Wydawca: Wydawnictwo Kobiece Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 332 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Świąteczne marzenie - Amanda Prowse

Ciepła i poruszająca opowieść o miłości osadzona w świątecznym klimacie Nowego Jorku

W dzieciństwie Meg zawsze marzyła o idealnym Bożym Narodzeniu.

W tym roku samotna matka przygotuje baśniową Gwiazdkę Lucasowi, małemu synkowi. Na stole stanie pieczony indyk, kolędy ukoją znajomymi nutami, ogień będzie igrał w kominku, a tuż obok niego zawiśnie tradycyjna skarpeta. Magii Świąt nie zabraknie. Meg doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że ona i mały Lucas poradzą sobie sami.

Jednak pewna przypadkowa znajomość nawiązana w Nowym Jorku zmieni wszystko. Intrygujący architekt Edd trwale zapisuje się w myślach Meg. I nagle wizja świąt bez mężczyzny nie wydaje się już taka przyjemna. Szkoda tylko, że ten, o którym marzy kobieta, mieszka aż za oceanem.

Czy Meg odważy się ruszyć w pogoń za głosem serca? Czy Święta spędzi tylko z synem?

__

Poruszające dzieło od autorki wspaniałych romansów – to mikstura miłości, problemów rodzinnych i sezonowej przyjemności, którą każdy powinien dostać w prezencie w ten wyjątkowy czas raz w roku. – „Daily Record”

Bożonarodzeniowy prezent od bestsellerowej autorki. Jeśli uwielbiasz JoJo Moyes albo Freyę North, pokochasz tę książkę. – „Closer”

Barwny romans, któremu nie brak emocjonalnej głębi. – „My Weekly”

__

Amanda Prowse – spędziła 10 lat życia, pracując w korporacji jako konsultantka. Po tym czasie odkryła, że jej powołaniem jest pisarstwo. Specjalizuje się w prozie miłosnej, która swoim niepowtarzalnym stylem urzeka niejedną kobietę. Amanda mieszka w West Country z mężem i dwójką nastoletnich synów.

Opinie o ebooku Świąteczne marzenie - Amanda Prowse

Fragment ebooka Świąteczne marzenie - Amanda Prowse

Dedykuję tę książkę Jo Ward. Zawsze mogę na nią liczyć, jest wspaniałą mamą dla Luke’a i Alice, fantastyczną siostrą, cudowną ciotką

Prolog

Megan obudziły dobiegające z korytarza piski. To Kirsty, córka rodziny zastępczej, u której mieszkała.

Dzisiaj był wyjątkowy dzień: Boże Narodzenie.

– Dostałam domek na drzewie Sylvanian Families! Jest cudowny! Cudowny! Dziękuję, mamusiu i tatusiu! – zapiszczała Kirsty, a podekscytowanie sprawiło, że głos miała o oktawę wyższy niż zazwyczaj.

Megan otuliła się ciaśniej kołdrą i przełknęła ślinę. Nie była pewna, czy powinna wstać, czy zostać w łóżku. W domu przy Tall Trees Avenue czuła się tak co rano. Bywało, że wstawała bladym świtem, zakładała szkolny mundurek i wślizgiwała się z powrotem pod kołdrę, czekając, aż Pam, mama Kirsty, zapuka do drzwi i zaprosi ją do kuchni na miskę płatków.

Jak ma zachować się dzisiaj? Powinna siedzieć cichutko w swoim pokoju, starając się nie zawracać nikomu głowy, czy też przyłączyć się do wspólnego świętowania? Megan wiedziała, że bożonarodzeniowy poranek to nie byle co i choć miała dopiero siedem lat, była na tyle bystra, aby się domyślić, że skoro Bartramowie otwierają prezenty bez niej, to pewnie chcą mieć trochę czasu dla siebie.

Przyłożyła policzek do poduszki i próbowała sobie wyobrazić, co teraz robi jej mama. Myślała także o swoim rodzeństwie: Janey, Mel, Jasonie i Robbiem. Zamrugała. Serce biło jej szybko, jak ptaszek uwięziony w klatce. Poklepała się po piersi i szepnęła: „Ćśśś”, jakby jej serce było żywym stworzeniem, które mogła uspokoić.

