Świąteczna kafejka - Amanda Prowse - ebook
lub
Opis

OPOWIEŚĆ O UTRACONEJ MIŁOŚCI ODKRYTEJ W ROMANTYCZNEJ SCENERII ŚNIEŻNEGO EDYNBURGA

Bea nie wierzy w tak zwane drugie szanse. Jest 53-letnią wdową, która musi zmierzyć się z faktem, że już na zawsze pozostanie samotna. Nie mogąc sobie poradzić z nieukojonym żalem i ogromnym poczuciem lęku, ucieka w ciężką, tytaniczną pracę, poświęcając się bez reszty prowadzeniu własnej kawiarni. W krótkim czasie zyskuje ona miano miejsca, w którym można zjeść najlepsze w Sydney ciasto marchewkowe.

Pewnego dnia kobieta otrzymuje wiadomość mailową od poznanej na forum właścicielki kafejki z Edynburga. Nowa znajoma namawia Beę do przyjazdu do Szkocji na Boże Narodzenie. Bohaterka zgadza się i wraz z ukochaną wnuczką Florą wyruszają w podróż, która już na zawsze odmieni ich życie.

W magicznej scenerii romantycznego Edynburga, wśród urokliwych, pokrytych śnieżnym puchem zakątków, Bea odkryje sekrety przeszłości, o których od dawna próbowała zapomnieć…

WZRUSZAJĄCA HISTORIA O MIŁOŚCI – W SAM RAZ NA NADCHODZĄCE ŚWIĘTA

Wprawdzie książek z tytułem święta nie brakuje na naszym rynku wydawniczym, jednak ta opowieść – wyjątkowo ciepła, rodzinna i chwytająca za serce – ujęła mnie już od pierwszych stron.

– "Closer"

---------------

Amanda Prowse – brytyjska pisarka specjalizująca się w opisywaniu współczesnych historii miłosnych. Głównymi bohaterkami jej prozy są kobiety stojące w obliczu trudnych sytuacji życiowych. W Polsce zasłynęła jako autorka Złej kobiety, dramatycznej powieści o przemocy rodzinnej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 343

Popularność


Prolog

Bea stała w świetle wczesnego wieczoru, a południowoaustralijski wiatr muskał jej twarz i rozwiewał długie, siwe włosy. O tej porze roku robiło się już przyjemnie i w mieście wyczuwało się atmosferę radosnego podekscytowania. Mieszkańcy Sydney z natury uwielbiali słońce i cieszyli się z każdej okazji, żeby wylec na dwór. Kobieta przez chwilę wpatrywała się przed siebie, w figurę dzika z brązu. Il Porcellino odwzajemnił jej spojrzenie, aż poruszyła palcami w kieszeniach fantazyjnej bluzy koloru trawy. Za jej plecami wzdłuż Macquarie Street ciągnął się strumień ludzi, którzy wracali z pracy z kurtkami pod pachą i podwiniętymi rękawami koszul, spiesząc do domu, żeby jeszcze skorzystać z wieczornego słońca – czy to podczas spaceru brzegiem plaży, czy przy kolacji w ogrodzie. Biurowi koledzy, już w radosnym, gwiazdkowym nastroju, maszerowali w grupach pod rękę, będąc znacznie bliżsi sobie dzięki rozweselającym napojom niż jakimkolwiek szkoleniom integracyjnym. Bea zazdrościła im tych zwykłych, codziennych spraw. Rozejrzawszy się dookoła, przemogła nieśmiałość, postąpiła krok naprzód i niepewnie pogłaskała błyszczący nos bestii z wielkimi kłami.

– Proszę – wyszeptała i na moment zamknęła oczy, po czym wrzuciła niewielką, okrągłą monetę z kwadratową dziurką do wody u stóp pomnika. Gdy ponownie podniosła głowę, westchnęła ciężko i objęła wzrokiem imponujące arkady i ozdobne, zielone balustrady z kutego żelaza, za którymi rozciągały się tarasy i ogrody. To był piękny budynek w mieście, które oboje kochali. Istniało wiele znacznie gorszych miejsc, gdzie jej mąż mógłby umrzeć.

– A, już pani wróciła. Poszła się pani przejść?

Miła pielęgniarka zgasiła górne jarzeniówki i pokój zatonął w łagodnym półmroku rozpraszanym jedynie słabym światłem lampki nad umywalką. Tak było najprzyjemniej – zacisznie i przytulnie.

– Właściwie to nie, wyszłam się tylko przewietrzyć. Ciepło dziś. – Bea wstrząsnęła sobie przód bluzy.

Pielęgniarka skinęła głową. Kończyła zmianę dopiero rano, więc pogoda na zewnątrz nie miała dla niej większego znaczenia. Zakrzywionym palcem ujęła nadgarstek Petera i przyłożyła mu dłoń do czoła, spoglądając życzliwie w jego zmętniałe oczy.

– Zaraz wracam, Peter – powiedziała.

Bea była bardzo wdzięczna za to, jak kulturalnie pielęgniarki odnosiły się do jej męża. Być może w ogóle ich nie słyszał ani nie rozumiał, ale, ku jej radości, one zachowywały się tak, jakby tak było.

Usiadła znowu na winylowym krześle nieopodal łóżka, ciągle w tym samym ubraniu, które nosiła przez ostatnie siedemdziesiąt dwie godziny – wymiętym i poplamionym kawą i smugami tuszu do rzęs przeniesionymi przez zmęczone palce z zapłakanej twarzy.

– Gdyby pani czegokolwiek potrzebowała, proszę tylko zadzwonić – przypomniała pielęgniarka, kierując się do drzwi.

Bea skinęła głową.

– Tak, dziękuję bardzo. Czy jemu niczego nie trzeba? Może podać lekarstwo?

Pielęgniarka uśmiechnęła się i odpowiedziała powoli i łagodnie, jakby mówiła do małego dziecka:

– Nie. Już wystarczy. Najlepiej, jeżeli pozwolimy działać naturze.

– Jak pani myśli, jak długo? – odezwała się Bea cicho i odwróciła wzrok, zawstydzona własnym pytaniem.

Pielęgniarka potrząsnęła głową i odparła tym samym serdecznym tonem:

– Naprawdę trudno powiedzieć. Czasami to może przebiec bardzo szybko, ale są ludzie, którzy potrafią opierać się nawet kilka dni. Niczego nie można przewidzieć, chociaż w przypadku Petera powiedziałabym, że to potrwa raczej krócej niż dłużej. Dobrze, że pani tu jest. – Zmrużyła oczy w uśmiechu i zamknęła za sobą drzwi.

Bea doceniała jej życzliwą szczerość. Pochyliła się na krześle do przodu i oparła łokcie na szczupłych kolanach.

– Słyszałeś, kochany? Dobrze, że tu jestem. Chociaż osobiście wolałabym, żeby żadnego z nas tu nie było. Moglibyśmy na przykład żeglować sobie teraz gdzieś u brzegów Whitsunday, wsuwać świeżo złowione rybki i popijać dobrze schłodzone winko. Potem moglibyśmy uciąć sobie drzemkę w słońcu na pokładzie, a po przebudzeniu popluskać się w morzu, wyjść na brzeg, usiąść na tym drobniutkim, białym piaseczku i patrzeć, jak mija dzień. – Na twarz wypłynął jej uśmiech. – Pamiętasz tamto Boże Narodzenie? Tylko ty i ja. Było cudownie, prawda? Najlepsze święta w całym moim życiu.

