Wydawca: Bernardinum Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 359 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Świat Marii - Graziano Versace

Tej nocy nie czuła niczyjej obecności.

Głosy były spokojne, a może nawet zupełnie sobie odeszły.

Giovanni Buscemi, zwany magiem, jest psychoterapeutą, który niedawno wrócił do Cittanova w Kalabrii, skąd wyjechał jeszcze jako młody chłopak, by podążyć za swoimi marzeniami. W miasteczku spotyka Livię Antoniettę, swoją młodzieńczą miłość. Kobieta prosi go, by pomógł Marii, siedemnastolatce, którą matka uważa za opętaną przez szatana.

Giovanni rozpoczyna terapię i siłą słowa zaczyna drążyć w przeszłości dziewczyny osieroconej przez ojca i wychowywanej w surowym środowisku. Co nęka Marię i czyni ją ofiarą konwulsyjnych ataków, tak przerażających, że sprawia wrażenie opętanej? Choć leczenie zdaje się odnosić skutek, to jednak dziewczyna wciąż coś ukrywa w sercu.

Tymczasem w Cittanova ktoś rozpuszcza plotki, jakoby w rzeczywistości między lekarzem a pacjentką wywiązał się romans. Maria zostaje zaatakowana słownie i fizycznie przez niektóre kobiety z miasteczka. Dopiero Giovanni – który nawiązał na nowo uczuciowe więzi z Livią – uratuje ją przed nimi i zdoła, dzięki swojej cierpliwości i intuicji, uwolnić dziewczynę od jej wewnętrznych demonów, które częściowo biorą początek w pewnym zdarzeniu sprzed wielu lat.

Opinie o ebooku Świat Marii - Graziano Versace

Fragment ebooka Świat Marii - Graziano Versace

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

Tut­to il mon­do den­tro

© Edi­zio­ni San Pa­olo s.r.l., 2011

© Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o., Pel­plin 2013

Re­dak­cja

Ju­sty­na Ma­lu­ga

Pro­jekt okład­ki

Mar­cin Li­piń­ski

Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o.

ul. Bi­sku­pa Do­mi­ni­ka 11, 83-130 Pel­plin

tel. 58 536 17 57; fax 58 536 17 26

ber­nar­di­num@ber­nar­di­num.com.pl

www.ber­nar­di­num.pl

Skład:

Dru­kar­nia Wy­daw­nic­twa „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o., Pel­plin

ISBN 978-83-7823-105-9

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Mo­jej mat­ce

1

To Li­via An­to­niet­ta, kraw­co­wa, po raz pierw­szy po­wie­dzia­ła mu o Ma­rii. Spo­tka­li się pew­ne­go mgli­ste­go i mży­ste­go ran­ka pod krzy­żem, na dro­dze pro­wa­dzą­cej do miej­sca, gdzie gru­pa ko­biet nadal cho­dzi­ła prać, wy­ko­rzy­stu­jąc do tego ba­lie i wodę z po­to­ku. Za­py­taw­szy go o pra­cę, opo­wie­dzia­ła mu o Ma­rii, opę­ta­nej. Nikt nie wie­dział, co się z nią sta­ło. Ni stąd, ni zo­wąd za­czę­ła się za­cho­wy­wać jak wa­riat­ka, prze­sta­ła jeść, ubie­rać się, mó­wić. Sta­ła się obłą­ka­na, a jej mat­ka ro­bi­ła wszyst­ko, żeby to ukryć. Wzy­wa­li na­wet księ­dza Edo­ar­da, aby od­pra­wił nad nią eg­zor­cy­zmy, aby wy­pę­dził dia­bła, ale no­wen­ny i woda świę­co­na na nie­wie­le się zda­ły. Li­via An­to­niet­ta nie szczę­dzi­ła szcze­gó­łów, to­też Gio­van­ni Bu­sce­mi, słu­cha­jąc jej opo­wia­da­nia, po­czuł w cie­le daw­ny dreszcz. Wró­cił do Cit­ta­no­va kil­ka mie­się­cy temu, ale lu­dzie nadal na­zy­wa­li go ma­giem. Wró­cił ten, któ­ry in­te­re­so­wał się kar­ta­mi, ta­ro­tem, prze­po­wied­nia­mi. Ten, któ­ry wy­je­chał przed kil­ko­ma laty, za­po­mi­na­jąc o swo­jej mat­ce, za­po­mi­na­jąc o zmar­łych. Ni­jak nie dało się wy­tłu­ma­czyć po­wo­dów jego po­stę­po­wa­nia ani za­in­te­re­so­wa­nia me­to­da­mi wró­że­nia. Dla in­nych po­zo­stał Gio­van­nim Bu­sce­mim, wróż­bi­tą zdol­nym czy­tać lu­dziom w oczach, aby po­znać ich ży­cie, a po­tem to wy­ko­rzy­stać do wła­snych ce­lów.

Li­via An­to­niet­ta spoj­rza­ła na nie­go ba­daw­czo, być może chcąc przy oka­zji do­strzec na jego twa­rzy wy­raź­ne ozna­ki sta­rze­nia się.

– Vin­cen­zi­na, jej mat­ka, jest za­ła­ma­na. Nie może zna­leźć spo­ko­ju. Jak przyj­dziesz, przed­sta­wię ci ją – po­wie­dzia­ła.

– Ale ja nic nie je­stem w sta­nie po­ra­dzić.

– To nie le­czysz wa­ria­tów?

– Nie­zu­peł­nie.

Li­via An­to­niet­ta lek­ko się uśmiech­nę­ła. Za­wsze była pięk­na, peł­na ży­cia, atrak­cyj­na. Te­raz zmarszcz­ka prze­ci­na­ła jej pra­wy po­li­czek, za­krę­ca­jąc na wy­so­ko­ści pod­bród­ka, po­ni­żej warg. Zbli­ża­ła się już do pięć­dzie­siąt­ki, ale pier­si mia­ła nadal jędr­ne i kształt­ne. Wło­sy roz­wia­ne, po­fa­lo­wa­ne, jak­by chcia­ła po­ka­zać, że wciąż coś w niej kwit­nie. Nig­dy nie wy­szła za mąż.

– W ta­kim ra­zie, czym się kon­kret­nie zaj­mu­jesz? – za­py­ta­ła.

– Je­stem psy­cho­te­ra­peu­tą – wy­ja­śnił.

– Psy­cho­lo­giem?

– Le­ka­rzem du­szy.

– To jest ja­kaś róż­ni­ca? – spy­ta­ła z cie­ka­wo­ścią.

– Po­wie­dział­bym, że ra­czej tak.

Li­vię An­to­niet­tę jesz­cze bar­dziej to za­in­try­go­wa­ło.

– Czy na­praw­dę moż­na le­czyć du­sze?

– Chciał­bym umieć ci od­po­wie­dzieć. – Gio­van­ni uśmiech­nął się.

– Umów­my się, że któ­re­goś dnia wy­ja­śnisz mi to le­piej na spo­koj­nie – po­wie­dzia­ła.

Za­brzmia­ło to jak obiet­ni­ca albo za­pro­sze­nie. Mia­ła we wło­sach wstąż­kę, taki na­wyk z mło­do­ści. Kie­dy się że­gna­li, w jej oczach prze­mknął ja­kiś błysk. Gio­van­ni po­szedł da­lej uli­cą Gri­mal­die­go i ru­szył w dół aż na plac Świę­te­go Ro­cha. Mimi sie­dział przed do­mem na swo­im krze­seł­ku i wy­pla­tał spraw­ny­mi rę­ka­mi ko­szy­ki, któ­re póź­niej syn Pie­ro sprze­da na tar­gu. Zim­ny wiatr z pół­no­cy za­wie­wał od stro­ny kasz­ta­no­we­go la­sku, nie na­po­ty­ka­jąc na żad­ne prze­szko­dy wzdłuż bi­tej dro­gi, koń­czą­cej się nie­opo­dal ziem­ne­go na­sy­pu. Mimi po­zdro­wił go i za­pro­sił na kawę wzmoc­nio­ną any­żów­ką. Znał go od dziec­ka, ale te­raz trak­to­wał z pew­nym re­spek­tem, jak­by do koń­ca nie wie­dział, z kim ma do czy­nie­nia. Gio­van­ni przy­siadł się do nie­go. Wy­cho­wał się w tej dziel­ni­cy, a te­raz wi­dział ją opu­sto­sza­łą i po­zba­wio­ną smar­ka­czy krę­cą­cych się do­ko­ła.

Po dru­giej stro­nie uli­cy, na lewo od wy­bru­ko­wa­ne­go pla­cu, znaj­do­wa­ła się bra­ma li­ceum ogól­no­kształ­cą­ce­go. Oko­ło po­łu­dnia plac wy­peł­niał się ucznia­mi. Lu­bił wy­cho­dzić o tej po­rze dnia, wte­dy wra­ca­ło tu ży­cie. Śmie­chy i ra­dość mło­dzie­ży pod­no­si­ły go na du­chu, spra­wia­ły, że czuł się mniej obco. Wy­peł­nia­ły pust­kę tych uli­czek, ska­za­nych na wy­nisz­cze­nie, tak­że w jego pa­mię­ci.

Po co tu wró­cił? Co chciał od­na­leźć? Mat­ki już nie ma, ale jego dom po­zo­stał je­dy­nym miej­scem mo­gą­cym mu za­pew­nić ja­kieś schro­nie­nie, dom ze sta­ry­mi po­ko­ja­mi, któ­re wciąż udzie­la­ły mu go­ści­ny. Po­mógł Mi­mie­mu prze­cią­gnąć sznu­rek gru­bo­ści po­wro­zu mię­dzy splo­ta­mi mięk­kie­go jesz­cze drew­na, po­tem wy­pił kawę i po­że­gnał się z nim. Ude­rzył go gwał­tow­ny po­wiew wia­tru. Ru­szył w dro­gę po­wrot­ną, cho­wa­jąc się cały w kurt­ce. Smak any­żu w ustach to­wa­rzy­szył mu do sa­me­go domu.

2

Lu­dzie za­wsze się go bali, jego ga­da­tli­wo­ści, jego oczu jak u prze­stęp­cy. Uwa­ża­li, że nie za­słu­gu­je na za­ufa­nie, jest kłó­tli­wy i kry­ty­kanc­ki – jak­by był już star­cem. Kie­dy jed­nak sia­dał na pro­gu domu z książ­ka­mi w ręku, zmie­niał się jego wy­gląd, jak­by cała ta wście­kłość, to wzbu­rze­nie na­gle prze­ra­dza­ły się w pra­gnie­nie wie­dzy, chęć po­zna­wa­nia. Gdy miał za­le­d­wie dzie­sięć lat, od­krył bi­blio­te­kę księ­cia Al­ber­ta i gdy tyl­ko mógł, pro­sił swo­ją ku­zyn­kę An­ge­li­nę, by po­szła z nim wy­po­ży­czyć parę ksią­żek bez wie­dzy wła­ści­cie­li, któ­rzy od za­koń­cze­nia woj­ny co­raz mniej cza­su spę­dza­li w Cit­ta­no­va.