Rozległo się pukanie do drzwi i Megan usiadła. Weszła Pam w bluzie dresowej, na której z przodu miała psy husky. Dziewczynka pomyślała, że Pam mogła się dzisiaj ładniej ubrać, może założyć czerwoną sukienkę z cekinami, taką, jaką miała pewna pani w telewizji. Widok psów okazał się rozczarowujący.

– Dzień dobry, Megan. Był u nas Święty Mikołaj, wiesz? Pod choinką leżą prezenty z twoim imieniem.

Megan poczuła nagłą ekscytację, przyjemne łaskotanie w brzuchu. Pam podeszła dziarskim krokiem do okna i rozsunęła zasłony. Uchyliła także lufcik, żeby wpuścić do pokoju nieco świeżego powietrza. Jak zawsze, kiedy odprawiała ten mały rytuał, Megan się zastanawiała, czy przypadkiem brzydko od niej nie pachnie. Z Bartramami mieszkała od trzech miesięcy, ale wciąż tak do końca nie wiedziała, czy ich to cieszy, czy nie.

Nagle drzwi otworzyły się na całą szerokość i do pokoju wpadła Kirsty.

– Chodź, Megan! Są święta! – Ze śmiechem chwyciła ją za rękę i zaczęła wyciągać z ciepłego łóżka.

Megan zrozumiała, że na dzisiaj ogłoszony zostaje rozejm. Nie będzie wyrywania włosów, szczypania czy kradzieży frytek pod nieobecność dorosłych.

W nocnej koszulce usiadła na kwiecistym dywanie i powoli rozpakowała swoje prezenty: nowe, białe skarpetki, małego, różowego jednorożca z puszystą grzywą i wielkimi oczami oraz grę planszową Blockbusters. Rozpromieniła się. Fajne prezenty!

Dwie godziny później siedziała na sofie w dawnej, należącej do Kirsty sukience druhny, muskając warstwy sięgającego kostek liliowego tiulu. Czuła się jak księżniczka. Z kuchni dolatywały apetyczne zapachy – pieczonych ziemniaków, świątecznego puddingu i masy z masła, cukru i brandy. Ciekła jej ślinka, choć wiedziała, że nie dane jej będzie skosztować tych wszystkich pyszności.

Kiedy tato Kirsty, Len, wziął kluczyki od samochodu, Megan zaczęła się trząść ze zdenerwowania. Pozostali jej nie widzieli, więc położyła małą rączkę na klatce piersiowej i wyszeptała:

– Ćśśś.

– No to chodź, kwiatuszku. – Len machnął kluczykami w jej stronę.

Lubiła Lena. Lubiła, gdy nazywano ją kwiatuszkiem.

Na wytworną sukienkę założyła granatową, szkolną kurtkę i pomachała siedzącej obok choinki rodzinie. Zarumieniła się. Wiedziała, że powinna się cieszyć na spotkanie ze swoją rodziną, ale częścią siebie miała ochotę zostać tutaj, pośród obcych, i zjeść indyka z sosem, deser, a potem bawić się w odgrywanie szarad.

– Weź parę ze sobą! – Kirsty zdarła plombę z puszki słodyczy Quality Street, która od tygodnia tak kusiła spod choinki, i wcisnęła w dłoń Megan cztery cukierki. Dwa płaskie i okrągłe w złotych papierkach, jeden zielony trójkącik i pomarańczową beczułkę.

– Dziękuję – szepnęła Megan i schowała słodycze do kieszeni kurtki.

Len był człowiekiem małomównym, a Megan to półgodzinne milczenie podczas jazdy, zamiast krępować, nawet zrelaksowało.

Kiedy weszła do mieszkania mamy, powitał ją śmiech.

– Co ty, do jasnej cholery, masz na sobie? – zapytała mama, opierając się o kuchenną framugę. Między dwoma długimi, czerwonymi paznokciami trzymała papierosa. Na przekór porze roku miała na sobie w dżinsy i koszulkę na ramiączkach.

– Kirsty powiedziała, że mogę ją założyć. – Megan zacisnęła dłonie na spódnicy. Było jej niedobrze, jakby zrobiła coś niewłaściwego.

