Świat szeroko zamknięty - Izabela Sowa - ebook + książka

Świat szeroko zamknięty ebook

Izabela Sowa

0,0
12,81 zł

Opis

 

Emilia ceni sobie drobne rytuały, dzięki którym życie nabiera smaczków i łatwiej dopiąć grafik. Emilia ma za sobą spokojne małżeństwo, kilku znajomych u boku i zdolnego syna na stypendium, który śle jej z Korei wyborne gatunki herbaty. Ma też święty spokój, którego nie oddałaby za żadne skarby świata. Ale świat o tym nie wie i szykuje kobiecie niespodziankę. Przypadkowa stłuczka sprawia, że Emilia schodzi z utartej przez lata ścieżki i zaczyna dostrzegać rzeczy, które wcześniej jej umykały.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 264

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Copyright © Izabela Sowa

 

Wydawca: Wydawnictwo IS

www.wydawnictwois.pl

 

Warszawa 2017

ISBN 978-83-65718-21-1

 

Wydanie autorskie

Redakcja:Marcin Potrzeba

projekt okładki: Tomasz Argasiński, [email protected]

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Jak rozpoznać ludzi, których już nie znamy? Jak pozbierać myśli z tych nieposkładanych, Jak oddzielić nagle serce od rozumu, jak usłyszeć siebie pośród śpiewu tłumu?

Marek Grechuta

Chwile, których nie znamy

 

Wspa­nia­le bu­dzić się każ­de­go ran­ka z pięk­nym cia­łem w łóż­ku, zwłasz­cza je­śli to na­sze wła­sne cia­ło. Nie­ste­ty Emi­lia Roz­pa­czyń­ska nie ma tyle szczę­ścia. Ma za to nie­wy­raź­ną, ba, na­wet cał­kiem kwa­śną minę. A prze­cież tak się sta­ra­ła, by ten dzień był rów­nie uda­ny jak po­przed­nie. Tuż po ósmej ostroż­nie wy­su­nę­ła z po­ście­li pra­wą nogę, wy­li­cza­jąc na głos trzy po­wo­dy, dla któ­rych war­to żyć, nie­śpiesz­nie za­sia­dła na brze­gu tap­cza­nu ni­czym Ro­sja­nie przed cze­ka­ją­cą ich po­dró­żą, wresz­cie wzię­ła się do re­ali­za­cji za­dań gwa­ran­tu­ją­cych schlud­ny wy­gląd, pra­wi­dło­wą pe­ry­stal­ty­kę i nie­zmą­co­ny spo­kój du­cha. Naj­pierw orzeź­wia­ją­cy prysz­nic, po­tem ener­ge­ty­zu­ją­ca owsian­ka, kil­ka nie­skom­pli­ko­wa­nych prac ku­chen­nych z uży­ciem noża, ron­del­ka i mro­żo­nych śli­wek, krót­ka po­ga­węd­ka z dra­ce­ną won­ną, czte­ry dzie­siąt­ki ró­żań­ca, me­nu­et z od­ku­rza­czem. Wresz­cie, w po­łu­dnie, upra­gnio­ny de­se­rek: fi­li­żan­ka her­ba­ty ban­cha oraz talk­show, dziś po­świę­co­ny prze­pi­som na do­bry zwią­zek. Emi­lia wo­la­ła­by wpraw­dzie po­słu­chać o taj­ni­kach ki­sze­nia bobu, ale cóż, nie bę­dzie gry­ma­sić. Naj­wy­żej zmie­ni ka­nał, je­śli uzna pro­gram za zbyt pi­kant­ny. Na ra­zie wy­stę­pu­je Pa­try­cja z Biał­ki Ta­trzań­skiej, za dnia przy­kład­na mat­ka, żona i gó­ral­ka, a po dwu­dzie­stej dru­giej fry­wol­na ko­chan­ka (wy­łącz­nie w ró­żo­wej, mał­żeń­skiej sy­pial­ni). Jej re­cep­ta na uda­ne po­ży­cie? Bez­u­stan­ne za­ska­ki­wa­nie part­ne­ra. Nic tak bo­wiem nie od­świe­ża związ­ku jak miłe nie­spo­dzian­ki.

– Strip­tiz w sta­niu na rę­kach spra­wia nie­co trud­no­ści – przy­zna­je Pa­try­cja – ale po czte­rech mie­sią­cach in­ten­syw­ne­go tre­nin­gu ra­dzę so­bie co­raz le­piej i wpro­wa­dzam nowe ele­men­ty cho­re­ogra­fii. Ostat­nio, na przy­kład, pod­czas ogni­stej sam­by za­pa­li­łam mę­żo­wi ku­bań­skie cy­ga­ro. Uży­wa­jąc je­dy­nie pal­ców stóp.

– Czy to cią­głe drep­ta­nie na rę­kach nie wy­da­je się pani nie­co mę­czą­ce?

– Kie­dy ta­niec się prze­dłu­ża, od­czu­wam pe­wien dys­kom­fort. Moż­na po­wie­dzieć „pa­dam z rąk”. – Per­li­sty śmiech. – No cóż, uda­ne mał­żeń­stwo wy­ma­ga po­świę­ceń i...

Wła­śnie wte­dy spa­dły Emi­lii oku­la­ry. Czy trą­ci­ła je nie­chcą­cy, po­pra­wia­jąc wło­sy, czy gwał­tow­nie ru­szy­ła gło­wą, nie wia­do­mo. Ta­kie rze­czy dzie­ją się w mgnie­niu oka, nie zdą­ży czło­wiek po­my­śleć, i już po wszyst­kim: obie pary stłu­czo­ne. Dwie je­dy­ne. Co te­raz? Na­le­ża­ło­by od­wie­dzić le­ka­rza oku­li­stę. Ten do­ko­na pre­cy­zyj­nych po­mia­rów wady wzro­ku, wy­tłu­ma­czy, na czym po­le­ga pro­blem, a na­stęp­nie z uśmie­chem wrę­czy od­po­wied­nią re­cep­tę. Z re­cep­tą uda­je­my się do za­kła­du optycz­ne­go, gdzie prze­mi­ła, kom­pe­tent­na eks­pe­dient­ka do­bie­rze opraw­ki pa­su­ją­ce do wie­ku, kształ­tu siń­ców pod ocza­mi, głę­bo­ko­ści bruzd no­so­wych, roz­mia­ru mał­żo­win, a na­wet do oso­bo­wo­ści (pod wa­run­kiem, że nie jest wie­lo­krot­na). Dzię­ki no­wym oku­la­rom po­czu­je­my się młod­sze o ja­kieś pięć do sied­miu lat, bar­dziej atrak­cyj­ne, może na­wet sexy. No i wresz­cie bę­dzie­my mo­gły do­brze się przyj­rzeć bo­ha­ter­kom ulu­bio­nych se­ria­li; szkła wy­brał prze­cież wy­so­kiej kla­sy spe­cja­li­sta. Tyle obie­cu­ją eks­per­ci z ko­lo­ro­wych pi­se­mek za zło­ty dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć, ale Emi­lia zu­peł­nie im nie wie­rzy. Może dla­te­go, że już była u oku­li­sty. Dwa razy.

 

W pe­wien mgli­sty mar­co­wy po­ra­nek Emi­lia dała się wresz­cie prze­ko­nać, że jej cia­ło za­słu­gu­je na re­mont ge­ne­ral­ny. Naj­pierw oczy, po­sta­no­wi­ła, idąc za radą ga­ze­to­we­go spe­ca. A więc do dzie­ła! Precz z bab­ci­ny­mi oku­la­ra­mi w cięż­kich ro­go­wych opraw­kach, do­syć ślę­cze­nia nad książ­ką z Hol­me­so­wą lupą w dło­ni, ko­niec dzia­do­stwa ku­po­wa­ne­go za dy­chę u Ru­skich, oznaj­mi­ła ku­chen­nej pa­prot­ce, wy­rzu­ca­jąc do ko­sza sie­dem­na­ście pu­la­re­sów wraz z po­ry­so­wa­ną za­war­to­ścią. Wresz­cie spra­wi so­bie coś w pierw­szo­rzęd­nym ga­tun­ku. Wcze­śniej jed­nak musi skon­sul­to­wać się z oku­li­stą; tyl­ko on do­bie­rze szkła jak na­le­ży. Skoń­czyw­szy chyb­ci­kiem ka­nap­kę z kon­fi­tu­rą ró­ża­ną, za­mknę­ła na wszyst­kie zam­ki swo­je miesz­ka­nie przy uli­cy Wol­no­ści i ra­do­śnie po­drep­ta­ła do szpi­tal­nej przy­chod­ni. Po go­dzi­nie prze­py­cha­nek uda­ło się Emi­lii wy­cią­gnąć kar­tę. Ter­min za trzy ty­go­dnie. Zle­ci pio­ru­nem, po­cie­szy­ła ją re­je­stra­tor­ka, w pani wie­ku czas za­su­wa jak sza­lo­ny.

