Świat według Clarksona 5. Przecież nie proszę o wiele... - Jeremy Clarkson - ebook
Opis

Ktoś musi to robić. Wydeptywać ścieżkę zdrowego rozsądku w zaroślach absurdów i idiotyzmów. Przedzierać się przez gąszcz bezsensownych regulacji w poszukiwaniu radości życia. Wytyczać drogę przez grzęzawiska politycznej poprawności…

Po raz kolejny tej trudnej i ryzykownej misji podejmuje się niezrównany Jeremy Clarkson. W swojej najnowszej książce, uzbrojony w cięte pióro i samoodnawialne pokłady rozbrajającego humoru, wyrusza na krucjatę przeciw wszystkiemu, co irytuje, przeszkadza i razi. I jego, i nas.

Wyruszmy więc razem z nim, a dowiemy się między innymi:
– dlaczego kobiety w Anglii zaczęły kraść siano
– jak zbić interes na kamieniach w swoim ogródku
– po co montować alarm antywłamaniowy na żółwiu
– w jaki sposób Norwegowie okazują swoją wdzięczność
– czy idealny dzień to faktycznie taki, o którym śpiewał Lou Reed.

Prowokacyjny, błyskotliwy, bezlitośnie szczery i, jak zwykle, obrazoburczo zabawny. Jeremy Clarkson chce żyć w świecie, w którym rzeczy po prostu działają, a politycy nie komplikują nam życia. Przyznacie, że przecież nie prosi o wiele…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 602

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


JEREMY CLARKSON

Przecież nie proszę o wiele…

Świat według Clarksona, część 5

przełożył

Michał Strąkow

Tytuł oryginałuIs It Really Too Much to Ask? The World According to Clarkson Volume Five

Michael Joseph First published 2013 Published by the Penguin Group Penguin Books Ltd, 80 Strand, London WC2R ORL, England www.penguin.com

Copyright © Jeremy Clarkson, 2013 All rights reserved. The moral law of the author has been asserted

Przekład Michał Strąkow

Redaktor prowadzący Tomasz Brzozowski

Redakcja i korekta Maria Brzozowska/textoria.pl, Dominika Pycińska Lidia Kowalczyk

Konwersja Tomasz Brzozowski

Zdjęcie na okładce Francesco Guidicini / The Sunday Times / NI syndication

Copyright © for this edition Insignis Media, Kraków 2014 Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN: 978-83-63944-65-0

Insignis Media ul. Szlak 77/228–229, 31-153 Kraków telefon

Dla uczczenia pamięci Caro

Felietony z niniejszej książki po raz pierwszy ukazały się na łamach „Sunday Timesa”

Ścigany przez chmurę pyłu

W czwartekrano obudziłem się w zamku Coldtiz, po czym wsiadłem do samochodu i pojechałem do Polski, gdzie dowiedziałem się, że na przekór naszym planom nie możemy wrócić samolotem do Anglii – całą północną Europę spowiła bowiem gęsta chmura pyłu, zagrażająca każdemu pasażerskiemu odrzutowcowi niechybną katastrofą. Co dziwne, nie była ona na tyle gęsta, by można ją było zobaczyć.

Rozwiązaniem naszego problemu miała być podróż do Brukseli. Pomyśleliśmy, że skoro na niemieckich autostradach nie obowiązują ograniczenia prędkości, to rozpędzimy się do 300 km/h i w ten sposób dotrzemy do Berlina. Stamtąd polecimy do Belgii, gdzie złapiemy ekspres Eurostar do Londynu.

Plan okazał się jednak zbyt ambitny, ponieważ jedynym samochodem, jaki udało się nam zdobyć, był sfatygowany van Volkswagena, którego prędkość maksymalna wynosiła 6 km/h. Stwierdziliśmy, że w takim razie pojedziemy do Pragi, która znajduje się bliżej. Tak jest. Zamiast w Berlinie, wsiądziemy do samolotu w Pradze.

Niestety, indeks miejscowości naszej mapy został pogrupowany według krajów. A my nie byliśmy pewni, w którym z nich aktualnie jesteśmy. Kiedy na przydrożnej tablicy zauważyliśmy nazwę „Lückendorf”, od razu spróbowałem znaleźć ją w indeksie. Nie miałem jednak pojęcia, w której części powinienem jej szukać: w niemieckiej, polskiej, a może w czeskiej? Na dodatek nie byłem pewien pisowni. Dla Niemców owa miejscowość faktycznie może być Lückendorfem, ale Polacy mogą nazywać ją zupełne inaczej. Z Lückendorfem mogło być tak samo jak z Bombajem, który w Indiach znany jest jako „Bombaj”, ale w BBC uparcie nazywa się go „Mumbajem”.

Gdy już ustaliłem, że żadnego Lückendorfu tak naprawdę nie ma na świecie, natknęliśmy się na tablicę z nazwą „Bogatynia”. Najwyraźniej również i taka miejscowość nie istnieje. Zupełnie skołowani, wjechaliśmy w jakąś polną drogę i utknęliśmy za jadącym przed nami traktorem. Wyglądało na to, że prowadzący go rolnik zgarnia błoto z pola i rozrzuca je po jezdni. Widok ten podniósł nas na duchu, bo kierowca traktora postępował bardzo nie po niemiecku. A ponieważ wszyscy Polacy przebywają aktualnie w mojej łazience, doszliśmy do wniosku, że gdzieś niedaleko musi być „Praha” – kolejne miasto, które BBC nazywa inaczej, niż należy.

Faktycznie, byliśmy blisko. Wydawało się nam, że to już koniec naszych zmartwień. Ale myliliśmy się. Przez ten czas niewidzialna chmura pyłu zdążyła bowiem nadciągnąć nad Belgię i lotnisko w Brukseli również zostało zamknięte. Trudno. Zdecydowaliśmy, że polecimy do Paryża i tam wsiądziemy do pociągu.

Niestety, nic z tego nie wyszło. Dotarła do nas informacja, że wszystkie pociągi Eurostaru są wypchane pasażerami po same brzegi. Uznaliśmy jednak, że to żaden problem. Polecimy do Paryża, wynajmiemy tam samochód i wrócimy nim do domu. Zadanie wykonane.

Żeby to uczcić, wybraliśmy się na piwo. Przyznam szczerze, że wypiłem go całkiem sporo – chciałem być wystarczająco pijany, żeby uniknąć siedzenia za kierownicą podczas ostatniego etapu naszej podróży. Zamówiłem tyle piwa, że w banku Barclays doszli do wniosku, że zabawnie będzie zablokować przy tej okazji moją kartę kredytową. Mój telefon wyzionął ducha, więc nie mogłem do nich zadzwonić i uprzedzić, że jeśli nie aktywują jej ponownie, to odwiedzę ich biura z siekierą. I wtedy właśnie uświadomiliśmy sobie, że nasz samolot ma wylądować na lotnisku Charlesa de Gaulle’a zaledwie pięć minut przed jego planowanym zamknięciem. Jakiekolwiek opóźnienie okazałoby się katastrofalne w skutkach.

Zazwyczaj ludzie wsiadający do samolotu zachowują się w miarę uprzejmie. Nie mamy nic przeciwko temu, żeby poczekać chwilę w przejściu, kiedy ktoś usiłuje wcisnąć świeżo zakupioną zmywarkę do schowka na bagaż podręczny. Tym razem jednak postanowiłem, że nie będę aż tak cierpliwy; skutkiem tego były liczne obrażenia odniesione przez naszych współpasażerów. Ale dzięki tej dawce przemocy samolot wystartował o czasie i wylądował w Paryżu tuż przed zamknięciem tamtejszego lotniska.

Na tym etapie osiągnąłem już poziom upojenia alkoholowego typowy dla ludzi spędzających sobotni wieczór w Cardiff. I bardzo chciało mi się siusiu. Mimo to docierała do mnie powaga sytuacji. Kojarzycie ostatnie minuty Titanica, kiedy statek ostatecznie idzie na dno? No cóż, to, co działo się na lotnisku Charlesa de Gaulle’a, wcale nie przypominało tamtych scen. Wyglądało o wiele gorzej.

W hali odbioru bagażu pewna śliczna dziewczyna wypytywała ludzi, czy ktoś mógłby ją podrzucić do Północnej Jutlandii. Po głównej hali kręcili się biznesmeni, którzy błagali, by podwieźć ich do Amsterdamu. Nie zabrakło tam również szemranych typków ze złotymi zębami z Afryki Północnej, zaczepiających pasażerów i oferujących przejazdy taksówką do dowolnego miejsca na świecie. „Dla ciebie, przyjacielu, specjalna cena”.

Szczególną uwagę zwracały tłumy ludzi, którzy wrzeszczeli i wytykali palcami pracowników linii lotniczych, tak jakby to ci byli odpowiedzialni za wybuch wulkanu. Dość dziwaczne zachowanie. Sam jestem orędownikiem ataków – werbalnych i wszelkich innych – na niekompetentnych członków personelu, którzy nie potrafią być w niczym pomocni. Ale żadne wrzaski nie są przecież w stanie przywrócić równowagi w płaszczu Ziemi.

Zabawne, nieprawdaż? Lotniska były zamknięte zaledwie od sześciu godzin, a społeczeństwo już zaczynało się rozpadać. Nie mogę powiedzieć, żeby jakoś szczególnie mnie to wtedy obchodziło – w przylotniskowej wypożyczalni udało się nam bowiem wynająć ostatni wolny samochód i pędziliśmy już do Calais, żeby zdążyć na odjeżdżający stamtąd o północy pociąg. To oznaczało, że nie miałem czasu się wysiusiać.

Kiedy dotarliśmy do Senlis, mój pęcherz pękał w szwach. W Lille ciśnienie w pęcherzu osiągnęło już taką wartość, że zgromadzony w nim płyn zaczął zamieniać się w bursztyn. Czy zdarzyło się wam kiedyś sikać przez okno jadącego samochodu? Bo mnie tak. To, co przez nie wylatywało, przypominało otoczaki. Ale warto było się poświęcić, bo o trzeciej nad ranem mogłem wejść do własnego łóżka. Pięć krajów. Samoloty. Pociągi i samochody. A wszystko to z powodu jednego beknięcia Matki Natury.

Należy to potraktować jako ostrzeżenie, ponieważ na skali eksplozywności wulkanicznej (VEI) – o rozpiętości od jednego do ośmiu stopni – wybuch wulkanu Eyjafjallajökull zostanie prawdopodobnie sklasyfikowany jako „dwójka”. I mimo to spowodował zamknięcie wszystkich portów lotniczych w północnej części Europy. A na Islandii nie brakuje znacznie większych wulkanów. Teoretycznie mogłyby one spowodować zamknięcie lotnisk na całym świecie na okres dwóch lat.

Nie zapominajmy jednak, że w roku 1980 erupcja wulkanu St. Helens w stanie Waszyngton miała siłę VEI 5. Mimo iż wybuch ten był potężny, spowodował jedynie lokalne zakłócenia w ruchu lotniczym.

