Wydawca: Insignis Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Świat według Clarksona. Tak jak mówiłem ebook

Jeremy Clarkson  

3.75 (4)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 422 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Świat według Clarksona. Tak jak mówiłem - Jeremy Clarkson

Zanim Jeremy Clarkson stał się chwilowo „nieco mniej zajęty”, w pewnym głośnym programie motoryzacyjnym pokazywał nam, jak jego zdaniem powinien wyglądać idealny świat, czyli świat według Clarksona.

Na szczęście przez cały czas o nim pisał! W swojej najnowszej książce Tak jak mówiłem… Jeremy zgłębia mechanizmy rządzące naszym życiem – w skali lokalnej i globalnej – i odkrywa, jak je ulepszyć, by codzienność stała się przynajmniej znośna. To pomysły genialne w swojej prostocie! Oprócz tego z najnowszego Świata według Clarksona dowiemy się między innymi:

* jak z wieszaka na ubranie zrobić wykrywacz idiotów

* dlaczego największe szanse na przeżycie apokalipsy mają najmniej męscy z mężczyzn

* w jakiej branży najłatwiej zbić kapitał na oszustwie

* co Niemcom najbardziej przeszkadza w Anglikach

* jak powinna wyglądać nowa flaga Wielkiej Brytanii.

Świat według Clarksona. Tak jak mówiłem skrzy się humorem, pęka w szwach od liczby opisywanych absurdów i zawiera niezdrową dawkę zdrowego rozsądku. Jeremy mówi, jak jest i jak chce, żeby było. W swoim niepowtarzalnym rozbrajającym stylu.

Opinie o ebooku Świat według Clarksona. Tak jak mówiłem - Jeremy Clarkson

Fragment ebooka Świat według Clarksona. Tak jak mówiłem - Jeremy Clarkson

Tytuł oryginałuThe World According to Clarkson. As I Was Saying…

Michael Joseph First published 2015 Published by the Penguin Group Penguin Books Ltd, 80 Strand, London wc2r orl, England penguin.com

Copyright © Jeremy Clarkson, 2015 All rights reserved. The moral law of the author has been asserted

Felietony z niniejszej książki pochodzą z rubryki Jeremy’ego Clarksona w „The Sunday Times”

Przekład Michał Strąkow

Redaktor prowadzący Tomasz Brzozowski

Redakcja i korekta Maria Brzozowska, Lidia Kowalczyk, Pracownia 12 A

Konwersja Tomasz Brzozowski

Zdjęcia na okładce Jeremy Clarkson: © Francesco Guidicini | The Sunday Times | NI syndication maszyna do pisania: © Shutterstock

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2016 Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN 978-83-65315-89-2

Insignis Media ul. Szlak 77/228–229, 31-153 Kraków telefon / fax +48 (12) 636 01 90biuro@insignis.pl, www.insignis.plfacebook.com/Wydawnictwo.Insignistwitter.com/insignis_media (@insignis_media)instagram.com/insignis_media

Wstęp

Po tym jak BBC postanowiło nie odnawiać ze mną kontraktu, nie bardzo wiedziałem, co ze sobą zrobić. Udałem się więc do pubu i świetnie się bawiłem. Po mniej więcej tygodniu doszedłem jednak do wniosku, że nie mogę spędzić reszty życia w pubie – postanowiłem więc znaleźć sobie jakąś pracę.

O ile mi wiadomo, większość ludzi udaje się w tym celu do miejsca zwanego „urzędem pracy”. Nie sądzę jednak, bym mógł znaleźć tam dla siebie coś odpowiedniego. Mój kolega zarejestrował się kiedyś w urzędzie pracy w Kensington jako pasterz. Potem co tydzień musiał robić rozczarowaną minę, kiedy pracownicy urzędu informowali go, że nie mają dla niego żadnej oferty, w związku z czym będzie musiał zadowolić się darmową gotówką.

