Świat Obi-Boków. Bohater Obi-Boków - Mariusz Niemycki - ebook

Świat Obi-Boków. Bohater Obi-Boków ebook

Mariusz Niemycki

5,0

Opis

Trzeci i ostatni tom rewelacyjnego cyklu powieści o szalonych eskapadach kilkorga przyjaciół po światach ogrów, gnomów, czarodziei, a nawet międzyplanetarnych rozbitków...                                    

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 279

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0



   © Copyright by Mariusz Niemycki         Edycja © Copyright by Księgarnia Wydawnictwo Skrzat Stanisław Porębski, Kraków 2004, 2007
Wydanie elektroniczne 2014
Zespół redakcyjno-korektorsk / Skład:
Wydawnictwo Skrzat
Ilustracje: Kazimierz Wasilewski
ISBN 978-83-7915-164-6

Rozdział 1.

Atak ogłupiaczy

Lekcja była wyjątkowo nudna. Obliczanie wysokości drzewa na podstawie długości rzu­ca­ne­go przez nie cienia nie mogło go w ża­den sposób zafascynować. Trójka z matematyki ciągnęła się za nim jak asfalt za po­de­szwą w upalny dzień. W pierw­szej gim­na­zjal­nej nie czuł się ani o włos mądrzejszy niż na finiszu pod­sta­wów­ki.

— Czy ktoś już zmierzył swoje drzewo?

Pytanie nauczycielki pozostało bez odpowiedzi.

Kuba skurczył się w ławce, usiłując zniknąć matematyczce z oczu. Daremnie. Łagodne spojrzenie orzechowych oczu pani Ro­ma­nek omiotło zapełnione drucianymi wielościanami regały, ześ­liznęło się na ostatnie ławki i ostatecznie spoczęło na falującej czu­pry­nie Kuby.

— Michalski?

Serce Kuby zatrzepotało. Upuścił długopis i natychmiast za nim zanurkował. Dlaczego ta kobieta tak się uwzięła?

— Jakubie Michalski, wyjdź spod ławki i odpowiedz mi, z łaski swojej, na pytanie.

— Jakie pytanie? — zdziwił się głośno, zerkając na nią z nie­po­ko­jem. Podniósł się jednak i stanął obok krzesła. — Ośmielam się za­uwa­żyć, że o nic mnie pani nie pytała. Jakże więc…

Orzechowe spojrzenie stwardniało. Pani Romanek wydęła war­gi i otworzyła dziennik na stronie uwag. Pomedytowała chwilę, ale zmieniła decyzję. Cofnęła się o kilka kartek.

— Mam tu rubryczkę pod tytułem „aktywność” — po­wie­dzia­ła. — Ocenić twoją aktywność, kochasiu?

— Ach, chodzi o obliczenia?! — popatrzył rozpaczliwie na An­drzej­ka. — „Ratuj…” — wysyczał kącikiem ust. — Juuuż podaję. Drze­wo ma… yyy… ma ze trzy metry, tak?

Klasa zarechotała, wzbudzając pedagogiczny niepokój ma­te­ma­tycz­ki.

— Jak to „ze trzy metry”? Dokładniej proszę.

Kuba szturchnął kolegę łokciem i zamrugał porozumiewawczo. Andrzejek wytrzeszczył na niego oczy, zrozumiał jednak szybko grozę sytuacji i zaczął gryzmolić na ostatniej kartce koślawy trój­kąt.

— Dokładniej, to będzie, już pani mówię — Kuba grał na zwło­kę. „Co ten pacan mi tu rysuje?” — Trzy metry, dwadzieścia dwa cen­ty­me­try, proszę pani. Dokładniej się nie da.

Pomacał koszulkę. Niestety, cudowny słonik został w łazience. Nici ze wzbudzania szacunku w przeciwniku.

Nauczycielka nie była pewna, czy uczeń w ogóle wie, o czym mówi. Zaczęła drążyć temat.

— Trzy dwadzieścia dwa, powiadasz…

Te słowa dodały chłopcu otuchy. Przedwcześnie. Rumiane na co dzień lico Romankowej przybladło nieco, za to oczy nabrały go­rącz­ko­we­go blasku, właściwego osobom usiłującym za wszelką cenę odbudować nadwątlony autorytet. Zgrzytnęła zębami.

— A jak to obliczyłeś, gołąbeczku, hę? — wieczne pióro w jej pal­cach wygięło się niebezpiecznie. Wlepiła źrenice w ocie­ka­ją­ce­go potem delikwenta.

— Synusiem? — zapytał Kuba.