Sta­jąc przed pół­ka­mi, któ­ry­mi za­sta­wio­ne były całe ścia­ny, Gio­van­ni pod­no­sił wzrok i wpa­try­wał się w książ­ki usta­wio­ne tak wy­so­ko, że na­wet nie był w sta­nie od­czy­tać ich ty­tu­łów. Wcho­dził wte­dy na dra­bin­kę i po ko­lei brał to­mi­ska do ręki, wer­tu­jąc kart­ki i czy­ta­jąc in­for­ma­cje na skrzy­deł­kach okła­dek, sta­rał się uchwy­cić nie­ja­sny sens nie­któ­rych sfor­mu­ło­wań lub pew­nych ty­tu­łów. Przez dłu­gi czas spał ze słow­ni­kiem po­ło­żo­nym obok wy­pcha­ne­go weł­ną ma­te­ra­ca. Bu­dził się o pia­niu ko­gu­ta w swo­im po­ko­iku na pod­da­szu i gdy tyl­ko pierw­sze pro­mie­nie słoń­ca zaj­rza­ły przez okno, otwie­rał słow­nik, by wró­cić do lek­tu­ry i na­uki słów. W tam­tym cza­sie w jego ży­ciu nic in­ne­go nie ist­nia­ło. Wsta­wał, mył się, po­ma­gał dziad­ko­wi w wy­ro­bie twa­ro­gu, a po­tem ru­szał do szko­ły, pie­szo, w kil­ka­krot­nie pod­ze­lo­wa­nych bu­tach i z pra­gnie­niem w ser­cu, by po­zna­wać co­raz wię­cej i wię­cej.

Jako pierw­szy z dziel­ni­cy po­szedł na uni­wer­sy­tet. Stu­dio­wał psy­cho­lo­gię i wte­dy za­czął go ogar­niać ja­kiś dziw­ny nie­po­kój, jak­by cho­ro­ba zmy­słów. Prze­niósł się do Szwaj­ca­rii, naj­pierw do Zu­ry­chu, po­tem do Lu­ga­no, aby wresz­cie wy­ko­rzy­stać do­świad­cze­nie psy­cho­ana­li­tycz­ne na­gro­ma­dzo­ne przez lata roz­ma­itych se­an­sów i po­dró­ży. Wła­śnie tego naj­bar­dziej pra­gnął: głę­bo­ko wnik­nąć w umy­sły in­nych lu­dzi, od­szu­kać źró­dło wszel­kich cho­rób psy­chicz­nych, przy­nieść ra­tu­nek swo­im pa­cjen­tom, za­wład­nąć ich do­świad­cze­nia­mi, hi­sto­ria­mi. Naj­bar­dziej in­te­re­so­wał go ich spo­sób od­czu­wa­nia lub – jed­nym sło­wem – ich cier­pie­nie. Ból ist­nie­nia, ży­cia. Czy on wła­śnie leży u pod­staw wszel­kie­go cier­pie­nia? A może nę­kał go ja­kiś bar­dziej sub­tel­ny i ukry­ty nie­po­kój? Na co może się przy­dać jego wie­dza, sko­ro czas pły­nie bez­li­to­śnie? I czyż to do­pa­da­ją­ce go cza­sa­mi, za­kra­da­ją­ce się do jego wnę­trza po­czu­cie wszech­mo­cy nie było przy­pad­kiem owo­cem pa­ni­ki, któ­ra spra­wia­ła, że gdy tyl­ko się ono po­ja­wia­ło, jego oczy za­cho­dzi­ły biel­mem, czy­niąc go śle­pym?

Póź­niej, któ­rejś nocy, otwo­rzył oczy, krzy­cząc w ciem­no­ści. Nie od razu zro­zu­miał, co się sta­ło. Z tru­dem ła­pał od­dech i miał wra­że­nie, że leży w ka­łu­ży, a jego ple­cy nie­ru­cho­mo przy­le­ga­ją do ja­kie­goś mięk­kie­go pod­ło­ża. Przej­mu­ją­cy ból w pier­si roz­sze­rzał się, za­ty­ka­jąc mu gar­dło. War­gi po­wil­got­nia­ły, chy­ba od śli­ny, a we wnętrz­no­ściach coś za­bur­cza­ło, pró­bu­jąc się wy­do­stać przez usta. Czuł, że zbie­ra mu się na wy­mio­ty. Zo­ba­czył ja­kiś cień, fa­lu­ją­ce wło­sy, a po­tem już nic. Po­ma­cał pier­si i wy­czuł nóż. Był wbi­ty na wy­so­ko­ści most­ka, głę­bo­ko, cios mu­siał być za­da­ny cel­nie i pre­cy­zyj­nie. Prze­su­nął pa­lec na brzeg otwar­tej rany i prze­szył go dreszcz. Ocie­kał wła­sną krwią, ale nie był w sta­nie jej zo­ba­czyć. Uno­sił się jak­by w próż­ni, w wo­dzie, któ­ra mia­ła te­raz kon­sy­sten­cję jego pa­ni­ki. Nie był w sta­nie po­ru­szyć rę­ka­mi. Świa­tło zni­kło, a on nie po­tra­fił w tej chwi­li na­wet po­wie­dzieć, w któ­rej czę­ści łóż­ka leży na wznak. Nie mógł doj­rzeć lam­py po­sta­wio­nej na pod­ło­dze ani od­wró­cić gło­wy, by spró­bo­wać ją od­szu­kać.

Kil­ka go­dzin wcze­śniej po raz enty od­był sto­su­nek płcio­wy, ko­lej­ne przy­kre zjed­no­cze­nie ciał, któ­re nie da­wa­ło mu już żad­nej przy­jem­no­ści. Spró­bo­wał za­wo­łać Mag­dę, swo­ją to­wa­rzysz­kę, ale nie od­po­wie­dzia­ła. Spró­bo­wał jesz­cze raz, usi­łu­jąc prze­bić się przez ci­szę domu, ale jego ostat­nie sło­wa uwię­zły mu w gar­dle, zdu­szo­ne pła­czem. Tkwił tak bez ru­chu, pa­trząc w su­fit prze­sło­nię­ty cie­nia­mi, aż w koń­cu za­mknął oczy pe­wien, że umie­ra.

Prze­bu­dził się w łóż­ku szpi­tal­nym. In­ten­syw­ny za­pach ja­śmi­nów uno­sił się w sali, przy­no­sząc z sobą po­wiew lata. Do jego łóż­ka pod­bie­gła od razu pie­lę­gniar­ka, by go uspo­ko­ić co do sta­nu zdro­wia. Był w śpiącz­ce przez mie­siąc, ale te­raz już moż­na po­wie­dzieć, że się wy­ka­ra­skał. Za­py­tał o Mag­dę, ale jej nie było. Po­li­cja przez wie­le mie­się­cy pró­bo­wa­ła ją na­mie­rzyć, ale wciąż nic o niej nie było wia­do­mo.

3

Grób znaj­do­wał się we wnę­ce na sa­mym dole1, pod tym, w któ­rym spo­czy­wa­ła dziew­czyn­ka zmar­ła w wie­ku za­le­d­wie trzech lat. Nie upa­mięt­nia­ła jej żad­na fo­to­gra­fia. Na zie­mi ktoś uło­żył por­ce­la­no­we lal­ki i kil­ka za­ba­wek, jak­by chciał ozdo­bić po­ko­ik.

Gio­van­ni Bu­sce­mi oparł rękę o ta­bli­cę gro­bu mat­ki i uczy­nił znak krzy­ża. To samo zro­bił przy ta­bli­cy dziew­czyn­ki, po­pra­wił kil­ka la­lek, któ­re się prze­wró­ci­ły, i znów za­czął wpa­try­wać się w sto­ją­cy przed nim mur śmier­ci. Było tam wy­pi­sa­ne tyl­ko imię mat­ki, Con­cet­ty Cu­tru­pi, wy­ry­te dłu­tem w be­to­nie, tak jak­by jej zwło­ki do­pie­ro cze­ka­ły na zło­że­nie we wła­ści­wym miej­scu.

Z ze­wnątrz do­bie­gał szcze­biot pta­ków. Roz­le­gła, nie­upra­wia­na łąka ota­cza­ła wo­tyw­ny oł­ta­rzyk z pu­stą ni­szą i opusz­czo­ną ka­plicz­kę z dziu­ra­wym da­chem. Ra­nek był upal­ny i Gio­van­ni nie­mal zdzi­wił się, że to miej­sce po­tra­fi tchnąć ta­kim spo­ko­jem. Szpa­ler cy­pry­sów wy­zna­czał po­łu­dnio­wą gra­ni­cę, za któ­rą za­czy­nał się roz­le­gły oliw­ko­wy sad, po­prze­ty­ka­ny po­je­dyn­czy­mi drze­wa­mi po­ma­rań­czy i cy­tryn.

Męż­czy­zna wziął pla­sti­ko­wą bu­tel­kę z gni­ją­cą wodą i reszt­ka­mi zbu­twia­łych już kwia­tów i wy­szedł, by wrzu­cić ją do po­jem­ni­ka. Wró­cił, ze­rwał opa­ko­wa­nie z kwia­tów, któ­re za­ku­pił w skle­pi­ku znaj­du­ją­cym się przy cmen­ta­rzu, a na­stęp­nie uło­żył je po­je­dyn­czo na mar­mu­ro­wej pły­cie. Miał zro­bić zdję­cie swo­jej mat­ki, ale po­tem prze­my­ślał spra­wę. Po co to komu? Przy­po­mniał so­bie mat­kę, gdy była mło­da, jej cie­płe pier­si, okrą­gły brzuch, bar­dzo dłu­gie wło­sy, upię­te w kok na gło­wie, i wy­obra­ził ją so­bie da­le­ką, na­le­żą­cą do in­ne­go cza­su, któ­ry nie może już być czę­ścią jego ży­cia. Ale mimo wszyst­ko wró­cił. Ja­kieś roz­pacz­li­we pra­gnie­nie uchwy­ce­nia się na nowo wła­snych ko­rze­ni, wchło­nię­cia za­pa­chu swo­jej zie­mi, może na­wet wła­snej krwi, przede wszyst­kim jed­nak wy­ra­że­nia żalu, po­pro­sze­nia o wy­ba­cze­nie, wy­la­nia przy­najm­niej jed­nej łzy za tę mat­kę, któ­ra go za­wsze chro­ni­ła i nim się opie­ko­wa­ła.