Wzięła do ręki dłoń męża i nachyliła się nad nim jeszcze niżej. Oczy zasnute miał mgłą, ale głowa poruszała się nieznacznie to w lewo, to w prawo, jakby szukał twarzy, której już nie mógł dostrzec.

– Wszystko w porządku, najdroższy, jestem tu. Nigdzie się nie wybieram.

Kącik ust drgnął mu prawie niezauważalnie. W półmroku spowijającym całe skrzydło szpitala Bei wydawało się, że posłał jej ostatni, pożegnalny uśmiech, ale może po prostu bardzo chciała w to wierzyć. Toczył ciężką walkę. Na skórze połyskiwał mu niezdrowy pot, podczas gdy ciało broniło się przed nieuniknionym. W powietrzu unosił się mdły, nieprzyjemny zapach, który Bea miała później poczuć jeszcze nieraz w niektórych odmianach kwiatów i w oddechu starych, schorowanych ludzi. Już zawsze kojarzył jej się potem z tą chwilą i z tą salą szpitala.

Pomyślała o scenach śmierci, które widywała często w kinie albo w teatrze – dramatyczne wyznania lub deklaracje miłości wyszeptane ostatnim tchem na tle narastającej muzyki skrzypcowej. To była oczywiście jedna wielka bujda. Bea już raz widziała umierającego człowieka po wypadku drogowym na rogu Elizabeth Street i Park Street. Nawet nie zdążył mrugnąć, a już go nie było. Peter natomiast walczył o każdą sekundę, jaka mu została, twardo i zaciekle do samego końca. Żałowała, że sceny w filmach nie były prawdziwe. Tak by chciała, żeby uniósł się teraz zaróżowiony z wysiłku, spojrzał jej prosto w oczy, położył jej dłoń na policzku i zapewnił, że wszystko będzie dobrze, że miał wspaniałe życie i że zawsze ją kochał. Co do tego ostatniego nie miała wątpliwości, ale na myśl, że nigdy już tych słów nie usłyszy, ogarniał ją niepomierny smutek.

Naraz wezbrała w niej gwałtowna fala miłości i wdzięczności do tego mężczyzny, który pokochał ją ponad wszystko i zaopiekował się nią, mimo że dla niej był dopiero na trzecim miejscu, po synu i wspomnieniu innego, któremu oddała serce dawno temu. Nawet teraz, już na sam koniec, odchodził bezgłośnie, jakby troszczył się przede wszystkim o nią i starał się jej sprawić jak najmniej kłopotu. Nie trzeba jej było skrzypiec.

– Miałam wielkie szczęście, że cię spotkałam, Peter. Jesteś wspaniałym człowiekiem, wspaniałym przyjacielem. Tak bardzo cię kocham, wiesz o tym, prawda? – Westchnęła. – Co ja mam teraz zrobić, najdroższy? Jak mam teraz żyć?

W głowie zadźwięczały jej wyraźnie jego słowa, jego maksyma życiowa, którą powtarzał jak mantrę: „Nigdy nie zapominaj, że życie jest wyłącznie dla odważnych. Mamy tylko tę jedną jedyną szansę do wykorzystania!”.

– Wiem… – Pokiwała głową, a liczne bransoletki na jej przedramieniu zakołysały się, przecinając ciszę metalicznym brzękiem. Ścisnęła go za rękę z nadzieją, że odpowie tym samym.

– Och, kochanie, jakie masz zimne ręce. – Pochyliła się i pocałowała go w nos, także chłodny w dotyku, chociaż ciało nadal produkowało ciepło. Jakby energia z jego centralnego pieca już nie docierała do najdalszych członków.

Peter przekręcił minimalnie głowę i z najwyższym wysiłkiem podniósł rękę, skupiony na czymś na prawo od jej głowy. Jego wychudzone nogi także zwróciły się w bok, jakby gdzieś się wybierał ze swego łoża śmierci.

– Dokąd idziesz? – Rozpłakała się, bo wiedziała, że tam, dokąd zmierza, nie może jej zabrać ze sobą. – Idź, mój kochany. Idź tam, dokąd musisz. Wszystko w porządku. Po prostu zaśnij i pamiętaj, że bardzo cię kocham.

Peter opadł na płaską poduszkę i oddychał ciężko, a potem poruszył ustami, jakby chcąc coś powiedzieć. Nachyliła się nisko i, z uchem przy jego wargach, pochwyciła jego ostatni, ledwie słyszalny szept.

– Było wspaniale.

– Tak, Peter. Było absolutnie wspaniale.

Odstępy między jednym a drugim świszczącym oddechem stawały się coraz dłuższe, aż w końcu zupełnie się pochłonęły.

Bea czekała ze wzrokiem utkwionym w jego woskową skórę u nasady szyi z nadzieją, że dostrzeże tam jeszcze jakiś ruch – znak, że nadal jest przy niej, że to jeszcze nie koniec. Ale nic już nie drgnęło.

Powiedziano jej, że kiedy przyjdzie czas albo gdyby czegoś potrzebowała, ma wezwać pielęgniarkę. Ale zamiast tego siedziała nieruchomo, trzymając go za rękę, z drugą dłonią wciśniętą w zgięcie jego łokcia, gdzie utrzymywało się jeszcze trochę ciepła. Chciała tak zostać, dopóki całkiem się nie rozproszy, niczym matka, która układając dziecko do snu, wyczekuje na odpowiedni moment, żeby wymknąć się cicho z pokoju, zostawiając uchylone drzwi.

Było już grubo po północy, gdy wreszcie odeszła od łóżka ukochanego i cicho zamknęła drzwi, zostawiając za sobą blisko trzydzieści lat małżeństwa.

W szpitalnej stołówce panowała cisza przerywana od czasu do czasu przez jakiegoś lekarza w pogniecionym fartuchu i z podkrążonymi oczami. Pozdrawiali ją dyskretnym skinieniem głowy, wiedząc, że nikt nie przesiaduje tu samotnie nad kubkiem parującej, mdłej kawy z automatu w wesołych okolicznościach. Była wdzięczna za to, że dawali jej spokój. Chciała być sama z myślami, które stopniowo krystalizowały się w jej głowie. Jego ostatnie minuty zapadały jej w pamięci, żeby łatwo było je przywołać później, w trudnych chwilach.

Omiotła wzrokiem ściany stołówki, która stała się jej schronieniem w ciągu ostatnich dziesięciu dni. Ukrywała się tu co godzinę, kiedy w sali pojawiały się pielęgniarki, żeby „doprowadzić go do porządku”. Dawała im dziesięć minut na czynności, przy których wolała nie asystować – bynajmniej nie ze względu na siebie, ale na Petera. Dziwnie było pomyśleć, że teraz ktoś inny będzie siedział na tym plastikowym krześle w środku nocy, próbując nie popaść w kompletne odrętwienie. Kobiety takie jak ona będą przechodzić dokładnie przez to samo: przeglądać ulotki dostawców włoskich kanapek, wybierać czekoladowe batony z automatu i przetrząsać kieszenie w poszukiwaniu drobnych. Zrobiło jej się ich żal, bo nie wiedziały, jak straszne chwile mają przed sobą.

