Wydawca: Insignis Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Świat według Clarksona 1 ebook

Jeremy Clarkson  

3.66666666666667 (9)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 372 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Świat według Clarksona 1 - Jeremy Clarkson

„Świat według Clarksona” to tryskająca humorem książka, w której jak zwykle niepoprawny Clarkson dzieli się z nami swoim spojrzeniem na pełen absurdów świat. Z charakterystyczną dla siebie ironią bezlitośnie obnaża bezsens wielu aspektów życia we współczesnej cywilizacji.

Z książki dowiemy się, jak funkcjonuje psychika mężczyzny, dlaczego nie warto być milionerem i jak polować na lisy używając radziecki noktowizorem. Clarkson wyjaśni, dlaczego powinno nam być żal Concorde'a i zniechęci nas do posiadania prywatnego basenu. Zdradzi nam, czy lubi Niemców i Unię Europejską oraz opowie, jak opiekował się trójką swoich dzieci pod nieobecność żony.

Przed lekturą „Świata według Clarksona” uprzedźcie przebywające w pobliżu osoby, że często będziecie parskać śmiechem!

Opinie o ebooku Świat według Clarksona 1 - Jeremy Clarkson

Cytaty z ebooka Świat według Clarksona 1 - Jeremy Clarkson

Ponieważ jestem mężczyzną, niechętnie się zatrzymuję, żeby zapytać kogoś o drogę, bo to oznaczałoby, że ten ktoś pod pewnym względem jest mądrzejszy ode mnie. A na pewno tak nie jest, bo ja siedzę sobie wygodnie w cieplutkim samochodzie, a on włóczy się pieszo.
Jak to możliwe, że eurodeputowanym udało się wprowadzić ujednolicone banany, a nadal pozwalają, aby w każdym państwie członkowskim istniał inny i za każdym razem ekscytujący sposób wydobywania elektryczności ze ściany?

Fragment ebooka Świat według Clarksona 1 - Jeremy Clarkson

Świat według Clarksona

Jeremy Clarkson zyskał rozgłos jako prezenter jedynego w swoim rodzaju programu motoryzacyjnego Top Gear. Porzucił go, by spróbować szczęścia gdzie indziej. Niestety, wszystko spaprał i znów prowadzi Top Gear. Mieszka z żoną Francie i trójką dzieci w hrabstwie Oksford. I mimo to nie ma na swoim koncie żadnych punktów karnych.

JEREMY CLARKSON

Świat według Clarksona

przełożyli Maria i Tomasz Brzozowscy

Tytuł oryginału

The World According to Clarkson

Published by the Penguin Group

Penguin Books Ltd, 80 Strand,

London WC2R ORL, England

These articles first appeared in the Sunday Times

between 2001 and 2003

This collection first published

by Michael Joseph 2004

Published in Penguin Books 2005

Copyright © 2004, Jeremy Clarkson.

All rights reserved.

Redakcja i korekta

Piotr Mocniak

Skład

Tomasz Brzozowski

Copyright © for the translation

by Maria Brzozowska and Tomasz Brzozowski

Copyright © for this edition

Insignis Media, Kraków 2011

Wszelkie prawa zastrzeżone

ISBN-13: 978-83-61428-39-8

Wydanie II

Insignis Media

ul. Sereno Fenna 6/10

31-143 Kraków

telefon / fax +48 (12) 636 01 90

biuro@insignis.pl

www.insignis.pl

Dla Francie

Kolejny wolny dzień? O nie, dajcie mi odpocząć!

W jakimś badaniu opinii publicznej przytłaczająca większość ankietowanych, którzy tydzień temu z trudem powrócili do swoich zajęć, wyraziła opinię, że Anglia powinna była pójść śladem Szkocji i ustanowić zeszły wtorek dniem wolnym od pracy.

Dwie sprawy wzbudzają tu moje zdziwienie. Po pierwsze: kto mógł sobie zawracać głowę przeprowadzeniem takiego sondażu? Po drugie: kto przy zdrowych zmysłach może twierdzić, że bożonarodzeniowa przerwa świąteczna była za krótka?

Wziąłem 10 dni wolnego, ale już pierwszego dnia do jedenastej przed południem udało mi się wypić 14 filiżanek kawy, przeczytać wszystkie gazety i „Guardiana”, a potem… Właśnie, co potem?

Do obiadu zdążyłem się już tak wynudzić, że postanowiłem zawiesić kilka obrazów. Chwyciłem za młotek, a potem przyszedł gość, który zagipsował uszkodzone przeze mnie fragmenty ścian. Następnie chciałem naprawić elektryczną bramę wjazdową, która działa tylko wtedy, gdy w nazwie miesiąca występuje omega. Uzbrojony w klucz francuski ruszyłem ku bramie, a potem zjawił się kolejny gość, by z powrotem poskładać ją do kupy.

