Świąteczne marzenie - Amanda Prowse - ebook
lub
Opis

Ciepła i poruszająca opowieść o miłości osadzona w świątecznym klimacie Nowego Jorku

W dzieciństwie Meg zawsze marzyła o idealnym Bożym Narodzeniu.

W tym roku samotna matka przygotuje baśniową Gwiazdkę Lucasowi, małemu synkowi. Na stole stanie pieczony indyk, kolędy ukoją znajomymi nutami, ogień będzie igrał w kominku, a tuż obok niego zawiśnie tradycyjna skarpeta. Magii Świąt nie zabraknie. Meg doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ona i mały Lucas poradzą sobie sami.

Jednak pewna przypadkowa znajomość nawiązana w Nowym Jorku zmieni wszystko. Intrygujący architekt Edd trwale zapisuje się w myślach Meg. I nagle wizja świąt bez mężczyzny nie wydaje się już taka przyjemna. Szkoda tylko, że ten, o którym marzy kobieta, mieszka aż za oceanem.

Czy Meg odważy się ruszyć w pogoń za głosem serca? Czy Święta spędzi tylko z synem?

__

Poruszające dzieło od autorki wspaniałych romansów – to mikstura miłości, problemów rodzinnych i sezonowej przyjemności, którą każdy powinien dostać w prezencie w ten wyjątkowy czas raz w roku. – „Daily Record”

Bożonarodzeniowy prezent od bestsellerowej autorki. Jeśli uwielbiasz JoJo Moyes albo Freyę North, pokochasz tę książkę. – „Closer”

Barwny romans, któremu nie brak emocjonalnej głębi. – „My Weekly”

__

Amanda Prowse – spędziła 10 lat życia, pracując w korporacji jako konsultantka. Po tym czasie odkryła, że jej powołaniem jest pisarstwo. Specjalizuje się w prozie miłosnej, która swoim niepowtarzalnym stylem urzeka niejedną kobietę. Amanda mieszka w West Country z mężem i dwójką nastoletnich synów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 332

Popularność


Dedykuję tę książkę Jo Ward. Zawsze mogę na nią liczyć, jest wspaniałą mamą dla Luke’a i Alice, fantastyczną siostrą, cudowną ciotką i oddaną przyjaciółką.

Prolog

Megan obudziły dobiegające z korytarza piski. To Kirsty, córka rodziny zastępczej, u której mieszkała.

Dzisiaj był wyjątkowy dzień: Boże Narodzenie.

– Dostałam domek na drzewie Sylvanian Families! Jest cudowny! Cudowny! Dziękuję, mamusiu i tatusiu! – zapiszczała Kirsty, a podekscytowanie sprawiło, że głos miała o oktawę wyższy niż zazwyczaj.

Megan otuliła się ciaśniej kołdrą i przełknęła ślinę. Nie była pewna, czy powinna wstać, czy zostać w łóżku. W domu przy Tall Trees Avenue czuła się tak co rano. Bywało, że wstawała bladym świtem, zakładała szkolny mundurek i wślizgiwała się z powrotem pod kołdrę, czekając, aż Pam, mama Kirsty, zapuka do drzwi i zaprosi ją do kuchni na miskę płatków.

Jak ma zachować się dzisiaj? Powinna siedzieć cichutko w swoim pokoju, starając się nie zawracać nikomu głowy, czy też przyłączyć się do wspólnego świętowania? Megan wiedziała, że bożonarodzeniowy poranek to nie byle co i choć miała dopiero siedem lat, była na tyle bystra, aby się domyślić, że skoro Bartramowie otwierają prezenty bez niej, to pewnie chcą mieć trochę czasu dla siebie.

Przyłożyła policzek do poduszki i próbowała sobie wyobrazić, co teraz robi jej mama. Myślała także o swoim rodzeństwie: Janey, Mel, Jasonie i Robbiem. Zamrugała. Serce biło jej szybko, jak ptaszek uwięziony w klatce. Poklepała się po piersi i szepnęła: „Ćśśś”, jakby jej serce było żywym stworzeniem, które mogła uspokoić.

Rozległo się pukanie do drzwi i Megan usiadła. Weszła Pam w bluzie dresowej, na której z przodu miała psy husky. Dziewczynka pomyślała, że Pam mogła się dzisiaj ładniej ubrać, może założyć czerwoną sukienkę z cekinami, taką, jaką miała pewna pani w telewizji. Widok psów okazał się rozczarowujący.

– Dzień dobry, Megan. Był u nas Święty Mikołaj, wiesz? Pod choinką leżą prezenty z twoim imieniem.

Megan poczuła nagłą ekscytację, przyjemne łaskotanie w brzuchu. Pam podeszła dziarskim krokiem do okna i rozsunęła zasłony. Uchyliła także lufcik, żeby wpuścić do pokoju nieco świeżego powietrza. Jak zawsze, kiedy odprawiała ten mały rytuał, Megan się zastanawiała, czy przypadkiem brzydko od niej nie pachnie. Z Bartramami mieszkała od trzech miesięcy, ale wciąż tak do końca nie wiedziała, czy ich to cieszy, czy nie.

Nagle drzwi otworzyły się na całą szerokość i do pokoju wpadła Kirsty.

– Chodź, Megan! Są święta! – Ze śmiechem chwyciła ją za rękę i zaczęła wyciągać z ciepłego łóżka.

Megan zrozumiała, że na dzisiaj ogłoszony zostaje rozejm. Nie będzie wyrywania włosów, szczypania czy kradzieży frytek pod nieobecność dorosłych.

W nocnej koszulce usiadła na kwiecistym dywanie i powoli rozpakowała swoje prezenty: nowe, białe skarpetki, małego, różowego jednorożca z puszystą grzywą i wielkimi oczami oraz grę planszową Blockbusters. Rozpromieniła się. Fajne prezenty!

Dwie godziny później siedziała na sofie w dawnej, należącej do Kirsty sukience druhny, muskając warstwy sięgającego kostek liliowego tiulu. Czuła się jak księżniczka. Z kuchni dolatywały apetyczne zapachy – pieczonych ziemniaków, świątecznego puddingu i masy z masła, cukru i brandy. Ciekła jej ślinka, choć wiedziała, że nie dane jej będzie skosztować tych wszystkich pyszności.

Kiedy tato Kirsty, Len, wziął kluczyki od samochodu, Megan zaczęła się trząść ze zdenerwowania. Pozostali jej nie widzieli, więc położyła małą rączkę na klatce piersiowej i wyszeptała:

– Ćśśś.

– No to chodź, kwiatuszku. – Len machnął kluczykami w jej stronę.

Lubiła Lena. Lubiła, gdy nazywano ją kwiatuszkiem.

Na wytworną sukienkę założyła granatową, szkolną kurtkę i pomachała siedzącej obok choinki rodzinie. Zarumieniła się. Wiedziała, że powinna się cieszyć na spotkanie ze swoją rodziną, ale częścią siebie miała ochotę zostać tutaj, pośród obcych, i zjeść indyka z sosem, deser, a potem bawić się w odgrywanie szarad.