Mama pokręciła głową i zmrużyła oczy, wydmuchując jednocześnie wąskie smużki dymu.

– Wszyscy są w dużym pokoju. – Kiwnęła głową w stronę pomieszczenia, skąd dobiegały dźwięki telewizora, i weszła do kuchni.

Dziewczynka rozpięła kurtkę i poszła za nią. Mama zatrzymała się przed zlewem. Obok niej stał mężczyzna, którego Megan nie znała. Był nagi od pasa w górę, a na bicepsie miał tatuaż przedstawiający dużego i brzydkiego psa. Wpatrywała się w niego, aż w pewnym momencie mężczyzna napiął biceps i szczeknął, przez co Megan miała wrażenie, że to pies skacze w jej stronę. Wciągnęła głośno powietrze i przełknęła ślinę. Dostrzegła, że oboje są boso, a włosy mają potargane, jakby dopiero co wstali.

– Mam dla ciebie prezent – szepnęła Megan i zrobiła krok do przodu.

Mama odwróciła się i wzięła od niej różowego jednorożca.

– Och. – Spojrzała na potarganego mężczyznę i uśmiechnęła się krzywo. – Właśnie o czymś takim marzyłam. Dzięki, Meggy. – Nachyliła się i pocałowała córkę w czubek głowy.

Megan poczuła zapach papierosów i czegoś jeszcze, czego nie potrafiła rozpoznać.

– I jeszcze to. – Na lepkim blacie położyła cztery cukierki. Błyszczały tam niczym klejnoty.

– Och, moje ulubione! – Mężczyzna wziął z blatu jeden ze złotych krążków. Megan od razu pożałowała, że sobie ich nie zostawiła. Te czekoladki nie były dla niego.

Podreptała do dużego pokoju. Stanęła w drzwiach i się rozejrzała. Wszystko wyglądało tak jak zawsze. Żadnej choinki, żadnych ozdób, żadnych prezentów. Jej rodzeństwo i kuzynostwo obsiadło poplamioną sofę i fotele. Wszyscy jedli chipsy i oglądali telewizję, w której puszczano akurat reklamę sosu pieczeniowego. Uśmiechnięta mama w fartuszku niosła w niej parujące półmiski pełne pyszności. Postawiła je na stole zasłanym czystym, białym obrusem. U jego szczytu siedział tata i uśmiechał się do swoich ślicznych dzieci. Megan popatrzyła na salon, w oknach którego wisiały za wąskie zasłonki przytrzymywane klamerkami, a ciepło emitowane dawał zardzewiały piecyk gazowy. Od Tall Trees Avenue to miejsce dzieliły lata świetlne.

– A niech mnie, to Kopciuszek! – zażartował Jason i mrugnął do młodszej siostry.

– To nie moja sukienka – szepnęła zażenowana, w ogóle nie czując się już jak księżniczka.

Usiadła na podłodze obok Mel i zaczęła oglądać od połowy Kto wrobił królika Rogera, zastanawiając się, kiedy w końcu przyjedzie po nią Len.

– Dostałaś od mamy jakiś prezent? – zapytał Len od niechcenia, kiedy zapinała pasy.

– Całe mnóstwo prezentów, za dużo, żebym dała je radę unieść, więc je tam wszystkie zostawiłam. – Poczuła, że płoną jej policzki, kiedy z ust wydobyła to kłamstwo.

– No i dobrze zrobiłaś. – Mrugnął do niej.

W domu przy Tall Trees Avenue Megan powiesiła kurtkę i weszła do jadalni. Stół udekorowany był błyszczącymi łańcuchami i świecami, a z głośników sączyły się dźwięki kolęd. Zamknęła oczy i obiecała sobie, że kiedy dorośnie, będzie taka jak ta pani z reklamy sosu. Będzie serwować swojej rodzinie pyszny świąteczny obiad i stawiać półmiski na czystym, białym obrusie. Będzie kupować wszystkim prezenty, o jakich zawsze marzyli, a po obiedzie bawić się w odgrywanie szarad, z krążącą między nimi puszką z czekoladkami Quality Street.

Usiadła obok choinki i rozłożyła wokół siebie fałdy sukienki księżniczki. Czuła jednocześnie radość i smutek. Cieszyła się, że może dotykać błyszczących bombek i podziwiać migające światełka na choince, smutno jej jednak było, że w domu mamy, Janey, Mel, Jasona i Robbiego nie ma magii. Ani odrobiny.