Obawiam się, że w moim przypadku znalezienie pracy byłoby jeszcze trudniejsze. „Tak, przyznaję, że mam bardzo wysokie oczekiwania płacowe. Moje kwalifikacje? Hm, potrafię odrobinę za szybko pokonywać zakręty i głośno przy tym krzyczeć…”

Pamiętacie ten fragment filmu Uprowadzona, w którym Liam Neeson stwierdza, że posiada wiele wyjątkowych, nabytych przez lata umiejętności? Ze mną jest podobnie. Tyle tylko, że moje umiejętności są niemal kompletnie bezużyteczne. Daję to jasno do zrozumienia swoim dzieciom za każdym razem, kiedy wybierają się gdzieś w podróż. „Jeśli zostaniecie porwane, jedyne, co będę mógł dla was zrobić, to wprowadzić samochód w kontrolowany poślizg i wykrzywić twarz w cudacznym grymasie. A to nie pomoże w bezpiecznym sprowadzeniu was do domu”.

Krótko mówiąc, urząd pracy w Kensington poinformował mnie, że nie ma żadnych wakatów dla kogoś, kto życzy sobie kilku milionów funtów za jeżdżenie Lamborghini w chmurze dymu z opon. Po tygodniowym namyśle stwierdziłem, że wobec tego zajmę się robieniem programu o rolnictwie.

Zadzwoniłem do mojego starego druha i byłego producenta Top Gear, Andy’ego Wilmana. „Będę robił program o rolnictwie” – oznajmiłem. Andy przyjechał do mnie, żeby zapoznać się z moimi pomysłami. Po upływie trzech minut i trzydziestu sekund zaczął przypominać dziecko zmuszone do wysłuchiwania wyjątkowo nudnego kazania.

Ale to nic, bo wkrótce potem pewien facet podjechał czołgiem – tak, kurde, czołgiem! – pod drzwi siedziby BBC w Londynie i zażądał mojego powrotu na antenę. Media oszalały. Przez następne trzy tygodnie moje nazwisko nie schodziło z czołówek gazet. Nie tylko w kraju, ale i na całym świecie.

W rezultacie rozdzwonił się mój telefon. Jako pierwszy odezwał się przedstawiciel wojskowej stacji telewizyjnej z Rosji: „Ty przyjedź do nas, zrób program. Wszyscy zadowoleni!”.

Następnie zgłosili się do mnie dżentelmeni z Bliskiego Wschodu. „Zapraszamy do Paryża – powiedzieli. – Chcemy z panem porozmawiać o nowym programie. Zarezerwowaliśmy stolik w hotelowej restauracji na godzinę dwudziestą”. Udałem się więc do Paryża. Punktualnie co do minuty zjawiłem się w hotelu, gdzie gospodarze spotkania opowiedzieli mi o swoich planach, które brzmiały bardzo obiecująco. Zapewniłem, że poważnie rozważę ich propozycję…

Kiedy sięgnąłem po menu i zacząłem się zastanawiać, co by tu zjeść, moi bliskowschodni gospodarze chwycili za komórki. Przez chwilę wszyscy byli zajęci wysyłaniem SMS-ów oraz e-maili. W końcu jeden z siedzących przy stole facetów spojrzał na mnie i stwierdził: „Dziękujemy za przybycie”. Po tym trwającym w sumie trzy minuty spotkaniu udałem się na dworzec Gare du Nord, gdzie dotarłem dokładnie minutę po odjeździe ostatniego pociągu do Londynu.

Nazajutrz rano, nieco przygnębiony moimi widokami na przyszłość, wróciłem do Londynu. I wtedy ponownie zadzwonił telefon. Możecie sobie wyobrazić moje zaskoczenie, kiedy okazało się, że to George Lucas. Pan Gwiezdne wojny przypomniał mi, że poznaliśmy się podczas Grand Prix Monaco – tak jakbym mógł o tym zapomnieć – po czym oświadczył, że chciałby się ze mną spotkać i przedyskutować pewien pomysł. Cholera jasna, George Lucas zaproponował mi spotkanie! Byłem bardzo podekscytowany.

