Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 582 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Świat Bourne'a - Robert Ludlum

Kontynuacja Celu Bourne’a.

Severus Domna, potężna organizacja o światowym zasięgu nie zapomniała, że Bourne pokrzyżował jej plany zdobycia legendarnego złota z kopalni króla Salomona. Wydaje na niego wyrok śmierci, a zlecenie zostaje przekazane Borysowi Karpowowi, szefowi rosyjskich służb wywiadowczych FSB-2, który żeby zachować stanowisko, musi je wykonać.

Tymczasem Bourne na prośbę przyjaciółki, jedzie do Kolumbii, by powstrzymać polującego na nią narkotykowego bossa, Corellosa, którego upokarza na oczach jego ludzi. Corellos z zemsty wydaje na niego wyrok śmierci i wysyła za nim ludzi.

Opinie o ebooku Świat Bourne'a - Robert Ludlum

Fragment ebooka Świat Bourne'a - Robert Ludlum

Wydanie elektroniczne

RO­BERT LU­DLUM(1927-2001)

Ame­ry­kań­ski ak­tor, pro­du­cent te­atral­ny i pi­sarz. W la­tach 1945-47 słu­żył w pie­cho­cie mor­skiej. W 1951 ukoń­czył We­sley­an Uni­ver­si­ty. Od naj­młod­szych lat pa­sjo­no­wał się ak­tor­stwem. W wie­ku 16 lat po raz pierw­szy wy­stą­pił w sztu­ce na Broad­wayu. W la­tach 50-tych za­grał w po­nad 200 fil­mach te­le­wi­zyj­nych; był pro­du­cen­tem oko­ło 300 przed­sta­wień te­atral­nych. Jako pi­sarz za­de­biu­to­wał póź­no – ma­jąc 41 lat – po­wie­ścią Dzie­dzic­two Scar­lat­tich. Od­rzu­co­na po­cząt­ko­wo przez 10 wy­daw­ców sta­ła się be­st­sel­le­rem i za­ini­cjo­wa­ła osza­ła­mia­ją­cą ka­rie­rę li­te­rac­ką naj­bar­dziej zna­ne­go współ­cze­sne­go twór­cy thril­le­rów spi­sko­wych. Łącz­na sprze­daż ksią­żek Lu­dlu­ma prze­kro­czy­ła 300 mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy w 32 ję­zy­kach. Za ży­cia pi­sa­rza uka­za­ły się 24 po­wie­ści; po jego śmier­ci – kil­ka­na­ście na­stęp­nych, z któ­rych więk­szość po­wsta­ła na pod­sta­wie po­zo­sta­wio­nych przez nie­go no­ta­tek i szki­ców, przy współ­pra­cy ta­kich au­to­rów jak Pa­trick Lar­kin, Ja­mes Cobb, Eric Van Lu­st­ba­der i Paul Gar­ri­son. Do naj­bar­dziej zna­nych thril­le­rów Lu­dlu­ma na­le­żą m.in.: Te­sta­ment Ma­ta­re­se’a, Toż­sa­mość Bo­ur­ne’a, Kru­cja­ta Bo­ur­ne’a, Mo­zai­ka Par­si­fa­la, Straż­ni­cy Apo­ka­lip­sy i Klą­twa Pro­me­te­usza. Wie­le z nich zo­sta­ło ze­kra­ni­zo­wa­nych – jako se­ria­le te­le­wi­zyj­ne lub peł­no­me­tra­żo­we fil­my ki­no­we.

Tego au­to­ra

RĘ­KO­PIS CHAN­CEL­LO­RA

PRO­TO­KÓŁ SIG­MY

KLĄ­TWA PRO­ME­TE­USZA

PIE­KŁO ARK­TY­KI

CZWAR­TA RZE­SZA

KRYP­TO­NIM IKAR

STRAŻ­NI­CY APO­KA­LIP­SY

MO­ZAI­KA PAR­SI­FA­LA

IM­PE­RIUM AKWI­TA­NII

STRA­TE­GIA BAN­CRO­FTA

ILU­ZJA SCOR­PIO

TOŻ­SA­MOŚĆ AM­BLE­RA

Ja­son Bo­ur­ne

TOŻ­SA­MOŚĆ BO­UR­NE’A

DZIE­DZIC­TWO BO­UR­NE’A

SANK­CJA BO­UR­NE’A

MI­STY­FI­KA­CJA BO­UR­NE’A

CEL BO­UR­NE’A

ŚWIAT BO­UR­NE’A

KRU­CJA­TA BO­UR­NE’A

UL­TI­MA­TUM BO­UR­NE’A

IM­PE­RA­TYW BO­UR­NE’A

RE­TRY­BU­CJA BO­UR­NE’A

Dy­na­stia Ma­ta­re­se

TE­STA­MENT MA­TA­RE­SE’A

SPAD­KO­BIER­CY MA­TA­RE­SE’A

Paul Jan­son

DY­REK­TY­WA JAN­SO­NA

ODY­SE­JA JAN­SO­NA

OPCJA JAN­SO­NA

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

THE BO­UR­NE DO­MI­NION

Co­py­ri­ght © Myn Pyn LLC 2011

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Krzysz­tof Ob­łuc­ki 2013

Re­dak­cja: Be­ata Kacz­mar­czyk

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-134-9

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Pa­mię­ci Bar­ba­ry Sky­del

Z po­dzię­ko­wa­nia­midla Sama Gol­da i Kena Do­rpha

Prolog

Phu­ket, Taj­lan­dia

Ja­son Bo­ur­ne prze­miesz­czał się nie­spo­strze­że­nie wśród tłu­mu. Ze­wsząd ata­ko­wa­ła go mu­zy­ka, prze­ni­ka­ją­ca na wy­lot, przy­pra­wia­ją­ca o za­wał ser­ca, roz­wa­la­ją­ca bę­ben­ki w uszach, któ­ra do­cho­dzi­ła z wy­so­kich na trzy me­try gło­śni­ków, usta­wio­nych przy obu koń­cach ogrom­ne­go par­kie­tu do tań­ca. Nad po­dry­gu­ją­cy­mi gło­wa­mi tan­ce­rzy pa­sma świa­teł przy­po­mi­na­ją­cych zo­rzą po­lar­ną łą­czy­ły się i prze­ni­ka­ły na ko­pu­le skle­pie­nia, by po chwi­li roz­pro­szyć się ni­czym ar­ma­da ko­met i spa­da­ją­cych gwiazd.

Ja­kaś ko­bie­ta z bu­rzą blond wło­sów prze­ci­ska­ła się przed nim przez ro­jo­wi­sko nie­stru­dzo­nych ciał, mi­ja­ła wi­ru­ją­ce pary wszel­kich moż­li­wych kom­bi­na­cji płci. Bo­ur­ne ru­szył za nią. Miał wra­że­nie, że prze­dzie­ra się przez gę­stą watę. Po­wie­trze było tak roz­grza­ne, że pra­wie na­ma­cal­ne. Śnieg na fu­trza­nym koł­nie­rzu jego gru­be­go płasz­cza zdą­żył już stop­nieć, po­dob­nie na wło­sach, któ­re były te­raz po­zle­pia­ne. Ko­bie­ta po­ja­wia­ła się i zni­ka­ła w mi­go­tli­wym świe­tle ni­czym błyszcz­ka pod po­wierzch­nią za­le­wa­ne­go słoń­cem je­zio­ra. Jak­by po­ru­sza­ła się sko­ka­mi: wi­docz­na naj­pierw tu, a za chwi­lę tam. Bo­ur­ne prze­py­chał się za nią. Zbyt gło­śne basy i dud­nie­nie per­ku­sji za­głu­sza­ły mu puls.

Po pew­nym cza­sie zo­rien­to­wał się, że blon­dyn­ka zmie­rza do dam­skiej to­a­le­ty, dla­te­go ob­my­śliw­szy skrót, zre­zy­gno­wał z bez­po­śred­nie­go po­ści­gu i po­dą­żył przez ciż­bę inną dro­gą. Do­tarł tam w chwi­li, gdy zni­ka­ła w środ­ku. Z otwar­tych na mo­ment drzwi buch­nę­ła na nie­go mie­sza­ni­na za­pa­chów traw­ki, sek­su i potu.

Za­cze­kał, aż dwie roz­chi­cho­ta­ne na­sto­lat­ki wy­szły stam­tąd na nie­pew­nych no­gach, oto­czo­ne chmu­rą per­fum, a po­tem wśli­zgnął się do środ­ka. Trzy ko­bie­ty o dłu­gich zmierz­wio­nych wło­sach, po­brzę­ku­jąc ma­syw­ną bi­żu­te­rią, tło­czy­ły się przy umy­wal­kach tak za­ab­sor­bo­wa­ne wcią­ga­niem kre­sek koki, że na­wet go nie za­uwa­ży­ły. Szyb­ko mi­nął rząd ka­bin, przy­ku­ca­jąc, żeby zaj­rzeć pod drzwi. Tyl­ko jed­na oka­za­ła się za­ję­ta. Wy­cią­gnął gloc­ka i na­krę­cił tłu­mik na lufę. Kop­nia­kiem otwo­rzył drzwi ka­bi­ny. Gdy ude­rzy­ły o ścian­kę prze­pie­rze­nia, ko­bie­ta o zim­nych nie­bie­skich oczach i bu­rzy ja­snych wło­sów trzy­ma­ła wy­ce­lo­wa­ną w nie­go nie­wiel­ką sre­brzy­stą be­ret­tę dwu­dziest­kę­dwój­kę. Pierw­szą kulę wpa­ko­wał jej w ser­ce, dru­gą w pra­we oko.

Za­nim ude­rzy­ła gło­wą o po­sadz­kę, roz­wiał się jak dym.

• • •

Bo­ur­ne otwo­rzył oczy. Za­le­wał go blask tro­pi­kal­ne­go słoń­ca. Spoj­rzał na ciem­ny la­zur Mo­rza An­da­mań­skie­go, na za­ko­twi­czo­ne ża­glów­ki i ło­dzie mo­to­ro­we ko­ły­szą­ce się na fa­lach. Prze­szedł go dreszcz, jak­by nadal tkwił pa­mię­cią gdzieś in­dziej, a nie na pla­ży Pa­tong na Phu­ke­cie. Gdzie była ta dys­ko­te­ka? W Nor­we­gii? W Szwe­cji? Kie­dy za­bił tam­tą ko­bie­tę? I kim ona była? Ce­lem zle­co­nym mu przez Ale­xa Con­kli­na, za­nim do­znał sil­ne­go wstrzą­śnie­nia mó­zgu na Mo­rzu Śród­ziem­nym. Pew­ność miał tyl­ko co do tego ostat­nie­go.

Dla­cze­go jed­nak Tre­ad­sto­ne chcia­ło ją zli­kwi­do­wać? Wy­si­lał umysł, sta­ra­jąc się ze­brać w ca­łość wszyst­kie szcze­gó­ły snu, ale ni­czym pia­sek prze­sy­py­wa­ły mu się przez pal­ce. Pa­mię­tał fu­trza­ny koł­nierz pal­ta, swo­je wło­sy mo­kre od śnie­gu. Ale co jesz­cze? Twarz tej ko­bie­ty? Po­ja­wia­ła mu się przed ocza­mi i zni­ka­ła ra­zem z echem po­bły­sku­ją­cych świa­teł. Przez chwi­lę pul­so­wa­ła w nim mu­zy­ka, a po­tem za­mil­kła na do­bre.

Co przy­wo­ła­ło to wspo­mnie­nie?

Pod­niósł się z koca. Od­wra­ca­jąc się, zo­ba­czył syl­wet­ki Mo­iry i Be­ren­ga­rii Mo­re­no Sky­del od­ci­na­ją­ce się na tle go­re­ją­ce­go błę­kit­ne­go nie­ba, ośle­pia­ją­co bia­łych chmur i ster­czą­cych w górę zie­lo­no-brą­zo­wych wzgórz. Mo­ira za­pro­si­ła go do wiej­skie­go domu Be­ren­ga­rii w So­no­rze, ale on chciał zna­leźć się da­lej od cy­wi­li­za­cji, dla­te­go osta­tecz­nie spo­tka­li się w ku­ror­cie na za­chod­nim wy­brze­żu Taj­lan­dii i spę­dzi­li tu ostat­nie trzy dni i trzy noce. Mo­ira opo­wie­dzia­ła mu w tym cza­sie, co ro­bi­ła w So­no­rze z sio­strą nie­ży­ją­ce­go po­ten­ta­ta nar­ko­ty­ko­we­go Gu­sta­va Mo­re­na. Obie ko­bie­ty po­pro­si­ły go wcze­śniej o po­moc, a on zgo­dził się jej udzie­lić. Mo­ira po­wie­dzia­ła, że czas od­gry­wa za­sad­ni­czą rolę. Po wy­słu­cha­niu szcze­gó­łów zde­cy­do­wał się wy­je­chać do Ko­lum­bii już na­za­jutrz.

Po­pa­trzył zno­wu w stro­nę mo­rza i za­uwa­żył ko­bie­tę w ską­pym po­ma­rań­czo­wym bi­ki­ni, bie­gną­cą przez fale i uno­szą­cą nogi wy­so­ko ni­czym cwa­łu­ją­cy koń. Jej gę­ste ja­sne wło­sy lśni­ły w świe­tle słoń­ca. Bo­ur­ne ru­szył za nią, ule­ga­jąc echu frag­men­ta­rycz­nych wspo­mnień. Wpa­try­wał się w jej brą­zo­we ple­cy, w miej­sce, gdzie mię­śnie prę­ży­ły się mię­dzy ło­pat­ka­mi. W tej sa­mej chwi­li ko­bie­ta od­wró­ci­ła się nie­co i zo­ba­czył, jak za­cią­ga się dy­mem z ręcz­nie skrę­co­ne­go jo­in­ta. Przez krót­ki mo­ment ostry za­pach mor­skiej bry­zy zmie­szał się ze słod­ką wo­nią nar­ko­ty­ku. Za­raz po­tem wy­rzu­ci­ła skrę­ta do mo­rza, a on po­dą­żył wzro­kiem za jej spoj­rze­niem.

Pla­żą zbli­ża­ło się trzech po­li­cjan­tów. Mie­li na so­bie mun­du­ry, ale i bez tego nie było wąt­pli­wo­ści co do ich pro­fe­sji. Ko­bie­ta za­cho­wy­wa­ła się, jak­by my­śla­ła, że przy­szli po nią. My­li­ła się. Przy­szli po Bo­ur­ne’a.

Nie wa­ha­jąc się ani chwi­li, sko­czył w mo­rze. Mu­siał od­cią­gnąć ich od Mo­iry i Be­ren­ga­rii, bo Mo­ira na pew­no pró­bo­wa­ła­by mu po­móc, a on nie chciał jej w to mie­szać. Tuż przed za­nur­ko­wa­niem w nad­pły­wa­ją­cą falę spo­strzegł, że je­den z de­tek­ty­wów uniósł rękę, jak­by w sa­lu­cie. Kie­dy Bo­ur­ne wy­nu­rzył się z wody, da­le­ko za li­nią fal, zo­rien­to­wał się, że to był sy­gnał. Dwa sku­te­ry wod­ne pę­dzi­ły ku nie­mu z obu stron. Na każ­dym sie­dzia­ło dwóch męż­czyzn: kie­ru­ją­cy i fa­cet z akwa­lun­giem. Ci lu­dzie za­my­ka­li mu wszyst­kie dro­gi uciecz­ki.