Od tamtej pory zmieniło się oczywiście nasze podejście do kwestii bezpieczeństwa, co miało związek z lękiem przed pozwami sądowymi. Czy pył wulkaniczny mógłby spowodować katastrofę pasażerskiego samolotu odrzutowego? W odległości dwóch i pół tysiąca kilometrów od miejsca, w którym doszło do wulkanicznej eksplozji, jest to nadzwyczaj mało prawdopodobne; jednak tak długo, jak długo będą istnieć prawnicy oblizujący wargi na samą myśl, że są w stanie dowieść możliwości uniknięcia danej katastrofy, kontrolerzy ruchu lotniczego nie będą mieli innego wyjścia, jak tylko nacisnąć wielki przycisk z napisem „Stop”.

To nie wulkany położą kres istnieniu człowieka na Ziemi, lecz prawnicy oferujący swoje usługi z gwarancją „Nie wygrasz, nie płacisz”. To oni w zeszłym tygodniu sparaliżowali Europę. To przez nich najzwyklejsza podróż z Berlina do Londynu zamieniła się w całodniową eskapadę przez pięć różnych krajów, której koszty będą ciężkim ciosem dla opłacanego przez was telewizyjnego abonamentu. I to właśnie ich musimy powstrzymać.

18 kwietnia 2010

Panie Spock, proszę mi pomóc pilotować moje supernowoczesne mieszkanie

W dawnych czasach łatwo było uruchomić telewizor. Podłączaliście kabel od anteny, a potem waliliście pięścią w górną część obudowy aż do momentu, w którym Hughie Green1 przestawał skakać w górę i w dół. Teraz jest inaczej. Próbowaliście kiedyś zmusić do działania nowoczesny telewizor? Tego nie da się zrobić. Nie, nie polemizujcie: po prostu się nie da. Musicie wezwać fachowca. A po jego wizycie wciąż nie będziecie w stanie włączyć waszego odbiornika, ponieważ zapomnicie, który guzik pilota należy wcisnąć. Właśnie teraz przyglądam się pilotowi do telewizora w moim biurze. Ma trzydzieści dwa przyciski, w tym jeden podpisany „COMPO/(rgb 8)”.

Macie jakiś pomysł, do czego mógłby służyć? Bo ja nie. Dobrze wiem, do czego służy ten podpisany „Power”, ale nim telewizora włączyć się nie da. O ile mi wiadomo, nie da się tego zrobić żadnym przyciskiem i dlatego urządzenie już od trzech lat stoi nieużywane. Szczerze mówiąc, gdybym chciał być na bieżąco z najświeższymi wiadomościami, bardziej użyteczny byłby dla mnie łańcuch ognisk na wzgórzach.

A świat telefonów komórkowych? Czasami, kiedy dzwoni Raspberry mojej żony, ta prosi mnie, żebym odebrał. Ani razu nie udało mi się tego dokonać, nim dzwoniący nie zakończył połączenia. Moim zdaniem to nie jest narzędzie komunikacji. To sekszabawka dla geeków. Wibrator dla miłośników laptopów.

W zeszłym tygodniu moje życie dramatycznie zmieniło się na gorsze, ponieważ odebrałem swoje nowe mieszkanie w Londynie. Deweloper urządził je i wyposażył w każde możliwe urządzenie z każdego ze sklepów z gadżetami rozsianych po całym wszechświecie. A to oznacza, że niczego nie potrafię tam obsługiwać. Niczego, rozumiecie? Zupełnie niczego.

Weźmy na przykład staroświecką przyjemność zrobienia sobie filiżanki kawy. Przez wiele lat wymagało to wlania wody do czajnika i zagotowania jej. Obecnie uważa się, że czajniki zagracają kuchnię i właśnie dlatego w ścianie mojego nowego mieszkania znajduje się aluminiowy panel z wieloma przyciskami. Wsypujecie tam ziarna kawy i nie musicie czekać na zagotowanie się wody. Brzmi świetnie, ale instrukcja obsługi tego urządzenia liczy czterysta stron i bardzo mi przykro, ale nim udałoby mi się przez nią przebrnąć, dawno przeszłaby mi ochota na kawę; pragnąłbym za to wychylić kwartę francuskiego winiaku.

Ekspres do kawy to tylko wierzchołek góry lodowej. Mam tam również system muzyczny, który może odbierać program dowolnej radiostacji z całego świata. Zeszłej nocy wybrałem jakąś rozgłośnię z San Francisco grającą klasycznego rocka i rozkoszowałem się nieprzerwanym strumieniem dźwięków muzyki zespołu Supertramp. W końcu jednak zachciało mi się spać. Próbowałem więc wyłączyć sprzęt, co jednak okazało się niemożliwe (przynajmniej dla mnie).

Zazwyczaj uderzacie młotkiem w przeszkadzające wam urządzenie elektroniczne lub rzucacie nim o podłogę – ta metoda sprawdza się w przypadku budzików w hotelowych pokojach – ale ja trzymałem w ręce pilota. Uświadomiłem sobie, że rozwalenie go w drobny mak w niczym mi nie pomoże. Spróbowałem więc odnaleźć stosowne elektroniczne pudełko – bez powodzenia. Pozostawało mi polecieć do Kalifornii i puścić całą tę radiostację z dymem.

Brałem to pod uwagę, ale ostatecznie położyłem się spać przy akompaniamencie The Logical Song. Zrozumiałem ironię sytuacji. Dzisiejszego ranka radio nadawało utwór Dreamer. Tym razem ironii już nie pojąłem, być może dlatego, że wprost gotowałem się z wściekłości. I nie chodziło wyłącznie o system muzyczny czy czajnik.

Okap nad kuchenką ma siedem ustawień. Po co? Co było nie tak ze zwyczajnym „ON/OFF”? Nie przychodzi mi do głowy żadne inne urządzenie, w którym siedem ustawień byłoby aż tak zbędne! Może poza rozrusznikiem serca.

Kolejne przykłady? Cóż, nie potrafię otworzyć drzwi do garażu (są sterowane pilotem, jakże by inaczej). Domofon nie jest podłączony do drzwi wejściowych. Istnieje spora szansa, że jest podpięty do wieży kontroli lotów w Heathrow, więc nawet nie śmiem się do niego zbliżyć.

Czy coś tu w ogóle działa? Alarm przeciwwłamaniowy? Nie. Telewizja? Nie. Szerokopasmowy internet? Nic z tego. Kuchenka? Hm, jej pokręteł można by użyć do zdalnego pilotowania szpiegowskiego drona sił powietrznych USA. Ale przyrządzić na niej siekaną jagnięcinę z warzywami? Nie dokonacie tego nawet za milion lat. Chyba nie muszę dodawać, że oczywiście nie mogę skontaktować się z człowiekiem, który zainstalował wszystkie te ustrojstwa – przebywa w Aspen. Ludzie, którzy instalują nowoczesne wyposażenie, zawsze przebywają w cholernym Aspen. Bo to zawsze są Amerykanie.

Chodzą na pokazy gadżetów w Las Vegas i dostają kompletnego kręćka na ich punkcie, a potem przybywają do Europy, żeby instalować systemy, których działania nikt tu nie może ogarnąć. Na miłość boską, przecież my dopiero co przestaliśmy używać mostów zwodzonych! Potem instalatorzy znikają, a producenci tego całego dziadostwa bankrutują. Co oznacza, że wasz dom niby wyposażony jest we wszystko, ale w rzeczywistości jest tak, jakby tego wszystkiego nie było.

W desperackiej próbie wyłączenia całości naraz, postanowiłem znaleźć skrzynkę z bezpiecznikami. Skrzynkę z bezpiecznikami? Dla gadżeciarza ze Stanów to coś równie wiktoriańskiego jak powóz konny. Dlatego w moim nowym mieszkaniu zamiast skrzynki mam pokój z bezpiecznikami. Brzęczenie obwodów słychać już z odległości stu metrów, więc można go znaleźć bez trudu. To znaczy można by było, gdyby nie ogłuszyła was piosenka Even in the Quietest Moments („Nawet w najcichszych chwilach”).

Wreszcie otwieracie drzwi i – słodki Jezu! – czujecie się zupełnie tak, jakbyście wkroczyli na pokład statku kosmicznego „Enterprise”. Nie żartuję. Rzędami ciągną się jakieś włączniki i tysiące zielonych migających światełek. Tysiące? Tak, tysiące.

Byłem w kokpicie nowoczesnego Airbusa i mogę was zapewnić, że nie ma tam tylu włączników i kontrolek co w czeluściach mojego trzypokojowego mieszkania. W pokoju z obwodami wszystko jest tak przerażające, że nie ośmielicie się dotknąć niczego z obawy, że po wyjściu z pomieszczenia moglibyście się znaleźć w Chicago.

Jak się okazuje, nie jest to nic niezwykłego. W wielu nowoczesnych domach i mieszkaniach znajdują się pokoje pełne reaktorów ze Star Treka, modemów i automatycznych wyłączników. Wiatraki potrzebne do ich schładzania zapewniłyby napęd wojskowemu poduszkowcowi. Energia konieczna do zasilania samych tych urządzeń wystarczyłaby do oświetlenia całego Leeds. A wszystko to na nic, bo nikt w prawdziwym świecie i tak nie będzie wiedział, jak się tym sprzętem posługiwać.

Kiedy usiadłem na podłodze, pozbawiony ogrzewania, czajnika, lodówki, telewizji, internetu, oświetlenia i nadziei, że moja sytuacja wkrótce się poprawi, nasunęła mi się głęboka refleksja. Nasza odwieczna pogoń za ultranowoczesną przyszłością przeniosła nas z powrotem do epoki kamienia łupanego.

2 maja 2010

1 Hugh Green (1920–1997) – angielski prezenter telewizyjny.

Szturmowcy straży miejskiej nie pozwolą mi kupić stanika

Skoro wybory parlamentarne dobiegły już końca, zajmijmy się dziś ważniejszymi sprawami: na przykład tą, że zamknięto nasz miejscowy warsztat szewski. Skłamałbym, mówiąc, że korzystałem z jego usług; mimo to cieszyła mnie sama jego obecność. Widok sympatycznego staruszka w brązowym fartuchu, reperującego znoszone chodaki, przypominał mi czasy, kiedy nie wyrzucało się sportowych butów tylko dlatego, że wyszły z mody albo że nowym sponsorem ulubionego klubu piłkarskiego została Puma. „Kto nie marnuje, temu nie brakuje” – tak powinien był nazywać się ów warsztat.

Właściciel pobliskiej kwiaciarni też zwinął interes. Co prawda niczego w niej nie kupowałem – głównie dlatego, że u konkurencji w centrum pracuje znacznie ładniejsza dziewczyna – ale byłem zadowolony, że takie miejsce istnieje. Podobało mi się, że w moim miasteczku działają dwie kwiaciarnie, ale teraz to już przeszłość.