— Co proszę? — zwiastun triumfu pojawił się w kącikach ust na­uczy­ciel­ki. — Jakim synusiem, kotku, co ty mi tu opowiadasz? Może sinusem?

Zbity z tropu chłopak skwapliwie pokiwał głową.

Właściwe każdej lekcji klasowe szmery, chrząkania i pogaduchy ucichły w oczekiwaniu nadchodzącej awantury. Palce pani Ro­ma­nek zsiniały niemal, usiłując przezwyciężyć opór markowego par­ke­ra.

— Nie mieliśmy jeszcze o sinusach! — krzyknęła.

— No to może kosyminusem albo tangiem? — nie był za bar­dzo pewien tych dziwacznych, obco brzmiących nazw do­bie­ga­ją­cych nieraz z pokoju Agnieszki.

Parker poddał się ostatecznie. Granatowy atrament wyprysnął ze złamanej obsadki wprost na nowiutką beżową bluzkę. Trudno zmywalne kropelki upstrzyły wspaniałymi piegami zaskoczoną twarz matematyczki. Romankowa patrzyła niedowierzająco na umazane dłonie, na powstrzymującego śmiech Kubę i na fan­ta­zyj­ne plamy szpecące jedwab drogiego stroju. Potrząsnęła głową, jak­by usiłowała obudzić się z jakiegoś koszmaru. W końcu wysapała:

— Poczekaj no… Michalski — wyszarpnęła z torebki zwiniętą chust­kę do nosa i wybiegła z klasy.

— Brawo! — zawołał z entuzjazmem Andrzejek. — Urwie się z piętnaście minut jak nic. Ty to jesteś, bracie, gość.

— Urwie mi łeb, kolego. Do widzenia! — Kuba wrzucił zeszyt i długopis do plecaka i zgrzytnął suwakiem. — Idę do domu.

Kilka dziewcząt popatrzyło na niego z zainteresowaniem. Sie­dzą­ca za nim wysoka blondynka szturchnęła go w plecy i zapytała nie­śmia­ło:

— Nie mamy jeszcze gospodarza klasy, może byś…

— Nic z tego, Paulina. Znajdźcie innego frajera. Pa! — klepnął zdez­o­rien­to­wa­ne­go Andrzejka. — Spadam, stary, będzie afera jak nic. Jak by co, zasłabłem i wyszedłem do pielęgniarki.

Kolega chwycił go za wystający zza paska skraj koszulki.

— Zaczekaj, idę z tobą.

— Nie radzę. Jakoś się wytłumaczę, przecież nie zrobiłem nic złe­go, prawda? A zasłabnąć każdy może. Zostań, Andrzej, opo­wiesz mi wieczorem, co było dalej — mrugnął do niego już spod drzwi.

Pomyślał o Baśce. Szkoda, że są teraz w różnych szkołach.

Wychodząc, Kuba czuł niepokój. I to bynajmniej nie związany z tą kłopotliwą sytuacją sprzed pięciu minut.

Na śmierdzącym pastą do podłóg korytarzu zobaczył upapraną atramentem chusteczkę pani Romanek.

— Ja to jestem gość… — westchnął. — Zawsze muszę się w coś wplą­tać. To już chyba tradycja, psiakość!

Dobiegły go wzburzone głosy. Głęboki bas dyrektora roz­po­znał­by nawet w piekle. Najwyższy czas się stąd wynosić.

Przed mniej więcej dwoma tygodniami któryś ze starszych ogrów odgryzł się Soli, że i tak sama poprosi o zamążpójście. Grzmot­nę­ła go wtedy pięścią w ucho, a może i ugryzła, kto to te­raz dokładnie pamięta. Kilkanaście dni temu widywała się w ma­rze­niach u boku człowieka.

Tak, tak, nauczyła się tej skomplikowanej nazwy po kil­ka­krot­nym powtórzeniu: czło-wiek, a nie ludź, jak to do tej pory miała w zwy­cza­ju mówić. I tęskniła, o tak. Zwierzyła się nawet kiedyś ze swo­ich tęsknot bratu.

— Przecież on nie jest z naszego plemienia, siostruniu — po­in­for­mo­wał ją Boki, jakby sama tego już dawno nie zauważyła.

— I co z tego — zmierzyła go ciężkim spojrzeniem spod po­ma­lo­wa­nych zieloną farbą rzęs. — Jest prawie ładny.

— Chudy ogólnie. Na moje oko za chudy.

— Może i chudy, ale mocny.

— Chyba w gadaniu — określił dawno niewidzianego przy­ja­cie­la młody ogr i zakończył rozmowę, wchodząc do chaty.

— Chiba w godaniu — rzuciła za nim złośliwie. — Znalazł się mą­dra­la.