– Tu jesteś! – Wyrwał ją z rozmyślań głos Wyatta. Miał na sobie białą koszulę z krótkim rękawem, której rozpięty kołnierz odsłaniał nieco zbyt dużo ciała, a ze zgniłozielonych spodenek sterczały mu źdźbła trawy. Wyglądał, jakby właśnie wracał z ogrodu. Sprawiał wrażenie lekko poirytowanego, zarówno tonem głosu, jak i całą postawą dając do zrozumienia, że nie w smak mu takie podchody, jakby Bea rozmyślnie się przed nim ukrywała.

– Nawet o tej porze nie można zaparkować. Mamy rok 2013, umiemy wysłać wahadłowiec w kosmos i zmieścić w cyfrowym znaczku więcej danych niż w całej Bibliotece Narodowej, ale nie potrafimy wymyślić sposobu, żeby dało się wjechać na zamknięty parking po godzinach. Pokręcony system. – Mówiąc to, podrzucał w ręce kluczyki, dopóki nie ułożyły mu się dobrze w zagłębieniu dłoni.

Bea kiwnęła głową. To prawda. Pokręcony.

– Jak on się czuje? – Wyatt wziął się pod boki, znów jakby o coś na nią zły.

Spojrzała na niego i przesunęła sobie bransoletki na przedramieniu.

– Nie żyje, Wyatt. Umarł kilka godzin temu. – Po raz pierwszy powiedziała to na głos. – Wszystko to stało się bardzo spokojnie. Tak po prostu zasnął. Trzymałam go za rękę. Próbował sięgnąć gdzieś poza mną, jakby chciał dokądś iść. Powiedziałam mu, że może iść. Jakbym dawała mu pozwolenie, żeby mnie zostawił. I odszedł. – Uśmiechnęła się blado.

– Och, mamo – rzekł Wyatt bezbarwnie.

Nie wiedziała, co to miało znaczyć. Och, mamo, tak mi przykro czySzkoda, że nie zdążyłem wcześniej, czyMamo, proszę, nie dramatyzuj. Trudno było powiedzieć. Wyatt nie należał do wylewnych osób, odznaczał się raczej zmysłem praktycznym. Z pewnością wolałby porozmawiać o organizacji pogrzebu i kwestiach finansowych – sprawach, w których umiał się odnaleźć – niż o tym, co ona czuła. To go przerażało.

– Nie wiedziałam, co robić, więc zadzwoniłam do ciebie. – Poczuła się niezręcznie, że musi przepraszać za kłopot.

– No pewnie. – Kiwnął głową. – Jak tylko będziesz gotowa, zawiozę cię do domu. – Na ułamek sekundy położył jej dłoń na ramieniu, ale zaraz ją cofnął.

Odniosła wrażenie, że dotyk jego palców wypalił jej ślad na skórze. Ugryzła się w język, żeby nie wytknąć mu, że ani choroby nie są zaraźliwe, ani tym bardziej ból serca nie jest zaraźliwy, więc nie musi obawiać się żadnego z nich. Poczuła jednocześnie żal i ulgę. Z jednej strony miło byłoby, gdyby przytulił ją w serdecznym uścisku, ale z drugiej mogłoby to być nieznośnie krępujące, bo za bardzo już od tego odwykli.

Dwadzieścia minut później wielki, błyszczący holden storm Wyatta o miłym, skórzanym wnętrzu i skomplikowanej desce rozdzielczej jak z promu kosmicznego sunął pod górę Elizabeth Street, by następnie skręcić w Reservoir Street, w samym sercu zasobnej dzielnicy Surry Hills. Ani na jednej, ani na drugiej ulicy nie było żywej duszy. Światła samochodu omiatały ściany mijanych domów i Bea skrzywiła się na myśl, że pewnie obudzili co niektórych mieszkańców.

Wyatt zaparkował przy krawężniku i odwrócił się w kierunku matki.

– Na pewno nie chcesz, żebym wszedł z tobą na górę? – To, że nie rozpiął pasa i nie zgasił silnika, było dla niej wystarczającym sygnałem.

– Nie, nie trzeba, Wyatt, wszystko w porządku. Wracaj do Sarah i Flory. I dziękuję, że przyjechałeś po mnie taki kawał drogi o tej porze.

– Na pewno?

– Oczywiście. Do Manly czeka cię dobre pół godziny drogi. Zbieraj się, kochanie.

Widocznie się odprężył i Bea uprzytomniła sobie, że ona też wolałaby nie znaleźć się na wprost niego nad kubkiem herbaty, rozmawiając o niczym i zmagając się z chwilami krępującej ciszy.

Weszła po schodach i przekręciła klucz w zamku. Mieszkanie było ciemne i ciche. W ciągu tych ostatnich dziesięciu dni pobytu Petera w szpitalu wpadła tu dwa razy wziąć prysznic i zmienić ubranie. Mimo to dzisiaj pokoje zdawały się bardziej opustoszałe niż wcześniej, jakby nawet ściany czuły, że on już nie wróci. Opadła na kanapę i znieruchomiała w ciemności, znajdując ulgę w ciszy i spokoju późnych nocnych godzin.

Na podłodze w łazience stały równo ułożone tenisówki Petera. W koszu na brudną bieliznę wciąż była jego piżama, a na szafce przy łóżku po jego stronie leżały dwie kupki jego książek. Jeden stos zawierał książki do przeczytania, a drugi te najukochańsze, które lubił mieć zawsze pod ręką. Była tam między innymi Księga dżungli Rudyarda Kiplinga, którą uwielbiał od czasów młodości. Myśli Bei uleciały w przeszłość, do innej książki Kiplinga, innego mężczyzny i innego życia. Wysokiego mężczyzny w zielonym szaliku, który swoją dłonią wyznaczył rytm jej serca. Upłynęły trzydzieści cztery lata, a ona wciąż pamiętała, jakby to było wczoraj.

Sięgnęła po zieloną, jedwabną poduszeczkę i przycisnęła do piersi, przesuwając wzrokiem po rzeczach Petera, teraz nagle zupełnie niepotrzebnych, jak okulary leżące na futerale na stoliku do kawy. Wydało jej się dziwne, że te niewinne przedmioty nabrały ni stąd, ni zowąd tak symbolicznego znaczenia i ze zwykłych rzeczy codziennego użytku stały się cennymi talizmanami. Ogarnęła ją przemożna fala żalu i zmęczenia i rozpłakała się rozpaczliwie. Nie płakała jedynie nad tym absolutnie cudownym człowiekiem, którego utraciła, ale też nad prawdziwą, bezwarunkową miłością, której nigdy nie była w stanie mu ofiarować.

– Przepraszam cię, Peter. Strasznie cię przepraszam.