W ciągu ostatnich kilku lat swoje podwoje zamknął również salon ze sprzętem hi-fi, sklep z damską bielizną, sklep z ubraniami dla dzieci, oba sklepy monopolowe, a także delikatesy. Skoro już mowa o delikatesach, to powinienem dodać, że byłem ich klientem. Jeden raz. Kupiłem wtedy trochę sera, który okazał się bardzo dobry. Niestety, nie na tyle dobry, żebym miał ochotę kupić go ponownie. Mimo to przyjemnie było wiedzieć, że jeśli pojadę do miasteczka kupić znaczki pocztowe albo oddać buty do szewca i nagle najdzie mnie chętka na kawałek wensleydale’a, to w każdej chwili będę mógł wstąpić do delikatesów i kupić sobie co nieco. A teraz nie mogę.

Naturalnie opisuję tutaj Chipping Norton. I pewnie uważacie, że wszystkie te informacje nadają się raczej do „Chipping Norton Gazette”. Niestety, nie ma u nas lokalnej prasy. Poza tym założę się, że u was sytuacja wygląda dokładnie tak samo i że wasze miasto również zamieniło się w nijaką, bezbarwną pustynię z biurami nieruchomości, barami szybkiej obsługi i sklepami charytatywnymi sprzedającymi używane rzeczy.

Wiem, że takie sklepy świadczą bardzo potrzebne usługi. Zdaję sobie z tego sprawę i życzę im powodzenia w dalszym przejmowaniu lokali handlowych zajmowanych wcześniej przez rzeźników, piekarzy i wytwórców świeczników. Problem tylko w tym, że ja tych sklepów po prostu nienawidzę.

Nigdy nie odczuwałem potrzeby zakupu wiktoriańskiego dzbanka do herbaty. I nie lubię, kiedy podczas mojego pobytu w mieście przypomina mi się, że wciąż mam okazję to zrobić. Jeśli potrzebujecie akurat sera albo śpioszków dla dziecka, wiktoriański dzbanek do herbaty do niczego się wam nie przyda. Taki dzbanek jest zresztą bezużyteczny nawet wtedy, gdy chcecie zaparzyć sobie herbatę. Dlatego wcale go nie chcę, nawet jeśli kosztuje tylko trzy pensy – a taka cena widnieje zwykle na metkach w tego typu sklepach.

Gdybym musiał wybierać, to zamiast oglądać zamalowane białą farbą okna wystawowe, które przypominają byłym właścicielom o niedawnej plajcie, a mnie kojarzą się z połamanymi zębami w dziąsłach głównej ulicy miasta, pewnie wolałbym zobaczyć tam kolejne sklepy charytatywne. Ale tak naprawdę marzy mi się, żeby na swoje miejsce wrócił warsztat szewski. A także sklep z damską bielizną, kwiaciarnia i przynajmniej jeden monopolowy.

Jednak one nie wrócą. Zniknęły na dobre. To zła wiadomość, ponieważ kiedy z centrum miasta znikają małe sklepiki, to traci ono swoją duszę. A ludzie tracą powody do odwiedzania tego miejsca. I co potem? Jaki sens ma gnieżdżenie się w mieście przypominającym kluchowatego pączka, któremu brakuje dżemu?

Nie zamierzam rozwodzić się nad konsekwencjami tej sytuacji; bardziej interesują mnie sposoby powstrzymania tego postępującego rozkładu. A żeby mu przeciwdziałać, musimy znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego dziś tak wiele małych sklepów kończy nagle swój żywot.

Rzecz jasna, niektórzy obwiniają o to recesję. Ale przecież nad drzwiami wielu zlikwidowanych sklepów wisiały tablice z informacją, że założono je w roku 1890. Co oznacza, że musiały przetrwać nie tylko niejedną recesję, lecz także wojny i epidemie dyfterytu.

Najczęściej obarcza się winą supermarkety i podmiejskie parki handlowe. Ludzie twierdzą, że taniej jest kupić ser w Asdzie niż u faceta w fartuchu, którzy sprzedaje sery w lokalnych delikatesach. To prawda. Ale jeśli zależy wam przede wszystkim na niskiej cenie, to najtaniej będzie zrobić ser samemu. Potrzeba do tego tylko trochę mleka, nieco podpuszczki oraz basisty zespołu Blur1.

Moim zdaniem rzeczywisty powód jest inny. Wolimy pojechać do supermarketu, ponieważ jest to wygodniejsze od uciążliwego krążenia po mieście, które ponad tysiąc lat temu zaprojektował król Alfred.

I właśnie to może być wytłumaczeniem upadku naszych miast. Powiedzmy sobie szczerze: nie zdołamy cofnąć ekspansji supermarketów; możemy jednak wyrównać warunki konkurencji. Trzeba tylko ułatwić robienie zakupów w centrach miast. Aby to osiągnąć, wystarczy pozbyć się strażników miejskich czy też – jak się ich obecnie nazywa – „funkcjonariuszy służb ochrony miasta”. Swoją drogą tę nazwę wymyślili chyba Rosjanie.

Nie twierdzę, że bezwzględnie trzeba ich wsadzić do kotła i stopić; jeśli jednak okaże się, że nie można się ich pozbyć w żaden inny sposób, niech będzie i tak. Faktem jest, że muszą zniknąć. Wszyscy co do jednego.

Za każdym razem, gdy odwiedzam pobliskie miasto, dostaję mandat za złe parkowanie. Jadę ulicą i nagle odczuwam nieodpartą chęć nabycia biustonosza; parkuję więc w jakimś rozsądnym miejscu, żeby nie utrudniać życia innym, po czym biegnę do sklepu, gdzie okazuje się, że w sprzedaży są wyłącznie wiktoriańskie imbryczki. Wracam więc na ulicę i… kurczę! Znów mnie dopadli. Gdyby ci ludzie wkładali tyle samo wysiłku w łapanie terrorystów, to już nigdy nie wybuchłaby u nas żadna bomba.

Odwiedzając Oksford, z góry zakładam, że zostanę ukarany mandatem, więc po prostu parkuję tam, gdzie mi wygodnie. Ostatnim razem zostawiłem samochód na pasie dla autobusów i poszedłem do kina. Gdybym zadał sobie trud i poszukał lepszego miejsca do parkowania, wysokość mandatu byłaby identyczna.

Można odnieść wrażenie, że włodarze miast nie chcą, żeby ludzie parkowali i robili zakupy. I faktycznie, w wielu miastach tak to właśnie wygląda – a przynajmniej wszędzie tam, gdzie do władzy dorwali się zaprzysięgli zwolennicy przestarzałej i skompromitowanej teorii o odpowiedzialności człowieka za proces globalnego ocieplenia. Tacy jak oni wolą, żeby miejscowi siedzieli w domach i chłostali się rózgami. Ale nawet w tych bardziej światłych miastach zatrudnia się szturmowców straży miejskiej. Czyli – innymi słowy – ludzi, których praca polega na zabijaniu miast.

Czy władzom naszych miast naprawdę się wydaje, że gdyby zostawiły nas bez nadzoru, to wszyscy zaczęlibyśmy parkować na przejściach dla pieszych i porzucalibyśmy tam nasze samochody na okrągły rok? Bo jeśli tak, to znaczy, że nam nie ufają. A skoro nam nie ufają, to znak, że nasz związek się wypalił i przyszedł czas wzniecić społeczne niepokoje.

9 maja 2010

1 Alex James jest znanym serowarem, a także autorem felietonów na temat sera w miesięczniku „Esquire”.

Przybywajcie oglądać moje otoczaki! Tylko pięć funtów za bilet

Jak wiadomo, od kilku tygodni podróżowanie samolotami po Europie jest dość kłopotliwe. Jeśli dodamy do tego strajki w British Airways, kiepski kurs funta oraz fakt, że nasza gospodarka przypomina obecnie wielki bajzel, to możemy być pewni, że w tym roku wielu z nas rozważy spędzenie urlopu w Wielkiej Brytanii.

W zeszłym tygodniu byłem w Kornwalii i chociaż mamy dopiero środek maja, to na tamtejszych plażach widziałem już całe rodziny przycupnięte za wiatrochronami i obserwujące horyzont spod kapturów swoich anoraków w nadziei na to, że ich optymizm zatriumfuje nad meteorologiczną rzeczywistością.

Problem ze spędzaniem urlopu na Wyspach Brytyjskich polega na tym, że co prawda miewamy tu ładną pogodę, jednak przypomina ona starego, niezbyt solidnego przyjaciela. Nigdy nie wiadomo, kiedy do nas zajrzy, żeby rozjaśnić nam dzień. A kiedy już się pojawia, to nigdy na długo. Woli odwiedzać inne miejsca. Większość czasu spędza we Francji albo na Karaibach.

Zastanówmy się nad tym przez chwilę. W tym roku urlop w Wielkiej Brytanii spędzi więcej osób niż kiedykolwiek wcześniej. Nie będą mogli wylegiwać się na plaży, czytając książki, ponieważ za sprawą północnych wiatrów – tych samych, które przygnały do nas chmurę wulkanicznego pyłu – temperatura utrzymywać się będzie na poziomie zamarzania azotu. Będziemy więc mieli do czynienia z wielotysięczną rzeszą urlopowiczów dręczonych nudą i przemożnym pragnieniem roztrwonienia pieniędzy, których nie wydali na bilety lotnicze. Wyczuwam tu świetną okazję do robienia interesów.

Podczas pobytu w Kornwalii nie mogłem nie zwrócić uwagi na tamtejsze muzeum pszczół. Właśnie tak: muzeum pszczół. Pszczoły te nie balansują z piłką na nosie ani nie żonglują miniaturowymi piłami łańcuchowymi. Zwiedzający płaci za oglądanie pszczół, które latają i zachowują się jak na pszczoły przystało. Muzeum mieści się przy tej samej ulicy co rezerwat krasnali, w którym możecie przespacerować się po ogrodzie należącym do kogoś o bardzo kiepskim guście.

Sami zatem widzicie, że zyski można czerpać z insektów, a także z plastikowych ozdób ogrodowych. Ale z jakiegoś powodu brytyjscy urlopowicze upodobali sobie kamienie. Jeśli w dodatku ułożone są w kształcie kościoła lub starego domostwa, w którym mieszkała kiedyś czyjaś żona, to z pewnością uda się wam na nich zarobić.

Bezładne sterty kamieni cieszą się niesłabnącą popularnością wśród amatorów turystyki pieszej, którzy gotowi są podziwiać je całymi godzinami i wydać Bóg wie ile pieniędzy na broszury, pocztówki oraz lody – jedyne, co musicie zrobić, to pokazać im kupę gruzu i zapewnić, że w przeszłości była opactwem.

O dziwo, źródłem dochodu mogą być nawet kamienie będące po prostu kamieniami.