Jeden

Meg stała na chodniku ze wzrokiem wbitym w wystawę. Od czterech lat pracowała w cukierni Plum Patisserie, prowadzonej przez kuzynki Pru i Milly Plum, a mimo to nie przestawały jej zachwycać niewiarygodne wypieki, jakie wychodziły spod ręki dyrektora kreatywnego Guya Baudina i jego zespołu.

Z promiennym uśmiechem przycisnęła szalik do szyi. Był pierwszy grudnia i wystawa ta przywoływała myśli o śniegu i światełkach. W środku wielkiej, szklanej kuli śnieżnej stała srebrno-szklana patera z tortem. Na niewidocznych drucikach wisiały długie, kryształowe sople, wysyłające w ten szary, grudniowy dzień całe mnóstwo miniaturowych tęcz. Sam tort miał wymiary trzydzieści na sześćdziesiąt centymetrów, a jego boki i brzegi okalała warstwa białego lukru uformowanego na kształt zimowego krajobrazu. W szczelinach i zagłębieniach kryły się delikatne, szare cienie. Na wierzchu, pośród tego śnieżnego krateru, znajdował się lśniący, zamarznięty staw w odcieniu bledziutkiego błękitu, wykonany z nieskazitelnie gładkiej i pozbawionej najmniejszej nawet skazy glazury. W swojej doskonałości wyglądał jak szklana tafla, a na jego brzegach było widać delikatne pęknięcia w lodzie, spod których błyszczał nieznacznie ciemniejszy lukier. Na tym idealnym, zamarzniętym stawie ustawiono dwie figurki łyżwiarzy, mężczyzny i kobiety. Ubrani w srebrne kurtki okolone białym futerkiem, wirowali wokół siebie; ręce mieli wyciągnięte i mijali się zaledwie o milimetr. Na lodzie widniały niewielkie ślady po łyżwach. Ich brzegi były obsypane drobniutkim proszkiem. Wokół figurek tańczyły subtelne płatki śniegu: unosiły się aż do kopuły, następnie opadały i chwilę później znowu porywał je delikatny powiew powietrza.

Zimowa fiesta Guya była iście magiczna i Meg natychmiast dała się ponieść myślami ku Bożemu Narodzeniu. Wyobraziła sobie płonący w kominku ogień i trzymane w wychłodzonych dłoniach grzane wino; grube skarpetki i dziarskie spacery; maślane tosty; zapach sosnowych igieł i cynamonu i pięknie opakowane prezenty leżące pod rozłożystym świerkiem. Widziała siebie w swoim uroczym mieszkaniu w Mayfair, serwującą rodzinie przepyszny świąteczny obiad, stawiającą półmiski na czystym, białym obrusie.

– Patrz, mamusiu, patrz! – zawołała jakaś dziewczynka, zaciągając swoją matkę przed witrynę cukierni. Stanęły obok Meg. – Wow! – powiedziała bezgłośnie, opierając odziane w rękawiczki dłonie o szybę i wpatrując się w tort jak urzeczona.

Meg uśmiechnęła się do niej; właśnie na taką reakcję zasługiwało to małe dzieło sztuki. Matce dziewczynki udało się ją odciągnąć dopiero po minucie. Musiała obiecać, że nazajutrz także tutaj przyjdą.

Meg popatrzyła na dwoje miniaturowych łyżwiarzy i poczuła znajome ukłucie osamotnienia. Nachyliła się, spojrzała w twarze małym figurkom i zaczęła do nich szeptać:

– Ale wam zazdroszczę. Nie macie żadnych zmartwień ani niczego do roboty z wyjątkiem uśmiechania się do siebie i śmigania na tych waszych łyżwach. Fajne to musi być. Będę na was mówić Dimitri i Anna. Według mnie jesteście w sobie po uszy zakochani, ale rodziny nie pochwalają waszego związku, więc każdego dnia spotykacie się na lodowisku, żeby ze sobą romansować.

Pokręciła głową. Co w ciebie wstąpiło, Meg? Za dużo się naczytałaś historii o miłości. Jeszcze bardziej zbliżyła się do szyby.