Już zabierałem się za naprawę kuchenki Aga, która – jak to zwykle bywa – wysiadła w Wigilię, gdy moja żona chwyciła mnie za ucho i odciągnęła na bok. Powiedziała, że skoro budowlańcy, ogólnie rzecz biorąc, nie spędzają swojego wolnego czasu na pisaniu, to pisarze nie powinni spędzać urlopu na budowaniu i remontowaniu.

– To sporo nas kosztuje i może być niebezpieczne – dodała.

Ma rację. Mamy w jadalni takie lampki, które na blacie znajdującego się pod nimi stołu powinny wyświetlać gwiazdki. Nigdy nie przejmowałem się tym, że światło żarówki wydostaje się przez boki obudowy i gwiazdek nie widać. Gdy jednak człowiek się nudzi, takie właśnie rzeczy najbardziej działają mu na nerwy.

Kupiłem więc nieprzezroczystą, uniwersalną taśmę samoprzylepną i nagle moje życie odzyskało sens. Miałem co robić.

Całe szczęście, że Boże Narodzenie nadeszło, zanim zdążyłem doprowadzić do jeszcze większego spustoszenia. Święta jednak minęły i znów dni wlekły się tak, jakbym oglądał je przez trzymaną na odwrót lornetkę. Tak odległy wydawał mi się każdego poranka sen i związana z nim ulga – błogosławiona utrata świadomości.

W kuchennej podłodze wydeptałem ścieżkę do lodówki. Za każdym razem miałem nadzieję, że podczas jednej z poprzednich 4000 wypraw w jakiś przedziwny sposób przeoczyłem półmisek pełen zimnych kiełbasek. Potem, bez wyraźnej przyczyny, postanowiłem kupić sobie stołek.

Wybrałem się więc z całą rodziną do jednego z tych sklepów z prezentami-duperelami, gdzie zapach różnych suszonych pachnidełek jest tak intensywny, że przyprawia o zeza. Nie bacząc na to, że dzieci leżały na podłodze dusząc się, spędzałem w sklepie kolejne godziny wybierając sobie stołek za mały lub w złym kolorze, tak, żebym mógł stracić jeszcze trochę czasu na jego zwrot do sklepu.

Następnego dnia, wciąż jeszcze pachnąc jak bielizna Delii Smith1, postanowiłem kupić nie odpowiadający mi stylizowany regał na książki. Ale po porażce ze stołkiem, moja żona powiedziała: Nie! Wyglądało więc na to, że najlepiej zrobię, gdy na coś zachoruję. To wspaniały pomysł, gdy już naprawdę nie masz co z sobą zrobić, bo wszystko, łącznie z opryszczką narządów płciowych, jest lepsze niż zanudzić się na śmierć.

Nie jest łatwo, wiem, wywołać siłą woli pryszcze na genitaliach, ale przy niewielkim wysiłku można złapać przeziębienie, które – jeśli się jeszcze trochę bardziej postarać – przejdzie w grypę. Właśnie. Nawet leżenie w łóżku i oglądanie Judy Finnegan2 przebranej za Świętego Mikołaja wygrywa z nieuleczalnym nowotworem – nudą.

To nuda sprawia, że dzwonisz do ludzi, z którymi nie rozmawiałeś od osiemnastu lat, aby w połowie rozmowy przypomnieć sobie dlaczego. Nuda to stan, w którym zaczynasz czytać nie tylko katalogi firm wysyłkowych, ale również wypadające z nich ulotki. Nuda powoduje, że zastanawiasz się, czy nie zabrać broni i nie urządzić jatki w najbliższym centrum handlowym, mimo że dobrze wiesz, do czego to prowadzi. Wreszcie, nuda oznacza, że zaczynasz uprawiać golf.

Dzień przed Wigilią siedziałem w pociągu obok gościa, który, jak tylko minęliśmy Paddington, zadzwonił do żony i powiedział, że właśnie skończył, że przeszedł na emeryturę, że teraz jego życie będzie rzeczywiście należało tylko do niego. Usiłował przy tym wyglądać na zadowolonego, ale w jego oczach dostrzegłem to mętne, pełne przerażenia spojrzenie, które powiedziało mi wszystko.

