Świąteczny gość - Carolyn Greene, Carole Mortimer, Catherine George - ebook
Opis

Dobra wróżba.

Tucker marzył o skromnym prezencie gwiazdkowym – chciał uciec od tłumu podekscytowanego zbliżającymi się świętami, nie patrzeć na szczęśliwe, roześmiane twarze. Najlepszą kryjówką dla samotnika wydawał się zapamiętany z lat dzieciństwa pensjonat na odludziu. Jednak teraz stary dom stał się własnością prywatną, a spragniony spokoju Tucker trafia w sam środek rodzinnego zjazdu. Wszyscy witają przybysza z otwartymi ramionami, biorąc go za dawno niewidzianego kuzyna. Wszyscy, poza Ruth, która mu nie ufa i podejrzewa o najgorsze…

Noc cudów.

Większość ludzi marzy o białym Bożym Narodzeniu. Jednak podczas tych świąt Meg chętnie obyłaby się bez śniegu! Rozbija bowiem samochód podczas zamieci i jest zmuszona skorzystać z wymuszonej uprzejmości obcego człowieka. Światowej sławy pisarz, Jed Cole, nie jest zachwycony, gdy los narzuca mu towarzystwo samotnej matki i jej synka. Jednak nieoczekiwany splot wydarzeń sprawia, że wspólnie spędzone święta będą naprawdę magiczne...

Kopciuszek pod choinkę.

Cassie nie sądziła, że z okazji bożonarodzeniowego spotkania przyjdzie jej odegrać przed bliskimi prawdziwe przedstawienie. Ona i Nick – którego wcale nie darzyła sympatią – mieli udawać narzeczonych. Czy warto aż tak się poświęcać, by zażegnać rodzinny kryzys?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 506

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Świąteczny gość

Carolyn Greene Carole Mortimer Catherine George

Tłumaczyli: Anna Bieńkowska

Carolyn Greene

Dobra wróżba

Tłumaczyła: Anna

PROLOG

Neon za oknem biurowca pulsował rytmicznie, rzucając na ścianę zielone i czerwone refleksy. Tucker Maddock skrzywił się mimowolnie. Jarzące się napisy „Wesołych Świąt” nie nastrajały go optymistycznie. Miasto już od wielu dni tonęło w świątecznych dekoracjach. I wszędzie te radosne bożonarodzeniowe symbole. Nadchodzi czas świąt, tych najpiękniejszych i najbardziej rodzinnych. Nie dla niego. Jego ostatnie prawdziwe święta były... Zresztą, nie warto do tego wracać. Nie warto znowu zadręczać się wspomnieniami chwil, które już nigdy nie wrócą. Tylko człowiekowi tak ciężko na sercu. Nie pomaga nawet praca od rana do nocy. Jest cenionym fachowcem, zrobił błyskotliwą karierę. Jednak jego życie prywatne to prawdziwa katastrofa.

Ostatni rok przyniósł najcięższy cios. Prawie dokładnie rok temu, w Wigilię. Chris, najlepszy, oddany przyjaciel, i jego rodzice zginęli w wypadku. Ludzie, którzy byli mu najbliżsi, których traktował jak rodzinę. Nie mógł się z tym pogodzić. Nie było dnia, by o nich nie myślał. Brakowało mu ich. Teraz, gdy już czuło się nadchodzące święta, tym bardziej.

Podniósł się i zaczął układać papiery na biurku. Czerwono-zielone światło neonu rytmicznie rozjaśniało półmrok panujący wewnątrz. Gdyby dało się cofnąć czas! Gdyby mógł znów znaleźć się wśród tych, którzy okazali mu serce, przyjęli pod swój dach.

Do diabła z tym! Skoro już nigdy nie będzie z nimi, może przynajmniej na chwilę wrócić tam, gdzie spędził najszczęśliwsze lata. Do miejsca, z którym wiążą się jego najlepsze wspomnienia. Pośpiesznie napisał na kartce kilka słów dla sekretarki, otworzył szufladę i zamaszystym ruchem zgarnął wszystko, co leżało na blacie biurka. Uporządkuje to po powrocie. Chyba nie zniesie jeszcze jednej świątecznej kartki przyniesionej przez listonosza. Mierził go widok udekorowanego miasta, rozbrzmiewających wszędzie kolęd, roześmianych ludzi.

Musi się stąd wyrwać, inaczej zwariuje. Najlepiej kierować się głosem serca. Czyli wrócić do domu, do Willow Glen.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

I tak musi się gdzieś zatrzymać. W sumie co za różnica, może zostać tutaj. Kiedy przed laty po raz pierwszy ujrzał Willow Glen Plantation, posiadłość zrobiła na nim piorunujące wrażenie. Potężny, rozległy dom wydał mu się prawdziwą rezydencją. Nic się nie zmieniło. Zadbany trawnik przed domem, wznoszące się w niebo wieżyczki i dodające wdzięku mansardy. Tu przeżył swoje najlepsze lata. Zamieszkał w posiadłości, gdy był dziesięcioletnim chłopcem. Stąd wyjechał na naukę do college’u. Razem z Chrisem. Wtedy rodzice Chrisa sprzedali dom. Nie mógł tego przeboleć. Dom kupił Will Carlton, miejscowy antykwariusz. Dokonał niezbędnych przeróbek i otworzył w nim uroczy pensjonat. Starszy pan, wracający ze świątecznych sprawunków, wyprzedził go i przytrzymał drzwi, wyrywając Tuckera z zamyślenia.

– Na twoim miejscu, synu, bym się pośpieszył. Kolacja będzie lada moment, a żal ją przepuścić.

Wnętrze zostało nieco uwspółcześnione, lecz zachowało dawny charakter. Pozostał nawet zapach zapamiętany z dzieciństwa. Kojarzący się Żurawinami, sosnowym lasem... i może jeszcze czymś? Postawił torbę przy recepcji i przymknął oczy, wdychając tę znajomą woń. Niemal widział przed sobą Chrisa i jego rodziców. Mieszkał tu z nimi tak długo, chyba dłużej niż we własnym domu. Czuł się członkiem rodziny. Miał nawet swoje obowiązki. Raz na miesiąc jemu i Chrisowi wręczano szmatki i olejek do drewna. Polerowali nim wszystko, co tego wymagało. A prawie cały dom był wykończony w drewnie. Z głębi wynurzyła się starsza pani. Znacznie starsza od wchodzącego za Tuckerem gościa.

– Witaj, Oren! – odezwała się wesoło na powitanie. – Dobrze, że jesteś. – Cmoknęła starszego pana w policzek, pozostawiając na nim ślad brzoskwiniowej pomadki. Machnęła ręką w stronę salonu, gdzie siedziało kilkoro gości. – Twoja żona już nie mogła się ciebie doczekać!

Starszy mężczyzna podniósł torbę z zakupami i ruszył do salonu.

Pewnie stały bywalec, pomyślał Tucker, odprowadzając go wzrokiem. Popatrzył na gospodynię. Mierzyła go ciekawym spojrzeniem.

– Cóż za przystojny młody człowiek! Jestem ciocia Shirley – przedstawiła się.

Ciekawy sposób witania gości, przemknęło mu przez myśl. Wprawdzie bywał już w podobnych miejscach, ale żeby posuwać się aż do takiej poufałości? Uśmiechnął się szeroko.

– Jestem Tucker Maddock. Mam nadzieję, że znajdzie się jeszcze jeden wolny pokój?

Ciocia Shirley otworzyła usta i roześmiała się. Ten zaraźliwy śmiech przyciągnął uwagę gości zebranych w salonie.

– Pyta, czy znajdzie się jeszcze jeden pokój! – zawołała. Zebranych wyraźnie to rozbawiło. Ładna ciemnowłosa dziewczyna nawlekająca na nitkę popcorn popatrzyła na niego ciekawie i szybko odwróciła wzrok. Poczuł, że robi mu się gorąco. Rozluźnił kołnierz kurtki.

Siedząca obok brunetki nastolatka wychyliła się i popatrzyła na przybysza. Pochwyciwszy jego spojrzenie, zarumieniła się i pośpiesznie cofnęła głowę.

Widział, że brunetka nie spuszcza z niego oczu. Jakby próbowała przypomnieć sobie, czy przypadkiem kiedyś się nie zetknęli. Z całą pewnością wcześniej jej nie spotkał. Był tego pewien.

Siedziała w głębokim fotelu, z podkulonymi nogami. Ich kształt odznaczał się pod ciemnoszarą spódnicą. Ciemne włosy swobodnie spływały na ramiona. Zewnętrzne kąciki brązowych oczu leciuteńko opadały w dół, zupełnie jakby przed chwilą przebudziła się z głębokiego, przyjemnego snu. Usta stworzone do pocałunków...

Bezwiednie przeciągnął wierzchem dłoni po wargach. Zauważyła ten dziwny gest. Uniosła brodę. Bladoróżowe usta wręcz zapraszały, by zakosztować ich smaku. Ruth odgarnęła niesforny kosmyk. Wiele z siebie dała, by świąteczny zjazd rodzinny – prawdopodobnie ostatni – zakończył się pełnym sukcesem. Nieoczekiwane pojawienie się jeszcze jednego uczestnika to dodatkowy plus. Bardzo interesujący mężczyzna. Ledwie ją omiótł spojrzeniem, a z miejsca poczuła się jakoś inaczej, dziwnie lekko i... Uspokój się! – zgromiła się w duchu. Przecież to ktoś z rodziny. Co z tego, że jest taki wysoki i postawny; że odrobinę przydługie, ciemne włosy aż się proszą, by zanurzyć w nich palce; że jego ciemne oczy zdają się czytać w jej myślach. Odwróciła wzrok i odszukała spojrzeniem siostrę. Vivian jeszcze nie zauważyła przybysza. Ruth uśmiechnęła się do siebie. Właściwie powinna wstać i podejść do cioci, by razem z nią przywitać gościa. Ładnie z jego strony, że zechciał przyjechać na rodzinny zjazd. Tradycja tych dorocznych spotkań ciągnie się od ośmiu lat, czyli od czasu, kiedy odkupili hotel. Dopiero tutaj poczuła się na swoim miejscu. Wychowała się w Willow Glen, ale prawdziwy dom odnalazła tutaj.

Ciocia chyba świetnie sobie radzi, skonstatowała, obserwując ją z salonu. Gdy świąteczne przygotowania zostały zakończone, od razu powróciła do formy. Z radosnym ożywieniem witała przybyłych i odświeżała dawne znajomości.