I rze­czy­wi­ście, le­d­wo Emi­lia usta­li­ła de­ko­ra­cję wiel­ka­noc­nych ma­zur­ków, nad­szedł Dzień Wi­zy­ty. Szcze­rze mó­wiąc zu­peł­nie ją za­sko­czył. Jesz­cze przed chwi­lą wy­bie­ra­ła się na Gorz­kie Żale, a tu na­gle: bim bam bom, wto­rek dzie­wią­ta rano. Do­brze że ty­dzień wcze­śniej przy­szy­ko­wa­ła wszyst­kie po­trzeb­ne do­ku­men­ty, ina­czej nie wy­ro­bi­ła­by się na­wet do po­łu­dnia, ale i tak mu­sia­ła znacz­nie okro­ić ry­tu­ał oswa­ja­nia dnia. Orzeź­wia­ją­cy prysz­nic, bły­ska­wicz­ny ma­ki­jaż i dla od­wa­gi ku­be­czek go­rą­ce­go cza­ju z ko­zim mle­kiem. Zdy­sza­na za­pię­ła twe­edo­we pal­to, za­klu­czy­ła drzwi i po­bie­gła truch­tem w stro­nę szpi­ta­la. Przed ga­bi­ne­tem kłę­bił się już spo­ry tłu­mek oku­lar­ni­ków. Emi­lia grzecz­nie spy­ta­ła, kto jest na je­de­na­stą. Ręce pod­nio­sło czte­rech ren­ci­stów. Nie­wie­lu jak na pół go­dzi­ny, oce­ni­ła, czę­stu­jąc uśmie­chem naj­bli­żej sto­ją­ce oso­by.

– Ja­kie pół – burk­nę­ła przy­cup­nię­ta tuż obok drzwi sza­tyn­ka. – O je­de­na­stej dzie­sięć wcho­dzi na­stęp­na gru­pa, i tak cię­giem aż do po­łu­dnia, a ju­tro po­wtór­ka z roz­ryw­ki – rzu­ci­ła ob­ra­żo­na, nie wia­do­mo, czy na cały sys­tem, czy też nie­wła­ści­wy kształt chmur nad osie­dlem Pła­wo.

Emi­lia chęt­nie by się do­wie­dzia­ła szcze­gó­łów pro­gra­mu, ale za­bra­kło jej śmia­ło­ści. Cia­sno za­szy­te w bla­dą ta­siem­kę usta sza­tyn­ki nie za­chę­ca­ły do py­tań. Zresz­tą kto po­wie­dział, że w po­cze­kal­ni trze­ba ko­niecz­nie wcho­dzić w re­la­cje? Że za­raz trze­ba się so­cja­li­zo­wać. To nie te cza­sy, kie­dy w ko­lej­kach ro­dzi­ły się przy­jaź­nie, mi­ło­ści, dzie­ci, a je­den fa­cet z uli­cy Le­ni­na do­stał na­wet po­łów­kę po­ma­rań­czy, zu­peł­nie poza przy­dzia­łem. Ale co to były wte­dy za ko­lej­ki, roz­czu­li­ła się Emi­lia. Cała noc przy wspól­nym ogni­sku, dzie­le­nie się cie­pła­wym pi­wem albo wy­sty­głą her­ba­tą z wiet­nam­skie­go ter­mo­su. Może i ktoś na ko­goś wark­nął, może cza­sem po­sy­pa­ły się iskry, ale czu­ło się, że wszy­scy sto­ją po tej sa­mej stro­nie ba­ry­ka­dy... do­pó­ki nie otwar­to drzwi Se­za­mu. Wte­dy, ow­szem, do­cho­dzi­ło do prze­py­cha­nek. Ale kto by tam pa­mię­tał wy­bla­kłe szra­my i siń­ce, któ­rych od daw­na nie ma. Po­dob­nie jak nie ma tam­tych ba­ry­kad, wspól­nych ognisk i cie­pła­we­go piwa. Za to bu­bli tyle samo, jak nie wię­cej. Może i do­brze, po­cie­sza­ła się Emi­lia, bo gdy­by wszyst­ko mia­ło znak ja­ko­ści Q, ro­bi­ła­by za­ku­py raz na ru­ski rok, a tak co ty­dzień bie­gnie z ko­szy­kiem do mar­ke­tu. Ile się przy tym na­gim­na­sty­ku­je mię­dzy sto­iska­mi! Ile wy­ko­na skło­nów, wy­ma­chów, przy­sia­dów. Żeby jesz­cze mieć nie­co grub­szy port­fel! Na ra­zie Emi­lia do­pi­na bu­dżet bez wiel­kie­go wy­sił­ku, na­wet coś od­kła­da, na przed­ostat­ni re­mont, ale ma­rzy jej się parę sza­lo­nych ty­go­dni w Kry­ni­cy. Albo uzdro­wi­sko w Na­łę­czo­wie, wcze­sną je­sie­nią. Ach, sa­na­to­ria. Tam do­pie­ro kwit­nie ży­cie. Ko­bie­ty no­szą sre­brzy­ste szpil­ki, nie ba­cząc na hal­luk­sy, męż­czy­znom chce się wcią­gnąć brzuch, a ja­śmin pach­nie pra­wie tak samo jak za Gier­ka – Pe­wek­sem. Emi­lia wie to wszyst­ko od Ilo­ny, ku­zyn­ki z Dzia­do­wic, i obie­cu­je, że sama też po­je­dzie, jak już na­oli­wi to, co przez lata za­rdze­wia­ło. Naj­pierw weź­mie się za oczy, jak ra­dził ga­ze­to­wy eks­pert, a po­tem? Przyj­rzy się so­bie do­kład­nie, od stóp do głów i...

W tej sa­mej chwi­li z ga­bi­ne­tu wy­pły­nę­ła ogrom­na pie­lę­gniar­ka, za­gar­nia­jąc do środ­ka ko­lej­ną piąt­kę pa­cjen­tów. We­szli gę­sie­go, usta­wi­li się kar­nie pod sza­ra­wą ścia­ną, cze­ka­jąc na wy­tycz­ne.

– No­wac­ki, wy­stąp! – huk­nę­ła oku­list­ka. – Słu­cham!

– Ja, pani dok­tór, chcia­łem zmie­nić te sta­re... – du­kał za­sko­czo­ny cha­rak­te­rem wi­zy­ty No­wac­ki.

– Kon­kre­ty!

– Oku­la­ry nowe mi po­trzeb­ne, bo tam­te...

– Tam­te nas nie in­te­re­su­ją. Usta­wić się do ba­da­nia, ale raź­niej! Tu przy­sta­wić lewe oko, te­raz pra­we, tem­po! Wy­druk do­sta­nie pan ju­tro, wte­dy do­ko­na­my dru­gie­go ba­da­nia przed ta­bli­cą.

– A dziś nie moż­na by...

– Dziś test kom­pu­te­ro­wy, a ju­tro resz­ta ba­dań plus re­cep­ta. ToW­szyst­ko­Ju­tro­Przy­chod­nia­Na­Oku­lic­kie­go­Punk­tÓ­sma­Spó-źnień­Nie­Bę­dę­To­le­ro­wać! Do­Wi­dze­nia!

– Ale ja nie wiem, czy da­dzą mi urlop – jęk­nął No­wac­ki. – Bo to pry­wat­na hur­tow­nia i przy obec­nym bez­ro­bo­ciu...

– Pa­nie No­wac­ki, pro­szę się zde­cy­do­wać, chce pan te szkła, czy przy­szedł po­zaw­ra­cać gi­ta­rę!

– Chcę, chcę, tyl­ko...

– Żad­nych tyl­ków. Dla chcą­ce­go nic trud­ne­go. Do ju­tra. Na­stęp­ny pro­szę. Roz­pa­czyń­ska!!!

Emil­ka pod­bie­gła do kom­pu­te­ra. Mi­nu­tę póź­niej zo­sta­ła po­in­for­mo­wa­na, że ma się sta­wić w śro­dę o ósmej, w celu do­koń­cze­nia ba­dań. Na­stęp­ne­go dnia we­szła do ga­bi­ne­tu ra­zem z No­wac­kim i onie­śmie­lo­ną resz­tą. Sta­jąc przed ta­bli­cą z li­te­ra­mi, usi­ło­wa­ła po­in­for­mo­wać le­kar­kę o swo­jej szcze­gól­nej wa­dzie wzro­ku. Otóż lewe oko zu­peł­nie nie ła­pie ostro­ści, dla­te­go trze­ba do­brać oba szkła do pra­we­go. Ko­niecz­nie ta­kie same, bo przy róż­nych świat przy­po­mi­na trój­wy­mia­ro­we ob­raz­ki. Niby więk­sza głę­bia, ale wszyst­ko ja­kieś od­re­al­nio­ne. Jak­by czło­wiek za­nur­ko­wał na dno baj­ko­we­go oce­anu. Emi­lia zu­peł­nie nie mo­gła się w tym po­ła­pać. Bez prze­rwy obi­ja­ła się o fa­lu­ją­ce ścia­ny, za­ha­cza­ła prin­ce­ską o zdra­dziec­ką rafę stoł­ków, któ­re po­win­ny stać pół me­tra da­lej, a chcąc wy­mi­nąć wrak te­le­wi­zo­ra, za­plą­ta­ła się w gę­stą sieć fi­ra­nek. Po go­dzi­nie szar­pa­ni­ny zrzu­ci­ła wresz­cie oku­la­ry i z ulgą wy­pły­nę­ła na po­wierzch­nię. Ale ma już dość nur­ko­wa­nia, dla­te­go bar­dzo pro­si­ła­by...

– Nie mó­wić, tyl­ko czy­tać przed­ostat­ni rząd! Od le­wej! – Za­nim Emi­lia zdą­ży­ła roz­po­znać pierw­szą li­te­rę, oku­list­ka zmie­ni­ła szkło na moc­niej­sze. – Te­raz! – Na­stą­pi­ła ko­lej­na zmia­na, pół diop­trii mniej. – Zno­wu nic? To może te­raz, ale pro­szę się po­sta­rać!

