Świat miniony - Tom Sweterlitsch - ebook + audiobook
lub
Opis

Błyskotliwe i niepokojące połączenie 12 małp i Incepcji.

Jedna z 10 najlepszych książek 2018 r. wg A.V. Club.

Morderstwo, porwanie, podróż w czasie i katastrofalny koniec ludzkości – powieść, która zmrozi ci krew w żyłach.

Zapewniam, że jeszcze nigdy nie czytaliście takiej historii. - Blake Crouch, autor Mrocznej materii (nominowanej do KSIĄŻKI ROKU 2016 LUBIMY CZYTAĆ)

Ostrzeżono ją, że ujrzy rzeczy, których jej umysł nie pojmie.

Agentka specjalna Shannon Moss zostaje wyznaczona do rozwiązania sprawy zamordowania rodziny członka Navy SEAL i odnalezienia jego zaginionej córki. Odkrywa, że żołnierz był astronautą na pokładzie USS Waga, statku, który prawdopodobnie przepadł w najciemniejszych otchłaniach Głębokiego Czasu. Moss zna z własnego doświadczenia traumę powodowaną podróżami w czasie i uważa, że do zbrodni mogły doprowadzić powiązania żołnierza SEAL z przyszłością.

Agentka, zdecydowana odnaleźć dziewczynę, podróżuje w przyszłość, żeby zbadać jej możliwe wersje i znaleźć informacje, które pozwolą rozwikłać współczesne śledztwo. Ku jej przerażeniu przyszłość ujawnia, iż od tego dochodzenia zależy dużo więcej niż los czyjejś rodziny: Shannon na własne oczy widzi wznoszącego się ponad horyzont czasu i gnającego ku teraźniejszości Terminusa – przerażający i ostateczny koniec ludzkości.

Błyskotliwa i niepokojąca powieść Świat miniony, choć jest pełna szokujących pomysłów, pozostaje głęboko ludzką historią.

Nieustraszona, choć okaleczona, i zdeterminowana Shannon Moss jest bohaterką najoryginalniejszej powieści, jaką czytałem od lat. Świat miniony ogromnie mi się podobał. Ta zręczna fabuła osnuta na wątku rozciągającego się na wiele rzeczywistości śledztwa w sprawie morderstwa w intrygujący sposób wymyka się regułom gatunku. Imponująca i psychodeliczna, prowadzi czytelnika przez pięknie przedstawione koleje ludzkiego życia. - Blake Crouch, autor Mrocznej materii.

Futurystyczna, przerażająca i bezwzględna – Tom Sweterlitsch zabiera czytelników w podróż do innego świata i z powrotem. Podejmijcie tę wyprawę. - Stewart O’Nan, autor Śnieżnych aniołów i Królowej odjazdu.

Zadziwiające połączenie science fiction, thrillera, horroru egzystencjalnego i apokaliptycznej fantastyki. - „Kirkus Reviews”

Lubię być zaskakiwany i mieć przy tym niezły odlot. Świat miniony zapewnia jedno i drugie. Incepcja, Detektyw, elementy Solaris, Interstellar, Twin Peaks i Raportu mniejszości – wszystko to plus nowatorskie, oryginalne pomysły znajdziecie w tym mrocznym thrillerze z motywem podróżowania w czasie. - „The New Yorker”

Po cyberpunkowym thrillerze Jutro, jutro i znów jutro Sweterlitsch stworzył niesamowitą powieść o podróżowaniu w czasie, alternatywnych wersjach przyszłości, morderstwach, terroryzmie i jednej kobiecie zdeterminowanej, by zapobiec zagładzie ludzkości. Hardcore’owa SF dla czytelników o mocnych nerwach. - Booklist

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 478


Dla Sonji i Genevieve

Jak widzę, wzrok wasz sięga za granicę

Zdarzeń dziejących się w obecnej porze,

Lecz obecności zakryte wam lice…

Dante Alighieri, Boska komedia, Piekło, pieśń X,

w przekładzie Edwarda Porębowicza

Prolog

2199

*

Ostrzeżono ją, że ujrzy rzeczy, których jej umysł nie pojmie. W martwym lesie, w zimie, w niekończącej się nigdy zimie stały drzewa poczerniałe od ognia i pokryte lodem, kilka pni leżało przewróconych, zwęglone gałęzie tworzyły koronkowy wzór. Godzinami szła przez obszar martwych sosen, ale kombinezon kosmiczny zapewniał jej ciepło, cienki strój, który dawał swobodę ruchów pozwalającą posuwać się naprzód. Skafander był pomarańczowy, kolor dla kursantów, gdyż była to jej pierwsza wyprawa w daleką przyszłość Ziemi. Wszędzie, w każdym kierunku, w którym patrzyła, widziała zwarzone mrozem niebo i zaśnieżone podłoże zasłane krzyżującymi się pniami obalonych drzew. Nie było słońc – bladego dysku Słońca, jakie znała, oraz jaskrawego promieniowania fenomenu, który jej instruktor nazwał Białą Dziurą. Niegdyś to była Wirginia Zachodnia.

Odeszła daleko od bazy i martwiła się coraz bardziej, czy znajdzie drogę powrotną do quad-landera, żeby zdążyć na czas podjęcia. Dozymetr pokazywał poziom jej napromieniowania, kolorowa plama, która w ciągu ostatnich kilku godzin zmieniła barwę z jasnej zieleni do zieloności rzęsy wodnej. Została zainfekowana przez to miejsce, którego powietrze i glebę zanieczyszczały opary metalu, cząsteczki na tyle małe, żeby wniknąć przez kombinezon do jej organizmu. KTN-y, nazwał je jej instruktor; kwantowo tunelowane nanocząsteczki, powiedział. Zapytała go, czy KTN-y są jak rój robotów, ale odparł, żeby myśleć o nich raczej jak o raku – zagnieżdżają się w mikrotubulach jej komórek, a kiedy znajdzie się ich tam wystarczająco dużo, będzie stracona. Nie chodzi o śmierć, rozwinął, niedokładnie; powiedział jej, że zobaczy, co KTN-y robią z ludzkim ciałem, ale że jej intuicja może odrzucić tę wizję, że może być pełna obrzydzenia i poczuć gwałtowną potrzebę „odwidzenia”.

Jedno ze spalonych drzew stało nadal, naga sosna okryta korą zbielałego popiołu, a kiedy minęła białe drzewo, krajobraz wokół niej się zmienił. Wciąż znajdowała się w lesie, ale drzewa nie były już spalone i przewrócone. Teraz sosny rosły bujnie, zielone, chociaż obsypane śniegiem. Lód przygiął gałęzie odległych chojaków, niewyraźnych za kurtyną śniegu. Jak się tutaj znalazłam? Obejrzała się; żadnych śladów, nawet jej własnych. Zabłądziłam. Przepychała się między iglastymi gałęziami, wyczerpana brnięciem przez zaspy. Minęła kolejne spalone drzewo, identyczne jak to, które widziała wcześniej, martwe, ze szkieletami spalonych gałęzi. A może to była ta sama sosna? Kręcę się w kółko, pomyślała. Przechodząc nad korzeniami i kamieniami, ześlizgując się po śniegu, starając się wypatrzyć coś znajomego, jakąś charakterystyczną cechę krajobrazu, przecisnęła się przez przerwę między drzewami i wyszła na polanę, na brzeg czarnej rzeki. Krzyknęła na widok ukrzyżowanej kobiety.

Ukrzyżowano ją do góry nogami, ale nie było krzyża; wisiała w powietrzu, unosząc się nad czarną wodą. Ogień płonął wokół jej nadgarstków i kostek nóg. Klatka piersiowa była rozciągnięta, wypukła, ciało skarlałe, wychudzone do stopnia zagłodzenia, nogi pokrywały czarne smugi gangreny. Twarz była sina, fioletowa kałużą napływającej do niej krwi, a włosy, jasnoblond, zwisały tak, że dotykały powierzchni wody. W ukrzyżowanej kobiecie rozpoznała samą siebie i osunęła się na kolana na brzegu czarnej rzeki.