W dniu, w którym Chelsea zdobyła mistrzostwo Premiership, oglądałem mecz na stadionie Stamford Bridge w towarzystwie mojego syna oraz grupy przyjaciół. Po meczu oznajmiłem im, że nie mogę razem z nimi oblewać tytułu mistrzowskiego, ponieważ jestem umówiony z George’em Lucasem. „To nic takiego” – rzuciłem nonszalanckim tonem.

Pojechałem do klubu, w którym mieliśmy się spotkać, i zacząłem się rozglądać za panem Lucasem. Po chwili podszedł do mnie inny facet, którego również poznałem na Grand Prix Monaco. Zaprosił mnie do stolika, który zarezerwował na nasze spotkanie, a ja obiecałem sobie, że przy najbliższej okazji poddam się badaniu słuchu.

Gość niebędący George’em Lucasem okazał się wyjątkowo interesujący. Powiedział mi, że wszystkie pieniądze świata należą obecnie do Norwegów, i dodał, że jeśli chcę zdobyć większość tej forsy, powinienem podpisać kontrakt z jakąś dużą stacją telewizyjną. „Z rosyjską telewizją wojskową?” – zapytałem. „Nie – odparł. – Musisz pogadać z Amerykanami”.

Ogarnęło mnie przerażenie. Widywałem już dorosłych mężczyzn, którzy woleli wyrwać sobie wszystkie włosy z głowy niż rozmawiać z Amerykanami. Jak powszechnie wiadomo, podpisanie umowy z amerykańską telewizją zawsze kończy się na jeden z dwóch sposobów. Możecie zostać zwolnieni po siedmiu minutach, jeśli wasz program nie przyciągnie przed telewizory 62% mężczyzn z grupy wiekowej między dwudziestym piątym a czterdziestym rokiem życia. A jeśli ta sztuka wam się uda, to przez następnych pięć tysięcy lat będziecie zmuszeni mieszkać w Los Angeles, gdzie albo zapiszecie się na siłownię, zaczniecie uprawiać jogging i wybielicie sobie zęby, albo będziecie jedli tyle sera, że w końcu eksplodujecie.

Tego rodzaju rozważania zaprzątały moje myśli do czasu, aż stało się jasne, że Richard Hammond i James May chcą, by nasza trójka nadal trzymała się razem. A ponieważ Richard był bardzo podniecony perspektywą pracy w Ameryce, postanowiliśmy znaleźć sobie porządnego amerykańskiego agenta.

Z wieloma kandydatami rozmawialiśmy przez telefon. Niektórzy pofatygowali się nawet do Wielkiej Brytanii, żeby spotkać się z nami osobiście. Dość szybko zdaliśmy sobie sprawę, że amerykańscy agenci niczym się od siebie nie różnią. Każdy z nich uważa za kompletną stratę czasu wszystko, co nie ma związku z wielkimi kwotami pieniędzy. Jedzenie. Oddychanie. A także opinie innych. W głowie amerykańskiego agenta nie ma miejsca na żadną z tych rzeczy. „To będzie coś wielkiego” – powtarzali zgodnie.

I cokolwiek byśmy powiedzieli, ich odpowiedź brzmiała zawsze tak samo: „Tak, tak, jasne, oczywiście, tak, tak, zróbmy to, tak, tak”. Powtarzali to przez dziesięć albo piętnaście sekund za każdym razem, gdy tylko kończyliśmy mówić.

James May nie mógł tego znieść, więc albo w ogóle nie zjawiał się na umówionych spotkaniach, albo przychodził, by przez cały czas bawić się dzbankiem do herbaty. Richard Hammond z kolei był tak skołowany, że któregoś razu pojawił się na spotkaniu po wypiciu całego alkoholu, jaki tylko był dostępny w Wielkiej Brytanii. A ja? No cóż, ja też czułem się zupełnie zdezorientowany. Potrafię szybko pokonywać zakręty i głośno przy tym wrzeszczeć, ale nie jestem w stanie zrozumieć, co oznaczają „wynagrodzenie back-end”, „kontent over-the-top” i inne rzeczy, o jakich była mowa.