Spędzi w domu jeden, góra dwa miesiące, dewastując mieszkanie i obracając ogród w cmentarzysko roślin, a potem przyjmie zaproszenie na golfa i wtedy naprawdę będzie już po nim. Jego życie skończy się dużo wcześniej, niż on wyda z siebie ostatnie tchnienie. Szkoda go. Wyglądał na bardzo sympatycznego.

A może wędkarstwo? Patrzysz na tych ludzi, którzy mimo mżawki tkwią przy brzegu kanału i zastanawiasz się tylko: „Jak bardzo musieli być znudzeni w domu, że znaleźli się tutaj?”.

Odpowiedź brzmi: podejrzewam, że nie aż tak bardzo, jak można by przypuszczać. Już po tygodniu urlopu byłem u kresu wytrzymałości. Nie mogłem nawet przyrządzić sobie kiełbasek, by potem włożyć je do lodówki, bo pewnego popołudnia – wykorzystując chwilę nieuwagi żony – znów próbowałem naprawić naszą Agę. Wtedy, niestety, coś od niej odpadło.

Mogłem oczywiście założyć to z powrotem, ale, co najdziwniejsze, kiedy nie jest się naprawdę zajętym, nigdy na nic nie starcza czasu. Napisałem list, ale w ciągu całego dnia nie znalazłem ani chwili, by włożyć go do koperty. Pewnie miało to związek z moim ośmiogodzinnym pobytem w ubikacji w zeszły wtorek. Cóż, hobby dobre jak każde inne.

Brytyjczycy pracują najdłużej ze wszystkich Europejczyków. Poważni lekarze wmawiają nam, że powoduje to stres i choroby układu krążenia. Zgadzam się. Ale brak zajęcia, zapewniam, grozi nam wszystkim hemoroidami.

Niedziela, 7 stycznia 2001 r.

1 Delia Smith (ur. 1941) – popularna brytyjska autorka kulinarnych programów TV (przyp. tłum., podobnie pozostałe przyspisy).

2 Judy Finnegan (ur. 1948) – brytyjska prezenterka telewizyjna, dziennikarka i felietonistka..

Wykańcza mnie ta cała gadka o zdrowiu i bezpieczeństwie

Przypominacie sobie pewnie, że po zeszłorocznej katastrofie kolejowej w Hatfield nasz wicepremier z sześcioma podbródkami – pan Prescott – pojawił się na scenie, wyraźnie dając do zrozumienia, że przy odrobinie wysiłku i o wiele większych nakładach finansowych, nikt z podróżujących pociągami już nigdy nie zginie.

Podobne reakcje wywołała wiadomość, że w okresie przedświątecznym liczba osób prowadzących pod wpływem alkoholu wzrosła o 0,1%. Aktywiści wszelkiej maści wypowiadali się na antenie wyjaśniając, że gdyby dopuszczalny poziom alkoholu we krwi obniżono do minus ośmiu promili, a policja miałaby prawo strzelać bez ostrzeżenia do motocyklistów, śmierć na drodze stałaby się kwestią przeszłości.

Ci sami ludzie wmawiają nam, że telefony komórkowe mogą usmażyć uszy naszym dzieciom, że długie loty prawie na pewno skończą się zakrzepami w nogach i że jedzenie mięsa to morderstwo. Chcą całkowicie wyrugować śmierć – a to jeszcze nie koniec. Nie zgadzają się nawet na odrobinę niewygody spowodowanej jakimś lekkim skaleczeniem czy potłuczeniem.

Co tydzień, gdy nagrywamy mój program telewizyjny, na podłogę rozlewa się jakiś napój. I co tydzień przerywamy nagranie, by szybko to uprzątnąć. „Niech pan tylko pomyśli, co by się stało – powiedział inspektor BHP – gdyby operator kamery poślizgnął się na takiej mokrej plamie?”. „Hm – odparłem. – Zapewne musiałby wstać”.

Dziś, tak jak każda duża firma, również i BBC ma obsesję na punkcie zdrowia i bezpieczeństwa każdego, kto znajdzie się w jej siedzibie. Poszczególne studia muszą umieszczać ostrzeżenia, gdy na planie znajduje się prawdziwe szkło, a kiedyś dostałem broszurę objaśniającą jak korzystać z drzwi. Wcale nie żartuję.

Możecie sobie teraz chyba wyobrazić problemy, przed jakimi stanę w tym tygodniu. Dla potrzeb kręconego przeze mnie cyklu programów telewizyjnych będę musiał wejść do komory dekompresyjnej, aby sprawdzić jak to jest, gdy w samolocie lecącym na wysokości 9 kilometrów jedno z okien ulegnie uszkodzeniu.