Sztuczka KTN-ów, pomyślała. To było odrażające, ta niedorzeczność. Są we mnie, każą mi widzieć te rzeczy…

Ogarnęła ją panika na myśl, że KTN-y gromadzą się w jej komórkach, w mózgu, ale mimo to zrozumiała, że to nie jest halucynacja, że ukrzyżowana kobieta jest realna, równie rzeczywista jak ona sama, jak rzeka, lód i drzewa. Pomyślała, żeby ją odciąć, ale perspektywa dotknięcia wiszącej przerażała ją.

Jej dozymetr zmienił barwę z zielonej na musztardowożółtą, a ona ruszyła biegiem, aktywując sygnał podjęcia, próbując przypomnieć sobie położenie miejsca ewakuacji, ale las otaczający rzekę był obcy, a ona zagubiona. Potykając się w śniegu, zawróciła w stronę, z której przyszła, jak się jej zdawało, smagana przez lodowaty wiatr. Minęła kolejne białe drzewo, identyczne jak pozostałe; albo nie, to musiało być to samo… Spalona sosna o korze z białego popiołu. Żółć dozymetru pociemniała do barwy czerwonawej gliny. Nie, nie, nie, pomyślała, biegnąc znowu, nurkując pod chwytającymi ją gałęziami. Dozymetr rozbłysnął jaskrawą czerwienią. Poczuła mdłości i upadła, przytłoczona ciężarem własnej krwi. Poczołgała się między drzewami i przekonała się, że dotarła ponownie na polanę na brzegu czarnej rzeki, w miejsce swojego ukrzyżowania, ale teraz widziała tam tysiące ciał wiszących do góry nogami wzdłuż biegu rzeki, nadzy mężczyźni i kobiety krzyczący w świetle dwóch słońc.

– Co się dzieje? – zapytała na głos, nie zwracając się do nikogo konkretnego.

Wzrok jej pomroczniał, walczyła o oddech. Kiedy ujrzała na niebie błyski, pomyślała, że być może traci przytomność, ale to były światła jednego z quad-landerów, modułu o nazwie Tezeusz. Sygnał podjęcia, pomyślała, jestem uratowana. Quad-lander podskoczył kilka razy na polanie, zanim osiadł na lodzie.

– Tutaj – powiedziała słabym głosem. Próbowała krzyknąć: – Tutaj jestem.

Z włazu wygramolili się dwaj mężczyźni w kombinezonach kosmicznych oliwkowej barwy, noszonych przez członków marynarki, i widziała, że podchodzą do rzeki.

– Tutaj – powtórzyła, ale przybyli znajdowali się zbyt daleko, żeby ją usłyszeć.

Usiłowała wyczołgać się spoza linii drzew, chciała pobiec w stronę tamtych ludzi, ale była zbyt słaba, żeby się podnieść. Widziała, że mężczyźni brodzą w rzece zanurzeni po pas, ujrzała, że ściągają z powietrza ukrzyżowaną kobietę, biorą ją w kołyskę ramion. Owinęli ją w grube koce.

– Nie, jestem tutaj, tutaj – powiedziała, ale widziała, że wnoszą ukrzyżowaną, inne wcielenie jej samej, na pokład lądownika.

– Jestem tutaj – powtórzyła. – Proszę.

Jej dozymetr ściemniał do barwy błotnistego brązu; następny będzie śmiertelny odcień czerni. Zamknęła oczy i czekała.

Potężne szarpnięcie silników sprawiło, że odzyskała przytomność i poznała, gdzie się znajduje – w kapsule quad-landera, pojęła, mając nadgarstki i kostki nóg przywiązane do koi, a głowę i kark chronione przez wyściełany stabilizator. Była odrętwiała, miała dreszcze, a przykrywające ją koce były przytroczone w rogach. Przyśpieszenie związane ze startem zmalało, poczuła nieważkość.

– Proszę – odezwała się. – Zawróćcie. Jestem tam na dole, wróćcie, proszę, nie zostawiajcie mnie…

– Wszystko w porządku, jesteś bezpieczna – zapewnił ją instruktor, lecąc przez kapsułę do jej posłania. Był mężczyzną dużo starszym od niej, o srebrzystych włosach, chociaż niebieskie oczy sprawiały wrażenie młodych. Kiedy sprawdzał jej puls, dłonie miał delikatne i miękkie. – Nadgarstki i kostki stóp będą cię mocno bolały – stwierdził. – Nie wiem, jak byłaś spętana, ale doznałaś oparzeń. Ucierpiałaś na skutek wychłodzenia, masz rozległe odmrożenia. Hipotermia.

– Macie niewłaściwe ciało – powiedziała, przypominając sobie, że w jakiś sposób widziała samą siebie w pomarańczowym kombinezonie kursantki czołgającą się wzdłuż linii drzew. – Musisz mi uwierzyć. Wciąż jestem tam na dole. Proszę, nie zostawiajcie mnie…

– Nie, jesteś z powrotem na Tezeuszu – odparł instruktor. – Znaleźliśmy cię w lesie.

Miał na sobie niebieskie spodenki gimnastyczne, białe podkolanówki oraz szary T-shirt NCIS1.

– Jesteś zdezorientowana – dodał. – KTN-y mieszają ci w głowie. Masz je we krwi. Ich stężenie w twoim organizmie osiągnęło niebezpieczny poziom.

– Nie rozumiem – odparła, usiłując sobie przypomnieć, ale umysł miała ociężały. – Co mam w sobie? Nie wiem, co to są KTN-y.

Zęby jej dzwoniły, ciało drżało. Przenikliwy ból torturował kończyny, jasne strzały nerwobólów, ale palce rąk i nóg miała zdrętwiałe. Przypomniała sobie, że pozbyła się kombinezonu kosmicznego przy rzece, zrzuciła ubranie. Pamiętała lód palący jej barki, powodujący bąble. Pamiętała ogień na nadgarstkach i kostkach nóg. Pamiętała, że godzinami wisiała do góry nogami nad płynącą czarną wodą, całymi dniami może. Modliła się o śmierć, kiedy ujrzała samą siebie wyłaniającą się spoza sosen.

– Nie rozumiem – powiedziała, płacząc z bólu.

– W tej chwili naszym głównym zmartwieniem są hipotermia i odmrożenia – stwierdził instruktor, podlatując bliżej jej stóp i odwijając róg pledu, żeby sprawdzić jej stan. – Och, Shannon – westchnął. – Och…

Uniosła głowę i zobaczyła, że stopy ma fioletowoczarne i spuchnięte, a wokół łuszczy się żółtawa skóra.

– Boże, nie. Och, Boże, nie – powiedziała i w stanie szoku wydało się jej, że te stopy należą do kogoś innego, że są cudze, nie jej. Ktoś włożył między palce kawałki gazy. Po lewej nodze wspinały się fioletowe smugi. Instruktor potarł jej stopy wilgotną myjką, ale nie czuła wody, nawet kiedy jej bąble, wyciśnięte z materiału, spłynęły po palcach i odleciały, wirując w powietrzu niczym szklane paciorki.

– Twój umysł ucierpiał, pamięć mogła zostać zaburzona skutkiem wychłodzenia – powiedział. – Porucznik Stillwell i mat Alexis uratowali cię i ustabilizowali twój stan. Nie jesteś już tam, jesteś tutaj. Jesteś teraz bezpieczna.

– Nie wiem, kim są tamci ludzie – odparła.

Nazwiska nic jej nie mówiły. Quad-landera pilotował porucznik Ruddiker wraz z matem Lee; o ile wiedziała, nie istniał żaden Stillwell. Wypukły iluminator ujmował w ramę Ziemię, odległą teraz, marmurowo białą, pełną mgieł i lodu. Rozmyślała o swoim ciele, które umierało na dole w dziczy, nadal w kombinezonie kosmicznym, ale widziała, że jej skafander jest zamknięty w jednej z szafek kapsuły, jaskrawopomarańczowy, jak kurtka myśliwska. Co się ze mną dzieje, do diabła? Chociaż nadgarstki i kostki nóg spowijały bandaże pachnące maścią, czuła, że skóra ją piecze, jak polewana kwasem.