– Weź parę ze sobą! – Kirsty zdarła plombę z puszki słodyczy Quality Street, która od tygodnia tak kusiła spod choinki, i wcisnęła w dłoń Megan cztery cukierki. Dwa płaskie i okrągłe w złotych papierkach, jeden zielony trójkącik i pomarańczową beczułkę.

– Dziękuję – szepnęła Megan i schowała słodycze do kieszeni kurtki.

Len był człowiekiem małomównym, a Megan to półgodzinne milczenie podczas jazdy, zamiast krępować, nawet zrelaksowało.

Kiedy weszła do mieszkania mamy, powitał ją śmiech.

– Co ty, do jasnej cholery, masz na sobie? – zapytała mama, opierając się o kuchenną framugę. Między dwoma długimi, czerwonymi paznokciami trzymała papierosa. Na przekór porze roku miała na sobie w dżinsy i koszulkę na ramiączkach.

– Kirsty powiedziała, że mogę ją założyć. – Megan zacisnęła dłonie na spódnicy. Było jej niedobrze, jakby zrobiła coś niewłaściwego.

Mama pokręciła głową i zmrużyła oczy, wydmuchując jednocześnie wąskie smużki dymu.

– Wszyscy są w dużym pokoju. – Kiwnęła głową w stronę pomieszczenia, skąd dobiegały dźwięki telewizora, i weszła do kuchni.

Dziewczynka rozpięła kurtkę i poszła za nią. Mama zatrzymała się przed zlewem. Obok niej stał mężczyzna, którego Megan nie znała. Był nagi od pasa w górę, a na bicepsie miał tatuaż przedstawiający dużego i brzydkiego psa. Wpatrywała się w niego, aż w pewnym momencie mężczyzna napiął biceps i szczeknął, przez co Megan miała wrażenie, że to pies skacze w jej stronę. Wciągnęła głośno powietrze i przełknęła ślinę. Dostrzegła, że oboje są boso, a włosy mają potargane, jakby dopiero co wstali.

– Mam dla ciebie prezent – szepnęła Megan i zrobiła krok do przodu.

Mama odwróciła się i wzięła od niej różowego jednorożca.

– Och. – Spojrzała na potarganego mężczyznę i uśmiechnęła się krzywo. – Właśnie o czymś takim marzyłam. Dzięki, Meggy. – Nachyliła się i pocałowała córkę w czubek głowy.

Megan poczuła zapach papierosów i czegoś jeszcze, czego nie potrafiła rozpoznać.

– I jeszcze to. – Na lepkim blacie położyła cztery cukierki. Błyszczały tam niczym klejnoty.

– Och, moje ulubione! – Mężczyzna wziął z blatu jeden ze złotych krążków. Megan od razu pożałowała, że sobie ich nie zostawiła. Te czekoladki nie były dla niego.

Podreptała do dużego pokoju. Stanęła w drzwiach i się rozejrzała. Wszystko wyglądało tak jak zawsze. Żadnej choinki, żadnych ozdób, żadnych prezentów. Jej rodzeństwo i kuzynostwo obsiadło poplamioną sofę i fotele. Wszyscy jedli chipsy i oglądali telewizję, w której puszczano akurat reklamę sosu pieczeniowego. Uśmiechnięta mama w fartuszku niosła w niej parujące półmiski pełne pyszności. Postawiła je na stole zasłanym czystym, białym obrusem. U jego szczytu siedział tata i uśmiechał się do swoich ślicznych dzieci. Megan popatrzyła na salon, w oknach którego wisiały za wąskie zasłonki przytrzymywane klamerkami, a ciepło emitowane dawał zardzewiały piecyk gazowy. Od Tall Trees Avenue to miejsce dzieliły lata świetlne.

– A niech mnie, to Kopciuszek! – zażartował Jason i mrugnął do młodszej siostry.

– To nie moja sukienka – szepnęła zażenowana, w ogóle nie czując się już jak księżniczka.

Usiadła na podłodze obok Mel i zaczęła oglądać od połowy Kto wrobił królika Rogera, zastanawiając się, kiedy w końcu przyjedzie po nią Len.

– Dostałaś od mamy jakiś prezent? – zapytał Len od niechcenia, kiedy zapinała pasy.

– Całe mnóstwo prezentów, za dużo, żebym dała je radę unieść, więc je tam wszystkie zostawiłam. – Poczuła, że płoną jej policzki, kiedy z ust wydobyła to kłamstwo.

– No i dobrze zrobiłaś. – Mrugnął do niej.

W domu przy Tall Trees Avenue Megan powiesiła kurtkę i weszła do jadalni. Stół udekorowany był błyszczącymi łańcuchami i świecami, a z głośników sączyły się dźwięki kolęd. Zamknęła oczy i obiecała sobie, że kiedy dorośnie, będzie taka jak ta pani z reklamy sosu. Będzie serwować swojej rodzinie pyszny świąteczny obiad i stawiać półmiski na czystym, białym obrusie. Będzie kupować wszystkim prezenty, o jakich zawsze marzyli, a po obiedzie bawić się w odgrywanie szarad, z krążącą między nimi puszką z czekoladkami Quality Street.

Usiadła obok choinki i rozłożyła wokół siebie fałdy sukienki księżniczki. Czuła jednocześnie radość i smutek. Cieszyła się, że może dotykać błyszczących bombek i podziwiać migające światełka na choince, smutno jej jednak było, że w domu mamy, Janey, Mel, Jasona i Robbiego nie ma magii. Ani odrobiny.

Jeden

Meg stała na chodniku ze wzrokiem wbitym w wystawę. Od czterech lat pracowała w cukierni Plum Patisserie, prowadzonej przez kuzynki Pru i Milly Plum, a mimo to nie przestawały jej zachwycać niewiarygodne wypieki, jakie wychodziły spod ręki dyrektora kreatywnego Guya Baudina i jego zespołu.

Z promiennym uśmiechem przycisnęła szalik do szyi. Był pierwszy grudnia i wystawa ta przywoływała myśli o śniegu i światełkach. W środku wielkiej, szklanej kuli śnieżnej stała srebrno-szklana patera z tortem. Na niewidocznych drucikach wisiały długie, kryształowe sople, wysyłające w ten szary, grudniowy dzień całe mnóstwo miniaturowych tęcz. Sam tort miał wymiary trzydzieści na sześćdziesiąt centymetrów, a jego boki i brzegi okalała warstwa białego lukru uformowanego na kształt zimowego krajobrazu. W szczelinach i zagłębieniach kryły się delikatne, szare cienie. Na wierzchu, pośród tego śnieżnego krateru, znajdował się lśniący, zamarznięty staw w odcieniu bledziutkiego błękitu, wykonany z nieskazitelnie gładkiej i pozbawionej najmniejszej nawet skazy glazury. W swojej doskonałości wyglądał jak szklana tafla, a na jego brzegach było widać delikatne pęknięcia w lodzie, spod których błyszczał nieznacznie ciemniejszy lukier. Na tym idealnym, zamarzniętym stawie ustawiono dwie figurki łyżwiarzy, mężczyzny i kobiety. Ubrani w srebrne kurtki okolone białym futerkiem, wirowali wokół siebie; ręce mieli wyciągnięte i mijali się zaledwie o milimetr. Na lodzie widniały niewielkie ślady po łyżwach. Ich brzegi były obsypane drobniutkim proszkiem. Wokół figurek tańczyły subtelne płatki śniegu: unosiły się aż do kopuły, następnie opadały i chwilę później znowu porywał je delikatny powiew powietrza.