– Tylko się nie przewróćcie, Dimitri i Anno – mruknęła. – Wygląda na to, że cholernie u was zimno. Mam nadzieję, że oboje macie na sobie ciepłą bieliznę, kochani.

Choć miała okazję widzieć co najmniej kilkanaście zapierających dech w piersiach tortów Guya, nie przestawała się nimi zachwycać. Cofnęła się myślami do pierwszego razu, kiedy ujrzała jedną z jego słynnych wystaw w Plum Patisserie. Doskonale pamiętała tamten tort: osiem pięter białego lukru, z jedną stroną udekorowaną maleńkimi pączkami róż i płatkami z masy cukrowej. Kwiaty wydawały się tak rzeczywiste, że niemal czuła ich zapach. Była wtedy w ciąży z Lucasem i rozpaczała z powodu niewierności i śmierci Billa, swojego narzeczonego. Nie miała dokąd pójść. Stała i wpatrywała się w kilkanaście żarówek w kształcie świec, które migotały wokół wystawy, i zastanawiała się, ile może kosztować taki tort i jak długo się go robi. Wydawał jej się czymś z zupełnie innego świata. Mając w kieszeni tylko kilka funtów i nie wiedząc, gdzie spędzi najbliższą noc, Meg rozmyślała nad sensem tego wymyślnego dzieła. Do jakiego rodzaju życia pasował taki właśnie tort?

Cztery lata później wciąż się szczypała, żeby uwierzyć, jaki kierunek obrało jej życie. Wyszukane desery stały się jej chlebem powszednim. A wszystko dzięki Pru i Milly Plum, które wzięły ją pod swoje skrzydła i zastąpiły rodzinę. One także były pogrążone w żałobie – drugą kobietą Billa okazała się ich bratanica, Bobby Plum, która razem z nim zginęła w wypadku samochodowym. Ale zamiast kopnąć Meg w tyłek, kuzynki Plum ją zaadoptowały, zapewniając dach nad głową i pracę w swojej wytwornej cukierni. W tamtym czasie umiejętności cukiernicze Meg ograniczały się do upieczenia naprędce płaskiego jak naleśnik biszkoptu. Ale dzięki ciężkiej pracy, dobrym chęciom i cierpliwej pomocy ze strony Pru, Milly i Guya szybko się uczyła i wkrótce była już biegła w sztuce dekoracji. Jednakże po jakimś czasie przeszła na stanowisko kierownicze, przez co mało już miała czasu na doskonalenie swoich umiejętności. Obecnie jej palce częściej tańczyły po wydrukach pełnych cyferek niż po masie cukrowej.

Uśmiechnęła się smutno na wspomnienie tamtego pierwszego dnia i otworzyła sąsiadujące z cukiernią drzwi. Guy przywitał się z nią machnięciem ręki. Wyglądało na to, że praca wre, a to dobrze.

Meg weszła po schodach i otworzyła drzwi od swojego mieszkania.

– To tylko ja! – zawołała, zdejmując buty i płaszcz.

– Mamusia! – Na korytarzu pojawił się Lucas na czerwonej ciężarówce, której napęd stanowiły jego bose stopy, tak jak w samochodach u Flintstone’ów. Jego prawa dłoń leżała na kierownicy, a w lewej ściskał duży plastikowy sztylet.

– Hej, chłopie! Co słychać? Dobrze się bawisz?

Lucas pokiwał z entuzjazmem głową. Meg nachyliła się i dała mu buziaka, po czym odgarnęła długie, ciemne włosy z czoła. Chłopczyk posłał jej swój firmowy uśmiech, mrużąc przy tym oczy, przez co wyglądał zupełnie jak jego tata. Fascynowało ją to, że choć Bill zginął przed narodzinami Lucasa, ich syn odziedziczył tak wiele jego gestów i nawyków. Patrzenie na niego, na to małe przypomnienie o ukochanym mężczyźnie, było zarazem pocieszające i rozdzierające. Kiedy spał na brzuszku z rękami nad głową, w ulubionej pozycji swojego ojca, usychała z tęsknoty za mężczyzną, który odszedł od nich zdecydowanie za wcześnie.