– Masz wspaniałe poczucie humoru – oznajmiła ciocia, zwracając się do Tuckera. – Oczywiście, że mamy wolny pokój. A nawet gdyby było inaczej, to coś byśmy wymyślili.

– Och, bardzo dziękuję. – Tucker schylił się po torbę. – Jeśli wskaże mi pani drogę i da klucz, sam trafię do pokoju.

– Mów do mnie ciociu Shirley. Jak wszyscy. – Podeszła do ściany i poprawiła przyklejony do niej rysunek świętego Mikołaja. – Co się tyczy klucza, skarbie, nie będzie ci do niczego potrzebny. Nikt nie będzie do ciebie zaglądać. Oren czasami lunatykuje po nocy, ale drzwi mają haczyk od środka, będziesz mógł się zamknąć.

Zmarszczył czoło. Nie przeszkadzają mu familiarne stosunki, ale to już przesada. Trudno. Właściwie nie ma problemu, bo i tak nie zamierza ruszać się z pokoju. Przez ca łe święta będzie oglądać filmy akcji. Jeśli nie mają wideo, podjedzie do miejscowego sklepu. Pierwsze święta spędzane zupełnie samotnie...

– Maddock – w zamyśleniu powiedziała ciocia Shirley. – Jakoś nie mogę sobie przypomnieć nikogo o tym nazwisku.

Nic dziwnego, że jego nazwisko nic jej nie mówi. Rodzice nie byli stąd. Przeprowadzili się do Willow Glen tuż przed jego przyjściem na świat. Mama zmarła ponad dwadzieścia lat temu. Po jej śmierci ojciec przepił wszystko, co mieli, żyli z zasiłku opieki społecznej. Jasne, że nie będzie się jej z tego zwierzać.

– Wychowałem się w tych stronach – rzekł. – Ale nie byłem tu od ponad dziesięciu lat.

Ciemnowłosa dziewczyna przyglądała mu się nadal. Zwęziła oczy, słysząc ostatnie zdanie. Podniosła się z fotela i ruszyła w ich stronę. Ciotka wypytywała z czystej ciekawości. Brunetka wyraźnie jest bardziej krytyczna. – Jak się nazywali twoi rodzice?

Może tak się objawia południowy charakter. W końcu to Wirginia, ludzie są otwarci, życzliwi. Lubią wszystko wiedzieć, nawet o twoich przodkach. To nawet dobra okazja, by pogadać z tą atrakcyjną dziewczyną. – Helen i Bob.

– Mieliśmy Helen w rodzinie, ale nie mogę sobie przypomnieć żadnego Boba. Czy Bob to drugi mąż twojej mamy? – spytała starsza pani.

– Słucham?

Z salonu rozległo się wołanie Orena.

– Shirley, zostaw go w spokoju i chodź tutaj, będziemy ustawiać choinkę.

– Dobrze, już idę!

Tucker ze zdumieniem pokręcił głową. Goście czują się tu jak w domu. Prawdopodobnie niektórzy z nich przyjeżdżają tu od lat. Może to wpływ tego domu, emanujących z niego dobrych fluidów. Każdy lubi tu przebywać i ma poczucie, że jest u siebie.

– Chodźmy – odezwała się Shirley. – Zaprowadzę cię do pokoju. Chyba ci nie przeszkadza, że jest na drugim piętrze?

– Ciociu Shirley, ja go zaprowadzę.

Miło pomyśleć, że może wpadł w oko tej ciemnowłosej, choć to raczej mało prawdopodobne. Czuł przez skórę, że dziewczynie chodzi o coś innego.

Ruszyli schodami na piętro. Dziewczyna zatrzymywała się kilka razy, jakby dając mu szansę na zaczerpnięcie oddechu. Całkiem zbytecznie, bo bez trudu za nią nadążał. Wszedł do pokoju i w jednej chwili poczuł się tak, jakby czas się cofnął. Postawił torbę na podłodze. Stał nieruchomo, rozglądając się wokół. Rzeźbione łóżko i szyfonowa narzuta – te same co kiedyś. Podszedł bliżej. Wyryte w drewnie inicjały R.T.M. były ledwie widoczne. Robert Tucker Maddock. Mama Chrisa strasznie się zdenerwowała, kiedy je zobaczyła, ale po przemyśleniu zgodziła się, by zostały. Wtedy nie mógł pojąć jej decyzji. Zrozumiał dopiero po latach. Ulitowała się nad niepewnym siebie, samotnym dzieckiem. To był jego znak. Dowód, że tu jest jego dom. Ciocia Shirley weszła do środka. Widać nie miała zamiaru rezygnować z roli gospodyni.

– Bardzo się cieszę, że spędzisz z nami święta.

Brunetka nieznacznie zacisnęła usta. Podeszła do okna, rozsunęła białe koronkowe firanki, by wpuścić resztki popołudniowego światła. Odwróciła się i zmierzyła gościa uważnym spojrzeniem. Poczuł się trochę niezręcznie. Po długiej chwili oznajmiła bez entuzjazmu: – Tak, chyba masz coś w oczach... Nie bardzo wiedział, do czego zmierzała.

– Mówią, że mam oczy Maddocków – rzekł.

Nie będzie drążyć tego tematu. Uroda ojca niejednej zawróciła w głowie. Wolałby nie mieć z nim nic wspólnego. Starsza pani podeszła i uścisnęła go serdecznie. Cmoknęła go w policzek.

– Cieszymy się, że przyjechałeś. – Ruszyła do drzwi. – Jeśli będzie ci czegoś potrzeba, powiedz.

Puściła oko, machnęła dłonią na pożegnanie i wyszła, zamykając za sobą drzwi.

Dziewczyna stała nieruchomo. Nie spuszczała z niego wzroku.

Jeszcze się nie otrząsnął. Zachowanie starszej pani całkowicie go zaskoczyło. Bezwiednie podniósł rękę i dotknął policzka. Ciekawe, czy dziewczyna też da mu buziaka? Oby. Wiedział, że w takich rodzinnych pensjonatach bardzo dbają o gości. Ale żeby aż tak?

Drzwi otworzyły się raptownie. Ciocia Shirley wsunęła głowę do środka.

– Z tego wszystkiego zapomniałam powiedzieć, żebyś się pośpieszył. Zaczekamy na ciebie z ustawianiem i ubieraniem choinki.

Im prędzej to przerwie, tym lepiej. Inaczej skończy się na tym, że będzie wyśpiewywać kolędy i razem z resztą gości piec świąteczne ciasteczka.

– Proszę pani... to znaczy, ciociu Shirley. W tym roku nie bardzo mam ochotę ubierać choinkę. – Przyjazd tu miał być lekarstwem na chorą duszę. Powtarzanie świątecznych rytuałów bez tych, którzy odeszli, to ponad jego siły.

– Liczyliśmy, że wszyscy się włączą. Widzisz, to chyba ostatnie takie święta. Ciocia Shirley tak postanowiła. Bardzo się staramy, by wypadły jak najlepiej. – Młodsza kobieta popatrzyła na niego z powagą. – Może zamiast ubierać choinkę umocujesz wieniec na drzwiach albo rozwiesisz lampki? – Teraz obie patrzyły na niego wyczekująco. Ciocia Shirley uśmiechnęła się szeroko.

– Już wiem, przymierzasz się do wieszania jemioły, co? Od razu wiedziałam, że jesteś romantykiem! Mimowolnie zerknął na brunetkę.

– Czy ty też będziesz pomagać? – zapytał bez zastanowienia.

– Oczywiście.

Potarł palcami policzki. Zarost już drapał. Popatrzył na gładką buzię dziewczyny.

– No to może zejdę na chwilę.

– Świetnie – podsumowała Shirley. – Zaraz wszystkim powiem, żeby na ciebie zaczekali. – Wychodząc, pociągnęła za sobą brunetkę.

Już na dole Ruth pośpiesznie wyciągnęła wiekową księgę. Biblię, w której odnotowywano wszystkie ważniejsze wydarzenia. Obecni zgromadzili się przy stole i pochylili nad rodzinnymi zapiskami.

– On jest super – z emfazą oświadczyła czternastoletnia Brooke.

– Za stary dla ciebie – zgasiła ją Vivian. – Założę się, że woli kogoś takiego jak ja.

Ruth przesunęła palcem w dół strony, uważnie studiując zapiski na temat narodzin i ślubów.

– Nie bądźcie śmieszne – rzekła, nie podnosząc głowy. – Jeśli jest naszym krewniakiem, w co wątpię, trzeba go traktować jak kogoś z rodziny.

Brooke zachichotała.

– Może jest bardzo dalekim kuzynem.

Ruth odgarnęła włosy.

– Jest tak, jak myślałam. Najmniejszej wzmianki o żadnym Maddocku.

Oren pochylił się nad książką, odwrócił stronę i z uwagą popatrzył na wyrysowane drzewo genealogiczne rodziny. Założycielka rodu, nieżyjąca już Lilly Babcock, wyszła za Clema. Ich córki powychodziły za mąż i zmieniły nazwiska, jednak wszyscy nadal uważali się za Babcocków. Oren pokazał palcem na linię prowadzącą od Lilly.

– Tu jest Helen, która wyszła za dalekiego kuzyna, ale nie widzę, by poślubiła Maddocka czy urodziła Tuckera. Ciocia Shirley podeszła i pochyliła się nad starą, zniszczoną od długiego użytkowania księgą. Jej przyjaciel Boris stanął tuż za nią i łagodnie ujął palcami jej dłoń. Ruth zrobiło się ciepło na sercu. Jak to dobrze, że na stare lata ciocia ma bratnią duszę! Naprawdę się kochają. Może któregoś dnia i do niej los się uśmiechnie.

Bardzo prawdopodobne, że dlatego Shirley nie chce już więcej urządzać rodzinnych zjazdów. Wiadomo, mnóstwo z tym pracy i zachodu, a przygotowania ciągną się tygodniami. Być może woli poświęcić ten czas na swoje osobiste sprawy. Ale myśl, że w przyszłym roku nie będzie wspólnych świąt, była dla Ruth nie do zaakceptowania. Te coroczne spotkania miały dla niej ogromne znaczenie. Bardzo wcześnie straciła rodziców, toteż zależało jej na podtrzymaniu kontaktu z pozostałymi krewnymi. To dawało jej poczucie bezpieczeństwa i pewności. W duchu marzyła, że kiedyś sama założy rodzinę i w starej księdze przybędzie kilka nowych imion.