– To boli – poskarżyła się. – Bardzo boli.

– Zawiadomiliśmy lekarzy, że cię wieziemy – poinformował ją instruktor. – Są gotowi zająć się tobą, gdy tylko zadokujemy do statku.

– Co… co to było, tam na dole? Co mi się stało? – zapytała. – Wisiałam. Wszyscy oni…

– Widziałaś ukrzyżowanych ludzi wiszących wzdłuż rzeki – odparł. – Też ich widywałem podczas wielokrotnych podróży, kiedy badałem Terminusa. Nazywamy ich „wisielcami”. Krzyżują ich KTN-y. Ukrzyżowały ciebie.

– Powiedziałeś, że mam je we krwi. Pozbądźcie się ich, wydobądźcie je ze mnie…

– Shannon, przechodziłem przez to, nie da się ich pozbyć. Mówiliśmy o tym na szkoleniu. Sądziłem, że jesteś gotowa. Ostrzegałem cię przed nimi.

– Nie, nigdy tego nie zrobiłeś – zaprzeczyła, wysilając się, żeby się skupić pomimo bólu, rwącego pieczenia nadgarstków. Jej wspomnienia były zagmatwane, splątane… Pamiętała, że podróżowała do Głębokiego Czasu na USS Williamie McKinleyu, do roku 2199, albo do jednej z nieskończonych możliwości roku 2199, na odległość niemal dwustu lat. Kiedy tam przybyli, nad Ziemią wisiała blada radiacja, lśniąc niczym drugie słońce; cała załoga była zdumiona. Nikt nie wiedział, czym było to blade lśnienie. Nikt jej nie ostrzegł przed KTN-ami ani nie poinformował o wisielcach. – Mówiłeś, że zabierasz mnie do domu, to wszystko, co kiedykolwiek powiedziałeś.

– Shannon – odezwał się bezradnie instruktor. Ponownie przetarł myjką jej stopy. – Nie wiem, co powiedzieć. Hipotermia… może powodować amnezję. Możliwe, że kiedy dojdziesz do siebie…

– Spotkanie z Williamem McKinleyem. Przygotować się do dokowania – rozległo się z głośnika.

Nie poznała tego głosu. Pamiętała gnającą pod nią czarną wodę. Spojrzała ponownie na swoje stopy. Prawa odzyskała nieco naturalnych barw, ale palce lewej były nadal czarne, a linie ciągnące się w górę nogi pociemniały. Na ten widok poczuła mdłości.

– Czym one są? Czym są KTN-y? Co jest w moim organizmie? – zapytała, walcząc z oszołomieniem. – Mam gdzieś, że ci się wydaje, że już to przerabialiśmy.

– Nie wiemy, skąd przybyły ani czego chcą – odparł instruktor. – Może nie chcą niczego. Kwantowo tunelowane nanocząsteczki. Uważamy, że pochodzą z innego wymiaru, że przeszły przez Białą Dziurę, to drugie słońce, które widziałaś. Kiedyś, w naszej przyszłości. Powodują zdarzenie, które nazywamy Terminusem.

– Ukrzyżowania.

– Chwila, w której ludzkość przestaje się liczyć – powiedział instruktor. – Nikt nie zostaje przy życiu. W każdym razie nie w konwencjonalnym znaczeniu tego słowa. Istnieją wisielcy, ale są także uciekinierzy. Miliony uciekających wielkimi grupami, póki ich ciała nie ulegną dezintegracji albo nie rzucą się do oceanu, żeby utonąć. Niektórzy kopią doły i kładą się na dnie. Inni stoją z twarzami uniesionymi do nieba, a ich usta wypełnia płynne srebro. Tworzą ludzkie łańcuchy na plażach i wykonują to, co nazywamy kalisteniką.

– Dlaczego?

– Nie wiemy, dlaczego ani w jakim celu. Może cel nie istnieje.

– Ale to jest jedynie pewna wersja przyszłości – stwierdziła, wyobrażając sobie, że KTN-y w swojej krwi odczuwa jak pasożyty. – To tylko jedna z nieskończonych możliwości. Istnieją więc inne możliwości, inne przyszłości. Terminus nie musi nastąpić.

– Terminus kładzie się cieniem na przyszłości naszego gatunku – odparł jej instruktor. – Wszystkie linie czasowe, które odwiedziliśmy, kończą się Terminusem. On się przybliża. Na początku oceniliśmy to zdarzenie na rok 2666, ale następni podróżnicy, którzy go doświadczyli, stwierdzili, że przesunął się do roku 2456. A potem jeszcze bliżej, do 2121. Widzisz, Terminus jest jak spadające na nas ostrze gilotyny. Nasza marynarka i jej flota otrzymały zadanie znalezienia drogi wyjścia z tego cienia, a naszym powołaniem jest wspierać marynarkę. Wszystko, czego cię nauczę, wszystko, co ujrzysz, ma na celu pomóc naszemu gatunkowi uniknąć Terminusa. Musimy znaleźć drogę wyjścia z cienia.

– Co jeszcze zobaczę?

– Kres wszystkiego.

NCIS – Naval Criminal Investigative Service, Kryminalne Biuro Śledcze Marynarki Wojennej. [wróć]

Część pierwsza

1997

1

Słucham?

– Agentka specjalna Shannon Moss?

Nie poznawała głosu mężczyzny, chociaż przeciąganie samogłosek było znajome. Wychował się tutaj, w Wirginii Zachodniej, albo na wiejskich terenach Pensylwanii.

– Mówi Moss – potwierdziła.

– Zabito rodzinę. – Głos zadrżał. – Dyspozytor policji hrabstwa Waszyngton odebrał zgłoszenie nieco po północy. Zaginęła dziewczyna.

Druga nad ranem, ale wiadomość była jak lodowata kąpiel. Shannon była teraz w pełni rozbudzona.

– Z kim rozmawiam?

– Agent specjalny Philip Nestor – odparł rozmówca. – FBI.

Włączyła nocną lampkę. Ściany sypialni pokrywała kremowa tapeta ze wzorem w winorośl i chabrowe róże. Śledziła wzrokiem kontury, zastanawiając się.

– Skąd moje zaangażowanie? – zapytała.

– Jak rozumiem, szef naszego oddziału terenowego skontaktował się z kwaterą główną, a oni polecili cię włączyć – odparł Nestor. – Potrzebują pomocy NCIS. Naszym podejrzanym jest członek Navy SEAL.

– Gdzie?

– W Canonsburgu, przy Cricketwood Court, przecznicy z Hunter’s Creek – powiedział.

– Hunting Creek.

Znała Hunting Creek, Cricketwood Court – przy tej ulicy mieszkała Courtney Gimm, jej najlepsza przyjaciółka z młodości. Twarz Courtney wypłynęła z pamięci Moss niczym kra wynurzająca się wody.

– Z iloma ofiarami mamy do czynienia?

– Potrójne zabójstwo – odparł Nestor. – Jest źle. Nigdy dotąd…

– Powoli.

– Widziałem kiedyś dzieci potrącone przez pociąg, ale nigdy czegoś podobnego – stwierdził.

– Dobra – powiedziała Shannon. – Mówiłeś, że zgłoszenie nastąpiło po północy?

– Nieco później – rzekł Nestor. – Sąsiadka usłyszała tumult i wezwała w końcu policję…

– Ktoś z nią rozmawia?

– Jeden z naszych ludzi jest teraz u niej.

– Dotrę tam za trochę ponad godzinę.

