuję ani na Twe przebaczenie, ani na Twą łagodną miłość. Wyznam jedynie, iż zwiodły mnie własne uczucia, uznałem bowiem, że nigdy nie będę mógł poprosić Cię o rękę z powodu mego statusu, a także obowiązków wobec rodziny i zobowiązań w interesach.

Teraz wszakże rozumiem z całą jasnością, iż zaniechanie oświadczyn wynikło ze słabości mego charakteru, z niedojrzałego pojmowania odwagi oraz z czystej ignorancji. Błędnie mniemałem, iż choćbyśmy byli dla siebie najodpowiedniejsi, nie mógłbym odwrócić się od swego środowiska i zawieść oczekiwań rodziny, a tym samym nie moglibyśmy się pobrać i być szczęśliwi, czego obydwoje tak gorąco pragnęliśmy.

Łącząca nas bliskość powinna była stanowić dla mnie dowód, że się mylę, lecz, moja najdroższa, obawiam się, że lęk, środowisko i własna ambicja uczyniły mnie ślepym. Nie byłem zdolny wyobrazić sobie wszystkich wspaniałości życia, które mogliśmy razem wieść. Moja miłość była niedoskonała. Oby Bóg mi wybaczył, droga Evelyn. Powiedziałaś, iż nigdy nie pragnęłaś życia w luksusie i byłabyś ukontentowana skromnym żywotem, o ile tylko bylibyśmy razem, szczęśliwi i zakochani. Wybacz mi, najdroższa Evelyn, że zabrakło mi Twej dobrotliwej i prawdziwej miłości oraz Twego dobrego i współczującego serca, choć sam sobie nigdy nie wybaczę.

Gdybym tylko mógł zawrócić wskazówki zegara, by raz jeszcze przeżyć tamte bezcenne godziny, nie zawahałbym się ani przez chwilę. Lecz czas niestety płynie dalej w swym nieubłaganym tempie i co się wydarzyło, tego cofnąć nie sposób.

Teraz zaś leżysz na łożu śmierci i nic już nie odmieni nędzy mych samolubnych błędów. Wiedz, moja droga, iż czyniłem próby, by przybyć do Ciebie, i zatrudniłem najlepszego lekarza na Manhattanie, by czuwał przy Tobie, lecz Twa matka w dosadnych słowach odrzuciła wszelkie me starania. Zagroziła, iż powiadomi policję i narazi mą rodzinę na skandal. Odparłem, że nie dbam o to, co zrobi mnie bądź mej rodzinie, i począłem usilniej nalegać na spotkanie z Tobą, lecz ona oznajmiła, iż nie chcesz mnie widzieć. Ponoć mnie nienawidzisz i już nigdy nie chcesz oglądać mego oblicza, tak na tym, jak i na tamtym świecie.

To, rzecz jasna, złamało mi serce i duszę. Twa matka stwierdziła też, iż między nami koniec i że już mnie nie kochasz. Błagałem ponownie, by mi wybaczyła i pozwoliła się z Tobą widzieć lub by przynajmniej mógł zbadać Cię mój lekarz, jednak odrzuciła me błagania.

Drogę zastąpił mi Twój brat i jego dwaj przyjaciele, przeklinając mnie i grożąc wyrządzeniem cielesnej krzywdy. Jednak niestraszne mi było i to. Nie dbałem wówczas o siebie. Dostrzegłem wszakże daremność mych starań. Nie byłem w stanie ich przemóc, by do Ciebie wejść, więc odebrałem od nich parę zasłużonych ciosów i zostałem powalony na ziemię. Tym samym znowuż Cię zawiodłem, lecz już po raz ostatni.

Droga Evelyn, jakże zniosę Twe odejście z tego świata? Niechby piekło pochłonęło tę chorobę, gruźlicę, która tak bardzo Cię zmogła. Jakże zniosę Twe odejście z tego nieszczęsnego świata? Jakże zdołam znieść wszelkie swe występki, gdy już opuścisz ten padół? Cóż pocznę z tym kochającym sercem, które bije ku Tobie miłością i pożądaniem, gdy już Cię zabraknie?

Raz jeszcze pokornie proszę Cię o przebaczenie i z całego serca zapewniam, że Cię kocham i będę Cię kochał po wieczność, nie zważając na to, czy ma miłość jest wzajemna, czy nie. Ty zaś, droga Evelyn, ukazałaś mi, że miłość nie tylko jest możliwa i prawdziwa, lecz także, że w tym życiu jest ona zawsze najlepszym i jedynym wyborem.