Emi­lia bez­rad­nie po­krę­ci­ła gło­wą. Le­kar­ka wrę­czy­ła jej ko­lej­ne szkło. I ko­lej­ne: plus trzy, mi­nus czte­ry, sie­dem i pół.

– Chy­ba wo­la­ła­bym je­dyn­ki – szep­nę­ła zre­zy­gno­wa­na.

– A ja bym wo­la­ła no­sić wi­ny­lo­wy gor­set za­miast bia­łe­go far­tu­cha, i co? – Trze­ba przy­znać, że zna­ko­mi­cie by do pani dok­tor pa­so­wał, ra­zem z pej­czem, ma­secz­ką oraz błysz­czą­cy­mi ko­za­ka­mi. – Dziw­ne to lewe oko, nie spo­sób do­brać szkła, a prze­cież ba­da­nie trwa już całe trzy mi­nu­ty. I żad­nych za­do­wa­la­ją­cych efek­tów. Dla­cze­go?

– Prze­pra­szam – bąk­nę­ła Emi­lia, go­rącz­ko­wo roz­glą­da­jąc się za wyj­ściem awa­ryj­nym.

– Każ­dy tyl­ko prze­pra­sza, każ­de­mu przy­kro, a co ja mam zro­bić? – skar­ży­ła się po­zo­sta­łym pa­cjen­tom oku­list­ka.

– Może wy­pi­sać tyl­ko na pra­we oko? – wsta­wił się za Emi­lią No­wac­ki. – Gdzieś chy­ba jesz­cze ro­bią mo­no­kle...

– Wy­pi­sać, wy­pi­sać, a po­tem wór pre­ten­sji. Trud­no, dam pani dwie re­cep­ty, na plu­sy i mi­nu­sy. Dla więk­sze­go kom­for­tu. To wszyst­ko, na­stęp­ny pro­szę, Stań­czyk wy­stąp!

Jak za­re­ago­wać na tak wiel­ko­dusz­ny gest? Znik­nąć; czas pro­fe­sjo­na­li­sty jest prze­cież znacz­nie cen­niej­szy niż czas eme­ry­ta. Wcze­śniej jed­nak na­le­ży go­rą­co po­dzię­ko­wać. Ist­nie­ją trzy spo­so­by wy­ra­ża­nia wdzięcz­no­ści. Wer­bal­ny, nie­wer­bal­ny i ma­te­rial­ny. Emi­lia wy­bra­ła opcję środ­ko­wą, wy­ko­nu­jąc im­po­nu­ją­cy skłon do sa­mej zie­mi. A na­stęp­nie wy­strze­li­ła na ko­ry­tarz, z re­cep­ta­mi w dło­ni i wło­sem na­elek­try­zo­wa­nym od kon­tak­tu, nie tyl­ko z li­no­leum. Tam drżą­cą dło­nią wy­gła­dzi­ła grzyw­kę, wzię­ła kil­ka głę­bo­kich wde­chów i uspo­ko­jo­na po­ma­sze­ro­wa­ła do sie­dzi­by NFZ, by zdo­być od­po­wied­nie pie­cząt­ki upraw­nia­ją­ce do zniż­ki. Nie jest to może im­po­nu­ją­ca suma, roz­my­śla­ła Emi­lia, po­pra­wia­jąc be­re­cik, ale za­wsze coś. Do­ku­pi ba­ka­lii albo świe­że krąż­ki prze­ciw­mo­lo­we o za­pa­chu ce­dru. W po­rze obia­do­wej do­tar­ła wresz­cie do pierw­sze­go za­kła­du. Tam ją po­in­for­mo­wa­no, że re­cept z przy­chod­ni się nie ho­no­ru­je...

– Bo tak i już – wy­ja­śnił bez­tro­sko me­na­dżer sprze­da­ży. – Na­praw­dę chce się pani wal­czyć o głu­pie dzie­sięć zło­tych z ka­wał­kiem?

Tak, po­wal­czę, zde­cy­do­wa­ła Emi­lia, w wy­obraź­ni od­gry­za­jąc ogrom­ny kęs na­fa­sze­ro­wa­ne­go ba­ka­lia­mi ma­zur­ka. Żwa­wo wy­ru­szy­ła na po­szu­ki­wa­nia skle­pu, któ­ry uznał­by zniż­kę wiel­ko­dusz­nie przy­zna­ną przez Fun­dusz. Uda­ło się za trze­cim po­dej­ściem. Miła i nie­kom­pe­tent­na pani po­sta­wi­ła Emi­lię przed wiel­kim lu­strem i po­da­ła jej opraw­ki zu­peł­nie nie­do­pa­so­wa­ne ani do wie­ku, ani do głę­bo­ko­ści bruzd czy roz­mia­ru mał­żo­win. Za to ozdo­bio­ne z fan­ta­zją god­ną no­wo­jor­skich gang­ste­rów od­no­szą­cych suk­ce­sy na sce­nie hi­pho­po­wej. W do­dat­ku nie­dro­gie.

– W sam raz dla pani – oce­ni­ła eks­pe­dient­ka, prze­gię­ta przed lu­strem ni­czym śre­dnio­wiecz­ne Ma­don­ny.

– Może i tak... – za­sta­na­wia­ła się Emi­lia. – Nie mu­sia­ła­bym już no­sić bi­żu­te­rii. Ale do krzą­ta­nia po sto­ło­wym to bym pro­si­ła ja­kieś skrom­niej­sze.

Kil­ka dni póź­niej przy­nio­sła do domu obie pary. Przy­mie­rzy­ła po ko­lei. Żad­na nie do­sto­so­wa­na ani do oka le­we­go, ani do pra­we­go. Za to kie­dy wło­ży­ła obie na raz... ostrość la­se­ra! Żeby jesz­cze tro­chę mniej wa­ży­ły, kom­fort był­by już zu­peł­ny, szep­nę­ła Emi­lia, przy­trzy­mu­jąc ze­śli­zgu­ją­cą się mniej zdob­ną opraw­kę. Naj­waż­niej­sze, że wresz­cie wi­dzi wy­raź­nie i ma spo­kój na dłu­gie lata.

***

Nie­ste­ty, jak się wła­śnie oka­za­ło, tyl­ko na trzy, a i to nie­ca­łe. Ska­ra­nie, mruk­nę­ła Emi­lia, zbie­ra­jąc okru­chy szkła z wy­tar­te­go tu­rec­kie­go dy­wa­nu. Taka stłucz­ka tuż przed Wi­gi­lią, aku­rat kie­dy skoń­czy­ła kom­po­no­wać świą­tecz­ne menu. Wszyst­ko już do­pię­ła na ostat­ni ha­fto­wa­ny gu­zi­czek. Przed­po­łu­dnie, po­sta­no­wi­ła, spę­dzi, le­ni­wie są­cząc Ro­syj­ską Ka­ra­wa­nę, wy­bor­ną mie­szan­kę ciem­nych her­bat po­le­ca­ną przy lek­tu­rze Tur­gie­nie­wa. Wie­cze­rzę spo­ży­je w krę­gu Ma­łych ko­bie­tek (ro­dzin­na at­mos­fe­ra i mnó­stwo pu­szy­ste­go śnie­gu, jaki pada tyl­ko w baj­kach), po­tem zaj­rzy do Stu­dia Dwój­ki, a na Pa­ster­kę uda się do ka­te­dry wa­wel­skiej. W Boże Na­ro­dze­nie od­wie­dzi z Her­ku­le­sem Po­irot Gor­ston Hall, uro­czy­ste śnia­da­nie spo­ży­je u Ilo­ny, ku­zyn­ki z Dzia­do­wic (ale mi­giem, by zdą­żyć do Gra­bi­ny, gdzie świę­tu­je se­ria­lo­wa ro­dzi­na Mo­sto­wia­ków). W Szcze­pa­na wpad­nie do dok­to­ra Lu­bi­cza z Kla­nu, zaś Syl­we­stra uczci, jak co roku, na bia­łej sali z Ka­ta­rzy­ną Do­wbor. Tak to mia­ło wy­glą­dać. A tu pro­szę: dwie se­kun­dy nie­uwa­gi i gra­fik w roz­syp­ce.

Owo nie­for­tun­ne zda­rze­nie zi­ry­to­wa­ło Emi­lię tak, że zu­peł­nie za­po­mnia­ła o trzech po­wo­dach, dla któ­rych war­to żyć. Cie­ka­wi was, ja­kie to po­wo­dy? Nic dziw­ne­go, każ­de­mu po­trze­ba odro­bi­ny wspar­cia, zwłasz­cza w mgli­sty, po­nie­dział­ko­wy po­ra­nek. No to na­staw­cie uszu. Uwa­ga! Sex, drugs and rock’n’roll. A kto po­wie­dział, że Emi­lia sto­su­je je w prak­ty­ce? Wy­star­czy, że o nich pa­mię­ta i od razu ma lep­szy hu­mor. Cza­sem jed­nak, w stre­sie, za­po­mi­na, i wte­dy klops. Cóż, czło­wiek w pew­nym wie­ku po­trze­bu­je spraw­dzo­nych pro­ce­dur. Bez nich ła­two się za­gu­bić, tym ła­twiej, im wię­cej ma cza­su. Emi­lia już to prze­ra­bia­ła.