W końcu jednak udało się nam wybrać agenta, który okazał się na tyle rzutki, że lawinowo zaczęły do nas napływać coraz to nowe oferty pracy. Nigdy nie przeżyłem czegoś podobnego. Potrafię ciężko pracować, ale Bóg mi świadkiem, że tym razem harowałem tak, że musiałem zupełnie zrezygnować z picia alkoholu. Późną nocą odbierałem kolejne telefony z Kalifornii: nowe propozycje, nowe strategie, nowe pomysły na realizację programu. Musiałem podejmować decyzje dotyczące naszej przyszłości, a czegoś takiego nie da się robić po wypiciu kilku butelek Léoube.

Żeby móc w spokoju rozważyć napływające propozycje, Richard i ja wybraliśmy się razem z Andym do jego domu na południu Włoch. Pomysł był świetny, tyle tylko, że w okolicy domu Andy’ego nasze komórki nie miały zasięgu, a jakość łącza internetowego pozostawiała wiele do życzenia.

Kiedy więc chcieliśmy porozmawiać z ludźmi z Kalifornii, musieliśmy zasuwać do najbliższego miasteczka, a następnie rozproszyć się tak, by w trakcie połączenia konferencyjnego nie słyszeć nawzajem swoich głosów. W przeciwnym razie słyszałbym, co mówi stojący obok mnie Hammond, a następnie, po upływie sekundy lub dwóch, ponownie słyszałbym to samo – tym razem w moim telefonie.

Skutek był taki, że wszystkie ważne sprawy biznesowe omawialiśmy przy akompaniamencie łagodnego jazzu. Richard bowiem rozmawiał przez telefon, stojąc przed kawiarnią, w której odbywały się koncerty jazzowe – było to jedyne miejsce znajdujące się w zasięgu sieci komórkowej, a zarazem poza zasięgiem głosu mojego oraz Andy’ego.

O dziwo, udało nam się w końcu dojść do porozumienia i sfinalizować umowę. I, jak zapewne już wiecie, jesteśmy obecnie związani z Amazon Prime.

Żadnych reklam. Żadnych ingerencji w treść naszego programu. A do tego budżet na tyle duży, żebyśmy mogli robić wszystko, co tylko nam się zamarzy.

W moim przypadku oznacza to tyle, że będę mógł ponownie siadać za kierownicą różnych absurdalnych pojazdów i wchodzić w zakręty zbyt szybko, wydając przy tym dzikie wrzaski.

Zmykajcie, niedźwiadki – potrzebujemy bieguna północnego, żeby zachować pokój na świecie

To, że władze lokalne podejmują mnóstwo głupich decyzji, nie powinno nikogo zaskakiwać – w końcu wśród decydentów na szczeblu lokalnym roi się od pełnych najlepszych intencji półgłówków oraz monotematycznych fanatyczek o bujnie owłosionych pachach. To polityczna szósta liga, która swoim poziomem przypomina rozgrywki o Puchar Osiedlowego Sklepiku. Nic więc dziwnego, że w waszym pobliskim szpitalu przymierają głodem staruszki, a wszystkie okoliczne ronda zaprojektowane zostały zupełnie na opak.

Trudniej zrozumieć, dlaczego podobna nieudolność widoczna jest na arenie międzynarodowej. Kiedy szukamy odpowiedniego kandydata, który mógłby reprezentować Wielką Brytanię na spotkaniu Grupy G8 albo na ważnym posiedzeniu ONZ, nie sięgamy przecież do naszych trzecioligowych rezerw.

Nie posyłamy tam wiceprzewodniczącego komisji planowania z rady dzielnicy Macclesfield. Takie spotkania to polityczny odpowiednik mistrzostw świata, dlatego wystawiamy w nich naszych najbardziej utalentowanych zawodników. Podobnie jak wszystkie zainteresowane strony zdajemy się na ludzi najlepszych w swoim fachu. A mimo to nie udaje im się osiągnąć żadnych sensownych rezultatów.

Dlaczego tak się dzieje? Przecież Tony Blair, pomimo swoich licznych wad, nie jest idiotą. A jednak po powrocie z konferencji, na której spotkał się z innymi równie błyskotliwymi politykami, oznajmia nam: „Tak jest. Zamierzamy rozpętać wojnę, chociaż nie mamy zielonego pojęcia, co z tego wyniknie”.