Po­ło­żył dłoń na ta­bli­cy po pra­wej stro­nie. Jego od­dech przy­spie­szył na myśl, że tam może być gło­wa mat­ki i że mógł­by oczy­ma wy­obraź­ni ją przy­tu­lić. Po­mo­dlił się za nią, uca­ło­wał tę zim­ną i szorst­ką ścia­nę, i w koń­cu za­szlo­chał.

4

Vin­cen­zi­na Fur­fa­ro na­ło­ży­ła ka­szy do fi­li­żan­ki, wzię­ła kil­ka su­cha­rów i po­ło­ży­ła je na tacy. Od­su­nę­ła wło­sy, za­kła­da­jąc je za uszy, ci­cho wes­tchnę­ła i po­szła w stro­nę po­ko­ju cór­ki. Przed drzwia­mi przy­sta­nę­ła.

– Ma­rio! – za­wo­ła­ła.

Nie uzy­skaw­szy od­po­wie­dzi, otwo­rzy­ła drzwi, któ­re zo­sta­wia­ła za­wsze nie­do­mknię­te.

– Ma­rio! – za­wo­ła­ła po­now­nie, tym ra­zem już bar­dziej sta­now­czym gło­sem.

Sze­lest po­ście­li po­zwo­lił jej się do­my­ślić, że dziew­czy­na nie śpi.

– Ma­rio – po­wtó­rzy­ła, wcho­dząc do ma­łe­go po­ko­ju bez okien. Tyl­ko dłu­ga i wą­ska ko­mo­da do­trzy­my­wa­ła to­wa­rzy­stwa łóż­ku. Ścia­ny były sza­re i wy­bla­kłe.

Vin­cen­zi­na po­sta­wi­ła tacę na ko­mo­dzie, po­de­szła do łóż­ka i od­sło­ni­ła twarz cór­ki. Dziew­czy­na le­ża­ła spo­koj­nie, scho­wa­na pod cięż­ki­mi koł­dra­mi.

– Jak się czu­jesz? – spy­ta­ła mat­ka.

– Do­brze.

– Zjesz tro­chę ka­szy?

– Nie.

– Zjedz, Ma­rio. Do­brze ci zro­bi.

– Nie chcę ka­szy. Bie­rze mnie po niej na wy­mio­ty.

Od trzech dni zwra­ca­ła wodą i żół­cią. Kie­dy wy­mio­to­wa­ła, na­cho­dzi­ły ją gło­sy, a ona nie chcia­ła ich już wię­cej sły­szeć. Nie ro­zu­mia­ła, co mó­wi­ły, wie­dzia­ła tyl­ko, że pra­gnie je od­pę­dzić od sie­bie raz na za­wsze.

– Nie mo­żesz cią­gle po­ścić.

– Daj mi spo­kój, mamo.

Za­kry­ła so­bie twarz aż po oczy. Mia­ła czar­ne i roz­czo­chra­ne wło­sy, a na pra­wym po­licz­ku, koło war­gi, oka­za­ły pie­przyk. Jej oczy były małe i okrą­głe jak orzesz­ki, nos dłu­gi i spi­cza­sty, ale zgrab­ny. War­gi mia­ła wy­raź­nie za­zna­czo­ne, choć de­li­kat­ne, skó­rę prze­źro­czy­stą. Szu­ka­ła ja­kie­goś ciem­niej­sze­go kąta i chcia­ła, żeby mat­ka so­bie po­szła.

– Chcesz mi coś po­wie­dzieć? – spy­ta­ła tym­cza­sem Vin­cen­zi­na.

– Nie.

– Jak się na­praw­dę czu­jesz?

– Do­brze.

– Dla­cze­go ze mną nie roz­ma­wiasz? – za­py­ta­ła przy­gnę­bio­na mat­ka.

– Prze­nieś mnie do in­ne­go po­ko­ju – wy­szep­ta­ła Ma­ria.

– Za­cze­kaj­my jesz­cze parę dni.

– Chcę wi­dzieć świa­tło.

– Jesz­cze kil­ka dni i po­zwo­lę ci wyjść. Prze­nio­sę cię do mo­je­go po­ko­ju, do du­że­go łóż­ka.

– Nie, do two­je­go po­ko­ju nie – oświad­czy­ła dziew­czy­na ci­chym i na­gle ła­mią­cym się gło­sem.

– Cze­mu nie?

– Chcę być w moim po­ko­ju.

– Nie, moja cór­ko. To nie­bez­piecz­ne.

– Chcę czuć po­wie­trze, mamo! – za­wo­ła­ła po­iry­to­wa­na. – Chcę po­wie­trza, ro­zu­miesz? Po­wie­trza! Chcę po­wie­trza! Nie chcę tu być. Po­wie­trza, bra­ku­je mi po­wie­trza. – Od­kry­ła się, jak­by się du­si­ła.

– Nie trzy­maj mnie tu dłu­żej! Po­zwól mi wyjść. Na mi­łość bo­ską, mamo, wy­puść mnie!

Vin­cen­zi­na przy­sia­dła na łóż­ku i wzię­ła ją w ob­ję­cia.

– Przy­tul się, przy­tul – po­wie­dzia­ła, ale cór­ka pró­bo­wa­ła się oswo­bo­dzić z tego czu­łe­go uści­sku. – Nie od­pę­dzaj mnie – bła­ga­ła mat­ka. – Nie od­pę­dzaj mnie. Zo­stań­my tak. Uspo­kój się. – Po­gła­ska­ła ją po wło­sach i kil­ka razy uca­ło­wa­ła. – Przej­dzie ci, wiesz? Nie martw się.

– Kie­dy? – za­py­ta­ła Ma­ria.

– Już nie­dłu­go.

Dziew­czy­na za­nio­sła się pła­czem.

– Nie przy­pro­wa­dzaj tu wię­cej ni­ko­go – rze­kła.

– Po­trze­bu­jesz po­mo­cy.

– Nie przy­pro­wa­dzaj tu wię­cej księ­dza Edo­ar­da.

– Ależ on cię ko­cha. On to robi dla cie­bie. Chce, że­byś się do­brze po­czu­ła.

– Tak, ale mówi mi rze­czy, po któ­rych źle się czu­ję.

– Co?

– Całe to ko­ściel­ne ga­da­nie.

– Prze­cież to Boże bło­go­sła­wień­stwa, Ma­rio. On mo­dli się za cie­bie.

– Tak, ale ob­wi­nia mnie za to, co się dzie­je.

– Nie, źle go ro­zu­miesz. Ksiądz Edo­ar­do chce tyl­ko, abyś się do­brze czu­ła.

– Nie przy­pro­wa­dzaj go tu wię­cej.

– Nie.

– Nie wzy­waj go wię­cej, mamo.

– Nie, ale mu­sisz mi po­wie­dzieć, mu­sisz mnie za­wsze za­wo­łać.

– Moc­no przy­tu­li­ła ją do sie­bie. – Te­raz po­ło­żę się przy to­bie. Je­stem za­wsze z tobą, więc nic ci się już nie sta­nie.

Ma­ria od­wró­ci­ła gło­wę. Wie­dzia­ła, że to nie­moż­li­we, ale praw­dą było tak­że to, iż od kil­ku dni nie sły­sza­ła już gło­sów. Te­raz jed­nak bar­dziej bała się snów, zmar­łych, któ­rzy ją na­wie­dza­li, pu­ka­li, żeby wejść, uka­zy­wa­li się, za­pie­ra­jąc jej dech w pier­siach, ale i nie po­zwa­la­jąc jej się obu­dzić.

– Zjesz ka­szy? – za­py­ta­ła mat­ka.

– Nie.

– Ka­wa­łek chle­ba, przy­najm­niej coś po­żyw­ne­go.

– Nie, mamo.

Vin­cen­zi­na pod­da­ła się, przy­kry­ła cór­kę koł­drą i po­wie­dzia­ła, że wra­ca na dół do kuch­ni. Wzię­ła tacę i wy­szła z po­ko­ju. Zo­sta­wi­ła drzwi otwar­te.

5

W nocy czu­ła uści­ski zmar­łych, lo­do­wa­ty od­dech, któ­ry osia­dał na jej skó­rze jak mroź­ny wiatr osa­dza­ją­cy szadź. Cza­sa­mi z tego po­wo­du sta­wa­ła się nie­spo­koj­na i za­ci­ska­ła szczę­ki aż do krwi.

– Wiem, że ma­cie coś do mnie – mó­wi­ła do zmar­łych. – Zo­staw­cie mnie. Zim­no mi. Nie ro­zu­mie­cie, że czu­ję chłód? Dla­cze­go mi do­ku­cza­cie?

O świ­cie wszyst­ko jed­nak zni­ka­ło, a ogar­nia­ją­ce ją otę­pie­nie przy­no­si­ło nie­co uko­je­nia. Jed­nak w po­ko­ju nie było świa­tła, słoń­ce tu nie do­cie­ra­ło, jego pro­mie­nie były da­le­kie, cen­ne, tym­cza­sem ona wła­śnie tego naj­bar­dziej pra­gnę­ła: otwar­tej prze­strze­ni, czy­ste­go nie­ba, szu­mu desz­czu, we­so­ło­ści mło­dych lu­dzi zbie­ra­ją­cych się na pla­cu, ma­ją­cych zu­peł­nie inne ży­cie niż ona. Dla­cze­go jej to nie było dane? Bu­dzi­ła się spo­co­na, zmal­tre­to­wa­na i nie pa­mię­ta­ła ni­cze­go. Wi­dzia­ła za­nie­po­ko­jo­ną twarz mat­ki albo księ­dza Edo­ar­da i uświa­da­mia­ła so­bie, że zro­bi­ła coś nie­wła­ści­we­go. Ota­czał ją ja­kiś wro­gi pół­mrok. Lecz to, co się z nią dzia­ło, nie za­le­ża­ło od niej. To nie ona tego chcia­ła. Ja­kiś głos do niej mó­wił, ury­wa­ny, nie­cią­gły, wście­kły, roz­gnie­wa­ny, tak jak­by ktoś inny miesz­kał w niej i prze­ma­wiał przez nią. Lu­dzie mó­wi­li, że jest opę­ta­na, że dia­beł za­wsze wie, jak skap­to­wać naj­pięk­niej­sze du­sze, jak je so­bie za­brać. Kto wie, ile od­ra­ża­ją­cych rze­czy zro­bi­ła, ale ona nie mia­ła z tym nic wspól­ne­go i pro­si­ła Boga o prze­ba­cze­nie, gdy tyl­ko jej umysł od­naj­dy­wał chwi­lę wy­tchnie­nia. Oj­czym gar­dził nią, na­zy­wał ją na­wie­dzo­ną, ale ona go nie słu­cha­ła. Wy­ma­za­ła tego czło­wie­ka z pa­mię­ci już daw­no temu. Jego ob­raz roz­mył się, tak jak wspo­mnie­nia tych ostat­nich mie­się­cy, z któ­rych nic nie pa­mię­ta­ła.