Po­pły­nął w kie­run­ku Pa­ro­le, nie­wiel­kiej ża­glów­ki znaj­du­ją­cej się bli­sko nie­go. Cały czas my­ślał in­ten­syw­nie. Bio­rąc pod uwa­gę ko­or­dy­na­cję i dro­bia­zgo­wość, z jaką go po­de­szli, było pew­ne, że roz­ka­zy nie zo­sta­ły wy­da­ne przez taj­ską po­li­cję, któ­ra nie sły­nę­ła z ta­kich me­tod dzia­ła­nia. Do­wo­dził nimi ktoś inny. Bo­ur­ne po­dej­rze­wał, że wie kto. Za­wsze ist­nia­ło ry­zy­ko, że Se­ve­rus Do­mna bę­dzie szu­ka­ła ze­msty za to, co zro­bił tej taj­nej or­ga­ni­za­cji. Jed­nak do­my­sła­mi mógł za­jąć się po­tem. Te­raz mu­siał wy­do­stać się z pu­łap­ki i uciec, żeby do­trzy­mać obiet­ni­cy da­nej Mo­irze i za­pew­nić bez­pie­czeń­stwo Be­ren­ga­rii.

Kil­ku­na­sto­ma sil­ny­mi wy­ma­cha­mi ra­mion do­tarł do Pa­ro­le. Wcią­gnął się po bur­cie na po­kład i miał za­miar wstać, gdy grad kul za­ko­ły­sał ło­dzią na boki. Pod­czoł­gał się ku zwo­jo­wi ny­lo­no­wej liny, chwy­cił go i obie­ma rę­ka­mi zła­pał za nad­bur­cie. Przy ko­lej­nym ostrza­le sku­te­ry zna­la­zły się już znacz­nie bli­żej. Siła ude­rzeń kul wpra­wi­ła ża­glów­kę w tak gwał­tow­ne chy­bo­ta­nie, że Bo­ur­ne z ła­two­ścią prze­wró­cił ją do góry dnem. Wpadł ple­ca­mi do wody, roz­rzu­ca­jąc ra­mio­na, jak­by zo­stał tra­fio­ny.

Sku­te­ry okrą­ża­ły prze­wró­co­ną łód­kę, ich pa­sa­że­ro­wie szu­ka­li wzro­kiem gło­wy wy­sta­ją­cej po­nad wodę. Po­nie­waż ni­cze­go ta­kie­go nie było wi­dać, nur­ko­wie za­ło­ży­li ma­ski, pod­czas gdy kie­ru­ją­cy po­jaz­da­mi zmniej­szy­li szyb­kość. Do­ci­ska­jąc ma­ski do twa­rzy jed­ną ręką, nur­ko­wie wpa­dli do mo­rza.

Bo­ur­ne, zu­peł­nie dla nich nie­wi­docz­ny, uno­sił się na po­wierzch­ni pod ło­dzią, od­dy­cha­jąc za­mknię­tym tam po­wie­trzem. Ale za­pas był nie­wiel­ki. W prze­zro­czy­stej wo­dzie ła­two do­strzegł bą­ble po­wie­trza, gdy nur­ko­wie zbli­ży­li się z obu stron ka­dłu­ba.

Szyb­ko przy­wią­zał ko­niec liny do kna­gi na ster­bur­cie. Kie­dy pierw­szy z nur­ków ru­szył na nie­go z dołu, zro­bił unik, okrę­cił linę wo­kół szyi męż­czy­zny i moc­no za­cią­gnął. Nu­rek wy­ce­lo­wał ku­szę, chcąc ode­przeć atak, ale Bo­ur­ne’owi uda­ło się ze­rwać mu ma­skę, czym sku­tecz­nie go ośle­pił. Bły­ska­wicz­nie chwy­cił ku­szę, któ­rą tam­ten wy­pu­ścił, od­wró­cił się i strze­lił w pierś dru­gie­mu nad­pły­wa­ją­ce­mu nur­ko­wi.

Krew roz­la­ła się gę­stą pla­mą, któ­rą szyb­ko roz­rze­dzał prąd wzno­szą­cy się z głę­bin. Bo­ur­ne wie­dział, że zo­sta­wa­nie w tych wo­dach, gdy po­la­ła się krew, nie jest mą­drym po­su­nię­ciem. Płu­ca o mało mu nie pę­kły, kie­dy po­now­nie wy­nu­rzył gło­wę pod prze­wró­co­ną ło­dzią. Jed­nak nie­mal na­tych­miast za­nur­ko­wał po­now­nie, żeby od­szu­kać pierw­sze­go z na­past­ni­ków. Woda po­ciem­nia­ła, sta­ła się męt­na od krwi. Mar­twy nu­rek uno­sił się w jej smu­gach z ra­mio­na­mi roz­ło­żo­ny­mi na boki, płe­twa­mi skie­ro­wa­ny­mi pro­sto w czar­ną ot­chłań. Ja­son był w po­ło­wie ob­ro­tu, gdy ny­lo­no­wa lina oplo­tła mu szy­ję i moc­no się na niej za­ci­snę­ła. Pierw­szy nu­rek do­ci­skał ko­la­na do jego krzy­ża i jed­no­cze­śnie cią­gnął za oba koń­ce sznu­ra. Bo­ur­ne spró­bo­wał go chwy­cić, ale męż­czy­zna ła­two się uchy­lił. Lina wrzy­na­ła się moc­no w tcha­wi­cę, trzy­ma­jąc go po­ni­żej lu­stra wody. Choć za­ci­skał war­gi z ca­łych sił, z ką­ci­ka jego ust za­czę­ła wy­do­by­wać się cien­ka struż­ka bą­bel­ków.

Stłu­mił w so­bie chęć sza­mo­ta­nia się, bo wie­dział, że spo­wo­du­je to moc­niej­sze za­ci­śnię­cie liny i wy­czer­pie go. Za­miast tego za­stygł na mo­ment w bez­ru­chu i po­dob­nie jak mar­twy nu­rek znaj­du­ją­cy się o nie­ca­ły metr od nie­go pod­da­wał się prą­do­wi, uda­jąc nie­ży­we­go. Na­past­nik przy­cią­gnął go bli­żej i wy­do­był nóż, żeby pod­ciąć mu gar­dło.

Ja­son się­gnął za sie­bie i na­ci­snął gu­zik czysz­cze­nia na au­to­ma­cie od­de­cho­wym. Ude­rze­nie po­wie­trza było tak sil­ne, że wy­rwa­ło ust­nik spo­mię­dzy warg nur­ka, wy­rzu­ca­jąc do wody gę­sty pió­ro­pusz bą­bli. Lina wo­kół szyi Bo­ur­ne’a zwiot­cza­ła. Uwol­nił się, wy­ko­rzy­stu­jąc za­sko­cze­nie nur­ka. Od­wró­cił się i spró­bo­wał unie­ru­cho­mić ra­mio­na prze­ciw­ni­ka, lecz ten skie­ro­wał ostrze noża w jego pierś. Ja­son od­pa­ro­wał atak kop­nię­ciem, ale nu­rek rzu­cił się na nie­go, żeby nie po­zwo­lić mu na wy­nu­rze­nie się i za­czerp­nię­cie po­wie­trza.

Bo­ur­ne wci­snął so­bie do ust octo­pus – dru­gie źró­dło po­wie­trza z au­to­ma­tu od­de­cho­we­go – i wcią­gnął tlen w bo­lą­ce płu­ca. Nu­rek sza­mo­tał się, pró­bu­jąc się­gnąć po swój ust­nik, lecz Bo­ur­ne go ode­pchnął. Twarz męż­czy­zny sta­ła się bla­da, rysy na­pię­te. Raz po raz usi­ło­wał dźgnąć no­żem Bo­ur­ne’a lub octo­pus, ale da­rem­nie. Za­mru­gał po­wo­li po­wie­ka­mi, za­nim oczy ob­ró­ci­ły mu się w oczo­do­łach, w chwi­li gdy uszło z nie­go ży­cie. Bo­ur­ne się­gnął szyb­ko po jego nóż, lecz nu­rek wy­pu­ścił go z ręki. Ostrze opa­da­ło po spi­ra­li w głąb mo­rza.

Choć Bo­ur­ne od­dy­chał te­raz nor­mal­nie przez octo­pus, miał świa­do­mość, że po czysz­cze­niu w bu­tlach nie zo­sta­ło wie­le po­wie­trza. Mar­twy nu­rek opla­tał go w pa­sie no­ga­mi skrzy­żo­wa­ny­mi w kost­kach, ny­lo­no­wa lina za­plą­ta­ła się wo­kół nich obu, two­rząc coś w ro­dza­ju ko­ko­nu. Bo­ur­ne był za­ję­ty uwal­nia­niem się z niej, gdy po­czuł gwał­tow­ny pęd wody.

Zim­niej­szy prąd uniósł się z głę­bin, a za­raz po­tem w za­się­gu wzro­ku po­ja­wił się re­kin. Miał oko­ło trzech i pół me­tra dłu­go­ści, był sre­brzy­sto­czar­ny i pły­nął w górę pro­sto na Ja­so­na i dwóch mar­twych nur­ków. Zwie­trzył krew, wy­czuł rzu­ca­ją­ce się cia­ła, któ­rych wi­bra­cje w wo­dzie były dla nie­go in­for­ma­cją o zdy­cha­ją­cej ry­bie, może na­wet wię­cej niż jed­nej, mo­gą­cej stać się dla nie­go ucztą.

Bo­ur­ne, cią­gnąc sple­cio­ne­go ze sobą pierw­sze­go nur­ka, z tru­dem ob­ró­cił się ku dru­gie­mu. Roz­piął mu szel­ki bu­tli z tle­nem i ścią­gnął je z nie­go. W tej sa­mej chwi­li cia­ło za­czę­ło opa­dać, oto­czo­ne czar­ny­mi kłę­ba­mi krwi. Re­kin zmie­nił kie­ru­nek i po­pły­nął wprost na tru­pa. Otwo­rzył sze­ro­ko pasz­czę 1 od­gryzł ogrom­ny kęs z cia­ła męż­czy­zny. Ja­son po­zwo­lił so­bie na mo­ment od­po­czyn­ku, choć bar­dzo krót­ki. W każ­dej chwi­li mo­gło po­ja­wić się wię­cej re­ki­nów ogar­nię­tych sza­łem że­ro­wa­nia – do tego cza­su nie po­win­no go być w wo­dzie.

Roz­piął pas ba­la­sto­wy pierw­sze­go nur­ka, a po­tem ścią­gnął mu z ra­mion zbior­ni­ki z po­wie­trzem. Za­ło­żył ma­skę na twarz. Za­czerp­nął tle­nu po raz ostat­ni i pu­ścił bu­tle – i tak były pu­ste. Złą­czo­ny w ma­ka­brycz­nym uści­sku z mar­twym na­past­ni­kiem roz­po­czął wzno­sze­nie się ku po­wierzch­ni, jed­no­cze­śnie sta­ra­jąc się uwol­nić od ny­lo­no­wej liny. Nie wy­glą­da­ło to naj­go­rzej, tyle że bio­dra nadal miał ople­cio­ne no­ga­mi męż­czy­zny. Cho­ciaż sta­rał się ze wszyst­kich sił, nie był w sta­nie ich roz­giąć.

Wy­chy­nął nad po­wierzch­nię i od razu zo­ba­czył je­den ze sku­te­rów, zmie­rza­ją­cy do­kład­nie w jego kie­run­ku. Po­ma­chał ręką. Miał na­dzie­ję, że z po­wo­du ma­ski kie­row­ca weź­mie go za jed­ne­go z nur­ków. Zbli­ża­jąc się do nie­go, sku­ter zwol­nił. Tym­cza­sem Ja­so­no­wi uda­ło się roz­plą­tać linę. Gdy ma­szy­na za­ta­cza­ła wo­kół nie­go krę­gi, chwy­cił się tyl­nej czę­ści sku­te­ra. Klep­nął kie­row­cę w udo i sku­ter wy­star­to­wał. Bo­ur­ne nadal znaj­do­wał się do po­ło­wy w wo­dzie, ale szyb­kość po­lu­zo­wa­ła uścisk nóg mar­twe­go nur­ka. Wal­nął go w ko­la­na, roz­legł się głu­chy trzask pę­ka­ją­cych ko­ści i na­resz­cie był wol­ny.

Wcią­gnął się na sku­ter i skrę­cił kie­row­cy kark. Za­nim wrzu­cił go do wody, od­piął mu ku­szę od pasa. Kie­row­ca dru­gie­go sku­te­ra wi­dział do­kład­nie, co się sta­ło, i wła­śnie za­wra­cał, kie­dy Ja­son ru­szył wprost na nie­go. Męż­czy­zna do­ko­nał złe­go wy­bo­ru. Wy­cią­gnął pi­sto­let i od­dał dwa strza­ły, ale nie był w sta­nie tra­fić w roz­ko­ły­sa­ny sku­ter. Do tego cza­su Bo­ur­ne zna­lazł się wy­star­cza­ją­co bli­sko, żeby sko­czyć. Wy­ce­lo­wał z ku­szy i strą­cił kie­row­cę do mo­rza, przej­mu­jąc jed­no­cze­śnie kon­tro­lę nad jego ma­szy­ną.

Te­raz już sam na sza­fi­ro­wej wo­dzie, Bo­ur­ne po­mknął w dal.

Księga pierwsza

Rozdział 1

Ty­dzień póź­niej

– Przez nich wy­cho­dzi­my na głup­ców.

Pre­zy­dent Sta­nów Zjed­no­czo­nych omia­tał gniew­nym spoj­rze­niem Ga­bi­net Owal­ny i wbi­jał wzrok w męż­czyzn sto­ją­cych nie­mal na bacz­ność. Po­po­łu­dnie było cie­płe i sło­necz­ne, lecz w po­miesz­cze­niu wy­czu­wa­ło się na­pię­cie tak duże, że wszy­scy mie­li wra­że­nie, jak­by prze­ta­cza­ła się przez nie pry­wat­na bu­rza pre­zy­den­ta.

– Jak do­szło do tak opła­ka­ne­go sta­nu rze­czy?

– Chiń­czy­cy wy­prze­dza­ją nas o czte­ry lata – po­wie­dział Chri­sto­pher Hen­dricks, nowo mia­no­wa­ny se­kre­tarz obro­ny. – Za­czę­li bu­do­wać re­ak­to­ry ato­mo­we, żeby unie­za­leż­nić się od ropy i wę­gla, ale do­pie­ro te­raz oka­za­ło się, że kon­tro­lu­ją tak­że dzie­więć­dzie­siąt sześć pro­cent świa­to­we­go wy­do­by­cia me­ta­li ziem rzad­kich.

– Ziem rzad­kich! – za­grzmiał pre­zy­dent. – A co to ta­kie­go, do cho­le­ry, te zie­mie rzad­kie?

Ge­ne­rał Mar­shall, szef szta­bu z Pen­ta­go­nu, prze­stę­po­wał z nogi na nogę, naj­wy­raź­niej bar­dzo zmie­sza­ny.

– To mi­ne­ra­ły, któ­re…

– Z ca­łym sza­cun­kiem, pa­nie ge­ne­ra­le – wszedł mu w sło­wo Hen­dricks – zie­mie rzad­kie to źró­dło cen­nych pier­wiast­ków.

Mike Hol­mes, do­rad­ca do spraw bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go, od­wró­cił się do Hen­drick­sa.

– Co za róż­ni­ca i kogo to może ob­cho­dzić?