Zimowa fiesta Guya była iście magiczna i Meg natychmiast dała się ponieść myślami ku Bożemu Narodzeniu. Wyobraziła sobie płonący w kominku ogień i trzymane w wychłodzonych dłoniach grzane wino; grube skarpetki i dziarskie spacery; maślane tosty; zapach sosnowych igieł i cynamonu i pięknie opakowane prezenty leżące pod rozłożystym świerkiem. Widziała siebie w swoim uroczym mieszkaniu w Mayfair, serwującą rodzinie przepyszny świąteczny obiad, stawiającą półmiski na czystym, białym obrusie.

– Patrz, mamusiu, patrz! – zawołała jakaś dziewczynka, zaciągając swoją matkę przed witrynę cukierni. Stanęły obok Meg. – Wow! – powiedziała bezgłośnie, opierając odziane w rękawiczki dłonie o szybę i wpatrując się w tort jak urzeczona.

Meg uśmiechnęła się do niej; właśnie na taką reakcję zasługiwało to małe dzieło sztuki. Matce dziewczynki udało się ją odciągnąć dopiero po minucie. Musiała obiecać, że nazajutrz także tutaj przyjdą.

Meg popatrzyła na dwoje miniaturowych łyżwiarzy i poczuła znajome ukłucie osamotnienia. Nachyliła się, spojrzała w twarze małym figurkom i zaczęła do nich szeptać:

– Ale wam zazdroszczę. Nie macie żadnych zmartwień ani niczego do roboty z wyjątkiem uśmiechania się do siebie i śmigania na tych waszych łyżwach. Fajne to musi być. Będę na was mówić Dimitri i Anna. Według mnie jesteście w sobie po uszy zakochani, ale rodziny nie pochwalają waszego związku, więc każdego dnia spotykacie się na lodowisku, żeby ze sobą romansować.

Pokręciła głową. Co w ciebie wstąpiło, Meg? Za dużo się naczytałaś historii o miłości. Jeszcze bardziej zbliżyła się do szyby.

– Tylko się nie przewróćcie, Dimitri i Anno – mruknęła. – Wygląda na to, że cholernie u was zimno. Mam nadzieję, że oboje macie na sobie ciepłą bieliznę, kochani.

Choć miała okazję widzieć co najmniej kilkanaście zapierających dech w piersiach tortów Guya, nie przestawała się nimi zachwycać. Cofnęła się myślami do pierwszego razu, kiedy ujrzała jedną z jego słynnych wystaw w Plum Patisserie. Doskonale pamiętała tamten tort: osiem pięter białego lukru, z jedną stroną udekorowaną maleńkimi pączkami róż i płatkami z masy cukrowej. Kwiaty wydawały się tak rzeczywiste, że niemal czuła ich zapach. Była wtedy w ciąży z Lucasem i rozpaczała z powodu niewierności i śmierci Billa, swojego narzeczonego. Nie miała dokąd pójść. Stała i wpatrywała się w kilkanaście żarówek w kształcie świec, które migotały wokół wystawy, i zastanawiała się, ile może kosztować taki tort i jak długo się go robi. Wydawał jej się czymś z zupełnie innego świata. Mając w kieszeni tylko kilka funtów i nie wiedząc, gdzie spędzi najbliższą noc, Meg rozmyślała nad sensem tego wymyślnego dzieła. Do jakiego rodzaju życia pasował taki właśnie tort?

Cztery lata później wciąż się szczypała, żeby uwierzyć, jaki kierunek obrało jej życie. Wyszukane desery stały się jej chlebem powszednim. A wszystko dzięki Pru i Milly Plum, które wzięły ją pod swoje skrzydła i zastąpiły rodzinę. One także były pogrążone w żałobie – drugą kobietą Billa okazała się ich bratanica, Bobby Plum, która razem z nim zginęła w wypadku samochodowym. Ale zamiast kopnąć Meg w tyłek, kuzynki Plum ją zaadoptowały, zapewniając dach nad głową i pracę w swojej wytwornej cukierni. W tamtym czasie umiejętności cukiernicze Meg ograniczały się do upieczenia naprędce płaskiego jak naleśnik biszkoptu. Ale dzięki ciężkiej pracy, dobrym chęciom i cierpliwej pomocy ze strony Pru, Milly i Guya szybko się uczyła i wkrótce była już biegła w sztuce dekoracji. Jednakże po jakimś czasie przeszła na stanowisko kierownicze, przez co mało już miała czasu na doskonalenie swoich umiejętności. Obecnie jej palce częściej tańczyły po wydrukach pełnych cyferek niż po masie cukrowej.

Uśmiechnęła się smutno na wspomnienie tamtego pierwszego dnia i otworzyła sąsiadujące z cukiernią drzwi. Guy przywitał się z nią machnięciem ręki. Wyglądało na to, że praca wre, a to dobrze.

Meg weszła po schodach i otworzyła drzwi od swojego mieszkania.

– To tylko ja! – zawołała, zdejmując buty i płaszcz.

– Mamusia! – Na korytarzu pojawił się Lucas na czerwonej ciężarówce, której napęd stanowiły jego bose stopy, tak jak w samochodach u Flintstone’ów. Jego prawa dłoń leżała na kierownicy, a w lewej ściskał duży plastikowy sztylet.

– Hej, chłopie! Co słychać? Dobrze się bawisz?

Lucas pokiwał z entuzjazmem głową. Meg nachyliła się i dała mu buziaka, po czym odgarnęła długie, ciemne włosy z czoła. Chłopczyk posłał jej swój firmowy uśmiech, mrużąc przy tym oczy, przez co wyglądał zupełnie jak jego tata. Fascynowało ją to, że choć Bill zginął przed narodzinami Lucasa, ich syn odziedziczył tak wiele jego gestów i nawyków. Patrzenie na niego, na to małe przypomnienie o ukochanym mężczyźnie, było zarazem pocieszające i rozdzierające. Kiedy spał na brzuszku z rękami nad głową, w ulubionej pozycji swojego ojca, usychała z tęsknoty za mężczyzną, który odszedł od nich zdecydowanie za wcześnie.