Jak to możliwe? Jakim cudem zwykli, przeciętni ludzie, którzy zdali na tróję maturę z historii na poziomie podstawowym, wiedzą doskonale, co należałoby zrobić w sytuacji, w której polityk będący absolwentem Oksfordu wydaje się kompletnie zagubiony? No cóż, przemyślałem to i doszedłem do wniosku, że odpowiedź jest oczywista. Kiedy dochodzi do spotkania światowych przywódców, wszyscy jego uczestnicy, z wyjątkiem gospodarza, cierpią z powodu wyjątkowo dokuczliwej dolegliwości: zmęczenia wywołanego długą podróżą samolotem.

Sam należę do osób, które dużo podróżują. Naprawdę dużo. W zeszłym tygodniu byłem na Syberii. Za tydzień lecę do Nowej Zelandii. Potem odwiedzę Norwegię, Afrykę Południową, Moskwę i Holandię. Dziś rano jestem w Australii, gdzie mam poprowadzić program, który… Hm, nie mogę sobie przypomnieć, co to właściwie za program, bo jedyne, czego teraz pragnę, to znaleźć się w łóżku. Nie żeby miało to jakiś większy sens, bo nawet gdy już zanurkuję w pościel, to i tak nie zdołam zasnąć.

Zmęczenie po długim locie to – obok choroby morskiej oraz przymierzania spodni – najgorsza rzecz, jaka może przydarzyć się człowiekowi. Niektórzy twierdzą, że są na to odporni, ale to bzdura. Przypadłość ta dotyka każdego, kto spędził w samolocie dwadzieścia godzin i przez cały ten czas był wystawiony na promieniowanie oraz pozbawiony nikotyny.

Istnieją rzekomo różne środki zaradcze, ale to nieprawda. Próbowałem pić w samolocie wodę. Próbowałem też wypijać tysiąc sześćset butelek wina. Próbowałem spać i próbowałem nie spać. I nic. Zmęczenie po długim locie to koszmar, przed którym nie ma ucieczki.

W tym stanie nie da się myśleć racjonalnie, dlatego za każdym razem, gdy jestem w Australii, mówię lub robię coś, co wywołuje potem pełne furii komentarze w „Daily Mail”. Przeglądając rano menu śniadaniowe, marzę wyłącznie o kieliszku porto, a wieczorem, tuż przed pójściem spać, nachodzi mnie ochota na obfite angielskie śniadanie. O trzeciej w nocy urządzam sobie długie spacery, a o jedenastej przed południem, kiedy powinienem pracować, czuję, jak wiotczeją mi mięśnie szyi i odnoszę wrażenie, że mam w oczach mnóstwo piasku.

Jedynym lekarstwem jest czas. Potrzeba jednego dnia, by nasz zegar biologiczny przestawił się o godzinę. W przypadku dziewięciogodzinnej różnicy czasu, organizm zaadaptuje się do nowego miejsca nie wcześniej niż po upływie dziewięciu dni.

Oczywiście w moim przypadku nie jest to żadna tragedia, bo nawet przy najlepszych chęciach trudno uznać moją pracę za sprawę życia i śmierci.

Nie stanowi to problemu także w przypadku urlopowiczów, którzy poza leżeniem na plaży i czytaniem o przygodach Jacka Reachera nie robią absolutnie nic.

Inaczej jest z politykami. Żaden polityk nie ma dziewięciu dni na adaptację. Od razu po wyjściu z samolotu musi przywitać się wylewnie z facetami w długich szatach, którzy chcą od nas kupić kilka myśliwców bombardujących. W jakim celu? Tego polityk nie może sobie przypomnieć, ponieważ różni wyszczekani idioci w Wielkiej Brytanii uparli się, by odbył swoją podróż w klasie ekonomicznej, wciśnięty w ciasny fotel, obok płaczącego i wymiotującego niemowlaka.