Pozostała na zewnątrz, przyglądając się z niechęcią rozbuchanej ostatnimi czasy przyrodzie. Gadający mech rozrósł się niebywale. Ogromne soczyste kępy paplały od rana do wieczora, opo­wia­da­jąc mniej lub bardziej prawdopodobne historie każdemu, kto tyl­ko miał ochotę słuchać.

Wesołe gromady pseudogrzybków fruwały w powietrzu, do­ka­zy­wa­ły wśród gałęzi jagodowych drzewek i turlały się po gładkich powierzchniach brunatnych głazów. Było między nimi mnóstwo młodych, niewyrośniętych jeszcze osobników. Te zdawały się być szczególnie rozchichotane i beztroskie.

Dla ogrów zapanowały tłuste lata, toteż wielu kosmatych sma­ko­szy znacząco przybrało na wadze, budząc podziw wolniej ty­ją­cych pobratymców. Wszak ogromna tusza stanowi o urodzie ogra — im który grubszy, tym piękniejszy.

Umalowana barwnikami w różnych kolorach twarz potężnej ogrzycy wyrażała bezgraniczny smutek. W wyobraźni roz­pa­mię­ty­wa­ła chwile spędzone w towarzystwie Kuby. Jakby rzeczywiście było co rozpamiętywać. A czas płynął nieubłaganie.

Zbliżały się wypluwki, święto nadawania imion jeszcze bez­i­mien­nym dzieciom. W tym roku kandydatów było aż siedmioro. Starszy i młod­szy syn Wujka Soo, jedynak Ciotki Lulu, bliźniaki Taty Too i dwie roz­ka­pry­szo­ne dziewczynki z rodzin ogrów Zza Dziwnego Pa­gór­ka, mał­żeństw Nene i Muu. Tak licznej gromadki nie było od daw­na.

Sola akurat spacerowała przed obiadem, chcąc w ten sposób za­ostrzyć marny ostatnio apetyt, gdy zobaczyła TO. Porastało ska­ły w miejscach wolnych od mchu. Podbiegła zaintrygowana, rozbryz­gując bosymi stopami ciepłą wodę płytkich kałuż, po­wsta­łych pod­czas wczorajszej ulewy. Rosnący w sąsiedztwie mech przyjął do­dat­ko­wą porcję wody z wyraźną wdzięcznością.

„Jakaś ty miła…” — wyszeptał.

Nadchodziło południe. Oba Różowe Słońca świeciły wysoko, rumieniąc niespiesznie płynące strzępiaste obłoczki.

TO okazało się kolonią bladych, wczepionych w skałę grzybów. Miały pojedyncze, mięsiste, krótkie nogi i wielkie, blaszkowate kapelusze. Naliczyła ich ze trzydzieści. Wszystkie bla­do­nie­bie­skie, upstrzone żółtymi cętkami. Wyglądały apetycznie, chociaż trochę niepokojąco. Ale przecież każda nowość jednocześnie fascynuje i nie­po­koi.

— I co my tu mamy? — zapytała Sola samą siebie, po czym na­tych­miast sobie odpowiedziała. — Ano, mamy jakieś nowe coś.

Nie byłaby ogrzycą, gdyby przeszła nad czymś tak za­gad­ko­wym do porządku dziennego. Ślizgając się na cieknącym z grzybów nie­bie­ska­wym śluzie, podeszła do skały i ostrożnie ułamała kawałek aromatycznego kapelusza. Drobiny grzybowego miąższu po­sy­pa­ły się na skały.

Grzyb pachniał ni to migdałami, ni pieprzem. Oczywiście Sola na własny użytek nazwała te zapachy inaczej.

— Jakby świeżo złamana jagódkowa gałązka. Hmm, z do­dat­kiem piasku… Czy mam cię, grzybku, zjeść? — nie doczekawszy się od­po­wie­dzi, włożyła kęs do ust, przeżuła i uśmiechnęła się, mile za­sko­czo­na. — Pychotka! — otrzepała dłonie z bladoniebieskich okrusz­ków. Część z nich przykleiła się do mokrych, śluzowych plam. Z drobin natychmiast ukształtowały się nowe grzyby, które zaczęły gwałtownie rosnąć, by po kilku chwilach pokryć grzy­bo­wym gąsz­czem spory fragment skały.