– Ciociu, jak myślisz, może Helen powtórnie wyszła za mąż i po prostu straciłaś ją z oczu?

– Jeśli tak było, to Tucker Maddock jest tylko dalekim powinowatym – z ożywieniem wtrąciła Vivian. – Bardzo dalekim.

– Hmm – ciocia Shirley zamyśliła się. – Wydaje mi się, że małżeństwo Helen układa się dobrze. Ale mogę się mylić. Prawdę mówiąc, od dawna nie miałam od nich żadnych wieści. Ostatni raz to było zaraz po przyjściu na świat Brooke. Czyli jakieś czternaście lat temu.

Ruth spochmurniała. Coś tu nie gra. Nawet gdyby Helen rozeszła się z mężem i wyszła za Maddocka, to przecież nie może mieć syna w wieku Tuckera. On ma około trzydziestki.

Atrakcyjny facet, ale widać, że coś kręci. Trzeba się mieć przed nim na baczności, bo nie wiadomo, co knuje. Musi mieć oczy szeroko otwarte. Ten człowiek nie pojawił się tutaj bez przyczyny. W dodatku w samym środku świątecznych przygotowań.

Ciocia ufa ludziom, ma serce na dłoni. Dlatego z miłością i bez zastanowienia przygarnęła ją i Vivian pod swój dach, gdy zostały same na świecie. Wychowała je najlepiej, jak umiała. Nadeszła pora, by odpłacić za dobre serce i zatroszczyć się o nią. Nie ma mowy, by powtórzyła się niedawna historia. Nieuczciwy rzemieślnik, który podjął się naprawy dachu, oszukał ją z zimną krwią. Wziął pieniądze i zniknął. Inny naciągacz namówił ją na kupno ryzykownych akcji. Też dużo na tym straciła.

– Ciociu, coś tu się nie zgadza – powiedziała. – Może to wcale nie jest żaden krewniak, tylko jakiś krętacz. Albo morderca.

– Nie opowiadaj bzdur. – Ciocia Shirley uwolniła rękę z uścisku Borisa i zamknęła Biblię. – Proszę, byś nie mówiła w taki sposób o naszym kuzynie. W każdej rodzinie zdarzają się czarne owce, ale rodzina jest rodziną.

Wyprostowała się i popatrzyła na Ruth z przyganą. Widać nie wyciągnęła żadnej nauczki z niedawnych przygód.

– Jestem przekonana, że ten uroczy młody człowiek potrafi rozsądnie wyjaśnić, dlaczego jego imię nie pojawiło się w naszej księdze.

Ruth w milczeniu pokręciła głową. Ciocia Shirley jest niepoprawna. Ta jej ślepa wiara w ludzi! W Willow Glen uchodziła za osobę majętną i nieco ekscentryczną.

– Tucker to miły chłopiec – dodała starsza pani. – Trzeba dać mu szansę.

Szansę na co? By ich obrabował bez mrugnięcia okiem? Zamordował, gdy zasną? Jedno jest pewne – nie ma co liczyć, że ktoś z rodziny ją wesprze. Może polegać tylko na sobie. Czyli na razie nie ma co ich przekonywać. Sama zada mu kilka dociekliwych pytań. I wyciągnie właściwe wnioski.

Był w połowie schodów. Zatrzymał się na moment i popatrzył na gości skupionych przy stoliku w salonie. Przed nimi duża Biblia. Prawdopodobnie czytają ją na głos. Może jeszcze powinien się zastanowić, czy dobrze robi. Jeszcze zdąży się wycofać. Przecież chciał spędzić te święta w samotności. Gdyby nie ta ponętna brunetka, siedziałby teraz w pokoju i stawiał pasjansa.

Dobrze, że nie jest przesądny. Inaczej by uwierzył, że niektóre kobiety są w stanie pozbawić mężczyzn własnej woli. Może to sprawka feromonów? Tak czy inaczej, na niego to podziałało.

Gdy zszedł na dół, towarzystwo już zakończyło dyskusję, i wszyscy odwrócili się w jego stronę. Poczuł się trochę niezręcznie. Przyglądali mu się tak badawczo. Pośpiesznie popatrzył po sobie: golf porządnie wsunięty w dżinsy, suwak zapięty, skarpetki do pary. Wszystko jak należy.

Nastolatka o płowej czuprynie, przesadnie umalowana, odezwała się pierwsza:

– Cześć, kuz.

Uniósł brwi.

– Cieszę się, że zdecydowałeś się zejść na dół – powiedziała ciocia Shirley.

Teraz do akcji włączył się Oren.

– Przyznaj się, nie użyła przemocy? Może wykręciła ci rękę? Shirley jest niemożliwa, zawsze musi postawić na swoim. Nie ma z nią dyskusji.

Zamiast pośpieszyć z odsieczą, reszta zebranych rozjaśniła twarze w uśmiechu.

– Nie – odpowiedział. – Ręce mam w porządku.

To z głową ma jakiś problem. Przyjechał, by pobyć sam, a zamiast tego jest otoczony nieznanymi ludźmi. Wiele wskazuje, że zmuszą go do włączenia się w świąteczne przygotowania.

– To bardzo dobrze – podchwyciła ciocia Shirley. – W takim razie użyj ich. Wejdź na drabinę i rozwieś lampki.

– No widzisz! – z satysfakcją rzekł Oren. – Ona taka właśnie jest! – Odwrócił się do gospodyni. – Zanim zaczniesz nim dyrygować, mogłabyś dokonać prezentacji.

Brunetka zrobiła krok w stronę Tuckera.

– Ja to zrobię. – Po kolei przedstawiła zebranych.

Ciocia Shirley i jej przyjaciel Boris Schmidt. Oren Cooper Żoną Adą, Dewey, ich syn, pan po pięćdziesiątce. Eldon i Rosemary Givens z nastoletnią córką Brooke. Błękitnooka siostra brunetki, Vivian Marsh.

I na koniec ciemnowłosa.

– Jestem Ruth – rzekła, wyciągając rękę.

Dłoń drobna, lecz mocna. Pewnie jak jej właścicielka. Chętnie poznałby ją bliżej. Znacznie bliżej.

– Kojarzą ci się z czymś te nazwiska? – zapytała, wskazując na zebranych.

Schmidt, Cooper, Givens, Marsh. Nic mu nie świta. Z drugiej strony przez tyle lat nie był w tych stronach. Poza tym większość gości jest starsza od niego, z wyjątkiem sióstr Marsh i Brooke. Wzruszył ramionami i pokręcił przecząco głową.

Coś go tknęło. Skoro sądzą, że powinien kogoś znać, to chyba znaczy, że wszyscy pochodzą z Willow Glen. W takim razie czemu nie spędzają świąt we własnych domach? Pora, by i on zadał im kilka pytań.

– Czy święta w Willow Glen Plantation to tutejsza nowa tradycja?

Ruth zacisnęła usta.

– Coś w tym stylu – odrzekła lakonicznie, dając do zrozumienia, że sam powinien to wiedzieć.

Na tym rozmowa się skończyła. Wszyscy wzięli się do roboty. Po kilku chwilach salon tonął w świątecznych ozdobach i zielonych girlandach. Każdy miał zajęcie. Ruth podawała Tuckerowi sznury lampek, a on wieszał je na choince. Zawsze robił to ojciec Chrisa. On i Chris rozwieszali bombki, a pani Newland patrzyła z daleka i wskazywała im puste miejsca. Najchętniej wybiegłby z tego salonu. Gdyby nie ta dziewczyna stojąca obok i cierpliwie podająca lampki. Za każdym razem, gdy ich palce niechcący się stykały, korciło go, by przyciągnąć ją do siebie i pocałować.

Dziewczyna przez cały czas zasypywała go pytaniami. Prawdopodobnie wydaje się jej znajomy i chce ustalić, gdzie i kiedy mogli się spotkać.

Mógłby od razu wyprowadzić ją z błędu, ale przyjemnie było słuchać jej głosu. Wcześniej marzył o samotności, jednak w jej towarzystwie było mu bardzo dobrze. Ciekawska z niej panna!

Po kilku przeczących odpowiedziach jej ton się zmienił. Nabrała rezerwy. Chyba zrozumiała, że nigdy wcześniej się nie widzieli.

Wieszanie lampek zakończyło się w niezręcznym milczeniu. Nie miał pojęcia, co ją ugryzło. Przecież nie po wiedział nic, co mogłoby ją urazić. Sam zadał jej kilka pytań na temat Willow Glen, co tylko pogorszyło sprawę. Na szczęście reszta gości traktowała go serdecznie. Nie milkły wesołe żarty i przekomarzania. Gdy choinka została przystrojona, wymówił się i poszedł do siebie. Ruth odprowadziła go wzrokiem.

– Z tyłu wcale nie wygląda gorzej! – zachichotała Vivian.

– Owszem, ale on nie powinien się tutaj znaleźć.

– Ty znowu swoje? – Vivian musnęła dłonią starannie ułożone blond włosy. – Nie możesz zostawić go w spokoju? To taki miły chłopak. Naprawdę uroczy. – Nie chcę, żeby nam popsuł święta.

– Kto? – wtrąciła się Brooke. – Kuzyn Tucker?

– On nie jest naszym kuzynem – zaoponowała Ruth.

Brooke uśmiechnęła się szeroko.

– Super. To ja go sobie zaklepuję.

Ruth wzniosła oczy do nieba.

– Nie bądź śmieszna. A jeśli on zbiegł z więzienia?

– Może jest tajniakiem z urzędu skarbowego i sprawdza, czy ktoś z nas nie ma ukrytych dochodów? – zasugerowała Vivian. Przeciągnęła dłonią po czerwonym sweterku opinającym jej szczupłe biodra. – Chętnie pokażę mu moje zeznanie podatkowe. W każdej chwili.

Brooke zachichotała, ale Ruth wcale nie było do śmiechu.

– Was to bawi, ale ja mam złe przeczucia. Idę na górę zobaczyć, co on tam robi.

Vivian roześmiała się.

– Jak ci się poszczęści, będzie się przebierać!

Nie zważała na docinki. Ostrożnie, wybierając stopnie, które nie skrzypią, weszła na górę. Jeśli on rzeczywiście coś knuje, mała szansa, by dał się łatwo przyłapać. Przynajmniej zada mu kilka pytań na osobności. Niech wyjaśni, kim naprawdę jest i po co tu przyjechał. Przy rodzinie byłoby to trudne.

