Wydawca: Insignis Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2009

Świat według Clarksona, część 3: Na litość boską! ebook

Jeremy Clarkson  

3 (4)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 390 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Świat według Clarksona, część 3: Na litość boską! - Jeremy Clarkson

Książki z serii Świat według Clarksona trafiły już do wielu milionów czytelników. Mimo to wokół nas w dalszym ciągu aż roi się od zatruwających życie absurdów. A to oznacza, że prywatna wojna, jaką Jeremy Clarkson prowadzi z wrogami zdrowego rozsądku, nie została jeszcze wygrana. Nasz bohater powraca więc w wielkim stylu i swoim ostrym piórem rozprawia się z tym wszystkim, co drażni, przeszkadza i irytuje.

Z „Części 3. Świata według Clarksona” dowiecie się między innymi: * jak zachować wieczną młodość; * dlaczego za nadciągający upadek naszej cywilizacji odpowiada YouTube; * czym należy się kierować, wybierając miejsce na wakacje; * jakie zwierzę najlepiej (i najtaniej) trzymać w domu; * czy kobiece pończochy są w stanie zapobiec zdziczeniu mężczyzny; * na czym polega problem z Ameryką.

Czy wiedzieliście, że Clarkson to najpunktualniejszy człowiek na świecie? A słyszeliście może o jego tajemniczej szafie i jej zawartości? „Część 3. Świata według Clarksona” to nie tylko kolejny, śmiały i kontrowersyjny manifest filozofii życiowej miłośnika szybkich samochodów, perkusisty amatora i przeciwnika angielskich pubów. To również pełna humoru i rozbrajających komentarzy lektura, która sprawi, że będziecie pękać ze śmiechu. A gdy już skończycie się śmiać, dojdziecie do wniosku, że Clarkson rzeczywiście ma rację!

Opinie o ebooku Świat według Clarksona, część 3: Na litość boską! - Jeremy Clarkson

Cytaty z ebooka Świat według Clarksona, część 3: Na litość boską! - Jeremy Clarkson

Pracuję z Richardem Hammondem, który jest tak męski, jak szuflada z majtkami jakiegoś geja. Kobiety jednak twierdzą, że ma oczy jak króliczek i że wygląda tak, jakby potrzebował matczynej opieki. Bzdury. Wygląda po prostu jak smerf.

Fragment ebooka Świat według Clarksona, część 3: Na litość boską! - Jeremy Clarkson

Tytuł oryginału

For Crying Out Loud!

The World According to Clarkson, Volume 3

MICHAEL JOSEPH

Published by the Penguin Group

Penguin Books Ltd, 80 Strand, London WC2R ORL, England

First published 2008

www.penguin.com

Copyright © Jeremy Clarkson, 2008

All rights reserved

The moral law of the author has been asserted

Redakcja i korekta

Maria Brzozowska

Piotr Mocniak

Skład

TOMASZ BRZOZOWSKI

Copyright © for the translation by Tomasz Brzozowski

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2009

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN-13: 978-83-61428-15-2 (wydanie zwykłe)

ISBN-13: 978-83-61428-16-9 (wydanie kolekcjonerskie)

INSIGNIS MEDIA

ul. Bronowicka 42 30-091 Kraków

telefon / fax +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl

www.insignis.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Dedykacja

Ta książka dedykowana jest Ruchowi Zielonych, Amerykanom oraz Inspektoratowi Zdrowia i Bezpieczeństwa Pracy z wdzięczności za dostarczanie mi tak wielu tematów.

Mama zna wszystkie najlepsze gry

Bądźmy przez chwilę szczerzy. Nie spędziliście mile Bożego Narodzenia, prawda? Wasz indyk był zbyt suchy, wasze dzieci przez cały dzień ślęczały przyklejone do swoich „internetów”, a wy nawet nie zaprzątaliście sobie głowy obejrzeniem świątecznego telewizyjnego superhitu, bo od lat macie go na DVD.

To, czego wam zabrakło, by rozkręcić atmosferę, to moja mama. Przyjechała do mnie z żelaznym postanowieniem, by nasze święta wyglądały dokładnie tak jak święta, które spędzała będąc dzieckiem.

Tylko bez dyfterytu i nalotów bombowych.

Moja mama nie lubi amerykańskich programów telewizyjnych, bo nie rozumie, „o co w nich chodzi”. Nie lubi też konsoli PlayStation, bo ogłupiają. I nie cierpi „internetów”, bo nigdy nie działają.

Lubi za to gry salonowe. A ponieważ z moją mamą nie można się sprzeczać, to w nie właśnie graliśmy.

Na samym początku dzieci były zaniepokojone. Ich zdaniem wszystko, co nie korzysta z prądu, jest ponure i odrobinę przerażające. Dlatego pomysł, by stanąć przed całą rodziną i odegrać scenę z książki albo z filmu, plasował się według nich gdzieś między nonsensem a czarną magią.

To dziwne, ale najwyraźniej spodobało im się. Zaznaczam, że zabawa z siedmioletnią dziewczynką nie jest łatwa, bo wszystko, co mogła odegrać, sprowadzało się do sześciu słów, biegania na czworakach w tę i z powrotem po jadalni i ujadania. Zwykle prawidłową odpowiedzią był dwuwyrazowy tytuł głośnego, nakręconego bez udziału psów filmu – Piraci z Karaibów. Z drugiej strony, moja mama umiała odgrywać wyłącznie sceny z książek oraz z filmów z lat czterdziestych ubiegłego wieku; to jednak najwyraźniej wcale nie ostudziło entuzjazmu dzieci. Zapragnęły nawet obejrzeć Drogę do gwiazd, głównie dlatego, że w wykonaniu mamy zabrzmiała jak Grand Theft Auto: Vice City. Nie znoszę kalamburów, ale mimo iż usiłowałem zakończyć tę farsę naśladując Diabelskie błogosławieństwa Baltazara B, rodzina zagrzała mnie do gry okrzykami aplauzu. Kolejną książką, którą usiłowałem zepsuć ten dzień, był album Wersal widziany z perspektywy Szwecji, praktycznie niemożliwy do odegrania i jeszcze trudniejszy do odgadnięcia. Gdy i to zawiodło, uciekłem się do całkowicie niewykonalnej monografii Franka McLynna 1759: Rok, w którym Brytania została władczynią świata. W końcu, gdy moja mama mruczała coś jeszcze o nienagannej i nieamerykańskiej dykcji Trevora Howarda z Drogi do gwiazd, gdy córka wciąż ujadała pod stołem, a ja próbowałem odegrać serial dokumentalny BBC Co by było,gdyby…, na szczęście zdecydowaliśmy się zagrać w coś innego.

Tylko nie w „Monopoly”.

Boże, uchowaj! W czwartek muszę być w Norwegii, a jeśli rozpętamy tę najnudniejszą grę planszową świata, wciąż będę zmierzał swoim stateczkiem do pola z napisem „Angel Islington”. Na szczęście słowo „Monopoly” okazało się dla mojej mamy zbyt nowoczesne, w dodatku w jej czasach grało się w gry własnej roboty.

W ruch poszły długopisy i papier. Nie chce mi się wyjaśniać zasad gry, którą zaproponowała moja mama, ale z grubsza rzecz biorąc chodzi o to, by przypominać sobie nazwy państw, żeńskie imiona i obiekty z przestrzeni kosmicznej, które zaczynają się na określoną literę. Brzmi okropnie, w szczególności w zestawieniu z oglądaniem Simpsonów czy strzelaniem prostytutce z Los Angeles między oczy, ale wiecie co? Dzieciom ta gra przypadła do gustu jeszcze bardziej niż kalambury.

Moja córka była tak wciągnięta w rozgrywkę, że ujawniła niespodziewaną i jak dotąd nieobserwowaną u niej umiejętność pisania. Nie żartuję. Płacimy 5 milionów funtów za semestr. Ma nianię. W dodatku spędzamy niezliczone godziny na próbach oderwania jej od Piratów z Karaibów i na wsadzaniu jej nosa w książkę, i wszystko to bezskutecznie. Nigdy, przenigdy nie napisała niczego, co można by uznać za słowo.

Tymczasem tego dnia pisała tak dużo, że aż zużył się jej cały wkład; gdy musiała iść do łóżka – wyła jak potępieniec.