Zebrała się w sobie, żeby złapać równowagę, zanim spróbowała wstać – jej prawa noga była nadal szczupłą kończyną sportsmenki, ale lewa kończyła się w połowie uda stożkowatym kikutem, którego mięśnie i ciało były zwinięte jak ciasto. Straciła nogę całe lata temu, kiedy została ukrzyżowana w trakcie głębokiej zimy Terminusa – amputacja w połowie uda, chirurg marynarki odciął część, w którą wdała się gangrena. Kiedy wstała, sterczała na jednej nodze jak długonogi ptak brodzący, kołysząc się na opuszkach palców w celu utrzymania równowagi. Kule były w zasięgu ręki; kule firmy Lofstrand stały oparte w przerwie między łóżkiem a stolikiem nocnym. Wsunęła przedramiona w obejmy i chwyciła rączki, po czym ruszyła przez sypialnię zawaloną ubraniami, czasopismami, płytami CD, pustymi pudełkami po płytach – bałagan grożący poślizgnięciem się, przed czym przestrzegał ją terapeuta.

Cricketwood Court…

Na myśl o powrocie tam Shannon przeniknął dreszcz. Ona i Courtney były jak siostry w gimnazjum, w pierwszej klasie ogólniaka; bliżej niż siostry, były nierozłączne. Wspomnienia Moss o Courtney stanowiły najmilszą kwintesencję okresów letnich z dzieciństwa: niekończących się dni spędzanych nad basenem, kolejek górskich w Kennywood, dzielenia się papierosami nad Chartiers Creek. Courtney zginęła, gdy były w drugiej klasie liceum, zamordowana na parkingu dla kilku dolarów, które miała w torebce.

Headline News w odbiorniku w sypialni, kiedy się ubierała. Zaaplikowała antyperspirant na szczątkową kończynę, potem umieściła na końcu kikuta poliuretanową wkładkę, rozwinęła ją i podciągnęła jak nylonową pończochę. Wygładziła gumowy rękaw, pozbywając się bąbli powietrza, które mogły się tam zebrać. Proteza to był prototyp, Ottobock C-leg; skomputeryzowany, zaprojektowany pierwotnie dla rannych żołnierzy. Moss wsunęła nogę w gniazdo i wstała, a objętość jej uda wycisnęła powietrze z węglowego kołnierza, uszczelniając próżniowo protezę. C-leg sprawiła, że poczuła się, jakby jej szkielet został odsłonięty – stalowe podudzie zamiast goleni. Włożyła spodnie i bluzkę w perłowym kolorze. Przypięła kaburę z bronią służbową. Narzuciła zamszową kurtkę. Ostatni rzut oka na telewizor: Dolly kryła się w pełnej siana zagrodzie. Clinton ogłaszał świeżo podpisaną ustawę zakazującą klonowania ludzi, klipy promujące NBA on NBC, Jordan kontra Ewing.

Cricketwood Court była ślepą uliczką, światła ostrzegawcze rozbłyskiwały na trawnikach i ścianach szeregowych domów. Kwadrans po trzeciej nad ranem, sąsiedzi wiedzieli, że coś się dzieje, ale mogli jeszcze nie wiedzieć co; jeśli zerkali przez okna, widzieli nagromadzenie jednostek policyjnych, samochody z biura szeryfa i posterunku w Canonsburgu, krążowniki policji stanowej; dochodzenie w splątanej sieci kompetencji do czasu przybycia agentów federalnych. Sprawy prowadzone przez Moss dotyczyły przeważnie przestępstw popełnionych przez marynarzy z Dowództwa Marynarki Kosmicznej przebywających w domu na przepustkach po powrocie z Głębokich Wód, z tajnych misji w Głębokiej Przestrzeni i Głębokim Czasie. Barowe bójki, przemoc domowa, narkotyki, zabójstwa. Zajmowała się sprawami dotyczącymi żołnierzy DMK, którzy się załamali i zatłukli na śmierć swoje żony czy dziewczyny; tragiczne zdarzenia wywołane tym, że niektórzy nie wytrzymywali oglądania grozy Terminusa czy świateł obcych słońc. Zastanowiła się, co tutaj znajdzie. Nieopodal stała zaparkowana furgonetka koronera. Silniki karetek i wozów strażackich pracowały na wolnych obrotach. Mobilne laboratorium kryminalistyczne FBI przejechało przez pobocze i wtoczyło się na trawnik przed domem jej dawnej przyjaciółki.

Jezu Chryste…

Dom, który Moss pamiętała z dzieciństwa, był jakby nałożony na ten stojący, jak odtwarzane jednocześnie dwa filmy, jako wspomnienie i miejsce zbrodni. Rodzina Courtney wyprowadziła się stąd dawno temu i Moss nie sądziła nigdy, że jeszcze kiedykolwiek postawi nogę w domu przyjaciółki, zwłaszcza w takich okolicznościach. Jednopiętrowy segment na końcu szeregu domów, inne ustawione w ordynku jak lustrzane odbicia, każdy z podjazdem, malutkim garażem, ganek każdego oświetlony jedną latarnią, fasady identyczne wzdłuż całej ulicy, cegła nakryta białym winylem. Zdawało się, że dorastając, Shannon spędzała tutaj więcej czasu niż we własnym domu, nadal pamiętała dawny numer telefonu Gimmów. Oleiste wrażenie jednej rzeczywistości przesączającej się w drugą, niczym żółtko wylewające się przez pęknięcie w skorupce jajka. Pociągnęła łyk kawy z termosu i potarła oczy, jakby chciała się obudzić, przekonać samą siebie, że ta koincydencja domów jest prawdą, że jej nie wyśniła. Zbieg okoliczności, powiedziała sobie. W ogródku od frontu rósł niegdyś kwitnący dereń, który został ścięty dawno temu.

Moss zatrzymała swojego pick-upa przed blokadą szeryfa, a do jej okna podszedł zastępca, brzuchacz w średnim wieku i z chaplinowskim wąsikiem, co byłoby zabawne, gdyby nie znużenie w jego oczach. Chciał kazać jej zawrócić, ale opuściła szybę i pokazała swoją legitymację.

– Co to takiego?

– Kryminalne Biuro Śledcze Marynarki Wojennej – odpowiedziała przyzwyczajona do rozszyfrowywania skrótu swojej agencji. – Agentka federalna. Interesują nas ewentualne związki z wojskiem. Jest źle?

– Mój kumpel był wcześniej w środku i powiedział, że to najgorsze, co widział w życiu, po prostu najgorsze, kurwa – odparł zastępca szeryfa; oddech miał kwaśny od kawy. – Mówi, że niewiele z nich zostało.

– Są już dziennikarze?

– Jeszcze nie. Powiedziano nam, że furgonetki agencji informacyjnych są w drodze z Pittsburgha. Nie sądzę, żeby wiedzieli, co zastaną. Poza tym spokój. Proszę przejechać.

Taśma policyjna oddzielała trawnik i podjazd; biegła od słupa latarni i zakręcała wokół balustrady z kutego żelaza na ganku. Kilku techników kryminalistycznych zbiło się w gromadkę w pobliżu garażu; przerwa na papierosa. Obserwowali zbliżanie się Moss bez oznak zwyczajowego szowinizmu czy bezpośrednich spojrzeń, z jakimi spotykała się niekiedy na miejscach zbrodni; zerkając dzisiejszej nocy w jej stronę, mieli nawiedzone oczy, jakby współczuli jej z powodu tego, co będzie musiała znieść.

Wejście było zasłonięte plastikową płachtą, ale odór z domu zaatakował ją, gdy tylko zanurkowała pod tą kurtyną: mdły zapach krwi, świeżego gnicia oraz gówna zmieszany ze smrodem środków chemicznych używanych przez techników, zestawu do pobierania próbek i etanolu. Zapachy wsiąkły w nią, czuła metaliczny posmak krwi, jej ślina stała się natychmiast miedziana w smaku, jakby Moss ssała jednocentówki. Kryminalistycy w kombinezonach ochronnych tłoczyli się w przedpokoju zajęci zabezpieczaniem dowodów, robieniem zdjęć. Przed ujrzeniem nowego miejsca zbrodni Shannon ogarniała na moment nerwowa antycypacja; kiedy jednak skręciła za róg i zobaczyła, z czym ma do czynienia, cała jej nerwowość ulotniła się, zastąpiona przez naglący, pełen smutku przymus jak najszybszego poskładania z powrotem połamanych kawałków.