– Milly jest uwięziona na statku piratów! – Z podekscytowaniem zawrócił i pognał w przeciwnym kierunku.

Meg poszła za nim i zajrzała do pięknego pokoju z wystrojem w stylu georgiańskim. Wyglądał jak po włamaniu. Dwa fotele uszatki, które zazwyczaj stały po obu stronach kominka, teraz leżały na bokach i przykrywało je duże, białe prześcieradło. Pośrodku wbito kij od szczotki, na którym smętnie wisiała trupia czaszka. Ze starego, kartonowego pudełka wysypywały się skarby, czyli najprzeróżniejsze guziki i paciorki, a wokół „statku” rozłożono kilka niebieskich ręczników, na których leżały plastikowe ryby.

– Milly? Jesteś tam? – Meg kucnęła i zerknęła pod prześcieradło.

Milly leżała na podłodze między dwoma fotelami. Jej głowa była wykrzywiona pod dość nienaturalnym kątem, na niej Milly miała piracką bandanę, a na lewym oku przepaskę. Spojrzała na Meg.

– Dla ciebie – kapitan Mills, nie mogę wyjść, bo otaczają mnie wody pełne rekinów.

Meg zorientowała się, że stoi na niebieskim ręczniku.

– O rety, chyba jestem przynętą na rekiny.

Milly wygramoliła się spod prześcieradła. Teraz Meg dostrzegła jeszcze domalowaną, szykowną bródkę i wąsy.

– Niezły wąsik! – pochwaliła.

– Uch, dzięki! Mamy mały problem z moim owłosieniem.

– Och? – Meg patrzyła, jak Milly pociera twarz.

– Przez pomyłkę wzięłam to. – Wyjęła z kieszeni czarny marker z napisem: „NIEZMYWALNY”.

Meg zaśmiała się głośno.

– Ty wariatko!

– Wieczorem mam grać w brydża – psioczyła Milly. – Jak mogę się tam pojawić, przypominając nieprawe dziecko cholernego Karola I Stuarta?

Meg prychnęła.

– Lucas, zostałam uratowana. Wypiję sobie teraz herbatę z mamą, a potem wrócimy do piratowania, dobrze?

– Tak jest, kapitanie! – zawołał Lucas. Milly dobrze go wyszkoliła.

– Wcześnie wróciłaś! – jęknęła. – Musimy jeszcze uratować damę w opałach i zabić smoka.

Meg się uśmiechnęła.

– Nie mylicie opowieści o rycerzach z przygodami piratów?

– O rety, a ty to co, bajkowa policja? – Milly zacmokała. – Przekonasz się, że możemy być tym, kim tylko chcemy, prawda, Piracie Spidermanie? – zawołała w stronę korytarza.

– Tak jest, kapitanie! – odkrzyknął Lucas.

– Spodziewaliśmy się ciebie dopiero po podwieczorku. Co nie znaczy, że się skarżę. Możesz być smokiem.

– A księżniczką?

Milly pokręciła głową i nalała wody do czajnika.

– W żadnym razie. Nie może być tak, że zjawiasz się o jedenastej i dostajesz najlepszą rolę dnia. Potrzebuję zaangażowania! Bawimy się od czterech godzin i Lucas zaczynał jako chłopiec okrętowy. Dopiero niedawno awansował na pierwszego oficera.

W oczach Meg pojawiły się łzy. Milly odstawiła czajnik i objęła przyjaciółkę.

– Już dobrze, nie ma się co mazać. Nie miałam pojęcia, że to tyle dla ciebie znaczy. Jeśli chcesz, to możesz być księżniczką!

Meg pokręciła głową.

– Nie chodzi o to. Miałam gówniany dzień. Rozstałam się z Piersem. – Podniosła wzrok i zobaczyła, że Milly składa ręce jakby w cichej modlitwie dziękczynnej i wznosi oczy ku górze. – Wiem, że go nie lubiłaś, Mills, ale ja owszem.

– Wcale nie – oświadczyła rzeczowo Milly. – I nie chodzi o to, że go nie lubiłam. Prawdę mówiąc, bardzo lubiłam. Po prostu nie podobało mi się, jaką stawałaś się osobą w jego towarzystwie. Nie znosiłam tego, że tak bardzo musiałaś się starać; to nie powinno działać w ten sposób. Nie byłaś sobą, a to niedobrze, kotku.