List ten posyłam Ci więc jako moją ostatnią deskę ratunku, ufając miłosiernemu Bogu, iż go otrzymasz i przeczytasz. Modlę się, byś przeszła do innego świata, wiedząc ponad wszelką wątpliwość, że Cię kocham i nigdy nie przestanę. Modlę się do miłosiernego Boga, by Twoja matka była tak dobra i doręczyła Ci ten list.

W swym ostatnim liście wspomniałaś, iż wciąż masz tamten lampion. Jakże mnie to wzruszyło! Do łez. Jeśli tylko zdrowie Ci pozwoli, zapal proszę raz jeszcze ów lampion, który tamtego okropnego śnieżnego dnia po raz pierwszy ukazał mi twą twarz, po czym przeczytaj ten list ponownie i pomyśl o mnie życzliwie. Wróć pamięcią do naszych wspólnych dobrych i miłych chwil, do wyjętych z rzeki czasu minut spędzonych na osobności, gdy trzymałem Cię w ramionach, i wspomnij nasze czułe pocałunki. Evelyn, proś Boga, aby pozwolił nam znów być razem, czy to na tym, czy na tamtym świecie, ażeby nasza miłość została pobłogosławiona i w pełni rozkwitła niczym kwiat.

Światło tego lampionu już zawsze będzie symbolem naszej wiecznej i nieustającej miłości. Proszę, droga Evelyn, zapal go i wspomnij mnie z przebaczeniem, współczuciem i miłością w sercu.

I pamiętaj, najdroższa Evelyn, iż pewnego dnia odnajdę Cię w tym innym, sprawiedliwszym i doskonalszym świecie, i będziemy żyli razem w owym pięknym i spokojnym miejscu. Jestem tego pewien. Wierzę w to, gdyż miłość sobie tylko znanym sposobem znów nas połączy i wszystko naprawi.

Do tego czasu pozostaję Twym sługą, przyjacielem i Twą prawdziwą miłością,

John Allister Harringshaw II

Eve podniosła wzrok znad kartki i zapatrzyła się przed siebie. List wzruszył ją do łez.

Język był kwiecisty i bardzo emocjonalny, jako że list został napisany, co oczywiste, w dziewiętnastowiecznym stylu. Nadal miał jednak tę samą siłę oddziaływania. Mężczyzna był emocjonalnie przybity z powodu utraty miłości swojego życia, co Eve czuła w każdym słowie, czy to wyrażającym miłość, czy udrękę. Spojrzała na lampę, której prawdopodobnie nie zapalano od tysiąc osiemset osiemdziesiątego piątego roku.

Było niemal pewne, że Evelyn nie otrzymała listu Johna, nigdy więc nie zapaliła lampionu. Być może uniemożliwiła jej to choroba. „Jakie to tragiczne” – pomyślała Eve. „I bardzo smutne”.

ROZDZIAŁ 4

Poniedziałek przyniósł jej nawał zajęć. Eve przyjmowała pacjenta co dwadzieścia minut, przeprowadzała badania okresowe, wysyłała recepty przez internet, analizowała wyniki badań krwi i EKG, wysłuchiwała wciąż tych samych narzekań stałych pacjentów, a pod koniec dnia pobrała wymaz z gardła sześcioletniego chłopca, który przez cały zabieg walczył z nią i krzyczał.

Eve z całych sił starała się trzymać grafiku, by pacjenci nie musieli czekać dłużej niż pięć czy dziesięć minut. Słowem – był to typowy zwariowany i pracowity poniedziałek. Przed spotkaniem z dwojgiem przyjaciół, i zarazem kolegów po fachu, na spóźnionej kolacji urodzinowej zadzwoniła do Joni, by się upewnić, że zabrała Georgy’ego na jego popołudniowe zabawy w parku.

Eve i jej przyjaciele w swym ulubionym bistro na Upper West Side sączyli czerwone wino, jedząc francuską zupę cebulową i burgery. Eve zrelacjonowała im najważniejsze wydarzenia z trzydniowej wyprawy oraz przygodę z Granny Gilbert w sklepiku z antykami. Z dumą pokazała zegarek w wisiorku w kształcie serca i opowiedziała o lampionie, ale nawet słowem nie wspomniała o liście. Czuła, że dyskutowanie o nim osłabiłoby jego wpływ na nią, a chciała delektować się tym doświadczeniem sama przez jakiś czas, przynajmniej dopóki nie dowie się czegoś więcej o Harringshawie i nie zadecyduje, co z tym zrobić. Żadne z jej przyjaciół nie interesowało się antykami, więc rozmowa łatwo zeszła na inne tematy.