 

Po­bud­ka o dwu­na­stej, śnia­da­nie za­miast obia­du, sen do­pie­ro nad ra­nem lub tuż przed ko­la­cją, bi­blio­te­ka... hm, może ju­tro, albo kto wie, po nie­dzie­li. Chy­ba że wy­bio­rę się do Te­sco, mru­cza­ła, bez­myśl­nie prze­glą­da­jąc plot­kar­skie pi­sem­ko. Niby tyle moż­li­wo­ści, a dzień po­dob­ny do dnia. Wresz­cie zla­ły się wszyst­kie w jed­no­li­tą masę. Ja­ło­wą ni­czym ki­siel i rów­nie rzad­ką, nic dziw­ne­go, że czas prze­cie­kał Emi­lii mię­dzy pal­ca­mi, litr po li­trze. Jak to moż­li­we, za­da­wa­ła py­ta­nie fioł­kom, wy­chy­la­jąc się przez okno. Jesz­cze parę dni temu była zło­ta je­sień, a tu pro­szę: błot­ni­sty ma­rzec. Czy moż­na to upo­rząd­ko­wać, ogar­nąć ja­koś? Nie­któ­rym po­ma­ga­ją re­gu­lar­ne spa­ce­ry z psem lub krze­pią­ce spo­tka­nia ze Świad­ka­mi Je­ho­wy. Nie­ste­ty Emi­lia ni­g­dy nie zde­cy­do­wa­ła się na żad­ne zwie­rzę; za bar­dzo boi się roz­stań. Co do Świad­ków zaś, tro­chę prze­ra­ża ją pro­po­no­wa­na przez nich wi­zja Raju. No tak, ob­raz­ki mają bar­dzo ład­ne, przy­zna­ła, wer­tu­jąc ko­lej­ne „Straż­ni­ce” po­ży­czo­ne od ku­zyn­ki Ilo­ny. Zu­peł­nie przy­po­mi­na­ją fol­de­ry luk­su­so­wych wcza­sów w No­wej Ze­lan­dii, któ­re wy­słał jej syn Oskar. Dużo zie­le­ni, wszy­scy mło­dzi, pięk­ni, opa­le­ni i bez­tro­scy, jak to na wa­ka­cjach. Ale prze­cież każ­de wa­ka­cje kie­dyś się koń­czą, na tym po­le­ga ich urok. Tu zaś nad­cho­dzi ko­lej­ny bez­chmur­ny czwar­tek, i jesz­cze je­den, za nim na­stęp­ne i tak bez koń­ca. Na­wet nie moż­na się skrzy­wić, prze­cież to Raj. Dla­te­go po na­my­śle, Emi­lia zre­zy­gno­wa­ła z tej for­my wspar­cia. I wła­śnie wte­dy, cał­kiem przy­pad­kiem, od­kry­ła ma­gicz­ną moc te­le­wi­zji. Nie, jej ki­siel nie za­mie­nił się od razu w mul­ti­wi­ta­mi­no­wy kok­tajl, ale dzię­ki Di­sco­ve­ry na­brał pa­pu­zich barw, i co naj­waż­niej­sze mo­gła go roz­dzie­lić do osob­nych mi­se­czek. Wto­rek znów za­czął się róż­nić od śro­dy, czwar­tek od po­nie­dział­ku, a w nie­dzie­lę – suma. Emi­lia wresz­cie od­zy­ska­ła kon­tro­lę nad umy­ka­ją­cym cza­sem. Dzię­ki te­le­wi­zji i od­po­wied­nio do­bra­nym ga­tun­kom her­bat.

A gdzie byli zna­jo­mi, za­py­ta­cie? Gdzie ro­dzi­na i przy­ja­cie­le? Z tymi ostat­ni­mi kru­cho; Emi­lii bra­ko­wa­ło mo­ty­wa­cji, by się po­waż­nie za­an­ga­żo­wać. Ale ma za to mnó­stwo życz­li­wych ko­le­ża­nek, oraz ro­dzi­nę. Spo­ty­ka­ją się nie tyl­ko od świę­ta, wy­mie­nia­jąc pre­zen­ta­mi w po­sta­ci wy­szu­ka­nych ser­decz­no­ści, ko­sme­ty­ków z pro­mo­cji i sta­rych ksią­żek. Nie moż­na jed­nak wy­ma­gać, by inni ukła­da­li nam plan za­jęć ni­czym w przed­szko­lu. Emi­lia woli szat­ko­wać swój czas sama, ko­rzy­sta­jąc ze spraw­dzo­nych na­rzę­dzi.

Tyl­ko że­by­śmy się do­brze zro­zu­mie­li. Emi­lia nie spę­dza ca­łych dni z no­sem przy­kle­jo­nym do ekra­nu swo­je­go sam­sun­ga! Te­le­wi­zja do­star­cza jej roz­ry­wek, ale przede wszyst­kim po­zwa­la zbu­do­wać szkie­let, któ­ry moż­na do­wol­nie wy­peł­nić, a jest czym. Haft nor­we­ski, ma­kra­ma, rzeź­by z pa­pier-mâché, zaś raz w ty­go­dniu koło za­cnych roz­ry­wek – „Bia­ła Li­lia”. La­tem wy­ciecz­ki ro­we­ro­we z ku­zyn­ką Ilo­ną, zimą czy­ta­nie ro­syj­skich mi­strzów dzie­więt­na­sto­wiecz­nej pro­zy. Albo Wo­odho­use’a. Je­sie­nią dłu­gie ma­ile do syna Oska­ra i jesz­cze dłuż­sze roz­mo­wy przez te­le­fon co mie­siąc, na przed­wio­śniu zdro­wot­ne spa­ce­ry po stro­nach po­świę­co­nych po­st­nej kuch­ni, do­mo­wa upra­wa ziół i ro­ślin do­nicz­ko­wych przez okrą­gły rok, wresz­cie naj­więk­sza pa­sja Emi­lii: her­ba­ta. Zwy­kle zie­lo­na, cza­sem bia­ła, oka­zjo­nal­nie żół­ta, po po­sił­kach czer­wo­na, wie­czo­rem ro­oibos, przed Re­zu­rek­cją Mate Ran­cho, co­raz rza­dziej czar­na i ni­g­dy eks­pre­sów­ka. Tę ostat­nią Emi­lia pija wy­łącz­nie z musu, w tak zwa­nych go­ściach. Ale uwa­ża za bar­ba­rzyń­stwo nie­mal rów­ne spo­ży­wa­niu chle­ba ze smal­cem i ko­szer­ne­mu ubo­jo­wi zwie­rząt. Dla­te­go u sie­bie pa­rzy wy­łącz­nie wy­so­ko­ga­tun­ko­we her­ba­ty sy­pa­ne, któ­re wy­ma­ga­ją spe­cjal­ne­go trak­to­wa­nia. By przy­go­to­wać ide­al­ny na­par, nie wy­star­czy do­bra, mięk­ka woda, że­liw­ny im­bryk i por­ce­la­no­we czar­ki w ko­lo­rze bia­łym lub nie­bie­skim. Trze­ba speł­nić mnó­stwo in­nych wa­run­ków. Z lek­tu­ry Wiel­kiej Księ­gi Her­bat Emi­lia wie, że pod­czas ca­łe­go ry­tu­ału na­le­ży uni­kać:

• licz­ne­go to­wa­rzy­stwa,

• ha­ła­śli­wej mu­zy­ki,

• za­wist­nych ko­biet,

• wrzesz­czą­cych dzie­ci,

• kłó­tli­wych męż­czyzn,

• ba­ła­ga­nu w ja­dal­ni,

• prze­cią­gów i na­głej ule­wy. Moż­na jed­nak wy­pić czar­kę Bao Zhong, kie­dy koń­czy się bu­rza.

Przed de­gu­sta­cją war­to też prze­cze­sać wło­sy i za­ło­żyć je­dwab­ne ki­mo­no. Albo przy­naj­mniej czy­sty far­tu­szek w sto­no­wa­nych ko­lo­rach. I w żad­nym wy­pad­ku nie na­rze­kać na fi­nan­se, bo na­pój na­bie­rze zbyt cierp­kie­go po­sma­ku. Jak wi­dzi­cie, her­ba­cia­na pa­sja wy­ma­ga spo­ro za­cho­du. A prze­cież Emi­lia ma mnó­stwo in­nych za­jęć, dla­te­go po­trze­bu­je zna­ko­mi­tej or­ga­ni­za­cji. Umie­jęt­ność tę opa­no­wa­ła już w dru­giej kla­sie, wpra­wia­jąc w za­chwyt pra­dziad­ka. Ter­mi­na­rze jej pro­jek­tu cie­szy­ły się spo­rym uzna­niem ko­le­ża­nek z biu­ra. I Wan­dy Wszech­pol­skiej, i Li­lia­ny, wte­dy jesz­cze nie tak Czy­stej, i Stel­li z me­cha­nicz­ne­go, i kie­row­ni­ka Sła­bo­nia, i... Maj­ki ra­czej nie, ale na­wet ona, mi­strzy­ni cha­osu, po­dzi­wia­ła spraw­ność, z jaką Emi­lia re­ali­zu­je ko­lej­ne za­da­nia.

