Świat Ruty - Iwona Żytkowiak - ebook
lub
Opis

Świat nie wybacza zbrodni i inności.

Mglisty poranek rozpoczyna kolejny dzień życia Ireny. Nic nie zapowiada, że będzie zupełnie inny niż poprzedni… że odmieni wszystko. Z chwili zamyślenia wyrywa ją pisk hamulców, tępy odgłos uderzenia i huk ciała uderzającego o jezdnię.
Targana wyrzutami sumienia Irena postanawia pojechać z poszkodowaną do szpitala. Tak poznaje Rutę i jej rodziców. I kiedy wydaje się jej, że będzie musiała zmierzyć się z oskarżeniami, poznaje świat drugiego człowieka. A to coś, co może nas przerosnąć…
Magiczna opowieść, której fabuła rozpięta jest między przeszłością a przyszłością, między realizmem a metafizyką. To książka o odszczepieniu i naznaczeniu. O historii, której nie da się wykorzenić. Polacy, Żydzi i Niemcy żyją tu w specyficznej relacji. Każdy poszukuje swojej tożsamości. Bo tak naprawdę każdy z nas – jak Ruta – jest zawieszony na granicy światów.

Życie trwa. Czas płynie. Dzieci rosną. Wokół słowa się mnożą i coraz to któryś most niepotrzebny, bo brzeg spotkał się z brzegiem. I świat mniej obcy i wrogi z dnia na dzień. Mężczyzna obok mnie jest ojcem moich dzieci. Jego włosy wioną spalenizną. Siwy popiół zostawia po sobie.
Fragment książki


Iwona Żytkowiak (ur. 1963) – absolwentka polonistyki i studiów filozoficzno-etycznych na Uniwersytecie Szczecińskim. Członek Związku Literatów Polskich. Od urodzenia mieszka i pracuje w Barlinku. Czas dzieli na w miarę równe części – rodzinę, pracę i pasję (kolejność nie jest przypadkowa). Matka czterech synów. W wolnych chwilach uwielbia długie spacery po Bieszczadach i grę na pianinie z najmłodszym synem. Autorka powieści „Tonia” (2011 i 2016), „Spotkania przy lustrze” (2012), „Kobiety z sąsiedztwa” (2013), „Tam, gdzie twój dom” (2014) i „Dokąd teraz” (2015) oraz tomu wierszy „Żywot jętki” (2016).

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 275


Copyright © Iwona Żytkowiak, 2016

Projekt okładki

Ewa Wójcik

Zdjęcie na okładce

© Irene Lamprakou/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Anna Płaskoń-Sokołowska

Korekta

Katarzyna Bizacka

Agnieszka Ujma

ISBN 978-83-8097-781-5

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Mojemu Mężowi (niezmiennie)

Jeśli chce się być szczęśliwym, nie wolno gmerać w pamięci. 

E. CIORAN

Pamięć jest straszliwa. Człowiek może o czymś zapomnieć − ona nie. Po prostu odkłada rzeczy do odpowiednich przegródek. Przechowuje dla ciebie różne sprawy albo je przed tobą skrywa − i kiedy chce, to ci to przypomina. Wydaje ci się, że jesteś panem swojej pamięci, ale to odwrotnie − pamięć jest twoim panem. 

J. IRVING

Dobro i zło należy pamiętać wiecznie. Dobro, ponieważ wspomnienie, że kiedyś nam je wyświadczono, uszlachetnia nas. Zło, ponieważ od chwili, w której je nam wyrządzono, spoczywa na nas obowiązek odpłacenia za nie dobrem. 

M. GOGOL

Prolog

To ja, Ruta.

To ja, Ruta. Ciałem jestem. Urodziłam się jako piąte dziecko, pierwsze płci żeńskiej. Moich braci nie kołysał las, nie śpiewał im ptak. Nie szeptały im matczyne usta, nie tknęły ich szorstkie dłonie mojego ojca. Użyźnili ziemię, na której kołyszą się chybotliwe brzozy. W ich koronach remizy uwiły sobie gniazda. Cienkimi dziobami jak wrzecionem wysupłały misterne koszyczki, w których kwilą nieopierzone pisklęta. Urodziłam się przypadkiem. Ani na wzór, ani na podobieństwo. Urodziłam się pewnego ranka, kiedy mgła gęsta, lecz lekka jak połać zefiru z merceryzowanej przędzy spowijała łąki, gdy las, zbudzony ze snu, szumiał wciąż te same historie.

− Może tym razem się uda? – spytała matka, trzymając w ramionach mały kwilący tobołek. Ojciec patrzył zdziwiony, ręce miał niezgrabne, nieprzywykłe do dotyku.

I stałam się − jak stają się miliony istnień.

***

To ja, Ruta, ciałem i duchem jestem. Poruszam się na krawędzi oddzielającej jedno życie od drugiego, jeden świat od drugiego. A ciało moje miękkie i ciepłe, a dusza moja przekracza granicę, za którą mieszkają umarli. Noszę w sobie pamięć pierwotną. Moje życie dryfuje w kosmosie, czasem przystaje jak zepsuty zegar. A sny moje mają schowki i zakamarki, w których pochowane są zdarzenia. Widzę lęki i fobie. Rosną i rosną, a potem moszczą się wygodnie, rozpasają się we mnie, zatykają arterie. I wówczas brakuje mi oddechu i krew zastyga w żyłach, i trwam między ziemią a niebem. Lecz gdy tylko otwiera się we mnie śluza, lęki i fobie kanalizują się i wylewają ze mnie, spływają korytem na zewnątrz, rwane nurtem, płyną, pozostawiając we mnie ciszę. A potem mogę znów wyjść na zewnątrz siebie. Stanąć na ziemi, odcisnąć nowe ślady, po których mnie odnajdą. Pośród ludzi, zdarzeń, pośród przeszłości i przyszłości, pośród kolorów, kształtów, zapachów. Bo ciałem i duchem jestem. Ja, Ruta.

CZĘŚĆ I

1.

Dziewczyna z mgły

Zanim cokolwiek było widać, zanim kształty określały domy, drzewa, lampy, niewielki mostek ze szczerbatą barierką, pod którym meandrując między uśpionymi jeszcze domami, wartko płynęła Młynówka, słychać było miarowe kroki. Ich odgłos ciął ciszę, rozchodząc się echem po rzadko uczęszczanej uliczce Kwiatowej. Dopóki na lewo od niej nie wybudowali kilku domów jednorodzinnych, mało kto tamtędy chodził, bo droga prowadziła donikąd. W którymś momencie kończyła się jak urwana piosenka, zaraz za asfaltem, którego czarna wstęga przygniatała porastające pobocze chaszcze. Dalej ledwie ścieżynka prowadziła przez podmokły teren, gdzie latem słychać było rechotanie żab, które nie było wcale tak liryczne, jak mogłoby się zdawać, ale miało w sobie coś osobliwego… coś jakby skrzeczenie, jak zgrzytanie drzwi domu. Ale i ścieżynka nagle się urywała, a właściwie kurczyła w ledwie widoczną pośród traw nitkę, na której odciskały się ślady drobnych stóp. Zapewne kobiecych, bo kto to widział, żeby facet miał takie tycie stopy. Po kilkudziesięciu metrach wsnuwała się, niewidoczna niczym błąd na osnowie, na podwórze okolone starym płotem, którego zmurszałe sztachety, szczerząc się zadziorami, ostrzegały przed wtargnięciem na niezbyt gościnny teren. W głębi majaczyły niewielkie okna domu, tlące się słabym światłem jak wystraszone. Dom zresztą też był jakby zdziwiony swym jestestwem pośród ugorów, wysokich traw i młodniaka, który kiedyś wyrastał jako młodniak, a teraz był już raczej dość dojrzałym lasem. Skraj jego był tu, natomiast dalej w głąb ciągnął się gęstwą, rzadko kiedy przemierzaną przez mieszkańców Barlinka, aż do najbliższych zabudowań gospodarskich odległej o kilka kilometrów niewielkiej wsi. Powiadają, że wszystkie drogi prowadzą do domu. I pewnie do wszystkich innych domów na świecie tak − ale ten był inny. Zewsząd bronił dostępu do swego wnętrza zaroślami ciernistej tarniny i głogu, okalającymi go niczym kolczasty drut. Głuchy i zapomniany przez Boga i ludzi. Długo nie miał nawet adresu. Dopiero ileś dobrych lat po wojnie jeden z urzędników – tych, co to nade wszystko lubią mieć porządek w papierach, choć życie częstokroć mają nieuładzone, bo albo stare panny, albo kawalerowie nie do życia – zawziął się i po wielu topograficzno-historycznych poszukiwaniach, nigdzie nie natrafiwszy na ów obiekt z woli własnej, posługując się nieznanymi nikomu paragrafami o nadawaniu nazw ulicom, nazwał to miejsce Drogą do Wilczego. Co w ogóle się z prawdą nie zgadzało, bo owa ścieżka nijak za drogę uchodzić nie mogła, a tylko przez drobne stopy, które z ledwością dotykały ziemi, była wydeptaną zieloną nitką, wyglądającą jak lekko pod włos zaciągnięta ciemniejsza kreska na zielonej aksamitnej tkaninie. Łatwiej było ją dostrzec zimą, kiedy na białej płaszczyźnie kształty stóp odciskają się jak ślady niewielkiej zwierzyny, co to gdyby mogła, ledwie muskałaby podłoże, by jak najmniejszy trop po sobie zostawić na pokuszenie złego.

W którymś miejscu, zależy, jak spojrzeć, tuż za domem, las piął się na niewielkie, ale dość strome Wzgórze Wisielców, które mieszkańcy nazwali tak, choć nikt nigdy nie słyszał, by na tym wzgórzu kiedykolwiek ktoś tak okrutnie rozstał się z życiem. Za to rozciągał się stąd rozległy widok na miasteczko i okolicę. Widać było nowe osiedle domków jednorodzinnych, za którym wyrastały wysokie bloki mieszkalne. Nieco na prawo i z drugiej strony, trochę na lewo, chowały się w chmurach wieże kościołów. Wieża starego, pokryta szlachetnym grynszpanem, wyglądała niczym wielki malachitowy kolec bodący niebo. Wieża nowego nie była strzelista, ale miała kształt graniastosłupa foremnego, pod którym transept krzyżował się z nawą główną kościoła św. Wojciecha.

***

Wyłaniała się z mgły, ale nie tak od razu, przenikała przez mleczną kotarę powoli, jak w zwolnionym tempie, jakby zastanawiała się, czy chce przejść do następnego kadru, jakby ćwiczyła ruch sceniczny, jakby ktoś – jak w kiepskim przedstawieniu − najpierw imitował kroki, a potem wyrzucił ją przed kurtynę. Rozstępowały się kotary mlecznej mgły. I teraz już była naprawdę. Przechodziła do prawdziwego życia.

***

Przestrzeń mojego samochodu wypełniał przejmujący głos Céline Dion. (…) All by myself. Don’t wanna be. All by myself. Anymore!. Śpiewałam razem z nią, choć Bóg mi świadkiem, że nie zostałam obdarzona szczególnym talentem wokalnym. Tę piosenkę pamiętałam z czasów tak zwanej młodości, kiedy jeszcze mało kto słyszał o Céline, a ten kawałek wykonywał Eric Carmen, w którym zakochałam się pierwszy raz po dyskotece w Limbie, ale zaraz o nim zapomniałam, bo bardziej zafascynował mnie Wiktor, a drugi raz − po wielu latach − kiedy robiłam wszystko, by o Wiktorze zapomnieć, a rzeczony Eric wyskoczył z nowym przebojem Hungry eyes. Wówczas nie marzyłam o niczym więcej, jak tylko o tym, by taki Patrick Swayze wziął mnie w ramiona i pal licho taniec (tańczyć też zbytnio nie umiałam), ale by trzymał mnie tak mocno i patrzył w oczy, i w ogóle. Ech! Wiktor został w moim życiu na dłużej, Eric zaś minął bez żadnych konsekwencji. Taka kolej rzeczy.

− Szlag jasny by trafił! Zabiłam człowieka! – krzyknęłam, przyciskając hamulec. Ostry pisk zaświszczał mi nieprzyjemnie w uszach. Jednocześnie z zewnątrz dobiegł mnie odgłos tępego uderzenia i zobaczyłam przelatującą nad maską postać, kolorową niczym karnawałowa kukła.

Wypadłam z samochodu. Machałam rękami, jakbym chciała rozgarnąć mgłę, jednocześnie wzrokiem szukałam postaci, która przeleciała przez maskę mojego opla. Za nim zdążył się już ustawić sznur samochodów. Zjechały się nagle, choć przed chwilą ulica zdawała się zupełnie pusta.

Zobaczyłam ją. Siedziała nieruchomo na środku jezdni. Podkulone pod brodę kolana. Jakby nigdy nic. Śliniła palec i takim wilgotnym od śliny rozcierała krwawiące kolano, które wyzierało z dziury w niebieskich spodniach. Wyglądała, jakby siedziała na fotelu i oglądała film. Miała obojętną minę, chociaż kiedy dotykała rany, przez jej twarz przemykał grymas bólu. Widocznie musiało ją piec.

− Matko Boska! Nic pani nie jest?!

Dobiegłam do niej, trzęsąc się jak osika. Przez moment miałam wrażenie, że jedną nogę mam krótszą od drugiej, i przestraszyłam się, że coś mi się stało; dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie, że złamałam obcas.

− Chciałam namalować obraz – powiedziała, tak jakby chciała się usprawiedliwić. – Ale pędzel wypadł mi z ręki, a farby rozlały się na ścianie… – dodała przepraszająco.

Rozejrzałam się w poszukiwaniu obrazu i pochlapanej ściany, lecz oczywiście niczego takiego nie znalazłam. Jaki obraz? Jakie farby? Zrozumiałam, że kobieta plecie jakieś bzdury. To pewnie konsekwencja wypadku.

− Proszę pani, co pani mówi? Dobrze się pani czuje? Proszę pani, proszę pani! – nachalnie próbowałam wydobyć z niej jakąś logiczną odpowiedź, wciąż gorączkowo się rozglądając za pędzlami, farbami czy choćby za jakąś tubą z pracami.

Kobieta podniosła na mnie zdziwione spojrzenie, w którym był wypisany wyrzut: Dlaczego mi przeszkadzasz? Nie widzisz, że jestem zajęta?

Dreptałam wokół niej bezsensownie, błagając w duchu, by w końcu powiedziała coś mądrego, a najlepiej – żeby pojawiła się jakaś pomoc.

− Karetka już jedzie – usłyszałam za sobą opanowany męski głos.

− Proszę się odsunąć!

Stanęłam obok potrąconej kobiety, wciąż czegoś szukając. Może uderzenie wytrąciło jej z rąk teczkę? Może niosła prace? Może to naprawdę artystka? Ale oprócz zmiętej puszki i potarganych przez samochody strzępów kolorowych ulotek nie było zupełnie nic.

W oddali zamigotało niebieskie światło ambulansu. Jękliwy sygnał karetki zdawał się przybliżać.

− Proszę pani, jakie obrazy? Miała pani ze sobą obrazy? – wypytywałam, coraz bardziej jednak pewna, że coś jej się poprzestawiało w głowie.

Nagle kobieta kilka razy przewróciła oczami.

Zdążyłam tylko dostrzec, jak jej źrenice − chabrowe niczym kolorowe szkiełka imitujące oczy rosyjskich lalek − schowały się pod powiekami. Później sanitariusz pochwycił drobne ciało kobiety i delikatnie ułożył na boku, odchylając nieco jej głowę. Krzyknęłam, wystraszona. „Zabiłam człowieka!”. Makabryczna myśl usadowiła się w mojej świadomości. Niczym przewijane na podglądzie kadry wyświetlały mi się obrazy pogrzebów, sal sądowych, twarzy o oskarżycielskich spojrzeniach. Ale przede wszystkim czułam ucisk w żołądku, jakby ktoś zwinął go w ciasny kłębek i wyżymał, usiłując wycisnąć zeń wszystkie soki.

Oślepiające światła karetki raziły, ale udało mi się wychwycić sylwetki ratowników.

− Błagam! Ratujcie ją! Ja nie chciałam! – wołałam. − Boże! Ratujcie ją!

− Niech się pani uspokoi. Już jest pomoc.

Rzuciłam się w ramiona obcego faceta, pochlipując głośno. Kątem oka widziałam lekarza, który klęka przy kobiecie. Unosi jej powieki, bada puls. Młody ratownik wbija się w żyłę, coś do siebie mówią, rzeczowo i stanowczo.

− Nosze! Nie jest źle! Zabieramy ją do szpitala!

Otumaniona, z rękami na głowie, wciąż niedowierzając w to, co się stało, patrzyłam, jak ambulans znika w świetle wiaduktu, pozostawiając za sobą echo wyjącego sygnału.

To ja − Ruta. Ciałem i duchem jestem.

To ja, Ruta. Czuję dziwne szarpnięcie. Oddzielam się od ciała. Jestem lekka i zwiewna. A mgła wokół mnie jak piana. Wchłania mnie, osacza. A ziemia pode mną szara i nudna. Szukam światła, które przenika przez mgłę po drugiej stronie ulicy, igra ze mną, skacze po murowanym parkanie z ażurowymi wzorami. Niknie na moment, porywane gwałtownym podmuchem, lecz naraz znów się pojawia. Znikąd. Rozszczepione w wiele barw, układa się w abstrakcyjne kręgi, wijące formy biegnące w różnych kierunkach. Jak przypadkowe pociągnięcia pędzlem. Chcę im się przyjrzeć, zapamiętać je, wdrukować obraz do głowy. Niepokój we mnie jak wezbrana rzeka. Muszę namalować obraz. Złapać kolory w zamkniętą przestrzeń. Ochronić je. Jeśli ich nie uchwycę, miną jak miliony innych, które nie dały się zaplatać w moje pędzle. Moje ręce niespokojne. Chcę się spalić i spełnić jednocześnie.

Wokół ruch i mgły opadanie. I huk! I światło zamienia się w ciemność. A ręce moje puste. Pędzle wypadły, rozlały się farby. I krzyk! I ruch! Kobieta. Biega bezradnie. Kuśtyka jak kaczka. Śmieszna w tej panice, która odebrała jej całe dostojeństwo. Żal mi jej. To musi być trudne stanąć twarzą w twarz z nieodwracalnością. Zakrywa dłońmi twarz! Jak w dziecięcej zabawie, kiedy to wraz z zamknięciem oczu znika niedobry świat. Chcę jej powiedzieć: „Spokojnie, nic się nie stało. Od dawna chciałam odlecieć. Oddzielić się od siebie, jak oddziela się ziarno od plew, żółtko od białka, jak czyni się pojedynczym coś, co przypadkiem zrośnięte jest ze sobą. Od dawna chciałam uciec ze swojego ciała. Stało się dla mnie jak niedopasowany kostium. Usycham w nim.

Mężczyźni w czerwonych kamizelkach wsuwają moje ciało do karetki. Zanim zajęczał sygnał i błękitne światło zamigotało nerwowo, wemknęłam się do środka siebie. Przykryta złotą folią życia, czuję, jak cienka igła wbija się w moją żyłę.

Jestem ptakiem.

Zawsze chciałam fruwać. Ptaki są najszczęśliwszymi ze stworzeń. Zbyt lekkie, by ponieść ze sobą ciężar życia, zostawiają go na ziemi i fruną. Ptak szybujący w przestworzach nagle zaczął pikować w dół. Drobnym dziobem zapukał w szybę karetki.

2.

Przesłuchanie

Byłam wykończona. Ten wypadek, a potem kilka godzin na komisariacie. Wielokrotnie powtarzałam przebieg zdarzeń. Że była mgła, że nie widziałam tej kobiety, że wyłoniła się z mgły. Tak, owszem, ja też byłam trochę przymulona. Paplałam, uprzedzając pytania funkcjonariusza, który zajęty spisywaniem zeznań, od czasu do czasu gestem uniesionej ręki nakazywał, bym zrobiła przerwę. Przerywałam więc posłusznie i rozglądałam się po niewielkim pokoju przesłuchań. Nie było na czym oka zawiesić. Zdekompletowane meble, rozsypujące się biurka, niewygodne drewniane krzesła, bardziej zydle niż komfortowe siedziska, i charcząca wieża – stary model Grundiga. Pożałowania godny obraz. Jedyną sympatyczną rzeczą w tej niemrawej przestrzeni była dorodna szeflera, której żywozielone liście jak wielkie palczaste dłonie nadawały pomieszczeniu nieco bardziej przyjazny charakter. Ponoć roślina należy do tych, które cierpliwie znoszą dym tytoniowy – to dobrze, bo pokój wypełniał gryzący zapach papierosów, którego nie zniwelowały ani odświeżacz o zapachu bryzy morskiej, ani otwarte na oścież okno, z którego rozciągał się widok na stary, zarośnięty sad wiśniowy.

Kiedy mężczyzna ponownie zaczynał protokołować, napotykałam jego ponaglający wzrok i ciągnęłam swoją opowieść. W głowie miałam totalny mętlik i żadne próby uporządkowania wypowiedzi nie zdawały egzaminu.

Znowu pół nocy nie spałam. Zaczęłam wtajemniczać młodego aspiranta w szczegóły menopauzy. Uderzenia gorąca, drażliwość. Był nawet moment, gdy zapragnęłam wtulić się w jego stalowy uniform, ale od tego zamysłu odwiodło mnie znudzone spojrzenie siedzącego za biurkiem faceta, który beznamiętnie wystukiwał coś na zdezelowanej maszynie do pisania. Ponadto wyobraziłam sobie ciemne smugi łez na nienagannie skrojonym mundurze. Wystarczająco upokorzyłam się, włączając w okoliczności wypadku swoją życiową historię − że taka jestem nieszczęśliwa, że mam tysiąc spraw na głowie, łącznie z moim starzeniem, jego starzeniem, problemami jednej córki, drugiej, z moim tyciem, z jego tyciem, z moją nerwowością, z jego neurotycznością, że nic dziwnego, że mąż nie wytrzymał tej mojej menopauzy i dwa miesiące temu po prostu się wyprowadził.

„Wybacz – powiedział całkiem spokojnie. – Przeżyliśmy razem taki szmat życia, że teraz możemy dać sobie prawo do odpoczynku od siebie. Jakby co, masz do mnie telefon. Dzwoń!”. Zanim zdążyłam przyswoić to, co właśnie wyartykułował, zniknął za drzwiami, pozostawiając w przedpokoju zapach najnowszej wody toaletowej, którą osobiście kupiłam mu na ostatnią Gwiazdkę. „Dupek!”, skwitowałam, zgrywając twardzielkę. A potem pobiegłam do okna. Rozsunęłam firankę, by dobrze było mnie widać z zewnątrz, i ostentacyjnie pokazałam mu środkowy palec. Wieczorem jednak dotarło do mnie, że Wiktor n a p r a w d ę się wyprowadził, i ogarnęła mnie niepohamowana rozpacz. Cholera! Odwołał nasze małżeństwo w zasadzie bez żadnego konkretnego powodu, bez zapowiedzi. Gdybym chociaż była gruba, głupia, gdybym go zdradzała… Ale on wciąż był ze mnie dumny – a koleżanki zawsze mi tego zazdrościły. „Ale on na ciebie patrzy”, szeptały z zachwytem na jednej z wyjazdowych imprez integracyjnych, na której notabene wszyscy mieli nieźle w czubie, a ja − wyluzowana, owiana morską bryzą − w jakiejś nadmorskiej knajpce śpiewałam przy karaoke szlagiery naszej młodości. Szafy były opustoszałe, gdzieniegdzie walały się jakieś stare, nienoszone T-shirty, pojedyncze skarpety. Całą noc to wyklinałam go, odgrażając się sakramencko, że prędzej uronię łzę nad kulawym psem, niż pozwolę, by po tylu latach złamał mi serce, to znów lałam łzy, że pozostawił mnie na stare lata samą po tym, jak całe życie mu poświęciłam, jak urodę zmarnowałam, figurę straciłam i zaprzepaściłam szansę na wielką karierę naukową, bo gdyby nie on, to zostałabym na uczelni i śledziła dzieje onomastyki na Ziemiach Zachodnich albo przynajmniej byłabym wziętą dziennikarką, a tak zostałam nauczycielką na zadupiu. W jednej szkole, w drugiej, potem wieloletni incydent w miejscowym liceum, w którym zyskałam miano „pani profesor”. Teraz jestem zwykłą nauczycielką, która poszła na wcześniejszą emeryturę z zamiarem używania życia, a kiedy owo używanie stało się niemożliwe – po pierwsze ze względu na niskie uposażenie, po drugie ze względu na brak fantazji, a po następne dlatego, że mąż, który miał mi pomagać używać, stwierdził dość lapidarnie, że czas się rozstać – przyjęłam propozycję pracy w szkole dla dorosłych. Kilkanaście godzin tygodniowo. Dla pieniędzy i trochę dla zabicia nudy...

− Przeczytam teraz protokół, a pani go podpisze – policjant przerwał moje rozważania. – Następnie proszę czekać na informacje dotyczące dalszego postępowania w sprawie.

Czytał beznamiętnie. Zdania były koślawe i nieporadne. Przy bardziej drastycznych błędach marszczyłam czoło, ale postanowiłam zachować milczenie. Podpisałam protokół i wyszłam na powietrze.

Po cholernej mgle nie było ani śladu.

***

Wyciągnęłam telefon. Przysłoniłam dłonią ekran, bo mimo że słońce świeciło dość anemicznie, a właściwie tylko niemrawo prześwitywało przez zasnute chmurami niebo, niewiele na nim widziałam.

Kilkanaście nieodebranych połączeń. Od ojca, od Jagody i od Janeckiego. Kurza melodia! Uzmysłowiłam sobie nagle, że nie zadzwoniłam do szkoły. Już widziałam sfochanego Janeckiego, który zapewne w brodę sobie pluł, że w ogóle mnie zatrudnił. Przeliczył się biedak. Sądził, że będzie miał pod ręką spolegliwą kobitkę, która z pocałowaniem ręki przyjęła kilkanaście godzin i będzie siedziała cicho jak mysz pod miotłą, a tu nagle okazało się, że baba ciągle czegoś chce. A to podręczników, a to zmiany planu, a to zawraca Wisłę kijem, gdy któryś z podopiecznych wytnie jakiś numer! Jakby nie miała pojęcia, że taka to dzisiejsza młodzież. Widziały gały, co brały! Ale nie widziały! Bóg mi świadkiem, że nie widziały! To, co zastałam w tej szkole, przekraczało granice mojej wyobraźni.

Wybrałam numer szkoły.

− No, droga pani Ireno – odezwał się w telefonie głos dyrektora. – Wszyscy pani szukają! Już chcieliśmy zgłosić na policję pani zaginięcie.

Janecki starał się dowcipkować, ale bezbłędnie wyczułam jego niezadowolenie i sarkazm. Zbyt dobrze go znałam, żeby dać się zwieść.

− Hm… – zaczęłam niepewnie, ale postanowiłam nie dać się zbić z pantałyku, chociaż nadal wszystko się we mnie trzęsło i wciąż nie wiedziałam, co się dzieje z kobietą, którą potrąciłam. Wprawdzie w pewnym momencie do pokoju przesłuchań wparowała jakaś młoda dziewczyna (chyba sprzątaczka, bo choć miała na sobie szykowną bluzkę i świecące spodnie, to wymachiwała niebieską ścierką z mikrofibry) i rzuciła krótko, że tej głupiej Rutce nic się nie stało, tylko trochę jest poobijana, głupi to zawsze ma szczęście; wówczas jednak nie miałam pojęcia, że tamta miała na imię Ruta. – Otóż, dyrektorze – podjęłam po chwili – gdyby pan zadzwonił na komisariat policji, to właśnie tam by mnie pan znalazł – dodałam szybko na jednym oddechu. I zanim zdążył zareagować, choć oczami wyobraźni widziałam już grymas zaskoczenia wymieszanego z niepokojem, co zawsze wprawiało lewą powiekę Janeckiego w zabawne drganie, dodałam: − Miałam wypadek!

− No masz babo placek! Co się stało? Jest pani żywa? Cała? – Tym razem w jego głosie pobrzmiewała autentyczna troska.

Już zamierzałam mu odpowiedzieć, że oto ma osobliwą przyjemność komunikować się z osobą z zaświatów, ale się powstrzymałam. Jakoś nie było mi do śmiechu.

− Ja tak. Potrąciłam kobietę. Rano. − Po drugiej stronie zapadła cisza. Marzyłam o tym, żeby zakończyć tę rozmowę. Wzięłam głęboki oddech, bo naraz zachciało mi się płakać. Wciąż byłam w butach z połamanym obcasem. Nie wiedziałam, gdzie jest mój samochód, a na domiar złego miałam wrócić do pustego domu. − Proszę mi wybaczyć, ale niewiele wiem. Jestem bardzo zmęczona. Jutro będę w pracy zgodnie z planem – powiedziałam i już zamierzałam się rozłączyć, gdy stwierdziłam, że absolutnie n i e c h c ę jutro iść do pracy! Nie jestem w stanie! Dorzuciłam więc szybko: – Albo nie! Proszę o kilka dni urlopu… Jeśli można… Odpracuję, a jeśli nie, to może bezpłatny... Ale nie mogę przyjść do pracy. Proszę mi uwierzyć… – ściszyłam głos. Czułam, że jeszcze sekunda i nie będę w stanie powstrzymać płaczu, a wypłakiwania się dyrektorowi w słuchawkę wolałam uniknąć. Uchodziłam za osobę silną i opanowaną. Jeszcze tego brakowało, żeby ludzie zaczęli mówić, jaka to jestem nieszczęśliwa. To na pewno przez to, że zostałam porzucona, stałam się nieuważna i omal nie zabiłam człowieka.

− Ależ oczywiście, pani Ireno, w tej sytuacji… − Chyba powiedział coś jeszcze, ale już nie usłyszałam.

Nagle poczułam się bardzo samotna i bezradna. Nie mogłam nawet zadzwonić do Wiktora, chociaż przecież deklarował jasno, że jakby co, to mogę na niego liczyć, że wciąż przecież jesteśmy przyjaciółmi. Że on nie jest takim gburem jak choćby ten Zarębski, co to po rozwodzie wypiął się na całą rodzinę i nawet esemesa na święta nie przyśle, nie mówiąc o czymś więcej. Że przecież on jest c y w i l i z o w a n y człowiek i wie, że on i ja mamy wspólną przeszłość i dzieci, i może nie nazbyt szokujący, ale bądź co bądź wspólny majątek. Więc jak najbardziej mogę, a nawet powinnam dzwonić „w razie w”. Ale on akurat przeżywał odzyskaną młodość. Prowadzał się z jakąś stażystką z biura, pewnie jedną z tych, które szukają szczęścia u tatusiów, bo ktoś im naopowiadał bzdur, że tacy podtatusiali są najlepsi – czuli, z rozbuchanym testosteronem, doświadczeni – a jeśli jeszcze któryś choćby tylko na pierwszy rzut oka przypominał George’a Clooneya, to takie zupełnie szalały. Wprawdzie po pierwszym ataku andropauzy w postaci niekontrolowanej drażliwości, po ciągłym dopominaniu się o głas­kanie i dopieszczanie zachwianego ego prawie każdej odwidywał się tatuś, trzeba jednak czasu, by zarówno one, jak i oni przejrzeli na oczy i podkuliwszy ogony, wrócili do swych stałych ról. Zdarzały się oczywiście takie zatwardziałe, które za punkt honoru postawiły sobie odmłodzenie faceta. Nie wiedziałam, jak będzie z tą Wiktorową Natalią. Ilekroć do niego dzwoniłam albo dzwonił on, po ekspresowym naświetleniu powodu owego kontaktu wysłuchiwałam, że musi kończyć, bo Natalia to czy tamto, albo że nie może teraz rozmawiać, bo Natalia właśnie, albo że musi się nad czymś zastanowić, ale na razie nie ma czasu, bo Natalia... Miałam tego po dziurki w nosie. Ale nie traciłam nadziei. Przyjdzie koza do woza, myślałam. A wtedy mu pokażę.

Wiktor był klasycznym mizantropem. Nie lubił nikogo i ostatnimi czasy demonstracyjnie okazywał swoją niechęć wszystkim znajdującym się w jego zasięgu, a nienależącym do ścisłego grona rodziny. Zresztą z tego grona, poza naszymi córkami, tolerował jeszcze tylko mojego ojca, a to też nie zawsze. Trudno mi było uwierzyć w to, że zmienił się, gdy poznał Natalię. I doprawdy nie wiem, jak zza muru wszelkiej niechęci udało mu się ją wyhaczyć. Chociaż Bogiem a prawdą – to ona wyhaczyła jego.

Po drugiej stronie ulicy dojrzałam ławkę, nieco ukrytą wśród żywopłotu z ligustru. Musiałam odpocząć. Pomyśleć. Zebrać to wszystko w jakiś logiczny ciąg.

Usiadłam i zdjęłam buty. Prawy miał dziurę w miejscu obcasa. Aż dziw, że nie poczułam zimna od podłoża. Może dlatego, że styczeń tego roku był nad wyraz łagodny. Nawet ta cholerna mgła świadczyła o jego niezwykłości; zazwyczaj przecież takie poranne mgły pojawiały się jesienią. Chwyciłam mocno obcas drugiego buta, ale ani drgnął. Kilka razy uderzyłam butem o wystający krawężnik. Przechodzący obok mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, mamrocząc coś o kobiecych humorach. Już miałam poprosić go o pomoc, gdy nagle szpilka odpadła i skryła się w gęstej trawie. Włożyłam koślawe buty i postanowiłam wrócić do domu, gdy z wnętrza torby odezwał się sygnał telefonu. Spojrzałam na wyświetlacz. Jagoda! Rozkleiłam się na dobre, tak jakbym czekała tylko na ten sygnał.

− Jagoda... – beczałam w słuchawkę. – Przyjedź do mnie... proszę… przejechałam człowieka…

− Ira, co ty pieprzysz? Jesteś trzeźwa? Halo! Irena! Gdzie ty jesteś? – Moja przyjaciółka nie kryła zdumienia. Wyobraziłam sobie jej minę.

− Byłam na policji. A teraz siedzę na ławce. I nie mam butów... I samochodu też nie mam… − Moje zawodzenie przeszło w regularny płacz.

− Uspokój się i powiedz, gdzie mam przyjechać. – Jagoda przejęła dowodzenie. Była zdecydowana i trzeźwa.

− Na Kwiatową! Naprzeciw komisariatu.

− Siedź tam i czekaj! Już jadę!

Siedziałam i czekałam. Chociaż mieszkałam zaledwie kilkaset metrów dalej.

Wrzuciłam buty do kosza. Bolały mnie mięśnie łydek. Brzuchate, płaszczkowate i wszystkie inne o durnych nazwach. Stopy piekły niemiłosiernie, palce u nóg wołały o ciepłą kąpiel i subtelny masaż. W ogóle czułam się fatalnie. W głowie wyświetlały mi się obrazy jak z dnia ostatecznego, kiedy to człowiek przypomina sobie wszystko! Zobaczyłam siebie jako cudowne dziecko śpiewające Ave Maria (i nie wersję Schuberta, utrwaloną za sprawą wielkich operowych głosów, powtarzanych potem w tandetnych polifonicznych dzwonkach telefonów, ale tę mniej znaną – Gounoda, przy której wszyscy rozdziawiali w zdumieniu usta i wzdychali ciężko). Potem, ni stąd, ni zowąd, ujrzałam kadr z mojego ślubu, kiedy to o mały włos, będąc pod wpływem bezgranicznego zauroczenia Wiktorem, przy podawaniu mu obrączki nie pocałowałam go w rękę. I kolejny urywek kluczowego momentu w moim życiu – pierwszy poród; świat się zatrzymał, kiedy lepkie ciało Gabrysi przylgnęło do mnie ufnie, kwiląc jak mikry kociak.

***

Jagoda nadjechała błyskawicznie. Zaparkowała – swoim zwyczajem ignorując wszelkie zakazy i nakazy − tuż przy krawężniku, jednym kołem na jezdni, drugim na chodniku, a w zasadzie na wąskim pasie zieleni upstrzonym psimi odchodami. Wsiadłam do samochodu, moszcząc się nieporadnie na przednim siedzeniu. Zmęczona i zgnębiona do bólu. Przelotnie zobaczyłam we wstecznym lusterku godny pożałowania obraz – wory pod oczami, zmarszczki na czole. Czempion mopsich wybiegów mógłby mi pozazdrościć.

Drogę do domu pokonałam w sposób absolutnie meta­fizyczny. W głowie miałam totalną pustkę, wszystkie myśli w jakiś dziwny sposób się ulotniły. Kornelia, która od maleńkości miała predyspozycje do nadmiernego filozofowania – notabene skończyła na filozofii – przekonywała mnie, że człowiek nie może nie myśleć, bo nawet gdy pozornie nie myśli, to myśli o tym, że nie myśli, więc myśli. Miałam powyżej dziurek w nosie jej mędrkowania. A fakt był niezaprzeczalny. Nie myślałam, moja głowa była ciężka od nadmiaru powietrza, które pewnie wtłoczyło się do niej wszelkimi możliwymi otworami i spowodowało, że z ledwością trzymała się na moim karku.

− Ira, co ty znowu wymodziłaś? – spytała Jagoda, parkując pod moim domem. Silnik ucichł. Wytoczyłam się z auta i ruszyłam w kierunku klatki. − Czy ty mnie w ogóle słuchasz?!

Na śmierć o niej zapomniałam. Jakbym to nie ja kilka minut wcześniej skamlała do telefonu, żeby po mnie przyjechała! Szłam na pamięć, pokonując schodek za schodkiem. Otworzyłam drzwi. Weszłam do mieszkania. Powiesiłam klucz na mosiężnym wieszaku, topornym i zdobnym w tandetny barokowy motyw. Wiktor zakupił go kiedyś na starociach i pełen dziecięcego entuzjazmu, zamocował tuż obok kryształowego lustra oprawionego w nowoczesną ramę z kolorowego drewna, ręcznie wycinanego, malowanego i klejonego niczym misterne puzzle. Lustro Wiktor kupił równie spontanicznie w jakiejś designerskiej galerii w Szczecinie. Mogło zadać szyku niejednemu wnętrzu – przemyślanemu i wystylizowanemu, ale w naszym domu dopełniało pewnego eklektyzmu, który nieraz wymykał się kanonom estetyki.

− Irena! – Złowróżbny głos Jagody wreszcie dotarł do mnie z całą mocą. – Do jasnej cholery! Myślisz, że nie mam nic innego do roboty, jak wozić twój tyłek?! Zostawiłam wszystko i poleciałam do ciebie, a ty nie raczysz mnie zauważyć! Heloł! To ja!

Była wściekła – i to chyba nie był jeden z jej spektakli. Kiedy w końcu się opamiętałam, zobaczyłam w jej oczach iskry. Dopiero teraz zwróciłam uwagę na to, że ma na sobie sweter, długie wełniane getry i kapcie, co niezbicie dowodziło, że od razu po moim telefonie wsiadła do samochodu i przyjechała po mnie. W związku z tym należy się jej bodaj namiastka uwagi. Zamiast jednak powiedzieć cokolwiek na swoje usprawiedliwienie, klapnęłam ciężko na tapczan, skryłam twarz w dłoniach i kolejny raz w tym dniu się rozpłakałam. Nie miałam zielonego pojęcia, skąd we mnie tyle łez.

− O kant dupy to wszystko rozbić... – szlochałam. – Nic mi w życiu nie wychodzi. Nic dziwnego, że jestem sama jak palec, bo czegokolwiek się dotknę, to się… w…

Musiałam wystraszyć Jagodę tym moim napadem płaczu, bo natychmiast przygarnęła mnie do siebie i zmierzwiła mi włosy.

− Przestań. No już... Uspokój się. Opowiedz po kolei, co się stało − mówiła jak do dziecka, ściszając głos.

Rękawem, mało elegancko, wytarłam nos i wyprostowałam się. Potem postanowiłam opowiedzieć przyjaciółce wszystko, co mi się dzisiaj przytrafiło.

− Mówiłam ci już. Przejechałam kobietę. Nie wiem, czy żyje.

− Gdzie to było? Wyskoczyła ci? Nie widziałaś jej?

Przymknęłam oczy. Wydawało mi się, że znów słyszę ten tępy odgłos i widzę, jak przed szybą przelatuje kolorowa kukła. Świadomość, że zrobiłam coś strasznego, nieodwracalnego, zupełnie mnie paraliżowała. Gdzieś w odległych zakamarkach umysłu kołatała się myśl, że to jakiś potworny sen, a tuż za nią jawiło się niedościgłe pragnienie, żeby cofnąć czas. Choćby tylko do dzisiejszego ranka. Już nawet nie marzyłam, by wrócić do młodości czy do czasu, kiedy byliśmy z Wiktorem tak bardzo szczęśliwi, ale do dzisiejszego poranka! Żeby tylko uniknąć tego feralnego zdarzenia, które właśnie wywracało moje życie do góry nogami.

Jagoda, którą znałam od zawsze i o co jak o co, ale o szczególną rozwagę i opanowanie nie mogłam jej podejrzewać, była rzeczowa i śmiertelnie poważna.

− Na policji nic ci nie powiedzieli? Co z nią? Kto to?

− Nic a nic – burknęłam przez łzy. – Przesłuchali mnie, wypytali o szczegóły. Podali mi alkomat… Siedziałam tam chyba milion godzin!

− Spokojnie, Irena! Na pewno nie jest aż tak tragicznie. Pomyśl! Gdybyś ją zabiła, to nie sądzę, żeby tak od razu cię wypuścili. Pewnie musiałabyś zrobić jakieś badania, musiałby być jakiś prokurator... – Jagoda rozłożyła ramiona i pokręciła głową. – Ludzi nie zabija się tak łatwo… − Rzeczywiście brzmiało to rozsądnie, ale nie zmieniało faktu, że obraz tej kobiety – jej oczy, pełne naiwnego zdziwienia, a potem przerażająca bladość twarzy i biel twardówki niknącej pod powiekami – wciąż tkwił w mojej głowie. Jagoda rzuciła kluczyki na komodę, przeczesała włosy, jakby chciała nadać swojemu wyglądowi charakter pewnego uporządkowania, i dodała: − Siedź! Przyniosę ci coś do picia.

Nie zdążyłam zareagować, ale odgadła moje myśli. Czułam suchość w gardle. Z kuchni dobiegł mnie odgłos otwieranej lodówki i stukot przesuwanych szklanek. Po chwili przyjaciółka znów była przy mnie.

− Mów dalej! – zakomenderowała, stawiając przede mną wielki pokal wypełniony po brzegi sokiem z czarnej porzeczki. Upiłam łyk. Wzdrygnęłam się. − Dolałam trochę wódki, to cię uspokoi. – Jagoda mrugnęła porozumiewawczo. Nadal uważnie się we mnie wpatrując, czekała, czy jej lekarstwo zaczyna działać. Usiłując uporządkować tok mojej wypowiedzi, zaczęłam:

− Niewiele pamiętam... – Upiłam spory łyk. – Tylko tę cholerną mgłę! Śpiewałam sobie, bo jakoś tak fajnie mi się wstało. I niemal pierwszy raz od czasu, gdy on się wyprowadził, nie pomyślałam o sobie jak o totalnej nieudacznicy. Wreszcie udało mi się wyrugować z mojej świadomości poczucie życiowej klęski. Obiecałam sobie nawet, że po pracy pójdę do Aladyna i rozejrzę się za jakimiś fajnymi wczasami. – Czułam, że trochę zaszumiało mi w głowie, ale jednocześnie coraz łatwiej dobierałam słowa. Powoli ustępowała sztywność karku. Wsunęłam się głębiej w siedzisko kanapy i pociągnęłam duży haust drinka. Ostry smak czarnej porzeczki podrażnił mi gardło. − Ona wyłoniła się z mgły! To był moment! Rozumiesz?! Gdy po gwałtownym hamowaniu wypadłam z samochodu, to ona… ona… siedziała na środku jezdni. Przez chwilę nasze oczy się spotkały, a potem nagle ona straciła przytomność. Rozumiesz?! Pac! I upadła! Bez żadnego jęku, bez słowa! Ot, runęła jak kłoda! – Zasłoniłam twarz, jakbym mogła się w ten sposób ustrzec przed tamtym widokiem. Jagoda słuchała uważnie, starała się nie wtrącać, tylko skinieniem głowy delikatnie mnie ponaglała. – Przyjechała karetka… Ratowali ją… Była bezwładna jak szmaciana lalka… A potem odjechali na sygnale…

Schowałam twarz w dłoniach. Walczyłam ze sobą, by ponownie się nie rozryczeć.

− Boże, gdybym mogła cofnąć czas! – w końcu zwerbalizowałam swoje pragnienie. – Nawet nie wiem, kim ona jest. − Spojrzałam na wyświetlacz telefonu, w którym migała fioletowa dioda. Wzięłam go do ręki, jakbym mogła znaleźć w nim rozwiązanie mojego problemu. − Ktoś na komisariacie mówił coś o jakiejś Rucie…

− Ruta… Ruta… Co to w ogóle za imię? – rzuciła Jagoda. – Ruta? Czy to czasem nie będzie ta z lasu?

− Nie wiem. Nic już nie wiem – powiedziałam zrezygnowana.

Jagoda zerknęła na zegar i nagle się poderwała.

− Cholera jasna! Miałam iść z Kaśką do dentysty! Muszę lecieć! − Cmoknęła mnie w czoło i dodała: − Połóż się. Jesteś zmęczona. Jutro na pewno dowiesz się więcej.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI

Prolog

CZĘŚĆ I

1. Dziewczyna z mgły

2. Przesłuchanie

3. Noc jak zwykle bezsenna

4. Sala numer 7

CZĘŚĆ II

1. Ludzie z tamtych lat

2. Zły czas

3. Stara Wikta z lasu

CZĘŚĆ III

1. Nieznośne poczucie bytu

2. Kamienie mają moc

3. Opowieść Estery

CZĘŚĆ IV

1. Spotkanie

2. Niespodziewany gość

3. Odszczepieniec

4. A jednak życie

Epilog