6

Gio­van­ni na­brał zwy­cza­ju wy­cho­dze­nia wcze­śnie rano. Ku­po­wał cie­płą jesz­cze ba­giet­kę, ro­bił so­bie z niej ka­nap­kę z mor­ta­de­lą i kie­ro­wał się w stro­nę kasz­ta­no­we­go la­sku, któ­ry w swym pi­ra­mi­dal­nym kształ­cie wzno­sił się nad Cit­ta­no­va. Po dro­dze czę­sto spo­ty­kał sta­do owiec i ich wła­ści­cie­la Co­si­ma Fi­lan­gie­rie­go. Przy­sta­wał, by za­mie­nić z nim parę słów, po czym ru­szał da­lej ścież­ką, któ­ra pro­wa­dzi­ła aż do ka­plicz­ki Mat­ki Bo­żej i jesz­cze da­lej, pra­wie na sam szczyt, po czym opa­da­ła z dru­giej stro­ny wznie­sie­nia, bie­gnąc aż do ob­sza­ru zwa­ne­go Zo­ma­ro. Tego wła­śnie po­trze­bo­wał. Od po­nad dwóch mie­się­cy nie zaj­rzał do żad­nej książ­ki, stu­dio­wa­nie ze­szło zu­peł­nie na dru­gi plan, po­dob­nie jak całe jego wcze­śniej­sze ży­cie. Te­raz wszyst­ko było jak nowe. Wietrz­ne po­wie­trze pły­ną­ce od stro­ny kasz­ta­no­we­go la­sku było dla nie­go od daw­na po­żą­da­nym bło­go­sła­wień­stwem.

Usły­szał szum po­to­ku Ca­val­li­ca i po­szedł da­lej ścież­ką, dep­cząc wy­schnię­te łu­pin­ki kasz­ta­nów. W pew­nym mo­men­cie schy­lił się po dłu­gi, tęgi kij i wy­ko­rzy­stał go jako la­skę w dal­szej wę­drów­ce na górę. Jego dzia­dek za­wsze tak ro­bił, kie­dy wy­pro­wa­dzał owce. Przy­po­mniał so­bie te­raz jego po­chy­lo­ną szczu­płą syl­wet­kę, jego żyły wy­rzeź­bio­ne na po­marsz­czo­nej skó­rze. Mógł kie­dyś stać się taki jak on: mieć jed­ną iz­deb­kę do miesz­ka­nia, ogró­dek do upra­wy i parę zwie­rząt do to­wa­rzy­stwa.

Nie do­tarł na sam grzbiet wznie­sie­nia. Za­trzy­mał się na otwar­tej prze­strze­ni, usiadł na gła­zie po­kry­tym mchem i od­dy­chał rześ­kim, po­ran­nym po­wie­trzem. Wy­jął ka­nap­kę i zjadł ją spo­ry­mi kę­sa­mi. Po­wi­nien był za­brać ze sobą bu­tel­kę wina albo tro­chę kawy, żeby mu ła­twiej było prze­łknąć je­dze­nie. Po­sie­dział jesz­cze kil­ka mi­nut, ale kie­dy nogi skost­nia­ły mu z zim­na, mu­siał się pod­nieść. Nie­bo było bez­chmur­ne, jed­nak lo­do­wa­te po­wie­trze za­po­wia­da­ło bli­skie na­dej­ście śnie­gu. Gio­van­ni ru­szył się stam­tąd i po­dą­żył ścież­ką pro­wa­dzą­cą w dół ku rów­ni­nie. W po­ło­wie dro­gi do­szły go gło­sy paru ko­biet, któ­re każ­de­go dnia punk­tu­al­nie przy­cho­dzi­ły do ka­plicz­ki Mat­ki Bo­żej, aby się mo­dlić. Gio­van­nie­mu wy­da­ło się, że wśród nich do­sły­szał głos Li­vii An­to­niet­ty i przy­spie­szył kro­ku. Zo­ba­czył ją na po­la­nie na­prze­ciw ka­plicz­ki, klę­cza­ła na skraw­ku tra­wy z gło­wą ukry­tą w dło­niach ni­czym po­kut­ni­ca. Inne dwie ko­bie­ty znaj­do­wa­ły się bli­żej ta­ber­na­ku­lum i zmie­nia­ły kwia­ty wo­tyw­ne z po­przed­nie­go dnia. Jed­na z nich za­uwa­ży­ła Gio­van­nie­go, ale uda­ła, że go nie wi­dzi. Wy­ję­ła klucz z kie­sze­ni, mu­snę­ła dło­nią płaszcz fi­gur­ki Mat­ki Bo­żej i za­mknę­ła na kłód­kę ka­mien­ną ni­szę. Od­wró­ci­ła się w stro­nę Li­vii An­to­niet­ty i pró­bo­wa­ła przy­cią­gnąć jej uwa­gę, lecz bez po­wo­dze­nia. Na­stęp­nie przy­su­nę­ła się bli­żej dru­giej ko­bie­ty.

Gio­van­ni sta­nął obok Li­vii An­to­niet­ty i wte­dy ona wresz­cie za­uwa­ży­ła jego obec­ność.

– Dzień do­bry, Li­vio – po­zdro­wił ją.

– Wi­taj – od­rze­kła, trzy­ma­jąc wciąż dło­nie na wprost twa­rzy w bła­gal­nym ge­ście. Od­mó­wi­ła jesz­cze kil­ka mo­dlitw i wsta­ła. Po­pra­wi­ła so­bie spód­ni­cę i uśmiech­nę­ła się do Gio­van­nie­go.

– Prze­szko­dzi­łem ci? – za­py­tał.

– Nie – od­rze­kła ko­bie­ta z za­czer­wie­nio­ną i roz­pa­lo­ną twa­rzą. – Co tu­taj ro­bisz?

– Sze­dłem na spa­cer. A ty?

– Przy­szły­śmy się po­mo­dlić za Ma­rię.

– Za tę dziew­czy­nę, o któ­rej mi mó­wi­łaś?

– Tak.

– Jak ona się czu­je?

Li­via An­to­niet­ta uczy­ni­ła na so­bie znak krzy­ża.

– Dali jej ja­kieś le­kar­stwa, ale nie skut­ku­ją. Mó­wią, że zwa­rio­wa­ła, ale być może to na­praw­dę zły duch ją opę­tał, Gio­van­ni. Sama ją sły­sza­łam kie­dyś wie­czo­rem, jak mó­wi­ła zmie­nio­nym gło­sem – od­po­wie­dzia­ła.

– Od­wie­dzi­łaś ją?

– Po­szłam od­wie­dzić jej mamę. Co mogę po­ra­dzić? Kie­dy to tyl­ko moż­li­we, sta­ra­my się być przy niej bli­sko. Ale te­raz boję się na­wet wcho­dzić do niej do domu.

Gio­van­ni przez chwi­lę za­sta­na­wiał się nad tymi sło­wa­mi.

– Czy ba­dał ją ja­kiś psy­chia­tra? – spy­tał.

– Wiem, że ją le­czą.

– Ale czy za­wieź­li ją gdzieś?

– Nie wiem. My­ślę, że nie, po­nie­waż Vin­cen­zi­na nie chce, by wy­cho­dzi­ła z domu. Nie chce, aby lu­dzie ją wi­dzie­li, ro­zu­miesz?

– Tak.

Li­via An­to­niet­ta pod­nio­sła nie­co gło­wę w stro­nę Gio­van­nie­go.

– Mogę po­wie­dzieć Vin­cen­zi­nie o to­bie?

– Nie mogę nic zro­bić dla tej dziew­czy­ny.

– Dla­cze­go nie?

– Na ra­zie to nie­moż­li­we.

– Chcia­łam cię tyl­ko przed­sta­wić Vin­cen­zi­nie. Jed­no słów­ko wię­cej za­wsze może się przy­dać.

– Czy ona wie, kim je­stem?

– Tak, oczy­wi­ście, że wie.

– Ja jej nie pa­mię­tam.

– Przy­je­cha­ła tu po tym, jak wy­je­cha­łeś. Wcze­śniej miesz­ka­ła gdzieś w oko­li­cach Ca­lva­rio.

– A ty przy­szłaś tu po­mo­dlić się za tę dziew­czy­nę.

– Tak, za Ma­rię. – Przy­ję­ła obron­ną pozę, ciem­nie­jąc na twa­rzy. – Ma­ria jest kimś szcze­gól­nym, Gio­van­ni. Ma­ria jest cór­ką wszyst­kich, ro­zu­miesz? To jest na­sza Ma­ria, a my mo­że­my tyl­ko pro­sić Mat­kę Bożą o ła­skę. Nie je­ste­śmy le­ka­rza­mi, nie­ste­ty – skoń­czy­ła mó­wić z lek­ką nut­ką za­zdro­ści.

– Co na to ksiądz Edo­ar­do? Co o tym my­śli?

– Że to bied­na isto­ta i że zły duch ma ty­sią­ce twa­rzy.

– A ty? – rzekł Gio­van­ni. – Co my­ślisz?

– Ja twier­dzę, że jest cho­ra. – Za­sta­no­wi­ła się przez chwi­lę. – I że mo­dli­twa czy­ni cuda. Ale trze­ba umieć się mo­dlić – do­da­ła.

Spoj­rze­li na sie­bie, a on po­my­ślał, że mi­nio­ne lata uczy­ni­ły ją jesz­cze pięk­niej­szą, może wręcz olśnie­wa­ją­cą.

Po­zo­sta­łe dwie ko­bie­ty po­de­szły do nich. Wiatr co­raz bar­dziej przy­bie­rał na sile, ude­rza­jąc w ko­na­ry kasz­ta­now­ców i wzbi­ja­jąc z zie­mi tu­ma­ny pyłu.

– Le­piej bę­dzie, jak już pój­dzie­my – po­wie­dzia­ła naj­star­sza z ko­biet.

– Gio­van­ni, przed­sta­wię ci moje dwie przy­ja­ciół­ki, Sarę i Le­ti­zię – nie­co po­śpiesz­nie po­wie­dzia­ła Li­via An­to­niet­ta.

Gio­van­ni uści­snął im dło­nie, a Li­via An­to­niet­ta wska­za­ła ręką ścież­kę po­wrot­ną w dół.

– Coś mi się zda­je, że nam się ze­psu­je po­go­da – rzu­ci­ła prze­wi­du­ją­co.

– My­ślę, że tak – przy­tak­nął Gio­van­ni.

– Idzie­my?

– Tak. Pój­dę przo­dem.

Stuk­nął ki­jem o zie­mię i po­szu­kał wzro­ku Li­vii An­to­niet­ty.

– Uwa­żaj, jak bę­dziesz scho­dzić.

– Ja­sne.