– Każ­dy z tlen­ków me­ta­li ziem rzad­kich cha­rak­te­ry­zu­je się szcze­gól­ny­mi wła­ści­wo­ścia­mi – po­wie­dział Hen­dricks. – Me­ta­le ziem rzad­kich mają za­sad­ni­cze zna­cze­nie dla no­wych tech­no­lo­gii, wy­ko­rzy­sty­wa­ne są do pro­duk­cji sa­mo­cho­dów o na­pę­dzie elek­trycz­nym, te­le­fo­nów ko­mór­ko­wych, tur­bin wia­tro­wych, la­se­rów, nad­prze­wod­ni­ków, po­tęż­nych ma­gne­sów i, co za­pew­ne jest naj­waż­niej­sze dla wie­lu z pa­nów obec­nych w tym po­ko­ju, a zwłasz­cza dla pana, ge­ne­ra­le, wy­po­sa­że­nia ar­mii we wszyst­kich dzie­dzi­nach ży­wot­nych dla na­sze­go bez­pie­czeń­stwa: elek­tro­ni­ce, opty­ce i ma­gne­ty­zmie. Weź­my na przy­kład bez­za­ło­go­wy sa­mo­lot Pre­da­tor lub inny ro­dzaj uzbro­je­nia no­wej ge­ne­ra­cji, za­pew­nia­ją­cy nie­sły­cha­ną pre­cy­zję, jak la­se­ro­we ce­low­ni­ki czy sieć sa­te­li­tów ko­mu­ni­ka­cyj­nych. Wszyst­kie za­le­żą od me­ta­li ziem rzad­kich, któ­re im­por­tu­je­my z Chin.

– Dla­cze­go w ta­kim ra­zie nie wie­dzie­li­śmy o tym wcze­śniej, do cho­le­ry? – ci­skał się Hol­mes.

Pre­zy­dent zgar­nął z biur­ka kil­ka do­ku­men­tów i trzy­mał je ni­czym roz­ło­żo­ną ta­lię kart.

– Mamy tu do­wód A. Sześć no­ta­tek służ­bo­wych z da­ta­mi z ostat­nich dwu­dzie­stu trzech mie­się­cy od Chri­sa do pań­skie­go per­so­ne­lu, ge­ne­ra­le, w któ­rych Chris pi­sze o tym sa­mym, co nam te­raz po­wie­dział. – Pre­zy­dent wy­cią­gnął jed­ną z kar­tek i od­czy­tał jej treść na głos: – „Czy kto­kol­wiek w Pen­ta­go­nie jest świa­do­my, że po­trze­ba dwóch ton tlen­ków me­ta­li ziem rzad­kich do zbu­do­wa­nia tyl­ko jed­ne­go wia­tra­ka pro­du­ku­ją­ce­go ener­gię elek­trycz­ną, a tur­bi­ny wia­tro­we, któ­rych uży­wa­my, są im­por­to­wa­ne z Chin?”. – Spoj­rzał py­ta­ją­co na ge­ne­ra­ła Mar­shal­la.

– Nig­dy nie wi­dzia­łem tych do­ku­men­tów – od­po­wie­dział szef szta­bu drew­nia­nym gło­sem. – Nie mia­łem po­ję­cia…

– Za­pew­ne jed­nak ktoś z pań­skich lu­dzi je wi­dział – prze­rwał mu pre­zy­dent. – Co ozna­cza, pa­nie ge­ne­ra­le, że pań­skie ka­na­ły ko­mu­ni­ka­cyj­ne są do dupy. – Pre­zy­dent bar­dzo rzad­ko uży­wał wul­ga­ry­zmów, dla­te­go za­pa­no­wa­ło mil­cze­nie wy­wo­ła­ne szo­kiem. – W naj­gor­szym przy­pad­ku – mó­wił da­lej pre­zy­dent – mamy tu do czy­nie­nia z ra­żą­cym za­nie­dba­niem.

– Ra­żą­ce za­nie­dba­nie? – Ge­ne­rał za­mru­gał. – Nie ro­zu­miem.

Pre­zy­dent wes­tchnął.

– Wy­ja­śnij mu to, Chris.

– Nie da­lej jak pięć dni temu Chiń­czy­cy za­po­wie­dzie­li, że w przy­szłym roku ogra­ni­czą eks­port me­ta­li ziem rzad­kich o sie­dem­dzie­siąt pro­cent. Ma­ga­zy­nu­ją je na wła­sny uży­tek, o czym prze­wi­du­ją­co na­pi­sa­łem w mo­jej dru­giej no­tat­ce do Pen­ta­go­nu sprzed trzy­na­stu mie­się­cy.

– Po­nie­waż nie pod­ję­to żad­nych dzia­łań – ode­zwał się pre­zy­dent – mamy te­raz prze­je­ba­ne.

– Po­ci­ski sa­mo­ste­ru­ją­ce da­le­kie­go za­się­gu To­ma­hawk, po­cisk XM982 Exca­li­bur z sys­te­mem na­pro­wa­dza­nia, o zwięk­szo­nym za­się­gu i cel­no­ści, GBU-28 Bun­ker Bu­ster, wy­spe­cja­li­zo­wa­na bom­ba do nisz­cze­nia bun­krów – wy­li­czał na pal­cach Hen­dricks – świa­tło­wo­dy, nok­to­wi­zo­ry, wie­lo­za­da­nio­wy zin­te­gro­wa­ny wy­kry­wacz sub­stan­cji che­micz­nych MI­CAD, wy­ko­rzy­sty­wa­ny do wy­kry­wa­nia ska­że­nia che­micz­ne­go, su­per­czu­łe krysz­ta­ły Sa­int-Go­ba­in do wy­kry­wa­nia pro­mie­nio­wa­nia, prze­twor­ni­ki w so­na­rach i ra­da­rach… – Prze­krzy­wił gło­wę. – Mam wy­mie­niać da­lej?

Ge­ne­rał wpa­try­wał się w nie­go gniew­nie, ale cał­kiem roz­sąd­nie za­trzy­mał ja­do­wi­te uwa­gi dla sie­bie.

– No wła­śnie. – Pre­zy­dent za­bęb­nił pal­ca­mi po biur­ku. – Jak wy­do­stać się z tego szam­ba? – Nie ocze­ki­wał od­po­wie­dzi. Na­ci­snął gu­zik in­ter­ko­mu i rzu­cił: – Przy­ślij go.

Chwi­lę póź­niej ni­ski, krą­gły i ły­sie­ją­cy męż­czy­zna wszedł ener­gicz­nie do Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go. Je­śli na­wet po­czuł się onie­śmie­lo­ny aurą wła­dzy pa­nu­ją­cą w tym po­ko­ju, nie dał nic po so­bie po­znać. Za­miast tego skło­nił lek­ko gło­wę w spo­sób przy­po­mi­na­ją­cy po­zdro­wie­nie kie­ro­wa­ne do ja­kie­goś eu­ro­pej­skie­go mo­nar­chy.

– Dzień do­bry, pa­nie pre­zy­den­cie, Chri­sto­phe­rze. Pre­zy­dent się uśmiech­nął.

– Ten dżen­tel­men, pa­no­wie, to Roy Fit­zWil­liams. Od­po­wia­da za In­di­go Rid­ge. Czy ktoś z was poza Chri­sem sły­szał o In­di­go Rid­ge? Tak my­śla­łem. – Po­ki­wał gło­wą.

– Gdy­byś ze­chciał to wy­ja­śnić, Fitz…

– Oczy­wi­ście, pa­nie pre­zy­den­cie – pod­jął skwa­pli­wie Fit­zWil­liams. – W roku ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­sią­tym ósmym Uno­cal ku­pi­ło In­di­go Rid­ge, ob­szar w Ka­li­for­nii z naj­więk­szy­mi po chiń­skich zło­ża­mi ziem rzad­kich. Pe­tro­che­micz­ny gi­gant za­mie­rzał eks­plo­ato­wać te zło­ża, ale z tych czy in­nych po­wo­dów nig­dy do tego nie do­szło. W roku dwa ty­sią­ce pią­tym pew­na chiń­ska fir­ma chcia­ła prze­jąć Uno­cal, ale trans­ak­cję za­blo­ko­wał Kon­gres, tłu­ma­cząc to wzglę­da­mi bez­pie­czeń­stwa na­ro­do­we­go. – Od­chrząk­nął. – Nie cho­dzi­ło jed­nak o zie­mie rzad­kie, o któ­rych za­pew­ne w Kon­gre­sie nig­dy nie sły­sza­no, po­dob­nie jak o In­di­go Rid­ge. Po pro­stu oba­wia­no się, by Chiń­czy­cy nie po­ło­ży­li łapy na prze­twór­stwie ropy naf­to­wej.

– Za­tem – wtrą­cił pre­zy­dent – je­dy­nie opatrz­no­ści bo­żej za­wdzię­cza­my to, że kon­tro­la nad In­di­go Rid­ge po­zo­sta­ła w na­szych rę­kach.

– Co pro­wa­dzi nas do cza­sów obec­nych – po­wie­dział Fitz. – Dzię­ki pań­skim sta­ra­niom, pa­nie pre­zy­den­cie, i pana Hen­drick­sa, utwo­rzy­li­śmy spół­kę o na­zwie Neo­Dy­me. Jed­nak pro­duk­cja me­ta­li ziem rzad­kich wy­ma­ga tak wy­so­kich na­kła­dów, że ju­tro Neo­Dy­me wcho­dzi na gieł­dę z ogrom­ną pierw­szą ofer­tą pu­blicz­ną. Część z tego, co pa­nom po­wie­dzia­łem, nie jest oczy­wi­ście ta­jem­ni­cą. Za­in­te­re­so­wa­nie zie­mia­mi rzad­ki­mi bar­dzo wzro­sło po oświad­cze­niu wy­da­nym przez Chiń­czy­ków. Nie za­sy­pia­li­śmy gru­szek w po­pie­le przy Neo­Dy­me, omó­wi­li­śmy ofer­tę z czo­ło­wy­mi ana­li­ty­ka­mi gieł­do­wy­mi i mamy na­dzie­ję, że będą re­ko­men­do­wa­li na­sze ak­cje swo­im klien­tom. Neo­Dy­me nie tyl­ko roz­pocz­nie wy­do­by­cie, co po­win­no być ro­bio­ne od dzie­się­cio­le­ci, ale tak­że za­pew­ni bez­pie­czeń­stwo na­sze­mu kra­jo­wi. – Wy­cią­gnął ja­kąś no­tat­kę. – Do dzi­siaj zi­den­ty­fi­ko­wa­li­śmy w In­di­go Rid­ge trzy­na­ście róż­nych pier­wiast­ków ziem rzad­kich, w tym szcze­gól­nie cen­ne me­ta­le przej­ścio­we. Czy mam je wy­li­czyć?

Pod­niósł wzrok znad kart­ki.

– Och, nie, może jed­nak nie. – Po­now­nie od­chrząk­nął. – W tym ty­go­dniu nasi geo­lo­dzy prze­ka­za­li nam jesz­cze lep­sze wia­do­mo­ści. Ba­da­nia z ostat­nich od­wier­tów wska­zu­ją na obec­ność kil­ku tak zwa­nych zie­lo­nych pier­wiast­ków ziem rzad­kich, ma­ją­cych ogrom­ne zna­cze­nie dla przy­szło­ści, bo na­wet ko­pal­nie chiń­skie nie wy­do­by­wa­ją tych me­ta­li.

Pre­zy­dent po­ru­szył lek­ko ra­mio­na­mi, co ro­bił za­wsze, gdy do­cho­dzi­ło do sed­na spra­wy.

– W su­mie ozna­cza to, pa­no­wie, że Neo­Dy­me sta­nie się naj­waż­niej­szą fir­mą w Ame­ry­ce i nie­wy­klu­czo­ne… a za­pew­niam, że nie ma w tym prze­sa­dy… na ca­łym świe­cie. – Prze­szy­wał spoj­rze­niem wszyst­kich obec­nych w po­ko­ju. – Nie mu­szę wspo­mi­nać, że bez­pie­czeń­stwo In­di­go Rid­ge to dla nas prio­ry­tet.

Od­wró­cił się do Hen­drick­sa.

– Dla­te­go jesz­cze dzi­siaj po­wo­łam do ży­cia ści­śle taj­ną gru­pę ope­ra­cyj­ną o kryp­to­ni­mie Sa­ma­ry­ta­nin, na któ­rej cze­le sta­nie Chri­sto­pher. Bę­dzie ko­mu­ni­ko­wał się z wami wszyst­ki­mi i żą­dał od was po­mo­cy, jaką uzna za po­trzeb­ną. Ma­cie z nim współ­pra­co­wać pod każ­dym wzglę­dem.

Pre­zy­dent wstał.

– Chcę, żeby to było ja­sne jak słoń­ce, pa­no­wie. Po­nie­waż staw­ką jest bez­pie­czeń­stwo Sta­nów Zjed­no­czo­nych… ich przy­szłość… nie mo­że­my so­bie po­zwo­lić na po­peł­nie­nie choć­by jed­ne­go błę­du, na jed­no prze­kła­ma­nie, jed­ną chy­bio­ną pił­kę. – Jego wzrok po­chwy­cił spoj­rze­nie ge­ne­ra­ła Mar­shal­la. – Nie będę to­le­ro­wał żad­nych wo­je­nek o wpły­wy, in­tryg, wza­jem­ne­go pod­ko­py­wa­nia się ani mię­dzy­agen­cyj­nej za­wi­ści. Każ­dy, kto nie udo­stęp­ni da­nych wy­wia­du albo nie da lu­dzi Sa­ma­ry­ta­ni­no­wi, bę­dzie su­ro­wo uka­ra­ny. Po­trak­tuj­cie to jako ostrze­że­nie. A te­raz że­gnam, pa­no­wie.

• • •

Bo­ris Il­jicz Kar­pow zła­mał rękę jed­ne­mu męż­czyź­nie i wbił ło­kieć w oczo­dół dru­gie­go. Krew pły­nę­ła, gło­wy zwie­sza­ły się bez­wład­nie. Moc­ny smród potu i zwie­rzę­ce­go stra­chu ota­czał obu więź­niów. Sie­dzie­li przy­wią­za­ni do me­ta­lo­wych krze­seł przy­śru­bo­wa­nych do be­to­no­wej po­sadz­ki. Mię­dzy nimi był otwar­ty ka­nał ście­ko­wy, zło­wiesz­czo sze­ro­ki.

– Po­wtórz­cie swo­je hi­sto­rie – po­wie­dział Kar­pow. – I to już.

Kar­pow, nowo po­wo­ła­ny szef ro­syj­skiej taj­nej po­li­cji FSB-2, utwo­rzo­nej przez Wik­to­ra Czer­kie­so­wa z bry­ga­dy an­ty­nar­ko­ty­ko­wej i kon­ku­ren­cyj­nej wo­bec ro­syj­skiej FSB, któ­ra prze­ję­ła obo­wiąz­ki KGB, ro­bił po­rząd­ki. Już od wie­lu lat chciał się tym za­jąć. Te­raz, dzię­ki umo­wie za­war­tej w ab­so­lut­nej ta­jem­ni­cy, do­stał swo­ją szan­sę od Czer­kie­so­wa.

Po­chy­la­jąc się, Kar­pow spo­licz­ko­wał obu męż­czyzn. Nor­mal­na pro­ce­du­ra po­le­ga­ła na od­izo­lo­wa­niu po­dej­rza­nych, żeby wy­ła­pać nie­zgod­no­ści w ich ze­zna­niach, ale tym ra­zem od­by­wa­ło się to in­a­czej. Kar­pow znał od­po­wie­dzi. Czer­kie­sow po­wie­dział mu wszyst­ko, co mu­siał wie­dzieć, nie tyl­ko o czar­nych owcach w FSB-2 – o tych, któ­rzy byli opła­ca­ni przez po­szcze­gól­ne ro­dzi­ny ma­fij­ne, czy­li grup­pi­row­ki, albo przez oli­gar­chów prze­my­sło­wych, któ­rzy utrzy­ma­li się po upad­ku Krem­la – ale rów­nież o ofi­ce­rach pró­bu­ją­cych pod­wa­żyć au­to­ry­tet Kar­po­wa.