Jeden

Bea niespiesznie otworzyła jedno oko i wyjrzała znad poduszki na nowy dzień. W świadomości unosiły się jeszcze pozostałości snu, który przeniósł ją w przeszłość na wysoki, rozłożysty jacht z sykiem prujący fale przy głuchych dźwiękach bębna. Powróciło wspomnienie wrzenia młodego ciała spragnionego dotyku wybranego mężczyzny, tańca na chybotliwym pokładzie pod rozgwieżdżonym niebem, miękkości jego bawełnianej koszuli pod palcami i oczu zapatrzonych w nią, pochłaniających ją. I jego głos, głęboki i zdecydowany, słowa dźwięczące czysto w łagodnym cieple letniego wieczoru przy akompaniamencie jazgoczących cykad i z czarnymi nietoperzami furkoczącymi nad głową. „Chciałbym cię stąd zabrać. Chciałbym znaleźć dom, w którym mógłbym cię kochać otwarcie i bez wyrzutów sumienia. Chciałbym się z tobą ożenić tu i teraz. Nigdy cię nie zapomnę. Będziesz przy mnie zawsze, tu, głęboko w środku...”. Przyłożył sobie dwa palce do piersi i postukał, naśladując rytm uderzeń serca.

Westchnęła. Słońce wpadało do pokoju przez otwarte okno, rzucając na nagą podłogę kolczasty cień obsypanej kwiatami hoherii. Odruchowo sięgnęła na drugą stronę łóżka. Trudno było uwierzyć, że minął już rok, odkąd pozwoliła Peterowi odejść w tamtej mrocznej szpitalnej sali. Wprawdzie ból zaczynał już stopniowo słabnąć, ale cały czas zaskakiwały ją takie chwile jak ta, kiedy wyciągała rękę i nie znajdowała go obok w niebieskiej, pasiastej piżamie albo gdy miała ochotę zadzwonić do niego z czymś ważnym.

Zerknęła na miejsce Petera ze skruchą. Nawet po tylu latach ten sen wciąż tak samo wytrącał ją z równowagi. Wystarczyło proste wspomnienie, jakaś scenka lub jedno słowo, żeby wracała do czasu na długo przed poznaniem Petera, czasu, zanim jej świat się zawalił. A potem, chwała Bogu, pojawił się on i uratował ją swoją dobrocią.

Odrzuciła chłodną, bawełnianą kołdrę i spuściła stopy na parkiet. Fałdy jedwabnej piżamy ześlizgnęły się gładko wzdłuż nóg, a rozkloszowane rękawy opadły równo po bokach. Kremowy materiał ładnie kontrastował z pokrytą jasnymi przebarwieniami skórą jej dłoni. Nie zakładając oryginalnego kimono z jedwabiu, którego używała jako szlafroka, stanęła przed wielkim lustrem, wyciągnęła ręce nad głową i gwałtownie skręciła ją w bok, aż rozległo się znajome chrupnięcie. Następnie złączyła dłonie, pochyliła się nad podłogą i zawisła bez ruchu, dopóki jej plecy nie rozprostowały się tak samo jak wcześniej piżama. To była jej rutynowa seria ćwiczeń, od których rozpoczynała każdy dzień.

Podniosła rolety i wstrzymała oddech. Za każdym razem, gdy spoglądała z okna na Reservoir Street, tak odmiennej od tamtej zapyziałej kawalerki w Kings Cross, w której przez sześć lat mieszkali z Wyattem, doznawała uczucia niezmiernej radości i ulgi. Mimo że od tamtej pory minęło już kilkadziesiąt lat, nadal czuła mrowienie na skórze na myśl o tym ciasnym, zatęchłym pokoiku. Z uśmiechem powiodła wzrokiem w dół stromej ulicy, po obu stronach której ciągnęły się szeregi pastelowych wiktoriańskich domów z pięknymi balkonami o kunsztownie wykutych, żelaznych balustradach. Po przeciwnej stronie piął się pod górę biegacz ze słuchawkami w uszach. Na jej widok uniósł rękę w geście pozdrowienia. Zabawne, jaka się stała popularna dzięki kawiarence.

Westchnęła. To był rozkoszny poranek, pełen obietnicy lata i – pomimo nieodstępującej jej na krok zmory samotności – było coś magicznego w tym bezruchu panującym dookoła, zanim jeszcze rozpoczął się zgiełk dnia codziennego. Zawsze wstawała wcześnie, co okazało się wyjątkowo praktyczne w Kuchni Reservoir Street. O świcie, jeszcze zanim pojawili się Kim i Tait, u niej już paliło się światło, piece były nagrzane i gotowe, czajniki pełne wrzątku, chleb przygotowany, a dostawy posortowane i poukładane na swoich miejscach.

Bea jeszcze raz popatrzyła z czułością na wgniecenie materaca po stronie Petera. Miała nadzieję, że nigdy nie wróci do pierwotnego kształtu. W ten sposób mogła udawać sama przed sobą, że on niedawno wstał i albo popija kawę gdzieś w The Rocks, albo poszedł po poranną gazetę. Było jej jakoś łatwiej wyobrażać sobie, że lada chwila wróci.

Gdzieś w sąsiedztwie pomrukiwało radio 2GB i charakterystyczny głos Alana Jonesa wypełnił pokój wiadomościami ze świata. To wystarczyło, żeby odzyskała równowagę i pogodny nastrój. Wyatt i Sarah nadal nie dawali znaku życia w kwestii świąt i to poczucie zawieszenia i zależności od ich widzimisię zaczynało ją powoli irytować. Próbowała zachować spokój i nie skarżyć się, że odwiedzali ją lub dzwonili najwyżej raz w miesiącu, ale tak naprawdę miała do nich żal, szczególnie, że te niezdrowo luźne relacje trzymały ją z daleka od Flory, energicznej trzynastolatki, którą Bea ubóstwiała ponad wszystko. W ostatnich latach w każde urodziny Flory starała się być w Manly dwadzieścia minut przed czasem, żeby móc spędzić kilka chwil sam na sam z wnuczką przed nadejściem pozostałych gości. I co roku na Boże Narodzenie, po grillowej uczcie przygotowanej przez Sarah, siadały we dwie na piasku i gawędziły. Bea pytała Florę, jakie zespoły są teraz „na topie”, a Flora podśmiewała się, że udaje spróchniałą babunię, chociaż w tym roku Bea skończyła dopiero pięćdziesiąt trzy lata. Trudno tu mówić o bliskiej zażyłości, ale Bea próbowała zrozumieć, że wszyscy byli w ciągłym biegu i cieszyła się nawet z tak sporadycznego kontaktu.

Zrobiła sobie kubek earl greya z grubym plasterkiem cytryny i stanęła w otwartym oknie balkonowym z balustradą, spoglądając na budzące się Sydney. Czyste, intensywnie błękitne niebo przypomniało jej podobnie cudowny, letni dzień rok temu, kiedy takie niebo w pewien sposób podziałało na nią kojąco. To było w tydzień po śmierci Petera. Siedziała na kanapie w szykownej, purpurowej sukni, zamknięta i niedostępna jak królowa pszczół wśród roju odwiedzających. Stanowiła główną atrakcję i, trochę jak na ślubie, wszyscy zabiegali o to, żeby z nią porozmawiać. Sztuka polegała jednak na tym, żeby jej jednocześnie nie przytłoczyć i nie zagadać. Na pogrzebie obowiązywały krótkie, sztampowe formułki. „Najszczersze kondolencje…”, „Wola opatrzności…”, „Dobrze, że już nie cierpi…”, „To był wspaniały człowiek…”. Wyrazy współczucia były w zasadzie identyczne zarówno pod względem treści, jak i sposobu ich komunikowania – z głową przechyloną na bok i zbolałym wyrazem twarzy, nigdy głośniej niż nieco ponad szept.