– Uwa­żaj­cie – za­le­cił Gio­van­ni po­zo­sta­łym dwom ko­bie­tom. – Wiatr jest sil­ny.

Kie­dy ze­szli ścież­ką na sam dół, pierw­sze chmu­ry już za­kry­wa­ły kasz­ta­no­wy la­sek.

7

An­ge­li­na To­ma­sel­lo wzię­ła dzba­nek do kawy i nie­zgrab­nie po­sta­wi­ła go na tacy. Te­raz, po śmier­ci sio­stry, miesz­ka­ła sama w jed­no­pię­tro­wym dom­ku, któ­ry wy­cho­dził na uli­cę San Pa­squ­ale. Nie po­zo­sta­ło w niej nic z ener­gicz­nej i ży­wio­ło­wej ko­bie­ty, któ­rą Gio­van­ni za­cho­wał w pa­mię­ci. Kuś­ty­ka­ła na swych krzy­wych no­gach, za­rzu­ca­jąc pulch­ny­mi bio­dra­mi, choć jej oczy wciąż za­cho­wy­wa­ły mło­dzień­czy blask.

– Przy­chodź, kie­dy ci pa­su­je – po raz trze­ci po­wtó­rzy­ła Gio­van­nie­mu, po­chy­lo­na nad tacą, by le­piej uło­żyć cia­stecz­ka do­mo­wej ro­bo­ty.

– Obie­cu­ję – po­wie­dział Gio­van­ni, sie­dząc w prze­tar­tym skó­rza­nym fo­te­lu. – Nikt nie przy­rzą­dza tak do­brej kawy jak ty.

– Do­le­wam tro­chę any­żów­ki – wy­ja­śni­ła An­ge­li­na. – Przy­wo­zi mi ją two­ja ku­zyn­ka Ste­fa­nia, kie­dy przy­jeż­dża z San Vito.

To była praw­da. Gio­van­ni pa­mię­tał za­pach tej any­żów­ki od cza­su, gdy był jesz­cze dziec­kiem. Prze­szy­ła go ja­kaś na­gła no­stal­gia, jak­by ukłu­cie szpil­ki, ale trwa­ło to za­le­d­wie chwi­lę.

An­ge­li­na wró­ci­ła z tacą i po­sta­wi­ła ją obok Gio­van­nie­go, pro­sząc, by sam się ob­słu­żył. Gio­van­ni na­lał so­bie fi­li­żan­kę kawy, do­dał tro­chę any­żów­ki i ugryzł cia­stecz­ko. Na­stęp­nie wy­pił kawę drob­ny­mi ły­ka­mi, wdy­cha­jąc głę­bo­ko jej aro­mat i pa­trząc na­resz­cie prze­bu­dzo­ny­mi ocza­mi. To był dla nie­go praw­dzi­wy lek na wszyst­ko.

– Czy­li wciąż przy­cho­dzą do cie­bie na kawę? – za­py­tał, nie mo­gąc się zde­cy­do­wać, czy na­lać so­bie jesz­cze jed­ną fi­li­żan­kę.

– Wszy­scy męż­czyź­ni z ro­dzi­ny wciąż przy­cho­dzą – od­po­wie­dzia­ła za­do­wo­lo­na. – Rano to na­wet usta­wia­ją się w ko­lej­ce.

– Nie dzi­wię się – od­parł Gio­van­ni.

An­ge­li­na uśmiech­nę­ła się. Nie mia­ła z przo­du dwóch zę­bów, a jej po­licz­ki były za­pad­nię­te z po­wo­du bra­ku trzo­no­wych. Jest już sta­rusz­ką – po­my­ślał Gio­van­ni, ser­decz­nie się do niej uśmie­cha­jąc.

– A ty jak się czu­jesz? – za­py­ta­ła. – Chy­ba nie wy­je­dziesz znów bez po­że­gna­nia?

– Nie, na ra­zie zo­sta­ję tu­taj.

– A pra­ca? Jak leci?

– W po­rząd­ku, dzię­ku­ję.

– Ro­dzi­ny nie za­ło­ży­łeś?

– Nie.

– To na co cze­kasz?

– Nie zna­la­złem od­po­wied­niej oso­by.

– Le­piej sa­me­mu niż z nie­wła­ści­wym to­wa­rzy­stwem – wy­gło­si­ła swo­ją sen­ten­cję ko­bie­ta no­szą­ca wło­sy sple­cio­ne na gło­wie, te wło­sy, któ­rych nie ob­ci­na­ła od cza­su, gdy stra­ci­ła swo­ją mi­łość z mło­dzień­czych lat. – Ja, zda­je się, nie wy­szłam za mąż – do­da­ła.

– Masz ra­cję, An­ge­li­no.

– Mó­wię ci, nie jest do­brze, że taki ład­ny chło­pak jak ty nie za­kła­da ro­dzi­ny.

– Mam pięć­dzie­siąt lat.

– I co z tego? Po pięć­dzie­siąt­ce masz jesz­cze szmat ży­cia przed sobą.

– Zna­czy, że te­raz mam so­bie po­szu­kać pięk­nej dziew­czy­ny i oże­nić się.

– Tak jest, weź się do ro­bo­ty.

– Masz ko­goś na oku? – za­żar­to­wał.

– Jest An­to­niet­ta – za­su­ge­ro­wa­ła. – Taka ład­na ko­bie­ta…

– Ona też nig­dy nie wy­szła za mąż – za­uwa­żył Gio­van­ni.

– Nie – po­twier­dzi­ła ko­bie­ta. – Ona jest jed­ną z tych, któ­re cze­ka­ją na mi­łość. Któ­re cze­ka­ją na nią całe ży­cie.

8

Cic­cio, zwa­ny Mu­rzyn­kiem, wła­śnie kar­mił kury, kie­dy zo­ba­czył Gio­van­nie­go idą­ce­go na­peł­nić dzban wodą ze źró­dła. Za­wo­łał go gwizd­nię­ciem, nie prze­sta­jąc roz­rzu­cać po zie­mi prze­mie­lo­nych zia­ren ku­ku­ry­dzy.

– Gio­van­ni – krzyk­nął.

Gio­van­ni od­wró­cił się, od razu po­zna­jąc go po gło­sie. Uśmiech­nął się, na­peł­nił dzban i pod­szedł do nie­go.

– Co ro­bisz? – spy­tał, przy­sta­jąc przed zmur­sza­łą furt­ką za­cze­pio­ną sta­lo­wym dru­tem. Po dru­giej stro­nie był nie­wiel­ki ogró­dek, w któ­rym ro­sły prze­waż­nie ziem­nia­ki i po­mi­do­ry. Nie­co da­lej za ogro­dze­niem ja­kaś świn­ka ryła zie­mię.

– Woda z Cit­ta­no­va jest za­wsze do­bra – po­wie­dział Gio­van­ni, wska­zu­jąc na ema­lio­wa­ny dzban.

– Naj­lep­sza.

Gio­van­ni spoj­rzał w kie­run­ku wia­ty, ob­ro­śnię­tej gru­by­mi i po­plą­ta­ny­mi ga­łąz­ka­mi wi­no­ro­śli, zbie­ga­ją­cy­mi się na ta­ra­sie, z któ­re­go wciąż do­cho­dził cierp­ki i słod­ka­wy za­pach wi­no­gron.

– To twój ogró­dek?

– Nie, księ­cia.

– Dzier­ża­wisz go?

– Tak.

– Ile mu pła­cisz?

– Dwa­dzie­ścia ty­się­cy li­rów – od­po­wie­dział. – Ale te­raz prze­no­szę się wy­żej, tam się bu­du­ję.

– Sta­wiasz so­bie dom?

– Już naj­wyż­sza pora, przy trój­ce dzie­ci.

– Miesz­kasz da­lej tam na dole, koło two­jej cio­ci?

– Tak, tam na dole.

– Czy to zna­czy, że ksią­żę chce od­zy­skać ogród? – za­py­tał z cie­ka­wo­ścią.

– Nie, to ja od­cho­dzę. Dwa­dzie­ścia ty­się­cy li­rów to za dużo.

– No to może byś mi go prze­ka­zał?

Roz­ko­szo­wał się przez chwi­lę swo­imi sło­wa­mi wy­po­wie­dzia­ny­mi w dia­lek­cie. Miał wra­że­nie, jak­by się prze­niósł wie­le lat wstecz.

– A co byś chciał z nim ro­bić?

– Dam ci trzy­dzie­ści ty­się­cy li­rów, ale nic nie mów księ­ciu. Prze­cież i tak po­ka­zu­je się tu tyl­ko od wiel­kie­go dzwo­nu.

– A i to nie za­wsze – za­uwa­żył Cic­cio, a jego oczy za­ja­śnia­ły na tle moc­no ciem­nej skó­ry.

– No i co ty na to?

– Je­śli o mnie cho­dzi, to zgo­da.

– Ale zo­sta­wisz mi wszyst­ko, co jest po­sa­dzo­ne.

– A co miał­bym z tym zro­bić? – za­śmiał się Cic­cio. – Wziąć ze sobą wszyst­kie te krza­ki i ziel­ska?

Za­śmia­li się oby­dwaj.

– W ogó­le – cią­gnął Cic­cio – to bierz, co chcesz. Ziem­nia­ki są do­bre. Mam też tro­chę ce­bu­li, je­śli so­bie ży­czysz.

– Dzię­ki, może przyj­dę póź­niej.

– Jak chcesz, to ci zo­sta­wię klucz i przyj­dziesz, kie­dy bę­dzie ci pa­so­wa­ło.

– Nie trze­ba – po­wie­dział Gio­van­ni, spo­glą­da­jąc w róż­ne miej­sca ogro­du, na­wet naj­dal­sze za­ka­mar­ki. – Chciał­bym go upo­rząd­ko­wać.

– Jak pój­dziesz da­lej, bli­żej świ­ni, to jest tam po­sa­dzo­nych tro­chę dyń, ba­kła­ża­nów, tru­ska­wek, ogór­ków, tych naj­lep­szych, dłu­gich i za­krzy­wio­nych.

– Tych bar­dzo twar­dych?

– Tak, ja­kość pierw­sza kla­sa! A po­mi­do­ry… żad­nej wody w środ­ku, poza tym ni­czym ich nie fa­sze­ru­ję.

– Je­steś eks­per­tem – przy­po­chle­bił się Gio­van­ni.

– Tro­chę się na tym znam – wy­krę­cił się Cic­cio, a tym­cza­sem kury za­czę­ły się bić o ostat­nie reszt­ki kar­my.

Gio­van­ni przy­tak­nął.

– W ta­kim ra­zie do zo­ba­cze­nia – po­wie­dział. – Kie­dy się zno­wu spo­tka­my?

– Miesz­kasz tam, gdzie mama?

– Tak.

– W ta­kim ra­zie to ja wpad­nę do cie­bie, ju­tro albo po­ju­trze.