Kiedy dzieci leżały już w ciepłej pościeli, zrobiłem to, co każdy mężczyzna o zdrowych zmysłach zrobiłby na moim miejscu: sięgnąłem po pilota. Moja mama miała jednak inne plany Nakryliśmy więc obrusem układankę, którą właśnie przygotowywała, i zaczęliśmy grać w karty To był niezły odlot. Dym, wino, przebijanie i rosnące napięcie. Nie ma takiego programu telewizyjnego, takiej strony internetowej, a już na pewno takiej gry na PlayStation, która mogłaby dostarczyć takich wrażeń jak siedzenie przy stole, w stanie lekko wskazującym, w pokoju z atmosferą gęstą od kłamstw, ze słabymi kartami ściskanymi kurczowo w dłoni. Wydaje mi się, że gra w karty daje wszystko, czego można chcieć od życia. Jest tak pasjonująca, jak – nie przymierzając – dramat, i tak przyjemna, jak atmosfera podczas wspólnej kolacji. Jest oprócz tego zabawna, darmowa, przyjazna środowisku i stwarza okazję, by pobyć z rodziną.

Co więcej, po tym jak odkryłem, że moja córka potrafi pisać, nazajutrz podczas gry w „Blob!” spostrzegłem, że umie też przeprowadzać w pamięci skomplikowane rachunki. Przez 12 miesięcy z okładem wciskała nam, że nie umie liczyć, tymczasem umie, i to cholernie dobrze, liczyć karty. Jak Boga kocham, przez trzy dni świąt nauczyła się więcej, niż przez trzy lata szkoły!

To nie wszystko – również i cała nasza rodzina bawiła się o wiele lepiej, niż przy zdalnie sterowanym Roboraptorze i naszych „internetach”.

Tak więc gdy walisz teraz w klawisze PlayStation zastanawiając się, dlaczego ktoś znów skopał cię na śmierć, lub gdy oglądasz film, który widziałeś już wcześniej milion razy, i to bez przerywających go reklam, pozwól, że zaproponuję ci pstryknięcie w główny wyłącznik w skrzynce z bezpiecznikami, rozpalenie w kominku i oddanie się kartom, długopisom i papierowi.

Unikajcie tylko kalamburów.

To sposób, w który natura tłumaczy, dlaczego nie udało się wam zostać aktorem.

Niedziela, 1 stycznia 2006 r.

Olimpijska wioska? Wolę wiejską olimpiadę…

Obserwując zapierający dech w piersiach sylwestrowy pokaz ogni sztucznych w Londynie, ostatecznie wyrobiłem sobie opinię na temat Wielkiej Brytanii jako gospodarza olimpiady Na początku chciałbym wyjaśnić, że nie przepadam zbytnio za lekkoatletyką. Bieganie, jeśli mam być szczery, jest świetne jeśli spóźniasz się na pociąg lub gdy masz 10 lat, natomiast idea uganiania się w kółko tylko po to, by okryć się chwałą, trąci mi nieco średniowieczem.

A skoro już mowa o średniowieczu, weźmy rzut oszczepem. Wyobrażam sobie, że w zamierzchłych czasach, kiedy ludzie jadali bizony, a pan Smith nie spotkał jeszcze pana Wessona, gość, który umiał cisnąć dzidą na dużą odległość, faktycznie mógł dzięki temu mieć wiele żon. Dziś jednak nie rajcuje mnie jakoś specjalnie widok gigantycznego Polaka miotającego kijem.

Podobnie – rzut młotem. Gdy jakiś ogromny Uzbek ciśnie go w rząd G drugiego balkonu na stadionie, to czy myślimy, że jest najlepszym miotaczem na świecie? A może najlepszym miotaczem spośród tych, którzy poświęcili ostatnie cztery lata swojego życia na rzucanie młotami?

Nawet przy najlepszych chęciach trudno uznać to za jakiś szczególny zaszczyt.

Nieważne. Igrzyska olimpijskie są jak parka naszych prezenterów – Richard i Judy. Czy lubisz ich czy nie – istnieją i są znani. Przez ostatnie kilka miesięcy dręczyła mnie jednak inna kwestia: czy powinienem się cieszyć, że olimpiada odbędzie się w Londynie?

Uważam, że Lord Sir Papież Arcybiskup Hrabia Książę Król Seb Coe1 powinien zostać sowicie wynagrodzony za zapewnienie Wielkiej Brytanii zwycięstwa. Zatrudniono go, by pobił Francuzów, a on, ubrany w beżowy garnitur, mówiąc o „multitożsamości etnicznej”, zrobił dokładnie to, czego od niego oczekiwano. Brawo! Teraz jednak przygotowanie imprezy zostanie przekazane tym, którzy wybudowali Millenium Dome, zajmują się państwową służbą zdrowia, obsługują system azylowy i zarządzają siecią dróg; tym, którzy utworzyli Agencję Wsparcia Dziecka, najechali Irak, stoją na straży rabatu brytyjskiego przy wpłatach do budżetu Unii Europejskiej i chronią zamieszkujące w naszym kraju lisy.

Gdybyśmy zatem przewinęli film do lata 2012 roku, do ceremonii otwarcia igrzysk, to co prawdopodobnie ujrzelibyśmy? Doskonale wymieszanych pod względem etnicznym londyńskich uczniów, paradujących po prawie ukończonym stadionie w kaskach budowlanych i w okularach ochronnych, na wypadek, gdyby jakimś trafem miał na nich paść blask ognia olimpijskiego. Nie byłoby basenu, bo inspektorat BHP uznałby, że „zagraża utonięciem”.

Ale to będzie za jakiś czas. Obecnie najbardziej martwię się nadchodzącymi sześcioma latami, przez które na oczach całego świata będziemy się borykać z wybudowaniem odpowiedniej infrastruktury.

Jeśli o mnie chodzi, to jedynymi kryteriami przy podejmowaniu decyzji byłyby dobry projekt i jego koszt. Ale nie ja tu rządzę, lecz ludzie z BHP A oni spędzą każdą możliwą chwilę spierając się z ludźmi, którzy chcą wszystkich miejsc siedzących skierowanych na wschód, by uszczęśliwić wszystkich muzułmanów oraz z ludźmi, którzy odkryli jakiegoś rzadkiego ślimaka w Newham i woleliby, by wioska olimpijska została zbudowana gdzieś indziej, oraz z tymi, którzy żądają, by prąd uzyskiwać wyłącznie z wiatru i fal, bo mamy przecież to cholerne globalne ocieplenie.

Każde igrzyska, począwszy od tych z roku 1948 w Los Angeles, albo przyniosły zysk, albo przynajmniej się zwróciły. Założę się jednak, że Wielka Brytania pobije tu rekord. Bo w przeciwieństwie do Amerykanów, Australijczyków i w szczególności do Greków, mamy obsesję na punkcie ratowania wielorybów, dokarmiania biednych i zielonej ideologii. Poza tym wbito nam do głów, że nawet na placu budowy nikomu nie może przytrafić się nic złego.

Skoro ludzie gotowi są trwonić nasze pieniądze na kurtki o wysokiej widoczności i ekologiczne dywaniki modlitewne, pomyślcie tylko, jak wielkie kwoty mogą zmarnotrawić, by zaspokoić chciwość tych, którzy mieszkają i pracują w miejscu, gdzie stanąć ma wioska. Już słyszałem przedsiębiorców twierdzących, że rekompensaty, które zaoferowano im w zamian za przeniesienie ich beznadziejnych firm w inne miejsce, są o wiele za małe. Czują zapach pieniędzy i wiedzą, że tym, co dzieli ich od pobytu w domu spokojnej starości w Hiszpanii, jest banda tępych liberałów, którzy nie są w stanie zbilansować budżetu wioski.

Cóż więc można zrobić, by uniknąć tego katastrofalnie kosztownego fiaska? Moglibyśmy na przykład przekazać to zadanie Francuzom. Albo wojsku. Problem w tym, że rozważając wszelkie za i przeciw, chciałbym, żeby olimpiada odbyła się jednak u nas. Co można na to poradzić? Sięgnijmy do korzeni olimpiady i zorganizujmy całą imprezę w szkole moich dzieci. Naprawdę! Pewnego dnia przechadzałem się po szkolnych boiskach i zacząłem się zastanawiać, czegóż więcej mogliby chcieć olimpijczycy.