Po powrocie do domu nakarmiła Georgy’ego, wzięła prysznic, wskoczyła w szlafrok i kapcie i włączyła laptopa. Zapaliła świece w kominku i usiadła z laptopem w ulubionym fotelu. Georgy przyszedł i ułożył się przy jej nogach, kładąc pysk na jej prawej stopie, co miał z zwyczaju, odkąd dwa lata temu zabrała go ze schroniska dla zwierząt.

Eve najpierw wpisała w wyszukiwarkę hasło „Evelyn Sharland, 1885”. Strzał w ciemno, ale kto wie? Znalazła Rose Sharland, żyjącą w latach 1873–1946. Krewna? Eve nic o niej nie wiedziała.

Przewinęła stronę niżej. Jedyny spis ludności, na który się natknęła, pochodził z roku 1940. Nieprzydatne. W porządku, później zadzwoni do ojca i przypomni mu, by poszukał informacji w swoich źródłach.

Następnie wpisała „John Allister Harringshaw II” i z niecierpliwością czekała na wyniki wyszukiwania. Gdy strona się załadowała, niemal wbiła nos w ekran. Jej uwagę przykuł jeden wynik. Albert Wilson Harringshaw. Eve kliknęła link. Przeskanowała wzrokiem całą stronę.

Albert Wilson Harringshaw był synem Johna Allistera Harringshawa I, starszym bratem Johna Allistera Harringshawa II.

Eve odchyliła się i otworzyła szeroko oczy; jej serce biło szybko. Autor listu był młodszym bratem sławniejszej – albo i niesławnej – osoby. Czytała dalej.

Albert Wilson Harringshaw (12 października 1860 – 7 maja 1915) był niezwykle bogatym amerykańskim biznesmanem i sportsmanem, członkiem słynnej rodziny Harringshawów. Zasłynął jako playboy „wieku pozłacanego”, widywany był często w towarzystwie Helen Baxter Price, znanej aktorki i rzekomo prostytutki, mimo zaręczyn z Anne Fulton Hopkins, wpływową bywalczynią salonów, której rodzina straciła większość majątku na spekulacjach gruntami i podczas paniki na giełdzie w maju 1884 roku.

Albert Harringshaw kupił pannie Price kamienicę w modnej okolicy Madison Square i wszystko wskazywało na to, że kontynuował związek w sekrecie, nawet po ślubie z Anne Hopkins. Dalsze losy panny Price są owiane wieloma plotkami i tajemnicami. Podobno poznała młodszego mężczyznę i wyjechała z nim do Francji. Od tamtej pory słuch po niej zaginął.

Albert Wilson Harringshaw zmarł na pokładzie transatlantyku Lusitania w 1915 roku.

Eve przyglądała się jego fotografii, którą skarykaturował Spy* dla „Vanity Fair” w tysiąc osiemset osiemdziesiątym piątym roku. Był elegancko ubrany w białą koszulę z białą muszką, czarny frak i spodnie, ciemną kamizelkę i cylinder. Był też całkiem przystojny, miał rudozłote włosy, wypomadowane wąsy i beztroski błysk w oku.

Eve przeskrolowała niżej i przeczytała biogram rodziny Harringshawów.

Harringshawowie to amerykańska familia o brytyjskich korzeniach, jedna z najwybitniejszych w wieku pozłacanym. Swój status zawdzięczała imperium stworzonemu przez Johna Allistera Harringshawa I, obejmującemu transport morski, przemysł stalowy i kolej żelazną. Rodzina poszerzyła obszar działalności o inne branże w przemyśle i filantropii. John Allister Harringshaw I wybudował rezydencję przy Piątej Alei w Nowym Jorku i luksusowe „domki letnie” w Newport w stanie Rhode Island.

Eve poszukała linku dotyczącego Johna Allistera Harringshawa II i znalazła go u dołu strony. Nerwowo zaczerpnęła powietrza i kliknęła link. Gdy strona się załadowała, na Eve spojrzał z czarno-białej fotografii John Allister Harringshaw II.

Eve wydała z siebie cichy odgłos zaskoczenia. Wpatrywał się bowiem w nią niczym istota z krwi i kości. Panująca w pokoju cisza pogłębiła się i nieznacznie zmieniło się światło, ponieważ świece zaczęły lekko migotać. Eve uniosła wzrok znad ekranu i rozejrzała się dookoła, jakby wyczuwała czyjąś obecność. Zadrżała od chłodnego powiewu i zapragnęła usłyszeć bulgotanie w kaloryferach – znak, że włączono ogrzewanie. Na zewnątrz było zimno, a wedle prognoz temperatura miała spaść do sześciu stopni.

