Świat według Żunia - Iga Zakrzewska-Morawek - ebook
Opis

Świat według Żunia to krótkie, ale bardzo trafne obserwacje rzeczywistości przez tytułowego bohatera. Poznajemy Żunia w wielu, z pozoru błahych, codziennych sytuacjach. Powoli wchodzimy w świat widziany jego oczami. Z czasem świat ten staje się również naszym, smakujemy go…
Oczarowani, z fascynacją przyglądamy się źdźbłu trawy falującemu na wietrze, a słońce tak pięknie podkreśla tę zieleń…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 78

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ilustracje i projekt okładki: DOMINIKA CIERPLIKOWSKA
Redaktor prowadzący: MONIKA KOCH
Korekta: JADWIGA PRZECZEK
Projekt graficzny i DTP: BERNARD PTASZYŃSKI
© Copyright for text by Iga Zakrzewska-Morawek, 2016 © Copyright for this edition by Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o., Warszawa 2016 All rights reserved
ISBN 978-83-7983-984-1
Wydanie I
Wydawnictwo Zielona Sowa Sp. z o.o. Al. Jerozolimskie 96, 00-807 Warszawa tel. 22 576 25 50, fax 22 576 25 51 e-mail:[email protected]
Konwersja:eLitera s.c.

Andrzejowi i Dominikowi.

Bo mnie znaleźli.

I nie zgubili do dziś.

Jeśli myślisz, że jesteś inny niż wszyscy, sięgnij po kukurydziane płatki. Otwórz opakowanie, zanurz w nim dłoń i powolutku odmierzaj garść. Jej zawartość wysyp na talerzyk i zacznij jeść. Na sucho, popijając wodą. Ze słomki, jeśli lubisz.

Jeśli sądzisz, że jesteś inny niż wszyscy, usiądź naprzeciw okna i poczekaj, aż do środka zajrzy słońce i smugą opadnie na podłogę. Połóż się wtedy na podłodze i popatrz, jak drobny pyłek wznosi się i opada, wznosi się i opada, wznosi się...

I tańczy. I kręci nad twą głową bączki.

Jeśli czujesz, że jesteś inny niż wszyscy, przejedź palcami po skrzydle lodówki lub żeberku kaloryfera. Przyłóż ucho do pralki lub zmywarki. Przebiegnij się tam i z powrotem, od kanapy do krzesła lub fotela. Razy sto. Zmruż powieki, jakbyś zupełnie nie zauważał obecności innych.

Wtedy zobaczysz więcej.

Bo wtedy zobaczysz mnie...

.

Chodzę. Wszystko inne interesuje mnie całkiem

NIE BARDZO.

KRÓTKA HISTORIA O CHODZENIU

Zdarza się, że postronni pytają mnie o wiek. Nie mówię wtedy nic. Nie wydaje mi się to dość interesujące, abym się (w związku z tym) specjalnie trudził. Dlatego wtenczas zwykle nastaje cisza. Duperelna i zgoła niezręczna, ale... Osobiście się na nią godzę. Ktoś mógłby powiedzieć, że w tej próbie dialogu zamiast mnie do głosu dochodzi KONSTERNACJA. Ale ja się tym nie przejmuję. Bo wtedy wkraczają rodzice.

– Dwa i pół – mówią.

I znowu cisza.

Wzrost: 72 centymetry (plus minus).

Waga: 9 kilogramów.

Zawód: dziecko. PAN DZIECKO.

Będzie krótko, ponieważ tak się składa, że nie mam czasu. Nie mam go na siedzenie, jedzenie... Nie mam go nawet na czytanie książek czy nawiązywanie nowych znajomości, bo prawda jest taka, że CHODZĘ. Wszystko inne interesuje mnie całkiem nie bardzo.

Tym sposobem moja (dotychczas) mało stabilna codzienność uległa dużej przemianie. Na pewniejszą i bardziej stateczną. Osadzoną w stopach, ramionach i plecach.

Skutkiem tego: gardzę wózkiem.

„Dziękuję, postoję” – krzyczy moja ręka, a noga rwie się do ziemi. Tam zresztą, gdzie lubi. Gdzie czeka ją oaza radości i wierzgającego z upojenia szczęścia.

.

Nade mną błękit bury i chmur puchatych kłęby.

A pode mną trawa.