– Milly jest uwięziona na statku piratów! – Z podekscytowaniem zawrócił i pognał w przeciwnym kierunku.

Meg poszła za nim i zajrzała do pięknego pokoju z wystrojem w stylu georgiańskim. Wyglądał jak po włamaniu. Dwa fotele uszatki, które zazwyczaj stały po obu stronach kominka, teraz leżały na bokach i przykrywało je duże, białe prześcieradło. Pośrodku wbito kij od szczotki, na którym smętnie wisiała trupia czaszka. Ze starego, kartonowego pudełka wysypywały się skarby, czyli najprzeróżniejsze guziki i paciorki, a wokół „statku” rozłożono kilka niebieskich ręczników, na których leżały plastikowe ryby.

– Milly? Jesteś tam? – Meg kucnęła i zerknęła pod prześcieradło.

Milly leżała na podłodze między dwoma fotelami. Jej głowa była wykrzywiona pod dość nienaturalnym kątem, na niej Milly miała piracką bandanę, a na lewym oku przepaskę. Spojrzała na Meg.

– Dla ciebie – kapitan Mills, nie mogę wyjść, bo otaczają mnie wody pełne rekinów.

Meg zorientowała się, że stoi na niebieskim ręczniku.

– O rety, chyba jestem przynętą na rekiny.

Milly wygramoliła się spod prześcieradła. Teraz Meg dostrzegła jeszcze domalowaną, szykowną bródkę i wąsy.

– Niezły wąsik! – pochwaliła.

– Uch, dzięki! Mamy mały problem z moim owłosieniem.

– Och? – Meg patrzyła, jak Milly pociera twarz.

– Przez pomyłkę wzięłam to. – Wyjęła z kieszeni czarny marker z napisem: „NIEZMYWALNY”.

Meg zaśmiała się głośno.

– Ty wariatko!

– Wieczorem mam grać w brydża – psioczyła Milly. – Jak mogę się tam pojawić, przypominając nieprawe dziecko cholernego Karola I Stuarta?

Meg prychnęła.

– Lucas, zostałam uratowana. Wypiję sobie teraz herbatę z mamą, a potem wrócimy do piratowania, dobrze?

– Tak jest, kapitanie! – zawołał Lucas. Milly dobrze go wyszkoliła.

– Wcześnie wróciłaś! – jęknęła. – Musimy jeszcze uratować damę w opałach i zabić smoka.

Meg się uśmiechnęła.

– Nie mylicie opowieści o rycerzach z przygodami piratów?

– O rety, a ty to co, bajkowa policja? – Milly zacmokała. – Przekonasz się, że możemy być tym, kim tylko chcemy, prawda, Piracie Spidermanie? – zawołała w stronę korytarza.

– Tak jest, kapitanie! – odkrzyknął Lucas.

– Spodziewaliśmy się ciebie dopiero po podwieczorku. Co nie znaczy, że się skarżę. Możesz być smokiem.

– A księżniczką?

Milly pokręciła głową i nalała wody do czajnika.

– W żadnym razie. Nie może być tak, że zjawiasz się o jedenastej i dostajesz najlepszą rolę dnia. Potrzebuję zaangażowania! Bawimy się od czterech godzin i Lucas zaczynał jako chłopiec okrętowy. Dopiero niedawno awansował na pierwszego oficera.

W oczach Meg pojawiły się łzy. Milly odstawiła czajnik i objęła przyjaciółkę.

– Już dobrze, nie ma się co mazać. Nie miałam pojęcia, że to tyle dla ciebie znaczy. Jeśli chcesz, to możesz być księżniczką!

Meg pokręciła głową.

– Nie chodzi o to. Miałam gówniany dzień. Rozstałam się z Piersem. – Podniosła wzrok i zobaczyła, że Milly składa ręce jakby w cichej modlitwie dziękczynnej i wznosi oczy ku górze. – Wiem, że go nie lubiłaś, Mills, ale ja owszem.

– Wcale nie – oświadczyła rzeczowo Milly. – I nie chodzi o to, że go nie lubiłam. Prawdę mówiąc, bardzo lubiłam. Po prostu nie podobało mi się, jaką stawałaś się osobą w jego towarzystwie. Nie znosiłam tego, że tak bardzo musiałaś się starać; to nie powinno działać w ten sposób. Nie byłaś sobą, a to niedobrze, kotku.

– O Boże, wiem! – Meg zakryła dłońmi oczy i westchnęła. – Wiem. Masz rację.

– Chodź, usiądziemy sobie. – Milly zdjęła bandankę i pociągnęła za sobą Meg. Razem opadły na miękką sofę. – Proszę. – Podała jej chusteczkę.

– Dziękuję. – Meg wydmuchała nos.

– Skarbie, nie możesz się zadręczać. Kiedy go poznałaś, nie zakończyła się jeszcze twoja żałoba po Billu. Ale jeśli w jakimś stopniu pomógł ci się ogarnąć, no to nie było to tak do końca niedobre, prawda? – Ton głosu miała poważny, ale broda i wąsy działały na Meg rozpraszająco.

– W sumie prawda – przyznała. – Ale okropne jest to, że sprawiłam mu przykrość. Piers na to nie zasłużył. Planował wspólne święta i zastanawiał się, jak to wszystko zrobić, żeby Lucas miał idealne Boże Narodzenie…

– A jak się miałaś zachować? – przerwała jej Milly. – Wyjść za niego tylko dlatego, że nie chciałaś zranić jego uczuć? To by dopiero było bez sensu!

Meg przygryzła wargę i nie wyznała, że rzeczywiście się nad tym zastanawiała.

– Wiem, że masz rację i że generalnie wszystko sprowadza się do jednego. Nie kochałam go, Mills, i nie wydaje mi się, żeby on naprawdę kochał mnie, nie prawdziwą mnie.

Meg zamknęła na chwilę oczy i odtworzyła w głowie wczorajszy wieczór. Właśnie mieli wejść do restauracji, żeby poznać przyjaciela Piersa i jego nową narzeczoną, kiedy Piers rzucił lekko:

– Tak na marginesie, powiedziałem im, że jesteś sierotą. Uznałem, że tak będzie prościej, niż opowiadać o tej całej opiece zastępczej.

Meg stała przed nim i miała wrażenie, jakby uniosła się zasłona.

– Prościej dla kogo, Piers? – zapytała.

– Och, Mills – rzekła teraz. – Głupio się czuję, że pozwoliłam, aby to się ciągnęło tak długo.

Milly westchnęła.

– No cóż, zebrałaś się w końcu na odwagę, a jestem pewna, że nim pojawią się zaproszenia na Sylwestra, Piers zdąży się już spiknąć z jakąś odpowiednią, młodą klaczką.

Meg zignorowała ściskanie w żołądku. Choć nie chciała być z Piersem, nie chciała też, aby tak szybko związał się z inną, zwłaszcza pochodzącą z odpowiedniego środowiska, z właściwymi koneksjami. Z kobietą, którą jego matka by się zachwycała, taką, która stanowiłaby przeciwieństwo niej.