– O Boże, wiem! – Meg zakryła dłońmi oczy i westchnęła. – Wiem. Masz rację.

– Chodź, usiądziemy sobie. – Milly zdjęła bandankę i pociągnęła za sobą Meg. Razem opadły na miękką sofę. – Proszę. – Podała jej chusteczkę.

– Dziękuję. – Meg wydmuchała nos.

– Skarbie, nie możesz się zadręczać. Kiedy go poznałaś, nie zakończyła się jeszcze twoja żałoba po Billu. Ale jeśli w jakimś stopniu pomógł ci się ogarnąć, no to nie było to tak do końca niedobre, prawda? – Ton głosu miała poważny, ale broda i wąsy działały na Meg rozpraszająco.

– W sumie prawda – przyznała. – Ale okropne jest to, że sprawiłam mu przykrość. Piers na to nie zasłużył. Planował wspólne święta i zastanawiał się, jak to wszystko zrobić, żeby Lucas miał idealne Boże Narodzenie…

– A jak się miałaś zachować? – przerwała jej Milly. – Wyjść za niego tylko dlatego, że nie chciałaś zranić jego uczuć? To by dopiero było bez sensu!

Meg przygryzła wargę i nie wyznała, że rzeczywiście się nad tym zastanawiała.

– Wiem, że masz rację i że generalnie wszystko sprowadza się do jednego. Nie kochałam go, Mills, i nie wydaje mi się, żeby on naprawdę kochał mnie, nie prawdziwą mnie.

Meg zamknęła na chwilę oczy i odtworzyła w głowie wczorajszy wieczór. Właśnie mieli wejść do restauracji, żeby poznać przyjaciela Piersa i jego nową narzeczoną, kiedy Piers rzucił lekko:

– Tak na marginesie, powiedziałem im, że jesteś sierotą. Uznałem, że tak będzie prościej, niż opowiadać o tej całej opiece zastępczej.

Meg stała przed nim i miała wrażenie, jakby uniosła się zasłona.

– Prościej dla kogo, Piers? – zapytała.

– Och, Mills – rzekła teraz. – Głupio się czuję, że pozwoliłam, aby to się ciągnęło tak długo.

Milly westchnęła.

– No cóż, zebrałaś się w końcu na odwagę, a jestem pewna, że nim pojawią się zaproszenia na Sylwestra, Piers zdąży się już spiknąć z jakąś odpowiednią, młodą klaczką.

Meg zignorowała ściskanie w żołądku. Choć nie chciała być z Piersem, nie chciała też, aby tak szybko związał się z inną, zwłaszcza pochodzącą z odpowiedniego środowiska, z właściwymi koneksjami. Z kobietą, którą jego matka by się zachwycała, taką, która stanowiłaby przeciwieństwo niej.

– Pewnie tak. – Meg bawiła się frędzlami szalika leżącego jej na kolanach. – No a co ze świętami? – jęknęła. – Pierwszy dzień mieliśmy spędzić na miejscu, a drugi w domu jego rodziców.

– Przynajmniej nie będziesz musiała przez to przechodzić! – Uśmiechnęła się Milly.

Meg zrobiła to samo. Rodzice Piersa nie do końca aprobowali jej status samotnej matki i fakt, że ich syn zadurzył się w kimś, kto uczęszczał do państwowej szkoły średniej.

– A może zerknę na loty dla was dwojga na Barbados? Willa wydaje się wystarczająco duża. Pru i Christopher byliby zachwyceni! Tylko pomyśl – zaszczebiotała Milly. – Boże Narodzenie nad basenem, wytworny obiad, homar i te sprawy, no i całe mnóstwo koktajli. Będzie ekstra.

– Barbarbados! – zawołał Lucas, przemykając obok otwartych drzwi.

Meg pokręciła głową.