Wróciła do laptopa i fotografii Johna Allistera Harringshawa II, którą powiększyła i tak się w nią zapatrzyła, że ta całkowicie pochłonęła jej uwagę. John Allister Harringshaw II wpatrywał się w Eve przenikliwym wzrokiem, miał ciemne oczy, szlachetne rysy twarzy i mały, wąski nos arystokraty. Ubrany był we frak i cylinder, wyglądał na około 30 lat, może nieco więcej. Był wysoki, postawny i wyjątkowo przystojny. Emanował naturalną władczością i niezachwianym poczuciem godności.

Eve nie była w stanie wyobrazić sobie tego mężczyzny piszącego leżący obok niej list. Sprawiał bowiem wrażenie zimnego, zdystansowanego światowca, zapewne skrajnie praktycznego i świetnie wyszkolonego w kwestii majętności i przywilejów. Mimo że był przystojny, nie zrobił na Eve zbyt dużego wrażenia. Im dłużej patrzyła mu w oczy, tym mocniej czuła, że był mrocznym, zimnym i ponurym mężczyzną. Prawdopodobnie siał postrach wśród swoich służących, klientów i ludzi, którzy dla niego pracowali.

Wtem coś ją uderzyło. Czy ta fotografia została zrobiona po napisaniu przez Johna listu do Evelyn, czy wcześniej? Eve bliżej przyjrzała się podpisowi pod fotografią, by zobaczyć, kiedy ją sporządzono. Data naniesiona była drobną czcionką. Grudzień tysiąc osiemset osiemdziesiątego piątego roku!

Eve przełknęła ślinę i przeczytała jego krótki biogram.

John Allister Harringshaw II urodził się w Nowym Jorku w 1854 roku jako drugi syn Johna Allistera Harringshawa I i Alice Mayfair Gibson. Uczęszczał do Szkoły im. św. Pawła w Concord w stanie New Hampshire i na Uniwersytet Harvarda. Przez pewien czas zarządzał majątkiem rodzinnym i działał w branży nieruchomości; wybudował kilka znakomitych nowojorskich hoteli, między innymi Continental i Dickenson.

Był zaręczony z bywalczynią salonów, Elizabeth Ashley Loring, ale nigdy się nie pobrali. Spekulowano, że powodem tego był skandal lub bliska temu sytuacja, choć nie było na ten temat żadnych wzmianek w prasie. Sprawa ta pojawia się jednak w dwóch z ośmiu biografii poświęconych rodzinie Harringshawów.

Na pewien czas John zniknął ze świata interesów i życia towarzyskiego (większość biografów twierdzi, że przeprowadził się na południe Francji), zaś obowiązki związane z zarządzaniem majątkiem rodzinnym przejął po nim Albert Wilson Harringshaw.

John pojawił się ponownie po śmierci brata w 1915 roku i powrócił do dawnych obowiązków, jednak rzadko bywał w towarzystwie i nigdy się nie ożenił. Gdy zmarł w 1921 roku w wieku 67 lat, jego majątek wart był 95 milionów dolarów (obecnie równowartość ponad 2 miliardów dolarów).

Pozycja rodziny Harringshawów utrzymała się do połowy dwudziestego wieku, gdy wspaniałą rezydencję rodzinną znajdującą się przy Piątej Alei sprzedano i zamieniono w Muzeum Sztuki Collermore.

Eve przyjrzała się rezydencji Harringshawów, próbując sobie przypomnieć, czy była kiedyś w tym muzeum. Po namyśle stwierdziła, że nigdy go nie odwiedziła. Eve spojrzała w górę, a jej twarz zajaśniała od pewnego pomysłu. Pójdzie do tego muzeum i zwiedzi dom, w którym mieszkał John Harringshaw II i jego rodzina. To będzie ekscytująca przygoda rodem z powieści.

Eve odnalazła stronę internetową Muzeum Sztuki Collermore i zaczęła o nim czytać. Można w nim było zobaczyć wystawy malarstwa europejskiego i sztuki dekoracyjnej, a także dzieła niektórych przedstawicieli szkoły Hudson River, amerykańskie litografie i akwarele artystów należących do Stowarzyszenia Akwarelistów Nowej Anglii, między innymi Winslowa Homera i Johna Singera Sargenta.

Muzeum było otwarte przez sześć dni w tygodniu, a w poniedziałki zamknięte.