Na podłodze leżeli chłopiec i kobieta o zmasakrowanych twarzach, miazga mózgów, krwi i odłamków kości. Na zwłokach chłopca flanelowe spodnie, sportowa bluza jako góra od piżamy; miał dziesięć, jedenaście lat, uznała Moss. Koszula nocna kobiety była przesiąknięta krwią, gołe nogi zsiniałe, gdzie odbarwiła je bladość. Oboje opróżnili jelita, podłoga była mokra od gówna i stojącej krwi, która zebrała się na wykładzinie w postaci nieregularnych strumyków. Fetor pozbawił Shannon oddechu. Ten odór ich poniża, pomyślała, ich człowieczeństwo upodlone za sprawą smrodu kloaki i bezkształtności.

Moss poznała dawno temu technikę dysocjacyjną polegającą na przyglądaniu się ciałom przez różne soczewki, na jak największym oddzieleniu okaleczeń od osób, którymi ofiary niegdyś były – patrzyła na kolegów przez obiektyw człowieczeństwa, a na zwłoki przez pryzmat technik śledczych. Shannon potraktowała trupy przedmiotowo. Cios, który zabił kobietę, był jednym z dwóch uderzeń w jej głowę, w lewą kość jarzmową albo ciemieniową po tej samej stronie. Lewa źrenica rozlała się do wielkości sporego, czarnego spodka. Moss zauważyła, że chłopcu zerwano wszystkie paznokcie. Wyglądało na to, że także u palców stóp. Przyjrzała się kobiecie i przekonała się, że jej również usunięto paznokcie. Ktoś – bez wątpienia mężczyzna – zabił tych ludzi, po czym ukląkł w kałuży krwi, żeby pozbawić ich paznokci. Czy też zrobił to, zanim ich zamordował? Dlaczego to uczynił? Jeden z techników rozciągał nici od plam krwi na ścianach i na suficie, tworząc siatkę, która wyznaczała ognisko rozprysku – wyglądało na to, że ofiary klęczały podczas ataku czy też egzekucji. Pokój, w którym umarły, był nijaki, niegustowny, nie przypominał ani trochę wnętrza, które Moss niegdyś znała, wygodnego, przestronnego salonu w domu jej najlepszej przyjaciółki. Teraz był beżowy, z reflektorkami na szynach. Gołe ściany, żadnych obrazów, żadnych fotografii; pomieszczenie wyglądało, jakby nikt w nim nie mieszkał, jak nieruchomość przygotowana na sprzedaż.

– Shannon Moss?

Jeden z ludzi w kombinezonach ochronnych przerwał pracę. Zaczerwienione oczy, niemal szkarłatne, ciemna cera pobladła, pod nosem maść VapoRub rozsmarowana w dwóch szarych smugach.

– Agentka specjalna, Kryminalne Biuro Śledcze Marynarki Wojennej – powiedziała Moss.

Przeszedł przez pokój po podstopnicach ze stali nierdzewnej, z których technicy korzystają jak z kamieni w rzece, żeby nie zadeptywać śladów krwi. Żuł gumę.

– Agent specjalny William Brock, dowodzę tutaj. Porozmawiajmy.

Brock poprowadził ją przez wąską kuchnię, w której zgromadzeni tam ludzie nie mieli już na sobie kombinezonów ochronnych, ich koszule i krawaty były wymięte po całych godzinach pracy, a twarze wymizerowane z niewyspania. Brock zaś wyglądał na niezmordowanego, jakby szarżował agresywnie, póki morderca nie zostanie schwytany. Zły, niemal patrzący wilkiem, kiedy prowadził Moss, jakby osobiście obrażony przez to, co się tutaj stało. Miał słuszną posturę, jego baryton brzmiał donośnie w pomieszczeniu wypełnionym stłumionymi głosami.

– Tędy, prosto do tego małego pokoiku – powiedział, odsuwając cienkie harmonijkowe drzwi pomieszczenia odchodzącego od kuchni.

Resztę domu zmodernizowano bezdusznie przez lata, ale ta dziupla pozostała niezmieniona, najwyraźniej nietknięta od czasu, gdy Moss widziała ją ostatni raz. Efekt wytrącił ją z równowagi, jakby to małe wnętrze zostało zapomniane, kiedy czas przemijał. Drewnopodobne panele, jaskrawa lampa spowijająca pokój bursztynowym blaskiem. Nawet biurko z płyty wiórowej i szafki na dokumenty były podobnymi, jeśli nie tymi samymi elementami wyposażenia. Courtney znalazła kiedyś schowany w szafce plik listów, które pisali jej rodzice, kiedy się rozwodzili. Dziewczęta usiadły na frontowym ganku i czytały je sobie wzajemnie na głos – Shannon uderzyło, jak szczere, niemal dziecinne mogą być listy do żony pisane przez dorosłego mężczyznę, nieróżniące się niczym od licealnych liścików o zerwaniu; najmniejszej różnicy, pomyślała. Nic się nie zmienia. Serce się nie starzeje.

– Mamy zdjęcia ofiar? – zapytała. – Jakieś współczesne? Nie wiadomo, jak wyglądali.

– Mamy kilka albumów – odparł Brock. – Pokwitowania z fotomatu i negatywy. Przekażemy ci je po wywołaniu. Miałaś okazję obejrzeć całe miejsce zbrodni? Piętro?

– Będę musiała tam pójść – stwierdziła Moss.

Brock zasunął harmonijkowe drzwi.

– Muszę z tobą pogadać, wyjaśnić kilka spraw – powiedział, siadając za biurkiem z płyty wiórowej. – Zastępca dyrektora FBI zatelefonował w środku nocy i wyciągnął mnie z łóżka. Zwykle nie ma takiego zwyczaju. Powiedział mi, że w Canonsburgu doszło do przestępstwa, które podlega władzom federalnym, kazał odizolować to miejsce.

– Ale to nie wszystko – poddała Moss.

Brock się wyszczerzył; miał to być uśmiech, przełamanie lodów, ale przypominało grymas bólu. Przykleił gumę do żucia do srebrnego papierka i zastąpił ją nowym czarnym paskiem. Jego oddech przyniósł woń lukrecji. Shannon zauważyła ślady zębów na jego długopisie, być może rzucił palenie, pomyślała, albo próbuje to zrobić. Tuż po czterdziestce, tak między czterdziestką a pięćdziesiątką, muskularny, bywalec siłowni, uznała. Wyobraziła go sobie sparującego, boksera. Wyobraziła go sobie przebiegającego całe kilometry na ruchomej bieżni w pustych salach do ćwiczeń.

– Staram się zrozumieć, co mi powiedział zastępca dyrektora – rzekł Brock. – Ogarnąć to, co tutaj zastaliśmy. Wprowadził mnie krótko w sprawę Programu Specjalnego Dostępu, zwanego Głębokimi Wodami. – Wypowiedział te słowa niczym magiczną formułę, w oczach przemknął mu cień strachu. – Tajny program marynarki wojennej. Powiedział, że nasz główny podejrzany, Patrick Mursult, członek SEAL, jest powiązany z programem Głębokie Wody podległym Dowództwu Marynarki Kosmicznej. Polecił mi włączyć do śledztwa Shannon Moss.

Zaledwie kilka godzin temu przed tym mężczyzną otworzył się zakres możliwego świata, pomyślała Moss, obserwując, jak Brock usiłuje uwierzyć w niewiarygodne. Został wprowadzony w tajniki Głębokich Wód, ale ile mu zawierzono? Shannon pamiętała pierwszy odrealniony widok słońca błyszczącego w przestrzeni na kadłubach floty DMK, jak brylanty rozsypane na czarnym aksamicie, podniosłość, której doświadczyło niewielu ludzi. Wyobraziła sobie, jak Brock odbiera w domu telefon, wyobraziła go sobie siedzącego na brzegu łóżka i słuchającego swojego przełożonego, który opisywał mu to, co musiało brzmieć jak cuda.