Weszła na drugie piętro. Zatrzymała się, słysząc dziwny dźwięk. Jakby ktoś drapał w podłogę. Ruszyła korytarzem. Na drzwiach pokoi były numery, pozostałość po hotelu. Delikatnie zastukała do pokoju Tuckera. Gdy nikt się nie odezwał, nacisnęła klamkę i zajrzała do środka. Nie było nikogo.

Zamknęła drzwi poszła do swojego pokoju. Wszystko tak, jak zostawiła. Popatrzyła w głąb korytarza. Drzwi na strych były lekko uchylone.

Na palcach zrobiła kilka kroków. Na strychu paliło się światło. Znowu usłyszała ten dźwięk. Ktoś jest na górze. Po cichutku zaczęła wchodzić po schodach. Zatrzymała się jak wryta. Ich ciemnowłosy gość przesuwał rękami po obluzowanych deskach podłogi w miejscu, gdzie stał kufer cioci Shirley. Było jasne, że czegoś szuka.

Na ten widok zagotowało się w niej. Wzięła się pod boki.

– A ty co tutaj robisz?

ROZDZIAŁ DRUGI

W Willow Glen wszyscy wiedzieli, że nowy, kosztowny samochód ciocia Shirley kupiła za pieniądze ukryte gdzieś w rezydencji. Nie miała zaufania do banków. Wniosek nasuwał się sam – Tucker Maddock usłyszał o tym i postanowił skorzystać z okazji, by dobrać się do reszty skarbu.

Tucker wyprostował się, sięgając głową niskiego sufitu. Z tymi potarganymi włosami wyglądał jeszcze bardziej uwodzicielsko.

Ale na nią to wcale nie działało. Ci dwaj oszuści, którzy nabrali łatwowierną ciotkę, też wyglądali na miłych ludzi. Zresztą nawet jej mali uczniowie potrafili skutecznie manipulować rodzicami i innymi dorosłymi.

– To nie tak, jak myślisz – odezwał się Tucker. Przez chwilę nad czymś się zastanawiał. – Ty tu pracujesz? – Słucham? A co to za pytanie? – Podeszła bliżej. – Chcę usłyszeć, czego tu szukasz.

– To długa historia. – Nie bardzo mu się uśmiechało, by opowiadać jej teraz wszystko po kolei. Jednak gdy Ruth straciła cierpliwość i krzyknęła na dół, by dzwonili po szeryfa, od razu się zdecydował. Nie wiedział tylko, od czego zacząć.

– Czekam. – Ruth rytmicznie uderzała w podłogę czubkiem stopy. Ramiona skrzyżowała na piersiach. Chyba nie zdawała sobie sprawy, jak ponętnie wygląda. Nie zdążył otworzyć ust, gdy na schodach rozległ się odgłos biegnących. Pierwszy był Eldon, tuż za nim Brooke.

– Brooke, zostań z tyłu. Nie chcę, żeby ci się coś stało.

Eldon trzymał wykładany macicą perłową pistolecik. Przebiegł spojrzeniem pogrążone w mroku zakamarki strychu, nie zwracając uwagi na Ruth i Tuckera. Tucker odetchnął z ulgą, gdy Eldon odwrócił się i popatrzył na Ruth. – O co chodzi, Ruthie? Znowu mysz?

– Nie, szczur – odpowiedziała, celując palcem w Tuckera. – Jest za tobą.

Brooke zrobiła spłoszoną minę i pędem cofnęła się na schody.

– Ja stąd idę!

Nie odeszła daleko, bo reszta gości zatarasowała przejście. Eldon skierował pistolet na kufer cioci Shirley. Ruth chwyciła go za ramię.

– Nie mówiłam o prawdziwym szczurze, tylko o tym! – Widząc, że Eldon nadal nie rozumie, uderzyła w ramię Tuckera. – O nim!

Eldon był zupełnie zbity z tropu. Wsunął pistolecik za pasek spodni.

– Kuzyn Tucker? Co on takiego zrobił?

– No nie, Ruth! – parsknęła Vivian. – Idziesz z chłopakiem na strych, a potem masz pretensje, że się zaczyna przystawiać.

Ruth raptownie wypuściła powietrze. Nie posiadała się z oburzenia.

– Wcale tak nie było!

Policzki Ruth płonęły. Albo z zimna, albo ze złości, że mnie tu nakryła, pomyślał Tucker. Sugestia Vivian całkiem przypadła mu do gustu. Może spróbuje przekonać Ruth do tego pomysłu, oczywiście nie teraz, ale później. Popatrzył na nią uważnie. Senne wcześniej oczy dziewczyny teraz skrzyły się gniewem.

– Wcale nie poszłam z nim na strych! Ja go tu przyłapałam! – Oskarżycielsko wymierzyła w niego palec. – To oszust. Wkradł się do nas, podszywając się pod kogoś z rodziny.

– Rodziny? O czym ty mówisz? – Podszedł do dziewczyny, uważając, by nie uderzyć głową o wystającą belkę. Kątem oka spostrzegł, że Eldon sięga za pasek. To go otrzeźwiło. – Poczekajcie, zaraz wszystko wyjaśnię.

– Świetnie – prychnęła Ruth. – Może zaczniesz od tego, jakim prawem chcesz uczestniczyć w rodzinnym zjeździe Babcocków.

– Nie znam żadnych Babcocków. I nic nie wiem o ich rodzinnym zjeździe. Przyjechałem tu, szukając ciszy i spokoju.

– Ha! – Ruth odwróciła się i triumfująco popatrzyła na zgromadzonych. – Widzicie! A nie mówiłam, że on wcale nie jest naszym kuzynem?

– Tu akurat się nie myliłaś – zareplikowała Vivian. – Gdyby znał naszą rodzinę, z pewnością by tutaj nie szukał ciszy i spokoju.

Tucker podrapał się po głowie i przysiadł na kufrze.

– Jesteście rodziną? – Zebrani zgodnie potwierdzili skinieniem głowy. – W takim razie, co wy tu robicie? Przyjechaliście na święta do hotelu?

Ruth była wyraźnie zbita z tropu.

– Tu już od ośmiu lat nie ma żadnego hotelu.

– Ale przecież państwo Newland sprzedali ten dom... – Owszem – potwierdziła Ruth. – Hotel działał trzy lata i zbankrutował. Wtedy ciocia Shirley kupiła posiadłość. Od tej pory co roku cała rodzina zjeżdża tu na święta.

– Czy to znaczy, że ty naprawdę nie jesteś naszym krewniakiem? – zapytała Vivian. Ruth mogłaby przysiąc, że oczy siostry błysnęły niebezpiecznie.

Tucker pokręcił głową. Teraz, gdy Chris i jego rodzice na zawsze odeszli...

– Nie mam żadnej rodziny.

– Spędzasz święta samotnie? – zapytała Ruth, na chwilę zapominając o wcześniejszych podejrzeniach. Zrobiło się jej go żal.

– Taki miałem plan. – Tucker podniósł się z kufra. – Bardzo mi przykro, że niechcący zakłóciłem wasz spokój. Zaraz spakuję rzeczy i znikam.

Ciocia Shirley wynurzyła się ze schodów.

– Dokąd chcesz jechać? Wszystkie motele są pełne. Tucker pochylił się ku niej.

– Wiem, niestety. Wrócę do siebie, do Alexandrii.

– I z kim spędzisz święta? – zapytała Ruth.

Tucker wzruszył ramionami.

– Pójdę do biura i wezmę się za robotę. Kiedy nikogo nie ma, można naprawdę wiele zrobić.

– Gadasz bzdury – kategorycznym tonem oznajmiła Shirley. – Zostaniesz z nami.

– To bardzo miło z pani strony, ale tu nie ma dla mnie miejsca.

Ruth objęła się ramionami. Chłód panujący na strychu coraz bardziej dawał się we znaki. Nie powinna zapominać, że ten człowiek jest intruzem.

– To prawda. Ale jeszcze nie wyjaśniłeś, czego szukałeś na strychu.

– Może zejdziemy na dół. Całe ciepło ucieka na górę – zaproponował Tucker. – Na dole wszystko wam wyjaśnię. Zebrani powoli zaczęli schodzić po schodach. Ruth zaczepiła Eldona.

– Chyba powinieneś przeszukać Tuckera – powiedziała stanowczo.

Nie miał do niej żalu. Na jej miejscu też byłby podejrzliwy, gdyby ktoś nieznajomy podstępnie wdarł się do domu i myszkował po strychu.

– Nie będę przeszukiwać kuzyna!

Czuł wbite w siebie dziesięć par oczu. Już wiedział, że wzięli go za kuzyna, po którym ślad zaginął. Teraz pora na niego. Czekają na wyjaśnienia.

Ludzie do rany przyłóż. Na ich miejscu nie byłby taki wyrozumiały. Raczej podejrzliwy jak Ruth.

– Miałem dziesięć lat, gdy zacząłem przyjeżdżać do Willow Glen Plantation – zaczął. Pokrótce opisał, jak to się stało, że państwo Newland stali się dla niego rodziną, a ich dom jego domem. I o przekonaniu, że przyjazd tutaj przywoła dobre wspomnienia i osłodzi mu brak tych, którzy byli mu tak bliscy.

Ruth nie ukrywała sceptycyzmu. Reszta wierzyła w każde jego słowo. Smutne doświadczenia cioci Shirley niczego ich nie nauczyły?

– A po co wybrałeś się na strych?

– Zaraz do tego dojdę. Chris Newland był moim najlepszym przyjacielem – szepnął. – Był dla mnie jak brat. Gdy skończyliśmy jedenaście lat, postanowiliśmy zawrzeć braterstwo krwi. Podpisaliśmy uroczyste przyrzeczenie, pieczętując je własną krwią. – Odwrócił się do Ruth. – Kopertę schowaliśmy pod obluzowaną deską. Dlatego poszedłem na strych. Chciałem ją znaleźć.

Widziała, że jest poruszony. Przez chwilę było jej go żal, ale szybko się opamiętała. Być może jest dobrym aktorem.

– Po tylu latach nagle postanowiłeś wrócić po tę kopertę? Dlaczego?

– Ruth, przestań go męczyć – wtrąciła się ciocia Shirley. – Nie widzisz, że biedak się zdenerwował?