Ża­den z więź­niów nic nie po­wie­dział, dla­te­go ge­ne­rał pod­niósł się i wy­szedł z celi. Stał sa­mot­nie w piw­ni­cy bu­dyn­ku z żół­tej ce­gły tuż za pla­cem Łu­biań­skim, gdzie nadal mie­ści­ła się sie­dzi­ba kon­ku­ren­cyj­nej FSB, do­kład­nie tak samo, jak w cza­sach, gdy rzą­dził tam bu­dzą­cy strach Ław­rien­tij Be­ria.

Kar­pow wy­trzą­snął z pacz­ki pa­pie­ro­sa i za­pa­lił. Opie­ra­jąc się o wil­got­ną ścia­nę, pa­lił w mil­cze­niu. Po­grą­żył się w my­ślach o tym, jak wy­ko­rzy­sta po­ten­cjał FSB-2, jak prze­mie­ni ją w siłę, któ­ra za­pew­ni so­bie sta­łą apro­ba­tę pre­zy­den­ta Imo­wa.

Kie­dy pet za­czął pa­rzyć mu pal­ce, wy­rzu­cił go, roz­gniótł ob­ca­sem i ru­szył ener­gicz­nym kro­kiem do na­stęp­nej celi, gdzie sie­dział sko­rum­po­wa­ny ofi­cer FSB-2, te­raz już zła­ma­ny. Kar­pow chwy­cił go za ra­mię i za­cią­gnął do celi, w któ­rej wcze­śniej prze­słu­chi­wał dwóch ofi­ce­rów. Od­gło­sy sza­mo­ta­ni­ny spra­wi­ły, że obaj pod­nie­śli gło­wy i wpa­try­wa­li się w nowo przy­by­łe­go więź­nia.

Kar­pow wy­cią­gnął ma­ka­ro­wa i strze­lił męż­czyź­nie w tył gło­wy. Siła strza­łu była tak duża, że kula prze­szła przez czasz­kę i wy­le­cia­ła przez czo­ło, oto­czo­na roz­bry­zgu­ją­cą się krwią i ka­wał­ka­mi mó­zgu, któ­re ochla­pa­ły ofi­ce­rów przy­wią­za­nych do krze­seł. Trup ru­nął na po­sadz­kę mię­dzy nimi.

Kar­pow krzyk­nął i po­ja­wi­ło się dwóch war­tow­ni­ków. Je­den z nich przy­niósł duży, moc­ny, pla­sti­ko­wy wo­rek, dru­gi – piłę łań­cu­cho­wą, któ­rą uru­cho­mił na po­le­ce­nie Kar­po­wa. Kłąb gę­ste­go nie­bie­ska­we­go dymu uniósł się nad ma­szy­ną. Obaj męż­czyź­ni za­bra­li się do pra­cy przy zwło­kach. Naj­pierw od­cię­li gło­wę, po­tem po­kro­ili resz­tę. Sie­dzą­cy po obu stro­nach ofi­ce­ro­wie pa­trzy­li w dół, nie mo­gąc ode­rwać oczu od ma­ka­brycz­ne­go wi­do­ku. Kie­dy lu­dzie Kar­po­wa skoń­czy­li, ze­bra­li ka­wał­ki i wrzu­ci­li do pla­sti­ko­we­go wor­ka. A po­tem wy­szli.

– Nie od­po­wia­dał na py­ta­nia. – Kar­pow pa­trzył su­ro­wo to na jed­ne­go, to na dru­gie­go więź­nia. – Po­dzie­li­cie jego los, chy­ba że… – Za­wie­sił głos.

– Chy­ba że… – po­wtó­rzył An­ton, je­den z ofi­ce­rów.

– Za­mknij ryj, do kur­wy nę­dzy! – wrza­snął Geo­r­gij, dru­gi ofi­cer.

– Chy­ba że po­go­dzi­cie się z nie­unik­nio­nym. – Kar­pow sta­nął przed nimi, ale mó­wił do An­to­na. – Ta agen­cja się zmie­ni, z wami czy bez was. Po­my­śl­cie o tym w ten spo­sób. Ma­cie je­dy­ną szan­sę na wej­ście do mo­je­go we­wnętrz­ne­go krę­gu, na za­ufa­nie mi i pod­da­nie się mo­jej wła­dzy. W za­mian bę­dzie­cie żyli i nie wy­klu­czam, że cał­kiem do­brze bę­dzie się wam po­wo­dzi­ło. Ale je­dy­nie wte­dy, gdy bę­dzie­cie bez­względ­nie lo­jal­ni wo­bec mnie i tyl­ko mnie. Je­śli wa­sze od­da­nie osłab­nie, bli­scy nig­dy się nie do­wie­dzą, co was spo­tka­ło. Nie zo­sta­ną na­wet cia­ła, któ­re by moż­na po­cho­wać, żeby przy­nieść ulgę ro­dzi­nie. Praw­dę mó­wiąc, nie zo­sta­nie ża­den ślad wa­sze­go po­by­tu na zie­mi.

– Ślu­bu­ję wam do­zgon­ną wier­ność, ge­ne­ra­le Kar­pow. Mo­że­cie na mnie po­le­gać.

– Zdraj­ca! – rzu­cił Geo­r­gij. – Roz­szar­pię cię na strzę­py!

Kar­pow zi­gno­ro­wał ten wy­buch.

– To tyl­ko sło­wa, An­to­nie Fio­do­ro­wi­czu – po­wie­dział.

– W ta­kim ra­zie co mam zro­bić?

Ge­ne­rał wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Je­śli mu­siał­bym ci po­wie­dzieć, to nie mia­ło­by sen­su, praw­da?

An­ton za­sta­no­wił się przez chwi­lę.

– Więc mnie roz­wiąż­cie.

– Je­że­li cię roz­wią­żę, to co wte­dy?

– Wte­dy – od­parł An­ton – przej­dzie­my do sed­na spra­wy.

– Od razu?

– Bez cie­nia wąt­pli­wo­ści.

Kar­pow ski­nął gło­wą, prze­szedł na tył krze­seł obu więź­niów, roz­wią­zał An­to­no­wi ręce i kost­ki nóg. Ofi­cer wstał. Świa­do­mie po­wstrzy­mał się od roz­cie­ra­nia po­ra­nio­nych nad­garst­ków. Wy­cią­gnął przed sie­bie pra­wą rękę. Kar­pow spoj­rzał mu pro­sto w oczy, a po chwi­li po­dał ma­ka­ro­wa, kol­bą w jego stro­nę.

– Za­strzel go! – krzyk­nął Geo­r­gij. – Za­strzel jego, nie mnie, idio­to!

An­ton wziął pi­sto­let i strze­lił Geo­r­gi­jo­wi dwa razy w twarz.

Ge­ne­rał przy­glą­dał się temu z obo­jęt­no­ścią.

– Co zro­bi­my z cia­łem? – za­py­tał to­nem, ja­kie­go uży­wa się na eg­za­mi­nie ust­nym, gdy za­da­je się ostat­nie, roz­strzy­ga­ją­ce py­ta­nie, choć może był to po pro­stu pierw­szy krok do in­dok­try­na­cji.

An­ton od­po­wie­dział rów­nie ostroż­nie co roz­waż­nie:

– Piła łań­cu­cho­wa była dla tam­te­go. Ten czło­wiek… temu czło­wie­ko­wi nic się nie na­le­ży, na­wet mniej niż nic. – Wpa­try­wał się w ka­nał ście­ko­wy, któ­ry wy­glą­dał jak pasz­cza po­twor­nej be­stii. – Tak się za­sta­na­wiam… Czy ma­cie, ge­ne­ra­le, ja­kiś moc­ny kwas?

• • •

Czter­dzie­ści mi­nut póź­niej, w ja­snym słoń­cu pod błę­kit­nym nie­bem, Kar­pow zmie­rza­ją­cy do pre­zy­den­ta Imo­wa, żeby zło­żyć ra­port o po­czy­nio­nych po­stę­pach, ode­brał bar­dzo krót­ką wia­do­mość: „Gra­ni­ca”.

– Ra­mien­sko­je – rzu­cił do kie­row­cy, ma­jąc na my­śli głów­ne mo­skiew­skie lot­ni­sko woj­sko­we, gdzie za­wsze cze­kał na nie­go za­tan­ko­wa­ny sa­mo­lot z za­ło­gą. Kie­row­ca za­wró­cił, gdy tyl­ko ruch mu na to po­zwo­lił, i do­ci­snął pe­dał gazu.

• • •

Kie­dy Kar­pow po­ka­zy­wał swo­je do­ku­men­ty żoł­nie­rzo­wi z kon­tro­li pasz­por­to­wej, z cie­nia wy­ło­nił się męż­czy­zna tak drob­ny, że w pierw­szej chwi­li Bo­ris wziął go za na­sto­lat­ka. Był ubra­ny w ciem­ny gar­ni­tur, pa­skud­ny kra­wat i zno­szo­ne brud­ne buty. Nie było na nim gra­ma tłusz­czu, jak­by mię­śnie wy­pra­co­wał wie­lo­go­dzin­ny­mi ćwi­cze­nia­mi na si­łow­ni. Moż­na było od­nieść wra­że­nie, że trak­to­wał wła­sne cia­ło ni­czym broń.

– Ge­ne­ra­le Kar­pow. – Nie wy­cią­gnął przed sie­bie ręki, nie przy­wi­tał się w ża­den spo­sób. – Na­zy­wam się Za­czik. – Nie po­dał ani imie­nia, ani pa­tro­ni­mi­ku.

– Co? – zdzi­wił się Kar­pow. – Jak pa­la­dyn?

Po­cią­gła twarz Za­czi­ka o ostrych ry­sach nie wy­ra­ża­ła ni­cze­go.

– Kim jest pa­la­dyn? – Za­brał żoł­nie­rzo­wi pasz­port Kar­po­wa. – Pro­szę za mną, ge­ne­ra­le.

Od­wró­cił się i za­czął iść przed sie­bie, a po­nie­waż miał ze sobą do­ku­ment Kar­po­wa, ten, choć wście­kły, mu­siał iść za nim. Za­czik po­pro­wa­dził go ko­ry­ta­rzem, oświe­tla­nym z rzad­ka ża­rów­ka­mi, gdzie śmier­dzia­ło go­to­wa­ną ka­pu­stą i kar­bo­lem, i da­lej przez nie­ozna­ko­wa­ne drzwi do ma­łe­go, po­zba­wio­ne­go okien po­ko­ju prze­słu­chań. Był tam stół przy­śru­bo­wa­ny do pod­ło­gi, a na nim zu­peł­nie nie­pa­su­ją­cy do tego wnę­trza pięk­ny, mo­sięż­ny sa­mo­war ra­zem z dwie­ma szklan­ka­mi, ły­żecz­ka­mi i nie­wiel­ką mo­sięż­ną cu­kier­ni­cą z kost­ka­mi bia­łe­go i brą­zo­we­go cu­kru.

– Sia­daj­cie – po­wie­dział Za­czik, wska­zu­jąc ge­ne­ra­ło­wi jed­no z dwu nie­bie­skich, znisz­czo­nych pla­sti­ko­wych krze­seł. – Pro­szę się roz­go­ścić.

Kar­pow zi­gno­ro­wał za­pro­sze­nie.

– Je­stem sze­fem FSB-dwa.

– Do­brze wiem, kim je­ste­ście, ge­ne­ra­le.

– A kim wy je­ste­ście, do cho­le­ry?

Za­czik wy­jął z kie­sze­ni na pier­si ma­ry­nar­ki le­gi­ty­ma­cję w pla­sti­ko­wej okład­ce i otwo­rzył ją. Kar­pow mu­siał zro­bić kil­ka kro­ków w jego stro­nę, żeby ją obej­rzeć. „Służ­ba Wniesz­niej Ra­zwied­ki”. Prze­czy­tał raz jesz­cze. Ten czło­wiek na­le­żał do kie­row­nic­twa Służ­by Wy­wia­du Za­gra­nicz­ne­go, od­po­wied­nicz­ki ame­ry­kań­skiej Cen­tra­li Wy­wia­du w Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej. Ści­śle bio­rąc, FSB i FSB-2 po­win­ny ogra­ni­czać się do spraw kra­jo­wych, Czer­kie­sow jed­nak roz­sze­rzył za­kres dzia­ła­nia agen­cji na za­gra­ni­cę i nikt mu w tym nie prze­szko­dził. Czy to spo­tka­nie było skut­kiem wej­ścia FSB-2 na te­ry­to­rium SWR? W tej chwi­li Kar­pow bar­dzo ża­ło­wał, że nie po­ru­szył tej kwe­stii w roz­mo­wie z Czer­kie­so­wem, za­nim ob­jął sta­no­wi­sko.

Zmu­sił się do fał­szy­we­go uśmie­chu.

– Co mogę dla was zro­bić?

– Cho­dzi ra­czej o to, co ja… albo mó­wiąc pre­cy­zyj­niej, SWR może zro­bić dla was, ge­ne­ra­le.

– Czyż­by?

Kar­pow stał wy­star­cza­ją­co bli­sko, żeby wy­rwać Za­czi­ko­wi le­gi­ty­ma­cję z ręki, kie­dy ten chciał ją scho­wać. Ma­chał nią te­raz ni­czym pro­por­cem wo­jen­nym na polu wal­ki, nie­mal sły­sząc po­dzwa­nia­nie sza­bel.

Za­czik wy­cią­gnął przed sie­bie rękę z pasz­por­tem ge­ne­ra­ła i obaj pa­no­wie do­ko­na­li wy­mia­ny jeń­ców.

Kar­pow scho­wał pasz­port w bez­piecz­ne miej­sce, po czym oświad­czył:

– Sa­mo­lot na mnie cze­ka.

– I po­cze­ka, do­pó­ki nie do­koń­czy­my tego spo­tka­nia. Pi­lot do­stał od nas ja­sne in­struk­cje. – Za­czik pod­szedł do sa­mo­wa­ra. – Her­ba­ty?

– Dzię­ku­ję, nie.

Agent SWR od­wró­cił się do nie­go ty­łem i na­lał her­ba­ty do jed­nej szklan­ki.

– Błąd, to pew­ne, ge­ne­ra­le. Mamy tu naj­lep­szą her­ba­tę, czar­ną „Ro­syj­ską ka­ra­wa­nę”. Ta mie­szan­ka ulung, ke­emun i lap­sang so­uchong jest wy­jąt­ko­wa, bo wszyst­kie ga­tun­ki są do­star­cza­ne z naj­róż­niej­szych plan­ta­cji przez Mon­go­lię i Sy­be­rię, tak samo jak to się od­by­wa­ło w osiem­na­stym wie­ku, kie­dy ka­ra­wa­ny wiel­błą­dów przy­wo­zi­ły ją z Chin, In­dii i Cej­lo­nu. – Ujął szklan­kę pal­ca­mi i pod­sta­wił pod nos, wcią­ga­jąc głę­bo­ko za­pach. – Zim­ny, su­chy kli­mat spra­wia, że her­ba­ta wchła­nia je­dy­nie odro­bi­nę wil­go­ci, gdy jest trans­por­to­wa­na no­ca­mi przez po­kry­te śnie­giem ste­py.

Na­pił się, od­cze­kał chwi­lę i po­now­nie upił łyk. Po­tem po­pa­trzył na Kar­po­wa.

– Je­ste­ście pew­ni?

– Cał­ko­wi­cie.

– Jak so­bie ży­czy­cie, ge­ne­ra­le. – Za­czik wes­tchnął i od­sta­wił szklan­kę. – Zwró­ci­li­śmy uwa­gę…

– My?