 

– U mnie za­pał koń­czy się po zro­bie­niu li­sty – przy­zna­ła, z za­in­te­re­so­wa­niem oglą­da­jąc Emil­ko­wy plan za­jęć na Wiel­ki Ty­dzień. – Kie­dy przy­pi­nam ją pi­nez­ką do sza­fy, czu­ję się tak, jak­bym nad­go­ni­ła wszyst­kie za­le­gło­ści.

– Strasz­ne oszu­kań­stwo – gor­szy­ła się Stel­la.

– Dla mnie oszu­kań­stwem jest wia­ra, że od no­sze­nia pod pa­chą My­śli Se­ne­ki po­dwa­ja się ilość sza­rych ko­mó­rek.

– Su­ge­ru­jesz, że nie prze­czy­ta­łam...

– Skąd! Na pew­no prze­rzu­ci­łaś dwie ostat­nie stro­ny i tekst na okład­ce – rzu­ci­ła po­cie­sza­ją­cym to­nem Maj­ka, od­kła­da­jąc ter­mi­narz na biur­ko. – Im­po­nu­ją­cy. Trze­ba przy­znać, Emi­la, że umiesz nadać wła­ści­wy po­rzą­dek. Lu­dziom, spra­wom, a na­wet rze­czom.

***

Po­tra­fi, wła­śnie dzię­ki zgrab­nie skro­jo­ne­mu gra­fi­ko­wi. Nic dziw­ne­go, że się tak zi­ry­to­wa­ła stłucz­ką, na szczę­ście od paru lat po­tra­fi uru­cho­mić oso­bi­ste­go wań­kę-wstań­kę. Musi tyl­ko wci­snąć od­po­wied­ni gu­zik, jak w pi­lo­cie. Tak wła­śnie i od razu wia­do­mo, co trze­ba zro­bić w pierw­szej ko­lej­no­ści: na­sta­wić wodę. Do­brze za­pa­rzo­na her­ba­ta z cy­try­ną po­tra­fi zdzia­łać cuda, wy­star­czy obej­rzeć pierw­szy lep­szy se­rial. Boli cię gło­wa, Ha­niu? Ma­ry­siu, zdra­dza cię mąż? Do­ku­cza ci, Wła­dziu, al­zhe­imer? Na­pij się her­ba­ty z cy­try­ną. „Zie­lo­nej sen­chy bio – pod­po­wie­dział wań­ka. – W se­ria­lach nie po­da­ją ta­kich szcze­gó­łów, żeby nie fru­stro­wać skrom­nie upo­sa­żo­nej wi­dow­ni, ale ty, Emi­lio, mo­żesz za­sza­leć, dzię­ki hoj­no­ści syna. W tej szcze­gól­nej sy­tu­acji ide­al­na bę­dzie wła­śnie sen­cha bio. Nie tyl­ko pod­no­si na du­chu, ale po­ma­ga też od­zy­skać rów­no­wa­gę. Wi­dzisz? Od razu le­piej. To te­raz, za­miast my­śleć o roz­bi­tym gra­fi­ku, za­sta­nów się, ja­kie są plu­sy tego po­zor­nie, pod­kre­ślam, po­zor­nie nie­przy­jem­ne­go zda­rze­nia”. „No więc – za­czę­ła Emi­lia – na pew­no ode­tchnie mój nos, zmę­czo­ny dźwi­ga­niem dwu­dzie­stu deka me­ta­lu i szkła. Poza tym prze­sta­nę bu­dzić nie­zdro­we za­in­te­re­so­wa­nie pa­ra­fia­nek ze­bra­nych na Dro­dze Krzy­żo­wej. Te wszyst­kie krysz­tał­ki i zło­te ba­je­ry... a w moim wie­ku wy­pa­da świe­cić wy­łącz­nie przy­kła­dem, ina­czej świe­ci się ocza­mi”. Więc Emi­lia wresz­cie prze­sta­nie świe­cić, wto­pi się w sza­ry tłum i sku­pi wy­łącz­nie na mo­dli­twie. „No a z in­nych plu­sów...” „Wy­star­czy – po­chwa­lił wstań­ka. – Te­raz wy­mień czyn­no­ści, któ­ry­mi mo­gła­byś za­jąć ser­ce i umysł. Czyn­no­ści nie wy­ma­ga­ją­ce so­ko­le­go wzro­ku”. „Co by to mo­gło być” – za­sta­na­wia­ła się Emi­lia. Przed­świą­tecz­ne po­rząd­ki ma już za sobą; ni­cze­go nie od­kła­da na ostat­nią chwi­lę. Kie­ru­je się bo­wiem de­wi­zą: wszyst­kie eg­za­mi­ny za­li­cza­my w ter­mi­nie ze­ro­wym. Tro­chę szko­da, aku­rat dziś przy­dał­by się ja­kiś do po­praw­ki. Kil­ka nie­do­pra­so­wa­nych spód­nic, za­ku­rzo­na kon­sol­ka, któ­rą mo­gła­by prze­je­chać ścier­ką, ot tak, dla wy­ci­sze­nia my­śli. Nie­ste­ty żad­nych po­pra­wek, a w gło­wie hu­czy jak w ulu. „Spo­koj­nie, za­raz coś wy­szu­ka­my. Wszak upra­wiasz tyle hob­by.” „Upra­wiam – zga­dza się Emi­lia – ale każ­de w swo­im cza­sie”. Ma­kra­my, na przy­kład, ple­cie tyl­ko w czwart­ki po spo­tka­niu w „Bia­łej Li­lii”, pa­pier-mâché wy­twa­rza na wio­snę, kie­dy po­wie­trze jest od­po­wied­nio wil­got­ne, zaś ser­wet­ki ha­ftu­je wy­łącz­nie na łza­wych se­ria­lach i przy uży­ciu moc­nych szkieł. „Nie ma wyj­ścia – orzekł wstań­ka. – Trze­ba skom­bi­no­wać oku­la­ry za­stęp­cze”. Ale gdzie? Wi­zy­ta w przy­chod­ni od­pa­da, choć­by dla­te­go, że czas ocze­ki­wa­nia wy­dłu­ża się pod ko­niec roku do dwóch mie­się­cy. Poza tym, jak­by to ująć, Emi­lia ma dość kon­tak­tów z pań­stwo­wą służ­bą zdro­wia. Wy­star­czy, że cza­sem po­pro­si le­ka­rza ro­dzin­ne­go o skie­ro­wa­nie na ba­da­nia krwi. Czu­je się wte­dy jak sęp wy­szar­pu­ją­cy nędz­ne reszt­ki od zu­bo­ża­łe­go pra­cow­ni­ka ZOO. A po­tem cze­ka­jąc w ko­lej­ce do la­bo­ra­to­rium, przy­po­mi­na so­bie dow­cip krą­żą­cy po baj­klan­dii od po­nad czter­dzie­stu lat.

„Czym się róż­ni eme­ryt ame­ry­kań­ski i fran­cu­ski od pol­skie­go? Ame­ry­ka­nin bie­rze bu­tel­kę whi­sky i je­dzie do ka­sy­na lub nad Wiel­ki Ka­nion, Fran­cuz bie­rze bu­tel­kę szam­pa­na i ru­sza na dziew­czyn­ki, zaś Po­lak bie­rze bu­tel­kę mo­czu i bie­gnie do sta­cji ana­liz”.

By oszczę­dzić so­bie fru­stru­ją­cych po­rów­nań Emi­lia po­sta­na­wia omi­jać przy­chod­nie sze­ro­kim łu­kiem. Oczy­wi­ście, je­śli się jej przy­tra­fi, od­pu­kać, za­wał albo zła­ma­nie otwar­te, nie bę­dzie cho­dzić po zna­cho­rach. Ale żeby, ot tak, za­wra­cać prze­mę­czo­ne­mu dy­żu­ra­mi spe­cja­li­ście gło­wę z po­wo­du byle szkieł? Nie, Emi­lia woli już udać się na ba­zar.

Woli, a na­wet, co tu kryć, jest zmu­szo­na, bo na pry­wat­ną wi­zy­tę chwi­lo­wo jej nie stać; ty­dzień temu za­in­we­sto­wa­ła w cho­in­kę (mo­del Lucy z praw­dzi­wy­mi szysz­ka­mi. Ga­łąz­ki z fo­lii PCW ozdo­bio­ne sztucz­nym śnie­giem. Kom­plet sty­ro­pia­no­wych bom­bek gra­tis). Wcze­śniej, z mę­żem Ziut­kiem za­wsze ku­po­wa­li żywe, w do­nicz­ce, ale te­raz, kie­dy zo­sta­ła sama, woli coś lżej­sze­go i rów­nie ła­twe­go do zło­że­nia jak jej pa­ra­sol­ka w szkar­łat­ne mo­ty­le. Zna­la­zła ta­kie cudo w jed­nej z hur­tow­ni, sło­no za­pła­ci­ła, tak­że za trans­port, i te­raz musi za­ci­snąć pasa. Co nie bę­dzie trud­ne; zimą rza­dziej opusz­cza przy­tul­ną ja­dal­nię, nie jest więc na­ra­żo­na na roz­ma­ite po­ku­sy w ro­dza­ju ma­jo­li­ko­wych do­ni­czek albo raj­stop ze zło­tą nit­ką (zu­peł­nie nie­przy­dat­ne, ale bar­dzo ład­nie po­bły­sku­ją w bie­liź­niar­ce). Pod ko­niec lu­te­go Emi­lia po­win­na do­stać świą­tecz­ny czek od syna, wte­dy za­mó­wi po­rząd­ne oku­la­ry. A na ra­zie „przej­ściów­ki” z ba­za­ru, bo w domu ra­czej nie znaj­dzie żad­nych szkieł. Chy­ba że po Ziut­ku ja­kieś się ucho­wa­ły, w szu­fla­dzie biur­ka albo... gdzie in­dziej nie, bo wszyst­ko wy­sprzą­ta­ła za­raz po jego uciecz­ce. Wy­mio­tła z pa­mią­tek paw­lacz i eta­żer­kę, sta­ry re­gał w piw­ni­cy, kil­ka zwo­jów w pła­tach czo­ło­wych, za­ko­piań­ską ka­set­kę, ga­ze­tow­nik, kosz na bru­dy. Omi­nę­ła tyl­ko biur­ko, ale tam nie za­glą­da ni­g­dy. Uwa­ża, że to nie­sto­sow­ne, jak grze­ba­nie w cu­dzej lo­dów­ce. W cu­dzej? Prze­cież Ziu­tek od­dał jej do dys­po­zy­cji wszyst­ko:

trzy­po­ko­jo­we miesz­ka­nie,

mi­nia­tu­ro­wy bal­ko­nik,

wy­słu­żo­ną wi­śnio­wą me­blo­ścian­kę z pły­ty MDF,

ze­staw bia­łych nie­gdyś me­bli ku­chen­nych, przy­wie­zio­nych aż spod Prze­my­śla,

wy­tar­ty tu­rec­ki dy­wan,

sta­ry, pe­wek­sow­ski to­ster i tro­chę sprzę­tu AGD,

dwu­dzie­sto­let­nią au­to­ma­tycz­ną pral­kę na cho­dzie,

chy­bo­czą­cy się stół,

kil­ka po­krzy­wio­nych przez czas so­sno­wych krze­seł,

za­pad­nię­ty w środ­ku tap­czan,

wi­tryn­kę o zma­to­wia­łych szyb­kach,

mał­żeń­skie łoże

oraz biur­ko z pły­ty paź­dzie­rzo­wej, a w nim być może oku­la­ry. Plus trzy i pół, Emi­lia zaś nosi... i tego wła­śnie nie wie, bo od ostat­nie­go ba­da­nia ma w gło­wie mę­tlik. Osiem lat temu no­si­ła je­dyn­ki, ale te­raz? Więc jak do­bie­rze szkła na ryn­ku?, za­py­ta­cie. Ano sto­su­jąc me­to­dę ulot­ko­wą. Weź­mie ulot­kę z Bie­dron­ki i spró­bu­je od­czy­tać tekst na­pi­sa­ny drob­nym drucz­kiem. Je­śli się uda... Nie musi na­wet znać roz­sta­wu oczu, bo w szkłach od Ru­skich roz­staw nie ma zna­cze­nia, wszyst­kie są ro­bio­ne „stan­dar­do­wo”, żeby pa­so­wa­ły na­wet na gib­bo­na. „Gib­bo­ny się ucie­szą, skup­my się jed­nak na oku­la­rach Ziut­ka! Spró­buj ich po­szu­kać – uak­tyw­nia się wstań­ka. – Wiem, no­si­łaś je­dyn­ki, ale przez ostat­nie lata spo­ro się roz­re­gu­lo­wa­ło. Tyle stre­sów, prze­pła­ka­nych nocy. A oko to wraż­li­wy in­stru­ment. Cał­kiem moż­li­we, że oku­la­ry Ziut­ka będą w sam raz. Oszczę­dzi­ła­byś parę zło­tych i nie mu­sia­ła­byś wy­cho­dzić z domu w taką chla­pę. Więc co z tym biur­kiem?”

Emi­lia ner­wo­wo prze­łknę­ła śli­nę. Ow­szem, me­bel na­le­ży te­raz do niej, ale tyl­ko z ze­wnątrz. Tego, co kry­je w za­ka­mar­kach, Emi­lia nie zna i znać nie po­trze­bu­je. Dla­te­go, choć co ty­dzień sta­ran­nie od­ku­rza blat, po­le­ru­je oku­cia i czy­ści za­wia­sy, ni­g­dy jesz­cze nie spraw­dzi­ła, co jest w środ­ku. „I zu­peł­nie cię nie ku­si­ło?” – zdzi­wił się wań­ka. „Może i ku­si­ło – przy­zna­ła, ba­wiąc się rąb­kiem far­tusz­ka – może odro­bin­kę, ale za­wsze do­cho­dzi­łam do wnio­sku, że jed­nak nie wy­pa­da.” „Coś ty! Nie wy­pa­da? Prze­cież to czy­sta for­mal­ność! Nie zaj­mie ci na­wet pię­ciu mi­nut!” Więc do­brze, spraw­dzi, ale tyl­ko po to, żeby udo­bru­chać wstań­kę. Bo Emi­lia bar­dzo nie lubi go de­ner­wo­wać. Za­raz czu­je się win­na, że nie spro­sta­ła wy­obra­że­niom i w ogó­le. Dla­te­go ustą­pi wstań­ce i po­szu­ka. Tyl­ko so­bie nie wy­obra­żaj­cie, że wy­be­be­szy każ­dą szu­fla­dę. O nie, żad­ne­go pa­tro­sze­nia, prze­cze­sy­wa­nia i tym po­dob­nych bru­tal­nych ak­cji po­dej­mo­wa­nych przez nad­gor­li­we służ­by bez­pie­czeń­stwa we­wnętrz­ne­go. Emi­lia nie bę­dzie na­wet wę­szyć, tyl­ko de­li­kat­nie omie­cie wzro­kiem za­war­tość szu­flad i wra­ca do sto­ło­we­go na swój wy­god­ny fo­tel pod roz­ło­ży­stą dra­ce­ną.

Przy­gry­za­jąc ko­niu­szek ję­zy­ka, po­wo­li otwo­rzy­ła zma­to­wia­łe drzwicz­ki biur­ka. Co my tu mamy? Trzy sta­re ka­len­da­rze, jesz­cze sprzed kry­zy­su, ulu­bio­na po­wieść Ziut­ka o lo­dow­cach, dwie za­pa­so­we ża­rów­ki, ba­te­ryj­ka R4 i pu­deł­ko za­pa­łek. Tyl­ko tyle, wy­szep­ta­ła roz­cza­ro­wa­na. A w szu­fla­dach? W le­wej pu­sto, w pra­wej gru­by ze­szyt ma­ku­la­tu­ro­wy z na­pi­sem: „Ra­chun­ki 1995”, środ­ko­wa chy­ba za­mknię­ta... nie, tyl­ko cięż­ko cho­dzi, pew­nie Ziu­tek za­po­mniał na­oli­wić. Szarp­nę­ła z ca­łej siły i sta­nę­ła oko w oko z roz­dzia­wio­ną pasz­czą. Na dnie do­strze­gła przy­ku­rzo­ną ko­per­tę. W ta­kich zwy­kle wrę­cza się ła­pów­ki, a cza­sa­mi inne do­bre wia­do­mo­ści. Wy­ję­ła ją ostroż­nie. Nie za­kle­jo­na. Aż się pro­si, żeby zaj­rzeć do środ­ka. „To zaj­rzyj, co masz so­bie ża­ło­wać” – kusi wstań­ka. „Ale prze­cież oku­la­rów tam nie znaj­dę”. „Rany, Emi­la, te­raz się bę­dziesz wy­co­fy­wać? Weź­że się w garść, a nie tchó­rzysz. No i?” Nic cie­ka­we­go. Ko­lo­ro­wa pocz­tów­ka ze zdję­ciem sta­rej ło­dzi przy­cu­mo­wa­nej do drew­nia­ne­go po­mo­stu. Zdję­cie jak zdję­cie, a na od­wro­cie mi­nia­tu­ro­wy na­pis. Emi­lia od­sta­wi­ła dłoń na od­le­głość ra­mie­nia i mru­żąc oczy, pró­bo­wa­ła od­szy­fro­wać pierw­sze li­ter­ki. Nie­ste­ty, bez po­wo­dze­nia. Co in­ne­go, gdy­by mia­ła oku­la­ry.

Jed­nak trze­ba iść na ba­zar. Nie­do­brze, bo Emi­lia wła­śnie za­krę­ci­ła wło­sy, a głu­pio tak pa­ra­do­wać w wał­kach, zwłasz­cza se­le­dy­no­wych. „Scho­wasz pod be­re­ci­kiem” – pod­po­wie­dział wań­ka znie­cier­pli­wio­ny. Niby tak, tyl­ko że dziś po­nie­dzia­łek, a Emi­lia od­wie­dza ry­nek w śro­dy i so­bo­ty. Po­nie­dział­ki spę­dza w domu, co naj­wy­żej wy­sko­czy do piw­ni­cy po ki­szo­ne, ale poza tym nie wy­ściu­bia nosa na­wet na bal­kon, żeby nie ku­sić złe­go losu. Bo gdy­by coś się wy­da­rzy­ło... cały ty­dzień zmar­no­wa­ny. Po­wia­da­ją w Siar­kow­cu: jak za­czniesz po­nie­dzia­łek, ta­kie będą ko­lej­ne dni. Więc le­piej nie ry­zy­ko­wać. Zresz­tą za czym mia­ła­by się Emi­lia włó­czyć po mie­ście? Za­ku­py po­ro­bio­ne, obiad go­to­wy, tyl­ko do­dać prze­cie­ru do ro­so­łu i po­mi­do­ro­wa pal­ce li­zać. Sprzą­ta­nia też za wie­le nie ma, co naj­wy­żej dy­wan od­ku­rza­czem prze­le­cieć dla czy­stej for­mal­no­ści. Po­tem z fi­li­żan­ką w dło­ni za­siąść przed te­le­wi­zo­rem i cie­szyć się ży­ciem, pod­glą­da­jąc so­bie cu­dze. Nie­ste­ty o ra­dość nie­ła­two, kie­dy za­miast dok­to­ra Lu­bi­cza czło­wiek wi­dzi roz­ma­za­ną pla­mę. Nie ma wyj­ścia, stęk­nę­ła, trze­ba ru­szyć po nowe oku­la­ry.