Jedyną osobą, która wniosła pewien powiew świeżości w ten ponury spektakl, była Flora, uroczo nieświadoma tego, że nie jest to po prostu przyjęcie towarzyskie i nie wypada śpiewać, śmiać się na cały głos i rzucać jedzenia małemu koralicowcowi1, który akurat zagościł na drzewie pod balkonem. Bea widziała, jak jej syn, Wyatt, gromi córkę spojrzeniem z drugiego końca pokoju, co w sumie zdawało się gorsze, niż gdyby zwyczajnie zwrócił jej uwagę. Wtedy właśnie Bea uświadomiła sobie, że Flora zawsze taka była – jakoś dziwnie obok tego, czego się w danej sytuacji po niej spodziewano. Prawdę mówiąc, Bei podobało się takie podejście – pogrzeb powinien być uhonorowaniem życia zmarłego. Stypa Petera odbyła się w nastroju stanowczo przesadnej powagi, a dyskretny brzęk naczyń i stłumiony szmer rozmów zalegały ciężko w powietrzu. Długą chwilę przyglądała się siostrze i bratu Petera, którzy rozmawiali półgłosem w przerwach pomiędzy kolejnymi łykami wina, zakrywając sobie usta rękami, unosząc brwi i potrząsając konspiracyjnie głowami w sposób, który zdawał się wykluczać i lekceważyć wszystkich dookoła.

Nie było tajemnicą, że jej nie lubili i, szczerze powiedziawszy, ona też nie darzyła ich wielką sympatią. Nadal pamiętała, z jakim chłodem potraktowali ją przy pierwszym spotkaniu dawno temu. Nigdy nie doszło między nimi do otwartych wyjaśnień, dlaczego odnosili się do niej z taką niechęcią, ale Bea podejrzewała, że w ich oczach nie była dla Petera dość dobra. Była jego pierwszą żoną i to znacznie od niego młodszą, więc fakt, że ich czterdziestosiedmioletni brat związał się z dwudziestopięciolatką zapewne dodatkowo ich raził. Pojawiła się znikąd z małym dzieckiem pod pachą, ale bynajmniej nie z chlubną przeszłością – ani nie owdowiała tragicznie w młodości, ani nie zaopiekowała się niczyim podrzutkiem. Była panną z odzysku, wybrakowanym towarem. A teraz, kiedy Peter spoczął cicho w nasłonecznionej części cmentarza South Head nad Morzem Tasmana, ich dawna niechęć przerodziła się wręcz we wrogość, ponieważ – to Bea wiedziała – majątek Petera przechodził teraz na nią, bajerantkę! Nie żeby to były znowu aż takie kokosy, ale z pewnością wystarczy jej na bezpieczne i wygodne życie. Jeszcze jeden powód, dla którego winna była wdzięczność swojemu wspaniałemu mężowi.

Rozejrzała się po pokoju z przekonaniem, że dawna Bea nie miałaby problemu, żeby pogonić całe to towarzystwo: Wiecie co? Prawdę mówiąc, to chcę zostać sama, a w ogóle to Peter połowy z was nie znosił. Proszę więc udać się do najbliższego wyjścia i wracać do siebie, a ja będę pić wino i tańczyć na bosaka aż do upadłego. Ale nie była już tą Beą z przeszłości. Miała ponad pięćdziesiąt lat i zdążyła się już nauczyć, że czasem lepiej uznać zasadę, że milczenie jest złotem. Tylko dzięki niej udało jej się przetrwać następną godzinę dalszych komunałów o tym, jak to czas zabliźni wszelkie rany. Wiedziała już z własnego doświadczenia, że tak nie jest. Upłynęło trzydzieści pięć lat, a jej cały czas łomotało w skroniach na myśl o tym, jak rozdzierająco czepiała się ukochanego, błagając i zaklinając, żeby jej nie zostawiał. Czas nie zagoił żadnej z tych ran, jedynie zasklepił je strupem, który po prostu na tyle złagodził ból, że dało się z nim żyć.

Potrząsnęła głową, chcąc się uwolnić od wspomnień. Zrobiła kilka kroków w kierunku kanapy i podniosła do ust kubek cytrynowej herbaty. Na jej lewej ręce rozległ się znajomy brzęk dwunastu przypadkowo ułożonych bransoletek. Każdą z nich dostała od Petera z okazji urodzin albo rocznicy ślubu i na każdej, po wewnętrznej stronie, wygrawerowane było miłosne wyznanie lub jakiś zabawny tekścik. Napis na tej, którą podarował jej na pięćdziesiąte urodziny, głosił: „Gratulacje! Właśnie oficjalnie dołączyłaś do grona Starych Pierników. Witamy w klubie!”.

Uśmiechnęła się na wspomnienie jego uroczego poczucia humoru i po raz kolejny ogarnął ją żal, że nie była zdolna dać mu takiej miłości jak ta, którą on ją obdarzył. Była z nim szczęśliwa. Był dobrym ojcem dla Wyatta i bardzo jej pomógł przy otwarciu Kuchni Reservoir Street, która stała się przedmiotem jej największej dumy i radości. Ale bez względu na to, jak bardzo by chciała, nie mogła wykrzesać dla niego więcej uczucia niż tylko blade odbicie tego, co czuła do tamtego pierwszego, kiedy, trzymając się za ręce, sunęli przez pokład statku przy pełni księżyca. Serce jej buzowało, stopy wystukiwały rytm i niczego wtedy tak bardzo nie pragnęła, jak tego, żeby ta noc nigdy się nie skończyła. Bea pogłaskała zieloną poduszeczkę, pozwalając palcom wolnej ręki błądzić machinalnie po jedwabnej tkaninie.

Wzięła prysznic i wysuszyła gęste, siwe włosy, których puszyste fale upięła następnie w luźny węzeł. Umalowała usta karminową pomadką w płynie i starannie wytuszowała swoje długie rzęsy. Włożyła tunikę bez rękawów i oliwkowe rybaczki, a wokół szyi omotała sobie trzy sznury grubych koralików z kości słoniowej, jeszcze raz rozmyślając o tym, jak wielkie miała szczęście. Gdyby nie Peter, jej życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Na koniec wsunęła na stopy soczyście błękitne converse’y i odegnała wspomnienie wcześniejszego snu gdzieś na tył głowy.

Ruszyła w stronę drzwi, żeby zejść na dół i otworzyć kawiarnię, ale po drodze przystanęła na wprost zdjęcia wiszącego na ścianie i w pogodnym świetle poranka wypowiedziała te same słowa, co przez ostatnich trzysta sześćdziesiąt cztery dni co rano:

– Przepraszam cię, Peter. Przepraszam.