– Nie ma sprawy – odezwał się Tucker. Zwracał się do starszej pani, lecz patrzył na Ruth. – Na jej miejscu też bym zadał takie pytanie. Nie przyjechałem tu, by odnaleźć kopertę. Jak już wcześniej powiedziałem, szukałem ciszy i spokoju. – Westchnął głęboko. Przez chwilę milczał. – W zeszłym roku Chris i jego rodzice zginęli w wypadku drogowym. W Boże Narodzenie. Kiedy się tu znalazłem, odżyły wspomnienia. Przypomniałem sobie o naszym pakcie.

Ciocia Shirley podniosła się z miejsca, dając znak, że rozmowę należy zakończyć.

– Skoro potrzebujesz ciszy i spokoju, masz to zapewnione. Mój drogi, idź teraz do siebie, a ja wszystkim przykażę, by nikt ci nie przeszkadzał. Jeśli nie będziesz miał ochoty schodzić na posiłki, wystarczy, że dasz mi znać, a dostaniesz tacę na górę.

– Ciociu! – Ruth nie wierzyła własnym uszom. – Chcesz, żeby obcy człowiek zamieszkał pod twoim dachem? Skąd wiesz, że on mówi prawdę? Przecież to może być przestępca albo... człowiek niezrównoważony psychicznie. – Poniewczasie uświadomiła sobie, jak niezręcznie to zabrzmiało. Poprawiła się szybko. – Nie poczuj się urażony, ale już raz się sparzyliśmy.

Oren złagodził jej słowa, dodając pogodnie:

– Będziesz miała potwierdzenie, że coś z nim nie tak, jeśli zdecyduje się tu z nami zostać.

Tucker uśmiechnął się. Te żarty i przekomarzania przypominały radosne chwile, gdy przed laty spędzał tu święta z Chrisem i jego rodzicami.

– Nie ma mowy, bym wypuściła Tuckera. Kto to słyszał, żeby pracować w święta Bożego Narodzenia? – obruszyła się Shirley. – Każdemu należy się trochę oddechu, a u nas miejsca nie brakuje.

– No pewnie – potwierdziła Vivian. – A ty, Ruth, przestań być taką zołzą.

Spojrzenie, jakie Ruth posłała siostrze, nie rokowało dla Tuckera najlepiej. Zresztą to i tak niczego nie zmieniało. Propozycja starszej pani była kusząca, jednak nie powinien jej przyjmować.

Choć z drugiej strony perspektywa świąt za biurkiem wydawała się coraz mniej pociągająca. Wolałby zostać tutaj. W domu będzie mu ciężko. Tu również, ale przynajmniej byłby w innym otoczeniu. W dodatku w pobliżu tej intrygującej brunetki...

Ciocia Shirley wyrwała go z zamyślenia.

– Bardzo proszę, żebyś się zgodził.

– Dobrze, ale pod jednym warunkiem. Zapłacę za pokój i za posiłki. Sam nie wiedział, co go podkusiło, by przystać na propozycję. Rzecz jasna, miało to związek z Ruth. Nie z czymś, co zrobiła czy powiedziała. Bardziej z instynktownym przekonaniem, że oboje są ulepieni z tej samej gliny i że wiele ich łączy.

– Porozmawiamy o tym po świętach, gdy będziesz wyjeżdżać – uśmiechnęła się starsza pani. Potem dodała coś o Betlejem, co nie do końca dosłyszał. Wydawała się bardzo zadowolona.

Z całą pewnością jednak nie mógłby tego powiedzieć o zawiedzionej Ruth.

Sprawa jest zamknięta. Zacisnęła usta. Jak łatwo dali się oczarować temu przystojniakowi! Tylko ona jedna ma wątpliwości. Cóż więcej może zrobić? Przecież nie przeciwstawi się im wprost. Możliwe, że Tucker powiedział prawdę. Ale jeśli nie?

Wyjęła z szafki talerze i rozstawiła je na stole. Gdy skończyła, wróciła po kieliszki. Kątem oka dostrzegła za oknem jakiś ruch. Mężczyzna w skórzanej kurtce wstawiał sportowy samochód do dawnej stajni przerobionej na garaż. No jasne, boi się, by mu go ktoś nie ukradł. W czasie, gdy sam będzie okradał ciocię Shirley.

Jest bardzo przekonujący. Ona jedna spróbuje go przejrzeć i rozszyfrować jego ukryte zamiary. Vivian i Brooke widzą w nim atrakcyjnego mężczyznę. U Vivian to normalne – na każdego faceta tak reaguje.

Ma dziwne przeczucie, że Tucker nie przyjechał tu bez powodu. O coś mu chodzi. Na pewno nie o kawałek papieru ukryty pod podłogą. Musi mieć go na oku.

Oparła się o zlewozmywak i przyglądała się, jak Tucker wychodzi z garażu. Rzeczywiście był bardzo przystojny. Ktoś dotknął jej ramienia. To przywołało ją do rzeczywistości. Vivian szturchnęła ją łokciem.

– Może trochę odśnieżyć? Jeszcze ktoś się poślizgnie.

– Uważam, że nie powinniśmy go tu przyjmować. Nie wiadomo, jakie on ma zamiary.

– Ruth, daj spokój! – obruszyła się siostra. – O, właśnie. Ciocia prosiła, żeby dostawić jeszcze jeden talerz. Zaprosiła kuzyna Tuckera, by zjadł z nami kolację.

Ruth zazgrzytała zębami.

– To nie jest żaden nasz kuzyn!

– Nie jest. No i co z tego?

I jak tu z takimi rozmawiać? Ruth wyjęła z szafki dodatkowy talerz. Vivian pomogła porozstawiać szkło.

Podczas kolacji jadalnia rozbrzmiewała wesołym gwarem. Ciocia Shirley musiała stukać łyżeczką w szklankę, by przywołać towarzystwo do porządku. Dopiero wtedy mogła w imieniu rodziny podziękować za dary boże. Brooke, siedząca obok Tuckera, zaczęła wprowadzać go w sekrety rodzinne. Tucker popatrzył na blisko osiemdziesięcioletnią Adę May, miłośniczkę robótek ręcznych. Siwowłosa pani uśmiechnęła się słodko. Przy ubieraniu choinki, gdy Brooke opowiadała o koleżance z klasy, która zaszła w ciążę, starsza pani z łagodną dezaprobatą poinstruowała nastolatkę, że właściwszym określeniem jest „stan błogosławiony”. Ruth, przysłuchująca się ich rozmowie, uśmiechnęła się do Tuckera.

Ruth pięknie się uśmiecha. Może to rodzinne, bo wszyscy przy stole są nieco podobni. Nie, jednak jej uśmiech jest wyjątkowy.

– Kiedy ostatni raz jadłeś domowy posiłek? – zapytał Oren.

Z ociąganiem odwrócił wzrok od Ruth. Popatrzył na niebieski porcelanowy talerz. Tłuczone ziemniaki, fasolka szparagowa, kukurydziany pudding, fasola, placuszki, plaster rzymskiej pieczeni oblany sosem cebulowym. Ostatni raz jadł takie potrawy... tutaj, z Newlandami.

– Chyba jakieś jedenaście, dwanaście lat temu.

– Och, ty biedaku! – użaliła się nad nim ciocia Shirley. Podsunęła mu salaterkę z ziemniakami. – Nakładaj sobie, mój drogi. Jedzenia tu nie zabraknie. A na deser będzie pyszne ciasto z dynią.

Reszta kolacji upłynęła w pogodnej atmosferze. Musiał się wymawiać, bo wszyscy nakłaniali go do jedzenia. Po kolacji Tucker wziął talerz i ruszył z nim do kuchni. Tak jak robił to zawsze w tym domu. Naraz go olśniło. Zatrzymał się w przejściu. Akceptacja całej rodziny podbudowała go i dodała skrzydeł. Poczuł się pewniej. Ruth, nie spodziewając się, że idący przed nią Tucker nagle stanie, wpadła na niego z rozpędem. Wtedy się zdecydował. Ruth szybko się pozbierała.

– Co się stało? – zapytała, spoglądając za nim w głąb kuchni.

Tucker odwrócił się, blokując jej przejście. Uśmiechnął się znacząco i wzrokiem pokazał na wiszące nad nimi zielone gałązki. Popatrzył na dziewczynę, chcąc odczytać jej reakcję.

Nie była zachwycona. Brązowe oczy zamigotały gniewnie, ale było za późno. Roześmiani goście otoczyli ich kołem. Tucker uśmiechnął się promiennie.

– Pierwszy świąteczny buziak to dobra wróżba. – Naprawdę? Pierwsze słyszę.

– Ja też – przyznał. – Wymyśliłem to przed chwilą.

Zebrani ani myśleli odstąpić. Chętnie ją pocałuje, choć wolałby zrobić to bez świadków.

– No już! – zachęcała ciocia Shirley. – Do dzieła! Nie trzymajcie starszych ludzi tak długo na nogach, żyły nam popękają!

Tucker popatrzył na Ruth pytająco.

Dziewczyna westchnęła z rezygnacją.

– Zróbmy to, bo inaczej nam nie darują.

Wziął z jej rąk talerz i odstawił go na blat. Potem uniósł ręce. Nie bardzo wiedział, czy powinien ją objąć, czy może tylko pochylić się i niewinnie cmoknąć dziewczynę w policzek. Ruth zrobiła krok w jego stronę. Już się dłużej nie zastanawiał.

Położył ręce na jej ramionach. Pod grubym, miękkim swetrem poczuł szczupłe, sprężyste ciało.

Mimowolnie zderzyli się nosami. Speszona Ruth odwróciła wzrok. Szybko pocałował ją w usta.

Miały smak słodkiej mrożonej herbaty. Ciepłe, miękkie wargi zdawały się prosić o więcej. Na moment dziewczyna zamknęła oczy. Przez krótką chwilę zapomniał, że stoją otoczeni kibicującą im rodziną.

Kiedy uniosła powieki, brązowe oczy patrzyły na niego z uśmiechem. Jakby ten pocałunek sprawił jej nie mniej przyjemności niż jemu.

Pierwszy świąteczny pocałunek pod jemiołą. Dla niego to na pewno bardzo dobry znak.

Czuł się wspaniale. Podniósł wzrok, by podziękować niebiosom za łaskę. Popatrzył na zieloną kulę wiszącą nad ich głowami.

– Och, pomyliłem się – powiedział bez śladu żalu. – To nie jest jemioła, tylko ostrokrzew.