– Mursult był… kimś w rodzaju astronauty – ciągnął Brock, a jego szczęki żuły lukrecję. – Głęboka Przestrzeń… Wiem, co to jest głęboka przestrzeń, rozumiem, że bywamy w Układzie Słonecznym dalej, niż się o tym informuje, ale nie pojmuję, w jaki sposób. Piana kwantowa…

Zatem powiedziano mu o Głębokiej Przestrzeni, ale nie o Głębokim Czasie, pomyślała Moss. Dowództwo Marynarki Kosmicznej miało oficjalne oblicze, było zaangażowane w Gwiezdne Wojny za czasów prezydentury Reagana, miało w budżecie Departamentu Obrony pozycję równą nakładom na Dowództwo Sił Kosmicznych i NASA, ale większość jego operacji była ściśle strzeżonymi tajemnicami. Shannon poleciała w Głęboką Przestrzeń, ale także w Głęboki Czas, podróżowała do różnych wersji przyszłości nie tylko po to, żeby zobaczyć Terminusa, ale także w związku z prowadzonymi przez siebie dochodzeniami kryminalnymi. Te przyszłości były nazywane NTP, wymawiane jak „nie te” – niedopuszczalne trajektorie przyszłości. „Niedopuszczalne”, ponieważ przyszłość była zmienna; wersje przyszłości, do których podróżowało DMK, były jedynie możliwościami rozgałęziającymi się z warunków teraźniejszości. Moss nie wolno było wykorzystywać dowodów zebranych w przyszłości, żeby przedstawić sprawę oskarżeniu w teraźniejszości, gdyż przyszłość, której była świadkiem, mogła się nigdy nie zdarzyć.

– Myśl o mnie jak o zasobie – powiedziała Shannon. – Dlatego tu jestem, dlatego poproszono cię, żebyś mnie wezwał. Mój wydział zajmuje się przestępstwami związanymi z programem Głębokich Wód.

– Nie wiem, w co mam wierzyć – przyznał się Brock. – Nie wiem, w co mam wierzyć odnośnie do Patricka Mursulta, na temat programu tajnych operacji… Wszystko to brzmi… Nie wiem, ile z tego rozumiem.

– Mamy zaginioną dziewczynę – rzekła Moss. – To nasz priorytet.

Przypomnienie o zaginionej nastolatce sprawiło, że się skupił; myśl o jakimś działaniu.

– Marian Mursult – powiedział głośno. – Siedemnastolatka…

– Marian – powtórzyła Shannon. – Znajdziemy ją. Zacznijmy od razu.

– Miejscowi byli tutaj pierwsi – poinformował ją Brock; wszelka mgła niedowierzania rozproszyła się już. – Ustalili natychmiast, że interesującą nas osobą jest Patrick Mursult, zrozumieli, że to on zabił swoją rodzinę. Kiedy policjanci z Canonsburga znaleźli dokumenty, z których wynikało, że Mursult jest marynarzem, zadzwonili do centrum rezerwistów, żeby informować na bieżąco marynarkę. Potwierdzili jego tożsamość, służył w marynarce podczas wojny w Wietnamie, musiał być dzieciakiem.

– Czego jeszcze się dowiedziałeś?

– Twój przełożony przesłał mi na temat Mursulta faks z Narodowego Archiwum Personelu Wojskowego w St. Louis – kontynuował Brock. – Ogólne informacje o nim, streszczenia. Navy SEAL pod koniec lat siedemdziesiątych. Służył w Dowództwie Marynarki Kosmicznej na początku lat osiemdziesiątych. Mat pierwszej klasy, ale jego akta urywają się w 1983 roku. Okazuje się, że facet zniknął z radarów, wszystko na nazwisko żony. Oficjalny status: zaginiony w akcji.

Moss pomyślała: Marynarz, żyjący w cieniu, zaginiony w akcji marynarz DMK. Żołnierz zaginiony w Głębokich Wodach to tragedia, ale uznany za zaginionego marynarz, żyjący w ukryciu, który pojawia się w ten sposób, stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego.

– Musimy go natychmiast odnaleźć.

– Możemy dowiedzieć się czegoś bardziej konkretnego o tym facecie? – zapytał Brock.

– Będę współpracowała z moim dyrektorem, ale NCIS jest cywilnym organem – odparła Moss. – Mam certyfikat dostępu do ściśle tajnych informacji, tak jak i ty, ale dane na temat programu Głębokie Wody są udostępniane według potrzeb chwili i stopnia poufności. Możemy działać wyłącznie na podstawie tego, co powie nam marynarka.

Brock wypluł gumę do żucia do opakowania i pstryknięciem posłał pakiet do kosza na śmieci.

– Skupmy się na tym, co już wiemy – zaproponował. – Sprawca obudził swoje ofiary, zebrał je w salonie, po czym zaatakował.

– Czym? – zapytała Moss.

– Toporem – odparł Brock.

Wyobraziła sobie klęczących kobietę i chłopca, mlaszczący cios, uniesienie siekiery przed kolejnym zamachem. Unicestwienie rodziny równie proste jak rąbanie drewna.

– Jakiś powód, żeby wątpić, że uczynił to Patrick Mursult? – zapytała.

– Żadnego – powiedział Brock. – Ale mógł mieć wspólnika. Sąsiadka, która wezwała policję, wspomniała o jego przyjacielu, facecie jeżdżącym czerwonym pick-upem z rejestracją z Wirginii Zachodniej. Koncentrujemy się na tym pojeździe, próbujemy znaleźć jego właściciela. Opisała go jako kłopotliwego, zawsze blokował jej podjazd. Półciężarówka z nalepkami na zderzakach. Rozejrzyjmy się na górze.

Moss wyszła za Brockiem z pokoiku. Zanurkował pod taśmą policyjną, powiódł ją na górę, wspinaczka, jaką odbywała niezliczoną ilość razy, idąc za Courtney, której pokój był pierwszy po prawej. Poręcz ze skręconego metalu, znajome wrażenie, że obraca się jej w dłoni. Wchodziła teraz po schodach na wpół świadomie, ruch jej protezy niezbyt płynny, mechaniczny. Brock przystanął na ostatnim stopniu, przyglądając się wspinaczce Moss, zdawał się ją obserwować, niemal gotów złapać, gdyby miała polecieć do tyłu albo się przewrócić. Shannon miała po dziurki w nosie tych niezręcznych chwil, kiedy ludzie się orientowali, że pracują z osobą po amputacji, i próbowali wykombinować, jak ją mają traktować.

– Co zaszło na górze? – zapytała.

– Jessica, jego siedmioletnia córka, uciekła przed początkową napaścią – wyjaśnił Brock. – Wbiegła tutaj.

Pokój Courtney. Brock oparł dłoń na gałce drzwi.

– Mam dwie córki – powiedział. – Dwie piękne córki…

Otworzył drzwi i wpuścił Moss do środka; powrót do tego pokoju był jak wpełzanie z powrotem do kokonu. Pamiętała malowanie tych ścian na kolor różu o nazwie „guma do żucia” w czasie wakacji po szóstej klasie, odsączanie wałka na pochyłej tacce, Courtney krzyczącą za każdym razem, kiedy na jej czarne loki spadała paćka farby z sufitu. Pamiętała wydmuchiwanie papierosowego dymu przez żaluzję okienną w upalne lato, AC/DC na talerzu gramofonu, Powerage, aż płyta była tak zdarta, że nie odtwarzało się nic więcej poza kilkoma pierwszymi sekundami What’s Next to the Moon. Pokój był obecnie w kolorze lawendy, z białą komodą i piętrowym łóżkiem – córki Mursultów musiały go dzielić. Zeppelin i Van Halen zostali zastąpieni przez DiCaprio, Romeo i Julia, ale pomieszczenie wydawało się takie samo. Ciało Jessiki Mursult znaleziono w rogu, tam gdzie dawniej stało łóżko Courtney. Koszula nocna małej była w strzępach, na plecach ziała głęboka rana, jak rozdziawione usta między łopatkami odartymi ze skóry.