1 Szaro-brązowy ptak o charakterystycznych czerwonych koralikach po obu stronach szyi (przyp. red.).

Dwa

– O, pan Giraldi, witam. Jak się pan dziś miewa? – Poma­chała spod masywnej, starej biblioteki, gdzie próbowała wcisnąć pomiędzy sfatygowane egzemplarze Małych kobietek,Moby Dicka i innych powieści drewnianą figurkę konia na biegunach. Chciała znaleźć dla niej jak najkorzystniejszą pozycję, żeby ukryć obłażącą farbę i ubytki w grzywie.

– Dobrze, dobrze, dziękuję, tyle tylko, że ktoś zajął mój stolik! – Zdjął słomkowy kapelusz, który nosił dla osłony przed ostrym, australijskim słońcem i potrząsał laską, wskazując dwoje turystów pod dwuskrzydłowym oknem. W pogodne dni okna otwierano na oścież tak, że goście jedli właściwie al fresco, spoglądając leniwie na Surry Hills, jedną z najbardziej tętniących życiem dzielnic w centrum miasta. Nieświadoma swojego nietaktu para gawędziła sobie w najlepsze, popijając aromatyczną, mrożoną chai latte.

– Jak długo będą tu siedzieć? Prosili już o rachunek? – krzyknął gromko pan Giraldi w ich stronę.

– Nie wiem, ale może usiądzie pan tutaj? Pogadamy sobie, a potem się pan przeniesie – podsunęła Bea.

Miała nadzieję, że dwójka sympatycznych ludzi, Angielka i Amerykanin, którzy wpadli w absolutny zachwyt przy pierwszej wizycie w Kuchni Reservoir Street, go nie dosłyszała.

– Uwielbiamy takie kawiarenki z przekąskami – wyjaśnił uroczy rudzielec. – To cała nasza historia. W takim właśnie miejscu poznałem moją Megan – dodał z uśmiechem.

– Cicho, Edd! Nikogo nie obchodzi, jak się poznaliśmy! – Kobieta oblała się szkarłatnym rumieńcem, ale promieniała. Bez wątpienia byli w sobie szaleńczo zakochani.

– Znowu znalazła pani jakieś barachło? – zainteresował się pan Giraldi, pokazując głową konia na biegunach. Położył kapelusz na jednym ze spłowiałych, wyszorowanych do czysta stołów i sam opadł na krzesło.

Koń stanowił najnowszy dodatek do specyficznego wystroju pomieszczenia, w którym zbierane przez Beę rękodzieła uzupełniały lśniącą cementową posadzkę, wykończenia z hartowanego szkła i odsłonięte metalowe belki konstrukcyjne. W swoim poprzednim życiu budynek przy Reservoir Street służył jako zakład włókienniczy, zaś Bea i Peter, jakby wyprzedzając epokę, postanowili zachować jego surowy, przemysłowy charakter przy urządzaniu kawiarni. Nie chcieli usuwać pordzewiałych krążków linowych zawieszonych smętnie pod sufitem niczym miniaturowe wagoniki górskie, zasłaniać ścian ze zmurszałych cegieł ani wymieniać obtłuczonych lamp emaliowanych dyndających nisko w zbitych grupkach, za to postarali się wkomponować je w oprawę wnętrza. Pewien recenzent określił ich miejsce jako „cudownie awangardowe, śmiałe i eklektyczne”. Nieźle się z tego wtedy uśmiali z Peterem, otwierając butelkę czerwonego wina, bo w rzeczywistości chcieli tylko trochę przyoszczędzić! To było dwadzieścia lat temu.

Bea roześmiała się.

– Powtarzam panu, to nie jest żadne barachło, tylko najprawdziwsze skarby pamięci. A poza tym to nie ja je znajduję, tylko one znajdują mnie. Muszę je jakoś przyciągać. I wydaje mi się, że dzięki nim jest tu o wiele przytulniej. Nie uważa pan?

Pan Giraldi prychnął wymijająco, a Bea powiodła wzrokiem po swojej osobliwej kolekcji rekwizytów zgromadzonych na metalowych regałach piekarniczych, które przywieziono wiele lat temu na statkach z Europy. Na niektórych zostały jeszcze przyschnięte grudki mąki, których nie dało się zdrapać, a pordzewiałe już teraz kółeczka na spodzie pozwalały pewnie piekarzom przewozić po kaflowych podłogach bochny wiejskiego chleba i inne wypieki, które Bea z chęcią widziałaby u siebie. W kącie stała zabytkowa maszyna do szycia na ozdobnych, żeliwnych nogach. Otwarte drzwi przytrzymywały przestarzałe, mosiężne gaśnice, a rozległą powierzchnię ścian przystrajało praktycznie wszystko: od wypchanej głowy kudu po dziecięcy stołek pokryty wyklejankami.

Uśmiechnęła się. Każdy z tych przedmiotów wiązał się z jakimś wyjątkowym wspomnieniem i sprawiał jej przyjemność.

– O, weźmy te zdjęcia. – Wskazała na jedną z nieotynkowanych ścian dźwigającą zbiorowisko czarno-białych fotografii w niejednakowych ramkach. Był wśród nich wymuskany wiktoriański jegomość w kapeluszu i nieostre ujęcie grupki bosych dzieci stłoczonych w progu sąsiedniego domu. Paradoks polegał na tym, że dziś cena tego progu i tego domu szła w ciężkie miliony.

– Na wszystkie trafiłam przypadkiem w sklepie ze starociami albo na pchlim targu.

– Na jedno wychodzi – skwitował pan Giraldi.

Bea przechyliła głowę na bok.

– Być może, ale kojarzy mi się z nimi tyle miłych chwil, kiedy tak beztrosko włóczyłam się po ulicach, grzałam się na słoneczku albo kryłam się gdzieś przed niespodziewanym deszczem. Chodzi o to, że ja je ratuję. Tych zdjęć nikt już nie chce. Ci ludzie byli przecież czyimś ojcem albo czyjąś córką, mieli jakieś życie, byli dla kogoś ważni. Okropnie byłoby tak je po prostu wyrzucić i całkiem o nich zapomnieć.

– Nie jestem przekonany, czy te zabiedzone, utytłane smarki były dla kogoś ważne – przyłączył się Tait, wskazując zdjęcie ruchem brwi, bo obie ręce zajęte miał dużą, okrągłą tacą.

Bea patrzyła, jak schylił się nad stołem i wykładał na blat zamówienie dla grupki czterech dziewcząt: biały, połyskliwy imbryk do herbaty, białe czareczki, szklaną cukierniczkę z dzióbkiem z chromowanej stali i trzypoziomową paterę zapełnioną przekąskami z raków, tartinkami z majonezem cytrynowym oraz czterema porcjami marchewkowego ciasta. Zauważyła, jak wszystkie popatrują na jego opalone ramiona i szeroki tors. Peter twierdził, że to cyniczne z jej strony, żeby zatrudnić zabójczo przystojnego surfera do obsługi gości, z których przeważającą część stanowiły kobiety, ale ona uznała to za genialne posunięcie i miała rację. Brakuje mi ciebie, Peter. Nie było dnia, żeby w pewnym momencie nie rozejrzała się za nim, nie pomyślała o nim albo nie potrzebowała czegoś z nim skonsultować i za każdym razem, gdy przypominała sobie, że go nie ma, czuła w piersi wyrwę żalu i poczucia winy, a potem już tylko bezgraniczną pustkę.