W mojej okolicy znajduje się pole, a na nim trochę kamieni. Po uiszczeniu opłaty w wysokości jednego funta – lub pięćdziesięciu pensów, jeśli jesteście dzieckiem – możecie tam wejść i na nie popatrzeć. Czy to nie genialne? Niemal na pewno nie potrafilibyście zaprojektować nowej generacji iPoda ani Astona Martina DB9. Ale spokojna głowa. Wcale nie musicie tego robić.

Możecie przecież zarabiać na życie pobieraniem opłat od ludzi spragnionych widoku kamieni, które ktoś inny – dawno temu i nie wiadomo po co – poustawiał na sztorc w waszej zagrodzie.

Na pewnym polu w hrabstwie Wiltshire stoi kilka ogromnych głazów, które można oglądać za darmo, o ile robi się to z pobliskiej drogi. Jeśli jednak zapragniecie do nich podejść i obejrzeć je z bliska, to druidzi – czy jak tam zwie się to towarzystwo, które zarządza opisywanym terenem – zedrą z was oszałamiającą kwotę sześciu funtów i dziewięćdziesięciu pensów. To fantastyczny biznes. Zwłaszcza gdy poszerzycie swoją działalność o handel przewodnikami – nawet jeśli w każdym z nich będzie można wyczytać dokładnie to samo: „Nie mamy pojęcia, dlaczego te kamienie znalazły się w tym miejscu”.

Uwaga – strażnicy kamienia, który widziałem w Kornwalii, poszli o krok dalej i od każdego z tłumnie odwiedzających to miejsce turystów pobierają trzy funty. Jest to opłata za obejrzenie kamienia, który może – choć wcale nie musi – oznaczać miejsce pochówku króla Artura. Czyli kogoś, kto tak naprawdę nie istniał. Czy to nie czyste szaleństwo?

Przez farmę, którą właśnie kupiłem, przepływa strumień, a na jego brzegu leży kilka kamieni. Zamierzam ogłosić, że wyznaczają one miejsce narodzin Jamesa Bonda; otworzę też sklepik z pamiątkami i będę inkasował piątaka od każdego, kto zechce przez kilka minut postać obok moich kamieni. Powinniście pójść w moje ślady. Jeśli tylko macie w przydomowym ogródku cokolwiek geologicznego, zostawcie na poczcie ulotki – zanim się obejrzycie, autokary firmy Wallace Arnold zaczną zwozić wam tłumy ciekawskich.

Skłonność brytyjskich urlopowiczów do uznawania rzeczy nieciekawych za ciekawe – i to ciekawe do tego stopnia, że warto zapłacić za ich oglądanie – przechodzi ludzkie pojęcie. Brytyjczyk na urlopie zapłaci za obejrzenie porodu krowy. Za obejrzenie robótek ręcznych. A nawet za obejrzenie waszej rabatki. Jeśli macie jakieś hobby, choćby nie wiem jak głupie, to od czerwca do września z pewnością uda się wam na nim zarobić.

No chyba że wasze hobby to oglądanie pornografii w internecie. Na tym prawdopodobnie się nie wzbogacicie. Ale nie traćcie nadziei.

Każdy obiekt przemysłowy to wspaniała atrakcja, zwłaszcza jeśli jest nieczynny. Pewna nieeksploatowana już dzisiaj kopalnia cyny w Kornwalii sprzedaje bilety wstępu: dorosłym za osiem, a dzieciom za pięć funtów. I cóż takiego mogą tam zobaczyć? Dziurę w ziemi, z której nie wydobywa się już jednego z najnudniejszych surowców w całym – niezbyt przecież pasjonującym – świecie metalurgii.

Wyobraźcie sobie możliwości, jakie to przed wami otwiera. Moglibyście pobierać opłaty za oprowadzanie ludzi po tym, co zostało po likwidacji waszego lokalnego oddziału Woolworthsa. „Tutaj klienci wybierali słodycze, a jeśli zechcą państwo przejść ze mną nieco dalej, zobaczymy miejsce, w którym znajdowały się stojaki na płyty DVD”.

Co innego mogą robić turyści? Zdążyli już przecież obejrzeć kamienie. Zwiedzili rezerwat krasnoludków i poobserwowali pszczoły. Tymczasem deszcz nadal leje, a dzieci wciąż się nudzą – w tej sytuacji łatwo będzie wam zdobyć uwagę wczasowiczów, a w konsekwencji także dostęp do ich kart kredytowych.

W zeszłym tygodniu poznałem faceta wypożyczającego stroje piankowe tym, którzy chcą popływać, ale z powodu ciągłego chłodu nie mogą tego zrobić w kostiumach kąpielowych przywiezionych z domu. Ten sam facet chętnie wynajmie wam również styropianową deskę, z którą możecie pobaraszkować w wodzie. Ma supersamochód za sto tysięcy funtów i jestem gotów pójść o zakład, że dzięki żerowaniu na nieszczęściu uwięzionego na wyspach brytyjskiego urlopowicza stać go także na to, żeby spędzić urlop za granicą.

16 maja 2010

Pani minister świntuszy w pracy

Ostatnio podniosła się wrzawa z powodu niedostatecznej liczby kobiet w nowym gabinecie Cameroclegga i muszę przyznać, że proporcje w rządzie faktycznie sprawiają wrażenie nieco zachwianych. Obawiam się, że to bardzo niezdrowa sytuacja. Nic nie napełnia mnie takim lękiem jak spotkania w czysto męskim gronie. To dlatego wystrzegam się uczestnictwa w wieczorach kawalerskich i „wypadach z chłopakami na miasto” – unikam ich z taką samą determinacją co pokrzyw i psów chorych na wściekliznę. Nie znam się na biznesie, cygara mnie nudzą, nie interesuję się krykietem, a kiedy ktoś klepie mnie po plecach, ogarnia mnie przemożna ochota, by zrewanżować mu się lewym prostym.

Kiedy mężczyźni nie są zajęci rozmową o interesach lub krykiecie czy klepaniem się wzajemnie po plecach, zaczynają wygadywać różne brednie: zastanawiają się na przykład, czy da się funkcjonować do góry nogami albo przepłynąć Atlantyk na odkurzaczu. Nie ma z tego żadnego pożytku, kiedy spoczywa na was zadanie rządzenia krajem. Nawet jeśli zabraliście się ochoczo do pracy ze szczerym zamiarem wdrożenia planu likwidacji Ministerstwa ds. Przedsiębiorczości, Innowacji i Umiejętności, to kiedy już sprawdzicie wyniki rozgrywek krykieta, zaczniecie się zastanawiać, czy lody da się wciągać nosem.

Mężczyźni, żeby mogli normalnie funkcjonować, potrzebują kobiet. Jest tak z bardzo prostego powodu: każda rozmowa z interesującym mężczyzną jest tylko rozmową z interesującym mężczyzną. Koniec końców prowadzi donikąd.

Tymczasem rozmowa z interesującą kobietą – przy założeniu, że kobieta nie jest przesadnie utuczona – może zaprowadzić nas za drzwi, schodami na górę i zakończyć się w sypialni. Albo w ogrodzie. Albo na tylnym siedzeniu samochodu. Rozmowa z interesującą kobietą może prowadzić wszędzie.

To dlatego mężczyźni w towarzystwie kobiet stają się znacznie bystrzejsi i bardziej zabawni. W obecności kobiet zaczynamy bowiem flirtować, a one odpowiadają tym samym. A jak wiadomo, flirt jest motorem pomysłowości i dowcipu.

Kiedy otaczają mnie sami mężczyźni, nie potrafię z siebie wykrzesać choćby jednej niebanalnej myśli. Ale wystarczy, że do tego towarzystwa dorzucicie kobietę, a jeszcze przed podwieczorkiem uda mi się opracować koncepcję nowego ładu na świecie. Niestety, mam poważne wątpliwości, czy posiedzenia Rady Ministrów to właściwe miejsce do takich zachowań. Próba przekonania Theresy May o potrzebie wprowadzenia obowiązkowej służby wojskowej to jedno. Jeśli jednak będziecie jednocześnie wyobrażać ją sobie nago, może to wywołać całą masę komplikacji, a to ostatnia rzecz, jakiej potrzebuje obecnie nasz kraj.

Co więcej, mówimy tu o ludziach, którzy przebywają wiele kilometrów od swoich rodzin. Na dodatek są zamknięci w jednym pomieszczeniu. W takich warunkach flirt może prowadzić do rozmaitych problemów. Jeśli nie będziecie uważać, możecie wylądować w wannie z Edwiną Currie.

Obecnie rząd nie ma pieniędzy na pokrycie kosztów wojny, w którą jesteśmy uwikłani, ani nawet na lekarstwa potrzebne do poskładania naszych rannych żołnierzy. Ciężko mi sobie wyobrazić, by nasza sytuacja mogła ulec poprawie za sprawą sekretnego flirtu Liama Foxa z Caroline Spelman.

Ktoś mógłby w tym miejscu stwierdzić, że przecież dorośli ludzie na ważnych stanowiskach nie flirtują, ale ja jestem innego zdania. Nie robią tego tylko ci wyjątkowo nudni lub ci definitywnie martwi. Kiedy człowiek zaczyna mieć dość flirtowania, to znaczy, że ma dość życia. A przecież nie chcielibyśmy, żeby ktoś z takim nastawieniem piastował jakiekolwiek kierownicze stanowisko.

Możecie zatem dojść do wniosku, że najlepiej by było, gdyby rządziły nami wyłącznie kobiety. Dzięki swojej wrodzonej wielozadaniowości zasiadająca w rządzie kobieta mogłaby rano zajmować się obronnością, po południu prawem pracy i emeryturami, a sprawy służby zdrowia załatwiałaby podczas prasowania. Tym sposobem zamiast dwudziestu ośmiu ministrów wystarczyłoby nam czterech.

Nie jestem jednak przekonany, czy rząd złożony z samych kobiet rzeczywiście zdałby egzamin.

Czy byliście kiedyś świadkiem rozmowy prowadzonej przez panie, którym się wydaje, że nie słyszy ich żaden mężczyzna?

Wyobrażamy sobie, że kobiety dyskutują wyłącznie o szkole, zakupach i szydełkowaniu. Ale to nieprawda. Przez kilka ostatnich dni miałem okazję podsłuchiwać rozmowy kilku dziewczyn. Inteligentnych i na ważnych stanowiskach. I jedyną rzeczą, o której rozmawiały – non stop! – był seks.

I nie chodzi mi tu o seks w wydaniu romantycznym, pełen omdleń i wizji pana Darcy’ego wyłaniającego się z jeziora. Nie. Dziewczyny rozmawiały o prawdziwym, ostrym seksie rodem z najmroczniejszych zakamarków internetu. O tym, kto, gdzie i kogo wykorzystał analnie. Kto przeszedł operację plastyczną wewnętrznych warg sromowych. I jak by to było z lesbijką. Jednego dnia już myślałem, że w końcu zmieniły temat i zajęły się ogrodnictwem, bo mówiły coś o jakiejś taczce. Przesłyszałem się jednak. Rozmawiały o łechtaczce. I najwyraźniej był to dla nich temat na wielogodzinną dyskusję.

Wczoraj wieczorem jedna z dziewczyn, sądząc, że zasnąłem, opowiedziała pozostałym, w jaki sposób nakłania ekipę budowlaną do wykonywania poleceń: w drodze do domu zatrzymuje się, zdejmuje stanik i przez kilka minut stoi na chłodzie. Potem rozmowa ponownie zeszła na temat plastyki warg sromowych.

Dziewczyny często zapraszały też koleżanki do obejrzenia ich interesujących fryzur łonowych. Zdumiało mnie to. Jestem mężczyzną od pięćdziesięciu lat, a mimo to żaden inny facet ani razu nie zaproponował, że pokaże mi swojego penisa. Nigdy też nie czułem potrzeby poproszenia któregoś z kolegów, żeby rzucił okiem na moje jądra i ocenił, czy są „normalne”. I z całą pewnością nigdy nie wróciłem do domu z dyndającym na widoku starym druhem, by w ten sposób wpłynąć na jakiegoś budowlańca.

Opisane przeze mnie kobiety wcale nie stanowią wyjątku. Kilka tygodni temu byłem świadkiem, jak dwie przyjaciółki gawędziły – przez wiele godzin – o masturbacji. Który wibrator jest lepszy: Bullet czy Rabbit? Jaka pozycja sprawdza się najlepiej? I jakie fantazje? Było to dla mnie niezwykłe doświadczenie, ponieważ nie przypominam sobie, żeby mężczyźni dyskutowali w podobny sposób o onanizmie. Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, byśmy w ogóle o nim rozmawiali.

Kiedy weźmiemy to wszystko pod uwagę, stanie się dla nas jasne, dlaczego komisje parlamentarne nigdy nie działają jak należy. Zbyt wiele rzeczy rozprasza uwagę ich członków.

To dlatego firmy i państwa kierowane przez jednego człowieka są tak wydajne. Po prostu nikt tam nie traci czasu na flirtowanie, rozmowy o seksie i sprawdzanie, jak bardzo można odchylić się na krześle, nim się przewróci. Ludzie w tak zarządzanych miejscach zajmują się pracą. W związku z tym mam propozycję. Wkrótce będziemy musieli odpowiedzieć na pytanie, czy chcemy zmiany sposobu wybierania deputowanych do Izby Gmin. Myślę, że przy tej okazji powinniśmy poważnie rozważyć wprowadzenie dyktatury.

23 maja 2010

Dla złodziei owce są dziś na wagę złota

Alarmujące wieści z północy. W zeszłym tygodniu ktoś wdarł się na pole na obrzeżach Knutsford w hrabstwie Cheshire i ukradł sto owiec oraz owieczek. Żona farmera jest zrozpaczona, ponieważ jedna z ukradzionych owiec była jej ulubienicą. Porwano także nowo narodzone dziecko wspomnianej owcy. To zbyt bolesne, żeby o tym pisać. I bynajmniej nie jest to odosobniony przypadek.

Kilka dni wcześniej w hrabstwie Lancashire pewien farmer z Ramsbottom1 – nazwa miejscowości, niestety, nie została przeze mnie zmyślona – obudził się rano i zauważył, że ktoś buchnął mu dwieście siedemdziesiąt jeden owiec.

W tym czasie w Walii ktoś podprowadził kolejne dwieście sztuk; podobna liczba zwierząt zniknęła w Borders. W samym tylko mieście Cumbria poszkodowanych zostało piętnastu farmerów. Wydaje się zatem, że na północy owce są teraz jak złoto.

Jednak nie tylko one padają łupem złodziei. W Tamworth w hrabstwie Staffordshire ktoś kradnie prosięta. W Norfolk królowa Elżbieta straciła krowy o wartości piętnastu tysięcy funtów. W Shropshire jakiś facet zadzwonił na policję, żeby zgłosić kradzież ośmiuset tysięcy pszczół. To bije wcześniejszy rekord, czyli pięćset tysięcy pszczół skradzionych w Lothian w czerwcu. Jak tak dalej pójdzie, będę musiał rozważyć zainstalowanie alarmu przeciwwłamaniowego na moim żółwiu.

O co tu chodzi i, co ważniejsze, dlaczego jeszcze nikogo nie złapano? Jak trudne może być znalezienie kogoś, kto ukradł milion pszczół? Ktoś taki musi przecież wylądować w szpitalu, gdzie, opuchnięty nie do poznania, będzie cichutko pojękiwał w postępującej agonii.

Szczerze mówiąc, chciałbym, żeby go złapali, bo ukraść komuś pszczoły to jak ukraść choremu na egzemę trochę złuszczonej skóry. Co niby można z tym zrobić?

Ciekawe, jak działa cały ten owcokradczy biznes… Żeby podprowadzić dwieście siedemdziesiąt jeden owiec, nie zwracając niczyjej uwagi, musicie dysponować kilkoma rzeczami: wiedzą na temat zachowania owiec, znajomością zwyczajów panujących na wsi, stadem psów i dużą ciężarówką. Nie jestem detektywem, ale sądzę, że jeśli weźmiemy pod uwagę powyższe przesłanki, sprawcą okaże się jakiś pasterz. Jednak, co ciekawe, prowadzący śledztwo policjanci nie rozglądają się za kimś, kto siedzi sobie na płocie w nowiutkiej koszuli. Ich zdaniem w sprawę zaangażowana jest zorganizowana przestępczość. Nieźle! Pewnie jest nią grupa wiejskich grajków z obrzynami.

W rzeczywistości to trochę bardziej skomplikowane. Kradzione owce ani podziemne nielicencjonowane rzeźnie nie podlegają regulacjom Unii Europejskiej dotyczącym higieny. To zaś oznacza, że na rynku wkrótce mogą pojawić się ogromne ilości trefnych baranich udźców. Faktycznie brzmi to tak, jakby gdzieś pośród wzgórz ukrywał się odpowiedzialny za to wszystko jakiś przestępczy boss. Na przykład Pablo Esco-bee.

Ale jeśli mam być szczery, to nie wydaje mi się, żeby zyski z tego procederu mogły być szczególnie duże. To z kolei każe mi zastanowić się, dlaczego Ronnie i Reggie z tej wiejskiej Koziej Nostry biegają po wzgórzach, kradnąc owce, kiedy mogliby zajmować się tradycyjną gangsterską robotą, czyli obrabianiem banków.

Gdy dorastałem, zawsze chciałem być przestępcą napadającym na banki. Wydawało mi się, że to idealna ścieżka kariery: krótkie okresy prestiżowej i ciekawej pracy przeplatane długimi wakacjami w Hiszpanii. Wszyscy moi idole rabowali banki: Butch i Sundance, dowodzona przez Jacka Hawkinsa Liga Dżentelmenów, Bonnie i Clyde. Rabusie byli cool.

Był czas, kiedy każdego wieczoru napadano na jakiś bank. Przyzwyczailiśmy się, że co rano budzi nas detektyw Dixon pędzący obok naszego domu w swoim Austinie Westminsterze, w pogoni za jakimś cwaniaczkiem w prążkowanym sweterku i Jaguarze.

Wydawać by się mogło, że w dzisiejszych czasach napady na bank powinny być jeszcze częstsze.

Powszechnie wiadomo, że policjanci zajmują się głównie zatrzymywaniem motocyklistów, co jest bardzo lukratywnym zajęciem. Tych kilku, którym pozwolono skoncentrować się na prawdziwych przestępstwach, albo siedzi na posterunku i wypełnia formularze, albo uczestniczy w kursach, na których poznaje tajniki wspinaczki na parkany. W tej sytuacji ryzyko bycia złapanym staje się dla potencjalnego przestępcy niemal zerowe.

Owszem, jeśli wybierzecie się do lokalnego oddziału waszego banku i podczas przeprowadzania napadu zaśniecie z powodu zażytych wcześniej medykamentów, to tak, wtedy was przymkną. Ale jeśli wszystko dobrze sobie zaplanujecie i przemyślicie każdy szczegół, to włos wam z głowy nie spadnie. Jedynym waszym problemem będą tłumy fanów obrzucające was płatkami róż, kiedy będziecie biegli do samochodu, którym uciekniecie z miejsca przestępstwa.

A mimo to ostatni duży skok na bank w Wielkiej Brytanii miał miejsce w 1994 roku, kiedy napastnicy obrabowali placówkę Nothern Banku w Belfaście i uciekli z prawie dwudziestoma siedmioma milionami funtów. Od tamtej pory minęło już szesnaście lat. Co się zatem stało? Dlaczego ludzie przestali kraść forsę, co zapewniało im sławę, bogactwo i popularność, a zaczęli kraść pszczoły, przez co trafiają do szpitala?

Osobiście nie mam nic przeciwko temu. Ale przecież odpowiedzialni za napad w Belfaście nigdy nie zostali złapani, a większości pieniędzy nie udało się odzyskać. Robota na jedną noc przyniosła niemal dwadzieścia siedem milionów funtów zysku. I nikt nie powędrował za to do ciupy. To powinno przemówić do wyobraźni tym, którzy włóczą się w nocy po wrzosowiskach, wydając szeptem polecenia psu pasterskiemu i żyjąc nadzieją, że potem uda im się opchnąć szemrany kotlet pani Miggins spod dwudziestki dwójki, która da im za niego parę funtów.

Wydaje mi się, że znam odpowiedź na postawione wyżej pytanie. Jeśli odwiedzicie farmę na szczycie wzgórza, znajdziecie tam owce. Jeśli pójdziecie do banku, możecie być zupełnie pewni, że nie znajdziecie tam gotówki. Większość pieniędzy trafiła oczywiście do Greków, ale gdzie podziała się reszta? Myślę, że ją przetopiono, bo nie widziałem jej ani nie używałem od lat. Żeby być rabusiem w XXI wieku, nie musicie umieć otwierać sejfów. Wystarczy, że potraficie złamać komputerowe zabezpieczenia. Tyle że majstrowanie przy twardym dysku banku HSBC to żałosne zajęcie. Z pewnością nie tak fajne jak wykradanie krów królowej.

Złodziejom jest coraz trudniej. Współczesne samochody mają zamki niemal nie do sforsowania, współczesna sztuka jest bezwartościowa, pół świata żyje z ręką na przycisku alarmu i puszką gazu łzawiącego pod poduszką, monitoring sprawił, że nie ma po co zapuszczać się do centrów miast, a większość policjantów nosi ze sobą broń.

Właśnie dlatego łupem przestępców coraz częściej padają zwierzęta. Bo co innego można jeszcze buchnąć w dzisiejszych czasach?

30 maja 2010

1 dosł. Barani Zadek

Nie przeszkadzajcie sobie i filmujcie dalej – ja tu tylko płonę

Od premiery nowego sezonu Top Gear dzieli nas już tylko kilka tygodni i obecnie ścigamy się z czasem, by ukończyć w porę wszystkie zaplanowane filmy. Nie będę wam tutaj opowiadał, co to za filmy, bo naturalnie dobrze już wiecie. Dzięki temu, że wszystko, co robimy, fotografują i filmują przypadkowi świadkowie, którzy następnie publikują to w internecie albo sprzedają do gazet. To, że dziś każdy nosi w kieszeni aparat i każdy jest paparazzo, całkowicie odmieniło moje życie. Oczywiście nie zamierzam się na to uskarżać, bo dobrze wiem, że będę miał o wiele gorzej, kiedy zainteresowanie moją osobą ustanie. Niemniej jednak mam pewną maleńką prośbę.

Zanim zatrzymacie mnie na ulicy i poprosicie o wspólne zdjęcie, dowiedzcie się najpierw, jak obsługiwać aparat w waszym telefonie. Dzięki temu bezmyślny przechodzień, którego poprosicie o zrobienie nam zdjęcia, nie będzie przez dwadzieścia minut trzymał waszej komórki na opak i robił niezliczonych zdjęć własnego nosa.

Jest jeszcze inny irytujący drobiazg. Wczoraj pstryknięto mi fotkę, kiedy szedłem po Holland Park Avenue, a także kiedy wchodziłem do Tesco, kiedy kupowałem jajka, kiedy jechałem autostradą M40 oraz gdy załatwiałem potrzebę na stacji benzynowej w pobliżu Oksfordu. Nie żartuję. W trakcie siusiania obejrzałem się za siebie i zobaczyłem filmującego mnie kierowcę ciężarówki. Tę intrygującą scenę niewątpliwie można już obejrzeć na YouTubie. Chyba że facet nagrywał to na potrzeby swojej dziwacznej prywatnej kolekcji.

Jestem prawie pewien, że jeśli kiedyś zajmę się ogniem, to nikt nawet nie spróbuje stłumić płomieni ani nie będzie szukać gaśnicy. Zamiast tego wszyscy chwycą za swoje telefony i zaczną mnie filmować.

Sądzicie, że opowiadam głupstwa? A pamiętacie, jak w okresie przedwyborczym były lider Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa, Nigel Farage, postanowił przyczepić do samolotu transparent wzywający, zdaje się, do zerwania z bratwurstem? Niestety, transparent zaplątał się w ogon samolotu i maszyna runęła na ziemię.

Na pewno widzieliście te zdjęcia: rozbity samolot, uwięziony we wraku Farage z zakrwawioną twarzą, a obok niego ciężko ranny pilot.

Dziwne. Ktoś musiał przecież te zdjęcia zrobić. Ktoś popędził na miejsce katastrofy, zobaczył dwóch wiszących głowami w dół rannych i pomyślał: „Co teraz? Wiem! Wyjmę aparat i pstryknę kilka fotek”.

Oczywiście nie możemy wykluczyć, że autor zdjęć był zawodowym fotografem – w takim wypadku granice są rozmyte. Rolą zawodowego fotografa jest dokumentowanie zdarzeń, a nie ich kreowanie. Chociaż, moim zdaniem, zasada ta powinna obowiązywać przede wszystkim w warunkach wojny albo społecznych niepokojów.

Ale równie dobrze autor tych zdjęć mógł być kierownikiem banku albo księgowym. Nie wiem jak wy, ale gdybym to ja natknął się na poważnie rannego człowieka tkwiącego we wraku samolotu, to nawet choćbym fundamentalnie nie zgadzał się z jego poglądami, pomyślałbym raczej o podparciu odcinka szyjnego kręgosłupa i zrobieniu sztucznego oddychania, a nie o ekspozycjach, kątach widzenia obiektywu albo o tym, ile będą warte moje zdjęcia.

Z tym samym problemem mieliśmy do czynienia całkiem niedawno, przy okazji historii z pozostawionym na słońcu noworodkiem. Ktoś uznał, że najlepszym sposobem na udzielnie pomocy biednemu dziecku, które doznało poparzeń czterdziestu procent powierzchni ciała, będzie zrobienie mu kilku zdjęć.

Podobnie jest w przypadku osób – z jakiegoś powodu prawie zawsze są to Niemcy – którym się wydaje, że przełażenie przez ogrodzenie w zoo to dobry pomysł.

Uważają zapewne, że lampart lub tygrys to rozkoszne zwierzaczki, ale kiedy już znajdą się na wybiegu, szybko do nich dociera, że sforsowanie ogrodzenia wcale nie było rozsądne. Zwykle uświadamiają to sobie w chwili, kiedy stworzenie zaczyna odgryzać im nogę. Jaka byłaby wasza reakcja, gdybyście zobaczyli w zoo pożeranego człowieka? Zaczęlibyście rzucać czymś w zwierzę? A może próbowalibyście znaleźć kawałek liny, żeby to, co jeszcze zostało z pożeranej ofiary, miało szansę wydostać się z wybiegu?

Właśnie. Ja też tak bym postąpił. Ale sądząc po trafiających do internetu materiałach, większość ludzi wyciąga w takiej sytuacji aparat i kręci makabryczny filmik.

W dzisiejszych czasach jest niemal pewne, że jeśli wpadniecie w tarapaty, to nikt nie pośpieszy wam na ratunek.

Policjanci, jak wiadomo, mają zakaz udzielania pomocy. David Hasselhoff jest na emeryturze. A gapie po prostu wyjmą swoje telefony. Zdobędziecie swoje piętnaście minut sławy, w porządku. Tyle tylko, że będzie to ostatnie piętnaście minut waszego życia.

Kamera oddziela obserwatora od wydarzeń, które rozgrywają się na jego oczach. Filmując jakąś scenę, czujecie się tak, jakbyście oglądali ją na ekranie telewizora, i w rezultacie wydaje się wam, że nie jesteście w stanie pomóc. Krótko mówiąc, kamera dehumanizuje człowieka.

Ale ma to też swoje plusy. Zauważyłem, że w ciągu ostatnich paru lat na miano „wiadomości” przestało zasługiwać to, co się po prostu wydarzyło. Obecnie „wiadomości” to tylko te wydarzenia, które rozegrały się przed obiektywem kamery.

Jeśli stado tygrysów spustoszy jakąś peryferyjną wioskę w Indiach, to nie będzie to żadna wiadomość. Podobnie nie stanie się nią doniesienie o bandzie dzikich rebeliantów, którzy wymordowali mieszkańców jakiejś odległej afrykańskiej wsi. Za to kiedy tylko w Ameryce powieje nieco silniejszy wiatr, będziemy mieli do czynienia z wiadomością. Ponieważ wszystko, co dzieje się w Ameryce, jest rejestrowane za pomocą kamer.

Zastanawiam się, czy zeszłotygodniowy izraelski atak na turecki statek wchodzący w skład konwoju z pomocą humanitarną dla Strefy Gazy zyskałby tak wielki rozgłos, gdyby nie został sfilmowany. Podobnie było z kierowcą wyścigowym, który złamał nogę podczas kraksy w wyścigu Indy 500. Uznano to za ważne wydarzenie tylko dlatego, że mogliśmy je obserwować z wielu różnych ujęć kamery i w zwolnionym tempie.

W ciągu ostatnich miesięcy fenomen ten objął nawet świat przyrody. Mówię poważnie. Kiedy jakieś zwierzę zachowuje się zwyczajnie, nie jest to żadna wiadomość. Ale jeśli to zwyczajnie zachowujące się zwierzę zostanie uwiecznione aparatem lub kamerą, od razu trafia na okładkę „Daily Mail”. W dzisiejszych czasach wystarczy cyknąć fotkę sowie łapiącej mysz, żeby zostać drugim Robertem Capą.

W ostatecznym rozrachunku wyjdzie to nam wszystkim na dobre. Dane statystyczne pokazują, że w Indiach już teraz więcej ludzi posiada telefon komórkowy niż ubikację. Wkrótce tak samo będzie w Chinach i w Afryce. A kiedy to nastąpi i cały świat będzie nieustannie filmowany, będziemy mogli cofnąć się do czasów, w których wiadomości oznaczały coś interesującego, a nie coś, co po prostu można zobaczyć.

Dzięki temu nie będę już musiał spędzać połowy poranka na oglądaniu zdjęć Twiggy1 idącej na zakupy. Albo orła jedzącego rybę.

6 czerwca 2010

1 Twiggy Lawson (ur. 1949) – angielska modelka, aktorka i piosenkarka.

Chirurgiczne rozwiązanie problemu deficytu – amputacja Szkocji

Jak wiemy, nasz kraj jest w strasznych tarapatach i dlatego wszystkim szefom ministerstw przykazano przeprowadzenie cięć budżetowych.

Brzmi to bardzo rozsądnie; jestem jednak prezenterem telewizyjnym i stąd wiem, że nic z tego nie będzie.

Już wyjaśniam dlaczego. W każdy czwartkowy wieczór producenci programu Top Gear spotykają się, żeby pozszywać fragmenty programu i stworzyć w ten sposób gotowy produkt o długości około siedemdziesięciu minut. Ponieważ jednak jest to o jedenaście minut więcej, niż wynosi nasz czas antenowy, musimy coś wyciąć.

Czy też – jak mawiał Clive Jones, kiedy jeszcze sam tworzył programy dla telewizji – musimy pozbyć się naszych dzieci.

To wyjątkowo irytujące. Zmontowaliście program tak, by był możliwie najlepszy, a tymczasem okazuje się, że musicie wziąć do ręki nożyczki. Tu wycinacie jakąś nienajszczęśliwszą ciekawostkę, tam wyrzucacie dziwaczny dowcip. Ten proces trwa całą wieczność, jest bolesny, a kiedy dobiega końca, efekt jest zawsze taki sam: program staje się lepszy, spójniejszy i bardziej zabawny. Lecz wciąż o całe sześć minut za długi.

Trzeba więc wrócić do deski kreślarskiej. Tym razem musicie pozbyć się łączników i objaśnień. Nie odsysacie już zbędnego tłuszczu. Wycinacie mięśnie i kości. Naprawdę ważne fragmenty. Przykrawacie projekt tak, żeby pasował do budżetu, ale efekt końcowy nie trzyma się kupy. Można go porównać do pozbawionego elektryczności szpitala. To w dalszym ciągu szpital, ale nie ma z niego wielkiego pożytku, skoro nie da się uruchomić żelaznego płuca.

W Top Gear staramy się tego unikać i dlatego nie przycinamy mięśni ani kości. Jeśli koniecznie trzeba coś skrócić, poświęcamy całe kończyny.

Być może oglądaliście odcinek specjalny z Wietnamu, który wyprodukowaliśmy kilka lat temu. Nie mieliście jednak okazji zobaczyć fragmentu z wietnamskim kuzynem Stiga. Niełatwo było go nakręcić. Znaleźliśmy miejscowego kaskadera motocyklowego, ściągnęliśmy z Japonii motocykl, dwa razy przeprowadzaliśmy rekonesans w terenie i przygotowaliśmy szkic scenariusza w kilku wersjach; następnie nasza dwudziestokilkuosobowa ekipa przez cały dzień filmowała tamtą scenę przy parnej pogodzie i pod czujnym okiem przedstawicieli wietnamskich władz, którzy ciągle domagali się od nas udostępnienia filmowych surówek.

Powodem, dla którego nie mogliście tego wszystkiego obejrzeć, była cała seria nieprzewidzianych wydarzeń podczas naszej podróży – w rezultacie ukończony program okazał się o wiele za długi. Kiedy już wycięliśmy i spaliliśmy cały tłuszcz, wciąż mieliśmy o dwanaście minut za dużo. Zamiast więc ciąć mięśnie i kości, wyrzuciliśmy całą sekwencję. Uznaliśmy, że lepiej stracić ramię, niż doprowadzić do ruiny wszystkie organy ciała.

I w ten oto sposób wracamy do brytyjskiej gospodarki. To prawda, że publiczna służba zdrowia mogłaby zwolnić kilku menadżerów, a Ministerstwo Transportu odłożyć na później plany poszerzenia drogi B3018. Takie drobnostki pozwolą zaoszczędzić miliony, ale kolejnych milionów wciąż będzie brakować – dlatego David Cameron wraz ze swoim chłopcem na posyłki Cleggym muszą długo i intensywnie zastanowić się nad rezygnacją z wietnamskiego Stiga. Muszą rozważyć odrąbanie całego ministerstwa. Ja, rzecz jasna, polecałbym ich uwadze Ministerstwo ds. Energii i Zmian Klimatu, ponieważ w tych ciężkich czasach głupotą jest utrzymywanie resortu, który usiłuje kontrolować coś, na co ludzkość nie ma żadnego wpływu. To zupełnie tak, jakbyśmy utrzymywali Ministerstwo ds. Jowisza.

Ministerstwo zajmujące się zmianami klimatycznymi jest jednak stosunkowo niewielkie i zlikwidowanie go w sytuacji, gdy jesteśmy zadłużeni na bilion funtów, przypominałoby rezygnację z chodzenia do fryzjera w celu uporania się z debetem na koncie wynoszącym pięćdziesiąt tysięcy. Nie, Cameron i jego pucybut muszą pozbyć się czegoś naprawdę dużego, a ja sądzę, że mam właściwego kandydata: jest nim Szkocja.

Przyjrzyjmy się ewentualnym korzyściom. W ostatnich wyborach Szkocką Partię Narodową (SNP), która domaga się uniezależnienia Szkocji od Anglii, poparło dwadzieścia procent szkockich wyborców. Jeśli dodamy do tego osoby, które nie głosowały, ale również chciałyby pójść własną drogą, to stanie się jasne, że po północnej stronie angielsko-szkockiej granicy istnieje spore poparcie dla postulatu odbudowy muru Hadriana.

SNP uważa, że niepodległa Szkocja poradziłaby sobie pod względem ekonomicznym. Nie wiem, skąd to przekonanie, skoro wysokość wydatków publicznych w przeliczeniu na jednego mieszkańca jest w Szkocji o trzydzieści trzy procent wyższa niż w południowo-wschodniej Anglii.

Na swojej stronie internetowej SNP twierdzi, że niepodległa Irlandia jest „czwartym najzamożniejszym krajem świata” (czyżby?), a Islandia, czyli kolejne małe, niepodległe państwo, jest „szóstym najzamożniejszym krajem świata” (naturalnie abstrahując od faktu, że jest kompletnym bankrutem).

Ale nie odbiegajmy od tematu. Proponowane przeze mnie rozwiązanie ma mnóstwo zalet. Gdyby Szkocja zniknęła z naszej wyborczej mapy, Cameron miałby większość w Izbie Gmin i mógłby pozbyć się swojego koalicjanta Clegga; poza tym już nigdy więcej nie mielibyśmy szkockiego premiera, a Szkocja stałaby się zagranicą – dzięki temu spędzany tam urlop liczyłby się jako wakacje w egzotycznym kraju.

Sądzę, że moglibyśmy pójść jeszcze o krok dalej. Dlaczego nie wytyczyć granicy między Anglią a Szkocją w hrabstwie York? Dzięki temu SNP zyskałaby poczucie, że ofiara Williama Wallace’a1 nie poszła na darmo; co więcej, wszyscy wyborcy z okręgów wyborczych na północy Anglii mieliby wreszcie lewicowy, pełen troski o bagienne siedliska, chroniący nietoperze i budujący farmy wiatrowe rząd, o którym najwyraźniej marzą.

Być może zastanawiacie się, co będą z tego mieli ci, którzy pozostaną w Wielkiej Brytanii – to znaczy Walijczycy i mieszkańcy południowej Anglii? Cóż, nie ulega wątpliwości, że rozstanie ze Szkocją będzie dla nas bolesne, zważywszy na trzysta lat łączącej nas przyjaźni. Ale jakie mamy inne wyjście? Skasowanie publicznej służby zdrowia? Likwidacja Ministerstwa Obrony?

Nie. Obawiam się, że musi paść na Szkocję, która kosztuje budżet Zjednoczonego Królestwa pięć miliardów funtów rocznie. Zaoszczędzenie tej kwoty, razem z sześcioma miliardami funtów z innych oszczędności, stanowiłoby milowy krok w kierunku rozwiązania kryzysu zadłużenia publicznego.

A co z ropą? No cóż, wszystkie szkockie koncerny naftowe, takie jak… yyy… jakkolwiek się nazywają, będą w dalszym ciągu pompować czarne złoto do Aberdeen. Natomiast pozostałe firmy, takie jak BP i Shell, mogą po prostu kierować swoje rurociągi do Kentu. To uczciwe rozwiązanie. Aha, musielibyśmy również zorganizować przeprowadzkę floty atomowych okrętów podwodnych Trident.

Moich szkockich czytelników chciałbym w tym miejscu zapewnić, że wcale nie chcę się z wami rozstawać. Będzie mi brakowało waszych zabawnych spódniczek i rudych fryzur. SAS też będzie za wami tęsknić, ponieważ podobno aż siedemdziesiąt pięć procent żołnierzy tej formacji pochodzi z północy. Sęk w tym, że po prostu nie możemy sobie pozwolić na kontynuowanie naszego związku. Zatem żegnajcie i powodzenia.

13 czerwca 2010

1 Sir William Wallace (1270–1305) – przywódca szkockiego powstania przeciwko rządom Anglii, bohater narodowy Szkocji.

O datki prosi moja nowa fundacja – Anglia w Tarapatach

Ojej. Chyba znowu okazałem się trochę naiwny. Zakładałem bowiem, że skoro w wyborczym wyścigu przywódcy trzech największych partii jasno zadeklarowali, iż niezbędne są cięcia budżetowe, to wszyscy pogodziliśmy się z tym, że przez kilka lat trzeba będzie ograniczać wydatki na jedzenie i kupować mniej elektronicznych gadżetów.

Wydawało mi się też, że kiedy już skończyliśmy śmiać się na całe gardło z trudnej sytuacji Greków, to uświadomiliśmy sobie, że nas także czeka podobny okres zaciskania pasa. A jednak myliłem się, bo z tego co widzę, nikt nie zamierza zmieniać swojego stylu życia nawet o jotę.

Przyjrzymy się bliżej hrabstwu Nottinghamshire. Jego kontrolowana przez torysów rada oraz rada miasta Nottingham, w której większość mają laburzyści, zaproponowały ograniczenie wydatków lokalnych władz o sto milionów funtów, co oznacza likwidację dwóch tysięcy miejsc pracy. Czy zwalniani pogodzili się z tym, co nieuniknione? Ależ skąd. Rozpoczęli właśnie strajk włoski, a ich związek zawodowy wygłasza churchillowskie tyrady i grozi wojną.

Nie chodzi tylko o pracowników samorządowych. Mnóstwo pań w średnim wieku podskakuje teraz na miejskich zieleńcach, protestując przeciwko planom zamknięcia pobliskiej biblioteki.

I w ogóle nie przyjmują do wiadomości wyjaśnień, że wszystko, czego potrzebują, i tak znajdą w internecie.

W innym miejscu pracownicy urzędów skarbowych wybrali się na protest przed Ministerstwo Finansów, ponieważ obcięto im godziny pracy. W Glasgow studenci wymachiwali transparentami z powodu zwolnienia osiemnastu pracowników wydziału nauk biomedycznych i przyrodniczych.

Bez wątpienia równie wkurzeni są druidzi – naczelny sekretarz skarbu Danny Alexander zapowiedział przecież w Izbie Gmin, że na terenie Stonehenge nie powstanie warte dwadzieścia pięć milionów funtów centrum dla zwiedzających. Nie wiem, w jaki sposób druidzi wyrażają swój gniew, ale otrzymamy odpowiedź na to pytanie, jeśli Danny Alexander pojawi się w pracy z licznymi brodawkami na twarzy.

Tak czy inaczej, chodzi mi o to, że nikt nie widzi potrzeby ograniczenia wydatków, a jeśli nawet widzi, to uważa, że te ograniczenia nie powinny dotyczyć akurat jego. Co zatem należy zrobić?

Pewien facet zadzwonił w zeszłym tygodniu do programu radiowego Jeremy’ego Vine’a, żeby przedyskutować ten problem z Davidem Cameronem. Mówiąc z silnym akcentem z Birmingham, oznajmił, że jeśli zabierze się pieniądze stu najbogatszym ludziom w Wielkiej Brytanii, to automatycznie rozwiążą się wszystkie nasze problemy i reszta będzie mogła żyć jak wcześniej.

O dziwo, okazało się, że Cameron wcale nie podziela tego poglądu. Facet z Birmingham przedstawił więc swój kolejny pomysł. Jego zdaniem premier powinien pracować za darmo. W tym właśnie problem. Nie da się sprawić, żeby ludzie zaakceptowali cięcia, kiedy tylu z nich jest zdrowo szurniętych.

A ponieważ są szurnięci, nie ma żadnych wątpliwości, że kiedy cięcia staną się naprawdę dotkliwe, wszystko skończy się płaczem, zgrzytaniem zębów, latającymi w powietrzu butelkami z benzyną i brutalnymi interwencjami policji. Jesteśmy na dobrej drodze, żeby cofnąć się w czasie do roku 1979.

W zeszłym tygodniu zasugerowałem, że sposobem na uniknięcie takiej sytuacji byłoby pozbycie się Szkocji, ale wygląda na to, że nikt u sterów władzy nie potraktował tego poważnie.

Wpadłem więc na kolejny świetny pomysł: zarejestrujmy Wielką Brytanię jako organizację charytatywną.

Brytyjczycy przeznaczają corocznie dziesięć miliardów funtów na pomoc tym, którym mniej poszczęściło się w życiu. Wychodzi ponad dwieście funtów na każdą osobę powyżej szesnastego roku życia.

Wrzucamy pieniądze do puszki, żeby leczyć raka, fundować baseny pływackie rannym żołnierzom, budować sierocińce w Rumunii, pomagać uzależnionym trzymać się z dala od heroiny, poprawiać warunki życia w Gazie – ta lista nie ma końca. Przekazujemy tyle pieniędzy na potrzeby niewidomych, że obecnie więcej jest psów przewodników niż osób, które taki pies mógłby prowadzić.

W ostatnich miesiącach kupiłem jakieś obrazki, żeby sfinansować lekcje muzyki dzieciom mającym trudności w uczeniu się, podpisałem kilka piłek do rugby, dostarczyłem cały bagażnik obornika, żeby zapobiec zamknięciu lokalnego kąpieliska, a potem spędziłem noc z jurorem XFactora Louisem Walshem, by weprzeć zbiórkę na rzecz Palestyny. Na jednym z przyjęć kupiłem sobie nawet szefa kuchni Richarda Corrigana, chociaż za cholerę nie potrafię sobie teraz przypomnieć, na jaki to było cel.

Jest jeszcze magazyn „Big Issue”1. Nie lubię go. Uważam, że jest nudny. Ale to jedyne czasopismo, które kupuję co tydzień. Mało tego, czasami kupuję nawet trzy egzemplarze tego samego wydania. Dlaczego? Przecież kiedy czytam magazyn „Private Eye”, za którym przepadam, nie myślę sobie: „Och. To było znakomite. Kupię sobie jeszcze jeden egzemplarz”.

Powód jest prosty. Cieszy nas rozdawanie pieniędzy. Dzięki temu czujemy przyjemne ciepełko na sercu. To dlatego ofiarujemy pieniądze prawie zawsze, kiedy ktoś nas o to poprosi. Mówię serio. Myślę, że gdybym tego popołudnia zapukał do waszych drzwi i oznajmił, że odbywam właśnie charytatywną podróż komfortowym samochodem do Londynu, zbierając po drodze pieniądze na rzecz ptaków śpiewających z amazońskiej dżungli, to nie poskąpilibyście mi dychy.

Zastanówcie się też, co tak naprawdę robicie, kiedy będąc w pubie, dorzucacie swoją dziesięciopensówkę do zbiórki na zakup łodzi ratowniczych. Wydajecie pieniądze, żeby ratować jakiegoś pijanego idiotę z Surrey, który wypił za dużo ginu z tonikiem i wypadł ze swojego jachtu w wody cieśniny Solent. Ale uświadomienie sobie tego nie powstrzyma was przed sięgnięciem do portfela, prawda?

Oczywiście, jeśli naprawdę mocno angażujecie się w działalność charytatywną, nie ma w ogóle co wspominać o jakichś dziesięciopensówkach: ludzie, żeby zebrać tysiące funtów, a nawet dziesiątki tysięcy, gotowi są przenosić góry albo przynajmniej wspinać się na nie. I tu pora na przedstawienie mojego programu, ponieważ, jak wiemy, wszystkim nam leży na sercu los naszej ojczyzny.

Proponuję, żeby posłowie z waszego okręgu co tydzień chodzili po domach z puszką. Związki zawodowe zamiast strajków mogłyby organizować charytatywne wycieczki rowerowe do Niemiec. Każdy z nas mógłby dołożyć swoją cegiełkę, na przykład biorąc udział w zawodach jedzenia wieprzowiny w cieście na czas albo skacząc z samolotu; potem pojawialibyśmy się na pierwszych stronach lokalnych gazet, wystrojeni i z ogromnym czekiem w dłoni, opiewającym na pokaźną sumę, jaką udało nam się zebrać dla fiskusa.

Inne organizacje charytatywne mogą być przerażone takim obrotem sprawy, chociaż nie powinny, bo kiedy dojdzie do cięć, ucierpią na tym tak samo jak wszyscy inni. A jeśli wdrożymy mój program, żadnych cięć nie będzie.

20 czerwca 2010

1 „Big Issue” – brytyjskie czasopismo sprzedawane na ulicach przez bezdomnych, którzy otrzymują w ten sposób szansę zarobienia pieniędzy w legalny sposób.

Nie pójdziesz do więzienia – wyliż tylko do czysta moje szambo

Z niezupełnie dla mnie jasnych powodów znów powróciła kwestia reformy więziennictwa. W porządku. Rzeczywiście, powinniśmy zreformować ten system – w taki sposób, żeby więzienia stały się odrażające i przyprawiały o obłęd. Muszą być pozbawione elektryczności. Światła. Ogrzewania. Więzienne mury powinny trzeszczeć w szwach z powodu przeludnienia, a więźniowie powinni jeść wyłącznie to, co uda im się własnoręcznie upolować albo wyhodować w skrzynkach na kwiaty. Które musieliby najpierw zrobić ze ścinków własnych paznokci.

Niestety, są tacy, którym wydaje się, że więzienie powinno być miejscem resocjalizacji, a nie odbywania kary. Chcą, by osadzeni oddawali się cichej refleksji, słuchali pieśni wielorybów i uczęszczali na wieczorki poetyckie poświęcone twórczości interesujących lesbijek. Tak wyobrażał to sobie Dostojewski. A także, do pewnego stopnia, Churchill.

Istnieje nawet organizacja, która zajmuje się pomocą więźniom i ich rodzinom. Przepraszam, że pytam, ale czy to nie dziwne? Jeśli chcecie pomóc komuś, kto miał w życiu mniej szczęścia od was, znajdzie się mnóstwo kandydatów zasługujących na zainteresowanie: ludzie bez domów, bez rąk i bez szans; ludzie cierpiący na przerażające choroby; ludzie z głowami wykręconymi przodem do tyłu. Poza tym są jeszcze chwytające za serce akcje dobroczynne na rzecz dzieci i zwierząt. Zastanawiam się więc, jak to możliwe, żeby ktoś, budząc się rankiem pewnego pięknego dnia, pomyślał: „Już wiem, komu będę pomagał. Facetowi, który ukradł mi rower”.

A jednak tak właśnie się stało i w rezultacie powstała Fundacja na rzecz Reformy Więzień, która najwyraźniej uważa, że na karę więzienia powinno się skazywać wyłącznie seryjnych morderców pokroju Petera Sutcliffe’a. Przy czym nawet oni powinni być delikatnie traktowani i otulani kocykiem z najlepszej egipskiej wełny.

No cóż, pozwólcie, że wyjaśnię coś tym wszystkim mięczakowatym, ekohippisowskim pastorom. Jeśli dziś wieczorem zastukacie do drzwi mego domu z pytaniem, czy nie zechciałbym sprawić prezentu złodziejowi, który ukradł mój telewizor, to odpowiem: „Owszem. Ale pod warunkiem, że będę mógł osobiście wsadzić mu go w tyłek”.

Jest jeszcze gorzej. Nie dalej jak tydzień temu jeden z członków tej ligi na rzecz pokoju i miłości próbował nam wmówić, że brytyjscy sędziowie wprost uwielbiają wymierzać kary pozbawienia wolności. Czyżby? Tak się składa, że zupełnie niedawno wybuchł skandal w związku z procesem pewnego mężczyzny, którego uznano winnym pobicia i połamania ofierze szczęki. Mimo to nosząca tytuł królewskiego radcy Cherie Booth1 oznajmiła mu, że nie trafi za kratki, bo jest osobą religijną.

Z tego zaś wynika, że bardzo pobożny Osama bin Laden może oddać się w ręce sprawiedliwości, a Cherie wlepi mu co najwyżej pięćdziesiąt funtów grzywny. A arcybiskup Canterbury będzie zapewne miał wolną rękę w zabijaniu tylu borsuków – a także dzieci – ile dusza zapragnie.

Co dziwne, poglądy fundacji, pod którymi podpisaliby się hippisi z Haight-Ashbury2, podziela również ustępujący właśnie ze stanowiska szef służby więziennej. Tak jest. Pan Mackay chce, żeby sądy wysyłały do więzień mniej ludzi. Podobnego zdania jest brytyjskie Stowarzyszenie Strażników Więziennych oraz Napo, czyli związek zawodowy kuratorów sądowych.


Możecie mnie nazwać malkontentem, ale rozważywszy wszystkie za i przeciw, wolałbym raczej mieć obolały kark niż ryzykować pedałowanie po Holandii ze stolcem ściekającym po nogach, rozbryzgującymi się na kierownicy wymiocinami oraz wątrobą, której się zdaje, że jest klockiem lego. Dalej jest jeszcze gorzej.

Następnie przed kamerą stanęła wyglądająca na okaz zdrowia kobieta, która opowiedziała o tym, jak dwa lata wcześniej została ukąszona przez kleszcza, przez co jej życie zamieniło się w koszmar. Potem przyszła kolej na wystąpienie pani profesor, która stwierdziła, że fala ciepła oraz późno przypadająca w tym roku Wielkanoc spowodują, że znacznie więcej ludzi wyjedzie na wieś i że w związku z tym stoimy w obliczu… proszę, powiedz: „ostatecznego kataklizmu”! Nie, nie powiedziała tego.

Wylosowani musieliby znieść pewne niedogodności: stanęliby na przykład przed koniecznością wzięcia tygodniowego urlopu; zaletą byłby natomiast zapewniony transport do Londynu i zakwaterowanie w eleganckim hotelu. W zamian wylosowane osoby musiałyby tylko przejrzeć dyskutowane w Izbie Gmin projekty ustaw i upewnić się, czy żaden z nich nie przewiduje przypadkiem ponownego wprowadzenia niewolnictwa lub dokonania inwazji na Portugalię. W tym miejscu wtrącą się zapewne pozbawieni poczucia humoru ludzie w garniturach, którzy stwierdzą, że zadania drugiej izby parlamentu są nieco bardziej skomplikowane. Całkiem możliwe. Ale bycie członkiem Izby Lordów nie może być przesadnie trudne – w końcu od wieków zasiadają w niej całe zastępy śliniących się infantylnych jełopów przekonanych, że wystarczy przekrzyczeć innych, by dowieść swoich racji.

Nie znam nikogo, ani w realnym życiu, ani na Twitterze, kto życzyłby zwycięstwa tej naczelnej marudzie Wielkiej Brytanii. Zresztą nie bez powodu. Ten bezwstydnik przez cały turniej miał czelność nie robić zupełnie nic poza graniem w tenisa. Nie mówił głośno o swoich nadziejach, nie podskakiwał i nie błaznował. Pozostawał człowiekiem o osobowości odkurzacza, a na pomeczowych konferencjach prasowych błyszczał niczym znoszone brogsy jakiegoś wapniaka. I właśnie dlatego wszyscy kibicowaliśmy nie jemu, tylko facetowi w blezerku z monogramem. Kiedy finał się skończył, a Murray przegrał, modliłem się, żeby wyraził swój gniew i rozczarowanie, przybijając piątkę przeciwnikowi. W twarz. Krzesłem. Sam bym tak zrobił, gdyby kiedykolwiek zdarzyło mi się przegrać w Scrabble. Zamiast tego pochlipywał, kwilił i mazał się jak rozhisteryzowane dziewczątko, które zgubiło szczeniaczka. To było żałosne.