– Pewnie tak. – Meg bawiła się frędzlami szalika leżącego jej na kolanach. – No a co ze świętami? – jęknęła. – Pierwszy dzień mieliśmy spędzić na miejscu, a drugi w domu jego rodziców.

– Przynajmniej nie będziesz musiała przez to przechodzić! – Uśmiechnęła się Milly.

Meg zrobiła to samo. Rodzice Piersa nie do końca aprobowali jej status samotnej matki i fakt, że ich syn zadurzył się w kimś, kto uczęszczał do państwowej szkoły średniej.

– A może zerknę na loty dla was dwojga na Barbados? Willa wydaje się wystarczająco duża. Pru i Christopher byliby zachwyceni! Tylko pomyśl – zaszczebiotała Milly. – Boże Narodzenie nad basenem, wytworny obiad, homar i te sprawy, no i całe mnóstwo koktajli. Będzie ekstra.

– Barbarbados! – zawołał Lucas, przemykając obok otwartych drzwi.

Meg pokręciła głową.

– Dzięki, Mills, ale chciałabym zostać tutaj. Uwielbiam, jak w świąteczny poranek Lucas budzi się we własnym łóżku… – Urwała, nie potrafiąc wytłumaczyć, że właśnie to w jej dzieciństwie drażniło ją najbardziej: brak ciepłych wspomnień związanych z bożonarodzeniowym porankiem z prezentami i trzaskającym w kominku ogniem. Nie mogła spędzać popołudnia na sofie z pełnym brzuchem i szaradami. Była zdeterminowana, aby zapewnić synowi całe mnóstwo tradycyjnych, świątecznych wspomnień, które będą mu towarzyszyć w dorosłym życiu. Chciała także zabrać go do Oxfordu, w odwiedziny do matki Billa, Isabel. To ważne, aby utrzymywał kontakty z rodziną swojego taty.

– Gdybyś zmieniła zdanie, oferta aktualna. – Milly klepnęła w poręcz sofy.

Meg spojrzała na przyjaciółkę.

– Prawda jest taka, Mills, że strasznie się boję samotności.

– Samotności? Nie bądź niemądra. Jak możesz być samotna, skoro masz Lucasa? A poza tym znajdujesz się u progu życia. Uwierz komuś, kto wie, czym jest samotność. Twoje życie dopiero się zaczyna. – Skrzyżowała ręce na piersiach, jakby chciała w ten sposób uwypuklić swoje sześćdziesiąt dziewięć lat spędzone na tym świecie jako singielka. – Nie byłoby nic gorszego niż związek z kimś, kogo nie kochasz albo kto nie kocha cię takiej, jaką jesteś.

Meg wzdrygnęła się lekko. Aż tak oczywiste było to, że Piers próbował z niej zrobić swoją kobietę idealną?

– To nie fair wobec żadnej ze stron – kontynuowała Milly. – Gdybyś została z Piersem, byłoby to życie na pół gwizdka, a coś takiego to żadne życie, ani dla ciebie, ani dla małego.

Jak na zawołanie do pokoju wbiegł Lucas. Meg uśmiechnęła się do syna.

– Wiem, że masz rację. Wciąż sobie powtarzam, że powinnam wziąć się w garść i się nie mazać, ale podobało mi się bycie czyjąś dziewczyną. To nie to samo co z Billem, ale i tak było całkiem fajnie.

– I jeszcze będzie. – Milly poklepała ją po nodze. – Ale następnym razem nie decyduj się na kogoś tylko dlatego, że wydaje odpowiednie dźwięki i na papierze sprawia wrażenie idealnego. Wybierz kogoś, kto rzuca cię na kolana i sprawia, że kręci ci się w głowie.

– Trochę jak Dimitri i Anna – mruknęła Meg pod nosem.

– Rzuca cię na kolana! – zawołał głośno Lucas, biegając po pokoju z wysoko uniesionym sztyletem.

Meg spojrzała na Milly i się zaśmiała.

Dwa

Meg pędziła przez Piccadilly, a że dzień był chłodny, z jej ust wydobywała się para. Była już prawie w domu. Teraz czuła się w tej dzielnicy jak u siebie, choć przed laty czuła, że jest tu intruzem, i oglądała się nieustannie przez ramię na wypadek, gdyby ktoś miał ją stąd wyrzucić i odesłać do ponurego mieszkania kuzynki w Marylebone. Czasem zastanawiała się, czy nie powinna rozłożyć skrzydeł i wyfrunąć poza bezpieczne granice Curzon Street. Ale piętro niżej mieszkała Milly, a Guy w cukierni zawsze był chętny na pogaduszki nad filiżanką kawy albo zajęcie się Lucasem, gdzie więc mogło być jej lepiej?

Małą częścią siebie czuła, że powinna wyfrunąć z gniazda, które dawało jej bezpieczeństwo w czasie największej żałoby po Billu. Ale, jak powiedziała jej kiedyś Pru, droga ku lepszemu przypomina taniec – kroki w lewo, prawo i do tyłu; i jeśli odnajduje się szczęście, nikogo nie powinno obchodzić, w jaki sposób się to robi. Był drugi grudnia, od jej rozstania z Piersem minęło czterdzieści osiem godzin i nie licząc paru pijackich esemesów, które wysłał jej nad ranem, zapewniając o dozgonnej miłości i proponując spotkanie, w ogóle się ze sobą nie kontaktowali. W okresie przedświątecznej gorączki grafik Meg w Plum Patisserie był jeszcze bardziej napięty, przez co nie miała czasu na rozmyślanie. Lucas był jednak szczęśliwym dzieckiem, niemającym świadomości, że jego mama tyle pracuje.

Na przestrzeni kilku lat Plum Patisserie otworzyła nowe punkty w wielu miastach w kraju, miała także swoje filie w Barcelonie i Auckland. Sprawowanie nad nimi nadzoru należało do obowiązków Meg. Dzisiaj złożyła wizytę w cukierni w Windsorze, jednej z wielu, które odwiedziła przez dwa ostatnie tygodnie. Odkąd Pru przestała się angażować, coraz więcej czasu spędzając z nowym mężem w Salcombe, Meg i Milly pracowały ramię w ramię, odnosząc coraz większe sukcesy. Kuzynki nie miały wątpliwości, że energia i pomysły Meg były tym, co zapewniło Plum Patisserie dalszy rozwój, ale taki, który pozostawał w zgodzie z duchem i stylem sztandarowego lokalu przy Curzon Street. Każdy nowy punkt, nieważne, czy miał piękną fasadę w stylu georgiańskim, jak ten w Bath, czy ściany z ciemnoszarego kamienia, jak ten w Edynburgu, cechował wystrój, który odzwierciedlał oryginalną cukiernię z Mayfair. Witryny ze szkła i mosiądzu, ciemne drewno i lampy retro – wszystko to sprawiało, że w każdym lokalu Meg czuła się jak w domu.