– No to cze­kam.

Gio­van­ni zro­bił ruch, żeby pójść da­lej, ale Cic­cio go za­trzy­mał.

– W so­bo­tę bi­je­my świ­nia­ka – za­anon­so­wał. – Może byś przy­szedł?

– Gdzie?

– Tu w ogro­dzie.

– Na ta­kim chło­dzie?

– To się cie­pło ubie­rze­my.

– Tak, i zła­pie­cie za­pa­le­nie płuc.

– My z Cit­ta­no­va mamy że­la­zne zdro­wie.

– Ale ja przyj­dę tyl­ko na wy­żer­kę – za­żar­to­wał Gio­van­ni.

– Bę­dziesz na­szym ho­no­ro­wym go­ściem, je­śli przyj­dziesz – pod­kre­ślił Cic­cio.

– A tak w ogó­le, to kogo masz na my­śli, mó­wiąc „my”?

– Wiesz, jak to jest. Ta­kie bie­sia­dy są otwar­te dla wszyst­kich. Jak­byś mi po­mógł za­bić tego świ­nia­ka, to wy­świad­czył­byś mi przy­słu­gę.

– Nikt ci nie po­ma­ga?

– Owszem, ale ty za­wsze umia­łeś to świet­nie ro­bić.

– A ty by­łeś tym, któ­ry spi­jał jesz­cze cie­płą krew.

– Jest do­bra. Daje siłę.

– My­ślisz?

– Tak daw­niej ma­wia­li.

– Ja my­ślę, że może ci za­szko­dzić.

– Spró­buj, a po­tem po­wiedz mi, jak się czu­jesz.

– Nie – uciął Gio­van­ni – tyl­ko ty je­steś w sta­nie pić taką krew, któ­ra jesz­cze pa­ru­je.

Cic­cio uśmiech­nął się z za­do­wo­le­niem. Za­bi­cie świ­nia­ka było oka­za­niem mę­sko­ści, nie tyl­ko do­wo­dem do­bro­by­tu. Bar­dziej jed­nak niż co­kol­wiek in­ne­go li­czy­ła się sama bie­sia­da, ten mo­ment zbio­ro­wej jed­no­ści, któ­ry mógł się cią­gnąć przez wie­le ko­lej­nych dni.

9

Ma­ria za­cze­ka­ła ze wsta­niem z łóż­ka, aż jej mat­ka wyj­dzie z domu. Po­de­szła boso do drzwi, otwo­rzy­ła je nie­mal z trza­skiem i skie­ro­wa­ła się w stro­nę kuch­ni. Kie­dy szła, pod­ło­ga skrzy­pia­ła. Sta­re de­ski były w opła­ka­nym sta­nie, nie­któ­re po pro­stu po­ło­żo­no wprost na go­łej zie­mi. Ścia­ny ocie­ka­ły wil­go­cią.

Ma­ria we­szła do kuch­ni i wzię­ła bo­che­nek chle­ba. Du­żym ku­chen­nym no­żem ukro­iła so­bie krom­kę i za­czę­ła wpa­try­wać się w sza­re i po­ły­sku­ją­ce ostrze. Wy­star­czy nie­wie­le, żeby się zra­nić – po­my­śla­ła. Wy­star­czy nie­wie­le, żeby zro­bić to, co ma zro­bić. Ale na­tych­miast ock­nę­ła się z tych my­śli, tak jak­by to nie ona je for­mu­ło­wa­ła. Odło­ży­ła nóż na mar­mu­ro­wy blat koło zle­wo­zmy­wa­ka i po­śpiesz­nie od­mó­wi­ła mo­dli­twę do Mat­ki Bo­żej. Na­tych­miast ustą­pił nie­po­kój, a ona od­pę­dzi­ła za sie­bie wszel­kie inne nie­sto­sow­ne my­śli. Kuc­nę­ła, prze­su­nę­ła kwie­ci­stą za­słon­kę pod zle­wem i wzię­ła sło­ik wy­peł­nio­ny su­szo­ny­mi po­mi­do­ra­mi w ole­ju. Na wy­pa­czo­nym pa­ra­pe­cie okna stał ko­szyk pe­łen kasz­ta­nów wy­su­szo­nych na słoń­cu, twar­dych jak ka­mień. W umy­wal­ce Ma­ria zna­la­zła wi­de­lec, na­bi­ła na nie­go kil­ka po­marsz­czo­nych ka­wał­ków po­mi­do­ra, uło­ży­ła je na ta­le­rzy­ku i po­de­szła do okna. Była głod­na, a wpa­da­ją­ce z ze­wnątrz słoń­ce jesz­cze zwięk­sza­ło jej ape­tyt. Na­gle zde­cy­do­wa­ła, że musi wyjść. Po­czu­ła, że coś ją dusi w gar­dle, a po­trze­ba zna­le­zie­nia się na otwar­tym po­wie­trzu sta­je się pa­lą­ca. Bosa wy­szła na po­dwór­ko dzie­lo­ne jesz­cze z dwie­ma in­ny­mi ro­dzi­na­mi. Sto­py skost­nia­ły jej od mro­zu, ale ona się tym nie przej­mo­wa­ła. Te­raz waż­ne było dla niej tyl­ko iść w stro­nę świa­tła, wyjść poza te do­mo­stwa, któ­re ją ze­wsząd przy­tła­cza­ły. Po­dą­ży­ła wzdłuż stru­mie­nia desz­czów­ki wy­pły­wa­ją­cej z rury spu­sto­wej, do­tar­ła do uli­cy i do­strze­gła nie­bo prze­sło­nię­te je­dy­nie kil­ko­ma chmu­ra­mi. Ogo­ło­co­ne z li­ści drze­wa cią­gnę­ły się po obu stro­nach dro­gi. Wo­ko­ło nie było ni­ko­go. Dzwon w ko­ście­le Świę­te­go Ro­cha wy­bił dwu­na­stą. Kto wie, ilu lu­dzi krę­ci­ło się o tej po­rze po mie­ście. Po­czu­ła się szczę­śli­wa i za­czę­ła iść jak­by na ja­kąś za­ba­wę. Spo­strze­gła, że jest w po­dom­ce i przez chwi­lę na­wet zda­ła so­bie spra­wę, iż jest zim­no, ale nie mo­gła już za­wró­cić. Nie mia­ła zbyt wie­le cza­su, żeby się od­da­lić. Mat­ka mo­gła lada chwi­la wró­cić, a tak­że jej oj­czym już po­wi­nien być w dro­dze po­wrot­nej do domu. Pra­co­wał na bu­do­wie jako zwy­kły po­moc­nik mu­rar­ski. Nie wia­do­mo dla­cze­go po­tra­fi­ła so­bie przy­po­mnieć tyl­ko jego wiel­kie i cięż­kie dło­nie.

Szła da­lej uli­cą i spo­tka­ła cio­cię Im­ma­co­la­tę, któ­ra wła­śnie wcho­dzi­ła do domu po wi­zy­cie w ko­ście­le.

– Do­ką­dże idziesz? – skar­ci­ła ją. – Coś ty na sie­bie wło­ży­ła? Bie­dacz­ka, prze­cież tu wszy­scy cię wi­dzą! Wra­caj do domu! Wra­caj do domu!

Ma­ria po­pa­trzy­ła na nią, nie­mal nie mo­gąc zro­zu­mieć, dla­cze­go cio­cia ma coś prze­ciw niej, po czym ru­szy­ła da­lej. Sły­sza­ła kro­ki idą­cej za nią sta­rusz­ki, ale nie mo­gła się za­trzy­mać. Te­raz pro­wa­dzi­ły ją już same nogi. Chcia­ły iść da­le­ko, stą­pać go­dzi­na­mi, aż znaj­dą uko­je­nie w zmę­cze­niu.

Do­tar­ła na uli­cę Gri­mal­die­go i od razu za­uwa­ży­ła uczniów, któ­rzy tło­czy­li się na ko­ściel­nym dzie­dziń­cu. Szum wody w fon­tan­nie przy­po­mniał jej, że jest zim­no. Po­czu­ła, że ma skost­nia­łe sto­py, po­my­śla­ła, iż chy­ba le­piej by było za­wró­cić. Zda­ła so­bie spra­wę, co chcia­ła jej po­wie­dzieć cio­cia Im­ma­co­la­ta. Nie była od­po­wied­nio ubra­na, żeby wyjść na ze­wnątrz. Spoj­rza­ła na swo­ją znisz­czo­ną po­dom­kę i ogar­nę­ło ją po­czu­cie opusz­cze­nia. W tej chwi­li nie było z nią ni­ko­go. Była sama. Nikt jej nie wo­łał, nikt jej nie wi­dział.

Przez chwi­lę czu­ła pust­kę. Chmu­ry prze­sło­ni­ły słoń­ce, nie wie­dzia­ła już, do­kąd pójść. Nie wi­dzia­ła też cio­ci Im­ma­co­la­ty, któ­ra mu­sia­ła zo­stać gdzieś z tyłu. Albo może po­szła za­wo­łać mat­kę. Ale w domu ni­ko­go nie ma. Szu­ka­ła wzro­kiem mat­ki, lecz nie mo­gła jej zna­leźć w oko­li­cy. Prze­cież ona po­szła na za­ku­py. Sta­le ma­ka­ron, bez żad­ne­go sosu, w prze­ciw­nym ra­zie koń­czy­ło się wy­mio­ta­mi. Cza­sa­mi sta­ra­ła się ze wszyst­kich sił. Jed­nak zwra­ca­ła wszyst­ko. To dziw­ne, nig­dy wcze­śniej o tym nie po­my­śla­ła: na­gle zda­ła so­bie spra­wę, że jest za­nie­dba­na i ma roz­czo­chra­ne wło­sy. Nie jest jak dziew­czę­ta, któ­re wi­dzia­ła na uli­cy, ład­nie ubra­ne i z książ­ka­mi w ręku. Co trze­ba, żeby się uczyć? I dla­cze­go nie pa­mię­ta­ła cza­sów, kie­dy ona tak­że cho­dzi­ła do szko­ły? Do­szła do koń­ca gim­na­zjum, tyle pa­mię­ta­ła, ale co było po­tem? Po­szła do kraw­co­wej, by wy­uczyć się za­wo­du, ale się nie nada­wa­ła. Za­wsze mia­ła ja­kiś ból w ser­cu i za­ra­zem pra­gnie­nie, któ­re­go jed­nak nie po­tra­fi­ła na­zwać po imie­niu, któ­re ją pro­wa­dzi­ło do­ni­kąd. Uczyć się. Była do­brą uczen­ni­cą, zwłasz­cza w lek­tu­rach i dyk­tan­dach. Pa­mię­ta­ła sło­wa za­pi­sa­ne na kart­kach, ale nie mia­ła po­ję­cia, co się sta­ło z jej ze­szy­ta­mi. Na­ry­so­wa­ła coś w po­wie­trzu i zna­la­zła się znów przed pla­cem, nie­da­le­ko domu Mi­mie­go. Ja­kiś chło­pak od­wró­cił się, by na nią spoj­rzeć, jed­nak ona nie czu­ła żad­ne­go wsty­du. Prze­ciw­nie, od­sło­ni­ła swo­je cia­ło, szła lek­ko, ale w koń­cu wszyst­ko do­ko­ła niej za­czę­ło się krę­cić i błę­kit nie­ba prze­sło­nił całą resz­tę.