– A ja myślę, że każdy z tych brzdąców był ważny. To przecież tylko dzieci, nie miały wpływu na to, gdzie i w jakich warunkach się urodziły. A kiedy się dobrze przyjrzeć ich buziom, fakt, że trochę mizernym i umorusanym, to widać, że są autentycznie szczęśliwe. – Podeszła do ściany pokrytej zdjęciami ludzi, którzy już dawno nie żyli i których nigdy nie znała, i przyłożyła palec do fotografii nieco ponad głową, wskazując na nie więcej niż sześcio- lub siedmioletniego chłopca, który opierał się o framugę drzwi, paląc glinianą fajkę, i spoglądał przed siebie spod daszka oprychówki. – Popatrz tylko na te zmarszczki wokół jego oczu. Wygląda przez nie na starszego niż jest, ale od razu widać, że się dużo śmieje.

Miejmy przynajmniej nadzieję. Biedny smyk.

– Skoro tak mówisz. – Tait ukazał w uśmiechu duże, ładne zęby świecące na tle jego opalonej twarzy i typowym dla siebie ruchem odgarnął za uszy niesforne pasma długich, płowych włosów. Bea przyglądała się, jak dziewczyny odprowadzają go wzrokiem, gdy znika za wahadłowymi drzwiami.

– Ja tam nie trzymam zdjęć nawet swojej własnej rodziny, a co dopiero cudzej – burknął pan Giraldi.

– Przyjeżdżają na święta? – Bea położyła ręce na biodrach, a bransoletki z brzękiem zleciały jej do nadgarstka. Ten dźwięk był niczym jej znak firmowy. Do Gwiazdki pozostały zaledwie cztery tygodnie i każdy robił już plany.

– Giovanni przyjeżdża z żoną i z chłopakami na kilka godzin. Claudia, Roberto i dzieciaki przyjadą na Wigilię, ale Berty nie będzie. Musi pracować, więc zostaje w Melbourne. Mam małe mieszkanie, a sam nigdzie nie będę jeździł. Lubię być tu, gdzie była Angelica, a dla wszystkich nie starczyłoby miejsca. Miło byłoby zebrać wszystkich razem, ale tak to już jest. Nie ma ich gdzie położyć. Ale zdzwonimy się przez komputer. Gio wie, jak to wszystko zaprogramować. Ja tam się na tym nie znam. – Postukał się w pierś szeroką dłonią, jakby pozbywając się w ten sposób problemu kwestii technologicznych.

 – Ja mam dokładnie to samo. Ledwo potrafię włączyć i wyłączyć telefon, a co dopiero obsługiwać komputer. Peter się tym zajmował.

– Ciągle mówią pani, że z czasem będzie lżej? – zadał to pytanie pochylony naprzód, opierając się na rączce laski.

– Tak. – Skinęła głową.

W pierwszą rocznicę śmierci Petera poszła do szpitala, potarła Il Porcellina po nosie i wrzuciła do fontanny pieniążek.

– Co za zgraja kłamczuchów. Wszyscy, co do jednego. Chyba coś o tym wiem, minęło siedemnaście lat. – Wyciągnął z kieszeni spodni wielką, białą chustkę i otarł sobie oczy.

– Pewnie bardzo jej panu brakuje.

– Tak. – Z trudem nabrał powietrza, jakby samo wspomnienie sprawiało mu przykrość. – Była naszym tłumaczem. Rozumie pani?

Przez chwilę Bea sądziła, że chodzi o tłumaczenie z włoskiego na angielski, ale to się wydawało bez sensu. Mówił przecież płynną angielszczyzną z przepięknym akcentem.

– Przepraszam, chyba nie – przyznała.

Pan Giraldi spojrzał w niebo, jakby szukając tam odpowiednich słów, żeby wytłumaczyć.

– Rozumiała mnie. Rozumiała nas wszystkich. Na przykład Berta jest cicha i wycofana. Pamiętam, że kiedyś zapytałem Angelicę, dlaczego Berta jest taka oziębła. Cmoknęła z niezadowoleniem, jakbym był jakimś durniem i powiedziała, że to nieprawda. Powiedziała, że Berta jest pełna pasji i ma wielkie serce, ale jest taka nieśmiała i zamknięta w sobie, że nie potrafi sobie z tym poradzić i sama się odgradza. – Pokręcił głową. – Nigdy bym nie potrafił zrozumieć moich dzieci, a one mnie, gdyby nie jej tłumaczenie. Gio wcale nie jest notorycznie wściekły, tylko po prostu się boi! Claudia w ogóle nie jest taka twarda, na jaką wygląda, ale płacze zawsze w samotności i ukrywa swoje uczucia. A ja? Powiedziała im, że nawet jeżeli jestem dla nich surowy i często nie zgadzam się na ich wariackie pomysły, to bez chwili wahania skoczyłbym dla nich w ogień. I to prawda, tak by właśnie było. – Pokiwał głową.

Bea zamyśliła się nad jego słowami. Może tego właśnie było jej potrzeba z Wyattem – tłumacza.

– Z tego, co pan opowiada, byliście świetnym zespołem. – Uśmiechnęła się.

– O tak. Ona była naszym spoiwem. Gdyby ich mama żyła, na pewno nie mieliby tylu trudności, żeby przyjechać na święta. Bez względu na ciasnotę – dodał szeptem. – Brakuje mi nie tylko jej rozwagi, ale też jej widoku. Była nieziemsko piękna. A kiedy z nią tańczyłem… – urwał, lecz po chwili podjął na nowo: – Ciągle jeszcze śni mi się, że trzymam ją za rękę i kręcimy się razem w rytm muzyki.

Bei zabrzmiało w uszach głuche dudnienie bębna i przypomniała sobie, jak jej serce biło w rytm muzyki.

– Nic nie jest już takie samo. – Pan Giraldi wzruszył ramionami.

Bea pokiwała głową. Rzeczywiście, w jego przypadku tak było.

– Na co ma pan dziś chęć? – Wsunęła ręce w kieszenie biało-niebieskiego fartucha opasującego jej filigranową postać. Peter powiedział jej kiedyś, że w wąskich dżinsach i wysokich trampkach wygląda z boku zupełnie jak kij golfowy. Uznała to za komplement, zgodnie zresztą z jego intencją. Nawet jeszcze teraz ciągle się zdarzało, że oglądali się za nią młodzi mężczyźni, szybko kryjąc zawód na widok jej pięćdziesięciotrzyletniej twarzy.

– Niech będzie mleczna kawa i to musli z miodem i owocami. – Pan Giraldi zawsze składał zamówienie, jakby jej wyświadczał przysługę. Jak życzliwy wujaszek, który zgadza się zjeść ostatnią porcję ciasta, żeby się nie zmarnowało.

– Już podaję. Mleczna kawa i musli dla pana Giraldiego – zawołała, wchodząc do kuchni.