Sta­ran­nie za­mknę­ła drzwi na wszyst­kie czte­ry zam­ki, a te­raz stoi przed blo­kiem i za­sta­na­wia się, co da­lej. Do­kąd udać się naj­pierw? Tyl­ko nie my­śl­cie, że Emi­lia cze­goś się lęka. Że ze stra­chu cał­kiem się za­blo­ko­wa­ła. Wca­le nie! Kie­dy cze­ka nas wyj­ście awa­ryj­ne, war­to do­brze prze­my­śleć tra­sę. Dzię­ki temu nie tra­ci­my cza­su na bez­ład­ną mio­ta­ni­nę po mie­ście. Więc na po­czą­tek, usta­li­ła Emi­lia, po­pra­wia­jąc czer­wo­ną cza­pecz­kę, spa­cer w stro­nę hali tar­go­wej. Przy oka­zji do­ku­pi ser­we­tek do przy­bra­nia wi­gi­lij­ne­go sto­łu. Ja­kieś zło­te, pa­so­wa­ły­by do gra­na­to­wych ta­le­rzy. Do stro­ika z nie­bie­ską świe­cą rów­nież. Emi­lia bar­dzo dba o de­ta­le, wie bo­wiem, że wła­ści­wa opra­wa ce­re­mo­nii pod­no­si na­strój. Po­dob­nie jak pie­sze wy­ciecz­ki, re­gu­lar­na mo­dli­twa i pra­ce w ogród­ku. W dni po­wsze­dnie Emi­lia sku­pia się na mo­dli­twie, bo spa­ce­ry ogra­ni­czy­ła do kil­ku ja­sno oświe­tlo­nych ulic; ma wra­że­nie, że z każ­dym ro­kiem przy­by­wa w mie­ście zbo­czeń­ców. Nie, ża­den jej nie na­padł, ale za­wsze może się zda­rzyć ten pierw­szy raz, dla­te­go bra­wu­ro­we wy­pa­dy nad San po­zo­sta­wia de­spe­rat­kom spra­gnio­nym byle ja­kich kon­tak­tów z człon­kiem mę­skim. Co zaś się ty­czy prac ogro­do­wych, Emi­lia ma pew­ne wąt­pli­wo­ści, czy moż­na do nich za­li­czyć upra­wę ziół na bal­ko­nie. Dla­te­go woli ak­tyw­ność przy­no­szą­cą kon­kret­ne efek­ty i rze­czy­wi­ście, po od­mó­wie­niu Ta­jem­ni­cy Ra­do­snej czu­je się nie­mal zre­lak­so­wa­na. A w do­dat­ku, zda­niem Ilo­ny, ro­śnie jej dłu­go­ter­mi­no­wa lo­ka­ta w Ban­ku Nie­bie­skim. E tam, taka lo­ka­ta, ma­cha dło­nią Emi­lia. Mar­ne parę gro­szy, wstyd wspo­mi­nać. Ziarn­ko do ziarn­ka i kto wie, kto wie, prze­ko­nu­je Ilo­na, wiel­bi­ciel­ka pa­kie­tów pro­mo­cyj­nych i roz­wią­zań „dwa w jed­nym”. Może na­wet przy­dzie­lą ci więk­szy gar­nu­szek, wtrą­ca Li­lia­na Czy­sta, go­rą­ca orę­dow­nicz­ka teo­rii o nie­biań­skich na­czy­niach. Każ­de­mu we­dług za­sług. Bu­tel­ka, ka­raf­ka albo ko­cioł, by­naj­mniej nie wy­peł­nio­ny siar­ką.

Co na to Emi­lia? Niby po­win­na się cie­szyć do­dat­ko­wy­mi cen­ty­me­tra­mi sze­ścien­ny­mi szczę­ścia, ale kie­dy tyl­ko mowa o lo­ka­cie, od razu przy­po­mi­na so­bie tam­ten go­rą­cy sier­pień. Choć chcia­ła­by za­po­mnieć. Raz na za­wsze.

 

Prze­rwa obia­do­wa, a w bu­fe­cie tyl­ko zwię­dłe pącz­ki, prze­su­szo­ne mor­do­klej­ki i oran­ża­da w prosz­ku. Może zimą by się sku­si­ły, ale przy trzy­dzie­sto­stop­nio­wym upa­le? Od­pa­da.

– Wy­sko­czę po śliw­ki – oznaj­mi­ła Maj­ka, gra­mo­ląc się na pa­ra­pet. – Na­je­my się, że hej!

– Ja nie wiem, czy to tak wol­no zry­wać bez py­ta­nia – ostrze­gła Stel­la, wy­chy­lo­na przez są­sied­nie okno.

– Mu­sisz ko­niecz­nie po­wia­do­mić straż­ni­ków obiek­tu – po­ra­dzi­ła Maj­ka, się­ga­jąc po naj­bli­żej ro­sną­cą ga­łąź. – Żeby cię nie oskar­ży­li o współ­udział.

– Przy­po­mi­nam ci tyl­ko, że ła­miesz siód­me przy­ka­za­nie – wspar­ła Stel­lę Li­lia­na.

– Po­zba­wia­jąc nad­mia­ru sra­jek kum­bi­na­to­wą sa­mo­siej­kę?

– Nie moż­na re­la­ty­wi­zo­wać. Każ­da kra­dzież to grzech, za któ­ry kie­dyś za­pła­cisz.

– Może ja­koś znio­sę te do­dat­ko­we trzy mi­nu­ty w czyść­cu – od­pa­ro­wa­ła Maj­ka i za­bra­ła się do zry­wa­nia.

– Żar­tuj so­bie, żar­tuj. Zo­ba­czy­my za sto lat. Tyl­ko że­byś nie pła­ka­ła, jak cię wci­sną do przy­cia­snej musz­tar­dów­ki.

– Lil­ka, w moim Raju nie bę­dzie musz­tar­dó­wek, będą za to psy, koty, mo­ty­le, na­wet ro­pu­chy, i garst­ka lu­dzi.

– Nie ma two­je­go, mo­je­go – po­uczy­ła ją Li­lia­na. – Jest je­den RAJ, dla tych, któ­rzy za­słu­ży­li.

– Je­dy­nie słusz­ny Hap­py End. – Skrzy­wi­ła się Maj­ka. – Z pa­nem Bo­giem na­bi­ja­ją­cym lu­dzi w bu­tel­kę. Emi­la, ty też w to wie­rzysz?

Bąk­nę­ła wte­dy, że nie ma zda­nia i zmie­ni­ła te­mat. Po co pro­wo­ko­wać nie­po­trzeb­ne tar­cia? Nie le­piej, żeby każ­dy za­jął się tym, co do nie­go na­le­ży? Le­piej, i co tu dużo kryć, przy­jem­niej. Zwłasz­cza dla Emi­lii; od­ra­bia­nie za­dań dzia­ła na nią nie­mal rów­nie eu­fo­ry­zu­ją­co jak szkla­necz­ka kar­da­mo­no­wej shaj bil hel, prze­my­co­nej z tu­zi­nem tu­rec­kich ko­żu­chów przez ku­zyn­kę Ilo­nę. Więc za­miast pro­wa­dzić ja­ło­we dys­ku­sje, woli się wziąć do ro­bo­ty.

Za­wsze jed­nak, kie­dy my­śli o na­czy­niach nie­bie­skich, czu­je, że gdy­by wte­dy tup­nę­ła nogą... nie, tego Emi­lia nie mo­gła­by zro­bić. Uro­dzi­ła się prze­cież w pierw­szej ław­ce, a to do cze­goś zo­bo­wią­zu­je. Bia­ły koł­nie­rzyk, rów­niu­sień­kie mar­gi­ne­sy w ze­szy­cie, wy­pa­sto­wa­ne trze­wi­ki i bu­zia w ciup. Tu­pa­nie zu­peł­nie jej nie wy­cho­dzi. Ale gdy­by wte­dy wy­ra­zi­ła swo­je zda­nie, gdy­by cho­ciaż spró­bo­wa­ła, może póź­niej by­ło­by jej ła­twiej... też ci się, Emi­la, za­chcia­ło wy­cie­czek w prze­szłość! Nie masz się czym za­jąć? No wła­śnie. To do przo­du, ko­cha­na, do przo­du. Śmia­ło, śmia­ło!