Podczas corocznego dnia sportu szkoła ta jest w stanie jednocześnie zorganizować sześć wyścigów sprinterskich, cztery mecze hokejowe i kilka konkurencji pływackich na pełnowymiarowym basenie. Nieopodal płynie nawet rzeka, specjalnie dla Matthew Pinsenta2. Jedyne, co należałoby zrobić, aby przekształcić ten kompleks w olimpijską wioskę, to powiększyć piaszczyste skocznie w dal. A tak się składa, że znam miejscowego budowlańca, który podjąłby się tej pracy, nie ryzykując bezpieczeństwem swojej siły roboczej i nie przyczyniając się do efektu cieplarnianego, za jakieś 250 funtówNaprawdę nie żartuję. Jeśli wejdziecie do Google Earth, zobaczycie, że mimo intensywnych starań Johna Prescotta, zmierzających do budowania domów na każdym szkolnym boisku sportowym w naszym kraju, południowo-wschodnia część Anglii jest pokryta mnóstwem obiektów sportowych. W samym Surrey znajduje się wystarczająca liczba basenów, by zapewnić Markowi Spitzowi3 40 lat pływania bez przerwy A zatem, moja wizja jest następująca: nie stawiajmy się w roli gospodarzy najbezpieczniejszych, najpoprawniejszych politycznie i prowadzących do globalnego oziębienia igrzysk olimpijskich wszech czasów. Zorganizujmy najmniejsze. A wtedy płynące z tego oszczędności – jakieś 5 miliardów funtów – moglibyśmy przeznaczyć na najważniejszą część ceremonii otwarcia igrzysk. Na pokaz sztucznych ogni.

Niedziela, 8 stycznia 2006 r.

Wakacje z gwiazdami

W zeszłym tygodniu dowiedzieliśmy się, że rządzący Sardynią planują nałożenie druzgocących podatków na bilionerów, którzy przybijają do wyspy w swoich pałacach dżinów lub przylatują na nią wysadzanymi onyksem samolotami. Jestem przekonany, że ta wiadomość spodoba się oddanym czytelnikom „Guardiana”.

Z grubsza rzecz biorąc chodzi o to, że pływający jachtami, których długość przekracza milę, zostaną uderzeni tam, gdzie zaboli ich najbardziej – po portfelu. W dodatku letnie rezydencje położone w odległości 200 metrów od brzegu zostaną objęte specjalnym podatkiem lokalnym, który sprawi, że ich właściciele dostaną oczopląsu.

To jeszcze nie koniec ekscytujących wiadomości. Okazuje się bowiem – uważajcie – że tamtejszy przywódca, Robino di Hood, twierdzi, iż zdobyte w ten sposób pieniądze – a może to być 550 milionów funtów rocznie – zostaną wydane na ochronę młodych lisków i na łatanie dziury ozonowej.

Niezależnie jednak od tego, jak wspaniałym przyjęciem w ekosocjalistycznych kręgach może cieszyć się ten pomysł, ja osobiście mam jednak spore wątpliwości, czy superbogaci rzeczywiście będą chcieli płacić jeszcze więcej. Oczywiście, Sardynia to bardzo ładny zakątek świata, ale jest przecież sporo innych, równie pięknych, do których mogą się udać. I zrobią to. A pozbycie się ich uśmierci Sardynię jako cel wycieczek turystycznych jeszcze szybciej, niż doniesienia o kilku kiepsko czujących się kurczakach.

Pozwólcie, że wam to wyjaśnię. Mój znajomy wrócił niedawno z urlopu na Jamajce. Zapytałem go, jak było, spodziewając się usłyszeć o jedzeniu, hotelu, plaży i o tym, ile razy obcięli mu ręce naćpani crackiem yardies4. Tymczasem – nie. Powiedział, że widział Helen Fielding, Laurę Bush i całą rodzinę Eastwoodów, z wyjątkiem – co było wielkim rozczarowaniem – dziadziusia Clinta.

Oto jak dziś oceniamy miejsca, do których wyjeżdżamy na wakacje – nie po tym co, lecz kogo możemy tam zobaczyć.

Z tej perspektywy Reykjavik kładzie Jamajkę na obie łopatki – w zeszłym roku, gdy byłem na rodzinnych wakacjach w „krainie ognia i lodu”, przebiłem Helen Fielding, Laurę Bush i Kiri Tiki NikiWarę5 razem wzięte, a potem przebiłem jeszcze rodzinę Eastwoodów, bo zobaczyłem samego Clinta, który meldował się w hotelu, gdy ja właśnie się wymeldowywałem. Wieść o tym tak rozemocjonowała mojego innego znajomego, że wybrał się na Islandię, by spędzić tam zimowy urlop, a gdy wrócił, powiedział, że owszem, życie nocne jest tam bardzo wesołe, a wulkany bardzo aktywne, ale główną atrakcją jego pobytu stała się przejażdżka hotelową windą z Quentinem Tarantino.

Właśnie to czyniło Sardynię tak kuszącym miejscem. Wcale nie jej szmaragdowe wody i piaszczyste plaże, a raczej możliwość zobaczenia księżniczki Karoliny i Romana Abramowicza, imprezujących w jednym z barów Agi Khana.

To dlatego Sardynia zawsze wypadała lepiej niż Korsyka. Zgadza się, francuska wyspa olśniewa widokami w większym stopniu niż jej włoska sąsiadka, jest też bardziej interesująca pod względem historycznym. Zawsze jednak była gorsza jeśli chodzi 0 jakość bawiących na niej gwiazd.

Podczas licznych spędzanych tam przeze mnie wakacji, jedyne sławy, na które się natknąłem, to Zoë Ball, Mick Hucknall 1 Jeremy Paxman.

To i tak lepiej niż w Dubaju. Podczas mojej ostatniej wizyty okazało się, że mieszkam w tym samym hotelu, co Chris Tarrant, Grant Bovey i Anthea Turner. Czułem się jak w potrzasku ciepłego i rozmiękłego talk-show, nadawanego w dziennym paśmie przez telewizję ITV Do dopełnienia tego przesłodzonego obrazu poczucia bezpieczeństwa i ckliwości brakowało mi tylko kolejnej osobowości telewizyjnej – Richarda Hammonda.

Świetnym studium przypadku jest tu Barbados. Jest jednym z najgęściej zaludnionych krajów na świecie, jego krajobraz jest pozbawiony jakichkolwiek wzniesień, a na wakacje do jego południowej części ściąga wiele osób z tatuażami. Po co więc się tam pchać? No cóż, z pewnością atutem są tu bezpośrednie połączenia lotnicze i mnóstwo świetnych restauracji; to jednak ludzie, których można w tychże restauracjach zobaczyć, są powodem, który sprawia, że hrabstwo Cheshire zupełnie pustoszeje.

W restauracji takiej jak Cliff można spotkać Gary’ego Linekera, Laurence’a Llewelyn-Bowena i Ulrikę Jonsson, wszystkich tego samego wieczoru. Dzięki takiemu triumwiratowi każdy uzna swój wakacyjny wypad za spełniony. Tylko pomyślcie: będziecie mieli potwierdzenie, że wasz kulinarny gust pokrywa się z gustem nestorów: piłki nożnej, urządzania wnętrz i… bycia Szwedką.

Wcale nie jestem snobem. Znam całe mnóstwo popularnych i modnych osobowości medialnych, które co roku udają się na wakacje do Toskanii z rozpaczliwą nadzieją, że gdy będą robić zakupy w San Gimignano, poszukując wyprodukowanych na zasadach uczciwej konkurencji, ekologicznych, antyjądrowych, pokojowych, południowoafrykańskich chipsów o smaku pesto, wpadną na Johna Mortimera.

Syndrom gwiazd dotyka praktycznie każdego z nas i wpływa na każdą decyzję związaną z naszym stylem życia. No bo czy wydalibyście 1100 funtów na żółty jak jajecznica notes w oprawie ze skóry aligatora, którego zdjęcie pojawiło się w zeszłym tygodniu w dodatku do magazynu „Style”? Raczej nie. No, chyba że na fotce jakiegoś paparazziego zobaczylibyście Gwyneth Paltrow, jak trzyma ów notes podczas robienia zakupów. Wtedy przehandlowalibyście za niego nawet zdrowie własnych dzieci.