Przepisy na ciasta, torty, drożdżówki i pieczywo sprzedawane w każdej piekarni i kawiarni także spełniały rygorystyczne standardy Plum’s. Nie było problemu ze znalezieniem odpowiednich pracowników. Cukiernie Plum Patisserie cieszyły się niemałą renomą, a piekarze i cukiernicy zasypywali je podaniami o pracę.

Guy i jego menedżerowie osobiście szkolili każdy zespół i bez względu na to, czy lokal mieścił się w Solihull czy w Lymington, wszędzie używano tych samych składników i korzystano z tych samych receptur. Nalegały na to Pru i Milly. „Najważniejsze są jakość i wygląd!” – tak wpajano Meg i teraz po samym kolorze glazury potrafiła stwierdzić, czy do jej zrobienia użyto świeżych cytryn. A jeśli wiśnie, nieważne, że skryte pod warstwą migdałowego crème pâtissière, nie były bardzo, bardzo ciemne, zostawały odrzucone. Stosowanie mrożonek czy owoców z puszki nie wchodziło w grę i już.

Tego roku w każdym z lokali dostępna była oferta świąteczna, na przygotowanie której Meg i Guy poświęcili wiele godzin. Efekty okazały się oszałamiające: tarty z nadzieniem z jabłek i bakalii oprószone cukrem pudrem; nasączone brandy minipuddingi bożonarodzeniowe udekorowane błyszczącymi ziarenkami granatu; chleb z żurawiną i orzechami włoskimi owinięty woskowanym papierem firmowym, najlepszy na ciepło, kiedy wilgotne okruszki topiły się na języku; świąteczne ciasteczka owsiane z cynamonem, kawałkami gorzkiej czekolady i pokruszonymi orzechami makadamii. Do tego świąteczne napoje, między innymi dyniowo-cynamonowe latte i herbata z żurawiną i pomarańczą. Meg najbardziej jednak lubiła gęstą, aromatyczną gorącą czekoladę, doskonałą na chłodny dzień. Robiono ją z najlepszej, słodko-gorzkiej, organicznej czekolady z Francji i serwowano w dużej, białej miseczce, którą ujmuje się w obie dłonie. Na stoliku pojawiała się ozdobiona wiórkami ciemnej czekolady o nutce mięty. Przyklejały się do podniebienia i sprawiały, że kubki smakowe dosłownie szalały. Do każdego napoju podawano kandyzowaną skórkę pomarańczową i orzechy, co było jednym z drobiazgów odróżniających Plum Patisserie od konkurencji.

Meg ziewnęła. To był długi dzień; godzinę temu na stację Waterloo wjechał jej pociąg z Windsoru. Przedzierała się przez smagane wiatrem miasto, próbując schować twarz przed mżawką. Po drodze skusił ją jeszcze jeden prezent dla synka. Tym razem jej uwagę zwróciła kolorowa zabawka na sprężynie. Wiedziała, że kiedy uniesie się wieko pudełka i wychynie z niego głowa klauna, Lucas zacznie piszczeć i prosić, aby zrobiła to jeszcze raz i jeszcze. Nie mogła się doczekać, kiedy w świąteczny poranek obdaruje go prezentami. Niesamowicie cieszyło ją to, że Lucas rozumie już ideę świąt i interesują go nie tylko same prezenty, ale także papier i pudełka, w jakie są zapakowane. Radością napawał ją fakt, że jej syn ma takie święta, o jakich ona mogła w dzieciństwie tylko pomarzyć. Cofnęła się myślami do bliźniaka na Tall Trees Avenue i różowego jednorożca, który należał do niej tylko przez krótką chwilę.

W Babbo’s w Mayfair Meg kupiła dwie solidne porcje parmigiany z kurczakiem; wystarczy dla ich trójki. Lucas będzie wyjadał makaron, a ona i Milly sos czosnkowo--pomidorowy oraz grube plastry mozzarelli i kurczaka w chrupiącej panierce zjedzą razem z ciepłym, świeżo upieczonym chlebem. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie kupić także czerwonego wina, ale jednak zrezygnowała z tego pomysłu – nie miała mocnej głowy, a jutro czekał ją kolejny intensywny dzień.

Po raz ostatni piła alkohol razem z Piersem, w pubie Old Red Cow w Smithfield. Do mocnego, ciemnego piwa zamówili deskę serów z gruszkowym chutneyem i owsianymi herbatnikami. Kiedy zdecydowała się na piwo, Piers zacmokał z niezadowoleniem i zapytał, czy nie wolałaby czegoś bardziej kobiecego. Parsknęła śmiechem i rzuciła, co w takim razie proponuje – szampana? Poczuła, że zalewa ją teraz znajoma fala smutku. Za bardzo się starała być dziewczyną, którą według niej on pragnął mieć, a czyniąc to, zatraciła część siebie. Nigdy więcej. Weźmie pod rozwagę radę Milly i następnym razem zwiąże się z kimś, kto rzuci ją na kolana i sprawi, że zakręci jej się w głowie, z kimś, kto pokocha ją taką, jaka jest. Uśmiechnęła się na myśl o korzystaniu z rady kobiety, która niezmywalnym markerem domalowywała sobie wąsy i kilka godzin dziennie spędzała w stroju pirata. Nic dziwnego, że była sama.

Kozaki Meg stukały o lodowaty chodnik. Otuliła ciaśniej szyję kołnierzem płaszcza w płowym kolorze z odcieniem karmelowym i opuściła głowę, chroniąc twarz przed zimnym wiatrem, którego podmuchy unosiły z ziemi liście i śmieci. Zwolniła i podeszła do okna wystawowego Plum’s.

– Dobry wieczór, Dimitri i Anno. Nadal się uśmiechacie? To dobrze, dobrze. Muszę przyznać, że potrójny salchow coraz lepiej wam wychodzi.

Przez zaparowane okno zajrzała do wnętrza cukierni. Do zamknięcia zostało dwadzieścia minut i Guy wyglądał na zmordowanego. Wiedziała, że miał ciężki dzień – gościli dzisiaj ekipę z magazynu „Good Housekeeping” fotografującą ofertę walentynkową Plum Patisserie; jak zawsze działano z wyprzedzeniem, tak już było w przypadku periodyków. Zarówno w cukierni, jak i w przyległej do niej kawiarni panował tłok, a kolejka wychodziła aż na ulicę. Każdy miał ochotę na świeżo upieczone bułeczki i choćby kawałek cieszącej się niezmienną popularnością rozkosznie kruchej tarty z jabłkami z dodatkiem zimowej mieszanki przypraw.

Guy dostrzegł Meg i zapukał w szybę. Weszła do środka przy akompaniamencie małego, mosiężnego dzwonka wiszącego nad drzwiami. Miała nadzieję, że zapach świeżo mielonej kawy doda jej energii.