ROZDZIAŁ TRZECI

Nie wiedziała, dlaczego zgodziła się na ten idiotyczny pocałunek. Początkowo tłumaczyła sobie, że nie miała wyjścia. Znając rodzinę, mogła być pewna, że i tak postawiliby na swoim.

Jednak gdy wieczorem przewracała się w łóżku z boku na bok, zdała sobie sprawę, że to nie jest cała prawda. Nikomu by się nie przyznała, jednak odrobinkę, odrobineczkę, też tego chciała.

Pojawienie się Tuckera obudziło w niej dziwną tęsknotę i pragnienia, jakich nie potrafiła bliżej określić czy nazwać. Niestety, ten pocałunek wcale ich nie stłumił. Przeciwnie, dręczyły ją coraz mocniej. Chciałaby jeszcze raz tego spróbować. To jak te smakowite kąski, którymi częstują w supermarketach w porze posiłku. Jeśli człowiek się skusi, z miejsca uświadamia sobie, że jest głodny.

W dodatku ten Tucker naprawdę jest mężczyzną niczego sobie. I zaskakująco dobrze całuje. A przecież musiał się hamować, mając świadomość, że całują się na oczach rodziny. Sama pod tym względem nie miała dużego doświadczenia, lecz wiele wskazuje, że w tej dziedzinie prym wiodą mężczyźni przeciętni pod względem urody. Pewnie w ten sposób kompensują swoje braki.

Poruszyła się niespokojnie. Kto wie, może tak dobrze całuje, bo liczy, że to mu się opłaci? Jeśli jest oszustem, nie chce z pewnością niczego zaniedbać. Ofiara nie może się niczego domyślić. Albo też jest taki doświadczony.

Przez te trzy dni zbratał się z całą rodzinę. Ona sama z trudem próbowała zachować odpowiedni dystans i pamiętać, że musi się trzymać na baczności.

W obecności Tuckera czuła się nieswojo, lecz gdy pozostawał u siebie, jej niepokój się pogłębiał. Już raz przyłapała go na strychu. Ciekawe, co jeszcze knuje?

Podniosła się z kanapy, by dołożyć do ognia ostatnie polano. Już od wielu tygodni pogoda ich nie rozpieszczała, ale ostatnia noc naprawdę dała się wszystkim we znaki.

– Boris, pamiętaj, żeby przynieść drzewa – odezwała się ciocia Shirley. – Dziś zapowiadają jeszcze zimniejszą noc.

I znowu – choć może nie był to przypadek, a dokładnie wycelowany moment – w holu jak spod ziemi wyrósł Tucker.

– Idę po coś do picia, a potem do samochodu – oznajmił. – Wracając, przyniosę drzewo.

Boris rozjaśnił się w uśmiechu. Kłopot miał z głowy.

– To może przynieś je teraz, a ja przez ten czas przyrządzę ci czekoladę – zaproponowała Ruth. Nadarza się okazja, by najpierw poobserwować go przez okno, a potem zadać mu w kuchni parę pytań. Może coś z niego wyciągnie. Widziała, że go zaskoczyła. Mimo to uśmiechnął się promiennie, włożył rękawiczki i kurtkę, i wyszedł na zewnątrz. Serce zatrzepotało jej w piersi, lecz szybko się opamiętała. Z takim specem musi się mieć na baczności.

Wyjęła puszkę z czekoladą, nasypała proszku do kubków z mlekiem i wstawiła je do mikrofalówki. Zamyśliła się. Trzy dni, a już tak się zdążył zasłużyć. Najpierw pograł z Brooke w gry wideo i wygrał, czym zrobił na dziewczynce piorunujące wrażenie. Razem z Eldonem poszedł obejrzeć jego trucka i pogrzebać pod maską. Rosemary rozpływała się nad nim, bo starannie umył po sobie łazienkę. Jakby tego było mało, poprosił ciocię Adę, by pokazała mu, jak robić dywaniki. Z Deweyem, który lubił zabawne historyjki, spędził dobrą godzinę, opowiadając najróżniejsze dowcipy i anegdotki.

Na tym jednak nie koniec jego dobrych uczynków. Naprawił obluzowany schodek przy wyjściu na taras i obiecał cioci Shirley umocować zadarty róg dywanu. Tym zjednał ją sobie do reszty. O Vivian też nie zapomniał. Nasłuchała się od niego komplementów, czym na zawsze zaskarbił sobie jej wdzięczność.

A teraz taszczy naręcze polan za Borisa. Każdemu chce się przypodobać.

Z wyjątkiem jej. Chyba że liczyć ten pocałunek. Bo podziałał.

Postawiła kubki na stole i pobiegła otworzyć drzwi. Zimny powiew wdarł się do środka. Szybko zamknęła. Wróciła do kuchni i usiadła przy stole. Po chwili dołączył do niej Tucker.

Nawet jeśli spodziewał się, że zacznie go maglować, niczego po sobie nie pokazał. Zdjął rękawiczki, powiesił kurtkę na krześle. Ruth odczekała, aż usiądzie.

Sięgnął po czekoladę i uważnie popatrzył na dziewczynę. Nie widziała jego ust, lecz oczy mu się śmiały.

– Mam wrażenie, jakbym został wezwany do dyrektora szkoły na dywanik – odezwał się.

Ruth podniosła kubek.

– Może chcesz, żebym stąd wyszła?

– Ależ skąd!

Nie wiedziała, czemu te dwa krótkie słowa sprawiły jej taką przyjemność. Jeśli jest krętaczem, to świetnie wie, jak kogo podejść.

– Teraz pytanie za pięćdziesiąt tysięcy. Chcesz, żebym to ja stąd zniknął?

– Nie, oczywiście, że nie.

Wstała i przyniosła torbę piankowych cukierków.

Tucker uśmiechnął się tak, że zrobiło się jej ciepło na sercu.

– Jeden wystarczy – powiedział. – Nie chcę, żeby ciocia Shirley za karę zamknęła mnie w szopie na drewno. Mimowolnie wyobraziła sobie scenę, gdy oboje zostają zamknięci w szopie.

– Ty i ciocia Shirley bardzo przypadliście sobie do gustu – skonstatowała.

Gdyby nie była tak podejrzliwie do niego nastawiona, ten uśmiech wzięłaby za zupełnie szczery.

– Twojej cioci trudno nie lubić. – Jego wzrok poszybował gdzieś dalej, za okno. – Kiedy jestem w tym domu, każdy kąt budzi wspomnienia. Nawet twoja rodzina przypomina mi ludzi, którzy tu niegdyś mieszkali. – Mówisz o nich jak o rodzinie. Tucker skinął głową.

– Byli dla mnie jak rodzina. Wychowali się w czasach, kiedy jeszcze nie było jednorazowych pieluszek i papierowych talerzy. I nigdy się nie przestawili. – Wrzucił piankę do czekolady. Oczy mu pociemniały, zacisnął usta. – Nigdy nie uważali, że coś nadaje się tylko na śmietnik. Takie mieli podejście. Jeśli coś się popsuło, pan Newland to naprawiał. Meble, zabawki, wszystko. Ludzi też tak traktowali – dodał z bladym uśmiechem. – Dla nich nie byłem dzieckiem spisanym na straty.

Wezbrał w niej żal. Nie chciała już dłużej ciągnąć tego przepytywania. Ileż razy przychodziło jej pocieszać uczniów rozpaczających z różnych powodów – poczynając od złego stopnia, a kończąc na rozwodzie rodziców. I choć szkolne przepisy zakazywały poufałości, nie szczędziła dzieciom macierzyńskich uścisków. Dzieci odpłacały jej z nawiązką – przykładały się do nauki, starały się dobrze zachowywać.

Najchętniej przytuliłaby go teraz mocno, by ukoić smutek i gorycz. Impulsywnie wyciągnęła rękę, dotknęła jego dłoni.

Tucker podniósł wzrok i łagodnie ujął jej drobną dłoń. Jakby to on chciał dodać jej otuchy. Przekazać bez słów, by się o niego nie martwiła.

Martwiła się jednak. Tak jak martwiłaby się o każdego innego.

Nieoczekiwany dzwonek do drzwi przywołał ich do rzeczywistości. Chwilę później do kuchni wpadła Brooke. – Ruth, ktoś do ciebie!

Przyglądał się twarzy dziewczyny. Niespokojnie zmarszczyła czoło. Jednak niezależnie od nastroju, zawsze wyglądała pięknie.

Razem z Brooke podążyli za Ruth. W przedpokoju stała para młodych ludzi, a obok może jedenastoletni chłopiec i mała dziewczynka. Dziewczynka, blondyneczka o jasnej cerze, była bardzo podobna do rodziców. Ciemnowłosy chłopczyk o oliwkowej karnacji z miejsca przypomniał Tuckerowi jego zdjęcie z dzieciństwa.

– Nicky! – Ruth podbiegła do chłopca i przygarnęła go serdecznie. Po sekundzie wahania chłopczyk przywarł do niej. Ruth ciepło uśmiechnęła się do dziewczynki i konspiracyjnie puściła do niej oko.

– Pani Marsh, bardzo przepraszamy, że zakłóciliśmy spokój pani i mężowi – odezwała się kobieta, zwracając się również do Tuckera. – W dodatku tuż przed świętami.

Brooke zachichotała.

Tucker chrząknął i cofnął się krok od rzekomej żony.

– Jestem znajomym rodziny.

Ruth nie odezwała się, jakby ciągle nie mogła się zdecydować, która ewentualność jest lepsza.

– Nic się nie stało – powiedziała po chwili. – Tucker Maddock i moja kuzynka Brooke Givens – pośpiesznie dokonała prezentacji. – To jest Nicky Bartucci, mój dawny uczeń, i jego rodzice... – Urwała, oddając im głos.

– Charles i Natalie Johnson – rzekła matka. Musnęła dłonią ramię blondyneczki. – A to siostrzyczka Nicky’ego, Angela.

Różne nazwiska. To wiele wyjaśnia. Nie miał ochoty wdawać się w kolejne znajomości, ale poważna mina chłopczyka poruszyła go. Postanowił zostać i dowiedzieć się, co jest powodem tej niezapowiedzianej wizyty.

Dobrze, że reszta rodziny jest zajęta swoimi sprawami, przemknęło mu przez myśl, gdy witał się z przybyłymi. Dopiero zaczęliby ich wypytywać. Aż strach pomyśleć!