10

Gio­van­ni wra­cał wła­śnie z par­ku, kie­dy zo­ba­czył dziew­czy­nę w po­dom­ce. Od razu za­uwa­żył, że jest bosa, a na pod­sta­wie opi­su po­da­ne­go przez Li­vię An­to­niet­tę do­my­ślił się, że to musi być Ma­ria Fo­re­stie­ri. Mi­nął grup­kę uczniów i przy­glą­dał się dziew­czy­nie, któ­ra w eks­ta­zie wpa­try­wa­ła się w świa­tło dnia. Wy­da­wa­ło się, jak­by była w sta­nie ka­ta­lep­sji, ale w jej oczach krył się ja­kiś głę­bo­ki, nie­po­ko­na­ny ból. Nie­któ­rzy ucznio­wie pod­śmie­wa­li się za jego ple­ca­mi, więc od­wró­cił się, żeby ich uci­szyć. Wy­star­czy­ło mu do tego jed­no spoj­rze­nie, po czym znów za­jął się dziew­czy­ną. Była pięk­na, mia­ła kształt­ne, smu­kłe cia­ło. Mógł na­wet do­strzec jej wy­pro­sto­wa­ny krę­go­słup i brak wy­raź­nych punk­tów na­pię­cia w koń­czy­nach. Żad­nej wy­pu­kło­ści w środ­ko­wej czę­ści ple­ców, brzuch wy­dał mu się mięk­ki, a dło­nie i sto­py dłu­gie i szczu­płe. Ude­rzy­ły go jed­nak przede wszyst­kim jej oczy. Przej­rzał się w ich wod­ni­stych bar­wach i po­czuł na­tych­mia­sto­wą bli­skość z tą dziew­czy­ną.

Usły­szał od­głos kro­ków i za­uwa­żył ciot­kę Im­ma­co­la­tę, któ­ra drep­ta­ła uli­cą Gri­mal­die­go w skó­rza­nych kap­ciach na no­gach.

– Wra­caj! – krzy­cza­ła. – Wra­caj! Wra­caj na­tych­miast do domu!

Gio­van­ni wy­szedł jej na­prze­ciw i za­trzy­mał ją w pół dro­gi.

– Cio­ciu Im­ma­co­la­to, co tu ro­bisz?

– Po­wiedz jej, żeby wró­ci­ła do domu. Po­wiedz jej, Gio­van­ni, za­nim za­mar­z­nie na śmierć.

– Zaj­mę się tym, cio­ciu Im­ma­co­la­to. Nie po­ka­zuj jej się te­raz. Za­wo­łam ko­goś i za­pro­wa­dzi­my ją do domu.

– Jej mamy nie ma. Spraw­dzi­łam.

– Nie martw się.

Gio­van­nie­mu uda­ło się ją od­pra­wić, ale kie­dy się ob­ró­cił, by wró­cić do Ma­rii, zo­ba­czył, że koło niej stoi ja­kiś męż­czy­zna. Tym­cza­sem Mimi i jego żona Ro­si­ta wy­szli na ze­wnątrz, by zo­ba­czyć, co się dzie­je. Ro­si­ta rzew­nie pła­ka­ła, czy­niąc znak krzy­ża przy każ­dej od­ma­wia­nej mo­dli­twie.

Gio­van­ni pod­szedł do nich i za­py­tał, co to za męż­czy­zna.

– Jej tata – od­po­wie­dzia­ła Ro­si­ta z wło­sa­mi po­żół­kły­mi ze sta­ro­ści.

– Oj­czym, praw­da? – chciał się upew­nić Gio­van­ni.

– Tak.

– Bied­na nie­win­na – sko­men­to­wał Mimi. – Zu­peł­nie się jej po­mie­sza­ło w gło­wie.

– Jak dłu­go tak ma? – za­py­tał Gio­van­ni.

– Za­czę­ło się, za­nim wró­ci­łeś do mia­stecz­ka – od­po­wie­dział Mimi.

W tym cza­sie męż­czy­zna roz­go­nił uczniów, Ma­ria zaś za­czę­ła drżeć. Gio­van­ni ru­szył w ich stro­nę, ale oj­czym zręcz­nie za­rzu­cił swo­ją bar­cha­no­wą kurt­kę na ple­cy cór­ki i za­brał dziew­czy­nę ze sobą. Ma­ria pró­bo­wa­ła się od nie­go uwol­nić, ale w koń­cu pod­da­ła się sile jego uści­sku, roz­luź­nia­jąc tak­że gło­wę.

11

Kie­dy do­tarł do ogro­du Cic­cia, za­stał wie­prz­ka wi­szą­ce­go już gło­wą w dół, z gar­dłem po­de­rżnię­tym jed­nym cię­ciem, z no­ga­mi opusz­czo­ny­mi do misy, w któ­rej zbie­ra­ła się czar­nia­wa, pa­ru­ją­ca jesz­cze krew. Grup­ka dzie­ci pa­trzy­ła na wi­szą­ce nie­ru­cho­mo i go­to­we do po­ćwiar­to­wa­nia zwie­rzę. Ko­bie­ty wy­ko­rzy­sta­ją z nie­go każ­dą część. Za­raz wy­czysz­czą je­li­ta, by ufor­mo­wać z nich kieł­ba­sy i róż­ne­go ro­dza­ju sal­ce­so­ny. Ja­kaś część mię­sa, za­rów­no tłu­ste­go, jak i chu­de­go, tra­fi w so­lan­ce do du­żych gli­nia­nych na­czyń. Poza tym ode­tną sło­ni­nę i inne czę­ści do sma­że­nia. Z wie­prza nie wy­rzu­ca się ni­cze­go. Na­wet uszy i ryj, po od­po­wied­nim usu­nię­ciu sier­ści, zo­sta­ną za­cho­wa­ne.

Bie­sia­da już się za­czę­ła i wino krą­ży­ło ra­zem z pu­deł­kiem su­chych cia­stek. Cic­cio po­ka­zy­wał jesz­cze wszyst­kim szklan­kę, z któ­rej wy­pił cie­płą krew do­pie­ro co za­bi­tej wła­sny­mi rę­ka­mi świ­ni.

Gio­van­nie­go przy­wi­ta­no z sza­cow­nym dy­stan­sem, ale już po paru mi­nu­tach lu­dzie na­wy­kli do jego obec­no­ści i znów za­czę­li go trak­to­wać bar­dziej po­ufa­le. Do je­de­na­stej zdą­żył już wy­pić dwie lamp­ki wina i zjeść trzy ka­wał­ki kar­ków­ki z krom­ką chle­ba na­są­czo­ne­go słod­kim wi­nem sy­cy­lij­skim zi­bib­bo.

Ko­bie­ty przy­go­to­wa­ły stół do pra­cy. Wnętrz­no­ści wie­prz­ka prze­cho­dzi­ły z rąk do rąk, a po­wie­trze szyb­ko wy­peł­ni­ło się od­ra­ża­ją­cym za­pa­chem zwie­rzę­cych fla­ków.

Cic­cio pod­szedł do Gio­van­nie­go i po­dał mu na­stęp­ny kie­li­szek wina.

– Nie, dzię­ku­ję – za­pro­te­sto­wał Gio­van­ni. – Dla mnie tyle wy­star­czy.

– Jak to „tyle wy­star­czy”? To po co w ogó­le przy­sze­dłeś?

– Żeby zjeść ka­wa­łek do­brej wie­przo­wi­ny.

– Bez wina?

– Już wy­pi­łem, Cic­cio.

– Masz czas do wie­czo­ra!

– Dzię­ku­ję. Może póź­niej.

– Jak so­bie ży­czysz.

Cic­cio od­szedł, a Gio­van­ni sko­rzy­stał z oka­zji, by po­krę­cić się na ta­ra­sie. Stam­tąd, sto­jąc koło du­żej per­go­li ob­ro­śnię­tej wi­no­ro­ślą, mógł spo­koj­nie ob­ser­wo­wać ze­bra­nych lu­dzi, z któ­rych każ­dy wno­sił po­wiew we­so­ło­ści. Wciąż nie wi­dział nig­dzie Li­vii An­to­niet­ty. Za­pew­ne mia­ła coś do ro­bo­ty. Nie mo­gła prze­cież za­mknąć za­kła­du kra­wiec­kie­go w so­bo­tę rano. W dniach po­prze­dza­ją­cych bie­sia­dę – z tego, co mu było wia­do­mo – za­wsze było wię­cej pra­cy.

Roz­po­znał wie­le twa­rzy, któ­re czas jed­nak od­mie­nił, i za­sta­na­wiał się, jak bar­dzo on sam musi wy­da­wać się inny w oczach swo­ich ziom­ków. Wciąż przy­glą­dał się tym twa­rzom ze swej mło­do­ści i zo­ba­czył, że przy­szedł tak­że męż­czy­zna, któ­ry kil­ka dni wcze­śniej po­mógł Ma­rii na uli­cy. Ubra­ny był w tę samą bar­cha­no­wą kurt­kę, za­ło­żo­ną na brą­zo­wą ka­mi­zel­kę i bia­łą ko­szu­lę. Miał wy­nio­sły wy­raz twa­rzy, po­twier­dzo­ny dum­nym i aro­ganc­kim za­cho­wa­niem. Gio­van­ni opu­ścił ta­ras i pod­szedł do nie­go bli­żej, nie wie­dząc, czy za­py­tać go o przy­rod­nią cór­kę, czy nie. Za­trzy­mał się na parę mi­nut w jego po­bli­żu, wmie­szaw­szy się w gro­ma­dę lu­dzi cze­ka­ją­cych na ko­lej­ną por­cję mię­sa, i sta­rał się usły­szeć, czy coś po­wie. Ja­kaś dziew­czy­na po­ka­zy­wa­ła wła­śnie wy­czysz­czo­ne świń­skie uszy, z któ­rych po­sta­ra­ła się usu­nąć na­wet wo­sko­wi­nę. Na szczę­ście tro­chę się ocie­pli­ło za spra­wą lek­ko przy­grze­wa­ją­ce­go słoń­ca, dla­te­go ła­twiej było wszyst­kim po­zo­stać na świe­żym po­wie­trzu.