KWIATOSTAN

Tylko nie odchodźcie za daleko – myślę sobie, a ich sylwetki oddalają się coraz bardziej. I bardziej. Każda w inną stronę. Ale bojaźń mnie żadna nie chwyta. Idą sobie.

– My idziemy! – krzyczą.

– Pa, Żuniu! Baw się dobrze!...

A nade mną błękit bury i chmur puchatych kłęby. A pode mną trawa.

I siedzę sobie. Na gruncie, co kępą zieloną obsiany i w dłoń mnie łaskocze, gdy tykam. I dziwnie mi tak, choć miło. Koniczynę muskam i filuję źdźbło. Nierzadkie zgoła i tłumne. A w drugiej mej dłoni KWIECIE. Że „stokrotka” – mówiła mama, gdy tata rwał z międzytrawia. I brał.

– To KWIAT jest, proszę ja ciebie, synu. Roślina. Flora. Ziele polne, łąkowe, co dysponuje liściem. Płatkiem i łodygą. No, synu, badyl taki. Bylina. Kwiat, synu, rozumiesz? KWIAAAT.

Przyjąłem, choć wrażenie odniosłem, że podejrzewa mnie ojciec o niezrozumienie. Nie zmienia to faktu, że siedziałem. A im bardziej siedziałem, tym bardziej czułem się uziemiony. A im bardziej czułem się uziemiony, tym bardziej kręciłem kwiatem. A im większe kręgi kwiat mi przed twarzą kreślił, tym większą czerpałem zeń radość.

Ponieważ – siedząc tak na wonnej trawy połaciach, w samotności, od rodziców z dala – pojąłem, że siedzenie moje nabierać zaczyna sensu. I puszcza się pędem aspektu. Aspektu NATURALNOŚCI. I gdy tym siedzeniem – rzetelnym, trzeźwym i sumiennym – osiągać zaczynałem botaniczny zen...

– Wracamy, synek! – usłyszałem.

– ...

I zbladłem.

A z dłoni wypadł mi kwiat.

.

Odejdź, diabelcu!

PORANEK KOJOTA

Nie zdążyłem oka porządnie otworzyć i źrenicy w kąt dobry ustawić, gdy z ust mamy:

– Odejdź, KOJOCIE[1]! – padło. Skoro świt i poranku zjawa. Udałem więc, że nie słyszę. I zniewagą mamy nijak niewzruszony ruszyłem w kierunku miski.

Daleko nie miałem, gdyż na płaszczyźnie rodzicielskiego leża pędziłem okoliczną noc. A od rodziców leża do stołu, na którym miska stała, dzielił mnie jeden dorosły krok. Lub też miara mego ciała[2].

Toteż wartkim ruchem korpus po prześcieradle przewlekłem i – hop! – ciężar fizyczności na kolanach, a łokieć – hyc! – na stołu blacie wsparłem. I zanurzyłem w misce wzrok. A tam... w środku jej kopulastym, co barwą paproci znaczony – patrzę sobie – KULKI!

Kulki – widzę – pływają. Pośród cieczy jasnej i mętnawej, podobnej całkiem do mleka. A między kulkami farfocle. Strzępy barwy kukurydzy, co od kulek inne kształtem i rozmiarem. I unoszą się zbiorczo na tej tafli mlecznej. Spokojne takie. I ładne. Więc dryfowała myśl moja po zachwytu głębinie, a dłoń instynktem wiedziona, w stronę srebrnego połysku, co tuż obok, biegła. Gdy wtem...

– Odejdź, diabelcu! – Głos mamy pokalał mi ucho. – Łyżkę odłóż. Nie twoja!

Toteż czasu nie tracąc, na łyżki odnodze palce swe zamknąłem i zamieszałem tą łyżką w misce. A radość miałem przy tym wielką. Bo choć wiedziałem, że buzia moja łyżki pomieścić nie zdoła, choć czułem, że za brak posłuszności i ucha zamknięcie kara nad mą głową wisi, mikstura, co w misce, cieszyła mnie w oko. I przytomność moją postawiła w pion.

I poczułem wtedy, że pora rozpocząć dzień.

.

Nic dziwnego.

A jednak dziwne

BARDZO.

FACET W RAJTUZACH

W moim domu, poza pomieszczeniami natury typowej, znajduje się pomieszczenie odrębne. Jedyne takie. Od innych różne i do żadnego niepodobne. A na imię mu SKŁADZIK. Składzik-bezładzik. I posiada drzwi. Nic dziwnego – wydawałoby się – a jednak dziwne bardzo. Ponieważ TE DRZWI nie posiadają klamki.