– Nieoczekiwanie dostaliśmy informację o ewentualnej pracy dla Charlesa – z udaną pogodą odezwała się Natalie. – Zapowiada się rewelacyjnie. Problem w tym, że to daleko stąd. Nawet nie w naszym stanie.

Ruth odgarnęła włosy na ramiona. Domyślała się, że to nie wszystko, co pani Johnson ma im do powiedzenia.

– Brooke, może byś wzięła dzieci do salonu i pokazała im choinkę? – zaproponowała.

Ku jej zaskoczeniu Brooke nie zaoponowała. Tucker skrzyżował ramiona. Nie ruszył się z miejsca. Było jasne, że chce zostać do końca. To dało jej do myślenia. Dlaczego tak mu na tym zależy? To może potwierdzać, że coś knuje. Chce być dobrze zorientowany, by w razie czego wykorzystać tę wiedzę. Gdy dzieci wyszły do salonu, głos zabrał ich ojciec.

– Zostałem zwolniony z pracy. Mam szansę na posadę w fabryce w Kentucky. Bardzo mi na tym zależy.

Teraz odezwał się Tucker.

– Może państwo wejdą i usiądą na chwilę? – zaproponował. – W kuchni nikt nam nie będzie przeszkadzać.

Ruth zmieszała się. Sama powinna wystąpić z taką propozycją. Szczęście, że Tucker potrafił się znaleźć. Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością.

– Właśnie pijemy czekoladę – powiedziała. – Zapraszamy na filiżankę.

– Dziękujemy, ale Charles zostawił włączony samochód. – Ujęła męża pod ramię. – Wiem, że nie powinnam tak bez uprzedzenia – zaczęła przepraszająco – ale może zgodzi się pani zaopiekować dziećmi przez kilka dni?

Charles poklepał żonę po dłoni.

– Postaramy się, by trwało to jak najkrócej. Odbędę rozmowę kwalifikacyjną i poczekam na decyzję, a Natalie przez ten czas rozejrzy się za mieszkaniem.

– Pytałam już wszystkich naszych znajomych – ciągnęła Natalie. – Ci, którzy nie zostali zwolnieni i nie szukają gorączkowo nowej pracy, koncentrują się na utrzymaniu posady. To Nicky wspomniał o pani, swojej ulubionej nauczycielce. Nie wiedzieliśmy, czy nie wyjechała pani na święta, ale postanowiliśmy spróbować.

Ruth wzięła głęboki oddech. Wszystkie jej plany walą się jak domek z kart. Najpierw pojawił się Tucker, teraz ni stąd, ni zowąd spada dwójka dzieci. Choć trzeba przyznać, że sytuacja Johnsonów jest bez porównania gorsza niż jej. Nie miała serca im odmówić. Tylko jak to urządzić, gdzie ich pomieścić, kto się nimi zajmie? To wszystko trzeba przemyśleć. Sięgnęła po listę spraw do załatwienia.

– Niech się zastanowię. W zasadzie wszystkie zakupy zlecone przez ciocię Shirley już zrobiłam. Pomogłam Rosemary kupić prezenty, czyli to też można skreślić. Nie wiem tylko, jakie mamy plany na drugi dzień świąt...

– Wrócimy dzień przed Wigilią – szybko wtrąciła Natalie.

Ruth zerknęła na Tuckera. Miał dość ponurą minę. Może pomysł, by przyjąć dwójkę dzieci krzyżuje mu plany? Uśmiechnęła się. Bardzo dobrze się składa.

– Z przyjemnością zaopiekujemy się Nickym i Angelą – powiedziała, posyłając Tuckerowi triumfujący uśmiech. Zobaczymy, co teraz zrobi. Jeśli nie odpowiada mu dwójka rozbrykanych dzieci, to niech zwija manatki i wraca tam, skąd przyszedł.

Państwo Johnson nie kryli ulgi, jaką przyniosły im jej słowa. Natalie serdecznie uścisnęła Ruth i poszła pożegnać się z dziećmi. Charles przyniósł ich bagaże. Tucker wziął torby i postawił je na schodach.

Gdy rodzice odjechali, popatrzył uważnie na dzieci. Ten chłopiec... Jakby widział siebie samego. Nie z powodu zewnętrznego podobieństwa. Może poza ciemnymi włosami i śniadą cerą. Tylko ten spięty wyraz twarzy... Nicky też popatrzył na niego przeciągle.

– Nicky, może pójdziesz z panem Maddockiem zanieść torby na górę?

– Jeśli chcesz, mów do mnie Tucker – wyciągnął do niego rękę. Chłopiec wahał się przez moment, po czym drobna dłoń ujęła rękę mężczyzny.

– Powiedz im teraz o mnie – zza pleców chłopca rozległ się głosik dziewczynki.

Nicky przesunął się na bok, pociągnął ją i postawił przed sobą.

– To moja siostra Angie – przedstawił. – Ma pięć lat.

Angie włożyła paluszek do buzi.

– Prawie sześć – sprostowała.

– To już jesteś całkiem dużą panną – podsumował Tucker, pochylając się do niej. – Masz już męża?

Angie zachichotała radośnie. Było w niej tyle wdzięku! Ruth nie mogła się nie uśmiechnąć. Jeszcze przed chwilą liczyła, że obecność dzieci wypłoszy Tuckera, a tu okazuje się, że on ma niesamowite podejście do maluchów. Zupełnie bez sensu jej myśli wybiegły w przyszłość. Czy kiedyś nadejdzie czas, że przeżyje podobne chwile z własnymi dziećmi i własnym mężem? Oby też miał taki stosunek do brzdąców!

Tucker wyprostował się. Uśmiechnął się promiennie do dziewczynki. Tym swoim zniewalającym uśmiechem obliczonym na zbicie z nóg dziewczyn w każdym wieku. I to wystarczyło, by mała Angie całkiem straciła dla niego głowę. Objęła go mocno za nogę i ścisnęła z całej siły. Tucker delikatnie potarmosił jej włosy.

Przez sekundę Ruth walczyła z idiotycznym, rozpaczliwym pragnieniem, by być na miejscu dziewczynki.

– Ile masz lat? – zapytała Angie, zadzierając główkę, by widzieć jego twarz.

Tucker popatrzył na Ruth. Widząc, że mu się uważnie przygląda, puścił oko. Drobny gest, a tyle znaczy. Oboje są po tej samej stronie.

– Trzydzieści jeden – odpowiedział.

– A ona? – Angie pokazała na Ruth.

Tucker przeniósł wzrok na dziewczynę. Teatralnie przechylił się na bok, badawczo taksując Ruth. Mała była tym zachwycona.

Ruth czekała. Zwykle dawano jej więcej niż jej dwadzieścia pięć lat. Wreszcie Tucker odwrócił się do dziecka i rzekł z przekonaniem:

– Jest wystarczająco duża, żeby być twoją nauczycielką. Ta odpowiedź zadowoliła dziewczynkę. Ruth posłała mu miły uśmiech.

– Gdzie oni jadą? – zainteresowała się Angie, patrząc przez okno na wsiadających do samochodu rodziców.

Tucker odpowiedział, nim Ruth zdążyła otworzyć usta.

– Tatuś jedzie dowiedzieć się o nową pracę. Ty i twój braciszek zostaniecie u nas w domu, póki rodzice po was nie przyjadą. Wrócą dzień przed Wigilią.

„U nas w domu”. Ruth westchnęła cichutko. Powiedział to, jakby był domownikiem. Jeszcze godzinę temu przyjęłaby to podejrzliwie, lecz teraz... To już nie intruz, który próbuje wkupić się w łaski rodziny, ale ktoś z nich. Tucker odwrócił się do niej. Przygarnął ją do siebie, tak po prostu. Czuła, że jest spięty.

Ciocia Shirley wyrwała ją z zamyślenia.

– Och, prawie zupełnie wypadło mi to z głowy – zwróciła się do Tuckera. – Masz strój odpowiedni na przyjęcie? Foutchowie sprosili gości na dzisiejszy wieczór. Z okazji świąt. – Popatrzyła na Ruth. – Obiecałam, że przyprowadzisz kuzyna Tuckera.

Tucker rzucił Ruth szybkie spojrzenie. Pod tym względem się nie różnili – oboje nie mieli ochoty na to niespodziewane wyjście.

Tucker znów ją zaskoczył. Przez cały ranek bawił się z dziećmi. Dopiero później wyjaśnił, że chciał odciągnąć ich myśli od rozstania z rodzicami.

Przybycie dzieci i to, jak się wtedy zachował, zmieniło jej opinię na temat „kuzyna”. Instynktownie czuła, że można mu zaufać, że ma prawą i szlachetną naturę.

Przestała się go obawiać. Teraz niepokoiła się o niego. Wiedziała, że coś go dręczy.

Chciałaby mu pomóc, ale nie miała pojęcia, co mogłaby zrobić. Położyła dłoń na jego mocnym ramieniu. Poczuła, że łzy napływają jej do oczu. Zamrugała powiekami.

– Tucker... chciałabym podziękować ci za wszystko, co dzisiaj zrobiłeś – głos jej zadrżał.

– Hej, nie ma za co dziękować – odparł z uśmiechem. Przytulił ją, przyciskając jej głowę do swojej piersi.

Wiedziała, że nie powinna tego robić, ale nie mogła się powstrzymać. Poddała się jego ramionom i sama lekko objęła go w pasie. Teraz było jej dobrze. Przez moment mogła zapomnieć o problemach. Tucker łagodnie przesuwał palcami po jej włosach.

Dobrze jej w jego ramionach. Przyjemnie czuć jego dłoń przesuwającą się po plecach, zataczającą łagodne kręgi. Gdy się odezwał, w jego piersi słyszała głuche dudnienie.

– Musimy wybrać się z dziećmi na zakupy – oznajmił.

Ruth podniosła głowę.

– Po świąteczne prezenty?

– Po ubranka – wyjaśnił. Oczy mu pociemniały. – Nie mogą chodzić po domu w tych łachach. – Może inne ubranka są w lepszym stanie. Tucker prychnął pod nosem.

– Wszystkie są podobne. Sprane i zniszczone. Poza tym już z nich powyrastali. Myślę, że powinniśmy sprawić im po dwa, może trzy zestawy, łącznie z bielizną. No i koniecznie porządne buty.

Nie planowała takich wydatków. Jednak Tucker ma rację. Pośpiesznie przeliczyła w myśli swoje środki. No nic, jakoś to będzie.