– SWR zwró­ci­ła uwa­gę. Wo­li­cie w ten spo­sób? – Chu­dzie­lec za­ci­snął i roz­pro­sto­wał dłoń. – W każ­dym ra­zie zwró­ci­li­ście na sie­bie uwa­gę SWR.

– Z ja­kie­go po­wo­du?

Za­czik złą­czył ręce za ple­ca­mi. Wy­glą­dał jak ka­det na pla­cu de­fi­lad.

– Wie­cie, ge­ne­ra­le, za­zdrosz­czę czło­wie­ko­wi ta­kie­mu jak wy.

Kar­pow zde­cy­do­wał, że nie bę­dzie mu prze­ry­wał. Chciał, żeby to za­gad­ko­we spo­tka­nie skoń­czy­ło się moż­li­wie jak naj­szyb­ciej.

– Je­ste­ście ze sta­rej ka­dry, prze­szli­ście twar­dą szko­łę, mu­sie­li­ście wal­czyć o każ­dy awans, po­zo­sta­wia­jąc w polu cia­ła tych, któ­rzy oka­zy­wa­li się słab­si od was. – Wska­zał pal­cem wła­sną pierś. – Mnie wszyst­ko przy­szło znacz­nie ła­twiej. Wi­dzi­cie, do­sze­dłem do wnio­sku, że mógł­bym się bar­dzo wie­le na­uczyć od czło­wie­ka ta­kie­go jak wy. – Cze­kał na re­ak­cję Kar­po­wa, ale kie­dy od­po­wie­dzia­ło mu je­dy­nie mil­cze­nie, mó­wił da­lej: – Co są­dzi­cie o zo­sta­niu moim men­to­rem, ge­ne­ra­le?

– Je­ste­ście jak ci wszy­scy mło­dzi tech­no­kra­ci, któ­rzy gra­ją w gry wi­deo i któ­rym się wy­da­je, że to wy­star­czy za­miast do­świad­czeń zdo­by­wa­nych w te­re­nie.

– Mam na gło­wie waż­niej­sze rze­czy niż za­ba­wa w gry wi­deo.

– Za­wsze opła­ca­ło się wie­dzieć, co knu­je kon­ku­ren­cja. – Bo­ris mach­nął ręką. – A te­raz przejdź­cie wresz­cie do rze­czy. Nie mam za­mia­ru tra­cić ca­łe­go dnia.

Za­czik ski­nął gło­wą w za­my­śle­niu.

– Chce­my je­dy­nie za­pew­nie­nia, że bę­dzie­cie prze­strze­ga­li po­sta­no­wień umo­wy, jaką mie­li­śmy z wa­szym po­przed­ni­kiem.

– Ja­kiej umo­wy?

– O Boże, chce­cie przez to po­wie­dzieć, że Czer­kie­sow pry­snął, nie in­for­mu­jąc was o ni­czym?

– Nie sły­sza­łem o żad­nej umo­wie – oświad­czył Kar­pow. – A je­śli do­brze się przy­go­to­wa­li­ście, to wie­cie, że nie wcho­dzę w żad­ne ukła­dy. – Dla nie­go ta roz­mo­wa się skoń­czy­ła. Ru­szył w stro­nę drzwi.

– Po­my­śla­łem – ode­zwał się Za­czik ci­cho – że w tym wy­pad­ku mo­gli­by­ście zro­bić wy­ją­tek.

Kar­pow po­li­czył do dzie­się­ciu i od­wró­cił się do nie­go.

– Wie­cie, roz­mo­wa z wami jest bar­dzo wy­czer­pu­ją­ca.

– Prze­pra­szam – po­wie­dział agent SWR, choć wy­raz jego twa­rzy by­najm­niej nie świad­czył o skru­sze. – Umo­wa, ge­ne­ra­le. W grę wcho­dzą pie­nią­dze… mie­sięcz­ną staw­kę mo­że­my szyb­ko usta­lić… i wy­wiad. Po­dzie­li­cie się z nami wa­szą wie­dzą.

– To nie jest umo­wa – wark­nął Kar­pow. – To wy­mu­sze­nie.

– Mo­że­my ba­wić się w sło­wa przez cały dzień, ge­ne­ra­le, ale jak sami po­wie­dzie­li­ście, sa­mo­lot na was cze­ka. – Ton jego gło­su zhar­dział. – Za­wrze­my tę umo­wę, po­dob­nie jak z wa­szym po­przed­ni­kiem, a wy i wasi ko­le­dzy bę­dzie­cie mo­gli swo­bod­nie prze­miesz­czać się po świe­cie znacz­nie da­lej, niż po­zwa­la na to sta­tut FSB-dwa.

– Au­to­rem na­sze­go sta­tu­tu jest Wik­tor Czer­kie­sow. – Kar­pow na­ci­snął klam­kę w drzwiach.

– Pro­szę mi wie­rzyć, ge­ne­ra­le, że mo­że­my urzą­dzić wam pie­kło na zie­mi. Ostrze­gam was. Nie za­po­mi­naj­cie o tym.

Bo­ris otwo­rzył drzwi i wy­szedł ener­gicz­nym kro­kiem.

• • •

Ra­mien­sko­je dzie­li­ło po­nad ty­siąc ki­lo­me­trów od lot­ni­ska w Ural­sku w za­chod­nim Ka­zach­sta­nie, pła­skie­go i brzyd­kie­go pasa ja­ło­wej, bu­rej i su­chej zie­mi.

Wik­tor Del­ja­go­wicz Czer­kie­sow cze­kał na nie­go opar­ty o za­ku­rzo­ny po­jazd woj­sko­wy i pa­lił czar­ne­go tu­rec­kie­go pa­pie­ro­sa. Był wy­so­kim męż­czy­zną o gę­stych, po­fa­lo­wa­nych wło­sach, si­wie­ją­cych na skro­niach. Oczy miał czar­ne i nie­prze­nik­nio­ne. Wi­dział zbyt wie­le po­twor­no­ści, wy­dał zbyt wie­le roz­ka­zów, brał udział w zbyt wie­lu prze­stęp­stwach.

Kar­pow pod­szedł do nie­go, czu­jąc, że puls mu przy­spie­sza. Układ z tym dia­blim po­mio­tem prze­wi­dy­wał mię­dzy in­ny­mi, że za sto­łek w FSB-2 bę­dzie mu co ja­kiś czas wy­świad­czał przy­słu­gę. Nie za­wra­cał so­bie na­wet gło­wy py­ta­niem, o ja­kie przy­słu­gi może cho­dzić, Czer­kie­sow i tak by mu nie po­wie­dział. Te­raz jed­nak na­de­szło pierw­sze we­zwa­nie i Kar­pow zda­wał so­bie spra­wę, że musi wy­wią­zać się z obiet­ni­cy zło­żo­nej by­łe­mu sze­fo­wi FSB-2. Od­mo­wa nie wcho­dzi­ła w grę.

Czer­kie­sow pod­su­nął mu pacz­kę pa­pie­ro­sów. Kar­pow wziął jed­ne­go i po­chy­lił się, żeby do­się­gnąć pło­mie­nia za­pal­nicz­ki. Nie zno­sił tu­rec­kie­go ty­to­niu, ale nie chciał w ni­czym sprze­ci­wiać się by­łe­mu sze­fo­wi.

– Do­brze wy­glą­dasz – za­ga­ił Czer­kie­sow. – Ruj­no­wa­nie ży­cia in­ny­mi lu­dziom do­brze ci słu­ży.

Bo­ris skrzy­wił się w cierp­kim uśmie­chu.

– A to­bie słu­ży nowe ży­cie.

– Słu­ży mi po­sia­da­nie wła­dzy. – Czer­kie­sow wy­rzu­cił pa­pie­ro­sa. Pet ja­rzył się ja­sno na li­chym as­fal­cie. – Obu nam słu­ży.

– Gdzie się po­dzie­wa­łeś, kie­dy od nas od­sze­dłeś?

Czer­kie­sow się uśmiech­nął.

– W Mo­na­chium. Czy­li nig­dzie.

– Mo­na­chium to rze­czy­wi­ście nig­dzie – po­twier­dził Kar­pow. – Je­śli zo­ba­czę jesz­cze kie­dyś to mia­sto, za­wsze bę­dzie na to sta­now­czo za wcze­śnie.

Czer­kie­sow wy­jął na­stęp­ne­go pa­pie­ro­sa i za­pa­lił.

– Znam cię, Bo­ri­sie Il­ji­czu. Coś cię gnę­bi.

– SWR – od­po­wie­dział Kar­pow. Był wście­kły przez całą dro­gę. – Chciał­bym z tobą po­roz­ma­wiać o umo­wie, jaką z nimi za­war­łeś.

Czer­kie­sow za­mru­gał ocza­mi.

– Ja­kiej umo­wie?

I wte­dy wszyst­ko sta­ło się ja­sne. Za­czik po­su­nął się do ble­fu w na­dziei, że uda mu się wy­ko­rzy­stać fakt po­wo­ła­nia Kar­po­wa na sta­no­wi­sko za­le­d­wie mie­siąc wcze­śniej. Bo­ris opo­wie­dział by­łe­mu sze­fo­wi o od­ra­ża­ją­cej roz­mo­wie na lot­ni­sku Ra­mien­sko­je, nie po­mi­ja­jąc żad­ne­go szcze­gó­łu, od zja­wie­nia się Za­czi­ka pod­czas kon­tro­li pasz­por­to­wej do ostat­nie­go zda­nia, któ­re wy­po­wie­dział, wy­cho­dząc z po­zba­wio­ne­go okien po­ko­ju prze­słu­chań.

Gdy mó­wił, Czer­kie­sow przy­gry­zał w za­my­śle­niu we­wnętrz­ną stro­nę po­licz­ka.

– Chciał­bym po­wie­dzieć, że je­stem za­sko­czo­ny – ode­zwał się w koń­cu – ale nie by­ła­by to praw­da.

– Znasz tego Za­czi­ka? Fa­cet ma w so­bie coś z wa­ze­li­nia­rza.

– Wszy­scy słu­gu­si to wa­ze­li­nia­rze. Za­czik wy­ko­nu­je po­le­ce­nia Be­rii. To na Be­rię po­wi­nie­neś uwa­żać.

Kon­stan­tin L. Be­ria był obec­nym sze­fem SWR i jak jego bu­dzą­cy strach przo­dek, za­sły­nął z pa­ra­noi, pod­łych in­tryg i sto­so­wa­nia prze­mo­cy. Kon­stan­ti­na bano się w rów­nym stop­niu jak kie­dyś Ław­rien­ti­ja Paw­ło­wi­cza Be­rii i tak samo nim po­gar­dza­no.

– Be­ria bał się do mnie zbli­żyć – po­wie­dział Czer­kie­sow. – Wy­słał Za­czi­ka, żeby wy­ba­dał, czy uda im się prze­ka­ba­cić cie­bie.

– Pie­przyć Be­rię.

Oczy Czer­kie­so­wa zmie­ni­ły się w szpar­ki.

– Ostroż­nie, przy­ja­cie­lu. Tego fa­ce­ta nie moż­na lek­ce­wa­żyć.

– Rada przy­ję­ta.

Czer­kie­sow krót­ko ski­nął gło­wą.

– Je­śli sto­sun­ki się po­psu­ją, skon­tak­tuj się ze mną. – Otwo­rzył i za­mknął za­pal­nicz­kę. Od­głos przy­po­mi­nał brzę­cze­nie owa­da ukry­te­go w tra­wie. – A te­raz przejdź­my do rze­czy. Mam dla cie­bie zle­ce­nie.

Kar­pow wpa­try­wał się w jego twarz, szu­ka­jąc ja­kie­go­kol­wiek zna­ku, któ­ry zdra­dził­by mu, cze­go spra­wa może do­ty­czyć. Ale ni­cze­go nie spo­strzegł. Czer­kie­sow wła­śnie taki był. Twarz miał rów­nie nie­prze­nik­nio­ną jak ścia­na ban­ko­we­go sej­fu. Na pa­sie stał woj­sko­wy od­rzu­to­wiec, oto­czo­ny aurą czuj­no­ści i na­pię­cia. Od cza­su do cza­su po­ja­wiał się przy nim me­cha­nik, ale nikt nie zbli­żał się do dwóch Ro­sjan.

Czer­kie­sow ode­rwał kru­szy­nę ty­to­niu od ust i roz­tarł ją na pył.

– Chcę, że­byś ko­goś za­bił.

Kar­pow za­czerp­nął po­wie­trza, nie do koń­ca świa­do­my, że od ja­kie­goś cza­su wstrzy­mu­je od­dech. To wszyst­ko? Po­czuł, jak ogar­nia go fala ulgi. Ski­nął gło­wą.

– Po­daj mi szcze­gó­ły, to się tym zaj­mę.

– Trze­ba to zro­bić na­tych­miast.

Kar­pow po­now­nie kiw­nął gło­wą.

– Oczy­wi­ście. Od razu. – Za­cią­gnął się pa­pie­ro­sem i zmru­żył jed­no oko, bo wpadł w nie dym. – Za­kła­dam, że masz zdję­cie celu.

Uśmie­cha­jąc się zło­śli­wie, Czer­kie­sow wy­jął fot­kę z kie­sze­ni na pier­si i po­dał swo­je­mu na­stęp­cy w FSB-2. Pa­trzył, za­cie­ka­wio­ny i uważ­ny, na twarz Bo­ri­sa, któ­ra sta­wa­ła się bla­da jak kre­da.

– Nie masz wy­bo­ru. I to żad­ne­go. – Od­chy­lił do tyłu gło­wę. – Co? Czyż­by cena za twój awans była zbyt wy­so­ka?

Kar­pow usi­ło­wał coś po­wie­dzieć, ale czuł się tak, jak­by były szef wła­śnie go du­sił.

Uśmiech Czer­kie­so­wa stał się szer­szy.

– Nie, wy­da­je mi się, że nie.

Rozdział 2

Ja­son Bo­ur­ne obu­dził się w ciem­no­ści po­ko­ju ho­te­lo­we­go na skra­ju ko­lum­bij­skiej pusz­czy, ale nie otwie­rał oczu. Le­żał przez chwi­lę na cien­kim, po­wy­gnia­ta­nym ma­te­ra­cu, owład­nię­ty wspo­mnie­niem dziw­ne­go snu. Znaj­do­wał się w domu o wie­lu po­ko­jach, z ko­ry­ta­rza­mi pro­wa­dzą­cy­mi do miejsc, w któ­rych ślepł. Zu­peł­nie, jak­by pró­bo­wał zo­ba­czyć wła­sną prze­szłość. Dom pło­nął, wszę­dzie kłę­bił się dym. Ale Ja­son nie był tam sam. W domu znaj­do­wał się ktoś jesz­cze, ktoś, kto po­ru­szał się ze zwin­no­ścią kota, ktoś, kto go szu­kał, ktoś o mor­der­czych za­mia­rach, kto był już bar­dzo bli­sko, lecz gę­sty dła­wią­cy dym za­kry­wał go zu­peł­nie.

Nie po­tra­fił po­wie­dzieć, gdzie koń­czył się sen, a za­czy­na­ła rze­czy­wi­stość. Czuł za­pach dymu i to wła­śnie go obu­dzi­ło. Zwlókł się z łóż­ka, cią­gle oto­czo­ny smro­dem spa­le­ni­zny, i po­now­nie za­ata­ko­wa­ło go wspo­mnie­nie snu. Ru­szył do drzwi, ale za­raz przy­sta­nął.

Ktoś na nie­go cze­kał, tuż za drzwia­mi. Ktoś uzbro­jo­ny. Ktoś, kto chciał go za­bić.

Bo­ur­ne cof­nął się, chwy­cił zde­ze­lo­wa­ne krze­sło, tak li­che, że nada­wa­ło się je­dy­nie na pod­pał­kę. Otwie­ra­jąc drzwi, ci­snął nim przed sie­bie. Usły­szał huk strza­łu i rzu­cił się przez próg.

Ude­rzył w nad­gar­stek na­past­ni­ka z taką siłą, że roz­trza­skał mu kość. Broń zwi­sa­ła w po­zba­wio­nych czu­cia pal­cach, ale strze­lec jesz­cze nie był za­ła­twio­ny. Kop­nia­kiem po­słał Bo­ur­ne’a na prze­ciw­le­głą ścia­nę. Zy­skaw­szy tro­chę prze­strze­ni, prze­mie­ścił się wśród dymu ni­czym zja­wa, za­mach­nął kol­bą pi­sto­le­tu – trzy­ma­ne­go te­raz w dru­giej ręce – i ude­rzył Ja­so­na w bok gło­wy.

Bo­ur­ne osu­nął się i zo­stał na pod­ło­dze. Dym gęst­niał, Ja­son czuł go­rą­co, gdy pło­mie­nie pod­peł­za­ły bli­żej. Ni­sko przy zie­mi po­wie­trze było czyst­sze, da­wa­ło mu prze­wa­gę, choć jego prze­ciw­nik jesz­cze so­bie tego nie uświa­da­miał. Na­past­nik po­now­nie przy­mie­rzył się do kop­nia­ka, ale Bo­ur­ne chwy­cił go za but w po­wie­trzu i wy­krę­cił tak, że kost­ka pę­kła. Męż­czy­zna wrza­snął z bólu. Ja­son, już na klęcz­kach, ude­rzył go moc­no w ner­ki, a po­tem, gdy cia­ło strzel­ca za­czę­ło się zwi­jać, chwy­cił go za tył gło­wy i wal­nął ko­la­nem w bro­dę.

Dym wy­peł­niał ko­ry­tarz. Ogień pod­cho­dził do pod­sta­wy scho­dów, gro­żąc prze­mia­ną pierw­sze­go pię­tra w pło­ną­ce pie­kło. Chwy­ciw­szy pi­sto­let na­past­ni­ka, Bo­ur­ne rzu­cił się w stro­nę swo­je­go po­ko­ju. Kie­dy wpadł do środ­ka, za­krył ra­mio­na­mi twarz, a po­tem, ska­cząc, prze­bił sobą szkło i drew­no okna.

Cze­ka­li na nie­go na dole. Było ich trzech, po­de­szli, gdy to­czył się po zie­mi, po tym jak spadł z okna pierw­sze­go pię­tra w oto­cze­niu odłam­ków szkła. Do­padł jed­ne­go i prze­je­chał mu kol­bą pi­sto­le­tu po po­licz­ku, za­le­wa­jąc ja­sno­czer­wo­ną struż­ką krwi. Za­to­pił pięść w brzu­chu dru­gie­go męż­czy­zny, któ­ry zgiął się wpół. I wte­dy po­czuł sil­ny ucisk lufy na kar­ku.

Pod­niósł ręce. Męż­czy­zna z roz­ora­nym, za­krwa­wio­nym po­licz­kiem wy­rwał mu pi­sto­let z dło­ni, a po­tem wal­nął pię­ścią w szczę­kę.

– Ba­sta! – roz­ka­zał ten sto­ją­cy za Bo­ur­ne’em. – El no qu­ie­re ser la­sti­ma­do. – Nie rób­cie mu krzyw­dy.

Bo­ur­ne skal­ku­lo­wał, że dał­by radę za­ła­twić tych trzech, ale stał w bez­ru­chu. Ci lu­dzie nie po­ja­wi­li się tu, żeby go za­bić. Ten, któ­ry cza­ił się przy jego drzwiach, mógł je wy­ła­mać kop­nia­kiem i pró­bo­wać go za­strze­lić, lecz tego nie zro­bił. Ogień miał go wy­pło­szyć, po­dob­nie jak strza­ły w ko­ry­ta­rzu. To, że wdał się w wal­kę z pierw­szym na­past­ni­kiem, było dla nich za­sko­cze­niem.

Ja­son do­my­ślał się, kto przy­słał tych lu­dzi, dla­te­go po­zwo­lił im zwią­zać so­bie ręce za ple­ca­mi i na­ło­żyć ko­nop­ny wo­rek na gło­wę. We­pchnę­li go do na­grza­ne­go, zde­ze­lo­wa­ne­go sa­mo­cho­du, któ­ry cuch­nął ben­zy­ną, po­tem i sma­rem, a kie­dy z war­ko­tem sil­ni­ka wje­cha­li w dżun­glę, po bra­ku amor­ty­za­to­rów zo­rien­to­wał się, że musi to być ja­kiś bar­dzo wy­słu­żo­ny po­jazd woj­sko­wy. Bo­ur­ne za­pa­mię­ty­wał skrę­ty i li­czył w my­ślach, żeby przy­najm­niej mieć sza­cun­ko­we po­ję­cie o po­ko­ny­wa­nej od­le­gło­ści. Przez cały czas pró­bo­wał prze­pi­ło­wać krę­pu­ją­cy mu ręce ka­bel o me­ta­lo­wą kra­wędź znaj­du­ją­cą się za jego ple­ca­mi.

Mniej wię­cej po dwu­dzie­stu mi­nu­tach sa­mo­chód się za­trzy­mał. Przez ja­kiś czas nic się nie dzia­ło, sły­chać było je­dy­nie spo­ra­dycz­nie ostre albo ja­do­wi­te zda­nia w hisz­pań­skim slan­gu. Usi­ło­wał zro­zu­mieć, o czym mó­wią, ale gru­by wo­rek i szcze­gól­na aku­sty­ka wnę­trza po­jaz­du prak­tycz­nie to unie­moż­li­wia­ły. Za­raz po­tem zo­stał po­spiesz­nie za­cią­gnię­ty w chłód głę­bo­kie­go cie­nia. Mu­chy i ko­ma­ry bzy­cza­ły, opa­da­ją­cy liść otarł mu się o wierzch dło­ni, gdy cią­gnię­to go na­przód. Gry­zą­cy smród la­try­ny, a po­tem woń sma­ru do bro­ni, pro­chu i kwa­śne­go potu. Po­pchnię­to go na coś, co w do­ty­ku przy­po­mi­na­ło skła­da­ny sto­łek z bre­zen­tu, gdzie prze­sie­dział ko­lej­ne pół go­dzi­ny, na­słu­chu­jąc. Sły­szał krzą­ta­ni­nę, ale nikt nie od­zy­wał się sło­wem, co było zna­kiem pa­nu­ją­cej tu że­la­znej dys­cy­pli­ny.

Zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie ze­rwa­no mu wo­rek z gło­wy. Bo­ur­ne mru­gał w pół­mro­ku lasu. Ro­zej­rzał się i prze­ko­nał, że jest w pro­wi­zo­rycz­nym obo­zie. Za­uwa­żył trzy­na­stu lu­dzi – i to tyl­ko w za­się­gu wzro­ku.

Zbli­żył się do nie­go męż­czy­zna eskor­to­wa­ny przez dwóch iden­tycz­nych fa­ce­tów w mun­du­rach, uzbro­jo­nych po zęby w pół­au­to­ma­ty, pi­sto­le­ty i pasy z amu­ni­cją. Dzię­ki szcze­gó­ło­we­mu opi­so­wi Mo­iry Bo­ur­ne roz­po­znał Ro­ber­ta Co­rel­lo­sa. Był przy­stoj­ny na swój to­por­ny spo­sób moc­no umię­śnio­ne­go męż­czy­zny. Ciem­ne uwo­dzi­ciel­skie oczy i sil­na aura mę­sko­ści nada­wa­ły mu pew­ną cha­ry­zmę, któ­ra bez wąt­pie­nia dzia­ła­ła na jego lu­dzi.

– No więc… – Z kie­sze­ni na pier­si pięk­nie ha­fto­wa­nej ko­szu­li wy­jął cy­ga­ro i za­pa­lił je, po­słu­gu­jąc się cięż­ką za­pal­nicz­ką zip­po. – Mamy tu my­śli­we­go i zwie­rzy­nę. – Wy­pu­ścił z ust kłąb aro­ma­tycz­ne­go dymu. – Za­sta­na­wiam się jed­nak, kto jest kim?

Bo­ur­ne przy­glą­dał mu się bar­dzo uważ­nie.

– Za­baw­ne – po­wie­dział. – Nie wy­glą­da pan na ska­zań­ca. Co­rel­los wy­krzy­wił twarz w uśmie­chu i za­to­czył ra­mie­niem w sze­ro­kim ge­ście.

– To dla­te­go, ko­le­go, że moi przy­ja­cie­le z FARC oka­za­li się wy­star­cza­ją­co do­brzy, by wy­cią­gnąć mnie z La Mo­de­lo.

Bo­ur­ne wie­dział, że FARC to Re­wo­lu­cyj­ne Siły Zbroj­ne Ko­lum­bii, le­wi­co­wa par­ty­zant­ka.

– Cie­ka­we – skwi­to­wał. – Jest pan jed­nym z naj­bar­dziej wpły­wo­wych ba­ro­nów nar­ko­ty­ko­wych w Ame­ry­ce Ła­ciń­skiej.

– Na świe­cie! – po­pra­wił go Co­rel­los, uno­sząc wy­so­ko cy­ga­ro.

Ja­son po­krę­cił gło­wą.

– Le­wi­co­wa par­ty­zant­ka i pra­wi­co­wi ka­pi­ta­li­ści, nie bar­dzo ro­zu­miem.

Co­rel­los wzru­szył ra­mio­na­mi.

– A kto to ro­zu­mie? FARC nie­na­wi­dzi rzą­du, po­dob­nie jak ja. Mamy umo­wę. Co ja­kiś czas wy­świad­cza­my so­bie wza­jem­nie przy­słu­gi, a w re­zul­ta­cie cier­pią fra­je­rzy z rzą­du. Poza tym nie wcho­dzi­my so­bie w dro­gę. – Wy­pu­ścił z ust na­stęp­ny kłąb dymu. – Cho­dzi o in­te­re­sy, nie o ide­olo­gię. Ja ro­bię pie­nią­dze. Ide­olo­gię mam w du­pie. Za­tem przejdź­my do in­te­re­sów. – Co­rel­los po­chy­lił się, opie­ra­jąc dło­nie na ko­la­nach, tak że jego twarz zna­la­zła się na wy­so­ko­ści oczu Bo­ur­ne’a. – Kto cię na­słał, że­byś mnie za­bił, se­nior? Któ­ry z mo­ich wro­gów, co?

Ten męż­czy­zna był za­gro­że­niem dla Mo­iry i jej przy­ja­ciół­ki Be­ren­ga­rii. Mo­ira po­pro­si­ła Bo­ur­ne’a na Phu­ke­cie, żeby od­szu­kał Co­rel­lo­sa i się z nim do­ga­dał. Nig­dy wcze­śniej o nic go nie pro­si­ła, dla­te­go wie­dział, że mu­sia­ło to być wy­jąt­ko­wo waż­ne, może cho­dzi­ło na­wet o ży­cie lub śmierć.

– Skąd pan wie, że zo­sta­łem przy­sła­ny, by pana za­bić? – za­py­tał.

– To jest Ko­lum­bia, przy­ja­cie­lu. Nie dzie­je się tu nic, o czym bym nie wie­dział.

Był jed­nak jesz­cze je­den po­wód, któ­ry prze­są­dził o de­cy­zji Bo­ur­ne’a. Burz­li­we spo­tka­nie z Le­oni­dem Ar­ka­di­nem na­uczy­ło go cze­goś o nim sa­mym. Nie czuł się do­brze w za­wie­sze­niu, w mrocz­nych, sa­mot­nych chwi­lach, gdy nic się nie dzia­ło, kie­dy świat za­mie­rał w bez­ru­chu, a wszyst­ko, co on, out­si­der, mógł zro­bić, ogra­ni­cza­ło się do ob­ser­wa­cji oto­cze­nia. A prze­cież ła­pał się na tym, że ce­re­mo­nie ślub­ne były mu rów­nie obo­jęt­ne jak po­grze­by. Po­nie­waż żył dla chwil, gdy wkra­czał do ak­cji, kie­dy za­rów­no jego cia­ło, jak umysł w peł­ni się an­ga­żo­wa­ły i pę­dził przed sie­bie, ba­lan­su­jąc na gra­ni­cy ży­cia i śmier­ci.

– Za­tem? – Co­rel­los nie­mal do­ty­kał no­sem nosa Ja­so­na. – Co masz mi do po­wie­dze­nia?

Bo­ur­ne ude­rzył go czo­łem w nos. Usły­szał sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cy od­głos trza­ska­ją­cej chrząst­ki wbi­tej w twarz i uwol­nił ręce z pę­ta­ją­ce­go je ka­bla, któ­ry ukrad­kiem prze­pi­ło­wał. Zła­pał Co­rel­lo­sa i po­sta­wił przed sobą, za­ci­ska­jąc mu zgię­te ra­mię na gar­dle.

Lufy pi­sto­le­tów po­wę­dro­wa­ły do góry, ale nikt się nie po­ru­szył. Wte­dy na sce­nie po­ja­wił się inny męż­czy­zna.

– To zły po­mysł – po­wie­dział do Bo­ur­ne’a.

Bo­ur­ne za­cie­śnił chwyt.

– Z całą pew­no­ścią dla se­nio­ra Co­rel­lo­sa.

Męż­czy­zna był wiel­ki, do­brze zbu­do­wa­ny, o skó­rze orze­cho­we­go ko­lo­ru i oczach do­świad­czo­ne­go czło­wie­ka, ciem­nych jak głę­bo­ka stud­nia. Miał bu­rzę ciem­nych wło­sów, nie­mal lo­ków, i dłu­gą, gę­stą, krę­co­ną bro­dę ni­czym sta­ro­żyt­ny Pers. Ema­no­wał z nie­go pe­wien ro­dzaj ener­gii, któ­ra na­wet na Ja­so­nie ro­bi­ła wra­że­nie. Choć był znacz­nie star­szy, Bo­ur­ne roz­po­znał go z fo­to­gra­fii, któ­rą wi­dział wie­le lat wcze­śniej.

– Ja­lal Es­sai – ode­zwał się Bo­ur­ne. – Za­sta­na­wiam się, co tu ro­bisz w to­wa­rzy­stwie tego kró­la nar­ko­ty­ków. Czy Se­ve­rus Do­mna zaj­mu­je się te­raz he­ro­iną i ko­ka­iną?

– Mu­si­my po­roz­ma­wiać, ty i ja.

– Wąt­pię, żeby do tego do­szło.

– Pa­nie Bo­ur­ne – po­wie­dział Es­sai wol­no, wa­żąc każ­de sło­wo. – Za­mor­do­wa­łem Fre­de­ric­ka Wil­lar­da.

– Dla­cze­go mi o tym mó­wisz?

– Nie by­łeś so­jusz­ni­kiem pana Wil­lar­da? Nie, my­ślę, że nie. Nie po tym, kie­dy zu­żył tyle cza­su i ener­gii, żeby do­pro­wa­dzić do two­jej wal­ki z Le­oni­dem Ar­ka­di­nem. – Mach­nął ręką. – W każ­dym ra­zie za­bi­łem Wil­lar­da z bar­dzo kon­kret­ne­go po­wo­du, bo za­warł układ z Ben­ja­mi­nem El-Aria­nem, gło­wą Do­mny.

– W to aku­rat trud­no uwie­rzyć.

– Nie­mniej to praw­da. Wi­dzisz, Wil­lard po­żą­dał zło­ta Sa­lo­mo­na rów­nie de­spe­rac­ko jak twój daw­ny szef z Tre­ad­sto­ne, Ale­xan­der Con­klin. Za­prze­dał du­szę El-Aria­no­wi, byle móc uszczk­nąć dla sie­bie choć odro­bi­nę.

Ja­son po­krę­cił gło­wą.

– I mówi to czło­nek Do­mny?

Bro­dacz roz­cią­gnął usta w po­wol­nym uśmie­chu.

– By­łem czło­wie­kiem Do­mny, kie­dy Con­klin na­słał cię na mój dom – od­po­wie­dział. – Ale to dzia­ło się daw­no temu.

– A te­raz…

– Te­raz Ben­ja­min El-Arian i Do­mna są mo­imi za­przy­się­gły­mi wro­ga­mi. – Jego uśmiech tro­chę przy­gasł. – Wi­dzisz, mamy jed­nak bar­dzo wie­le do omó­wie­nia.

• • •

– Przy­jaźń – po­wie­dział Iwan Woł­kin, sta­wia­jąc dwie szklan­ki i na­peł­nia­jąc je wód­ką. – Przy­jaźń jest prze­re­kla­mo­wa­na. – Po­dał jed­ną Bo­ri­so­wi Kar­po­wo­wi, dru­gą uniósł wy­so­ko w to­a­ście. – Chy­ba że mó­wi­my o Ro­sja­nach. My nie za­przy­jaź­nia­my się lek­ko­myśl­nie i jako je­dy­ni ze wszyst­kich lu­dzi na świe­cie ro­zu­mie­my, co zna­czy przy­jaźń. Wa­sze zdro­wie!

Woł­kin był sta­ry i siwy, twarz miał za­pad­nię­tą. Ale nie­bie­skie oczy nadal po­bły­ski­wa­ły we­so­ło­ścią, bę­dąc do­wo­dem, gdy­by wszyst­ko inne nie wy­star­cza­ło, że na eme­ry­tu­rze nie stra­cił zu­peł­nie nic z prze­ni­kli­wo­ści wy­jąt­ko­we­go umy­słu, dzię­ki któ­re­mu stał się naj­bar­dziej wpły­wo­wym ne­go­cja­to­rem po­mię­dzy sze­fa­mi ro­syj­skiej ma­fii.

Bo­ris sam do­lał so­bie wię­cej wód­ki.

– Jak dłu­go się zna­my, Iwa­nie Iwa­no­wi­czu?

Woł­kin ob­li­zał fio­le­to­we usta i wy­cią­gnął rękę z pu­stą szklan­ką. Dło­nie miał duże, z na­brzmia­ły­mi ży­ła­mi o cho­ro­bli­wie nie­bie­sko­si­nym ko­lo­rze.

– Je­śli do­brze pa­mię­tam, ra­zem mo­czy­li­śmy się w pie­lu­chy. – Za­śmiał się, wy­da­jąc przy tym gul­go­czą­cy dźwięk z głę­bi gar­dła.

Bo­ris ski­nął gło­wą. Me­lan­cho­lij­ny uśmiech uniósł mu ką­ci­ki ust.

Sta­li w za­gra­co­nym ma­łym po­ko­ju miesz­ka­nia w cen­trum Mo­skwy, któ­re Woł­kin zaj­mo­wał od co naj­mniej pięć­dzie­się­ciu lat. To dziw­na rzecz, po­my­ślał Bo­ris. Za pie­nią­dze, któ­re Iwan zgro­ma­dził przez wszyst­kie lata, mógł ku­pić każ­de miesz­ka­nie, do­wol­nie duże i wspa­nia­łe albo dro­gie, a mimo to zde­cy­do­wał się zo­stać w tym li­chym skan­se­nie z set­ka­mi ksią­żek i pół­ka­mi, na któ­rych sta­ły po­uty­ka­ne pa­miąt­ki z ca­łe­go świa­ta – dro­gie pre­zen­ty otrzy­ma­ne od wdzięcz­nych klien­tów.

Woł­kin roz­ło­żył ra­mio­na.

– Sia­daj, przy­ja­cie­lu. Sia­daj i oprzyj wy­god­nie nogi. Nie­czę­sto od­wie­dza mnie ge­ne­rał Kar­pow, szef FSB-dwa.

Sam usa­do­wił się na zwy­kłym miej­scu, ta­pi­ce­ro­wa­nym fo­te­lu z usza­ka­mi, któ­ry od pięt­na­stu lat aż pro­sił się o zmia­nę obi­cia. Jego krwi­sto­czer­wo­ny ko­lor daw­no wy­pło­wiał i te­raz fo­tel przy­po­mi­nał po­zba­wio­ną bar­wy bry­łę. Bo­ris usiadł na­prze­ciw­ko nie­go na po­kry­tej per­ka­lem so­fie, po­obi­ja­nej i za­ple­śnia­łej, jak­by wy­cią­gnię­to ją z za­to­pio­ne­go wra­ku. Za­szo­ko­wa­ło go, jak bar­dzo Iwan się po­sta­rzał, jak przy­gar­bił, po­chy­lo­ny ni­czym drze­wo nę­ka­ne przez dzie­się­cio­le­cia bu­rza­mi, desz­cza­mi ze śnie­giem, su­szą. Ile lat mi­nę­ło od na­sze­go ostat­nie­go spo­tka­nia? – py­tał sam sie­bie. Z przy­kro­ścią prze­ko­nał się, że nie po­tra­fi so­bie tego przy­po­mnieć.

– Za ge­ne­ra­ła! I ha­nieb­ną śmierć jego wro­gów! – za­wo­łał Iwan.

– Iwa­nie, pro­szę!

– Wznie­śmy to­ast, Bo­ri­sie, to­ast! Pij­my, kie­dy czas po temu! Ilu męż­czyzn osią­gnę­ło w ży­ciu to, co ty? Je­steś u szczy­tu ka­rie­ry. – Po­ru­szył chu­dy­mi ra­mio­na­mi. – Co, nie je­steś dum­ny z tego, do cze­go do­sze­dłeś?

– Oczy­wi­ście, że je­stem – od­po­wie­dział Bo­ris. – Tyl­ko że… – Za­wie­sił głos w pół zda­nia.

– Tyl­ko co? – Iwan usiadł pro­sto. – Co ci cho­dzi po gło­wie, sta­ry przy­ja­cie­lu? No da­lej, zbyt wie­le nas łą­czy, że­byś mu­siał coś przede mną ukry­wać.

Bo­ris zro­bił głę­bo­ki wdech i wy­pił ko­lej­ny łyk pa­lą­cej wód­ki.

– Po tych wszyst­kich la­tach wpa­dłem w groź­ną pu­łap­kę, Iwa­nie, i nie wiem, czy uda mi się z niej wy­do­stać.

Woł­kin chrząk­nął.

– Z pu­łap­ki za­wsze jest ja­kieś wyj­ście, przy­ja­cie­lu. Mów da­lej, pro­szę.

Kie­dy Bo­ris opo­wie­dział mu o ukła­dzie ze swo­im po­przed­nim sze­fem i o tym, cze­go Czer­kie­sow od nie­go chciał, oczy Woł­ki­na znie­ru­cho­mia­ły, wzrok stał się dzi­ki, do gło­su do­cho­dzi­ła jego wro­dzo­na prze­bie­głość, ni­czym po­twór z głę­bin mor­skich wy­pły­wa­ją­cy na po­wierzch­nię.

W koń­cu oparł się po­now­nie o fo­tel i za­ło­żył nogę na nogę.

– Moim zda­niem, Bo­ri­sie Il­ji­czu, pu­łap­ka ist­nie­je tyl­ko w two­jej gło­wie. Pro­ble­mem są two­je re­la­cje z tym czło­wie­kiem, Bo­ur­ne’em. Spo­tka­łem go kil­ka­krot­nie. Praw­dę mó­wiąc, na­wet mu po­mo­głem. Ale to Ame­ry­ka­nin. Co gor­sza, jest szpie­giem. Na ile w osta­tecz­no­ści moż­na mu za­ufać?

– Ura­to­wał mi ży­cie.

– O, wi­dzę, że do­cho­dzi­my te­raz do sed­na pro­ble­mu. – Woł­kin po­ki­wał gło­wą ni­czym mę­drzec. – A po­le­ga on na tym, że w głę­bi ser­ca je­steś sen­ty­men­tal­ny. My­ślisz o tym czło­wie­ku, Ja­so­nie, jak o przy­ja­cie­lu. Może nim jest, może nie, ale je­steś go­tów zre­zy­gno­wać z wszyst­kie­go, na co ha­ro­wa­łeś przez ostat­nie trzy­dzie­ści lat, żeby ra­to­wać jego skó­rę. – Woł­kin po­pu­kał się pal­cem w bok nosa. – Po­myśl, że to w ogó­le nie jest pu­łap­ka, ale spraw­dzian two­jej woli, two­jej de­ter­mi­na­cji, two­je­go od­da­nia. Wszyst­kie wiel­kie spra­wy wy­ma­ga­ją ofiar. W grun­cie rze­czy to wła­śnie od­róż­nia je od ba­nal­nej resz­ty, to czy­ni je wiel­ki­mi, sta­wia poza za­się­giem zwy­kłych lu­dzi, spra­wia, że do­ko­nać ich może je­dy­nie bar­dzo nie­wie­lu, jed­nost­ki go­to­we po­nieść ta­kie ofia­ry i umie­ją­ce tego do­ko­nać. – Po­chy­lił się do przo­du. – Ty je­steś kimś ta­kim, Bo­ri­sie Il­ji­czu.

Oto­czy­ła ich ci­sza. Ze­gar z brą­zu ty­kał, od­mie­rza­jąc mi­nu­ty ni­czym bi­ją­ce ser­ce wy­rwa­ne z cia­ła ofia­ry. Wzrok Bo­ri­sa spo­czął na sta­rej car­skiej sza­bli, któ­rą po­da­ro­wał Woł­ki­no­wi wie­le lat wcze­śniej. Była w do­sko­na­łym sta­nie, do­brze na­sma­ro­wa­na, z czu­ło­ścią wy­po­le­ro­wa­na, jej stal błysz­cza­ła w świe­tle lam­py.

– Po­wiedz, Iwa­nie Iwa­no­wi­czu – ode­zwał się w koń­cu – co by było, gdy­by Czer­kie­sow ka­zał mi za­bić cie­bie?

Oczy Woł­ki­na sta­ły się nie­mal żół­te jak oczy kota, ta­jem­ni­cze, nie­prze­nik­nio­ne.

– Spraw­dzian to spraw­dzian, przy­ja­cie­lu. Ofia­ra to ofia­ra. Za­kła­dam, że do­brze o tym wiesz.

• • •

La Défen­se wy­ro­sła ni­czym post­mo­der­ni­stycz­ny obcy twór na da­le­kich za­chod­nich krań­cach Pa­ry­ża. Mimo wszyst­ko jed­nak usy­tu­owa­nie dziel­ni­cy zdo­mi­no­wa­nej przez in­te­re­sy świe­żej daty w La Défen­se oka­za­ło się znacz­nie lep­szym roz­wią­za­niem niż zgo­da na spa­sku­dze­nie cu­dow­nej ar­chi­tek­tu­ry cen­trum Pa­ry­ża przez no­wo­cze­sne bu­dyn­ki. Po­ły­sku­ją­ca, zbu­do­wa­na z zie­lo­ne­go szkła sie­dzi­ba ban­ku Île de Fran­ce sta­ła w po­ło­wie Pla­ce de l’Iris, któ­ry roz­pie­rał się w sa­mym ser­cu La Défen­se. Pięt­na­stu męż­czyzn sie­dzia­ło po obu stro­nach sto­łu z po­le­ro­wa­ne­go mar­mu­ru na naj­wyż­szym pię­trze wie­żow­ca. Wszy­scy, na­wet mu­zuł­ma­nie, ubra­ni byli w szy­te na mia­rę gar­ni­tu­ry, bia­łe ko­szu­le i kon­ser­wa­tyw­ne kra­wa­ty. Tego wy­ma­ga­ła Do­mna, po­dob­nie jak zło­te­go sy­gne­tu na pal­cu wska­zu­ją­cym pra­wej ręki. Do­mna była praw­do­po­dob­nie je­dy­ną ist­nie­ją­cą gru­pą, w któ­rej przed­sta­wi­cie­le dwóch naj­waż­niej­szych odła­mów is­la­mu, sun­ni­tów i szy­itów, ko­eg­zy­sto­wa­li po­ko­jo­wo, a na­wet po­ma­ga­li so­bie wza­jem­nie, gdy za­cho­dzi­ła taka po­trze­ba.

Szes­na­sty męż­czy­zna zaj­mo­wał miej­sce u szczy­tu sto­łu. Miał usta świad­czą­ce o okru­cień­stwie, orli nos, świ­dru­ją­ce nie­bie­skie oczy i skó­rę ko­lo­ru mio­du. Przy jego le­wym łok­ciu, ale tro­chę z tyłu, sie­dzia­ła je­dy­na ko­bie­ta z pa­pie­ro­wy­mi tecz­ka­mi na ko­la­nach. Była młod­sza od męż­czyzn, przy­najm­niej ta­kie spra­wia­ła wra­że­nie dzię­ki dłu­gim ru­dym wło­som, por­ce­la­no­wej ce­rze i sze­ro­ko roz­sta­wio­nym oczom, prze­zro­czy­stym ni­czym mor­ska woda. Od cza­su do cza­su, kie­dy męż­czy­zna zaj­mu­ją­cy miej­sce u szczy­tu sto­łu wy­cią­gał w bok lewą rękę, po­da­wa­ła mu kart­kę pa­pie­ru, szyb­kim ru­chem pie­lę­gniar­ki pod­su­wa­ją­cej chi­rur­go­wi skal­pel. Na­zy­wał ją Ska­rą, ona mó­wi­ła do nie­go per pan.

Kie­dy męż­czy­zna u szczy­tu sto­łu czy­tał wy­druk, wszy­scy ze­bra­ni w po­ko­ju słu­cha­li, może poza Ska­rą zna­ją­cą na pa­mięć za­war­tość sta­le uzu­peł­nia­nych te­czek, któ­re uwa­ża­ła za zbyt po­uf­ne, by wpro­wa­dzać je do kom­pu­te­ra.

Sie­dem­na­ście osób za­peł­nia­ło salę zbu­do­wa­ną z be­to­nu i szkła i na­fa­sze­ro­wa­ną elek­tro­ni­ką unie­moż­li­wia­ją­cą na­wet naj­bar­dziej za­awan­so­wa­ny tech­no­lo­gicz­nie pod­słuch.

Człon­ko­wie kie­row­nic­twa Se­ve­rus Do­mna przy­by­li z czte­rech stron świa­ta – z Szan­gha­ju, To­kio, Ber­li­na, Pe­ki­nu, Sany, Lon­dy­nu, Wa­szyng­to­nu, No­we­go Jor­ku, Ri­ja­du, Bo­go­ty, Mo­skwy, New Del­hi, La­gos, Pa­ry­ża i Te­he­ra­nu.

Ben­ja­min El-Arian, sie­dzą­cy u szczy­tu sto­łu, prze­ma­wiał do męż­czyzn zaj­mu­ją­cych miej­sca po jego obu stro­nach.

– Praw­dę po­wie­dziaw­szy, Ame­ry­ka za­wsze była nam cier­niem w boku. Aż do te­raz. – Zwi­nął dłoń w pięść. – Nasz cel jest w za­się­gu ręki. Zna­leź­li­śmy inny spo­sób.

