Świat Obi-Boków. Kraina Obi-Boków - Mariusz Niemycki - ebook

Świat Obi-Boków. Kraina Obi-Boków ebook

Mariusz Niemycki

5,0

Opis

Pierwszy tom rewelacyjnego cyklu powieści. Opowiada o przyjaźni i zdradzie, o strachach i odwadze zmierzenia się z nimi, którą przecież każdy tak naprawdę w sobie ma. To także podróż, w której kolejne niesamowite i zabawne przygody pozwalają odkryć, że choć umiejętność rozwiązywania zagadek i odrobina magii bywają bardzo przydatne, to jednak nic nie zastąpi serca i przyjaźni. I niezależnie, jak obcy wydawałoby się świat i jego mieszkańcy, nigdy nie jesteśmy w nim zupełnie sami. To opowieść pozbawiona naiwnych i łatwych rozwiązań, zachęcająca do poszukiwania prawdy, ale i pokazująca, jak wspaniałą rzeczą może być wyobraźnia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 158

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0

Popularność




   © Copyright by Mariusz Niemycki         Edycja © Copyright by Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski, Kraków 2004, 2007
Wydanie elektroniczne 2014
Zespół redakcyjno-korektorsk / Skład:
Wydawnictwo Skrzat
Ilustracje: Kazimierz Wasilewski
ISBN 978-83-7915-162-2
Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski 31-­202 Kraków, ul. Prądnicka 77 tel. (12) 414 28 [email protected]
Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

Rozdział I

Dovertis

Kuba obudził się z trudem. Jak zwykle zresztą. Chwilę przeciągał się i ziewał, leniwie rozglądając się dookoła. Właściwie nie było do czego się śpieszyć, w końcu to niedziela. Ale zaraz pewnie przyjdzie mama i zacznie bezlitośnie wyciągać go z łóżka. Leżał więc i czekał na raniące uszy szuranie zasłon i zwyczajowy wykład o zaletach wczesnego wstawania. Po długich jak wieczność minutach, które z uporem maniaka odmierzał stary zegar wiszący na ścianie naprzeciw łóżka, cierpliwość chłopca uległa wyczerpaniu.

„Co jest grane?” – pomyślał sobie najpierw, a potem, ryzykując wysłuchaniem kazania o tym, że nie powinien przeklinać, zawołał całkiem głośno:

– Co jest, do licha?!

Niestety, nawet echo nie pofatygowało się z odpowiedzią. A to już wzbudziło jego podejrzenia. Wstał, chociaż trafniejszym określeniem byłoby: zwlókł się z tapczanu, włożył papucie i ostrożnie ruszył na obchód mieszkania.

Zaczął od kuchni, bo tam zazwyczaj siedział ktoś z domowników.

Tym razem, tak jak się obawiał, pomieszczenie świeciło pustkami. Chyba żeby liczyć szczura Dominika, którego Kuba hodował zawzięcie od roku. Dostał go, wraz z terrarium, na siódme urodziny od stryjka Huberta.

– To nie jest zwykły szczur – powiedział wtedy mężczyzna, uśmiechając się tajemniczo.

– Dlaczego? – zainteresował się Kuba i zerknął ciekawie na zwierzę. Odpowiedziało mu identycznym spojrzeniem.

– Sam się może kiedyś przekonasz. A może i nie… – stwierdził niejasno Hubert i dodał po namyśle: – Ma na imię Dovertis.

– Do… co? – Chłopiec nie zrozumiał egzotycznie brzmiącego słowa.

– Dovertis – powtórzył stryjek i popatrzył dziwnie na bratanka.

– A mogę go nazwać na przykład Dominik czy jakoś tak? – poprosił Kuba, przyglądając się myszkującemu po terrarium zwierzakowi.

Świeżo upieczony domownik, jakby przeczuwając, że o nim mowa, przerwał na chwilę szczurze zajęcie i popatrzył z wyraźną niechęcią na chłopca. Hubert chyba podzielał jego opinię na temat zmiany imienia, bo machnął ręką z rezygnacją.

– Jak chcesz, ale jeszcze cię zadziwi – stwierdził i zakończył rozmowę.

– Ależ stryjku – westchnął Kuba – może mi powiesz, jak mam z nim… – Nie dane mu było jednak dopowiedzieć, bo Hubert bez słowa odwrócił się i wyszedł do pokoju rodziców.

Zachowywał się dość typowo jak na dorosłego, który miewa niewiele do czynienia z dziećmi. Swoją drogą, ten brat taty to najciekawsza postać w rodzinie. Ciągle podróżował, zwłaszcza okrętem, i zwiedził pewnie cały świat. Był przy tym niezbyt rozmowny i często nieobecny duchem. Nawet kiedyś tato sam stwierdził:

– Ten nasz Hubert ma chyba konszachty z diabłem.

– Co ty mówisz? – zainteresowała się mama. – Hubert z diabłem?!

– Noo, z diabłem… morskim – wykrztusił tata i zmienił temat. – A co z kolacją?

Kuba dobrze zapamiętał sobie uwagę taty i odtąd z jeszcze większą fascynacją rozmyślał o swoim stryju. „Może jest czarownikiem albo królem zaklętym w Huberta…?” Zwierzył się kiedyś ze swoich podejrzeń starszej siostrze Agnieszce, ale ta, jak zawsze zresztą, wyśmiała go, mówiąc:

– Ależ z ciebie głuptas, braciszku, wierzysz w takie rzeczy? Masz naprawdę zbyt wybujałą wyobraźnię, niedorajdo.

Agnieszka była dużo starsza od Kuby i, jak twierdziła, o wiele mądrzejsza.

„Wybujałą wyobraźnię, tak? Niedorajdo, phi!” – pomyślał chłopiec i popatrzył na gryzonia.

– No i gdzie oni wszyscy są, szczurku? Rozpłynęli się czy jak?

Dominik niewzruszenie gryzł suchą skórkę chleba, którą Kuba wrzucił mu jeszcze wczoraj wieczorem, i ani myślał odpowiadać.

– Ogłuchłeś?! – zdenerwował się chłopiec, chociaż dobrze wiedział, że ten się nie odezwie.

Szczur łypnął na niego spod oka, poruszył wąsami, jakby chciał coś powiedzieć, i po chwili wrócił do śniadania. Kuba obszedł wszystkie pokoje, zajrzał do szafy, a nawet, co już było zupełnie niezrozumiałe, pod dywan.

„Czary czy co? Przecież mamy niedzielę!” – Zaniepokoił się na dobre. Wrócił do kuchni.

– Ty coś wiesz, jak ci tam, DOVERTIS! – wrzasnął w kierunku szczura.

Ten przestał przeżuwać i powiedział ze stanowczością w głosie:

– Smok.

Kubę zamurowało:

– Cooo…?

– Smok – powtórzył spokojnie Dominik i zabrał się za dorodne jabłko.

– Ty… ty najwyraźniej… ty mówisz?! – zaniepokoił się chłopiec.

– Yhy – mruknął gryzoń i oblizał wąsy.

– Ale przecież szczury nie mówią!

– E tam.

– A może to wszystko mi się śni? Tak, to na pewno sen, zaraz się obudzę i…

– Nie, to smok – powtórzył cierpliwie Dominik i dodał niejasno: – Zielony.

– Zielony smok? – Kuba podświadomie wcale nie wierzył, że uczestniczy w tej rozmowie. Pomimo „wybujałej wyobraźni” nie mieściło mu się to w głowie.

– Właśnie, całkiem głupi – potwierdził szczur, czym udało mu się rozjuszyć chłopaka, który z poczerwieniałą twarzą wybuchnął:

– Kto jest niby głupi, co?

– Smok jest głupi – oświadczył spokojnie Dominik. – Zielony, chyba najgorszy.

Kuba wypuścił z płuc powietrze, poskubał w zamyśleniu ucho, potarł czoło i w końcu zapytał zaintrygowany:

– Mam cię już tyle czasu i do tej pory się nie odezwałeś?

– Dovertis – przerwał mu spokojnie szczur.

– Co „Dovertis”? – nie zrozumiał chłopiec.

– Moje imię to zaklęcie. – Uśmiechnął się tamten, szczerze sobą zachwycony.

Kuba jeszcze raz, dla pewności, rozejrzał się po kuchni. Miał cichą nadzieję, że za chwilę ktoś wejdzie i przerwie tę żywcem ze snu wyjętą rozmowę. Nic takiego jednak nie nastąpiło, więc zapytał zrezygnowanym głosem:

– To znaczy, że Dominik nie…?

– Dominik? – prychnął pogardliwie Dovertis. – Dominik nie!

„No tak, Hubert!” – olśniło chłopca ni stąd ni zowąd. – „On musi mieć z tym coś wspólnego. Ten jego szczur i w ogóle… »Jeszcze cię zadziwi«” – zabrzmiało mu w głowie.

– A to mnie zaskoczyłeś, Dominiku, chciałem powiedzieć… Dovertisie.

– Właśnie – sapnął wyraźnie zadowolony szczur. Kuba mógłby nawet przysiąc, że mrugnął porozumiewawczo okiem. W każdym razie na pewno dodał: – Pod łóżkiem.

– Mam sprawdzić pod łóżkiem? – upewnił się chłopiec.

– No, no! Jesteś pojętny, prawie jak ja.

Kuba wyciągnął go z terrarium, wsadził do kieszeni piżamy i ruszył do swojego pokoju. Bez namysłu rzucił się pod łóżko i za chwilę wyskoczył stamtąd jak oparzony.

– Ciemno! – jęknął, ocierając twarz z kłębków kurzu. – Nic nie widać!

– Latarka – przypomniał szczur i oblizał pyszczek.

– No tak, latarka! – ucieszył się chłopiec. – Jesteś genialny.

– Ja myślę – mruknął dwuznacznie Dovertis i błysnął paciorkowatymi oczkami.

Kuba w pośpiechu przetrząsał szuflady w poszukiwaniu latarki. Szczur usiadł obok.

– Jest! – oświadczył tryumfalnie chłopiec i wczołgał się ponownie pod łóżko. Oświetlał dokładnie każdy zakamarek. „To ci dopiero, ile tu skarbów” – pomyślał. – „Zgubiona skarpetka, ołówek Agnieszki, dwie karty z Pokemonami i nawet prawie dobra guma do żucia…”

– Masz to? – dobiegł go przytłumiony głos Dovertisa.

– Y-y – zaprzeczył niezbyt zrozumiale z powodu ponownego przeżuwania zapomnianej gumy.

– Szukaj dalej – ponaglił gryzoń.

– Chwileczkę! – Światło latarki padło na połyskujący przedmiot. – Coś tu mam.

– Dawaj! – sapnął podniecony szczur.

– O rety… – Kuba ostrożnie wygramolił się spod łóżka. – Popatrz, to jakby zielona łuska.

– Mówiłem – westchnął. – Zielone są najgorsze.

– I co teraz? – spytał chłopiec, nie umiejąc się odnaleźć w nowej rzeczywistości.

– Hubert – oznajmił szczur i wyskoczył z pokoju.

Zdezorientowany Kuba popatrzył za nim tęsknym wzrokiem i westchnął:

– A to dopiero zabawa.

Przebrał się tak szybko, jak nigdy dotąd, mimo że przecież nikt go nie ponaglał. Wyszedł na ulicę i rozejrzał się za Dovertisem. Ten jednak zniknął bez śladu.

– No tak, mogłem się tego spodziewać… – Pożegnał wzrokiem rodzinny dom i ruszył na poszukiwanie stryja Huberta. W kieszeni bezpiecznie spoczywała mieniąca się jak drogocenny klejnot smocza łuska.