Dłoń Tuckera nagle się zatrzymała. Ruth wyprostowała się i oswobodziła z jego ramion. Gdyby wczoraj wyszedł z tą propozycją, byłaby bardziej ostrożna. Próbowałaby dociec jego motywów. Jednak od wczoraj wie le się zmieniło. Co z jednej strony ją cieszyło, z drugiej budziło niepokój.

– W takim razie pójdę po książeczkę czekową.

Tucker spochmurniał.

– Nie to miałem na myśli – rzekł. – Pojedziemy razem, ale to ja płacę. – Widząc jej minę, dodał: – Nie znam się na kupowaniu ubranek dla dzieci.

– Jesteś wspaniały. Dziękuję. – Impulsywnie pochyliła się, by cmoknąć go w policzek. Ku jej zaskoczeniu, Tucker odpowiedział tym samym. Tylko że on musnął jej usta. Trwało to ledwie mgnienie, lecz wystarczyło, by natychmiast zapamiętać smak jego warg, ich mocny, a jednocześnie łagodny dotyk. I zapragnąć czegoś więcej.

Odgłos kroków w holu sprowadził ich na ziemię.

– A co my tu mamy? – rozległ się wesoły głos Vivian. Z uśmiechem wsparła dłoń na apetycznie zaokrąglonym biodrze. – Pomyślałam sobie, że może przydam się do pomocy przy instalowaniu dzieci w pokojach. Wygląda jednak na to, że to wam przydałby się pokój.

Vivian wyglądała rewelacyjnie. Jak zawsze. Uroda, kobieca figura, piękne, jasne włosy. Dziś miała na sobie kolorową tunikę i dobrane do niej legginsy podkreślające zgrabne nogi. Ruth westchnęła w duchu. W czarnej bluzie z kołnierzykiem haftowanym w kwiatki poczuła się jak szara myszka.

Vivian zawsze rozpalała zmysły. Mało który mężczyzna potrafił się jej oprzeć. Nie raz się zdarzyło, że chłopak, zaproszony przez Ruth do domu, przenosił swoje zainteresowanie na starszą, bardziej ponętną siostrę. Ruth chrząknęła, by rozładować atmosferę.

– Właśnie mieliśmy schodzić, żeby dać im lunch. Vivian zamruczała jak kot.

– Jasne, siostrzyczko. Wprawdzie jestem od ciebie starsza o dziesięć miesięcy, ale jeszcze nie potrzebuję okularów. I dobrze widzę, co tu się święci. Może i coś szykujecie, ale raczej nie chodzi o lunch.

Na słowo „lunch” dzieci wybiegły na korytarz i rzuciły się na dół, wyprzedzając na schodach Ruth. By nie przeciągać niezręcznej sytuacji, przerwała rozmowę z siostrą i zeszła do kuchni. Spodziewała się, że Tucker podąży za nią, lecz on został na górze. Słyszała, jak cicho rozmawia z Vivian.

Ruth próbowała wziąć się w garść. Co z tego, że został? Z Tuckerem łączy ją tylko troska o dzieci. Może jedynie kilka pocałunków... Choć też raczej nie. Pierwszy wynikał z tradycji, następne były równie niezobowiązujące. To ona bezsensownie doszukiwała się w nich czegoś więcej. W takim razie dlaczego jest jej tak ciężko na duszy? Dlaczego czuje się tak boleśnie dotknięta?

Nie chodzi o Tuckera. Po prostu znowu poczuła się odstawiona na boczny tor. Vivian zawsze grała pierwsze skrzypce. Starsza, ładniejsza, obdarzona większym wdziękiem. Bez trudu potrafiła dopiąć swego. Ruth czuła się przy niej jak brzydkie kaczątko. I choć próbowała jej dorównać, nigdy się jej to nie udało.

Zatrzymała się na dole. Nie powinna się tak stresować. Trudno, zawsze ktoś musi być pierwszy. Ważne, by nie być na szarym końcu.

Trwało chwilę, nim usadziła dzieci przy stole. Gdy już to się udało, do kuchni wszedł Tucker. Wychodząca Brooke zatrzymała się na chwilę i popatrzyła na niego znacząco.

– Widzę, że ciocia Shirley dopadła naszego kuzyna – rzekła z uśmiechem.

Ruth postawiła na stole talerz z grzankami. Dzieci natychmiast wyciągnęły po nie rączki. Ruth nie odrywała oczu od Tuckera. Wyprostował się, zmarszczył czoło. Popatrzył pytająco na nastolatkę.

– Zostawiła ci ślad na policzku – wyjaśniła Brooke. Gdy nadal nie rozumiał, dodała nieco głośniej, jak do kogoś, kto ma problemy ze słuchem: – Masz ślad szminki! To znak cioci Shirley!

– Aha. – Tucker uśmiechnął się z przymusem, dotknął dłonią policzka. Odczekał, póki Brooke nie zniknęła za drzwiami. Dopiero wtedy popatrzył na Ruth. Był zmieszany.

Angie z zafascynowaną buzią patrzyła na rozmazaną szminkę na jego policzku. – Chcesz to wytrzeć, kuzynie?

– Głuptasie, to nie jest nasz kuzyn – pouczył ją brat. – Powinniśmy mu mówić panie Maddock albo po imieniu. Prawda, pani Marsh?

Ruth odwróciła wreszcie wzrok od Tuckera. Postawiła przed chłopcem talerz z parującą zupą pomidorową.

– Widzę, że dobrze zapamiętałeś, o czym mówiliśmy na lekcji – rzekła z uśmiechem.

– Ale wszyscy mówią „kuzyn Tucker” – odparła Angie.

Tucker przysiadł na krześle obok dziewczynki i pogłaskał ją po jasnych loczkach.

– Tak naprawdę nie jesteśmy krewnymi – wyjaśnił. – Ale jeśli chcesz mówić do mnie „kuzynie”, to bardzo proszę.

Dziewczynka uśmiechnęła się do niego czarująco, po czym odwróciła się do brata i pokazała mu język. Znowu z powagą popatrzyła na Tuckera.

– Zetrzesz znak Shirley?

Tucker posłał Ruth łobuzerskie spojrzenie. Z wrażenia omal nie rozlała mleka. Zła na siebie, zbeształa się w duchu. Jak może tak reagować na byle spojrzenie kogoś, kogo w zasadzie nie zna?

– Nie zetrę, a wetrę w skórę – poinformował małą teatralnym szeptem Tucker.

– Dlaczego? – zapytała Angie.

– Bo lubię dostawać buziaki od ślicznych pań.

Łyżeczka, którą Ruth trzymała w dłoni, wypadła jej z ręki i uderzyła o talerz, rozchlapując zupę.

– Od cioci Shirley? – z niedowierzaniem zapytał Nicky.

Angie nie zamierzała odstąpić bratu Tuckera. Jak nakręcona zaczęła podskakiwać przed nowym „kuzynem”, byle tylko znowu skupić jego uwagę na sobie.

– A ja jestem śliczna?

– Jesteś piękna – z przekonaniem oświadczył Tucker.

Angie zarzuciła mu rączki na szyję. Obsypała Tuckera buziakami. Ruth nie mogła powstrzymać uśmiechu, patrząc, jak Tucker pokazuje dziecku palcem, gdzie jeszcze zostało wolne miejsce.

Wyobraziła sobie, że to ona dotyka jego policzka, że tuż przy sobie widzi jego oczy, wpatrzone w nią z uczuciem i czułą tkliwością. Gdyby tak był jej mężem i kochał ją nad życie... Wezbrała w niej żarliwa, bolesna tęsknota. Za mężem, rodziną, związkiem na dobre i na złe, na zawsze. I nagle uświadomiła sobie, że to by było spełnienie jej marzeń. Marzeń o najpiękniejszych świętach i udanym życiu. Mieć kogoś, kto będzie należeć tylko do niej. Swojego mężczyznę. Człowieka, z którym założy rodzinę.

– Phi! – fuknął Nicky. – Lepiej już zacznijmy jeść.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Dzieci nie posiadały się z radości na widok ślicznych nowych ciuszków. Tuckerowi topniało serce, gdy patrzył na ich roześmiane, błyszczące oczy.

Te dzieciaki podbiły go bez reszty. Nie może tak się wzruszać, powinien trzymać się od nich na dystans. Inaczej ciągle będzie wracać do nich myślą i martwić się o nie, nawet gdy już stąd wyjadą.

Ruth pochyliła się nad Angie, by pomóc dziewczynce przymierzyć buty. Mała wcale nie ukrywała, że nie ma na to ochoty. Tucker sięgnął na półkę po różowo-fioletowe buciki, które zachwyciły Angie, gdy tylko weszli do sklepu. Ruth nawet nie chciała o nich słyszeć – uznała, że są zbyt drogie.

– Może przymierzysz te? – zaproponował, stawiając przed nią buciki. – W tych kolorach naszej małej damie powinno być bardzo ładnie.

Angie błyskawicznie odepchnęła mierzoną wcześniej parę i pospiesznie wsunęła stópki w wymarzone buty. Ruth popatrzyła na Tuckera pytająco.

– Te kosztują dwa razy więcej niż tamte, które mierzyła.

– Ale te jej się podobają. Popatrz na jej buzię – powiedział Tucker. Miał dziwne wrażenie, że w ten sposób choć w małej części spłaca dług zaciągnięty u Newlandów. Było mu lekko na duszy.

– Już tyle zrobiłeś – oponowała Ruth. – Na pewno chcesz kupić te buciki? – Przy wcześniejszych zakupach próbowała zapłacić, lecz Tucker był nieprzejednany.

Nicky, który przez cały czas niemal się nie odzywał, siedział na ławeczce i w milczeniu czekał na odpowiedź. Tuckerowi ścisnęło się serce. Kiedyś i on tak czekał, tak samo patrzył. Był pierwszy raz w domu Chrisa. Newlandowie wybierali się do wesołego miasteczka. Był pewien, że zaraz będzie musiał wracać do domu, bo przecież go nie zabiorą. Nie wierzył własnym uszom, gdy okazało się, że on też pojedzie. Nie miał grosza przy duszy. Rodzice Chrisa kupili mu bilet i zafundowali lunch. Wrócił do domu obładowany drobnymi prezencikami.

Wiele razy się zastanawiał, co ich skłoniło, by otworzyć ramiona i przyjąć do siebie samotnego, niepewnego chłopca. Dopiero teraz, patrząc na spiętą, lecz pełną nadziei twarz Nicky’ego, powoli zaczynał rozumieć.