Biedna dziewczynka. Biedna dziewczynka…

– Dobrze się czujesz? – zapytał Brock.

– Gdzie są ich paznokcie? – Shannon odpowiedziała pytaniem, wzrok miała rozmyty, ale zauważyła, że na palcach dłoni i stóp dziecka także brak paznokci.

– Zbladłaś – stwierdził. – Chcesz usiąść?

– Nic mi nie jest…

Zachwiała się, Brock podtrzymał ją, opierając dłoń na jej plecach.

– Dziękuję – powiedziała, chociaż nadal była oderwana od rzeczywistości. Poczuła przelotne zażenowanie. Weź się w garść, pomyślała. – Jestem… Nie wiem, co jest nie tak – dodała. – Przepraszam.

Brock wyprowadził ją na korytarz.

– Posłuchaj – odezwał się, zamykając za nimi drzwi pokoju. – Każdemu trudno znieść podobny widok, zwłaszcza jeśli się do tego nie przywykło. Nie ma sprawy, jeśli jest ci trochę słabo.

– Muszę ci coś powiedzieć – rzekła. – To jest… Trochę mi trudno dzisiejszej nocy, to jest niesamowite. Znam ten dom.

– Mów dalej.

– Dorastałam tutaj – powiedziała. – Praktycznie mieszkałam w tym domu jako dziecko. Mieszkała tutaj moja najlepsza przyjaciółka. Courtney. Nazywała się Courtney Gimm. To był jej pokój. Spędziłam w nim mnóstwo czasu. Dokładnie tam stało jej łóżko.

– Bez jaj.

– Wytrąciło mnie to z równowagi, ale nic mi nie jest – zapewniła go Moss. – Kiedy zadzwonił Nestor i powiedział, że do zbrodni doszło przy Cricketwood Court…

Oparła się o ścianę; dotykając jej, czuła się tak, jakby mogła zedrzeć ten współczesny świat i ujrzeć ponownie swoją przyjaciółkę, być nadal jej przyjaciółką, jakby czas w ogóle nie upłynął, jakby mogła wejść do dawnej sypialni, do minionego świata. Samozaciskowych bransoletek, plastikowych butów, kolorowych obrączek na aparacie ortodontycznym Courtney.

– Bawiłyśmy się w lesie za tymi domami – powiedziała Shannon. – Paliłyśmy tam papierosy.

Opalanie się w fotelach ogrodowych, dzielenie się piwem. Ojciec Courtney pracował na nocną zmianę, miały więc dom wyłącznie dla siebie, bo jej matka mieszkała w Pittsburghu ze swoim chłopakiem. Gandzia w niektóre wieczory, gdy Courtney udało się ją zdobyć, ale przeważnie siedziały po prostu do późna, oglądając telewizję, następnego dnia w szkole miały zaczerwienione oczy. W niektóre noce imprezowały z innymi dziewczynami na boisku. W inne z chłopakami. W niektóre wieczory Courtney, Shannon oraz chłopaki, których poderwały w centrum handlowym, upalali się, pili i migdalili, nic poważnego, tylko pieszczoty, pocałunki i robienie dobrze ręką kończące się późno w nocy zapachem mydła i spermy.

– Chryste, straciłam dziewictwo w pokoju na końcu tego korytarza – odezwała się. Brat Courtney, Davy Gimm; widziała jego twarz tak wyraźnie, jakby była z nim zaledwie wczoraj. On w klasie maturalnej, ona w pierwszej, kiedy chwycił w garść jej włosy i pocałował ją, wsunął dłoń pod jej bluzkę, rozpiął sobie dżinsy i położył jej ręce na sobie. Twardniejącym w jej dłoniach. Uczucie jego ciężaru na niej, jego wciskania się w nią. – Przepraszam, nie powinnam była tego mówić.

– Chodźmy zaczerpnąć świeżego powietrza – powiedział Brock. – Dasz radę zejść po schodach?

– Poradzę sobie – odparła. – Zejdę za chwilę.

Pierwszą noc z Davym Gimmem spędziła w małej sypialni na końcu korytarza, w pomieszczeniu przypominającym bardziej składzik czy pokój dziecięcy niż właściwą trzecią sypialnię. Pamiętała noże, które Davy kupił na pchlim targu, plakat z Christie Brinkley ze „Sports Illustrated”. Leżeli na skrzypiącym podwójnym łóżku, czuła jego niecierpliwe palce gmerające pod jej elastycznymi szortami, wilgotny oddech na karku. Pamiętała dźwięki, które wydawał przez sen, gdy leżała rozbudzona, a blask księżyca skradał się po modelce prezentującej kostiumy kąpielowe.

Zanim otworzyła drzwi dawnej sypialni Davy’ego Gimma, Moss odczekała, aż usłyszy z dołu głos Brocka – wejście do tego pokoju było jak wkroczenie w kosmos, gromady gwiazd i konstelacje zodiakalne wybuchały z nieskończonej ciemności. Pstryknęła włącznik światła, częściowo licząc może, że zobaczy plakat z Christie w kostiumie kąpielowym i kolekcję noży, ale zamiast tego ujrzała pokój małego chłopca, o ścianach upstrzonych naklejkami gwiazd, które świeciły w ciemnościach. Głupie; pożałowała tego, co powiedziała Brockowi, rozumiejąc, że powinna była trzymać buzię na kłódkę, że nie powinna w ogóle mówić nic o tym domu. Brak profesjonalizmu, chwila słabości. Widziała pokój nie taki, jaki był wcześniej, ale taki, jaki jest teraz – pokój zamordowanego dziecka.

Znalazła Brocka na dole. Trawniki przy Cricketwood Court srebrzył szron, jego kwiaty rozpościerały się na przednich szybach zaparkowanych samochodów. W sąsiednim segmencie na piętrze zaświeciło się światło.

– Gdzie w tym czasie była Marian? – zapytała. – Czy ktoś ją widział?

– Wszyscy sąsiedzi ją znają, ale nie było jej tutaj – odparł Brock. – Od piątku. Dzwonimy teraz po nocy do członków rodziny i przyjaciół, próbując ją odnaleźć.

– Wspomniałeś, że Mursult ma kumpla jeżdżącego czerwoną półciężarówką – powiedziała Moss. – Ktoś zna tego faceta?

– Nikt – rzekł Brock. – Sąsiedzi zauważyli to auto, bo często parkował je na ulicy, ale Mursult i jego kompan trzymali się na uboczu.

– Sądzę, że powinniśmy posunąć się dalej i rozpowszechnić komunikat o zaginięciu dziewczyny.

– Może się znaleźć – stwierdził Brock. – Może być w domu przyjaciółki. Sprawdzamy wszędzie.

Alarmowy system powiadamiania o zaginionych był nowością, przypomniała sobie Shannon, nie tak powszechną, jak kiedyś się stanie.

– To nam pomoże – powiedziała. – Ktoś mógł ją widzieć.

Brock spojrzał na podświetlaną tarczę swojego zegarka.

– Moss, twoje biuro znajduje się w SISK, zgadza się? – spytał.

SISK to Służby Informacyjne Sądownictwa Kryminalnego, ośrodek nerwowy FBI, niedawno ukończony kampus, krystaliczna osobliwość stojąca wśród wzgórz na pustkowiach Wirginii Zachodniej nieopodal Clarksburga. Budynek należał do FBI, ale wobec braku obiektów marynarki wojennej czy piechoty morskiej w tym rejonie umieszczono tam siedzibę Kryminalnego Biura Śledczego Marynarki Wojennej.

– Mieszkasz tam? – zapytał. – W pobliżu Clarksburga?

– Zgadza się.

– Moja żona, Rashonda, pracuje w SISK, w laboratorium daktyloskopii. Może wpadłyście na siebie.