To jeden z głównych powodów, dla których podczas spotkań na szczeblu międzynarodowym Amerykanom zawsze udaje się postawić na swoim. Ich przedstawiciele są rześcy i wypoczęci, ponieważ podróżują samolotem Air Force One, natomiast politycy pozostałych krajów podróżują liniami easyJet i przed wejściem na pokład muszą łykać różne pigułki, żeby złagodzić czekającą ich udrękę.

Ale pigułki nasenne to kiepskie rozwiązanie. Wyobraźcie sobie, że jesteście ministrem współpracy międzynarodowej: po zażyciu takiej pigułki wdacie się w bójkę na pięści z monsieur Hollandem, a potem podpiszecie umowę zobowiązującą Wielką Brytanię do spłacenia zadłużenia wszystkich krajów świata.

Rezygnacja z pigułki nasennej wcale nie jest lepsza. Tak czy inaczej, pobijecie się z monsieur Hollandem, a do tego nie zdołacie skupić się na tym, co będzie mówił gość w długiej szacie. W dodatku jedynym dźwiękiem, jaki wyda z siebie wasz tłumacz – tak jak wy zmęczony po podróży – będzie chrapanie.

Jak sądzicie, dlaczego uczestnicy konferencji klimatycznej w Kioto uznali, że światowe zapotrzebowanie na energię elektryczną można zaspokoić spalaniem ziaren słonecznika? Wszystko przez to, że tłumaczenie słów Johna Prescotta jest wystarczająco trudne nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach – a co dopiero w sytuacji, kiedy macie wrażenie, że wasz mózg zamienił się w papkę.

Weźmy przypadek Williama Hague’a. Moim zdaniem to wyjątkowo bystry gość i doskonały minister spraw zagranicznych. Tymczasem podczas niedawnej konferencji poświęconej sytuacji w Syrii oznajmił, że syryjska opozycja, którą zwalcza prezydent Asda (tak nazywa się syryjski przywódca według mojej autokorekty, najwyraźniej również cierpiącej z powodu zmęczenia po długiej podróży), powinna otrzymać od nas koce.

Serio? Ktoś naprawdę uważa, że to dobry pomysł? Albo syryjscy opozycjoniści są obłąkanymi islamskimi fanatykami, albo nie. W pierwszym wypadku w ogóle nie powinniśmy im pomagać. W drugim – powinniśmy dostarczyć im broń. Wysłanie koców może wydawać się dobrym rozwiązaniem tylko wówczas, kiedy wasz mózg myśli, że jest trzecia po południu, chociaż tak naprawdę mamy piątą nad ranem.

Na szczęście wpadłem na pomysł, jak rozwiązać te wszystkie problemy. Wymyśliłem antidotum na zmęczenie po długich podróżach samolotem. W przyszłości musimy po prostu organizować konferencje międzynarodowe w miejscu, w którym jest taka pora dnia, na jaką każdy ma akurat ochotę: na biegunie północnym.

A jeśli chcemy wyrównać nasze szanse z Ameryką, to może kupimy wreszcie samolot, na pokładzie którego reprezentujący nas politycy będą mogli nieco się przespać podczas każdej cholernej podróży?

10 marca 2013

Wybór jest prosty, telefoniczny petencie: tracisz forsę albo córkę

Gdybyście to wy byli Bogiem wszechmogącym i poszukiwali odpowiedniego miejsca na narodziny swojego jedynego dziecka, na pewno nie wybralibyście Betlejem, bo to koszmarne miasto. W ogóle nie dopuścilibyście do tego, by wasz jedyny syn dorastał w Ziemi Świętej. Wasz wybór padłby z pewnością na Nową Zelandię.

Nowa Zelandia sprawia, że człowiek zaczyna wątpić w Bożą mądrość. Bo gdyby Bóg naprawdę był wszechwiedzący, to w okresie Bożego Narodzenia dzieci nie śpiewałyby „Dzisiaj w Betlejem”, lecz „Dzisiaj w Wellington”, my zaś pragnęlibyśmy wznieść Jeruzalem na zielonych, urokliwych łąkach w okolicy Auckland. A Jezus, zamiast z Nazaretu, pochodziłby z Palmerston North.

Przebywam obecnie w Nowej Zelandii i muszę powiedzieć, że jest absolutnie wspaniała – do tego stopnia cudowna, że trzeba zagryźć zęby na grzbiecie własnej dłoni, żeby nie krzyczeć z zachwytu. Ale niestety przez nowoczesne technologie nie mogę rozkoszować się żadną z licznych atrakcji, jakie oferuje to miejsce. Ani winem, ani słońcem, ani zainteresowaniem tutejszych nad wyraz uprzejmych paparazzich. Wszystko przez to, że podczas podróży do Nowej Zelandii straciłem swoją kartę kredytową.

Oczywiście w tej sytuacji należało ją zablokować. Aby to zrobić, musiałem odbyć telefoniczną rozmowę z komputerem, który pogodnym tonem poprosił mnie o podanie szesnastocyfrowego numeru mojej karty. Odczytałem go, ale komputer mnie nie zrozumiał. Spróbowałem więc ponownie, tym razem naśladując najlepiej, jak umiałem, głos Richarda Burtona. Komputer nadal nic nie rozumiał. A potem połączenie zostało przerwane i musiałem zacząć całą procedurę od początku.

W końcu, po wstukaniu dwóch miliardów cyfr na klawiaturze swojego telefonu, połączyłem się z facetem w Indiach, który zadał mi kilka pytań kontrolnych, po czym oświadczył, że niezwłocznie zablokuje utraconą przeze mnie kartę… a także wszystkie inne karty wystawione na moje nazwisko.

„Hola, hola – zaprotestowałem. – Nie tak prędko”. Problem polegał na tym, że zablokowana zostałaby także ta karta, którą w razie nagłej potrzeby miała posłużyć się moja osiemnastoletnia córka, podróżująca właśnie po Namibii. Mój indyjski konsultant stwierdził, że jest mu niezmiernie przykro, ale jeśli zdecyduję się zablokować skradzioną kartę, to moja córka zdana będzie na pastwę każdego gwałciciela oraz włóczęgi w południowej Afryce.

Z powodu ograniczeń systemu komputerowego firmy Barclaycard, czyli wystawcy mojej karty kredytowej, można było zrobić w tej sytuacji tylko dwie rzeczy. Albo pozostawić skradzioną kartę aktywną i zaryzykować, że ktoś zapłaci nią za prywatny odrzutowiec, albo zablokować kartę, ryzykując tym samym, że moja córka wyląduje w domu byłego nazistowskiego dentysty, który będzie chciał się dowiedzieć, „czy to bezpieczne”.

Indyjski konsultant udał się na poszukiwanie swojego przełożonego, a mnie w tym czasie oczekiwanie umilała muzyczka, która grała tak długo, aż bateria w moim nowym iPhonie zupełnie się rozładowała.

Skoro już mowa o iPhone’ach: podczas niedawnego pobytu w Australii usiadłem na swoim starym i uszkodziłem ekran. Kupiłem więc nowy telefon, zakładając, że skoro wykonałem kopie wszystkich moich danych, to zostaną one bezproblemowo przeniesione do mojej nowej komórki. Jakże byłem naiwny.

Przeniesiona została tylko część danych. Z 1600 e-maili, jakie znajdowały się w mojej skrzynce odbiorczej, przeniesiony został jeden: zaproszenie na imprezę, które otrzymałem w lutym zeszłego roku.

A teraz kilka słów o samym telefonie. To iPhone 5, w którym, w przeciwieństwie do poprzedniego modelu, spacja zadziała wyłącznie wtedy, gdy zaczniecie w nią wielokrotnie uderzać. Wtedy na ekranie pojawi się odstęp wraz z poprzedzającą go kropką. Poza tym do nowego iPhone’a nie pasuje żadna z posiadanych przeze mnie dwóch tysięcy ładowarek.

W Apple musieli o tym wiedzieć, zanim wprowadzili nowy telefon na rynek. Po prostu musieli. Ale nie powstrzymało ich to przed wprowadzeniem go do sprzedaży. W Barclaycard zapewne też zdawali sobie sprawę, że to głupota, by w razie utraty karty kredytowej przez klienta blokować wszystkie inne karty wystawione na jego nazwisko. A mimo to nic z tym nie zrobili.