To właśnie dlatego ludzie czekają 200 lat w kolejce do rezerwacji stolika w restauracji Ivy. To dlatego ślinią się na myśl o wysłaniu latorośli do Marlborough College. Ta świetna bez wątpienia placówka stała się obecnie o wiele świetniejsza dzięki obecności Eugenii Mountbatten-Windsor, księżnej Yorku.

To dlatego wioska Barnsley w Gloucestershire stała się tak drogim miejscem. Oczywiście, że to zaścianek, ale odkąd w tamtejszym pubie stale gości Kirsty Young, prezenterka wiadomości kanału Five, każdy pozuje na nadzianego.

Jeśli jednak uważasz to wszystko za jakiś koszmar i prędzej zjesz swój własny nos niż będziesz chciał podczas wakacji mieszkać w tym samym hotelu co Jade Goody i Nick Knowles, nie popadaj w rozpacz.

Jedź na Sardynię. Bo jeśli tamtejsze plany podatkowe wejdą w życie, nikogo już tam nie będzie.

Niedziela, 15 stycznia 2006 r.

Najgorsze słowo w naszym języku

Czarnuch. Połamaniec. Pedał. Asfalt. Karzeł. Kaleka. Grubas. Kulas. Paki6. Mick7. Mongoł. Cwel. Ciota. Cygan. Tych słów używać już nie wolno. Z drugiej strony, o dziwo, za zupełnie dopuszczalne wśród osób parających się turystyką i hotelarstwem uchodzi doprawianie swoich rozmów słowem „napój”. W języku angielskim istnieje kilka pretensjonalnych i zupełnie niepotrzebnych słów. Smaczny. Posiłek. Kuchnia. Pożywny. Oraz apokaliptycznie wręcz ohydny wyraz „upominek”. Mam też uwarunkowaną biologicznie awersję do określania domu jako home zamiast po prostu house. Zatem jeśli zaprosisz mnie „do swojego domu (home) na miskę pożywnej pasty”, prawie na pewno na ciebie zwymiotuję.

A teraz słowo najgorsze. Najobrzydliwszy artykułowany hałas. Pisk paznokci sprinterki Flo-Jo wywołany ich kontaktem z największą tablicą świata, dźwięk polistyrenu pocieranego o polistyren, płacz niemowlęcia, gdy właśnie masz kaca. To „napój”, czyli beverage. Dawno temu, w Eton College, panował zwyczaj tzw. bever days, czyli „piwnych dni”, kiedy chłopcom wyjątkowo serwowano piwo. I prawie na pewno słówko beverpochodzi od jakiegoś skomplikowanego łacińskiego wyrażenia, zrozumiałego wyłącznie dla Borisa Johnsona8. Stąd właśnie bierze się cały problem. Osoby, które pracują na pokładach samolotów i w hotelach, wbiły sobie do głowy, że słowo beverage, ze swoim etońskim i łacińskim wydźwiękiem, jest w pewien sposób wytworne, co uzasadnia jego używanie przy zwracaniu się do klienta.

A teraz posłuchajcie. Ów klient to prawie na pewno biznesmen, a biznesmeni latający po Europie samolotami rejsowymi i zatrzymujący się w hotelach dla biznesmenów plasują się dość nisko w biznesowej hierarchii. Myślicie, że włączają swoje komórki w chwili lądowania samolotu, bo tokijska giełda zwija się w bólach, gdy nie ma ich pod telefonem? Nie. Powód, który sprawia, że tak cholernie szybko po nie sięgają, to chęć sprawdzenia, czy jeszcze nie wylali ich z pracy.

Naprawdę, nie musicie traktować ich tak, jak wasi koledzy po fachu – służący – traktują swoich pracodawców w serialu Upstairs, Downstairs. Popołudnia nie upływają im na okrawaniu ze skórek kanapek z ogórkiem. Nie odmawiają modlitw przed posiłkiem. Nazywają się Steve i Dave i wiecie, co robią na swoich laptopach w hali odlotów? Może organizują odwrotną fuzję hedgingową z General Electric? Obawiam się, że nie. Przeglądają w internecie zdjęcia panienek w kostiumach kąpielowych.

Na litość boską! Należę do klasy średniej. Uczęszczałem do szkoły, którą większość ludzi określiłaby mianem ekskluzywnej. Gdybym jednak wrócił do domu i powiedział żonie, że chcę „napój”, jej pięść wylądowałaby na mojej twarzy.

Gdy jestem w podróży, nie muszę być traktowany jak Hiacynta Bukiet. Chciałbym, żebyście w końcu pojęli, że mówię tak jak wy, i że doskonale was zrozumiem, jeśli powiecie, że w moim pokoju znajduje się czajnik. Nie musicie silić się na „możliwość parzenia herbaty i kawy”.

Proszę, przestańcie też dodawać formułkę „jeśli można” na końcu każdego pytania. Czy mógłbym prosić o pańską marynarkę, jeśli można? Czy mógłbym zaproponować panu obiad, jeśli można? Albo w tym tygodniu, podczas powrotu samolotem ze Skandynawii: „Czy życzy pan sobie coś do picia, jeśli można?”. Cóż złego jest w pytaniu: „Może jeszcze jednego drinka?”… Jest jeszcze kwestia nadużywania zaimków zwrotnych.

Pisałem o tym już wcześniej, ale sytuacja wciąż się pogarsza. Zaimki zwrotne używane są wtedy, gdy wykonawca czynności sam jej podlega. Na przykład: ubieram się. Nie można jednak powiedzieć: „skontaktuj się z »moim się«”9, bo to sprawi, że wezmą cię za imbecyla. Jeśli wyślesz do klienta list, w którym napiszesz, że „mój zespół i ja chętnie spotkamy się z »pana się«”, bądź przygotowany na pewien zawód. Bo gdybym to ja był tym klientem, zjawiłbym się w twoim biurze od razu. Potem stanąłbym na twoim biurku i ulżył „mojemu się”.

Nie jestem jakimś maniakiem gramatyki – z dość dużą nonszalancją podchodzę do jej reguł – ale jeśli ktoś mówi „mojemu się” zamiast „mnie”, w moich uszach brzmi to wulgarniej niż „niedorobiony czarnuch”.

Zanim zabierzecie się do sformułowania zdania, zastanówcie się nad najkrótszym sposobem przekazania jego treści, nie nad najdłuższym. Najwidoczniej panuje ogólne przekonanie, że skorzystanie z większej liczby słów niż jest to niezbędnie konieczne, jest w pewien sposób bardziej uprzejme. Prawie na pewno właśnie z tego powodu podczas jakiegoś lotu zaoferowano mi „artykuły chlebowe”.

Najwyraźniej widać to w przemyśle gastronomicznym, który regularnie oferuje mi „wybór zarówno sera cheddar, jak i brie”. Chwila, moment. Zapomniałem o niepotrzebnych przymiotnikach. Powinienem był napisać „wybór zarówno smakowitego sera cheddar, jak i kremowego brie”.

„Czy mógłbym już zapisać zamówienie »pana się«, jeśli można?”. „Tak, poproszę o solidną porcję rozgrzewającej zimową aurę zupy i miskę pożywnej pasty z wyśmienitymi, zbieranymi ranną rosą pomidorami, dziękuję. A potem, jeśli tylko według »pana się« jest to możliwe, talerz wywołującego krztuszenie i szturmującego nozdrza sera stilton”.

To wszystko brednie. Dlaczego „miska pasty” ma być bardziej przekonująca od „talerza pasty”? Dlaczego nie powiedzieć po prostu „pasta”? Nie ma tu przecież powodów do obaw – zakładam, że pasta zostanie podana na takim czy innym naczyniu stołowym, podobnie jak przypuszczam, że jeśli ktoś w moim pokoju umieścił czajnik, zostawił też kilka granulek kawy.

Pożegnam się z wami najlepszym przykładem podobnych nonsensów, jaki znam. Chodzi o stojak z gazetami w hotelowym holu, z napisem: „Gazety – zaznaj przyjemności czytania”.

Jedyną, którą tam wyłożyli, był „Guardian”. Napis nie był więc poprawny nawet pod względem czysto formalnym.

Niedziela, 22 stycznia 2006 r.