I choć brak klamki niemocno godzi w mą codzienność, zdumiewa mnie to. I ciekawość budzi, ponieważ po pierwsze – nigdy nie wiem, w jakim celu rodzice się do składzika udadzą, po kolejne – pojęcia nie mam, co z tego składzika przyjdzie rodzicom wynieść.

Tak też było i dzisiaj. Bo dzisiaj...

Dzisiaj do składzika weszła mama. Weszła, by z czeluści jego bezładu wyłowić i na światło dzienne wyciągnąć RAJTUZY. Pantalony takie. A barwa ich szara była. Popielata.

– Kalesraczki! – Głos mamy dzikim zachwytem ucho me popieścił. – Chodź, Żuniu, przymiarkę zrobimy.

I poczułem, jak duszę mą zalewa bojaźń, a w serce wkrada się popłoch. Więc rozkazałem ciału UNIK. I w odwrót nagły ruszyłem. W dezercję. Nie złapiesz mnie, mamo! – pomyślałem sobie, dając pod łóżeczko nura. Dzisiaj, mamo, w dolnych partiach mego ciała wiatr wolności wieje. I swobody mojej rajtuzą żadną nie spętasz.

I siedzę pod łóżeczkiem, w sobie skulony, na krzesło z międzyszczebla zerkam. Na to siedzisko drewniane, na którego oparciu powiesiłaś, mamo, rajtuzy. Na straży. I czekam, aż zapomnisz, co mi rajtuzami tymi zrobić chciałaś.

I choć trudno mi tutaj i nudno, choć korci, by wyłonić się chyłkiem na pokoju przestrzeń, nie zrobię tego, dopóki dzianych splotów warkocze, co rajtuzy te zdobią, nie przestaną mi patrzeć w twarz. I dopóki guziczkami nogawek szydzić ze mnie nie przestaną, żem tchórz, kapitulant jakiś i zajęcze serce.

Bo choć wiem, że niedługo ciału zgłodnieć przyjdzie, że arsenałem potrzeb uciśniony, zmuszony będę spod łóżeczka wyjść, ja ciągle FACET jestem. I w te rajtuzy niechlubne tak łatwo wbić się nie dam.

.

Niektóre rzeczy mają moc niezwykłą.

POMAGIER

Niektóre rzeczy mają moc niezwykłą. Taką, co przyciąga do siebie jak mama – za nogi. A jedną z tych rzeczy jest MASZYNA. Co rzędem w kuchni stoi.

– To, Żuniu – rodzice mówią – ZMYWARKA jest.

Tak mówią. Choć wcale nie pytam.

A wspaniała jest ona. Elegancka. I posiada WŁAZ. Idealny, by wspiąć się na niego. Za drzwiczki złapać i ciało dźwignąć w pion.

A w tej zmywarce rasowej naczynia kwitną.

– Na pranie czekają – tłumaczą, choć ja myślę, że na mnie. I patrzę, jak do tej zmywarki lokuje tata talerze. Garnki, kubki i widelców parę. I mknę w jej kierunku. Na oślep prawie. I sunę, ciągnąc ciało stylem „na żołnierza”, by powstać u stóp włazu i osiągnąć szczęście.

Gdy wtem...

– Podejdź, pomagierze! – słyszę.

Lecz ja nie słucham. Bo jak słuchać, gdy ręka moja talerz chwycić pragnie? I jak taty nakazom wolę swoją poddać, gdy chcę w zmywarce ręką talerz usadowić? A gdy zmywarka w swej pracy ustanie, ten sam talerz (choć czysty) chcę ze zmywarki własną ręką wyjąć.

Bo lubię tę machinę. Bardzo. A gdy ją tata w ruch sposobem wprawi, sprzęt ten wydaje odgłosy. Dźwięki takie, co w drgania wesołe ciało mi wpędzają. Więc tańczę. I nogami pląsam.

Bo dla niej, dla zmywarki takiej, za „pomagiera” nawet robić mogę. Byle słyszeć, jak szumi. Byle patrzeć, jak jest.

.

Niewykluczone, że wiatr wiał z innej niż dotychczas strony.

INSPEKCJA U DZIADKÓW

Dzień, w którym po