Kim potwierdziła głową, pochylona nad talerzem z trzema kromkami pełnoziarnistego razowca, na którym układała zgrabne plasterki awokado. Jak zwykle, kiedy była skoncentrowana, z kącika ust wystawał jej koniuszek języka, a wysoki, koński ogon tańczył jej z tyłu głowy zgodnie z ruchami ciała, kiedy uwijała się między blatem do pracy a lodówką.

– Jakie masz plany na święta? – zapytał Beę Tait, układając stosy naczyń w zlewie. – Wyjeżdżasz do syna?

Bea wyjęła z szafki dzbanek do kawy, zastanawiając się, co odpowiedzieć. W zasadzie to nie była zaproszona… Za każdym razem, kiedy zbliżała się jakaś okazja, powtarzała się ta sama historia. Na przykład kiedy nadchodziły urodziny Flory. Na kilka tygodni wcześniej zaczynała się niecierpliwić i czekać na zaproszenie, aż w końcu nie mogła już dłużej wytrzymać i sama do nich dzwoniła. Sarah odbierała telefon cała uradowana i wybuchała śmiechem, jakby Bea strzeliła piramidalne głupstwo.

– Oczywiście, że jesteś zaproszona! Mam nadzieję, że przyjdziesz?

A wtedy Bea znów czuła się rozdarta, bo bardzo chciała pojechać, spotkać się z wnuczką i spędzić czas z rodziną, ale boleśnie dokuczała jej świadomość, że praktycznie zaprosiła się sama. I to skrępowanie ciążyło jej w końcu niczym ciemna chmura także w trakcie samej wizyty.

– Tak, pewnie tak – odparła nienaturalnie wesołym tonem. – Są jeszcze cztery tygodnie, żeby coś zaplanować. Zobaczymy, jak to będzie. – Uśmiechnęła się, sięgnęła po kawę i nasypała do niebieskiej metalowej kawiarki, którą wyszperała na bazarku staroci w Paddington.

– A ty, Kim? – Tait obejrzał się na dziewczynę, której smukłe palce wiolonczelistki biegały wokół jedzenia z precyzją i namaszczeniem godnym dzieła sztuki.

– J-jaaa… M-moo… – Przełknęła ślinę. – Moi rodzice d-do mnie przyjeżdżają, a p-poootem jedziemy do m-moo… moojej siostry do G-gold Coast. – Odetchnęła z ulgą, że udało jej się dopowiedzieć zdanie do końca.

Tait pokiwał głową i taktownie nie zadał już więcej pytań, żeby oszczędzić na czasie, który zabierała jej każda odpowiedź. Zabrał kawę dla pana Giraldiego i wyniósł się z kuchni.

– Jasny gwint, Bea, co się ze mną dzieje? Ja po prostu nie mogę z nim normalnie rozmawiać! – Kim cisnęła ściereczkę na blat lady. – Nie jestem w stanie wykrztusić jednego słowa. On myśli, że się jąkam!

– Bo tak jest, kiedy z nim rozmawiasz – zauważyła Bea.

– Raczej, kiedy próbuję z nim rozmawiać. Nie pomagasz mi, Bea! Rany, jaki on jest piękny. Od tego plączą mi się jakieś zwoje w mózgu. Idealny do bólu! Nie chodzi tylko o to, że nie mogę się przy nim wysłowić, ale nie mam nawet pojęcia, co powinnam mówić. – Chwyciła młynek do pieprzu i gwałtownie omiotła nim kanapeczki. – Moi znajomi mówią, że mam paranoję. Normalnie jestem straszną gadułą, dosłownie usta mi się nie zamykają. I jestem zabawna. Naprawdę. Ale przy nim wszystko jest nie tak. Nie dość, że jest jak dla mnie o wiele za przystojny, to jeszcze myśli, że mam wadę wymowy! Brrr!

Wrócił Tait.

– Dla kogo to? – zapytał, podnosząc talerze z kanapkami i spojrzał na Kim.

– Eee… S-stooolik…

– Stolik numer dwanaście – wyręczyła ją Bea.

Tait skinął głową, uśmiechnął się do Kim i wyszedł z zamówieniem.

Bea obejrzała się i, zobaczywszy, jak Kim wali głową w szafkę ponad zlewem, wybuchnęła śmiechem.

Trzy

Bea zamknęła oczy i rozkoszowała się łaskotaniem ciepłego, porannego wietrzyku na skórze. Z bluzą zwiniętą pod pupą siedziała w jednym ze swoich ulubionych miejsc, pod platanem w Parku Księcia Alfreda. W całym mieście nie było lepszego punktu wypoczynkowego przy ładnej pogodzie. Na prawo ciągnęły się połacie przystrzyżonej trawy opadające w stronę dużego, popularnego basenu na świeżym powietrzu, a po drugiej stronie majestatycznie wznosiło się miasto ze strzelistą sylwetką Sydney Tower przypominającą statek kosmiczny, który jakby przycupnął na słupie majowym. Do domu miała stąd zaledwie kilka kroków wzdłuż Elizabeth Street. Wyskoczyła sobie na chwilę, zanim w Kuchni zacznie się największy ruch, żeby trochę ochłonąć i uporządkować myśli. Siedziała teraz w spokoju, z dłonią zanurzoną w trawie, a wiatr przynosił dalekie odgłosy śmiechu dzieci baraszkujących nad wodą. To był jeden z najpiękniejszych dźwięków, jakie znała. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się, bo przypomniała sobie leciusieńki dotyk na twarzy, którym Wyatt budził ją, kiedy był malutki. Zakradał się do jej sypialni i kładł jej małą rączkę na policzku. „Mama, wstawaj!”, domagał się, owiewając jej twarz ciepłym oddechem. Z czasem przekonała się, że to był najprzyjemniejszy sposób na przebudzenie. Przylgnęła wzrokiem do młodej mamy goniącej malutką dziewczynkę, którą następnie pochwyciła w ramiona i obsypała pocałunkami pod kapelusikiem od słońca. Mała zapiszczała i oplotła ramionkami matczyną szyję. Beę aż ścisnęło w żołądku z tęsknoty, gdy pomyślała o Wyatcie mniej więcej w tym wieku. Mimo że okropnie się wtedy szarpała, pod pewnymi względami to był najwspanialszy okres w jej życiu, kiedy jej synek był mały i nie chciał nic więcej, jak tylko być przy niej, grać z nią w karty albo słuchać, jak czyta mu na głos.

Próbowała przypomnieć sobie, kiedy zaczął unikać jej dotyku. Jako dziecko pakował jej się rozkosznie na kolana i okrywał ją buziakami. Jeszcze kiedy był w szkole, przytulał się do niej przed wyjściem i po powrocie, a czasem obejmował ją też za ramiona, kiedy przechadzali się po bulwarze w Manly. Uwielbiała te spontaniczne przejawy czułości. Jakby chciał się poszczycić swoją młodą mamą. Może to się skończyło, kiedy poznał Sarah albo po tym, jak urodziła mu się jego własna córka? Jak gdyby nie był w stanie kochać należycie więcej niż dwóch kobiet naraz. Nie mogła sobie przypomnieć. Chociaż tak naprawdę co za różnica kiedy? Efekt i tak był ten sam.