McEton – zmyślna angielska franszyza

Zgodnie z zaleceniami Tony’ego Blaira, który usiłuje zmienić wizerunek całego naszego narodu, wciska się nam, że Londyn nie jest już miejscem, w którym przebywa królowa, kilku strażników Tower i 10 000 gadatliwych taksówkarzy, którzy zawsze wiedzą, dokąd jadą.

Nie – obecnie jest to tętniąca życiem, wielokulturowa metropolia, w której można usłyszeć 600 różnych języków, nawet podczas krótkiego wypadu na zakupy.

Podobno to właśnie taki obraz Wielkiej Brytanii wygrał dla niej organizację igrzysk olimpijskich; zastanawiam się jednak, jak wpłynie on na bilans płatniczy naszego kraju.

Turyści nie odwiedzają nas ze względu na pogodę tudzież wykwintność regionalnej kuchni. Nie przyciągają ich ani wyjątkowo korzystne ceny hoteli, ani nasze plaże, ani Birmingham. Nigdy jeszcze nie spotkałem Amerykanina lub Japończyka, który wyznałby:

– Chciałbym wybrać się do Wielkiej Brytanii, by móc tam kupić arabską gazetę w bengalskim kiosku, w którym sprzedaje mówiąca po polsku kasjerka.

Tym, co większości obcokrajowców podoba się w Wielkiej Brytanii, nie jest wielokulturowość, tolerancja czy jakikolwiek inny nonsens wymyślony przez Partię Pracy Nie. Tym czymś jest nasza historia. Szekspir. Pałac Blenheim. Gwardziści w groteskowych czapach, którzy ani drgną. Owszem, turyści rzucą czasem okiem na kilka zdechłych psów w jakiejś galerii sztuki nowoczesnej, ale tylko dlatego, że spędzili przedpołudnie na otwartym pokładzie jednego z autobusów wycieczkowych i trochę zmarzli.

Czy wrócą do domu, dajmy na to, z bejsbolówkami noszonymi przez współczesną brytyjską policję? Czy może jednak z plastikowym hełmem należącym do tradycyjnego policyjnego umundurowania? Co przyciągnie więcej zwiedzających: dom rodzinny Anne Hathaway10 czy miejsce urodzenia Benjamina Zephaniaha11? Weźmy linie lotnicze British Airways. W czasach, gdy personel pokładowy nosił marynarki, a wystrój samolotów utrzymany był w szarej i szafirowej tonacji, kapitanowie musieli strącać obcokrajowców ze schodków kijami bejsbolowymi. Kiedy BA przerzuciły się na styl etniczny z krzykliwie pomalowanymi statecznikami, położyły cały interes.

Każda branża brytyjskiego przemysłu wie, że we wszystkich globalnych kampaniach reklamowych powinna wykorzystywać przepych, tradycję, herbatę i historię. W ten oto sposób płynnie przechodzimy do brytyjskiej instytucji, która jest wręcz przesiąknięta tradycją i historią. Do naszych szkół prywatnych.

Znajdą się tacy, szczególnie wśród socjalistów, którzy uważają, że owe szkoły są niczym innym, jak tylko siedliskiem przestarzałych zasad, okrucieństwa, nierówności społecznej, narkotyków, przemocy szkolnej i pederastii. Otóż nie. Kiedy w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku uczęszczałem do szkoły w Repton, nie chodziliśmy we frakach i prawie nigdy nikogo nie podpaliliśmy. Przeciwnie, moja szkoła przypominała trochę dzisiejszy Londyn. Chodziły do niej dzieciaki z Iranu, Japonii, Trynidadu, a nawet z Etiopii.

Posłane do niej przez swoich rodziców, którzy chcieli zapewnić im tradycyjne brytyjskie wykształcenie, w większości liznęły wcześniej zaledwie podstawy angielskiego. A mimo to wciąż uczęszczały, stawiając czoła komplikacjom wieku dojrzewania, tysiące mil od rodzinnego domu, nie umiejąc porozumieć się z nauczycielem, kierownikiem internatu, a nawet ze sprzedawczynią w wiejskim sklepiku.

Było mi ich żal – nie na tyle, co prawda, by zaniechać podkradania im herbatników – ale faktycznie, czułem, że minusy pobierania edukacji tak daleko od domu przeważają nad jedynym dostrzegalnym plusem, a mianowicie nad powrotem do Etiopii ze znajomością łacińskiego odpowiednika zwrotu „co słychać?”.

Teraz jednak szkoła w Repton zaprezentowała genialny pomysł. Chce, żeby góra przyszła do Mahometa. Pozostaje w starym miejscu w hrabstwie Derbyshire, skąd adresuje swoją ofertę do dzieci biznesmenów, ale otwiera też swoją filię w Dubaju.

To przedsięwzięcie stanie się maszynką do robienia pieniędzy porównywalną z iPodem.

No bo zobaczcie: Dubaj pełen jest Hindusów, którzy wiedzą, jak grać w krykieta, oraz Arabów, którzy mają wystarczające fundusze, by pokryć pustynię zielenią. Mieszka tam również wielu ekspatriantów, którzy będą dziękować Bogu za to, że nie muszą 12 razy do roku płacić za bilety lotnicze. Znana marka brytyjskiego szkolnictwa prywatnego na Bliskim Wschodzie. Przecież to istny przebłysk geniuszu! I to nie tylko z punktu widzenia tamtejszych rodziców, ale również jeśli chodzi o deficyt bilansu handlowego Wielkiej Brytanii.

Wyobraźcie sobie tylko, z jakim przyjęciem spotkałby się Eton College w Los Angeles albo Harrow w Tokio. Wyobraźcie sobie zdolność zarobkową, jaką osiągnęłyby tam te szkoły; wystarczy, że zaproponują przybranie głów małych Amerykanów melonikami, kapeluszami słomkowymi bądź bermycami, a ustawi się przed nimi kolejka rodziców, którzy zapragną, by jakiś nauczyciel w akademickim birecie wrzucił ich kochanego Hanka do basenu z lodowatą wodą.

Oczywiście, jeśli chodzi o Amerykę, to trzeba by było wymyślić jakieś inne określenie na zjawisko fali, zaś w przypadku Japonii dostrzegam pewne trudności związane z tradycyjnymi obchodami Dnia Pamięci.

W rzeczywistości, gdyby to naprawdę miało zacząć działać, należałoby najpierw przeanalizować historię firmy Harry Ramsden’s. Była to tradycyjna smażalnia ryb w pobliżu Leeds, która została kupiona i wprowadzona na giełdę przez byłego szefa KFC, który chciał zrobić z niej ogólnokrajową sieć restauracji. I wszystko, czego było mu trzeba, to marka. Dopiero potem sos z pieczonego mięsa wołowego, w którym smażyły się frytki, został zastąpiony mieszanką olejów roślinnych, a świeże ryby prosto z połowu – mrożonymi filetami.

Obecnie działa już 170 punktów Harry Ramsden’s i nie widzę powodu, dla którego miałoby nie powstać 170 szkół Eton. Zanim zaczniecie się zastanawiać, skąd wziąć wystarczającą liczbę brytyjskiej wykwalifikowanej kadry nauczycielskiej, która byłaby w stanie obsłużyć globalne przedsięwzięcie o tak wielkim rozmachu, pozwólcie, że przypomnę wam o hotelu Excalibur w Las Vegas. Reklamowany jako średniowieczna, owiana legendą budowla z wieżyczkami, jest oczywiście olbrzymim, plastikowym drapaczem chmur z amerykańskimi boyami hotelowymi w szortach rodem z Małego lorda. Brzmi okropnie? Zgadzam się, ale to miejsce jest zawsze pełne turystów.

Repton College przetarł szlaki. Ale gdyby pomysł podchwycił Eton, otwierając sieć szkół o nazwie – dajmy na to – „Szkoły Eton im. Harry’ego Pottera”, zarobiłby dla Wielkiej Brytanii więcej, niż bank Lloyds i królowa razem wzięci.

Niedziela, 29 stycznia 2006 r.