– Jesteś mężem Rashondy Brock? – zdziwiła się Moss. W biurach SISK pracowało kilka tysięcy ludzi, ale Rashonda Brock, jako zastępczyni asystenta dyrektora Wydziału Laboratoriów, była dobrze znana. Gabinet Shannon znajdował się w pobliżu przedszkola ośrodka, więc chociaż nie poznała osobiście żony Brocka, to w większość poranków widziała Rashondę, która w nawałnicy objęć i pocałunków zostawiała tam dwie córki. – Wydaje mi się, że widziałam jakieś malunki waszych dzieci – powiedziała. – Brianna i Jasmine, prawda? Fioletowe dinozaury…

– Barney – potwierdził Brock, uśmiechając się i chichocząc. – Wszystko jest dinozaurem Barneyem, ściany pokoju Brianny są nim upstrzone.

Moss zrozumiała, jak to jest, że Rashonda może pasować do Brocka; pulchna, wysoka, zawsze promienna kobieta musiała doznawać ciepłego uczucia satysfakcji za każdym razem, kiedy rozśmieszyła swojego poważnego męża.

– Przyjechałaś więc z okolic Clarksburga? To ile stąd, godzina jazdy, półtorej? – zapytał, wyławiając z kieszeni marynarki kopertę z kartą magnetyczną do drzwi. Podał ją Shannon. – Wynajęliśmy w pobliżu kompleks pokoi, nie wracaj dzisiaj w nocy do Clarksburga. Z samego rana będziesz musiała znowu być tutaj.

– Dobrze, przenocuję – powiedziała, oceniając zmianę w zachowaniu Brocka. Złagodniał, odkąd zauważył jej protezę i od wspomnienia o żonie.

– Głębokie Wody – rzekł, patrząc w niebo, chociaż pokrywa chmur uniemożliwiała dojrzenie gwiazd. – W dzieciństwie marzyłem o zostaniu astronautą. Dziadkowie zabrali mnie na przylądek Canaveral, żebym się przyjrzał startowi rakiety. To był najpiękniejszy widok do narodzin moich córek.

Moss widziała mknące o świcie błyski ognia, rakiety wznoszące się i znikające z pola widzenia.

– To zawsze jest piękne, za każdym razem – stwierdziła.

– Prześpij się – powiedział Brock. – Mój zespół będzie nadal pracował w nocy. Spotkanie na temat postępów, ze wszystkimi zaangażowanymi, o dziewiątej rano, a potem konferencja prasowa.

Kiedy odjeżdżała z Cricketwood Court, z Hunting Creek, pragnienie oddalenia się od tego domu czuła jak pieczenie barków i pleców. Hotel zarezerwowany przez Brocka to był Best Western, znajdujący się bliżej Waszyngtonu w Pensylwanii, ale przed wjazdem na siedemdziesiątkędziewiątkę zrobiła pętlę na parkingu Pizza Hut, który graniczył z Chartiers Creek. Tutaj została zamordowana Courtney, w listopadzie, w drugiej klasie liceum. Pizza Hut wyglądała tak samo jak zawsze, niezmieniona od czasu, kiedy Moss była tutaj, ceglany budynek z półkolistym blaszanym dachem, z tyłu dwa kontenery na śmieci, niebieskie w świetle reflektorów jej auta. Zwłoki Courtney pozostawiono między tymi pojemnikami. Moss policzyła godziny; niemal trzydzieści trzy od czasu, gdy ostatni raz widziano Marian Mursult. Shannon pojechała do hotelu, rozmyślając o swojej martwej przyjaciółce, myśląc o zaginionej dziewczynie. O paznokciach zerwanych z palców dłoni i stóp zabitych. Czy Patrick Mursult zamordował swoją rodzinę? Gdzie był teraz?

Moss trzymała w bagażniku podręczną torbę z dwiema zmianami ubrań i kosmetyczką, będąc w każdej chwili gotowa do wyjazdu. Rozebrała się w pokoju hotelowym, odjęła protezę, usunęła wkładkę; wilgotny podmuch, ostra woń potu rozbudziły ją na moment. Wzięcie prysznica było trudne z powodu braku uchwytów dla niepełnosprawnych, ale kiedy woda zrobiła się ciepła, usiadła na krawędzi wanny, przerzuciła nogę ponad jej brzegiem, a potem ześlizgnęła się po emaliowanym wnętrzu i usiadła na macie antypoślizgowej. Lała się na nią gorąca woda. Umyła włosy, zużywając cały hotelowy szampon, starając się zmyć z siebie zapach rozkładu i krwi. Pozbawiona kul i wózka, przemieściła się, skacząc po wykładzinie, po czym wślizgnęła się pod świeżo wyprasowaną pościel i otuliła kołdrą. Przy opuszczonych żaluzjach i wyłączonym świetle pokój był cudownie ciemny. Zimny. Obróciła się, chciała zasnąć, ale ujrzała ciała kobiet i dzieci przedstawione w postaci wielkich krwawych łuków i rozkwitających ran. Pomyślała o Marian – nadal żywej, proszę, niech będzie żywa – ale nie wiedziała, jak dziewczyna wygląda, więc jej wyobraźnię wypełniła podobizna Courtney Gimm, a jej myśli pognały ku ostrzom siekier kruszących kości oraz ku ranom, które się rozwierały niczym usta. Spocona, rzucała się na materacu, zaplątana w pościel; w pokoju unosiła się cierpka woń jej wkładki protetycznej. Usiadła i pomacała ręką po ciemku w poszukiwaniu pilota. Wszystkie lokalne stacje donosiły o zamordowaniu rodziny w hrabstwie Waszyngton, na przedmieściach Canonsburga. Moss przymknęła oczy, gdyż raził ją jaśniejący coraz bardziej ekran telewizora – ujęcia sąsiednich dachów z lotu ptaka, film z blokady szeryfa, jego zastępca z chaplinowskim wąsikiem podciągał spodnie przy kozłach zapór.

Pierwsze doniesienie o zaginionej zostało nadane przed piątą rano. Marian Tricia Mursult. Lat siedemnaście, zamieszkała w Canonsburgu w Pensylwanii. Na zdjęciu opalona, piegowata, w obciętych dżinsach i podkoszulce na ramiączkach, o włosach prostych, czarnych jak węgiel. Shannon zatchnęło na widok podobieństwa między zaginioną dziewczyną a jej przyjaciółką, obie zwyczajnie piękne, o długich, ciemnych włosach. Moss była wyszkolona do podróży w czasie, przyzwyczajona do przeżywania przyszłych zdarzeń, jakby rozgrywały się na terra firma teraźniejszości, ale to déjà vu było czymś innym, jakby przyłapała świat na powtarzaniu się – dom, dziewczęta – jakby zobaczyła coś, czego nie powinna była widzieć, mechaniczną powtórkę cyklicznego czasu. A może podobieństwo dziewczyn było czymś dużo rzadszym, czymś jak druga szansa? Straciła Courtney, ale nadal mogła ocalić Marian. Shannon rozluźniła się w łóżku, pocieszyła tym, że ludzie będą szukali dziewczyny, że być może ktoś już ją widział, mógł wiedzieć, gdzie przebywa, bezpieczna, bezpieczna, ale kiedy zasypiała, mając przed sobą zaledwie kilka godzin snu, Moss niemal czuła, że ciało dziewczyny stygnie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł oryginału: The Gone World

Copyright © 2018 by Thomas Sweterlitsch

All rights reserved including the right of reproduction in whole or in part in any form. This edition published by arrangement with G.P. Putnam’s Sons, an imprint of Penguin Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2018

Informacja o zabezpieczeniach

W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Agnieszka Horzowska

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Krzysztof Rychter

Ilustracja na okładce: Igor Morski

Wydanie I e-book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Świat miniony, wyd. I, Poznań 2019)

ISBN 978-83-8062-690-4

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel.: 61 867 81 40, 61 867 47 08

fax: 61 867 37 74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer