Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 646 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Świat kobiet - Penny Jordan

 

 

Tragiczna śmierć Andrew Reycarta i upadek jego firmy odmieni los wielu ludzi. Wpłynie też na życie czterech kobiet, stawiając przed nimi nowe wyzwania.

Fiona, żona Andrew, traci dom i zostaje bez środków do życia. Na pozór słaba i krucha, udowodni, że zawsze była kimś więcej niż śliczną żoną swojego męża.

Sally boryka się z kłopotami małżeńskimi, które nasilają się, odkąd jej mąż stracił pracę w fabryce Rycarta. Teraz w jej życiu pojawia się nowy mężczyzna.

Debora pracuje w firmie przejmującej zadłużoną firmę Reycarta. Ambitna i bezkompromisowa, nie zauważa, że ci, którzy powinni ją wspierać, bezwzględnie nią manipulują.

Elizabeth od dwudziestu ośmiu lat jest szczęśliwą żoną i matką. Przez wiele lat poświęcała się dla rodziny, wreszcie przyszedł czas, by pomyśleć o sobie. Jak na to zareaguje mąż, świetny chirurg, zmuszony do przejście na wcześniejszą emeryturę? Czy będzie wspierał zawodowe ambicje żony i przejmie domowe obowiązki, zapominając o urażonej męskiej dumie?

Opinie o ebooku Świat kobiet - Penny Jordan

Fragment ebooka Świat kobiet - Penny Jordan

Penny Jordan

Świat kobiet

Tłumaczenie: Krystyna

PROLOG

– Słyszałaś nowiny? – spytała pielęgniarka, która właśnie przyszła na oddział.

Sally Bruton przerwała odczytywanie karty choroby przymocowanej w nogach łóżka. Nie spodobało się jej, że specjalista zwiększył dawkę antybiotyku.

Po przebytej operacji powierzony jej opiece pacjent, sześćdziesięcioośmioletni Joseph O'Malley, nie wracał do zdrowia tak szybko, jak powinien. Kiedy miała dyżur na oddziale chirurgicznym męskim, zawsze próbowała znaleźć choć chwilę, aby przysiąść przy jego łóżku i pogawędzić. Zauważyła, że stary człowiek nie ma ani rodziny, ani przyjaciół.

– Jakie nowiny? – odezwała się, podnosząc zmęczony wzrok znad karty i odwracając się w stronę koleżanki.

– Samobójstwo. Jakiś facet w olbrzymiej luksusowej limuzynie. Usłyszałam po drodze. Ciekawe, dlaczego to zrobił… O której kończysz?

– Pół godziny temu – poinformowała ją Sally lakonicznie.

Z powodu spóźnienia zmienniczki musiała zostać dłużej. W związku z kolejną redukcją etatów nie było nikogo, kto mógłby ją zastąpić.

Chociaż gdyby miała być ze sobą całkiem szczera, przyznałaby, że nie ma nic przeciwko zostawaniu po godzinach. Wówczas, kiedy wracała późno do domu, Joela zazwyczaj już nie było.

To był ciężki tydzień, trzy nagłe przypadki. Mimo mile schlebiających Sally pochwał siostry przełożonej na temat jej kompetencji i umiejętności radzenia sobie w trudnych sytuacjach, praca w szpitalu była bardzo wyczerpująca.

Siostra przełożona nadmieniła także, że chcieliby, aby rozważyła możliwość pracy w większym wymiarze… A może zdecydowałaby się na pełny etat? Ba! Sally już widziała reakcję Joela. Wystarczyło przypomnieć sobie, jakie robił sceny, kiedy zakomunikowała mu, że wraca do szpitala na pół etatu.

– Potrzebne nam są pieniądze – przekonywała, nie zwracając uwagi na jego zaciętą minę.

– Ale nie w ten sposób. To ja wezmę dodatkowe nadgodziny – powtarzał z uporem.

Lecz właśnie wówczas w fabryce Kilcoyne zlikwidowano nadgodziny i Joel, zżymając się, musiał ugiąć się przed argumentami żony. Co z pożyczką zaciągniętą na jego nowy samochód i garaż? Goła pensja nie wystarczy.

Tak, Sally nigdy nie odmawiała, kiedy proszono ją, żeby została dłużej.

Gdy wracała o zwykłej porze, Joel jeszcze leżał. Leżał, lecz nie spał… Nie, nie… tylko nie to… Umysł Sally w panice uciekał od natrętnych myśli. Była zbyt zmęczona, miała zbyt wiele kłopotów, żeby tracić czas na analizowanie narastającej w niej oziębłości.

Już teraz czuła, jak cała sztywnieje, jak mięśnie napinają się w niemym oporze, jak ogarnia ją rozpacz i złość.

Dlaczego on nie potrafi zrozumieć…?

Nagły dzwonek przerwał te przykre rozważania. Energicznym krokiem poszła zobaczyć, czego chory potrzebuje.

Drzwi prowadzące do izby przyjęć uchyliły się i w korytarzu zobaczyła grupkę mężczyzn, dwóch policjantów i szpitalnego patologa… Aha, samobójstwo, przypomniała sobie. Pewnie idą do kostnicy, pomyślała i wzdrygnęła się. Była przecież pielęgniarką, jej powołanie to podtrzymywanie życia, nie…

Ten człowiek, który się zabił… Miał rodzinę? Dzieci? Żonę, która w tej chwili leży sama w łóżku i zastanawia się, gdzie jest jej mąż… tęskni do intymnej bliskości jego ciała… a może ona również… tak samo…?

Odrzuciła od siebie te myśli. Podeszła do łóżka chorego, poprawiła pościel, podniosła upuszczoną szklankę.

Debora Franklin poruszyła się w półśnie, przeciągnęła leniwie i na jej wargach pojawił się marzycielski uśmiech. Ta noc była cudowna. Jej ciało wciąż było lekko ociężałe, rozgrzane miłością. Przeciągnęła dłonią po skórze, jeszcze reagującej na dotyk, kobieco miękkiej i gładkiej. Z Markiem byli idealnymi kochankami. Pod każdym względem stanowili dobraną parę. Miała szczęście… chociaż ciężko na nie zapracowała.

– Ryan jest bardzo zadowolony z moich dokonań. Dał mi do zrozumienia, że mogę dostać coś więcej niż tylko premię… Nie powiedział niczego wprost, ale jestem przekonana, że szykuje dla mnie awans.

– Gratulacje – burknął Mark.

Debora roześmiała się serdecznie. Mężczyźni tak naprawdę nie mają ochoty na rozmowy w łóżku i nie winiła Marka, że czuł się zmęczony.

Wczoraj wieczorem była naprawdę rozochocona, podniecona pochwałami szefa i wtrącanymi między wierszami, mile łechcącymi obietnicami nagrody za jej ciężką pracę. Nigdy też nie miała oporów przed ujawnianiem swoich zmysłowych potrzeb, bo i dlaczego? Mark i ona byli sobie równi pod każdym względem. Mark co prawda zdołał wspiąć się o szczebel wyżej na drabinę zawodowej kariery, ale też wcześniej od niej zaczął pracować w firmie. I to on namówił ją, żeby rzuciła poprzednią pracę i starała się o bieżącą posadę.

– A dlaczego ty nie ubiegasz się o to stanowisko? – dopytywała się wówczas.

Potrząsnął głową.

– Upadłości to nie dla mnie. Wolę tworzenie niż destrukcję…

– Dobry zarządca może reaktywować biznes – spierała się z nim.

– Zarządca tak, likwidator nie.

Debora zbyła tę uwagę śmiechem. Poznali się z Markiem na uniwersytecie, gdzie oboje mieli podobne ambicje i oboje chcieli szybko zrobić karierę. Ona już wówczas postawiła sobie za cel pracę w dużym biurze rachunkowym, podczas gdy Mark pragnął wyjechać z Londynu i zostać dyrektorem finansowym dobrze prosperującego przedsiębiorstwa, gdzieś w środkowej Anglii na przykład.

Widząc go teraz wchodzącego do sypialni, uśmiechnęła się kusząco i zapraszającym gestem poklepała miejsce obok siebie.

– Nie, nie… nie znowu – zaprotestował.

Debora zachichotała, lecz spostrzegła, że Mark jej nie zawtórował. Odwrócił wzrok i z marsem na czole zaczął wyjmować świeżą bieliznę z szuflady.

– Mark…?

– Wybacz, Deboro, ale obiecałem Peterowi, że będę dziś wcześniej…

– Jesteś pewien, że nie uda mi się ciebie namówić na zmianę planów? – droczyła się z nim. Wyciągnęła rękę i koniuszkami palców musnęła jego podbrzusze. Poczuła, że napiął mięśnie. – O co chodzi? Coś nie tak…? – spytała cicho i cofnęła dłoń.

– O nic. Posłuchaj… przykro mi… Muszę pędzić…

– Wiem, że obiecałeś Peterowi, ale powiedz, od kiedy to macie tyle roboty, że musicie przychodzić wcześniej? – spytała cierpko. – O ile wiem, na własnej skórze odczuwacie skutki recesji. Sam mówiłeś…

– Posłuchaj, Deboro. Wiem, że czujesz się bardzo z siebie zadowolona, i podzielam twoją radość, ale czy mogłabyś na moment przestać zachwycać się sobą?

Debora zamarła z otwartymi ustami i wzrokiem utkwionym w plecach znikającego w drzwiach łazienki Marka.

Zachwycać się sobą? O co mu chodzi? Przecież wcale się sobą nie zachwyca, chce tylko podzielić się z nim radością, dumą z własnych osiągnięć. Zachwycać się… Typowy język, jakiego mężczyźni używają, kiedy chcą kobietę speszyć. Ale przecież Mark nigdy nie zachowywał się w ten sposób. Dlatego między innymi go kochała. Zawsze traktował ją jak równą. Zawsze ją chwalił, zachęcał…

Mark wszedł do sypialni. Włosy miał teraz gładko uczesane. Wyjął z szafy czystą koszulę, potem włączył radio, tak głośno, że gdyby Debora chciała kontynuować rozmowę, musiałaby podnieść głos, żeby ją usłyszał.

Co w niego dzisiaj wstąpiło, zastanawiała się.

Spiker podawał kolejną wiadomość. Samobójstwo. Mężczyzna znaleziony martwy w samochodzie. Debora słuchała obojętnie. Ludzie coraz częściej odbierają sobie życie; a poza tym bardziej obchodziła ją uwaga Marka niż śmierć jakiegoś nieznajomego faceta.

– Ciężką mieliście noc? – spytała Elizabeth Humphries i z troską spojrzała na męża, który otworzył drzwi kuchni. O drugiej nad ranem wezwano go do ofiary wypadku na obwodnicy. Młody chłopak na motorze doznał poważnych obrażeń.

– Przy odrobinie szczęścia wyliże się… Chociaż przez chwilę jego życie wisiało na włosku. Ucięło mu prawą rękę, ma złamanych kilka żeber, uszkodzone narządy wewnętrzne. Na szczęście ktoś przytomny włożył rękę do lodu. Dwadzieścia lat temu, ba, nawet dziesięć, nie moglibyśmy mu jej przyszyć. Odkąd zostałem chirurgiem, nastąpił niewyobrażalny postęp… No, ale sam nigdy bym nie potrafił zrobić tak skomplikowanej operacji.

– Nie jesteś przecież specjalistą od mikrochirurgii – wtrąciła Elizabeth. – Za to bez twojego zaangażowania w gromadzenie funduszy szpital nie miałby odpowiedniej sali operacyjnej do tego typu zabiegów – przypomniała mu.

– Wiem, wiem, czasami jednak, kiedy przyglądam się tym młodzikom, czuję się okropnie stary.

– Daleko ci do starości – zaprotestowała. Za trzy miesiące Richard miał obchodzić pięćdziesiąte piąte urodziny, ona była pięć lat od niego młodsza. Od dwudziestu ośmiu lat była żoną Richarda i wciąż kochała go tak samo gorąco, jak na początku, chociaż w trochę odmienny sposób.

– Dlaczego nie jesteś w łóżku? – spytał. – Masz dziś dyżur w poradni?

– Tak.

Obojętnie jak bardzo był zajęty, jak bardzo zaharowany, zawsze pamiętał o jej sprawach, I kiedy ich córka wyprowadziła się z domu, to właśnie on zachęcił ją, żeby zainteresowała się pracą społeczną. Elizabeth bała się wówczas, że nikt nie zechce korzystać z jej usług. Teraz jednak, w związku z recesją, która stała się przyczyną wielu ludzkich tragedii, miała więcej zajęć niż kiedykolwiek przedtem, tyle że…

– Mieliśmy jeszcze drugi wypadek… – odezwał się Richard zmęczonym głosem – Niestety, nic nie mogliśmy już zrobić. Samobójca.

– Biedny człowiek – westchnęła Elizabeth, stawiając na stole dzbanek z herbatą.

– Rozpieszczasz mnie, wiesz… – powiedział Richard, kiedy nalewała mu drugą filiżankę.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparła z uśmiechem. – Aha, dzwoniła Sara – dodała. – Podejrzewa, że Katie ma wietrzną ospę.

– Trudno. Kilka krost i do wesela się zagoi.

– Tak, ale Ian panikuje. Wiesz, jacy są lekarze, kiedy ktoś z ich rodziny zachoruje.

– Wiem. Sam jestem lekarzem.

Roześmieli się oboje.

– Pamiętasz, jak Sara spadła z huśtawki i złamała rękę? “Złamałam rękę, tatusiu. Nastaw mi”. To ty bardziej potrzebowałeś pomocy niż ona.

– Doskonale pamiętam. Tak się trząsłem, że bałem się małej dotknąć, i w końcu ty musiałaś unieruchomić jej ramię… Mam nadzieję, że ten chłopak przeżyje. To zawsze taka strata, umierać tak młodo. Czasami myślę, że jestem już za stary do takiej pracy, zbyt uczuciowy. Chirurg powinien wyzbyć się uczuć.

– Gdybyś wyzbył się uczuć, nie byłbyś takim wspaniałym chirurgiem – powiedziała Elizabeth. – Pacjenci mają do ciebie zaufanie. I słusznie.

– Zastanawiam się, co nim powodowało?

– Co? Och, szybka jazda… Jak zwykle.

– Nie o nim mówię, ale o tym samobójcy. Taki straszny czyn, odebrać sobie życie…

– Mhm, dla niego to wyzwolenie od trosk, ale dla jego najbliższych… dla rodziny to dopiero początek. Żal mi ich.

Fiona z trudem otworzyła oczy. Miejsce obok było puste i zimne. Wzdrygnęła się lekko, chociaż nie z tęsknoty za Andrew. Ta strona ich pożycia bardzo dawno, właściwie wkrótce po narodzinach Daniela, stała się nudną rutyną.

Nie, to nie jego intymnej bliskości było jej brak.

Ostatnio Andrew zachowywał się bardzo dziwnie. Zresztą, nawet w najlepszym okresie ich małżeństwa nigdy nie był skory do rozmów i nie tolerował cienia sprzeciwu wobec swoich decyzji… swoich dyktatorskich dekretów, jak Rory zaczął buntowniczo nazywać postanowienia ojca. Fiona z całych sił opierała się wysłaniu dzieci do szkoły z internatem, chociaż doszła ostatnio do wniosku, że może i lepiej się stało. Przecież gdyby chłopcy mieszkali w domu, musieliby wyczuwać, jaka zła atmosfera tu panuje… jakie napięcie… że ojciec jest wciąż poirytowany.

Podczas ferii Andrew ostatecznie stracił cierpliwość do Rory'ego. Dlaczego, do cholery, ten chłopak nie dba o ubranie, pomstował. Czy nie zdaje sobie sprawy z tego, ile wszystko kosztuje? A ona? Dlaczego nie dopilnuje, żeby synowie bardziej szanowali swoje rzeczy i dlaczego, do diabła, pozwala, żeby tak potwornie hałasowali? Nie dość, że on haruje blisko dwadzieścia cztery godziny na dobę, żeby mieli wszelkie luksusy, jakich zapragną? A wszystko, czego chce w zamian, to odrobina świętego spokoju, dom, do którego mógłby bez wstydu zaprosić kolegów i klientów. Inne żony, czynił jej gorzkie wymówki, są o wiele lepszymi gospodyniami.

Fiona ugryzła się w język, żeby nie powiedzieć, iż inne żony prawdopodobnie zawsze dokładnie wiedzą, kiedy ich mężowie wrócą z pracy… lecz dziesięć lat małżeństwa nauczyło ją, że wszelkie dyskusje z Andrew są daremne, kiedy jest zdenerwowany.

Nie dość, ryczał, że flaki sobie wypruwa, żeby ona miała jeden z najdroższych i najokazalszych domów w okolicy, co rok nowy samochód i żyła na takiej stopie, że wszyscy przyjaciele jej zazdroszczą?

– On tego nie robi dla nas, tylko dla siebie – skomentował którąś z podobnych kłótni Rory, kiedy Andrew z hukiem wypadł z domu.

Fiona doskonale wiedziała, że chłopiec ma rację, niemniej kazała starszemu synowi zamilknąć. Przyjaciele? Jacy przyjaciele, zastanawiała się później. Nie mieli przecież żadnych prawdziwych przyjaciół, utrzymywali kontakty jedynie z ludźmi, którzy mogli okazać się dla Andrew użyteczni… z ludźmi, którym albo on chciał zaimponować, albo którzy imponowali jemu. Jej jedyną prawdziwą przyjaciółkę traktował z góry, twierdząc, że ani ona, ani jej mąż, nie dorównują im finansowo.

Tak, status był dla Andrew rzeczą bardzo ważną. Nie było dla niej tajemnicą, na przykład, że mimo iż Andrew nie pominął żadnej okazji, aby krytykować jej brata lub jego żonę, w głębi duszy zżerała go zazdrość o Roberta. Zazdrość i gorycz, że dzięki małżeństwu z Lidią szwagier wszedł do świata, który był dla niego zamknięty.

Robert ożenił się z Lidią tylko z powodu jej powiązań rodzinnych i pieniędzy, oświadczył kiedyś.

Fiona nie podejmowała dyskusji. Bo po co? Czyż Andrew nie ożenił się z nią z tych samych dokładnie powodów? I czyż ona, w głębi serca, nie wiedziała o tym? Wiedziała i nie chciała słuchać cichego wewnętrznego głosu błagającego ją desperacko, aby się zastanowiła, co czyni.

Ale wtedy była zbyt wściekła, aby się zastanawiać. Zbyt wściekła, zbyt dumna i zbyt ciężko zraniona. Skoro było jasne, że nic sobą nie przedstawia, że nic nie jest warta jako osoba, że jest takim zerem, że nawet nie dano jej szansy, aby mogła się określić, mogła po prostu stać się tym, czym rodzice, a w szczególności ojciec, chcieli, aby była. Dziewczyną, która niejako automatycznie poślubi mężczyznę pokroju Andrew… inną Fioną.

Jej Fiona, Fiona, którą sobie wymarzyła, przestała istnieć, dawno temu została unicestwiona, nie miała siły walczyć o przetrwanie… zabrakło miłości, która trzymała ją przy życiu.

Miłość.

Między nią i Andrew zdecydowanie nie było miłości.

Andrew i Robert znali się ze szkoły. Robert był synem najbardziej znanego i najbogatszego biznesmena w okolicy, Andrew jedynakiem, późnym dzieckiem podstarzałych rodziców. Oboje oni, jak podejrzewała Fiona, zarówno ojciec, naukowiec, interesujący się wyłącznie swoimi książkami i zbiorem skamielin, jak i matka, nieśmiała, cicha kobieta bojąca się własnej matki, nigdy nie otrząsnęli się z szoku wywołanego faktem spłodzenia potomka tak różniącego się od nich pod względem poglądów i ambicji.

Typowe dla niego było na przykład to, że gdy Robert został mianowany prezesem rodzinnego przedsiębiorstwa, którego właścicielem był wuj Lidii, Andrew z zazdrości natychmiast zaczął zabiegać o miejsce w zarządzie swojej firmy.

Kiedy jego starania spełzły na niczym, zrobił coś, czego Fiona najmniej się spodziewała – nagle złożył wymówienie i kupił własną firmę, własną prezesurę.

Fiona jeszcze do dziś pamiętała swoje zdumienie, kiedy ją informował o tych poczynaniach. Pamiętała jego usta wykrzywione goryczą, nieodmienną zapowiedź wybuchu, wprawiającą ją w jeszcze większe przerażenie.

– Oczywiście, gdyby ta stara prukwa nie wykorkowała i nie zostawiła mojej doli jakiemuś fircykowi, w ogóle nie musiałbym pracować!

Fiona nie odezwała się. Nie widziała sensu w przypominaniu mężowi, że jego cioteczna babka Maud miała absolutne prawo zapisać majątek komukolwiek chciała, nawet jeśli tym kimś okazał się prawie dwumetrowy Nowozelandczyk, włóczęga, który pewnego dnia zapukał do jej drzwi w poszukiwaniu sezonowej pracy i został na całą zimę, żeby ją, starą kobietę, pielęgnować, gdy upadła i złamała nogę w biodrze. Wnuk tymczasem trwał w nieświadomości i dowiedział się o wszystkim dopiero po śmierci staruszki. Zdumiony, ogarnięty potworną złością, oskarżył dwudziestodziewięcioletniego Toma Forstera o to, że był kochankiem jego ponad osiemdziesięcioletniej ciotecznej babki Maud Knighton i że podstępem pozbawił spadku jego, najbliższego kuzyna zmarłej.

– Jak ona mogła coś takiego zrobić… mnie… naszym synom…? – powtarzał, kiedy razem z Fioną wyszli od adwokata.

– Może gdybyśmy ją częściej odwiedzali… – zasugerowała Fiona ostrożnie.

– Co? Tłuc się aż do Northumberland? Jakim cudem? Wiesz, że nie mogłem zarywać pracy.

Andrew zagroził, że będzie dochodził swych praw na drodze sądowej, że się postara, aby babcię uznano za osobę niepoczytalną, a Nowozelandczyka oskarży o wymuszenie spadku. Jednak ku zaskoczeniu i uldze Fiony, Tom Forster dyskretnie i bez emocji zaproponował podział pozostałego po Maud majątku pół na pół.

Andrew oczywiście nie chciał się zgodzić. Uparł się, iż sam fakt wysunięcia takiej propozycji dowodzi, że przybłęda wie, że przegrałby w każdym sądzie, lecz i ojciec Fiony, i Robert wymusili na nim zgodę na przyjęcie oferty.

Robert zaczął bowiem żywić ambicje polityczne i niezwykle zależało mu na tym, aby zarówno jego życiorys, jak i życiorysy całej jego rodziny były bez skazy. Żenująca kłótnia szwagra z Nowozelandczykiem opisana na pierwszych stronach brukowców potrzebna mu była jak zającowi dzwonek na polowaniu.

Fiona, zawsze bardzo wyczulona na reakcje ojca, zauważyła, jak w wyniku tej afery zdystansował się od zięcia, lecz podejrzewała, że Andrew tego nawet nie spostrzegł. Uczucia i opinie innych zawsze leżały poza sferą jego zainteresowań.

Po tych wszystkich biadoleniach, jaki to ciężki los ich czeka teraz, kiedy otrzymali zaledwie połowę spadku, Fiona nie spodziewała się, że mąż wyda chociażby niewielką cząstkę pieniędzy. Wydał jednak nie tylko część, przypomniała sobie nagle, ale całość, oraz dodatkowo zaciągnął kredyt w banku. Przypomniała sobie również, jak się chwalił, ile mu pożyczyli, jak podkreślał, że wysokość tej sumy świadczy, iż cenią sobie jego i jego wyczucie w interesach. Jej natomiast zrobiło się słabo na myśl o tym, ile są winni.

– Na miłość boską! – wykrzyknęła. – Czy uda ci się kiedykolwiek spłacić taką sumę?

Zbył ją wówczas śmiechem i powiedział, że nie ma zielonego pojęcia o biznesie, z pogardą dodając, że te sprawy przerastają możliwości jej ptasiego móżdżku.

– Twój ojciec miał rację – kpił. – Cała wasza genetyczna inteligencja przypadła w udziale twoim braciom.

Fiona wzdrygnęła się. Przez całe życie przytłaczała ją świadomość, iż rozczarowała rodziców. Woleli kolejnego syna zamiast córki, a kiedy okazało się, że ta pod względem intelektualnym nie dorównuje na dodatek obu braciom, cały wysiłek wychowawczy skupili na starszych dzieciach. Czuła, że oświadczyny Andrew przyjęli z ulgą. Miała wówczas zaledwie dziewiętnaście lat, była niedoświadczona, nie wiedziała, jaką drogę życiową obrać.

– Nie chcę, żeby moja żona pracowała – oznajmił jej Andrew zaraz po ślubie. To on miał zarabiać na utrzymanie domu i rodziny. Nie podobały mu się te przebojowe nowoczesne kobiety odrzucające swoje powołanie żon i matek.

W pierwszą rocznicę ślubu podarował jej bransoletkę wysadzaną brylantami.

– Dla mojej ślicznej grzecznej dziewczynki – powiedział, a potem kochał się z nią, nie pozwalając zdjąć prezentu z przegubu. Nasycił się szybko, gwałtownie, sprawiając jej ból i nie dając żadnej satysfakcji. Kiedy uniosła powieki, spostrzegła, że nie patrzy na nią, lecz na klejnot.

Włożyła bransoletkę na urodzinowy obiad, na który, zgodnie z życzeniem Andrew, zaprosili jej rodziców. Cały czas czuła nudności i ból głowy, była już wówczas w pierwszych tygodniach ciąży, chociaż sama jeszcze o tym nie wiedziała.

Andrew zezłościł się na nią, ponieważ suflet, który kazał jej przygotować, opadł. Widziała, jak usta męża zaciskają się w wąską linijkę.

Nie, Andrew nigdy nie posuwał się do rękoczynów, lecz nie znosił najmniejszych nawet zamachów na swą pozycję. Jej nieumiejętność przygotowania idealnego sufletu zachwiała ową pozycją. Nie zadowoliła jego ambicji, aby jako żona zawsze i wszędzie stanowić zwierciadlane tło dla jego sukcesów… autorytetu… potężnego ego.

Kiedy przyszły na świat dzieci, sytuacja nie zmieniła się. Miały przynosić mu chlubę. Zawsze.

Niestety, Andrew nigdy nie był łatwym człowiekiem we współżyciu, chociaż nikt z zewnątrz o tym nie wiedział. Mówiono jej, że poślubiając go, wygrała los na loterii. Był dobrym mężem, twierdziła jej rodzina… dodając z uznaniem, że dobrze się spisał jako ojciec.

Ostatnio jednak bywał coraz bardziej zdenerwowany, najmniejszy drobiazg doprowadzał go do furii. Potrafił w jednej chwili robić jej wymówki, że zbyt dużo wydaje na dom albo na nowe rośliny do ogrodu, a w następnej oznajmiać, że kupuje nowy samochód albo że zafundował im luksusowe wakacje.

Kiedy oszołomiona protestowała przeciw takiemu brakowi konsekwencji, pouczał ją, jak istotne jest utrzymywanie pozorów.

Pozory… Tak, pozory były dla Andrew najważniejsze. Czy to nie dlatego właśnie postanowił wziąć ją za żonę? Może nie należała do najbystrzejszych, ale przynajmniej miała urodę, jak powiedział jej raz ojciec z lekceważeniem.

Uroda…

– Dlaczego chcę się z tobą ożenić? Bo cię kocham, moja ty śliczna – powiedział Andrew, kiedy prosił o jej rękę. A kiedy się zaręczyli, wyznał: – Nie mogę się doczekać, kiedy się tobą pochwalę przed wszystkimi znajomymi.

Tak, pomyślała Fiona, Andrew uwielbiał się z nią pokazywać publicznie. Przy takich okazjach nawet jakby bardziej lubił jej towarzystwo niż w domu.

Śliczna.... Och, jakże ona znienawidziła to słowo!

Przed dom zajechał jakiś samochód. Fiona wyślizgnęła się z pościeli, wstała, sięgnęła po szlafrok. Jedwabny… prezent gwiazdkowy od Andrew.

– Na pobyt u Ronaldsonów – powiedział, wręczając jej go z uśmiechem. – Żal mi biedaka. Jego żona jest tak straszliwie przeciętna, doprawdy monstrum.

– Ale on ją kocha – odparła Fiona spokojnie.

– Nie bądź głupia. Jak facet może kochać kobietę o takim wyglądzie! Ożenił się z nią dla forsy; to nie tajemnica.

Samochód parkował na podjeździe. Otwierając drzwi sypialni, Fiona zmarszczyła czoło z namysłem. Silnik auta brzmiał inaczej niż najnowszy jaguar Andrew.

Z początku, kiedy Andrew zaczął coraz później wracać do domu, pomyślała, że związał się z jakąś kobietą. Zdziwiła się wówczas, jak mało ją obchodzi jego ewentualny romans. Później jednak odkryła, że on po prostu tyle pracuje.

Zaczęła się martwić, niemniej kiedy spróbowała z nim porozmawiać, zbył ją.

– Na miłość boską, dość mam spraw na głowie bez twojego gderania – opędzał się poirytowany. – Zostaw mnie w spokoju, dobrze? Ta cholerna recesja…

– Skoro sytuacja jest taka zła, może powinniśmy sprzedać dom – zaproponowała – albo zabrać chłopców z internatu…

– Co…? Ty idiotko! Równie dobrze mogłabyś dać anons do “Timesa”, że plajtujemy… Kompletnie zgłupiałaś? Potrzebne mi teraz jeszcze tylko, żeby ludzie stracili do mnie zaufanie! A stracą, jeśli wystawię dom na sprzedaż.

W poprzedni weekend odwiedzili brata Fiony. Robert i Andrew zagrali w golfa, a tymczasem ona z Lidią siedziały, prowadząc zdawkową rozmowę o niczym. Panowie wrócili spięci. Andrew natychmiast oświadczył, że jadą do domu.

Nie żałowała, że wychodzą. Z Robertem nigdy nie łączyły jej specjalnie bliskie stosunki, bardziej zaprzyjaźniona była z drugim bratem, Michaelem. Lidii nie lubiła od samego początku.

Jeśli to Andrew, to dlaczego nie wchodzi, zdziwiła się teraz. Pewnie zapomniał kluczy, pomyślała i zeszła na dół. Kiedy otworzyła drzwi i zobaczyła przed domem radiowóz policyjny, zesztywniała.

– Pani Ryecart?

Policjant zrobił krok do przodu. Towarzyszyła mu policjantka. Oboje mieli poważne, skupione twarze.

– Możemy wejść?

Wiedziała… natychmiast się domyśliła, że Andrew nie żyje, ale sądziła, że miał wypadek, a nie że… że sam odebrał sobie życie.

Policjanci starali się przekazać jej tragiczną wiadomość w sposób jak najbardziej łagodny. Andrew znaleziono w jego samochodzie… silnik włączony… niestety, na jakąkolwiek pomoc było za późno.

Samobójstwo.

– Czy chciałaby pani, żebyśmy kogoś zawiadomili… rodziców męża…?

Fiona potrząsnęła odmownie głową.

– Zrobię pani herbaty – zaofiarowała się policjantka. – To dla pani szok.

Samobójstwo.

Zaczęły nią wstrząsać konwulsyjne dreszcze.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Mamo! Paul wciąż siedzi w łazience i nie chce mnie wpuścić!

Sally zatrzymała się na półpiętrze. Podniosła skarpetkę, którą upuściła, schodząc poprzednim razem z naręczem brudów do prania. Skrzywiła się. Po wczorajszym dniu pracy bolał ją krzyż.

– Pospiesz się, Paul – rozkazała i mocno zastukała w drzwi łazienki.

– Doskonale wie, że idę do Jane. Przez niego się spóźnię – skarżyła się płaczliwym tonem Cathy.

– Nie spóźnisz się – uspokajała ją Sally. – Paul zaraz wyjdzie.

– On to robi specjalnie. Nienawidzę go! – oświadczyła dziewczynka z pasją.

Sally skończyła właśnie wkładać rzeczy do pralki, kiedy Paul zjawił się w kuchni. Czy on nigdy nie przestanie rosnąć? – pomyślała na widok syna. Nowe dżinsy, które kupiła mu miesiąc temu, już były kuse.

– Gdzie tata? – spytał chłopiec.

– Jeszcze nie wrócił.

Odkąd Joel dowiedział się o samobójstwie Andrew Ryecarta, zachowywał się jak kłębek nerwów i trudno było z nim wytrzymać. Sally wiedziała, że mąż martwi się o posadę, ale to nie powód, aby wyładowywać złość na nich.

– A mówił, że wróci wcześniej – utyskiwał Paul. – Obiecał zabrać mnie na ryby.

Sally zacisnęła zęby. To już nie pierwszy raz Joel robi coś takiego. Zaledwie tydzień temu pokłócili się o to, że zapomniał o umówionej wizycie u jej siostry i poszedł z kolegami grać w snookera.

– Ty się z nią umawiałaś, nie ja – replikował, kiedy na niego natarła.

– Ktoś musiał – nie ustąpiła. – Gdyby zostawić te sprawy tobie, miesiącami nikogo byśmy nie widywali.

– Zapomniałem – przyznał, traktując całe zajście, jak gdyby nie miało istotnego znaczenia. Nie chcąc kontynuować kłótni przy dzieciach, Sally nabrała wody w usta, lecz w środku aż kipiała ze złości.

I wciąż była na niego wściekła, kiedy wróciwszy wieczorem, zaczął jej opowiadać o meczu snookera. Po prostu wyszła z pokoju. Później, w łóżku, odwróciła się do niego plecami, a gdy wyciągnął rękę i dotknął jej piersi, znieruchomiała w niemej odmowie.

O to też się kłócili. Przyciszonymi, nabrzmiałymi złością głosami, żeby nie obudzić dzieci. Były już starsze i zaczynały interesować się seksem, szczególnie Cathy. Kilka miesięcy przedtem, po powrocie ze szkoły spytała, czy Sally i Joel wciąż odbywają ze sobą stosunki.

– Cóż, przynajmniej nie miałaś kłopotu z odpowiedzią – burknął Joel, kiedy mu powtórzyła rozmowę z córką.

Zachmurzyła się na wspomnienie ich dalszej wymiany zdań.

– Podejrzewam, że dostarczyła ci jeszcze jednej wymówki – ironizował. – Nie chcesz, żeby dzieciaki słyszały, tak? Nie bój się, nie mają czego słyszeć.

– Joel, masz bzika na punkcie seksu – broniła się. – Nie można z tobą dyskutować, bo ty każdą rozmowę, obojętnie na jaki temat, obracasz w kłótnię o seksie.

– Może dlatego, że na kłótniach się kończy – odparł ze złością.

A przecież nie zawsze tak było… Oczywiście, że nie zawsze. Tuż po ślubie albo kiedy się tylko poznali…

Była wówczas nieśmiałą, nieopierzoną czternastolatką, tym bardziej bojaźliwą, że dopiero niedawno zamieszkała z rodzicami w nowej okolicy. W szkole czuła się wyizolowana, a koleżanki, wyczuwając jej bezbronność i samotność (starsza o siedem lat siostra była już dorosłą dziewczyną), obrały ją sobie za ofiarę.

To właśnie Joel stanął w jej obronie. Dwa lata starszy, wysoki, ciemnowłosy, dobrze zbudowany chłopak robił wrażenie bardzo pewnego siebie i Sally instynktownie do niego lgnęła.

Joel miał czwórkę rodzeństwa, dwie starsze siostry i dwóch młodszych braci, bliźniaków. Ich dom, bezładnie prowadzony przez roztargnioną i całkowicie pozbawioną autorytetu matkę, stanowił takie przeciwieństwo funkcjonującego niczym szwajcarski zegarek domu Sally, że dziewczynka, zafascynowana, natychmiast przywiązała się do tamtej rodziny. Ojciec Joela był krewkim olbrzymem zarabiającym na życie dorywczymi zajęciami, od prowadzenia kiosku warzywnego do pomagania w zaprzyjaźnionym pubie. Było w nim coś z Cygana, zarówno w wyglądzie, jak i w stosunku do życia. Szeptano, że matka Joela popełniła mezalians. Filigranowa, bujająca w obłokach, kompletnie niezaradna, traktowała swoje dzieci w taki sposób, jak gdyby do końca nie wierzyła, że sama je urodziła.

Najstarsza córka była dla rodzeństwa bardziej matką niż siostrą, a szesnastoletni Joel, ponad wiek dojrzały, stał się dla Sally idolem i opoką.

Po ukończeniu szkoły ich drogi rozeszły się. Joel zaczął uczyć się zawodu, Sally zaś wstąpiła do szkoły pielęgniarskiej. Do ponownego spotkania doszło dzięki wspólnej znajomej.

Wpadli sobie w oko od pierwszego wejrzenia, lecz Joel nie nalegał, aby rozpoczęli współżycie. Spodobało jej się to. Dowodziło wstrzemięźliwości… i szacunku wobec jej osoby.

Z początku rodzice nie sprzyjali ich małżeństwu. Matka żywiła cichą nadzieję, że młodsza córka wyjdzie za lekarza, i Sally musiała wysłuchiwać peanów na temat męża Daphne, nauczyciela, inteligenta.

Teraz i rodzice, i teściowie już nie żyli, a liczne rodzeństwo Joela opuściło miasteczko w Lancashire, gdzie wszyscy przyszli na świat i gdzie się wychowali. Jedyną osobą z rodziny mieszkającą w pobliżu była więc Daphne, która nie pominęła żadnej okazji, aby dać siostrze odczuć swoją wyższą pozycję społeczną. Daphne i Joel nigdy nie darzyli się sympatią i Sally doskonale wiedziała, jak bardzo jej mąż irytuje się, kiedy ona odwiedza tamten dom.

– O co chodziło tym razem? – dopytywał się, kiedy Daphne wezwała siostrę, aby pochwalić się przed nią nowym urządzeniem kuchni.

– O nic – odparła Sally, lecz później, rozejrzawszy się po własnej kuchni, zaczęła nagle porównywać ją z tamtą i cały dom z o wiele większym domem Daphne.

Kiedy jakiś czas potem Joel zobaczył prospekty mebli kuchennych, które Sally zgromadziła, twarz mu natychmiast stężała.

– Kuchnia?! – wybuchnął. – Zwariowałaś, Sal? Widziałaś te ceny?

Kłótnia, która potem nastąpiła, była jedną z najzacieklejszych w ich całym małżeńskim życiu.

– Mógłbyś postarać się o pożyczkę na wyposażenie domu – nalegała. – Tak właśnie zrobili Daphne i Clifford. Mogłabym zarobić na spłatę rat, biorąc dodatkowe dyżury…

– Wykluczone – przerwał jej Joel. – Nie stać nas na to i nie życzę sobie…

– Nie stać nas było również na nowy samochód dla ciebie i garaż – zauważyła rozgoryczona Sally. – Ale je w końcu masz.

Widząc zbielałe kąciki ust męża, natychmiast zorientowała się, że powiedziała za dużo, mimo to trwała w uporze i nie cofnęła swych słów.

– Skoro już mam harować na twój samochód, mogę wziąć jeszcze kilka nadgodzin i zapracować na coś dla siebie.

Joel nic nie odpowiedział, lecz wyraz jego twarzy, jego wzrok, sprawił, że Sally przygryzła nerwowo dolną wargę. Później jednak poczucie winy ustąpiło irytacji. Dlaczego ma odczuwać wyrzuty sumienia? Bo chce mieć nową kuchnię? Czy to tak wiele?

Niestety, duma i poczucie godności własnej były dla Joela ważniejsze od żony. Tak przynajmniej zaczęła odtąd uważać.

W końcu Joel ustąpił i dostała swoją nową kuchnię. Oczywiście szafki nie były dokładnie takie same jak drogie, zamówione u stolarza meble Daphne. Joel montował wszystko sam, pracując wieczorami i w weekendy, a kiedy pewnego ranka wróciła z nocnego dyżuru, stwierdziła, że wcale się nie kładł, żeby szybciej skończyć.

Uśmiechnął się do niej szeroko i szczęśliwie jak dziecko, kiedy zaprosił ją, aby podziwiała dzieło jego rąk, potem objął ją mocno i pocałował.

Pachniał drewnem, farbą i potem, a rozpierająca go radość przypomniała jej chłopaka, jakim był, kiedy się poznali.

Kuchnia była wspaniała. Dokładnie taka, jaką sobie wymarzyła. Sally nie protestowała więc, kiedy Joel, szepcząc jej do ucha, zaproponował, aby dla uczczenia końca pracy, spróbowali odegrać jedną z erotycznych scen z Fatalnego zauroczenia.

Paul włożył kurtkę i otworzył drzwi do ogródka.

– Dokąd się wybierasz? – spytała, wracając myślami do rzeczywistości.

– Do Jacka – odparł chłopak. – Taty jeszcze nie ma, a i tak już za późno na ryby.

Sally pozwoliła mu iść do kolegi, czuła jednak, jak narasta w niej złość na Joela. To nie w porządku, że on zawsze myśli tylko o sobie i zwala wszystkie obowiązki domowe na nią.

Kiedy nie pracowała zawodowo, nie narzekała, że musi zajmować się domem i dziećmi, ale teraz…

– To rzuć pracę – oznajmił jej zaledwie przed tygodniem, kiedy wróciwszy z dyżuru, zastała wszędzie bałagan, a męża przed telewizorem.

– Wiesz dobrze, że nie mogę – zaprotestowała. – Potrzebne są nam pieniądze.

– Jestem gotowa, mamusiu – głos córki ponownie wyrwał ją ze świata wspomnień.

Sally zmusiła się do uśmiechu, kiedy Cathy weszła do kuchni.

– Dobrze, kochanie. Zawiozę cię, i pamiętaj, że tatuś po ciebie przyjedzie.

– O ile nie zapomni… – mruknęła do siebie dziewczynka. – Pojedziemy w przyszłym roku na Florydę? Prawie wszyscy z mojej klasy już byli, tylko ja nie.

– Wycieczka na Florydę to olbrzymi wydatek, Cathy…

Sally nie powiedziała Joelowi, że już postanowiła regularnie odkładać coś ze swojej pensji na osobnym rachunku wakacyjnym. Tak by chciała zabrać dzieci do Disneylandu! Jeszcze kilka lat i będą za duże, a teraz to by była dla nich taka frajda. Warto się tego i owego wyrzec, i gdyby co miesiąc oboje odkładali po tyle samo…

– Z nikim nie wychodź – przypomniała córce, zatrzymując samochód przed domem koleżanki. – Czekaj na tatusia.

– Dobrze już, dobrze. Nie jestem malutkim dzidziusiem – odparła Cathy, przewracając oczami.

Wyglądem Cathy przypominała babkę ze strony Joela, blondynkę. Nie odziedziczyła gęstych ciemnych włosów matki i na szczęście bardzo rzadko w jej oczach pojawiał się ten zacięty wyraz, który ostatnio tak często przysłaniał ciemnobrązowe oczy Sally.

Przy całym fizycznym podobieństwie Cathy miała silniejszy charakter od matki Joela i chociaż ani ona, ani Paul nie wykazywali śladu nieprzeciętnej inteligencji, jaką Daphne. przypisywała swojemu Edwardowi, oboje dawali sobie radę w szkole na tyle dobrze, że Sally mogła być z nich w duchu bardzo dumna.

Miło wreszcie mieć cały dom dla siebie, stwierdziła, otwierając drzwi. Nie miała jednak zamiaru napawać się tym rzadkim luksusem. W przeciwieństwie do Joela nie potrafiła zasiąść przed telewizorem i zapomnieć o otaczającym ją bałaganie.

Na posadzce w łazience leżał stos mokrych ręczników; ktoś zapomniał zakręcić butelkę z żelem pod prysznic, która przewróciła się w brodziku, a jej zawartość cienką, perłowo opalizującą strużką powoli wyciekała na marne…

– Powinnaś zmusić dzieci, żeby ci bardziej pomagały – pouczała ją Daphne, która wpadłszy niespodziewanie któregoś dnia, zastała młodszą siostrę przy generalnym sprzątaniu.

– Tak samo jak ty zmuszasz Edwarda? – spytała Sally złośliwie.

– No, ale Edward to wyjątkowe dziecko. Przy jego poziomie inteligencji wymaga wciąż nowych bodźców intelektualnych, inaczej się nudzi. Poza tym on ma wrodzone zamiłowanie do porządku. U twoich trzeba dyscypliną wyrobić poczucie odpowiedzialności za pewne obowiązki domowe. Rozumiem, że w waszej rodzinie to trudne… Gdyby Joel miał inny charakter… Clifford jest pod tym względem wprost cudowny. Nawet mu do głowy nie przyjdzie, żeby usiąść i czekać, aż ja wszystko zrobię… Cóż, te rzeczy wynosi się z domu, prawda? A rodzina Joela… – machnęła ręką – lepiej nie mówić…

Daphne nie chciała być nieuprzejma, uważała po prostu, że z racji starszeństwa może sobie pozwolić na krytykowanie Sally i jej trybu życia.

– To snobka – pewnego razu stwierdził krótko Joel i chociaż Sally w głębi duszy przyznała mu rację, ponieważ chodziło o jej rodzoną siostrę, uznała za swój obowiązek jej bronić.

Spojrzała na zegarek. Miała jeszcze pół godziny do wyjścia.

Dokończyła sprzątanie łazienki, wyjęła jedno pranie z pralki, włożyła do bębna kolejne. Sypialnie Cathy i Paula wyglądały jak po trzęsieniu ziemi, ale nie ugięła się. Dzieci doskonale wiedziały, że utrzymywanie porządku we własnych pokojach to ich sprawa.

Co z Joelem? Zła na niego napisała szybko kilka słów na kartce, przypominając, że ma odebrać Cathy i że nie dotrzymał obietnicy danej Paulowi.

To chyba miło być mężczyzną i nie musieć martwić się o domowe sprawy, bo jest ktoś, kto zadba o wszystko, pomyślała Sally. Cóż, ja nie jestem w takiej luksusowej sytuacji i jeśli w ciągu najbliższych pięciu minut nie wyruszę, przełożona nie omieszka wypomnieć mi, że każda chwila spóźnienia oznacza, że albo ktoś inny musi wykonywać moją pracę, albo chorzy pozostają bez nadzoru… Siostra przełożona miała hyzia na punkcie punktualności, lecz czy można było mieć o to do niej pretensję? Gdyby mnie udało się tak wytresować Joela, jak ona potrafiła wyćwiczyć wszystkie pielęgniarki na oddziale! – westchnęła w duchu.

Joel zmęczony otworzył drzwi z tyłu domu. Z kuchni zionęło chłodem i pustką, zupełnie inaczej niż z pełnej dzieciaków kuchni zapamiętanej z dzieciństwa.

Odsunął od siebie te skojarzenia. Nikt nie mógłby zarzucić Sally, że jest złą matką, wręcz przeciwnie. Trzęsła się nad Paulem i Cathy niczym kwoka. Psuła ich, jasno dawała do zrozumienia, że ich potrzeby stawia na pierwszym miejscu… Przed jego potrzebami.

Na widok kartki na stole zmarszczył brwi.

“Jedź po Cathy”.

A tak chciałby usiąść i zrelaksować się, spokojnie pomyśleć o tym wszystkim, co się dzieje w pracy.

Załoga zdawała sobie sprawę z tego, że samobójstwo Andrew to cios w firmę. Już od miesięcy było wiadomo, że osiągają coraz gorsze wyniki. Nikt co prawda dokładnie nie wiedział, co teraz będzie, lecz wszyscy się obawiali kolejnej redukcji etatów albo nawet zwolnień grupowych.

Koledzy przychodzili do niego jak do majstra, oczekiwali wyjaśnień, zapewnień, że jakoś w końcu będzie, lecz on nie mógł im ich udzielić. Pogłębiało to jeszcze jego frustrację. Oprócz niepewności o własne jutro miał poczucie, że zawodzi swoich ludzi, że nie otrzymując odpowiedzi na pytania, rozczarowują się co do niego.

Próbował dostać się do dyrektora, lecz blada, chuda dziewczyna, jego sekretarka, tylko kręciła głową i nie dopuszczała go do szefa.

A teraz wraca do pustego domu i zastaje suchy oskarżycielski list od Sally, że nie zabrał Paula na ryby, jak było umówione. Czy ona nie rozumie, że sytuacja jest bardzo poważna? Przecież próbował uprzedzić, że się spóźni, ale telefon był ciągle zajęty.

Cały dzień nic nie jadł, lecz wcale nie był głodny. Jeszcze raz przeczytał kartkę i spojrzał na zegarek. Pora jechać po Cathy.

– Przyjechałem po córkę – oznajmił Joel, stając w progu.

Matka Jane, pulchna blondynka z agresywnym makijażem, uśmiechnęła się do niego odrobinę nazbyt znacząco i powiedziała:

– Szczęściara z tej Cathy. Wstąpi pan na drinka? – zaproponowała. – Znajdzie się też coś do zjedzenia – dodała, słysząc głośne burczenie dochodzące z pustego żołądka Joela.

– Dziękuję, ale nie mogę zostać. Sally czeka z kolacją – skłamał.

– Och… a ja myślałam, że ma dziś nocny dyżur. – Blondynka wydęła usta, jej oczy zwęziły się w błękitne szparki.

Joel nigdy nie lubił ryzyka związanego z flirtami, lecz wyraźna zachęta ze strony gospodyni i bijący od niej erotyzm sprawiły, że uświadomił sobie ostry kontrast pomiędzy zachowaniem się tej kobiety i reakcjami Sally.

Odczuwał głód intymnych stosunków z żoną, lecz ostatnio ona jak gdyby nie chciała tego zauważać. Czasami miewał wrażenie, że nie opuściła go jeszcze tylko z przyzwyczajenia oraz dlatego, że zapewnił jej dom, że mają dzieci, że łoży na ich utrzymanie. Z pewnością nie dlatego, że chce nadal z nim żyć.

Dla Sally dzieci są ważniejsze od niego. O wiele ważniejsze. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości.

– W czasie wakacji Lindsay Roberts była w Disneylandzie. Wszystkim opowiadała – relacjonowała Cathy, kiedy wracali do domu. – Kiedy my pojedziemy, tato? Wszyscy z mojej klasy już byli.

– Nie przesadzaj, Cathy – uciął ostro. Może zbyt ostro, pomyślał, gdyż paplająca w podnieceniu dziewczynka nagle zamilkła, wydęła wargi, a jej oczy zabłyszczały od tłumionych łez.

– Dlaczego jesteś taki skąpy, tato? – spytała ze złością. – Mamusia chce, żebyśmy pojechali.

– Nie jestem skąpy, Cathy… Widzisz, ja…

Urwał. Jak powiedzieć piętnastolatce, że w obecnej sytuacji nie tylko ludzie, których stać na wakacje w Ameryce, ale nawet tylko ci, którzy mają z czego spłacać hipotekę, są szczęściarzami.

– Jesteś… I zapomniałeś, że obiecałeś Paulowi pójść z nim na ryby – powiedziała Cathy. – Chciałabym mieszkać w takim dużym domu z ogrodem, jak rodzice Lindsay… – rozmarzyła się nagle.

Joel zacisnął zęby. To nie jej wina, mówił do siebie w duchu. Świat jest teraz bardziej materialistyczny, nic dziwnego, że dzieciaki mają same roszczenia.

– A ciocia Daphne dobudowuje sobie nową łazienkę. Słyszałam, jak opowiadała mamie…

W domu zastali już Paula. Joel zaczął się zmęczonym głosem usprawiedliwiać, lecz chłopak nawet nie słuchał.

– W porządku, tato… I tak nie miałem specjalnej ochoty – burknął arogancko.

Joel nigdy nie potrafił znaleźć wspólnego języka z synem. Zawsze uważał, że Sally mu zbytnio pobłaża, pozwala na więcej, niż jemu było wolno w tym wieku. Nie przypominał sobie, żeby jego matka poświęcała mu tak wiele czasu. Sally natomiast chuchała na Paula i trzęsła się nad nim do tego stopnia, że kiedy chłopiec był jeszcze bardzo mały, Joelowi się czasami zdawało, że jego własna żona nie lubi, żeby on, mąż i ojciec, dotykał swego synka.

– Jesteś dla niego zbyt surowy, to jeszcze dziecko – protestowała, kiedy karcił Paula.

– Tato, mama kazała ci powiedzieć, że w lodówce jest zapiekanka na kolację – odezwała się Cathy i dodała: – Ale ja nie będę jadła.

– Ja też nie – rzucił Paul.

Joel zamknął z powrotem lodówkę. Zabrzęczał telefon. Dzwonił majster z innego działu w fabryce.

– Wyskoczysz na kufelek, Joel? – spytał.

Joel stłumił westchnienie.

– Nie mogę- powiedział bezbarwnym tonem. – Sally jest na dyżurze i muszę siedzieć z dzieciakami.

– Kiedy dorosnę, nigdy nie będę miała dzieci – oświadczyła Cathy, kiedy ojciec odłożył słuchawkę. – I będę miała furę pieniędzy, i będę jeździła do Ameryki tak często, jak mi się spodoba.

– Daj spokój, Cathy… – zaczął Joel, lecz zamilkł. Czy jest sens? Jak jej to wszystko wytłumaczyć?

Później, kiedy dzieci poszły spać, chodził niespokojnie po pokoju, zbyt podminowany, aby usiąść i oglądać telewizję. Nikt dokładnie nie wiedział, jaki będzie dalszy los fabryki, lecz cokolwiek by to było, Joel już miał przeczucie, że nic dobrego ich nie czeka.

Jako chłopak odczuł na własnej skórze skutki niefrasobliwego stosunku ojca do tak zwanej małej stabilizacji, osiadłego trybu życia i pewnej posady; matce też w zasadzie nie przeszkadzało, że bywały takie tygodnie, kiedy w domu nie było nic do jedzenia.

– I nie zapomnij zawsze poprosić o dokładkę – instruowała go jedna ze starszych sióstr, Beth, kiedy rozpoczynał naukę w szkole.

Jeszcze przed ślubem z Sally obiecał sobie, że jego dzieci nigdy nie poznają upokorzenia i podobnej biedy, że nigdy nie będą cierpieć skutków tego rodzaju braku odpowiedzialności ze strony rodziców.

Trzy lata temu, kiedy Sally nieśmiało zaczęła napomykać o trzecim dziecku, zdecydowanie potrząsnął głową i próbował wyjaśnić jej swój punkt widzenia. W pół roku później poddał się sterylizacji.

Czyżby mu się tylko wydawało, czy naprawdę po zabiegu Sally zaczęła tracić zainteresowanie nim jako partnerem? Jak gdyby teraz, kiedy nie mógł jej dać dziecka, kiedy nie mógł spełnić swojej biologicznej funkcji w jej życiu, już go nie pragnęła…

A jeśli straciłby pracę i nie mógłby również pełnić roli żywiciela, czy też by go odrzuciła?

Poszedł do kuchni i zaparzył herbatę, w roztargnieniu zostawiając brudną butelkę po mleku na blacie.

Któryś z robotników powiedział dzisiaj:

– Co, do diabła, zrobimy, jak zamkną tę budę? Nie mamy gdzie iść. Nie w tym mieście.

– Słusznie – Joel przyznał mu rację. – W tym mieście nie znajdziemy roboty. Przemysł maszynowy bardzo ucierpiał z powodu recesji.

Włączając telewizor i natychmiast go wyłączając, stwierdził w duchu, że najbardziej ze wszystkiego pragnął, żeby Sally była teraz w domu i wysłuchała, co go trapi.

Ostatnio jednak nigdy nie miała czasu go wysłuchać, a potem skarżyła się, że to on z nią nie rozmawia…

Jako majster coraz bardziej angażował się w rolę mediatora między robotnikami a zarządem. Kiedy zlikwidowano pracę w nadgodzinach i ludzie poczuli się bici po kieszeni, to właśnie do niego zaczęli przychodzić ze skargami, że trudno im związać koniec z końcem.

Jechał dokładnie na tym samym wozie co oni, ale ponieważ był ich przełożonym, czuł, że nie może im powiedzieć, żeby dali mu święty spokój, bo ma swoje problemy na głowie.

Nigdy nie chciał, żeby Sally pracowała, i nie musiałaby podejmować pracy, gdyby nie był takim durniem i nie wziął pożyczki na nowy samochód… a potem ona zamarzyła sobie meble w kuchni, takie jakie miała jej siostra…

Żadne z nich nie wiedziało wtedy, jak bardzo podskoczy oprocentowanie kredytów i teraz, nawet spłacając raty z dwóch pensji, wciąż mieli potężny dług w banku. Wtedy jednak wydawało się, że warto zaryzykować, a noc, kiedy Sally wróciła do domu, a on kończył akurat montować szafki… Już dawno nie kochali się w taki sposób, dawno nie czuł, jak przy każdym dotknięciu jej ciało drży z podniecenia i pożądania. Tamta noc była naprawdę wspaniała. Czuł się szczęśliwy… bezpieczny… niczym król panujący nad swoim całym intymnym światkiem.

W sześć tygodni później w fabryce wprowadzono skrócony czas pracy. Sally oświadczyła, że skoro Joel tak narzeka, że musi płacić tyle rat za wyposażenie kuchni, ona sama zapracuje na ten dług.

Nie dało się już cofnąć gniewnych słów wypowiedzianych w panice wywołanej drastyczną obniżką jego pensji.

A poza tym Sally miała rację. Bez pieniędzy, które ona przynosiła do domu, nie daliby sobie rady.

Ta świadomość bolała go bardziej, niż gotów był przyznać. Próbował powiedzieć Sally to wszystko, ale ona po prostu nie chciała go słuchać.

Zmieniła się, odkąd wróciła do szpitala. I chociaż sama nie chciała tego przyznać, oddaliła się od niego, dawała mu odczuć, że stał się dla niej mniej ważny.

– Ty masz szczęście – powiedział mu dziś jeden z robotników. – Przynajmniej twoja stara ma pracę.

Szczęście. Gdyby oni wiedzieli, co to za szczęście!

Idąc korytarzem szpitalnym, Sally nuciła cichutko do siebie. Praca na oddziale chirurgicznym męskim zawsze sprawiała jej przyjemność. Zachęcona uśmiechem Kennetha Drummonda zatrzymała się przy jego łóżku. Ten czterdziestopięcioletni wykładowca uniwersytecki doznał bardzo ciężkich obrażeń w wypadku samochodowym i podczas jego długiego pobytu w szpitalu miała okazję całkiem nieźle go poznać.

W ciągu pierwszych krytycznych tygodni, kiedy przebywał na oddziale intensywnej opieki medycznej, Sally pracowała na nocnej zmianie. Pomiędzy takimi pacjentami a pielęgnującym ich personelem zawsze zawiązuje się głęboka zażyłość. Sally nie raz miewała uczucie, że to tylko dzięki jej wysiłkom Kenneth trzyma się jeszcze przy życiu, i niechętnie schodziła z dyżuru w obawie, że bez niej podda się i wątła nić wiążąca go z tym światem zostanie zerwana.

Tego rodzaju uczuć nikt poza pielęgniarkami nie potrafi zrozumieć i nawet nie ma sensu tego od ludzi wymagać. A już Joel z pewnością nie czynił najmniejszego wysiłku w tym kierunku.

– Słyszała siostra nowiny? – odezwał się Kenneth widząc, że Sally uśmiechnęła się do niego.

– Tak. W środę, prawda? Pewnie cieszy się pan, że opuszcza wreszcie te mury?

– Prawdę mówiąc, nie za bardzo. – Uśmiech zniknął z twarzy mężczyzny. – Powiem szczerze, odczuwam nawet lekki strach. Nie, bynajmniej nie dlatego, żebym nie ufał w efekty wysiłków waszego chirurga – dodał pospiesznie. – Zapewnił mnie, że włożył we mnie tyle szpil i bolców, że mógłbym udźwignąć wieżę Eiffla. Nie, to nie w tym rzecz.

– Ma pan prawo czuć się trochę niepewnie – uspokajała go Sally. – To całkiem naturalne.

– Mhm. Ale tu chodzi o coś innego. Będę z siostrą całkiem szczery. Boję się samotności. Chyba nie powinienem się do tego przyznawać, prawda? – To mówiąc, uśmiechnął się krzywo. – To takie niemęskie. My, mężczyźni, mamy być twardzi, nie wolno nam się przyznawać do słabości… dopóki nie znajdziemy się w sytuacji takiej jak tutaj. Podziwiam, że siostry nas znoszą. Słuchanie, jak płaczemy w poduszkę, musi zachwiać wysoką opinią, jaką kobiety mają o mężczyznach.

– Nie zawsze jest nam łatwo – przyznała Sally. – To okropne uczucie patrzeć bezsilnie na cierpienie. Ale to nic w porównaniu z tym, co można usłyszeć na oddziale położniczym – zażartowała, chcąc wprowadzić pacjenta w lepszy nastrój. – Oczywiście to mężczyznom się najgorzej dostaje. Biada pielęgniarzowi, który usiłuje przypomnieć rodzącej, że wystarczy tylko prawidłowo oddychać, a wszystko pójdzie jak z płatka…

– Tak. Zawsze podejrzewałem, że kobiety o wiele odważniej i z większym stoicyzmem znoszą ból niż my, mężczyźni.

– Niekoniecznie – zaprzeczyła Sally. – Rodząc Cathy, przeklinałam Joela, mojego męża, i wszystko na czym świat stoi. Później przysięgłam sobie, że nic mnie nie zmusi, żebym jeszcze kiedyś przechodziła takie tortury. – Uśmiechnęła się do siebie na tamto wspomnienie.

– Siostra ma dwoje dzieci, prawda?

– Tak. Chciałabym mieć trzecie, ale… – zamilkła. Nie poznawała siebie. Nie lubiła się nikomu zwierzać, a co dopiero pacjentom. – A pan ma dzieci? – spytała.

W ciągu tych wielu miesięcy Kenneth Drummond dużo z nią rozmawiał, nigdy jednak nie wspomniał o rodzinie.

– I tak, i nie. Jesteśmy z żoną rozwiedzeni. Ona wyszła powtórnie za mąż i obecnie mieszka w Australii. – Słuchając go, Sally zauważyła zmianę w wyrazie jego twarzy. – Obawiam się, że nie byłem ani dobrym mężem, ani ojcem. Pobraliśmy się młodo, zaraz po studiach. Rebecca była w ciąży i oskarżała mnie, zresztą chyba słusznie, o to, że jej kariera naukowa się skończyła, jeszcze zanim miała szansę się rozpocząć. W owych czasach aborcja nie była wyjściem z sytuacji, tak samo jak samotne wychowywanie dziecka. James, nasz drugi syn, był owocem prób naprawiania naszego małżeństwa. Rozstaliśmy się jeszcze przed jego narodzeniem. Obaj synowie są teraz dorośli… poza tym traktują drugiego męża swojej matki jak prawdziwego ojca, mają zresztą do tego pełne prawo… Śmieszne by było, gdybym rozpaczał teraz, że wracam do pustego domu, skoro stało się tak w istocie wskutek mojego świadomego wyboru.

– I nie ma pan nikogo… dalszej rodziny, przyjaciół, kogoś, kto by przyszedł i pomógł panu przez tych kilka pierwszych dni? – spytała Sally zatroskana. Kenneth Drummond szybko wracał do zdrowia, o wiele szybciej, niż można się było na początku spodziewać. Minie jednak jeszcze kilka miesięcy, zanim będzie mógł swobodnie poruszać się na poskładanej nodze.

– Nie bardzo… – Pacjent wzruszył ramionami, dobrze umięśnionymi dzięki ćwiczeniom rehabilitacyjnym. – Koledzy z uniwersytetu zrobili już i tak więcej, niż mogli. Nie bardzo mogę oczekiwać, aby poświęcili mi jeszcze swój czas. Chyba mam szczęście, że w moim zawodzie to – dotknął nogi – nie oznacza utraty posady. Szczęście, że w ogóle mam jeszcze nogę – dodał, poważniejąc.

– To prawda – przyznała Sally.

Kiedy go przywieziono, obrażenia były tak ciężkie, że istniało niebezpieczeństwo, iż lewą nogę trzeba będzie amputować.

– Wie siostra… ten wielotygodniowy pobyt w szpitalu miał i swoje dobre strony. Kiedy minie bezpośrednie zagrożenie, człowiek spostrzega, że nagle ma czas pomyśleć o tych wszystkich sprawach, które zawsze spychał w najgłębsze zakamarki świadomości, odsuwał od siebie, a potem unikał ich odgrzebywania, tłumacząc się brakiem czasu. Odkryłem teraz, że nadmiar obowiązków jest cudowną wymówką, żeby nie zajmować się własnymi problemami emocjonalnymi. Kiedy żona oskarżała mnie o egoizm, o to, że żyję we własnym świecie, uważałem, że nie ma racji. Przecież jej nie opuściłem w potrzebie, prawda? Ożeniłem się z nią, zapewniłem jej i rodzinie dom… Dopiero leżąc tutaj, zrozumiałem jej punkt widzenia. To prawda, byłem egoistą.

Umilkł, obserwując efekt swoich słów. Pełne zrozumienia i współczucia spojrzenie Sally dodało mu odwagi.

– Jestem ogromnym pedantem – ciągnął. – Lubię czystość i porządek. To się pewnie wiąże z tym, że jestem jedynakiem. Rebecca była moim całkowitym przeciwieństwem i kiedy narzekałem, że małe dziecko wywraca dom do góry nogami, odpowiadała, że nie ma czasu podołać wszystkiemu. Podejrzewam, że moja irytacja wypływała częściowo z tego, że ona stawiała syna na pierwszym miejscu… przede mną. Zawsze uważałem, że to ona straciła wiarę, że to przez nią, przez jej romans z innym mężczyzną, rozpadło się nasze małżeństwo. – Znowu umilkł i spojrzał na Sally oczami pełnymi bólu. – Och tak – dodał po chwili – na to czas znalazła. Przespanie się z nim było o wiele atrakcyjniejszym zajęciem od sprzątania czy zmywania… Wiem, nie powinienem jej obwiniać. – Potrząsnął głową. – Teraz dopiero rozumiem, że sam nigdy nie zaangażowałem się dostatecznie w nasze wspólne życie. Rodzina to obowiązki, odpowiedzialność… Wziąłem je na barki dla pozoru, bo tak należało się zachować, pokazać przed ludźmi. Prywatnie odwróciłem się od nich i czas, który należało poświęcić im, poświęciłem pracy, a w konsekwencji – sobie, budowaniu poczucia własnej wartości, własnego ego. Czy bardzo źle mnie osądzisz, Sally – zwrócił się nagle do niej po imieniu – jeśli ci powiem, że było bardzo wiele, bardzo wiele takich wieczorów, kiedy celowo wyszukiwałem sobie dodatkowe zajęcia, byle tylko nie iść do domu; że przedkładałem ciszę i spokój gabinetu nad hałas, bałagan i chaos naszego domu?

– Nie – odparła Sally szczerze. Jak mogłaby powiedzieć coś innego, skoro sama doskonale znała to uczucie lęku przed powrotem do domu, chociaż w jej przypadku źródło tego lęku było inne.

– Oczywiście, nigdy nie powinniśmy brać ślubu. Nie pasowaliśmy do siebie, tak naprawdę nawet się specjalnie nie lubiliśmy. Nie byłem tym mężczyzną, którego chciała, czego dowiodła, zostawiając mnie. Jej kochanek posiadał wszystkie cechy, których ja nie miałem…

Sally westchnęła cicho, ze współczuciem, a Kenneth umilkł na moment i posłał jej melancholijne spojrzenie.

– Och, nie zazdroszczę mu… nie zazdroszczę niczego. Nigdy mnie nie pociągał ten typ samca-zdobywcy… Cóż, odkryłem przed siostrą swoje wnętrze – zakończył.

Sally zarumieniła się lekko i odwróciła głowę. Kenneth był tak różny od Joela, pod każdym względem. Jej mąż nigdy nie mówiłby o sobie tak otwarcie, nigdy nie zdradziłby sekretnych uczuć przed nikim, nigdy nie ujawniłby żadnej cechy, która mogłaby pokazać go w złym świetle. Jak mężczyzna, z którym odeszła żona Kennetha, Joel był typem samca-zdobywcy.

Kenneth był łagodniejszy… cieplejszy. Posmutniała, a widząc to, jej rozmówca odezwał się cicho:

– W pani jest wszystko to, co powinna mieć kobieta, Sally. To wszystko, co mężczyzna pragnie w niej odnaleźć…

Sally bąknęła coś zażenowana, lecz Kenneth potrząsnął tylko głową.

– To prawda. I jeszcze jedno – dodał, patrząc jej prosto w oczy. – Będzie mi bardzo, bardzo brakowało pani i naszych rozmów…

– Wszystkim pacjentom z początku brak ich pielęgniarek – powiedziała Sally nieswoim głosem.

– Aha… w ten taktowny sposób dajesz mi do zrozumienia, że wszyscy pacjenci rodzaju męskiego podkochują się w pielęgniarkach – replikował żartem. – To prawda. W moim przypadku to jednak coś więcej niż zadurzenie się. Cóż, Sally, całe szczęście, że masz szczęśliwą rodzinę i opiekuńczego męża, który niczym tarcza chroni przed chmarą pacjentów zadręczających cię wyznaniami o swojej dozgonnej miłości.

Uśmiechnął się, jego oczy pozostawały jednak poważne. Oczy… Wstrzymała oddech.

Może i lepiej, że wypisują go do domu, doszła do wniosku pół godziny później, kiedy rozpoczynała przerwę.

Na widok brudnej butelki po mleku pozostawionej na blacie w kuchni Sally zmieniła się na twarzy. W zlewie leżały trzy torebki po zaparzonej herbacie, a wokół nich, na wypucowanej przez nią samą przed pójściem na nocny dyżur powierzchni, utworzyła się brązowa plama. Obok stał kubek. Nieumyty. Sally zacisnęła wargi, jedną ręką zgarnęła saszetki, drugą odkręciła kurek z ciepłą wodą. Słysząc na schodach kroki Joela, nie odwróciła głowy.

Po dźwiękach zorientowała się, że ma na sobie kapcie, co oznaczało, że jeszcze się nie ubrał i jest w piżamie… co z kolei oznaczało… Poczuła nagły skurcz w żołądku, całe jej ciało napięło się w proteście, kiedy Joel zaszedł ją z tyłu, otoczył ramionami i przytulił policzek do jej karku.

– Czy musisz robić z domu chlew? – zaatakowała go.

– Jest sobota. Zostaw to wszystko i chodź na górę. Połóż się, po całej nocy na pewno jesteś zmęczona – szepnął Joel.

– Zbyt zmęczona na to, co masz na myśli – ucięła, odsuwając się od niego, z ulgą czując, jak wypuszcza ją z objęć.

– Na miłość boską, czy już nie wolno mi cię dotknąć? Co się z tobą dzieje?

– Nic się ze mną nie dzieje – odparła, odwracając się ku niemu. – A co do twojego dotykania… tobie w głowie tylko seks, seks i seks. Dlaczego dla odmiany nie pomyślisz o moich potrzebach, co? O tym, na przykład, że nie chcę wracać do domu, który wygląda jak…

– To tylko jedna butelka, Sal – znużonym głosem próbował z nią dyskutować. – Zgoda, powinienem ją umyć, ale szczerze ci powiem, że miałem tyle spraw na głowie…

– Ty zawsze masz jakieś sprawy na głowie, szczególnie wtedy, kiedy obiecujesz wrócić wcześniej i zabrać Paula na ryby – przerwała mu ze złością. – Zarzucasz mi, że poświęcam im zbyt dużo czasu, a czyja to wina? Gdybyś ty spędził z nimi choć chwilę…

– Oni nie chcą mojego towarzystwa… oni… – zaczął, lecz na widok miny Sally zająknął się. – Próbowałem telefonować, ale było zajęte. To pewnie twoja siostrzyczka chwaliła ci się nową łazienką…

– Skąd wiesz?

– Cathy mi powiedziała. Wygląda na to, że nasz dom przestał jej odpowiadać. Jaśnie panienka chce mieszkać w willi z ogrodem. Kiedy przed nią narzekasz, może powinnaś wytłumaczyć jej, że gdybyś znalazła sobie męża takiego jak mąż cioci Daphne, wówczas miałaby większe szanse na tę willę – dodał z goryczą.

– Och, Joel, przestań użalać się nad sobą – odparła Sally rozgniewana. – Gdybyś zobaczył niektórych chorych, dopiero byś… – urwała, widząc, że się zagalopowała. Nie powinna porównywać Joela z Kennethem Drummondem. To nielojalnie i głupio. Czyżby? – Posłuchaj, Joel. Miałam ciężką noc i jestem wykończona. Ubierz się i pojedź po zakupy, dobrze? Jest jeszcze wcześnie, mało ludzi…

– Racja. Pchanie wózka w supermarkecie odwróci moje myśli od seksu, seksu i seksu. O to ci chodzi, prawda?

Sally wzdrygnęła się, widząc tyle wyrzutu w oczach męża, nie miała jednak zamiaru ulegać. Nie da się zmusić do pójścia z nim do łóżka. Chce się dąsać, wolna wola…

Zaciskając zęby, odwróciła się tyłem do niego i nie zmieniła pozycji, dopóki nie usłyszała, jak wychodzi.

Joel z furią odkręcił kurek i puścił na siebie najsilniejszy strumień wody. Krople niczym grad spadały na jego skórę, masując całe ciało, przynosząc odprężenie. Wcale nie chciał się kochać z Sally, chciał jej tylko dotknąć… przytulić się do niej, zmusić, aby go zauważyła, wysłuchała jego tłumaczeń. Jakich tłumaczeń? Że się boi… Och, to dopiero by się jej spodobało. Ostatnią rzeczą, na którą znalazłaby czas, było słuchanie o jego kłopotach.

Nie powinnam okazywać mu tyle irytacji, mówiła do siebie w duchu Sally, nakrywając się kołdrą. Tak, postaram się to naprawić… ugotuję coś specjalnego, przekupię dzieci, żeby nam nie przeszkadzały, postaram się go wysłuchać i sama mu wytłumaczę, czego od niego oczekuję, czego potrzebuję… szczególnie teraz, kiedy chodzę do pracy.

Tak… później porozmawiamy. Później.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Boże! Już całkiem zapomniałam, że w Londynie są takie straszliwe korki – westchnęła Debora. – A ty? Emma zapraszała na ósmą, żebyśmy mogli usiąść do stołu o ósmej trzydzieści. Jak sądzisz, zdążymy? – spytała i nie czekając na odpowiedź, dodała: – Nie mogę uwierzyć, że to już półtora roku, kiedy ostatni raz się z nimi widzieliśmy. Ich przeprowadzka do Londynu uniemożliwiła częstsze kontakty.

Rzuciła okiem na Marka, który zaklął i mocno nacisnął hamulec, gdyż ktoś niespodziewanie zajechał mu drogę.

– A mówiłam, żebyś pozwolił mnie prowadzić w mieście – przypomniała mu niefrasobliwym tonem. – Wiesz, że jestem lepszym kierowcą od ciebie.

– Chciałaś powiedzieć: bardziej agresywnym – odciął się.

– Nie agresywnym, tylko asertywnym – sprostowała. – Tu chyba w lewo, Mark… Och, przegapiłeś! Teraz będziemy musieli zrobić całe koło. Naprawdę powinieneś… – zaczęła krytycznym tonem, widząc jednak, że Mark zacisnął tylko szczęki ze złości, urwała i zmieniła temat. – Wiesz, w piątek Ryan powiedział, że zostaniemy likwidatorami fabryki Kilcoyne. Nie podają tego na razie do publicznej wiadomości, bo czekają, aż będzie po pogrzebie. Poza bankiem jest jeszcze cała kolejka wierzycieli. Nie na wiele jednak mogą liczyć. Wygląda na to, że bank bardzo sprytnie zabezpieczył swoje interesy…

– Gdzie mówiłaś, żebym skręcił? – przerwał jej ostro Mark.

Nigdy nie lubił prowadzić w mieście, nie znosił dużego ruchu. Debora przeciwnie, uwielbiała ową przepychankę, ową zabawę w “kto pierwszy, ten lepszy”, i angażowała cały swój spryt, żeby przechytrzyć innych kierowców.

– No, no… Chyba nie zabłądziliśmy? – zażartowała, kiedy nareszcie dotarli pod adres podany przez Emmę. Zaciszny elegancki placyk, na którym się zatrzymali, wielkością i wytworną elegancją nie mógł wprawdzie konkurować z niektórymi bardziej sławnymi londyńskimi skwerami, było to jednak i tak bardzo ekskluzywne i kosztowne miejsce do zamieszkania. – Toby musi sobie nieźle radzić, jeśli stać ich na coś takiego – dodała, wysiadając z samochodu. – Emma mówiła mi, że ostatnio kupił udziały w spółce prowadzącej biuro rachunkowe. I, jak widać, ma wzięcie.

– Cóż, pewnie jest z niego zadowolona – skomentował Mark cierpko. – Zawsze miała aspiracje, żeby piąć się wyżej.

Debora spojrzała na niego zdziwiona

– Jest ambitna, to wszystko… Chce, żeby Toby'emu się powiodło.

– Oczywiście, że chce, bo wówczas będzie mogła chwalić się przed znajomymi. A co z jej własną karierą? O ile mnie pamięć nie myli, miała opracowany dokładny plan, jak zdobyć pozycję i nazwisko w mediach.

– Cóż, bardzo dobrze jej szło, dopóki stacja, dla której pracowała, nie straciła koncesji. Od tamtej pory pracuje czasami w agencji reklamowej prowadzonej przez znajomą.

– Czasami…? W takim razie na pewno nie kupili tego domu z tego, co tam zarabia – stwierdził Mark, przyglądając się eleganckiej fasadzie kamienicy, przed którą stali.

Naciskając przycisk domofonu, Debora spojrzała na Marka z niepokojem. Zawsze taki spokojny i zrównoważony, zrobił się ostatnio kąśliwy i zrzędliwy, zupełnie niepodobny do dawnego Marka.

Emma osobiście pofatygowała się na dół i otworzyła im drzwi. W tej drobnej, ruchliwej postaci o delikatnych rysach twarzy kryła się kobieta nieustępliwa, o żelaznej sile woli. Nie była typem zdobywającym natychmiastową sympatię innych przedstawicielek swojej płci i w przeciwieństwie do Debory nie nawiązała wielu przyjaźni na uczelni.

Deborę przebojowość Emmy bardziej bawiła, niż przerażała, często też przekomarzała się z nią na temat jej przywiązania do konwenansów, przejawiającego się na przykład w tym, że prawie natychmiast po dyplomie doprowadziła do ślubu z Tobym, zamiast, jak Debora i Mark, zdecydować się na wspólne życie w wolnym związku.

Debora i Mark zostali, rzecz jasna, zaproszeni na tę ceremonię. Był to ślub jak z bajki, przynoszący chlubę arcytalentom Emmy jako taktyka i dalekowzrocznego stratega.

– No, no… naprawdę imponujące – Debora nie szczędziła wyrazów zachwytu, kiedy gospodyni wprowadziła gości do apartamentu. – Całe nasze mieszkanie zmieściłoby się w tym salonie i jeszcze zostałoby miejsce, prawda, Mark? – powiedziała, podziwiając kosztowne jedwabne story i tkany na specjalne zamówienie jasnobeżowy dywan. – Widać, że świetnie sobie radzisz – dodała, zwracając się do pana domu, kiedy ten podał jej drinka.

– Och, ja nie miałem z tym nic wspólnego – odparł Toby bez uśmiechu na twarzy. – Emma sama to wszystko sfinansowała z własnych pieniędzy.

Powietrze zaczęło nagle drgać od wysokiego napięcia. Debora poczuła, jak skóra jej cierpnie na głowie. Spojrzała bezradnie na Marka, który jednak wyglądał przez jedno z wysokich stylowych okien.

– Nie zwracajcie uwagi na Toby'ego – poradziła Emma, posyłając jednocześnie miażdżące spojrzenie mężowi. – Już mu mówiłam, że jeśli chce zachowywać się niczym nieznośny bachor – wolna wola.

Mimo staroświeckiego komfortu urządzonej antykami jadalni i wyśmienitego menu Debora z ulgą powitała koniec obiadu. Przez cały wieczór Emma i Toby prawie się do siebie nie odzywali, a jeśli już, to tylko po to, żeby sobie nawzajem dopiec. Toby bez przerwy robił aluzje do majątku Emmy, przeplatając je peszącymi uwagami pod jej adresem lub irytującym użalaniem się nad sobą.

Po obiedzie, kiedy zabrał Marka do gabinetu, żeby pokazać mu nowy komputer, Debora pomogła Emmie sprzątnąć ze stołu i pozmywać drogą antyczną zastawę, na której jedli.

– Przepiękny – zachwycała się, ostrożnie wycierając półmisek.