Szkoła: rockowa, nie barokowa

William Szekspir prawdopodobnie zrobił więcej dla zniszczenia bogactwa kulturowego Wielkiej Brytanii niż jakakolwiek inna osoba na przestrzeni dziejów. Po niekończących się analizach jego sztuk ujętych w programie nauczania, całe pokolenia dzieci weszły w dorosłe życie z przekonaniem, że literatura to nudy, od których zapada się w śpiączkę. I nie winię ich za to. Mowa Porcyi o „deszczu ożywczym” w żadnym razie nie jest tak stymulująca jak choćby 10 minut gry w Grand Theft Auto. Jestem przekonany, że Szekspir, podobnie jak Milton, Donne i Chaucer, mają swoje miejsce we współczesnej Wielkiej Brytanii. I że miejsce to znajduje się gdzieś w czeluściach Biblioteki Brytyjskiej, gdzie ich dzieła mogą poddawać analizie najbardziej hardcorowi studenci językoznawstwa.

Obecnie moja 11-letnia córka pochłania książkę za książką. Przeczytała już całą twórczość Jacqueline Wilson, a teraz wciągnęły ją na dobre powieści z serii Kobieca agencja detektywistyczna nr 1. Zaręczam jednak, że jej czytelnicze zapędy zostaną zdławione w chwili, gdy zapozna się z Wieczorem trzech króli Szekspira.

Wielu polityków usiłuje właśnie teraz zbijać wyborczy kapitał, dyskutując o przyszłości szkolnictwa, ale wszyscy wydają się zapominać o najważniejszym: że w szkole dzieci powinny analizować książki, których czytanie sprawia im frajdę.

Podobnie ma się sprawa z religią. Ponieważ co niedziela zaciągano mnie siłą do kaplicy i zmuszano do czytania Biblii, co było jeszcze gorsze od lektury Raju utraconego Miltona, swój okres dojrzewania zakończyłem przepełniony nieodpartą niekiedy chęcią podpalenia arcybiskupa Canterbury.

Moim największym problemem jest jednak muzyka. Otóż nie jest mi żal, że jestem literackim głąbem oraz ateistą, ale noszę w sobie wielki smutek, iż potrafię grać na fortepianie, ale tylko tak, jak pies potrafi wiązać sznurowadła.

Znam pewnego fotografa. Pochodzi z Walii, w dodatku przez większość czasu jest pijany, ale pewnego razu w holu Hotelu Nacional w Hawanie zasiadł przy fortepianie i zagrał – obiema rękami! – kilka piosenek Billy’ego Joela, i to nie stroniąc od wszelkich ozdobników.

Wprost nie mogłem uwierzyć, że w tym mizernym Walijczyku drzemie nieujawniony dotychczas talent, którym wniósł w to ponure i pożałowania godne miejsce nadzieję i radość; zdolność, dzięki której rozbrzmiały tam dźwięki Ameryki, dźwięki wolności. W dodatku postanowił, że zagra wszystkim cholernego Billy’ego Joela. Skurczybyk!

Kobiety były oczarowane. Bo w rzeczywistości za niczym innym nie przepadają tak bardzo, jak za mężczyznami, którzy umieją grać na jakimś instrumencie. Jeśli tylko uda ci się odbębnić Wśród nocnej ciszy w wersji na dwie ręce, ród niewieści w zasadzie przestanie cię odróżniać od Jona Bon Joviego. To właśnie dlatego mój walijski znajomy spędził większą część owej pamiętnej nocy w swoim pokoju, ujeżdżany przez kubańską nastolatkę w kowbojskim kapeluszu.

Tyle że w szkole nigdy ci nie powiedzą: „Słuchaj chłopcze, jeśli opanujesz Arię na strunie G, całe swoje dorosłe życie będziesz rozbierał różne Angeliny Jolie”. A nawet jeśli ci to powiedzą, i tak będzie ci trudno, bo każą ci się uczyć samych niezwykle podniosłych kawałków.

Muzycznych odpowiedników sonetów Szekspira. Dźwiękowych analogonów dzieł Chaucera.

Dlaczego więc dzieciom nie zadaje się utworów z list przebojów bieżącego tygodnia? Przecież to właśnie z taką muzyką identyfikują się o wiele chętniej niż z piosenką Wesoły farmer, napisaną przez jakiegoś 5-letniego, nad wiek rozwiniętego Rosjanina, 200 lat temu.

Jeśli dziecku dacie do sklejania model stołu kuchennego, efekt końcowy wcale nie sprawi mu radości. Jeśli zaś zacznie sklejać model krążownika HMS „Hood”, będzie wprost przeciwnie.

Dopiero potem będzie chciało przejść do poważniejszych i lepszych rzeczy.

Gdy miałem 10 lat zmuszano mnie do uczenia się piosenek, które brzmiały okropnie już przy pierwszym podejściu i jeszcze gorzej, gdy w końcu umiałem już je zagrać. Teraz nie mogę się powstrzymać, by nie rozmyślać o tym, o ile więcej frajdy sprawiłyby mi lekcje muzyki, gdybym wydawał na nich odgłosy syren, grając na fortepianie piosenkę Blockbuster zespołu Sweet.

Gdyby tak było, w dalszej kolejności przerobiłbym twórczość zespołu T-Rex, następnie Genesis, aż doszedłbym do Billy’ego Joela. I w końcu to ja byłbym ujeżdżany w pokoju kubańskiego hotelu.

Zgadzam się, że wiele współczesnych piosenek najeżonych jest krzyżykami i bemolami, co sprawia, że dzieciom trudno jest je ogarnąć, ale w większości przypadków nawet średnio zdolnemu nauczycielowi muzyki 5 minut zajęłoby przerobienie ich tak, by można je było grać wyłącznie na białych klawiszach.

Weźmy na przykład Odę do radości. W mojej książce do muzyki ma krzyżyk przy F, co oznacza, że jest w tonacji G-dur. Ale w książce do muzyki mojej córki jest zapisana w tonacji C-dur, więc nie ma tam ani krzyżyków, ani bemoli. Łatwiej się jej więc nauczyć, łatwiej ją grać, a brzmi dokładnie tak samo.

Pomijając fakt, że córka nie jest zainteresowana graniem Beethovena. Chce grać Clocks zespołu Coldplay i Behind Blue Eyes grupy The Who. Chce, by jej wysiłki ukoronował krążownik HMS „Hood”, a nie kuchenny stół.

Nie chcę tu zabrzmieć egoistycznie, ale ja też pragnę tego samego. Zmuszanie naszych dzieci do ćwiczenia na pianinie jest jak zmuszanie goryla do noszenia smokingu. Po prostu nie mają ochoty tego robić i, szczerze mówiąc, ja też nie chcę ich do tego nakłaniać, bo gdy już zaczną, to nawet w moim dość dużym domu trudno o miejsce, w którym można by się ukryć przed wytwarzaną przez nie kakofonią.

Hałas młota pneumatycznego gdy masz kaca, to naprawdę nieprzyjemne doznanie, ale wolę już to od dziewięciolatka ćwiczącego piosenkę, która nie brzmiałaby dobrze nawet wtedy, gdyby grać ją poprawnie.

W związku z powyższym mam pewien pomysł. Czy ktoś, bardzo proszę, mógłby wydać książkę zatytułowaną Ulubione piosenki twojego taty w tonacji C-dur? I czy ktoś inny mógłby szybko ją wciągnąć do programu nauczania?

Niedziela, 5 lutego 2006 r.

Zdumiewający talent do opychania totalnego chłamu

Nie miałem zbyt wiele do roboty w zeszły czwartek, zrobiłem więc sobie jednodniowy wypad do Saint-Nazaire, by pooglądać tam bunkry U-Bootów z drugiej wojny światowej.

Och, są ogromne. I pomysłowe. Nad właściwym zadaszeniem znajduje się dodatkowy dach z pofałdowanego betonu, zaprojektowany do neutralizowania bomb jeszcze przed ich uderzeniem w samą konstrukcję i do ukierunkowywania wybuchu tak, by nie zagroził cennym okrętom podwodnym.

Ten układ budowli był w stanie oprzeć się nawet bombie sejsmicznej RAF-u – Tallboyowi. Zrzucane z 6000 metrów, te 5-to-nowe, naddźwiękowe bomby były w stanie wyprzeć 20 000 metrów sześciennych ziemi, tworząc lej o głębokości 25 i średnicy 30 metrów.

I mimo to, gdy taka bomba uderzała w zadaszenie bunkrów Saint-Nazaire, wszystko, co mogli usłyszeć ludzie wewnątrz, nie było głośniejsze od dyskretnego chrząknięcia zawstydzonego kamerdynera.

Później Amerykanie zasypali dach bunkrów gradem pocisków przeciwpancernych zrzuconych z bombowców B-17.