Biedny producent dostał już formularz wielkości Luksemburga, w którym należy wyszczególnić wszystkie możliwe niebezpieczeństwa, na jakie będę narażony. No cóż, moje płuca mogą eksplodować, a powietrze zgromadzone w zębach pod plombami dziewięciokrotnie zwiększy swoją objętość, doprowadzając do niemiłosiernej agonii, choć pewnie nie będę tego czuł, bo istnieje całkiem spore prawdopodobieństwo, że postępujące niedotlenienie zmieni mnie wcześniej w śliniące się warzywo.

Uważam, że to ryzyko warto ponieść, ale moje przemyślenia są bez znaczenia, bo w dzisiejszych czasach moje życie i to, jak nim kieruję, jest w rękach ludzi od BHP. Tych samych, którzy rok temu stwierdzili, że nie mogę lecieć w amerykańskim helikopterze wojskowym, bo pilot nie ma certyfikatu wydanego przez BBC.

Ech, dalibyście spokój. Każdy wie, że amerykańskim siłom powietrznym nie wolno rozbijać helikopterów. Po katastrofie w Somalii w 1994 roku, kiedy Amerykanie stracili 16 ludzi wysłanych na ratunek dwóm martwym już wtedy żołnierzom, podjęto decyzję, że amerykańscy żołnierze nie mogą ulegać obrażeniom. Nawet walcząc na wojnie.

To wszystko dociera teraz do Wielkiej Brytanii. Na pewno czytaliście o uszkodzeniach słuchu, spowodowanych przez starszych sierżantów, którzy wrzeszczeli na szeregowców, ale ta plaga sięga jeszcze dalej. Kiedy w zeszłym tygodniu gościłem w Henlow w bazie Królewskich Sił Powietrznych, zadziwiło mnie, że ktoś z BHP przypiął do tablicy ogłoszeń plakat ostrzegający pilotów myśliwców, że alkohol może wywołać u nich agresję i gwałtowność. Nie, nie, to absolutnie ostatnia rzecz jakiej nam trzeba – agresywni i gwałtowni piloci myśliwców.

Brytyjska flota okrętów podwodnych o napędzie atomowym zostanie pewnie uziemiona, czy co tam się robi z okrętami podwodnymi, przez ludzi z BHP, bo stwierdzą, że to może być niebezpieczne.

Następny problem dotyczy brytyjskiej rezerwy pocisków z głowicami zawierającymi zubożony uran, które – jak dotąd – są najskuteczniejszą bronią niszczącą pancerze wrogich czołgów. Świetnie, tyle że BHP wcale za nimi nie przepada, bo okazuje się, że takie ustrojstwo może kogoś zabić.

W telewizji występują byli rekruci i mówią, że będąc w Kosowie wystrzelili kilka serii tych pocisków, a teraz chorują na raka. Moje najgłębsze wyrazy współczucia, ale przyjrzyjmy się pewnym faktom. Jedynym sposobem, by zubożony uran przeniknął przez skórę, jest oberwanie od kogoś takim uranowym nabojem. Zubożony uran może się dostać do ciała również drogą oddechową, ale ponieważ jest o 40% mniej radioaktywny niż naturalny uran spotykany w glebie, nie wydaje mi się, by mógł powodować jakieś uszkodzenia organizmu. Byłem w kopalni uranu w zachodniej Australii i jak dotąd nie wyrosła mi druga głowa.

Mimo wszystko uważam, że to bardzo dziwne, że ministerstwo obrony podda badaniom tylko tych żołnierzy, którzy służyli w Kosowie, a nie tych, którzy walczyli w Zatoce, gdzie zużyto 300 ton zubożonego uranu i gdzie promieniowanie alfa mogło dłużej czynić swoją powinność. Koniec końców, jeśli badania wykażą, że nasi chłopcy zostali napromieniowani i w wyniku tego jeden z nich zmarł, możemy być pewni, że pociski ze zubożonym uranem będą używane przeciwko NATO, ale nie przez NATO.

Dokąd to wszystko nas zaprowadzi? Siłom Powietrznym USA udało się zabić w Zatoce siedmiu brytyjskich żołnierzy czymś, co z lubością zwą „blokadą ognia skierowanego do przyjaciela”. Czy nie będzie to wystarczającym powodem dla tych z BHP, by wykluczyć Amerykanów z pola walki?

Niektórzy twierdzą, że zabije nas globalne ocieplenie i dziura ozonowa. Lecz mnie bardziej martwią ludzie, którzy swoim nadrzędnym obowiązkiem uczynili troskę o utrzymanie nas wszystkich przy życiu.

Niedziela, 14 stycznia 2001 r.