– Hej, chérie! Jak było w Windsorze? Królowa zawitała już do nowego lokalu? – zapytał z uśmiechem Guy.

– Jeszcze nie! – Meg się zaśmiała. – Pracowity dzień?

– Uff! Chyba żartujesz. – Guy otarł oprószone mąką czoło. – To prawdziwe szaleństwo! Czekam z wytęsknieniem na gorącą kąpiel, masaż stóp i dużą szklankę ginu, niekoniecznie w takiej kolejności. – Zachichotał. – Chcesz zobaczyć dzisiejsze zdjęcia? Kolekcja walentynkowa jest po prostu magnifique!

– Ooo, tak! – zawołała Meg, wykorzystując resztkę energii, po czym udała się za nim wąskimi schodkami prowadzącymi piętro niżej. Guy szedł jako pierwszy, więc kiedy weszła do biura, czekał już na nią z dwoma wielkimi wydrukami w dłoniach. Widniały na nich przepiękne, romantyczne wypieki: babeczki z czerwonymi sercami z lukru, piętrowy tort z białej czekolady i z różowymi, ślazowymi serduszkami przystrajającymi każdą warstwę oraz brioszki w kształcie serc, ozdobione plasterkami truskawek i cukrem pudrem.

– Och, wyglądają wspaniale! – zachwycała się Meg.

– Prawda? Wszystkie musiałem wypróbować. – Poklepał się po płaskim brzuchu.

– Tobie zawsze przypadają najlepsze zadania, Guy. Ale wiesz co? Gdybym to ja codziennie zjadała słodkości wychodzące spod twoich rąk, byłabym wielkości cholernego autobusu!

Nachylił się i cmoknął ją w czoło.

– Byłabyś najładniejszym autobusem w Mayfair.

– Dzięki. Chyba – zaśmiała się. – Uciekam. Mam tu kolację, a Lucas jest już pewnie głodny. – Uniosła torbę z parmigianą.

– To biedne dziecko będzie uważało, że jedzenie bierze się z papierowych toreb. Gotujesz mu chociaż czasem? – Guy cmoknął z niezadowoleniem.

– Kiedy tylko mogę! – odparła Meg bez wahania.

– Touché. Och, daj mu to ode mnie! – Zdjął z półki jedną z walentynkowych babeczek. – Powiedz, że wujek Guy zrobił ją zupełnie sam. A może powinienem wsadzić babeczkę do papierowej torby, żeby wiedział, że to jedzenie? – Mrugnął.

– To wcale nie jest śmieszne. – Meg powąchała babeczkę. – Cały dzień nic nie jadłam i najpewniej nie doniosę jej na górę.

– Sprawdzę to. Lucas mówi mi wszystko! – Guy odwrócił się na pięcie i wypadł z biura. Meg się zaśmiała. Miał rację, jego i Lucasa zdecydowanie łączyła wyjątkowa więź.

Kiedy weszła do mieszkania, Milly rozmawiała właśnie przez telefon. Przemierzała przedpokój, cmokając i kręcąc głową w reakcji na słowa rozmówcy. Meg pomachała jej i uniosła torbę z jedzeniem. Milly przewróciła oczami, po czym wskazała na salon. Tam pewnie Meg zastanie swojego synka.

Przez ponad cztery lata, kiedy Meg tu mieszkała, na wystroju odcisnęło się piętno jej osobowości – zniknęła część staroświeckich obrazów olejnych, a w ich miejsce pojawiły się duże, odważne grafiki, dodające koloru neutralnym barwom dominującym w mieszkaniu. Honorowe miejsce w salonie zajmowała olbrzymia, skórzana poducha wypełniona plastikowymi kuleczkami i wszędzie były porozrzucane zabawki Lucasa, przez co klasyczny, georgiański wystrój zyskał nieco przytulności.

Meg oparła się o ścianę i zdjęła kozaki. Jak miło poczuć pod zmęczonymi stopami chłód marmurowej posadzki.

– Lucas! – zawołała, trzymając babeczkę jak przynętę.

– Mamusiu! – Wybiegł z salonu.

– Hej, skarbie. – Nachyliła się i obsypała jego twarz pocałunkami. – Masz babeczkę od Guya. Możesz ją zjeść po kolacji, dobrze?

Chłopiec pokiwał głową i wrócił do oglądania telewizji. Jako że wychowywał się w otoczeniu doskonałych wypieków, taki prezent nie był dla niego niczym wyjątkowym.

Meg włączyła piekarnik i zdjęła pokrywki z jednorazowych pojemników, uwalniając oszałamiający zapach parmigiany z czosnkiem i kurczakiem. Umieściła jedzenie na najwyższej półce, żeby je podgrzać.

Do kuchni weszła Milly. Stanęła z zamkniętymi oczami i wsparła się pod boki.

– O rety, to dopiero była długa rozmowa. Aż mi się ucho zrobiło gorące.

– Co się stało? – Meg usłyszała wystarczająco, aby wiedzieć, że jest jakiś problem. Oblizała palce z sosu pomidorowego, postawiła na piecyku trzy talerze z białej porcelany, żeby je nieco ogrzać, i zaczęła wyjmować z szuflady sztućce.

Milly potarła górną wargę, która na szczęście doszła już do siebie po szorowaniu ostrą gąbką. Jakoś trzeba było zmyć te czarne wąsy.

– Cholerny Nowy Jork, oto, co się stało. – Głośno westchnęła.

– Masz dość całego miasta czy tylko jakiejś konkretnej jego części? – Meg się uśmiechnęła, przepłukując na cedzaku garść sałaty.

– Niestety jednej konkretnej części, tej, która się mieści na roku Bleecker Street i West 11th.

– Tego nowego lokalu? A co się dzieje? – Meg porwała sałatę na kawałki i ułożyła na talerzach, po czym dodała cienko pokrojone krążki czerwonej papryki i resztę kukurydzy cukrowej, którą trzymała w małej, szklanej miseczce. Nie znosiła marnować jedzenia.

– Mają poważne opóźnienie. Kawiarnia w ogóle nie jest gotowa na otwarcie. Pojawił się problem z oświetleniem czy czymś tam, nie do końca to zrozumiałam. Wiem tyle, że elektrycy mają obsuwę. Troje pracowników zamartwia się, że nowy lokal w ogóle może nie zostać otwarty. Juno coś napomknęła, że grożą odejściem, a jestem pewna, że nie mówi mi wszystkiego. Jest potwornie zestresowana. – Milly oparła się o blat i skrzyżowała ręce na piersiach. – Trzeba tam pojechać. Trzeba przejąć kontrolę.

Meg znieruchomiała i spojrzała na Milly. Wiedziała, co zaraz usłyszy.

– Zrobiłabyś to, Meg? Wiem, że nie znosisz zostawiać Lucasa, ale nic mu nie będzie, przysięgam, a to tylko krótki wyjazd, maksymalnie na cztery dni.