Mimi, krę­py męż­czy­zna o ru­mia­nej twa­rzy, wziął pod rękę oj­czy­ma Ma­rii i po­pro­wa­dził go w stro­nę ko­tła peł­ne­go wrzą­cej już wody. To on miał się za­jąć go­to­wa­niem ma­ka­ro­nu. Gio­van­ni po­dą­żył za nimi i za­cze­kał, aż Mimi za­pro­si go, by się do nich przy­łą­czył.

– Gio­van­ni! – za­wo­łał. – Ja­dłeś już?

– Star­czy mi na­wet za ko­la­cję – od­po­wie­dział.

– Pa­mię­tasz Fran­ca Fo­re­stie­rie­go? – za­py­tał Mimi, wska­zu­jąc na męż­czy­znę.

Gio­van­ni po­trzą­snął gło­wą, pa­trząc mu w oczy i mie­rząc go wzro­kiem.

Po­da­li so­bie ręce.

– A ja pana pa­mię­tam – rzekł Fo­re­stie­ri. – Wy­je­chał pan wie­le lat temu. Jest pan sy­nem Con­cet­ty Cu­tru­pi, świeć Pa­nie nad jej du­szą.

– Tak – od­parł Gio­van­ni, pró­bu­jąc od­szu­kać w pa­mię­ci rysy tego czło­wie­ka.

– Jest pan le­ka­rzem – przy­po­mniał so­bie Fo­re­stie­ri.

Gio­van­ni przy­tak­nął, uchy­la­jąc się od dal­szych wy­ja­śnień.

– Te­raz otwo­rzył pan ga­bi­net tu­taj?

– Nie, na ra­zie nie pra­cu­ję.

– Jest pan na wa­ka­cjach?

– Tak, wzią­łem so­bie tro­chę wol­ne­go, żeby od­po­cząć.

– Pan nie po­cho­dzi z sa­me­go Cit­ta­no­va?

Gio­van­ni po­my­ślał przez chwi­lę o swo­im ojcu, któ­ry wy­je­chał, kie­dy on miał za­le­d­wie sześć lat.

– Nie, mój oj­ciec po­cho­dził z Ba­gna­ry. Moja mat­ka była z Cit­ta­no­va.

– I pan też szyb­ko wy­je­chał z mia­sta.

– Po­je­cha­łem na stu­dia – wy­ja­śnił. – Ja so­bie pana zu­peł­nie nie przy­po­mi­nam.

– A ja tak.

Ba­da­li się wzro­kiem, nie­mal wal­cząc o te­ren, po czym Fo­re­stie­ri uniósł kie­li­szek.

– Na zdro­wie! – po­wie­dział.

– Na zdro­wie! – od­po­wie­dzie­li echem Gio­van­ni i Mimi, któ­ry cały czas im się przy­słu­chi­wał.

Ja­kiś chło­pak za­in­to­no­wał ta­ran­te­lę, gwiż­dżąc i wy­stu­ku­jąc rytm na garn­ku. Ciot­ka Im­ma­co­la­ta po­ło­ży­ła ręce na bio­drach, zro­bi­ła so­bie miej­sce w sa­mym środ­ku pla­cu i za­wo­ła­ła do sie­bie jed­ne­go z męż­czyzn, bez­zęb­ne­go typ­ka w be­re­cie. Za­raz też utwo­rzy­ła się gro­mad­ka lu­dzi, któ­rzy kla­ska­li w dło­nie zgod­nie z ryt­mem śpie­wu. Od cza­su do cza­su mło­dy czło­wiek prze­cho­dził mię­dzy tan­ce­rza­mi, na­śla­du­jąc obu sta­rusz­ków i wzbu­dza­jąc po­wszech­ną we­so­łość. Mi­nę­ło jesz­cze kil­ka mi­nut i plac wy­peł­nił się ludź­mi.

– Enzo przy­szedł! – za­wo­łał ktoś, i wszy­scy od­wró­ci­li się, by spoj­rzeć na chłop­ca, któ­ry wła­śnie po­ja­wił się w ogro­dzie z gi­ta­rą w ręku.

– No to te­raz się za­ba­wi­my! – krzyk­nął ktoś inny.

Fo­re­stie­ri po­now­nie po­dał rękę Gio­van­nie­mu i od­szedł. Li­vii An­to­niet­ty wciąż nie było wi­dać i Gio­van­ni po­sta­no­wił, że może le­piej bę­dzie pójść ją po­szu­kać w warsz­ta­cie, gdzie przez cały dzień uczy rów­nież sztu­ki szy­cia i ha­ftu. Pod­szedł do Cic­cia i po­wie­dział mu, że wró­ci póź­niej, po obie­dzie.

– Masz coś do zro­bie­nia? – za­py­tał Cic­cio.

– Tak – od­parł Gio­van­ni. – Mu­szę coś za­ła­twić.

– Tyl­ko że­byś nie prze­padł na do­bre!

– Go­dzi­na i wró­cę.

– Wróć przy­najm­niej na kawę.

– Bez dwóch zdań.

Wy­szedł z ogro­du i skie­ro­wał się w uli­cę Roma. Li­via An­to­niet­ta miesz­ka­ła w jed­nej z prze­cznic, któ­re koń­czy­ły się tuż przy po­sia­dło­ści księ­cia.

12

Za­stał ją sie­dzą­cą za sto­łem ro­bo­czym, szy­ła wła­śnie spód­ni­cę. Jej twarz roz­świe­tla­ły pro­mie­nie prze­bi­ja­ją­ce przez fi­ran­kę z or­gan­zy. Przy­sta­nąw­szy, ob­ser­wo­wał ją, jej pu­szy­ste wło­sy, de­li­kat­ną skó­rę, smut­ne oczy, jak­by już na ni­ko­go nie cze­ka­ła.

Za­stu­kał de­li­kat­nie w okno, a ona pod­nio­sła gło­wę, od­kła­da­jąc igłę i zdej­mu­jąc na­par­stek. Dała mu znak, żeby wszedł.

Gio­van­ni uchy­lił drzwi i sta­nął w pro­gu.

– Nie prze­szka­dzam? – za­py­tał.

– Nie, chodź.

Li­via An­to­niet­ta wsta­ła i po­de­szła do nie­go bli­żej, wska­zu­jąc mu wol­ny sto­łek. Mu­snę­li się dłoń­mi, jak­by nie wie­dzie­li, w jaki spo­sób się przy­wi­tać. Gio­van­ni usiadł, a ona za­py­ta­ła, czy może mu coś za­pro­po­no­wać.

– Wy­pi­łem już u Cic­cia – od­po­wie­dział. – Wy­pi­łem i zja­dłem.

– Nie mo­głam przyjść.

– Cze­ka­łem na cie­bie.

– Nie mo­głam – po­wtó­rzy­ła. – Mu­szę skoń­czyć pew­ną ro­bót­kę.

Gio­van­ni ro­zej­rzał się po po­ko­ju.

– Nadal szy­jesz ręcz­nie? – spy­tał.

– Tak – od­po­wie­dzia­ła. – Nie­zbyt mi wy­cho­dzi na ma­szy­nie.

– A szko­ła szy­cia?

– Dzia­ła.

– Ile masz uczen­nic?

– Pięć.

– Bę­dzie coś z nich?

– Tak – od­par­ła. – Ma­ria rów­nież za­czę­ła przy­cho­dzić, ale po­tem. – Nie do­koń­czy­ła zda­nia, jak­by dal­sze­go cią­gu ła­two się było moż­na do­my­ślić.

– Sły­sza­łaś, co się sta­ło parę dni temu? – za­py­tał Gio­van­ni, sa­do­wiąc się wy­god­niej na ni­skim stoł­ku.

– Na pla­cu?

– Tak.

– Po­wie­dzia­ła mi o tym jej mama.

– Po­zna­łem też jej oj­czy­ma.

– Ma­ria go nie zno­si – po­wie­dzia­ła Li­via An­to­niet­ta.

– Na mnie też nie zro­bił zbyt do­bre­go wra­że­nia.

– To świ­nia – uści­śli­ła ko­bie­ta. – Prze­śpi się to z jed­ną, to z inną.

– I dla­te­go Ma­ria go nie zno­si?

– Mię­dzy in­ny­mi.

– Chciał­bym po­roz­ma­wiać z Vin­cen­zi­ną.

– O Ma­rii?

– Tak.

– Dziś jej o tym po­wiem. – Uśmiech­nę­ła się życz­li­wie. – My­ślisz, że bę­dziesz mógł coś zro­bić?

– Zo­ba­czy­my.

– Zro­bić ci kawy?

– A ty się na­pi­jesz?

– Ja mogę pić kawę o każ­dej po­rze.

– Tak jak wte­dy, kie­dy by­łaś jesz­cze dziew­czy­ną.

– Te­raz na­wet bar­dziej.

Po­de­rwa­ła się z miej­sca, a jej pier­si wy­raź­nie się za­zna­czy­ły na swe­ter­ku z gol­fem. Była pięk­na i znie­wa­la­ją­ca jak za­po­mnia­ny smak.

– Za­raz wra­cam – rze­kła.

Gio­van­ni po­dą­żał za nią wzro­kiem, kie­dy krzą­ta­ła się koło ku­chen­ki. Sły­szał, jak na­sta­wia eks­pres do kawy.

– Mama nadal ci po­ma­ga? – za­py­tał.

– Nie, od­po­czy­wa. Ma osiem­dzie­siąt dwa lata.

– Tyle mia­ła­by moja mat­ka, gdy­by żyła.

– Tak, zda­je mi się, że one były z tego sa­me­go rocz­ni­ka. Two­ja mama była z sierp­nia, a moja z kwiet­nia.

– A ty? Nic mi nie po­wie­dzia­łaś o so­bie.

– Ty też.

– Nie wy­szłaś za mąż.

– Nie.

– A ten, co to sta­le przy­cho­dził przed twój dom?

– Oże­nił się i wy­je­chał za gra­ni­cę.

– I nie zna­la­złaś ni­ko­go in­ne­go.

– Ko­góż to mia­łam zna­leźć? – od­par­ła. – A ty?

– Nie oże­ni­łem się.

– Do­trzy­ma­łeś sło­wa. Nie chcia­łeś na­wet sły­szeć o mał­żeń­stwie.

– Nie, ale przez lata by­łem z jed­ną i tą samą ko­bie­tą.

– I jak się skoń­czy­ło?

– Źle – od­po­wie­dział żar­to­bli­wie Gio­van­ni.

Po­my­ślał znów o Mag­dzie, o spę­dzo­nych z nią mie­sią­cach i wy­da­ło mu się pra­wie nie­praw­do­po­dob­ne to, co mu się przy­da­rzy­ło.

– Ile ły­że­czek cu­kru? – za­py­ta­ła Li­via An­to­niet­ta. – Nadal jed­ną?

– Tak, dzię­ki.