— By­stre grzyb­ki, no, no! — pochwaliła ogromna ogrzyca, od­zy­sku­jąc dawno utra­co­ny humor. — Ten obrzydliwy ludź lepiej niech się tu nigdy wię­cej nie pokazuje! Mam go w nosie — do­tknę­ła pal­cem bul­wia­ste­go nochala. — Malutki, Sola już cię nie po­trze­bu­je… o, nie! Gdzie jest mój ukochany Noki? Nokusiu, Solcia cię woła! Oddam ci mą tłu­stą urodę, hop, hop, pokaż się! — pa­lu­cha­mi roz­cze­sa­ła kudły, uśmiech­nę­ła się chytrze i pobiegła w stronę wio­ski, potykając się o kamienie.

Ukryty w rozrośniętej kępie mchu osobnik wyszczerzył zęby w jadowitym uśmiechu. Przynęta dzia­ła­ła znakomicie. Ogłu­pia­cze w krótkim czasie robiły swoje. I jak się roz­mna­ża­ły, ha!

Pomysł był genialny, a Gula uwielbiał mieć genialne pomysły. Wiedźma pochwaliła jego plany i obiecała nieco swobody, jeśli re­zul­ta­ty okażą się zadowalające. Wiedział, że będą bardziej niż za­do­wa­la­ją­ce. Będą rewelacyjne.

„A swobodami możesz kazać się wypchać, piękna Pani” — po­my­ślał, doskonale zdając sobie sprawę, że dopóki ma swój pier­ścień, dopóty jego marzenia mają szansę się spełnić.

Potarł magiczny krążek o materiał spodni, potem chuchnął, z za­do­wo­le­niem obserwując mgiełkę oddechu na gładkim metalu. Westchnął ciężko, gdyż uświadomił sobie nagle, że musi do NIEJ wrócić. Jeszcze nie pora na rewolucję. Zresztą czuł nieustannie tę niewidzialną smycz. Kiedyś się jej pozbędzie, ale jeszcze nie wie­dział jak. Wyszeptał zaklęcie.

Wbiegła do chaty, za­trza­sku­jąc z hukiem masywne drzwi. Kop­nia­kiem zburzyła kamienną wieżę, budowaną od godziny przez bliźniaki. Bracia rozpłakali się, szukając wspar­cia u zajętej sprzą­ta­niem Mamy Moo. Ta jednak tylko wzruszyła ramionami i prze­tar­ła ścierką wyszorowany przed chwilą pia­skiem drewniany stół.

Sola usiadła Tacie Too na kolanach, wyrywając go z drzemki, którą sobie uciął w kąciku na rozłożystym zydlu.

— No, co tam? — zaskoczony, wymamrotał sennym głosem, prze­cie­ra­jąc sękatym paluchem zapuchnięte powieki.

— Ogłaszaj gody, tatuśku! — krzyknęła radośnie prosto w brud­ne ojcowskie ucho. Niebezpieczny dla uszu dźwięk przedarł się jakoś przez barierę woskowiny i posklejanej sierści, tyle że w po­sta­ci znacznie osłabionej.

— Niby, że jak? — upewnił się stary ogr. — Gody? A z kimże to?

— Z Nokusiem, z moim pięknisiem!

— Z tym mordziatym biedakiem z jaskini? Tylko co mu od­mó­wi­łem. Przecież bez przerwy trajkoczesz o tym czło-o-wieczku, Ku­bie, nieprawdaż? — entuzjazm córki wydał mu się podejrzany.

Córka tupnęła gniewnie.

— Nienawidzę tego ludzia! I ich wszystkich! Ogłaszaj gody, wy­cho­dzę za mąż!

— Ale… ale jutro wypluwki — zaprotestował Tata Too.

Boki zwlókł się z wyścielonego świeżym mchem i kolorowymi szmatami barłogu. Nie bardzo pojmował, co się dzieje. Przebieg tej rozmowy zaskoczył go niezmiernie.

— No, co ty, mała, odbiło ci? Chociaż, z drugiej strony, będę miał fajnego szwagra. Jest taki… jak by to Kuba powiedział? O, wiem: nieokrzesany!

Sola zacisnęła szczęki.

— Nawet mi o tym niewdzięczniku nie wspominaj. Lu­dzie są podli — załkała.

Trwało to sekundę, może dwie. Potem jej umalowane ob­li­cze pojaśniało.

— Jutro wypluwki, a pojutrze gody. I nawet nie mówcie, że nie zdążymy — zerwała się z kolan taty, podbiegła do Mamy Moo, uścis­kała ją, kopnęła częściowo odbudowaną wieżę bliźniaków i że­gna­jąc zebranych łomotem zatrzaskiwanych drzwi, ulotniła się z do­mu.

Ciągnęło ją do niebieskawych grzybów. Przyniesie kilka na obiad, niech wszyscy mają uciechę.

Rozdział 2.

Okrutny dzieciożerca

Pobiegł na skróty przez Park Nauki Jazdy. Ośrodek był sta­ran­nie utrzy­ma­ny. Na skoszonych trawnikach stały ławki z kutego że­la­za, a wzdłuż ogrodzenia rosły przystrzyżone krzewy żółtych for­sy­cji.

Po wysypanych żwirem alejkach jeździło kilku małych rowerzys­tów całkiem wbrew zaleceniom ustawionych co kilkanaście me­trów znaków drogowych. Usłyszał chrzęst. Z bocznej dróżki wy­sko­czył pedałujący zapamiętale ośmiolatek w dresie w czerwono-czar­ną sza­chow­ni­cę i w takim samym kasku.

Gdy zobaczył Kubę, wywalił język i wjechał zaskoczonemu gim­na­zja­li­ście na stopę.

— Auu, ty wariacie! — wrzasnął Kuba, odruchowo łapiąc się za bolące miejsce.

Chłopczyk zahamował, odwrócił się i zawołał z daleka:

— Jak chodzisz, kalafiorze?! — bezczelny uśmiech za­smar­ka­ne­go rowerzysty sprawił, że w niestrudzonym pogromcy Nicości, Pani Niebytu oraz Władczyni Smoków w jednym zawrzała krew. Na­praw­dę szkoda, że nie miał przy sobie bu­dzą­ce­go respekt ta­li­zma­nu smoka Slaa-Gaara. Zacisnął pięści.

— No, to się doigrałeś, cwaniaczku — wycedził powoli. Ro­zej­rzał się za jakimś kijem, ale teren był wysprzątany do przesady. Trud­no, trzeba będzie obejść się bez narzędzi. Zaczął biec.

Mały prowokator wskoczył na siodełko i nacisnął pedały. Ro­wer ruszył niespiesznie, grzęznąc w grubej warstwie żółtego żwi­ru. Kuba był coraz bliżej, a jego zaciśnięte szczęki świadczyły o morderczych zamiarach. Prawdę mówiąc, chciał tylko łobuza prze­stra­szyć, żeby na drugi raz szanował starszych, ale nie za­szko­dzi­ło w tej sytuacji przybrać groźny wygląd.

— Powiem bratu, że mnie goniłeś, durny pajacu, to zobaczysz! — ostrzegł go chłopczyk. — Mój brat jest prawdziwym chu­li­ga­nem, z gangu!

— A mój jest… ogrem dzieciożercą! — wymyślił Kuba kilka kro­ków od rowerzysty.

Już prawie go miał, gdy w równoległej alejce pojawił się in­struk­tor z gwizdkiem i policyjnym lizakiem w ręku. Rower gwałtownie wjechał na trawnik. Malec postanowił oddać się w bezpieczne ręce dorosłego.

— Gdzieś ty wjechał, barani łbie?! Na trawnik? Rowerem? — in­struk­tor miał bardzo nienowoczesne metody obchodzenia się z dzieć­mi.

Bezczelny smarkacz nie zareagował, rozpaczliwie ratując skórę przed przetrzepaniem. Wyciągnął rękę w kierunku Kuby.

— Bo, proszę pana, napadł na mnie ogr przebrany za czło­wie­ka. Pobił mnie i ugryzł w nogę. Tam jest!

Kuba rzucił się pod żywopłot. Na wszelki wypadek.

— Co ty bredzisz, Gorzałka? — instruktor nawet się nie obej­rzał. — Jazda na alejki ćwiczyć znaki!

Kłamczuszek w kasku próbował jeszcze dyskutować, ale in­struk­tor włożył gwizdek do ust i zagwizdał kilka razy, skutecznie za­głu­sza­jąc paplaninę. Malec w końcu odjechał, dołączając do gru­py.

Kuba popatrzył za nim i mruknął:

— Żebyś się wywrócił na tym swoim rowerku, łapserdaku… — pstryk­nął palcami i wybałuszył oczy ze zdziwienia, pojazd bo­wiem zakołysał się i runął na bok. Rowerzysta w czerwono-czarnym dre­sie zarył kolanem w żwir.

— O? — Kuba popatrzył na swoje zaskakująco magiczne palce. — Udało mi się. Ale, kurteczka, jak?

Boki nie był już takim zapamiętałym żarłokiem, jak kiedyś. Przy­nie­sio­ne przez Solę grzy­by potraktował z niechęcią i nawet ich nie spróbował. Mama Moo obejrzała je za to i stwierdziła:

— Jak świat światem, czegoś takiego jeszcze nie widziałam, a prze­cież gotuję dla tej rodziny od lat. A ty, Too?

— A ja przecież tu nie gotuję — zauważył Tata Too roztropnie. — W strażnicy to co innego, tam pichcę sobie nieraz różne takie te, ehm, potrawy. Grzyby jak grzyby. Kolor dziwny, ot co. Ale co po­dasz, to i zjem. Tyle mojej wypowiedzi — pogłaskał główki ba­wią­cych się kamykami synków.

Bliźniaki od dłuższego czasu zachowywały się poważnie. Dzień wypluwek miał zmienić ich pozycję wśród ogrów. Nadanie imie­nia wiązało się z osiągnięciem pełnoletności i zżerała je cie­ka­wość, jakie imiona się im dostaną. Przestały psocić i, co więcej, zaczęły używać mowy ogrów, by pokazać, że się jej już nauczyły przez tych jedenaście lat.

— Tyle mojej — powtórzył pierwszy.

— Wypowiedzi — dokończył drugi, układając przedostatni klo­cek na kamiennej konstrukcji. Jakim cudem ta wieża jeszcze stała, nie wiadomo, bo budowana była krzywo i bez znajomości rzeczy.

Sola zamlaskała zachęcająco.

— Zjedzmy je. Są rewelacyjnie smaczne i w dodatku jest ich mnó­stwo. Rosną nawet na skale.

— My nie chcemy — oświadczyli zgodnie mali bracia.

Sola podeszła do nich, ukucnęła i strąciła czubek wieży.

— Nic… — powiedziała, mrużąc oczy — …tu… — strąciła ko­lej­ny klo­cek — …nie macie… — zrzuciła następne dwa — …do ga­da­nia! — do­koń­czy­ła, rozwalając budowlę do końca. — Zjadać!

— Maaamo! — zawyły bliźniaki.

Mama Moo odłożyła podejrzaną zdobycz córki do miski, otrze­pa­ła dłonie i oblizała palce. Jej chmurna twarz rozjaśniła się nagle i ogrzyca oświadczyła słodko:

— Nie wyjcie mi tutaj, chłopcy. Jak będziecie niegrzeczni, to po­wiem Obmierzłym Staruchom, żeby wypluły wam wyjątkowo pa­skud­ne imiona. Na przykład Glut i Brud. Chcecie tego?

Bliźniaki pokręciły głowami.

Tata Too zmarszczył czoło. Popatrzył na Bokiego, dając do zro­zu­mie­nia swemu pierworodnemu, że potrzebna będzie pomoc. Boki mrugnął, że wie, o co chodzi.

— Taak, z takimi imionami musielibyście zamieszkać chyba w Smoczych Górach, żeby nie przynosić wstydu rodzinie. I za­cznij­cie budować coś innego, odbiło wam z tą wieżą czy jak? — powoli, kołyszącym krokiem podszedł do stołu.

Mama Moo uśmiechnęła się do niego nieco nieprzytomnie.

Młody ogr chwycił miskę z grzybami i skoczył w stronę drzwi.

— Niee! — ryknęła Sola, rzucając się w jego kierunku. Zdążyła zła­pać brata za rękę. Zaskoczony Boki zachwiał się, potknął się o wa­la­ją­ce się po podłodze kamienne klocki i przyklęknął.

— Zostaw to! — krzyk siostry przeobraził się w pisk. Po­cią­gnę­ła Bo­kie­go za wy­strzę­pio­ny rękaw.

Miska grzmotnęła w stołową nogę, roztrzaskując się na ka­wał­ki. Fragmenty grzybowych kapeluszy wzleciały aż pod belki su­fi­tu, plasnęły o drewno i opadły na podłogę deszczem wirujących okruchów. Część z nich wniknęła zaraz w spękania wysypanego zie­lo­nym piaskiem klepiska. Zamarli.

Miał już dosyć mieszkania z ojcem. Stary Truth po­sta­no­wił zrekom­pensować Dovertisowi nieudane dzie­ciń­stwo, brak matki i swo­ją dłu­go­trwa­łą nieobecność. Zamęczał więc syna bez­u­stan­nym doradzaniem, gderaniem i prawieniem morałów w rodzaju: „Kto marnuje czas na nieróbstwie, temu nic się w życiu nie uda. Ja w two­im wieku byłem wręcz rozchwytywany na rozlicznych świa­tach, a ty co?”.

Przekonywanie o swojej dorosłości kogoś, kto we własnym mnie­ma­niu posiadł wszelkie mądrości i znał niezawodny przepis na życiową karierę, nie miało najmniejszego sensu. Dlatego od kilku dni kopał zapamiętale głęboką norę na skraju wyludnionego sie­dli­ska Truthów. Jeszcze trochę wysiłku i wyprowadzi się na swoje. Wreszcie skończy się ojcowskie ględzenie. Oczywiście, by unik­nąć przedwczesnej awantury, zataił przed Pulthertisem fakt pla­no­wa­nej wyprowadzki. Dla niepoznaki zapisał się nawet na po­dy­plo­mo­wy „Kurs Rozpoznawania Zagrożeń Wszelakich Tu i Ówdzie”, organizowany właśnie przez trzech stetryczałych profesorów z tu­tej­szej Akademii Przewodników.

Tyle że Pulthertis, widząc ponurą minę jedynaka, wpadł na ge­nial­ny pomysł. I to wszystko zmieniło.

Długi i wyjątkowo drażniący dzwo­nek wyrwał go z zamyślenia. Do tej pory nie mógł uwierzyć, że osiągnął tak marny rezultat w tes­tach kompetencyjnych na koniec podstawówki. Gdyby nie to, tra­fił­by na pewno do „Jedynki”, najlepszego gimnazjum w mie­ście.

Baśka nie kryła rozczarowania:

— Myślałam, że może nawet będziemy w jednej klasie. A tak, co?… Rodzice już pochwalili się wszystkim dookoła, że pójdę do dobrej szkoły.

— No i racja. Nie dla ciebie towarzystwo matołów — od­po­wie­dział jej wtedy ze złością. Ale to na siebie był zły, nie na nią. ­Je­dyną po­cie­chą było towarzystwo Andrzejka. Niezawodny kumpel też się raczej nie przykładał do nauki. Obaj zostali na starych śmie­ciach.

Teraz widywał ją rzadko. „Jedynka” przykręcała śrubę i Baśka miała urwanie głowy. Na dodatek zaczęła bawić się w aktorstwo w jakiejś amatorskiej grupie teatralnej. Jak ona się nazywa? „Blas­ki i cienie”? Chyba jakoś inaczej…

Kuba wyjrzał zza rosnącego pod szkołą kasztanowca. Nie­wy­klu­czo­ne, że Baśka się wreszcie pojawi. Czekał na nią od dobrej go­dzi­ny, chowając się przed patrolami Straży Miejskiej, wy­ła­pu­ją­cy­mi wagarowiczów.

Szerokie dwuskrzydłowe drzwi gimnazjum rozchyliły się na boki i z wnętrza piętrowego budynku wysypała się gromada uczniów. Kuba poszukał wzrokiem znajomej sylwetki. Dostrzegł ją na­tych­miast. Drobna dziewczyna w niebieskiej bluzce, wąskich pa­sia­stych spodniach i martensach oraz z burzą ciemnych, ładnie wy­mo­de­lo­wa­nych włosów. Basia…

Ruszył, z zażenowaniem spoglądając na swoje pozdzierane bez­tro­skim traktowaniem adidasy, zaplamione niedawno trawą dżin­sy i wygniecioną koszulkę. Podobno jednak nie ubiór świadczy o czło­wie­ku. Tak stwierdziła kiedyś mama, gdy tato wyjątkowo dłu­go walczył z wiązaniem kra­wa­ta i w końcu odłożył go z powrotem do szafy. Tylko że wybierali się akurat na bal sylwestrowy i nie wia­do­mo, czy mama mówiła poważnie.

Baśka chyba go zobaczyła, bo uśmiechnęła się wesoło i po­ma­cha­ła ręką. O mało się nie zabił na wyłożonym szerokimi płytami dziedzińcu. Mimo wyjątkowo ciepłego września drzewa gubiły już liście i ktoś nieuważny mógł się na nich pośliznąć.

Zmartwiał, gdy ujrzał prawdziwego adresata wesołego uśmie­chu Basi. Z usytuowanej pod granitowym pomnikiem Budowniczych Szkoły ławeczki poderwał się wysoki chłopak z zaczesaną do góry czarną czupryną.

„Kazio? A ten co tu robi?” — Kuba zwolnił kroku.

Licealista podszedł do Baśki, rozkładając szeroko długie ra­mio­na. „Ma chyba z metr dziewięćdziesiąt wzrostu” — ocenił Kuba nie­chęt­nie. Sam nie był niski, ale takie dryblasy budziły jego nie­po­kój. Zachował więc dystans i wmieszał się w rzednący tłum uczniów, by nie stracić śledzonej pary z oczu.

— Ach, witam cię, pięknooka panienko! — zagrzmiał Kazio, kła­dąc przesadny akcent na „ę”. Tej maniery Kuba też nie znosił, ale Baśce najwyraźniej się podobała.

— Ach, witam cię, fascynujący młodzieńcze — odpowiedziała rów­nie idiotycznie. Kilkoro nastolatków — przypadkowych świad­ków tej rozmowy — parsknęło śmiechem.

„Śmiejcie się — westchnął Kuba w duchu. — Z czego tu się śmiać? Co ona wyprawia…”

Kazio objął Baśkę łapskami i podniósł do góry, aż zatrzeszczały rękawy jego czarnej skórzanej kurtki. Opuścił dziewczynę czym prędzej i poprawił wiszącą mu na szyi fantazyjną apaszkę.

— Wiesz, Basiu, ułożyłem dla ciebie poemat — pochwalił się.

Baśka popatrzyła na niego z podziwem. Te oczy kiedyś spo­glą­da­ły z podziwem na pewnego bohatera, ale co tam.

— Poemat nosi tytuł Rzekłbym tobie, miła, a zaczyna się tak: Rzekł­bym tobie, miła, co w mej duszy śpiewa, abyś uwierzyła, żem… i tu mi bra­ku­je na razie pomysłu. Ale puentę już mam: coś tam coś, …zaiste, serce moje czyste! Wspaniałe, nieprawdaż?

„Zwyczajny burak!” — Kuba poczuł ulgę. Są dziedziny, w któ­rych tacy Kaziowie mu nie podskoczą.

Basia zmrużyła oczy. Na jej twarzy odmalowało się zaskoczenie wyparte na moment przez zadumę. Jakby coś sobie nagle przy­po­mnia­ła. Coś niezmiernie ważnego. Po chwili jednak klasnęła w dło­nie:

— Wspaniały wiersz…

— Poemat — sprostował poeta w apaszce.

— No tak, poemat. Jest wspaniały. A jak go skończysz, będzie do­sko­na­ły. Tak myślę…

Kuba zatrzymał się zniechęcony. Trzeba pogodzić się ze stratą. Fajna z niej była przyjaciółka, jednak w tej sytuacji… Usłyszał jesz­cze cichnący głos dziewczyny:

— To spotkamy się na próbie w „Exalcie”?

— Owszem — wychrypiał niedojrzałym basem Kazio. To jego „ow­szem” zabrzmiało jak „owszę”, co Kubę sprowokowało do złoś­liwości.

— A niech ci to „owszę” i „panienkę” bokiem wylezie. Rzekł­bym tobie, miły… — krzyknął za nimi. Byli już jednak daleko.

To tyle, jeśli chodzi o pogadanie o problemach z kimś bliskim. Musi wracać do domu, choć tam zapewne już wiedzą o ma­te­ma­ty­ce. Kolejny raz zostanie skazany za niewinność.

Kazio tańczył wokół Baśki, szczerząc zęby i gestykulując za­wzię­cie. Na skrzyżowaniu nie zauważył czerwonego światła. Nie za­uwa­żył też zaparkowanego na chodniku policyjnego radiowozu. Wplą­sał na pasy, ciągnąc dziewczynę za sobą. Opierała się, ale „skoń­czo­ny artysta” nic sobie z tego nie robił. Odezwał się cha­rak­te­ry­stycz­ny sygnał. Policjant pokiwał na nich palcem i wysiadł z samochodu.

— Oj, nie zważamy na sygnalizację pionową. Będzie mandacik.

— Ależ proszę pana — zaprotestował Kazio — przecież nic nie je­cha­ło!

— I jeszcze się kłócimy. To wyniesie po pięćdziesiąt złotych na osobę — policjant był nieczuły na urok osobisty przyszłego wiesz­cza.

Kazio poprawił włosy i poklepał mężczyznę po ramieniu.

— Panie policjancie, owszem, weszliśmy na czerwonym świet­le, ale koleżanka tak mnie zagadała…

Policjant odsunął się zdegustowany.

— Mógłby kawaler mnie nie dotykać? Zaraz dopiszę jeszcze po setce za „czynną napaść na funkcjonariusza”!

— To może nie — Kazio spuścił z tonu. — Może być kre­dy­to­wy? Jakoś nie mam przy sobie pieniędzy. — Nachylił się i szepnął: — Niech każdy płaci za siebie, wie pan…

Policjant zdjął czapkę, otarł czoło, po czym oznajmił:

— Dziewczyna nie płaci. Widziałem, jak ją wciągnąłeś na przej­ście, chłopcze. Ale mandat kredytowy ci przysługuje, jak naj­bar­dziej — sięgnął do raportówki i wyjął bloczek mandatów.

Kazio popatrzył na Baśkę.

— Planowałem zaprosić cię na lody albo na deser, ale w tej sy­tu­acji… Sama rozumiesz.

— Rozumiem — powiedziała dziewczyna, bardziej do siebie niż do niego. Odwróciła się na pięcie i odeszła. Znowu coś jej się przy­po­mnia­ło. Przyśpieszyła kroku.