To też nie zdało egzaminu. Co więcej, pod koniec wojny jedynym ocalałym budynkiem w Saint-Nazaire był sam cel bombardowań.

Stoi tam po dziś dzień i spodziewalibyście się pewnie, podobnie jak ja, że w środku znajduje się wystawa, od której Madame Tussauds zakręciłoby się w głowie – mnóstwo woskowych figur Niemców uwijających się w znoju przy drewnianych makietach torped – i że natkniecie się na wiele szkolnych wycieczek, zwiedzających wnętrze prawdziwego U-Boota. Ależ skąd. Zobaczyłem tam jedynie sporo graffiti, a w jednym z bunkrów pół tuzina powywracanych wózków sklepowych.

W innym z kolei znalazłem sklep z upominkami i od razu założyłem, że będzie pełen modeli U-Bootów do sklejania, płyt DVD z filmem Okręt, że znajdzie się tam być może rękawica kuchenna z jakimś podwodnym motywem i maszyna szyfrująca Enigma z logotypem Jona Bon Joviego.

Też nie. Wszystko, co mieli tam na wystawie, sprowadzało się do kilku trolli ubranych w tradycyjne bretońskie stroje (co w żaden sposób nie przystawało do rzeczywistości, bo Saint-Nazaire wcale nie leży w Bretanii). W środku zaś znajdowały się talerze przerobione na zegary, modele latarni morskich przerobione na lampy stołowe, podkładki pod talerze z widokami miejsc we Francji, w których jeszcze nie byłem, i – co najdziwniejsze – koszulki z napisem „Zakątek krasnala”; tak nazywa się pewien pub w Dublinie.

Wyglądało to tak, jakby właściciele umyślnie zaopatrzyli sklep we wszystko, co tylko mogli, byle nie miało to absolutnie żadnego związku z wojną.

Moim zdaniem to odrobinę idiotyczne, bo założę się, że nikt nigdy nie powiedział:„Chętnie postawiłbym sobie na kominku bretońskiego trolla, wybiorę się więc do tych słynnych bunkrów U-Bootów w Saint-Nazaire – może będzie tam jakiś sklep z upominkami, w którym będę mógł go kupić.”. Na podobnej zasadzie można by się wybrać do zamku Windsor, by próbować tam kupić holograficzny breloczek na klucze z widokiem Wielkiego Kanionu Kolorado. A jednak właściciele sklepów z pamiątkami przy znanych turystycznych atrakcjach na całym świecie nie ustają w zadziwianiu mnie swoim brakiem umiejętności w sprzedawaniu czegokolwiek, co ktoś faktycznie mógłby chcieć kupić.

Zawsze mają delfina, idealnie wyrzeźbionego, z nazwą miejsca, w którym właśnie przebywasz, namalowaną na jego podstawie z użyciem szablonu. Gdyby na półce znajdowała się tylko jedna taka rzeźba i gdyby choć trochę przebijało z niej prymitywne wykończenie, to owszem – pewnie dałbyś się nabrać, że jest to rękodzieło stworzone w jaskini przez jakiegoś autochtona w ludowym stroju.

Ponieważ jednak znajdujesz się właśnie na lotnisku, takich rzeźb jest ze dwa tysiące, wszystkie są identyczne, na ich spodzie widnieje napis „Made in China”, a w dodatku w zeszłym roku widziałeś taką samą pamiątkę w San Francisco (tyle że na podstawie miała wyryty napis „California”), nie dasz się nabić w butelkę.

Skandynawskie sklepy z upominkami prześcigają się w sprzedawaniu wędzonego łososia, byś mógł zabrać ze sobą do domu smak północy Można go jednak kupić wyłącznie w plasterkach, ułożonych w hermetycznych, foliowych opakowaniach, a ty najnormalniej w świecie wiesz, że żaden pomarszczony, stary rybak z trawlera nie ma dostępu do zdolnej wyprodukować coś takiego maszyny pakującej. Przecież gdybyś miał ochotę na łososia z plastikowej torebki, poczekałbyś, aż będziesz w domu, skąd po prostu zadzwoniłbyś do Jethro Tull12. Kolejnym ulubionym gadżetem sklepów z upominkami jest 120-centymetrowy misternej roboty galeon, wyposażony w żagle z prawdziwego płótna, kilometr olinowania z bawełnianej nitki i filigranowe maszty z wykałaczek.

Świetnie. Jak jednak dowieźć coś takiego do domu?

Jeśli zamierzasz otworzyć sklep z pamiątkami dla turystów, mam dla ciebie dobrą radę. Sprzedawaj to, czego nie będą mogli uszkodzić bagażowi na lotnisku. Ważniejsze jest jednak, by twoja oferta odzwierciedlała w jakiś sposób charakter okolicy Musisz zaakceptować fakt, że turyści zwiedzający bunkry łodzi podwodnych z drugiej wojny światowej niekoniecznie będą chcieli kupić szklaną kulę ze śnieżynkami i wieżą Eiffla.

No dobrze, ja ją kupiłem, ale tylko dlatego, że w domu mam kredens, który nazywam „szafą chłamu”.

To georgiańskia witryna z przeszklonym frontem, gdzie trzymam wszystkie bezużyteczne rupiecie, które udało mi się znaleźć w sklepach z upominkami przez wszystkie te lata. Honorowe miejsce zajmuje w niej 30-centymetrowa, alabastrowa replika Ostatniej wieczerzy z apostołami ubranymi w mieniące się brokatem szaty, każda w innym kolorze.

Z drugiej strony, jestem też szalenie dumny z wyprodukowanej w Chinach figurki nowojorskiego strażaka, z wąsami i przewieszonym przez ramię rannym kolegą. To kunsztowne dzieło zwieńczono chwytającym za serce napisem: „Czerwone hełmy odwagi”.

Oczywiście rozumiem, że mieszkańcy Saint-Nazaire mogą nie chcieć zarabiać na okropnościach wojny U-Bootów, na ataku brytyjskich sił specjalnych, który w 1942 roku zniszczył port, na lądowaniu wojsk amerykańskich w 1917 roku i na utracie w 1940 u ujścia Loary statku RMS „Lancastria” wraz z 4000 osób na pokładzie.

Podejrzewam, że powinniśmy to uszanować. Choć z drugiej strony, fajnie by było, gdyby powstało tam coś, co oddawałoby ducha miejsca. Na przykład tłum manekinów ubranych w pasiaste swetry, z rękami w górze, jedzących ser.

Niedziela, 12 lutego 2006 r.

Królestwo za konia (na celowniku strzelby)

Jeśli felietonista pragnie wieść spokojny żywot, musi trzymać się z dala od pewnych tematów. Dokładanie Jezusowi odpada od razu. Prawdopodobnie nie jest również najlepszym pomysłem pisać, że biednym należałoby skonfiskować buty. Ale największym tabu – największą miną, na którą możemy nadepnąć – jest drażliwy temat koni

Napisałem kiedyś felieton sugerujący, że nie można trzymać zwierzęcia, jeśli nie dysponuje się ogrodem na tyle dużym, by mogło się w nim wybiegać. Pod żadnym pozorem – przekonywałem – nie wolno umieszczać zwierzęcia w ciężarówce i jeździć z nim po drogach publicznych z prędkością 6 km/h.

Zostało to bardzo źle odebrane. Okazało się, że w Wielkiej Brytanii mieszkają 3 miliony właścicieli koni, z których każdy wysłał do mnie list wyrażający nadzieję, że już niedługo kopnę w kalendarz. Zanotowałem więc sobie w pamięci, by w przyszłości końskich spraw unikać jak ognia.

Niestety, w Wielkiej Brytanii mieszka teraz już 3 000 001 właścicieli koni – moja żona kupiła właśnie parkę tych cholernych stworzeń.

Nie wiem, ile kosztowały, ale ponieważ zostały sprowadzone z Islandii, podejrzewam, że całkiem sporo.

Choć na pewno mniej, niż kosztują teraz państwową służbę zdrowia. Pierwszą osobą, która z nich spadła, był mój dziewięcioletni syn. Zobaczył, jak po zagrodzie jeździ kłusem jego siostra, a ponieważ jest chłopcem, stwierdził, że on też tak potrafi.

Niestety, nie przebywałem wtedy w pobliżu i nie mogłem go przed tym powstrzymać, więc co dokładnie się stało, wiem jedynie z relacji sanitariuszy pogotowia ratunkowego.