Przez na­stęp­ne dzie­sięć mi­nut El-Arian ob­ja­śniał każ­dy szcze­gół no­we­go pla­nu.

– Z za­ło­że­nia bę­dzie to dla mnie i dla na­szych człon­ków z Ame­ry­ki ogrom­ne ob­cią­że­nie, ale po­kła­dam głę­bo­ką wia­rę, że dzię­ki temu no­we­mu pla­no­wi zy­ska­my znacz­nie wię­cej, niż wte­dy, gdy Ja­son Bo­ur­ne wszedł nam w dro­gę.

– Pod­su­mo­wał ca­łość w kil­ku sło­wach, a po­tem po­pro­sił o prze­rwę.

Gdy wszy­scy wy­szli, El-Arian użył in­ter­ko­mu, żeby we­zwać Mar­lo­na Eta­nę, naj­sil­niej­sze­go, a przez to naj­bar­dziej wpły­wo­we­go agen­ta dzia­ła­ją­ce­go w te­re­nie.

– Mam na­dzie­ję, że za­sta­na­wiasz się nad zle­ce­niem ko­muś li­kwi­da­cji Bo­ur­ne’a – po­wie­dział Eta­na, pod­cho­dząc do sze­fa. – Wy­mor­do­wał na­szych lu­dzi w Ti­ne­ghi­rze. W tym Idi­ra Sy­pha­xa, któ­re­go wszy­scy ko­cha­li­śmy.

El-Arian wy­szcze­rzył zęby w uśmie­chu.

– Za­po­mnij o Ja­so­nie. Two­im ce­lem jest Ja­lal Es­sai. Swo­ją zdra­dą na­sze­go świę­te­go za­ufa­nia stał się źró­dłem po­waż­nych kło­po­tów. Chcę, że­byś go zna­lazł i zli­kwi­do­wał.

– Ale przez to, że Bo­ur­ne się wtrą­cił, stra­ci­li­śmy na­szą szan­sę na zło­to Sa­lo­mo­na.

El-Arian zmarsz­czył czo­ło.

– Po co mó­wisz o czymś, co i tak wiem?

Eta­na za­ci­snął pię­ści.

– Chcę go za­bić.

– I zo­sta­wić Es­sa­ia przy ży­ciu, żeby na­ro­bił wię­cej szkód? – Po­ło­żył rękę na ra­mie­niu agen­ta. – Za­ufaj tym de­cy­zjom, Mar­lo­nie. Zaj­mij się swo­im za­da­niem. Pa­mię­taj o po­słu­szeń­stwie. Do­mna li­czy na cie­bie.

Eta­na ski­nął gło­wą, od­wró­cił się i nie oglą­da­jąc się za sie­bie, wy­szedł z po­ko­ju.

Salę wy­peł­nia­ła zu­peł­na ci­sza, do­pó­ki Ska­ra się nie pod­nio­sła.

– Pięć mi­nut – po­wie­dzia­ła bez pa­trze­nia na ze­ga­rek. El-Arian kiw­nął gło­wą i pod­szedł do okna wy­cho­dzą­ce­go na pół­noc. Za­pa­trzył się na sze­ro­ką uli­cę, na ma­leń­kich lu­dzi. Był na­ukow­cem, pro­fe­so­rem ar­che­olo­gii, znaw­cą sta­ro­żyt­nych cy­wi­li­za­cji, sztyw­nym czło­wie­kiem, no­szą­cym się nie­mal po kró­lew­sku.

– To się uda – rzu­cił niby do sie­bie.

– Na pew­no się uda – przy­tak­nę­ła Ska­ra, zbli­ża­jąc się do nie­go.

– Jaki ko­lor?

– Czar­ny. Ci­tro­ën. – Od­dech Ska­ry omia­tał mu ra­mię. Jej za­pach był in­try­gu­ją­cy, pach­nia­ła cy­na­mo­nem i czymś lek­ko gorz­ka­wym, może pa­lo­ny­mi mig­da­ła­mi. – Za trzy mi­nu­ty od tej chwi­li nikt nie bę­dzie o tym pa­mię­tał.

El-Arian po­now­nie ski­nął gło­wą, nie­mal nie­obec­ny my­śla­mi. Do­brze mu zna­ny dreszcz, o jaki go przy­pra­wia­ła, nadal tro­chę zbi­jał go z tro­pu. Po­my­ślał chwi­lo­wo o bez­pie­czeń­stwie żony i dzie­ci, do­brze chro­nio­nych, ale znaj­du­ją­cych się tak da­le­ko.

– Kim będę ju­tro?

Od­wró­cił się i zo­ba­czył jej wy­cią­gnię­tą dłoń. Się­gnął do kie­sze­ni na pier­siach i wy­jął gru­bą pa­czusz­kę.

Kie­dy Ska­ra ją otwo­rzy­ła, zna­la­zła w środ­ku pasz­port, swo­ją nową le­gen­dę, bi­let pierw­szej kla­sy na sa­mo­lot z otwar­tą datą po­wro­tu, kar­ty kre­dy­to­we i trzy ty­sią­ce do­la­rów ame­ry­kań­skich.

– Mar­ga­ret Pen­rod – prze­czy­ta­ła w pasz­por­cie.

– Mag­gie – wszedł jej w sło­wo El-Arian. – Sama sie­bie na­zy­wasz Mag­gie. – Od­rzu­cił lek­ko gło­wę do tyłu i wró­cił do pa­trze­nia na uli­cę w dole. – Wszyst­ko jest w le­gen­dzie.

Ska­ra po­ki­wa­ła gło­wą, jak­by to ją sa­tys­fak­cjo­no­wa­ło.

– Dziś wie­czo­rem na­uczę się tego na pa­mięć w sa­mo­lo­cie.

– Jest Lau­rent – po­wie­dział El-Arian, wska­zu­jąc na po­stać w ciem­nym gar­ni­tu­rze wy­cho­dzą­cą z bu­dyn­ku. Nie uda­ło mu się stłu­mić swe­go ro­dza­ju pod­nie­ce­nia w gło­sie.

Ska­ra wy­ję­ła te­le­fon ko­mór­ko­wy na kar­tę i wstu­ka­ła nu­mer Lau­ren­ta. W jed­nej chwi­li za­pro­gra­mo­wa­ny wcze­śniej kod zo­stał nada­ny. El-Arian za­czął już od­li­czać w my­ślach. Lau­rent lek­ko się wzdry­gnął, wy­cią­gnął ko­mór­kę i spoj­rzał na wy­świe­tlacz.

– Co robi? – za­py­tał El-Arian.

– Nic – uspo­ko­iła go Ska­ra. – Mu­siał po­czuć wi­bra­cję, to wszyst­ko.

El-Arian zmarsz­czył czo­ło.

– Nie po­wi­nien ni­cze­go po­czuć.

Ru­do­wło­sa wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Czy on może coś z tym zro­bić?

– Nic a nic.

Z wy­so­ko­ści pięt­na­ste­go pię­tra spo­strzegł coś ką­tem oka, dla­te­go prze­niósł wzrok na nad­jeż­dża­ją­ce­go czar­ne­go ci­tro­ena.

El-Arian wy­cią­gnął szy­ję.

– Czy Lau­rent do ko­goś dzwo­ni?

Zgrab­ne ra­mio­na Ska­ry unio­sły się i opa­dły.

– Nie ma się czym przej­mo­wać.

W na­stęp­nej chwi­li El-Arian zro­zu­miał po­wód jej pew­no­ści. Ci­tro­ën ude­rzył Lau­ren­ta tak moc­no, że męż­czy­zna wy­le­ciał na co naj­mniej trzy me­try w górę. Spadł na zie­mię, le­żał przez kil­ka se­kund, a po­tem – za­dzi­wia­ją­ce – za­czął się ru­szać, pró­bu­jąc prze­czoł­gać się z po­wro­tem do kra­węż­ni­ka. Sa­mo­chód gwał­tow­nie za­krę­cił i pra­wą opo­ną zmiaż­dżył mu gło­wę, a póź­niej od razu od­je­chał na peł­nym ga­zie, tak że za­nim ga­pie wy­bie­gli na uli­cę, nie było po nim śla­du.

Rozdział 3

Co­rel­los sta­wał się co­raz bar­dziej ner­wo­wy. Bo­ur­ne czuł, jak cia­ło Ko­lum­bij­czy­ka na­pi­na się w ocze­ki­wa­niu na mo­ment jego nie­uwa­gi.

– To jest ta chwi­la – po­wie­dział Bo­ur­ne – in­nej nie bę­dzie.

Ja­lal Es­sai ski­nął gło­wą, ale Ja­son wi­dział wy­raź­nie ogień nie­na­wi­ści w jego oczach. Wie­le lat wcze­śniej Bo­ur­ne zo­stał wy­sła­ny do domu Es­sa­ia, żeby za­brać stam­tąd lap­top. Dla czło­wie­ka ta­kie­go jak Es­sai nie było więk­szej ob­ra­zy od wtar­gnię­cia do domu, gdzie jego ro­dzi­na ja­dła i spa­ła. Na tym po­le­gał za­sad­ni­czy dy­le­mat: Es­sai nie mógł wy­ba­czyć Bo­ur­ne’owi, ale z dru­giej stro­ny mu­siał odło­żyć na bok za­ja­dłą wro­gość, żeby osią­gnąć swój cel. Ja­son za żad­ne skar­by nie chciał­by się zna­leźć w jego sy­tu­acji.

Lu­dzie Co­rel­lo­sa ota­cza­ją­cy Bo­ur­ne’a odło­ży­li broń.

– Hom­bre, czy wiesz, co ro­bisz? – W gło­sie Co­rel­lo­sa sły­chać było ogrom­ne zde­ner­wo­wa­nie.

– Ro­bię to, co trze­ba – od­po­wie­dział Es­sai.

– Nie mo­żesz ufać temu by­dla­ko­wi. Zo­stał na­sła­ny, żeby mnie za­bić.

– Sy­tu­acja się zmie­ni­ła. Te­raz pan Bo­ur­ne już wie, że za­bi­ja­jąc cię, osią­gnął­by sku­tek prze­ciw­ny do za­mie­rzo­ne­go. – Prze­krzy­wił py­ta­ją­co gło­wę. – Mam ra­cję, Bo­ur­ne?

Ja­son uwol­nił szy­ję Ro­ber­ta Co­rel­lo­sa, któ­ry od­su­nął się od nie­go na chwiej­nych no­gach i stał pod prę­gie­rzem su­ro­we­go spoj­rze­nia Es­sa­ia, trzę­sąc się od tłu­mio­nych emo­cji. Z nosa są­czy­ła mu się krew. Sztyw­nym kro­kiem pod­szedł do jed­ne­go ze swo­ich lu­dzi i wy­tarł krew rę­ka­wem ko­szu­li. Błąd męż­czy­zny po­le­gał na tym, że wga­piał się w nos sze­fa. Co­rel­los wy­rwał mu z rąk AK-50 i bi­jąc go kol­bą, zmu­sił do opad­nię­cia na ko­la­na.

Bo­ur­ne był w tym cza­sie za­ję­ty roz­gry­za­niem re­la­cji, jaka łą­czy­ła Es­sa­ia i Co­rel­lo­sa. Przed tym spo­tka­niem nie uwie­rzył­by, że Co­rel­los jest w sta­nie przyj­mo­wać roz­ka­zy od ko­goś in­ne­go. Nad swo­ją do­me­ną spra­wo­wał wła­dzę ab­so­lut­ną. Nikt nie śmiał mu się sprze­ci­wić, na­wet nowo po­wsta­łe gru­py ro­syj­skiej, al­bań­skiej i chiń­skiej ma­fii. Jego wy­raź­ne pod­po­rząd­ko­wa­nie się Ja­la­lo­wi Es­sa­io­wi bu­dzi­ło za­cie­ka­wie­nie i sta­no­wi­ło za­gad­kę. Wszedł na nowy i więk­szy te­ren, po­my­ślał Bo­ur­ne. Es­sai sku­sił go sfe­rą wpły­wów Do­mny. A po­tem po­my­ślał jesz­cze: Jaką na­gro­dę obie­cał mu Es­sai? Naj­waż­niej­sze py­ta­nie brzmia­ło jed­nak: Do cze­go Es­sai zmie­rza?

To, że Bo­ur­ne po­zwo­lił się zła­pać, było opła­cal­ne. Już wcze­śniej do­my­ślał się, że na­past­ni­cy zo­sta­li wy­sła­ni przez Co­rel­lo­sa, ale szo­ku­ją­ce po­ja­wie­nie się Es­sa­ia wpro­wa­dzi­ło go do in­ne­go świa­ta, któ­ry bu­dził jego więk­sze za­in­te­re­so­wa­nie.

Es­sai wy­cią­gnął przed sie­bie rękę w jaw­nym ge­ście zgo­dy.

– Pod drze­wem sto­ją skła­da­ne krze­seł­ka. Usiądź­my, po­dziel­my się chle­bem, na­pij­my się her­ba­ty i po­ga­daj­my.

– Pod­nie­ście tę pie­przo­ną broń, ma­ri­cón – wark­nął Co­rel­los, spo­glą­da­jąc to na jed­ne­go, to na dru­gie­go męż­czy­znę.

A po­tem od­rzu­cił do tyłu gło­wę. – Przy­nieś te­qu­ilę, mnó­stwo te­qu­ili! – krzyk­nął do jed­ne­go ze swo­ich lu­dzi. Był to po­li­czek wy­mie­rzo­ny Es­sa­io­wi, któ­re­mu jako mu­zuł­ma­ni­no­wi nie wol­no było pić al­ko­ho­lu.

Kie­dy usie­dli, Es­sai uśmiech­nął się pod no­sem, w oczach miał stłu­mio­ny blask, jak­by już ob­my­ślił od­po­wied­nią karę dla Ko­lum­bij­czy­ka za tak wy­raź­ne oka­za­nie mu bra­ku sza­cun­ku. Nie te­raz, nie ju­tro ani po­ju­trze. Cier­pli­wość sta­no­wi­ła je­den z nie­ofi­cjal­nych sied­miu fi­la­rów is­la­mu, pod­czas gdy Co­rel­los był w go­rą­cej wo­dzie ką­pa­ny, o czym świad­czył jego na­gły wy­buch agre­sji. Praw­dę mó­wiąc, Bo­ur­ne zda­wał so­bie spra­wę, że za­cho­wa­nie ba­ro­na nar­ko­ty­ko­we­go było pró­bą od­zy­ska­nia twa­rzy – bo stra­cił ją w oczach wła­snych lu­dzi. Ale to nie zmniej­sza­ło ob­ra­zy, jaką od­czu­wał Es­sai. Ja­son zo­rien­to­wał się już, że tych dwóch mo­gło być part­ne­ra­mi, lecz nie lu­bi­li się jak ja­sna cho­le­ra, co mo­gło oka­zać się przy­dat­ne w przy­szło­ści.

Mu­zuł­ma­nin pa­trzył na Bo­ur­ne’a i zu­peł­nie igno­ro­wał Co­rel­lo­sa, któ­ry od­chy­lił się do tyłu i chlu­snął za­war­to­ścią peł­nej bu­tel­ki te­qu­ili na nos. Pry­cha­jąc krwią i wódą, po­cią­gnął dłu­gi łyk z bu­tel­ki, a po­tem na­stęp­ny, rów­nie za­chłan­ny. Oczy pło­nę­ły mu gnie­wem. Es­sai tak usta­wił skła­da­ne krze­seł­ka, że za­jął miej­sce na­prze­ciw­ko Bo­ur­ne’a. Dzię­ki temu było ja­sne, że ba­ron nar­ko­ty­ko­wy jest ra­czej ob­ser­wa­to­rem tej roz­mo­wy, a nie jej uczest­ni­kiem.