Podobnie jest z bankiem HSBC, którego kartę MasterCard próbowałem właśnie aktywować. Dodzwoniłem się w tej sprawie do kobiety z Walii, która poinformowała mnie, że wyśle kod PIN na mój domowy adres w ciągu sześciu dni roboczych.

Jak to możliwe, że ludzie z HSBC uznali to za dobre rozwiązanie? Być może spędzają teraz cały czas na spotkaniach, planując kolejną wkurzającą kampanię reklamową na lotniskach, i dlatego nie dociera do nich, że ich klienci na drugim końcu świata mogą potrzebować natychmiastowego dostępu do swoich pieniędzy. Natychmiastowego, a nie w ciągu sześciu dni roboczych, dwanaście tysięcy mil od miejsca, w którym aktualnie przebywają.

Z takimi sytuacjami spotykamy się na każdym kroku. Wczoraj na przykład usiłowałem porozmawiać z Jamesem Mayem przez telefon satelitarny. Urządzenia te są obecnie dostępne w ogólnej sprzedaży i reklamowane jako rozwiązanie mogące uratować wam życie, nieodzowne w wypadku podróży do odległych, niebezpiecznych zakątków świata, gdzie, będąc poza zasięgiem sieci komórkowych, możecie nagle potrzebować pomocy.

Zdradzę wam pewien sekret. Telefony satelitarne nie działają. Nie działały, kiedy byłem na biegunie północnym; nie działały, kiedy byłem na pustyni Atakama. Wczoraj, kiedy próbowałem porozmawiać z Jamesem, jego głos brzmiał tak, jakbym połączył się ze stadem mew, które zebrały się wokół tonącego eunucha.

Żeby sprawdzić, czy James faktycznie umiera, włączyłem satelitarne urządzenie lokalizacyjne, które powinno wskazać dokładne miejsce pobytu mojego kolegi. Z tego typu sprzętu korzystają osoby zarządzające flotami pojazdów – pozwala im kontrolować prędkość, kierunek jazdy oraz położenie każdego nadzorowanego samochodu. A teraz zgadnijcie, co się stało. Urządzenie lokalizacyjne nie zadziałało. Równie dobrze mógłbym próbować ustalić położenie Jamesa za pomocą różdżki radiestezyjnej.

Oczywiście dobrze wiem, w czym problem. W dzisiejszych czasach tempo zmian jest tak zawrotne, a konkurencja na rynku tak ostra, że firmy wprowadzają do sprzedaży produkty, na długo zanim te zaczną działać poprawnie w realnym świecie. Producent iPhone’a 5 oczekuje, że kupimy go tylko dlatego, że jest to nowy model. Podpisujemy umowę z bankiem HSBC w sprawie wydania karty MasterCard, a potem, jeśli tylko oddalimy się od naszego domu w Dorking, jesteśmy zmuszeni spędzić noc na ławce w parku, przykryci starą gazetą.

Fascynujące natomiast jest to, że nowoczesne technologie działają perfekcyjnie wtedy, kiedy ich celem jest uprzykrzenie nam życia. Jeśli fotoradar w Australii przyłapie was na przekroczeniu prędkości, to możecie być pewni, że maszyna precyzyjnie zarejestruje wszystkie niezbędne informacje; system komputerowy natychmiast uzyska wasze dane od firmy, w której wypożyczyliście samochód, a linie telekomunikacyjne łączące Australię z bazą danych Wydziału Ewidencji Pojazdów i Kierowców w Swansea spiszą się bez zarzutu.

Podobnie, jeśli przylecicie do Nowej Zelandii z kawałkiem jagnięciny w plecaku, to z pewnością namierzą was skanery na lotnisku i traficie do więzienia. Jeśli jednak spróbujecie zarezerwować bilet do teatru na następny czwartek, to w najlepszym przypadku otrzymacie od Barbary z British Airways następującego e-maila: „Dziękujemy za dokonanie rezerwacji na lot do Auckland”.

17 marca 2013