– Dzięki, Mills, ale chciałabym zostać tutaj. Uwielbiam, jak w świąteczny poranek Lucas budzi się we własnym łóżku… – Urwała, nie potrafiąc wytłumaczyć, że właśnie to w jej dzieciństwie drażniło ją najbardziej: brak ciepłych wspomnień związanych z bożonarodzeniowym porankiem z prezentami i trzaskającym w kominku ogniem. Nie mogła spędzać popołudnia na sofie z pełnym brzuchem i szaradami. Była zdeterminowana, aby zapewnić synowi całe mnóstwo tradycyjnych, świątecznych wspomnień, które będą mu towarzyszyć w dorosłym życiu. Chciała także zabrać go do Oxfordu, w odwiedziny do matki Billa, Isabel. To ważne, aby utrzymywał kontakty z rodziną swojego taty.

– Gdybyś zmieniła zdanie, oferta aktualna. – Milly klepnęła w poręcz sofy.

Meg spojrzała na przyjaciółkę.

– Prawda jest taka, Mills, że strasznie się boję samotności.

– Samotności? Nie bądź niemądra. Jak możesz być samotna, skoro masz Lucasa? A poza tym znajdujesz się u progu życia. Uwierz komuś, kto wie, czym jest samotność. Twoje życie dopiero się zaczyna. – Skrzyżowała ręce na piersiach, jakby chciała w ten sposób uwypuklić swoje sześćdziesiąt dziewięć lat spędzone na tym świecie jako singielka. – Nie byłoby nic gorszego niż związek z kimś, kogo nie kochasz albo kto nie kocha cię takiej, jaką jesteś.

Meg wzdrygnęła się lekko. Aż tak oczywiste było to, że Piers próbował z niej zrobić swoją kobietę idealną?

– To nie fair wobec żadnej ze stron – kontynuowała Milly. – Gdybyś została z Piersem, byłoby to życie na pół gwizdka, a coś takiego to żadne życie, ani dla ciebie, ani dla małego.

Jak na zawołanie do pokoju wbiegł Lucas. Meg uśmiechnęła się do syna.

– Wiem, że masz rację. Wciąż sobie powtarzam, że powinnam wziąć się w garść i się nie mazać, ale podobało mi się bycie czyjąś dziewczyną. To nie to samo co z Billem, ale i tak było całkiem fajnie.

– I jeszcze będzie. – Milly poklepała ją po nodze. – Ale następnym razem nie decyduj się na kogoś tylko dlatego, że wydaje odpowiednie dźwięki i na papierze sprawia wrażenie idealnego. Wybierz kogoś, kto rzuca cię na kolana i sprawia, że kręci ci się w głowie.

– Trochę jak Dimitri i Anna – mruknęła Meg pod nosem.

– Rzuca cię na kolana! – zawołał głośno Lucas, biegając po pokoju z wysoko uniesionym sztyletem.

Meg spojrzała na Milly i się zaśmiała.

Dwa

Dostępne w wersji pełnej

Trzy

Dostępne w wersji pełnej

Cztery

Dostępne w wersji pełnej

Pięć

Dostępne w wersji pełnej

Sześć

Dostępne w wersji pełnej

Siedem

Dostępne w wersji pełnej

Osiem

Dostępne w wersji pełnej

Dziewięć

Dostępne w wersji pełnej

Dziesięć

Dostępne w wersji pełnej

Jedenaście

Dostępne w wersji pełnej

Dwanaście

Dostępne w wersji pełnej

Trzynaście

Dostępne w wersji pełnej

Czternaście

Dostępne w wersji pełnej

Piętnaście

Dostępne w wersji pełnej

Szesnaście

Dostępne w wersji pełnej

Siedemnaście

Dostępne w wersji pełnej

Osiemnaście

Dostępne w wersji pełnej

Dziewiętnaście

Dostępne w wersji pełnej

Dwadzieścia

Dostępne w wersji pełnej

Dwadzieścia jeden

Dostępne w wersji pełnej

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w wersji pełnej

TYTUŁ ORYGINAŁU:

Christmas for One

Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Redakcja: Adrian Kyć

Korekta: Barbara Walus

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © lanych © Kichigin (Shutterstock.com)

Copyright © 2014 by Amanda Prowse

Copyright © 2017 for Polish edition by Wydawnictwo Kobiece,

an imprint of ILLUMINATIO Łukasz Kierus

Copyright © for Polish translation by Monika Wiśniewska

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2017

ISBN 978-83-65740-87-8

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com