Gdy Eve zastanawiała się nad odwiedzeniem muzeum, przyszły jej do głowy dwie myśli. Pierwsza: obiecała zadzwonić do Granny Gilbert i zrelacjonować jej treść listu. Druga: czy powinna skontaktować się ze spadkobiercami Harringshawów i poinformować ich, że jest w posiadaniu listu, który mogliby chcieć nabyć? Eve była pewna, że dostałaby za niego dobrą cenę.

Zamknęła klapę laptopa, przymknęła powieki i usłyszała syczenie w kaloryferach. W końcu będzie ciepło.

Dziesięć po dwudziestej pierwszej Eve wybrała numer Granny Gilbert. Po pięciu sygnałach zabrzmiał cichy, przyjacielski głos. To nie była Granny.

– Dobry wieczór, czy mogłabym rozmawiać z Granny Gilbert? – zapytała Eve.

Po drugiej stronie nastąpiła krótka pauza.

– A kto mówi?

– Eve. Byłam wczoraj w sklepiku z antykami. Obiecałam przekazać Granny pewne informacje.

Kolejna pauza.

– Mówi April, jej córka. Wczoraj wieczorem mama miała wylew. Jest w szpitalu.

Eve się wyprostowała.

– Bardzo mi przykro. Czy to coś poważnego?

– Niestety tak. To już trzeci wylew w tym roku, ale żaden poprzedni nie był tak poważny.

Eve przyłożyła telefon do drugiego ucha.

– Wczoraj była dla mnie bardzo miła. Mam nadzieję, że szybko wróci do zdrowia.

– Dziękuję. Czy mam jej coś przekazać?

– Nie… To nic ważnego. Ale czy mogę zadzwonić za kilka dni i zapytać o jej stan? Nie masz nic przeciwko temu?

– Oczywiście, że nie. To bardzo miłe z twojej strony. Masz na imię Eve, tak?

– Tak, nazywam się Eve Sharland.

– W porządku. Dzwoń, kiedy chcesz.

Tej nocy Eve spała niespokojnie, a gdy budzik zadzwonił o szóstej, była ciasno owinięta kołdrą. Przyszedł Georgy, machając ogonem, oparł przednie łapy o łóżko, polizał ją po uchu i trącał nosem po policzku, dopóki nie odwinęła się z kołdry.

– Już dobrze, Georgy – powiedziała w drodze do kuchni, sennie powłócząc nogami.

Później, jedząc śniadanie i pijąc drugą filiżankę kawy, Eve znowu się zastanawiała, czy powinna skontaktować się z rodziną Harringshawów w sprawie listu. Ponownie uznała, że nie jest jeszcze gotowa z kimkolwiek się nim dzielić. List miał bardzo prywatny charakter i przypuszczała, że John Allister nie chciałby, żeby historycy czy jego potomkowie przeczytali list przeznaczony dla osoby, którą bardzo kochał i której utraty żałował zapewne do końca życia.

To dziwne, ale Eve poczuła się jak opiekunka, powiernica i – czy to nie zbyt śmiałe? – sekretna przyjaciółka. Nadal dostawała gęsiej skórki na szyi i ramionach, gdy uświadamiała sobie, że jedynymi osobami, które znały treść tego niezwykle uczuciowego listu, byli John Allister i ona.

Nie, nie skontaktuje się z rodziną Harringshawów. Jeszcze nie teraz.

Eve miała dziś rano wolne od pracy w gabinecie lekarskim, ale spędziła pracowite popołudnie w Women’s Free Clinic na Dolnym Manhattanie. Pracowała tam z dwoma lekarzami przeprowadzającymi rutynowe badania ginekologiczne, cytologiczne i testy w kierunku wirusa HPV, poza tym przyjmowała pacjentki w sprawach zdrowia rodzinnego, awaryjnej antykoncepcji i chorób przenoszonych drogą płciową. Odbyła też kolejne spotkanie z kobietą bitą przez męża, która starała się wraz z synem opuścić schronisko dla bezdomnych i zdobyć stałe miejsce zamieszkania. Eve obiecała zadzwonić do współpracującej z nią kobiety z opieki społecznej, by pomóc, na ile tylko mogła.

Dziesięć po siedemnastej Eve wskoczyła do taksówki i kazała zawieźć się do Muzeum Sztuki Collermore przy Piątej Alei, pod numer sześćset pięćdziesiąt. Gdy przebijali się przez miasto, pulsująca w niej ekscytacja sprawiła, że stała się niespokojna, przez co poganiała taksówkarza, by mimo godzin szczytu jechał szybciej.