***

Do­bie­gła do hali, ku­pi­ła pacz­kę ser­we­tek i dwa mot­ki sre­brzy­ste­go kor­don­ka, nie oby­ło się jed­nak bez zgrzy­tów. Tak to jest, kie­dy czło­wiek zbo­czy z utar­tej przez lata ścież­ki. A Emi­lia zbo­czy­ła; za­miast spo­koj­nie spa­ce­ro­wać wzdłuż alei Świę­te­go Au­gu­sty­na (daw­niej Fe­lik­sa Dzier­żyń­skie­go), po­pę­dza­na przez wstań­kę wy­bra­ła dro­gę na skró­ty przez za­pusz­czo­ny park miej­ski imie­nia Czer­wo­ne­go Kap­tur­ka. O tej po­rze roku wy­da­je się zu­peł­nie nie­groź­ny, prze­ko­ny­wał wstań­ka. Nie­pew­nie ski­nę­ła gło­wą, moc­no ści­ska­jąc swo­ją pa­ra­sol­kę w mo­ty­le. Co in­ne­go wio­sną albo la­tem, cią­gnął. Wy­bu­ja­łe ło­pia­ny i gi­gan­tycz­ne pa­pro­cie to zna­ko­mi­ta kry­jów­ka dla pod­glą­da­czy. Cie­ka­we tyl­ko, czy mają kogo ob­ser­wo­wać, bo lu­dzi ani śla­du. Pew­nie wolą spa­ce­ry po Te­sco. Na­wet wie­wió­rek taki per­wer nie na­mie­rzy, bo ich nie ma, wes­tchnę­ła Emi­lia, roz­glą­da­jąc się po ogo­ło­co­nych z li­ści drze­wach. Naj­wy­raź­niej o par­ku za­po­mnia­ły na­wet zwie­rzę­ta. Bo rad­ni za­po­mnie­li już lata temu, ina­czej na­pra­wio­no by ław­ki, usta­wio­no ko­sze na śmie­ci, a przede wszyst­kim po­da­ro­wa­no by par­ko­wi no­we­go pa­tro­na. Świę­tą Te­klę albo Ro­lan­da, ere­mi­tę. Po­zo­sta­li bo­wiem otrzy­ma­li już przy­dział pod­czas wiel­kiej ak­cji prze­świę­ca­nia ulic baj­klan­dii. Wła­śnie wte­dy za­mie­nio­no ale­je Sko­pen­ki na Mat­ki Bo­le­snej. Swo­ją dro­gą, cie­ka­we, że od tam­te­go wy­da­rze­nia nie było żad­nych wi­zyt z Góry. Żad­nych Ma­ryj na szy­bach czy gier­kow­skich me­blo­ścian­kach. Wi­docz­nie Nie­bie­ska Po­cie­szy­ciel­ka uzna­ła, że taka ilość świę­tych w mia­stecz­ku wy­star­czy, by do­dać miesz­kań­com otu­chy. A może baj­kland­czy­cy już nie po­trze­bu­ją wspar­cia z Nie­ba i prze­sta­li Ma­ry­ję za­pra­szać? Na­gle Emi­lia do­strze­gła ką­tem oka zgar­bio­ną po­stać, okry­tą czymś na kształt plan­de­ki, tyle że z kap­tu­rem. Czyż­by to sam Ro­land, znu­dzo­ny nie­biań­ski­mi wy­go­da­mi, wy­brał so­bie nową pu­stel­nię? Na­tych­miast przy­śpie­szy­ła kro­ku. Niby Ko­mu­nię przyj­mu­je co ty­dzień i re­gu­lar­nie od­ma­wia ró­ża­niec, ale czy to wy­star­czy, by udźwi­gnąć roz­mo­wę ze świę­tym? Zresz­tą o czym mo­gła­by z Ro­lan­dem po­kon­wer­so­wać? O naj­now­szym od­cin­ku M jak mi­łość? Prze­cież na ko­ściel­nych re­for­mach Emi­lia zu­peł­nie się nie zna. Co in­ne­go sio­stra Bo­że­na albo re­dak­tor Ter­li­kow­ski. Ci wie­dzie­li­by, czym Ro­lan­da za­in­te­re­so­wać. Któ­re wąt­ki sub­tel­nie prze­mil­czeć, a któ­re zgrab­nie wy­eks­po­no­wać ni­czym bu­kiet chry­zan­tem na oł­ta­rzu. Za­tem ta­jem­ni­cza po­stać, kim­kol­wiek jest, musi po­cze­kać na jed­no z nich. Co może nie­co po­trwać, bo i re­dak­tor, i sio­stra Bo­że­na są ostat­nio nie­zwy­kle za­ję­ci. Ale aku­rat cza­su i cier­pli­wo­ści świę­tym nie bra­ku­je. Tak ją przy­naj­mniej po­in­for­mo­wa­no na uzu­peł­nia­ją­cych wy­kła­dach w „Bia­łej Li­lii”.

– Pro­szę, pro­szę! Jak to się wita sta­rych zna­jo­mych. – usły­sza­ła na­gle.

Co tu zro­bić, co ro­bić? Je­śli za­cze­pia zna­jo­my, na­le­ża­ło­by po­dejść, je­śli zbo­cze­niec, ucie­kać. A je­że­li to zna­jo­my zbo­cze­niec? Wy­sko­czy na nią z ju­we­na­lia­mi na wierz­chu i co wte­dy? Czy wy­pa­da mu zło­żyć świą­tecz­ne ży­cze­nia?

– Może na po­czą­tek po­wie­my so­bie „dzień do­bry”?

– Dzień do­bry – rzu­ci­ła Emi­lia ci­chut­ko, śle­dząc, czy spod płach­ty nie wy­nu­rza się po­dej­rza­na apa­ra­tu­ra.

– Już my­śla­łem, że się nie do­cze­kam.

Ach, co za wstyd! Żeby tak za­po­mnieć o ele­men­tar­nych for­mach grzecz­no­ści. I cóż z tego, że oba­wia­ła się na­pa­du. Ma­nie­ry zo­bo­wią­zu­ją, nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści.

– Prze­pra­szam pana... – bąk­nę­ła, tłam­sząc w dło­ni zło­żo­ną pa­ra­sol­kę

– Kie­dyś by­li­śmy na ty.

– Oczy­wi­ście – skła­ma­ła. – Tyl­ko nie by­łam pew­na, czy to tak wy­pa­da po la­tach, bo prze­cież nie wi­dzie­li­śmy się ja­kieś... – Uda­ła, że li­czy, ile cza­su upły­nę­ło od ostat­nie­go spo­tka­nia.

– Dwa­dzie­ścia osiem lat, bez jed­ne­go mie­sią­ca – pod­po­wie­dział wła­ści­ciel kap­tu­ra.

– No tak. – Emi­lia cza­ru­ją­co za­mru­ga­ła rzę­sa­mi, na­tych­miast po­dej­mu­jąc swój ulu­bio­ny te­mat kon­wer­sa­cji. – Ależ brzyd­ki dzień, praw­da? Zim­no, mo­kro, wietrz­nie, aż czło­wie­ko­wi żal, że opu­ścił cie­płe miesz­kan­ko.

– Obie­ca­łem so­bie, że zo­sta­nę na po­ste­run­ku, więc sto­ję i cze­kam – wy­ja­śnił, ba­daw­czo przy­glą­da­jąc się Emi­lii. – Zresz­tą mo­gło być go­rzej; za­po­wia­da­li prze­cież tor­na­do.

– Na szczę­ście pro­gno­zy po­go­dy mają ta­kie samo po­kry­cie w rze­czy­wi­sto­ści jak obiet­ni­ce przed­wy­bor­cze.

– Z tymi ostat­ni­mi może i do­brze, brzmia­ły dziw­nie za­pal­czy­wie. Przez chwi­lę za­sta­na­wia­łem się, czy na pew­no miesz­ka­my w tej no... Eu­ro­pie – oznaj­mił, wy­su­wa­jąc spod kap­tu­ra im­po­nu­ją­cy, bor­do­wo-siny no­chal. – Sko­ro roz­mo­wę o po­go­dzie i po­li­ty­ce mamy już za sobą, mo­że­my przejść do bar­dziej in­tym­nych py­tań. Mia­no­wi­cie – Emi­lia wstrzy­ma­ła od­dech – jak ci się żyje od wy­jaz­du Ziut­ka?

Więc jed­nak zna­jo­my, ode­tchnę­ła, sko­ro wie­dział o uciecz­ce jej męża. Jaka szko­da, że Emi­lia nie może go roz­po­znać na zdję­ciach, któ­re trzy­ma w pod­ręcz­nym ar­chi­wum. A przej­rza­ła wszyst­kie. Kil­ka razy, co nie było szcze­gól­nie trud­ne, zwa­żyw­szy na jego wiel­kość. Trzy tu­zi­ny le­gi­ty­ma­cyj­nych fo­tek, kil­ka za­ma­za­nych wglą­dó­wek z dzie­ciń­stwa, prze­świe­tlo­na kli­sza z kom­bi­na­tu i mniej lub bar­dziej uda­ne por­tre­ty ro­dzin­ne. Pstryk­nię­te w kuch­ni, na tle Sanu albo cho­in­ki. Peł­ne za­rdze­wia­łych już sprzę­tów, nie­mod­nych fry­zur i przy­cia­snych ubrań. Ale na żad­nym ani śla­du bor­do­we­go nosa. Co zbyt­nio Emi­lii nie dzi­wi; z taką cerą też uni­ka­ła­by fle­szy.

– A to­bie jak się żyje? – Od­bi­ła pi­łecz­kę. Może nos zdra­dzi ja­kiś szcze­gół, któ­ry uła­twi jej pra­ce re­kon­struk­cyj­ne.

– Od