Kolejną ofiarą była nasza niania, która obaliła teorię, że gdy spadniesz z konia, powinieneś od razu powtórnie go dosiąść. Bo gdy to zrobiła, natychmiast ponownie spadła. Musieliśmy przez jakiś czas ucierać jej jedzenie; teraz ma się już lepiej.

A moja żona? No cóż, w chwili, gdy to piszę, szusuje na nartach w Davos.

No, może nie do końca, bo 24 godziny przed odlotem spadła ze swojej szkapy, zwichnęła nadgarstek i skręciła nogę, nadając jej kształt, wielkość i fakturę baobabu. Tak więc jest w Davos, tyle że pewnie tam pije.

W rzeczy samej, jej wypadek był bardzo spektakularny. Na spokojnej drodze, nawiasem mówiąc przed domem Davida Camerona13, wyleciała z siodła z takim impetem, że nie była w stanie się potem ruszyć. Musiała więc zadzwonić do niani, która, świeżo po swoim upadku, dotarła na miejsce zdarzenia mocno kulejąc. Chyba nie trzeba dodawać, że koń, wyposażony w mózg o rozmiarze orzecha, wystraszył się i uciekł. Żadna z kobiet nie była na tyle sprawna, by go złapać, co oznaczało, że po sieci dróg zaczęła hulać tona (bardzo drogiego) mięsa, niebezpieczna i nieobliczalna jak obszyty końską skórą rakietowy pocisk Scud.

Po tym jak szkapa została przyprowadzona przez pełnego współczucia sąsiada, chciałem poszukać strzelby i zakończyć swoje pasmo udręk, ubijając to cholerne zwierzę. Niestety. Koń nie był oczywiście winny wypadkowi. Podobnie zresztą jak moja żona, która jeździła konno już będąc zarodkiem, a polowała, gdy osiągnęła stadium płodu.

Koń po prostu poślizgnął się na asfalcie. A, rozumiem. Islandzki koń, zdolny do cwału z olbrzymią prędkością po pokrywie lawowej i taflach lodu, nie jest w stanie utrzymać się na nogach na asfalcie. No jasne. Przecież to logiczne.

W związku z powyższym cała żeńska część gospodarstwa domowego Clarksonów jest obecnie pochłonięta udzielaniem się w kampaniach internetowych na rzecz wymiany nawierzchni wszystkich dróg w kraju na specjalny asfalt, zapewniający koniom odpowiednią przyczepność.

Wydaje mi się, że podobny problem dotyczy każdego właściciela konia. Nie możesz nim być bez przekonania. Każdego ranka musisz wstać i oczyścić stajnię z jego łajna, a potem spędzić całe popołudnie szczotkując go, zaplatając mu ogon i karmiąc chrupiącymi jabłkami. A pod koniec dnia, gdy kładziesz się spać, każdy siniak i dający się we znaki staw w bolesny sposób przypomina o wypadku sprzed kilku godzin. Konie przejmują całkowitą władzę nad twoim życiem, zupełnie jak paraliż. O niczym innym po prostu już nie myślisz.

To zaś sprawia, że społeczność właścicieli koni żyje w przekonaniu, iż cały świat, podobnie jak oni, kręci się dookoła ich pupili. Z tego samego powodu tak krzykliwi są zwolennicy polowań.

Bo dla nich to nie jest rozrywka. To całe ich życie. I to dlatego moja żona chce zmienić nawierzchnię na naszych drogach.

To jeszcze nie wszystko – każdego dnia, gdy wraca do domu, jest wściekła z powodu czegoś, co zrobił jakiś kierowca. Ze nie zwolnił. Ze nie zjechał. Ze nie wyminął. Ze nie ściszył radia.

I słyszę to od kobiety, która odmawia prowadzenia samochodów o mocy poniżej 350 koni.

Oczywiście, dość często i dobitnie przypominają nam, że drogi były pierwotnie przeznaczone dla koni, i to prawda.

Ale podobnie jest przecież z rodziną królewską, która pierwotnie miała sprawować rządy. Tyle że czas nie stoi w miejscu. Koń został zastąpiony przez samochód, a sam stał się zabawką. A w związku z tym na drogi powinien być wpuszczany na takich samych warunkach, jak królowa do parlamentu. Na krótko i wyłącznie na zaproszenie.

Zawsze powtarzałem, że jeśli po moje córki przyjedzie jakiś chłopak na motocyklu, to wrzucę mu zapałkę do baku. A gdy kupi kolejny, znów zrobię to samo. Jednak w zeszłym miesiącu przekonałem się, że cztery nogi są nieskończenie bardziej niebezpieczne niż dwa koła. Tak więc gdy rzeczony chłopak przyjedzie na koniu, zastrzelę. Jego i konia.

Kończąc, muszę wyrazić zadowolenie z zachowania moich osłów. Przez cały dzień nie robią nic innego, tylko podbiegają do swoich większych kolegów z pastwiska i ich kopią.

Niedziela, 19 lutego 2006 r.

Co się stało ze wszystkimi widzami?

Pewnie nie obejrzeliście nowego talk-show Daviny McCall, które w godzinach największej oglądalności nadała stacja BBC1… Szkoda, bo moim zdaniem ten program jest całkiem niezły.

Na przestrzeni dziejów telewizji przeważającą większość gospodarzy talk-show stanowili mężczyźni. To zaś stwarzało problemy, bo mężczyźni uważają, że ich obowiązkiem jest nieustanna rywalizacja.

Gdy gość rzuca w eter żart kalibru.22, gospodarz talk-show musi odpowiedzieć na to czymś cięższym i lepszym. Rozmowa mężczyzn jest jak walka gladiatorów; jest sporem, jest wybuchowa i prowadzona tak, by przede wszystkim była śmieszna.

W zeszły weekend zapytałem redaktora magazynu „GQ”, czy podoba mu się moja marynarka. „Niezbyt – odpowiedział wrzaskliwym, cienkim piskiem. – Wyglądasz w niej jak *****”. Wyobrażacie sobie takie słowa z ust kobiety?

Na skutek tego nowoczesne, dynamiczne, prowadzone przez mężczyzn talk-shows na ogół koncentrują się na gospodarzach.

Przecież to na nich spoczywa obowiązek nadrabiania miną za nudnych gości i ścierania się z tymi interesującymi. Jedynym facetem, który tego nie robi, jest Michael Parkinson. I pewnie dlatego można go oglądać nieprzerwanie od 1912 roku.

Davina też nie rywalizuje z gośćmi. A ponieważ nie skupia się na sobie, w zeszłym tygodniu mogliśmy dowiedzieć się sporo o jej gościu – Martinie Shawie14. No i dowiedzieliśmy się głównie tego, że jest raczej nudny. Niektóre z jego odpowiedzi były tak mało zajmujące, że moje dzieci, przy wtórze głośnego chrząkania, wstały i opuściły pokój. To zaś prowadzi mnie do sedna dzisiejszego felietonu. Gdy byłem dzieckiem, najpierw odrabiałem zadanie domowe, a potem oglądałem telewizję, aż do chwili, w której trzeba było iść spać. Powiecie pewnie: „No tak, ale w tamtych czasach telewizja była nieporównywalnie lepsza!”. Uwierzcie mi jednak na słowo: nie była. Śnieżyła, była gamoniowata, nudna, czarna, biała i infantylna, a jedyną rzeczą, jaką można było wygrać w teleturniejach, był ołówek.

Mimo to, gdy zacząłem się pojawiać w telewizji na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, jej oglądalność była wciąż wysoka. Kiedyś udało mi się zrobić dla BBC2 dość zabawny program, który przyciągnął 7 milionów widzów. Dziś taki wynik mógłby uzyskać jedynie materiał z Angeliną Jolie uprawiającą seks z tą nową pogodynką z ITV Oglądalność doświadcza spadku swobodnego. Para komików, Morecambe i Wise, gromadziła przed telewizorami 25 milionów widzów. Obecnie o sukcesie mówi się w przypadku wskaźnika oglądalności na poziomie 5-6 milionów. I nie jest tak, że ludzie oglądają programy jakichś podrzędnych kanałów satelitarnych. Te liczby pokazują, że oni po prostu wcale nie oglądają telewizji! Cóż zatem robią?