Milly miała rację, rzeczywiście nie znosiła zostawiać synka. A choć dawała sobie radę ze złożonymi problemami, na jakie natykała się część nowych lokali w kraju, to, o czym mówiła Milly, było zupełnie inną sprawą. Nowy Jork? Znała to miasto jedynie z telewizji. Rzadko bywała za granicą – zaledwie dwa razy we Francji razem z Milly i Pru. Nigdy jej się nawet nie śniło, że miałaby sama wyruszyć w tak daleką podróż. Jak zawsze zaledwie wspomnienie dzieliło ją od bycia tą małą dziewczynką z ubraniami w reklamówce, rozglądającą się z zakłopotaniem po obcym domu i pragnącą wrócić do mamy. Tak naprawdę chciała być teraz tutaj, szykując czwarte Boże Narodzenie dla Lucasa, pakując prezenty, robiąc zapasy czekolady i oglądając telewizję.

Milly wzięła głęboki oddech.

– Mogłabyś polecieć na początku przyszłego tygodnia i kilka dni później wrócić. Tylko tobie ufam i jestem pewna, że dasz sobie radę. Sama bym to zrobiła, ale czekają mnie te wszystkie świąteczne wywiady dla prasy, no i chcę pomagać podczas szykowania dostaw dla nowych lokali. Guy jest wspaniały, ale nie ze wszystkim sobie radzi.

Meg parsknęła śmiechem na wspomnienie jego zachowania sprzed tygodnia. Po wyjątkowo stresujących dwóch dniach skończyły mu się drożdże i biedak się rozszlochał, ocierając łzy wielką chusteczką. Meg posadziła go na krześle, wręczyła mu kubek z mocną, słodką herbatą, zadzwoniła do dostawców i poprosiła o jak najszybsze przysłanie kurierem brakującego towaru.

– Nie prosiłabym cię, skarbie, gdyby nie było to takie ważne. Myślę, że naprawdę źle się tam dzieje, a nie możemy dopuścić do tego, aby nasza filia zaliczyła fiasko jeszcze przed otwarciem.

– Wiem. – Meg wzięła się pod boki, analizując logistykę wyjazdu.

– Mogłabym poprosić Pru, gdyby wpadła tu razem z Chrisem… – Milly urwała.

Siedemdziesięcioletnia Pru i dwa lata od niej starszy Chris nadal zachowywali się jak nowożeńcy, bawiąc na wybrzeżu w południowej części hrabstwa Devon i ciesząc się czymś w rodzaju połowicznej emerytury – on, polityk, wycofywał się powoli z publicznego życia, a ona coraz mniej się angażowała w zarządzanie Plum Patisserie.

Odkąd u sterów stanęła Milly, a rola i obowiązki Meg zwiększyły się, wiązała je niepisana umowa, że nie będą zawracać głowy Pru, która zupełnie nie miała ochoty opuszczać swojego domu w Salcombe. Radość dawały jej prace w ogrodzie oraz siedzenie na tarasie i przyglądanie się ujściu rzeki. Nie chciały zakłócać tego nowego dla niej domowego szczęścia, poza tym pragnęły udowodnić, że same sobie ze wszystkim dadzą radę.

– Nie, polecę tam. Nie możemy oczekiwać, że Juno podoła wszystkiemu w pojedynkę. – Meg uśmiechnęła się do Milly promiennie, acz z przymusem. – Zresztą to tylko kilka dni.

– Zuch dziewczyna. – Milly klasnęła w dłonie. – Zarezerwuję ci bilet na lot.

– Jesteś pewna, że dam sobie radę? – Przygryzała paznokieć kciuka.

– Co ja ci mówiłam? Człowiek podoła wszystkiemu, co sobie założy. Oczywiście, że dasz!

Do kuchni wbiegł Lucas.

– Jestem głodny!

– Wiem, mały. Właśnie podgrzewam kolację. – Meg schyliła się i przytuliła synka. – Kocham cię, Lucasie.

Przytulała go mocno, wdychając jego zapach i z niechęcią myśląc o czekającej ich rozłące. Pamiętała, jak to jest żegnać się z mamą. Jeszcze nie wyjechała, a już za nim tęskniła.

Trzy

Samolot wylądował na lotnisku Johna F. Kennedy’ego. Okazało się, że do Nowego Jorku na dobre zawitała zima. Meg nie miała pewności, co spakować, rozdarta pomiędzy prognozą pogody, przewidującą temperatury ujemne, a fantazjami o światowym życiu na Manhattanie, które według Seksu w wielkim mieście oznaczało całe mnóstwo szpilek i cienkich bluzeczek. Kiedy ciągnęła za sobą dużą walizkę na kółkach, a o biodro obijał jej się bagaż podręczny, pożałowała, że nie poświęciła więcej uwagi pakowaniu. O Boże, szkoda, że nie mogę wsiąść do samolotu i wrócić od razu do domu. Nie poradzę sobie! Czemu w ogóle sądziłam, że będzie inaczej?

Odetchnęła głęboko i wyprostowała się, po czym zajęła miejsce w kolejce do taksówek. Milly miała pewność, że wystarczą jej adres hotelu i karta kredytowa. Była mądrą kobietą i skoro pokładała wiarę w umiejętności Meg, to może jednak nie będzie tak źle.

– Dokąd? – zapytał ją mężczyzna kierujący kolejką.

Spojrzała na jego krótką, granatową kurtkę, sztywny, spiczasty kapelusz i laskę, która w zasadzie przypominała pałkę. Naczytawszy się, jak niebezpieczny bywa Nowy Jork, przełknęła ślinę na myśl o tym, że nawet na postoju taksówek trzeba mieć jakąś broń.

– Do Greenwich Village. – Miała nadzieję, że wymówiła nazwę właściwie i że nie było to „Green-Witch”, tak jak kiedyś słyszała u Amerykanina w południowym Londynie, pytającego o „Dull-Witch”. Chichot Meg sprzed kilku lat wydał jej się teraz bardzo nie na miejscu.

– Jasna sprawa. Proszę wsiąść do następnej taksówki, która tu podjedzie. Miłego dnia – dodał z uśmiechem.

Meg poczuła dreszczyk ekscytacji; ten mężczyzna mówił dokładnie tak jak wszyscy bohaterowie we wszystkich widzianych przez nią filmach. Jestem w Nowym Jorku! Naprawdę jestem w Nowym Jorku! Zmęczenie ośmiogodzinnym lotem minęło jak ręką odjął.

Przytupywała lekko, a zacinający śnieg smagał każdy odkryty fragment skóry. Opuściła głowę i wbiła brodę głębiej pod kołnierz płaszcza, chcąc choć trochę się ogrzać.

Zajechała taksówka i kierowca otworzył bagażnik.

– Ale zimno! – Potarł dłonie.

Kiwnęła głową, z lekka rozczarowana wschodnioeuropejskim akcentem. Liczyła, że będzie ją wiózł ktoś mówiący jak Robert De Niro w Taksówkarzu.