Świadek - Robert Rient - ebook
Opis

"Świadek" to opowieść non-fiction o ucieczce ze szczególnego więzienia - więzienia dla mózgu. Autor, urodzony w rodzinie Świadków Jehowy, opowiada o podwójnym wykluczeniu: najpierw o społecznym wykluczeniu chłopca z "kociej wiary" w Polsce lat 90. Potem - o wykluczeniu z własnej grupy wyznaniowej i rodziny. Umiłowanie literatury, eksperymenty z ciałem, przyjaźń, seks - sprawiają, że w oczach innych Świadków, a przede wszystkim we własnych, staje się trędowatym. Takiemu nie podaje się ręki. "Świadek" przybliża hermetyczną wspólnotę Świadków Jehowy. Jest jednocześnie przewodnikiem po ich prawdach, które główny bohater Łukasz powoli odrzuca.

Ta książka jest świadectwem, jakiego w Polsce jeszcze nie było..

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 213

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ewelinie i Łukaszowi

I jeśli tam, gdzie byłeś, nim zacząłeś iść,

pali się w oknach światło, stąd go już nie widać.

Natalia de Barbaro, Ciemnia

Za chwilę wybuchnie pożar, dzięki któremu dostanę pierwsze wspomnienie. Będzie to wspomnienie lęku. Potem lęk będzie wracał. Za chwilę wybuchnie pożar, jeszcze o tym nie wiem. I mama nie wie, ta, która wyszła przed dom i ucieszyła się, że u sąsiadów też ciemno. O szóstej zabrakło prądu, pewnie przez listopadowy wiatr. Nie wie o tym tata, który przyniósł kapustę. Zapalili świeczki. Kapustę poszatkowali, wrzucili do metalowej wanny. Ja i brat, który również nic nie wie o pożarze, wchodzimy do wanny na poszatkowaną kapustę, będziemy ją ugniatać, będziemy się śmiać. Raz w roku można chodzić po kapuście boso.

Na kolację jest ryż z rozmrożonymi truskawkami i śmietaną. Mama niesie w ręku dwa talerze. Niesie dwa talerze i świeczkę, woła do swoich rodziców, woła do nich tak: Jedzenie, babcia, dziadek, jedzenie! Babcia niedawno wróciła ze sklepu. Nakleja w zeszycie kartki utargu. Wszystko wtedy było na kartki i rozliczenie robiło się codziennie. Mama zostawia talerze i wraca. Przez drzwi z karbowaną szybą, które prowadzą na piętro, widzi światło. I myśli, że może już włączyli. Otwiera drzwi. Właśnie teraz wybucha pożar.

Potem wiele razy każde z nas usłyszy: Jakie to szczęście, że wieczorem, nie w nocy. Bo czasami nie udaje się przespać pożaru.

Mama i babcia biegną do najbliższego sąsiada, trochę ponad dwieście metrów. Trzeba zadzwonić po straż pożarną.

– Po co obie biegniecie!

Mama się odwraca i widzi, że płomienie przeszły przez kryty papą dach. Na strychu było siano, dla krowy, miało starczyć na całą zimę. Dziadek twierdzi, że tego siana było pięć ton. Papier i maszyny z nielegalnej drukarni zostały usunięte ze strychu kilka miesięcy wcześniej. Teraz pod drewnianym stropem leżało siano, niedawno kupione aluminiowe grzejniki i sztyca prądowa. Tam musiała skoczyć pierwsza iskra, tak ustaliło PZU. Przewód wewnątrz sztycy był przegrzany.

W „Nowinach Jeleniogórskich” następnego dnia pisali, że było duże napięcie, że w niektórych domach wysiadły telewizory, popękały żarówki. Ale ludzie i tak wiedzieli swoje, że specjalnie podpaliliśmy, aby dostać odszkodowanie. I że w powietrzu latały zielone dolary, z Brooklynu. Pewnie tych dolarów szukali strażacy, zamiast gasić ogień.

Uciekam i prawie mi się to udaje. Nikt nie wie, dokąd biegnę, wiadomo tylko, że uciekam od ognia. Dogania mnie brat, a potem mama. Bierze mnie na ręce i we trójkę wracamy przed dom, który płonie. Od teraz będę pamiętał tylko te kilka minut, ale będę pamiętał.

Sadzają mnie na fotelu wyniesionym z domu, który płonie. Przykrywają kołdrami. Jest 4 listopada 1984 roku, właśnie zaczęła się noc. Tych kołder musi być ze dwadzieścia, tak chciałbym to pamiętać, ale wiem, że przesadzam. I nie mogę się ruszyć. Patrzę na dom, który płonie.

Mama trzyma w rękach szlauch podłączony do kranu. Staje za drzwiami z karbowaną szybą i leje wodę na schody prowadzące na piętro. Drewniana boazeria pomalowana jest tanią farbą, odpryski spadają na ręce i twarz. Gdzieś muszą być odsłonięte przewody elektryczne, bo co chwilę czuję na rękach prąd.

W tym czasie tata zdążył się kilka razy przewrócić. Do teraz na piszczelach ma ślady po tamtych wypadkach – od półek, regałów, szafek; biegnie po śliskim linoleum do okna i z powrotem. Wszystko, co złapie, wyrzuca na dwór.

– Będę musiała to zaraz sprzątać! – krzyczy mama i wrzuca przez okno to, co tata wyrzucił.

– Dom się pali! – tak jej odpowiada.

Jeszcze przez chwilę wrzuca ciuchy i kołdry do domu, który płonie. Potem przestaje.

Widzę to wyraźnie. Siedzę na fotelu. Mam cztery lata i widok na wszystko.

Bardzo lubię tę opowieść. Podczas rodzinnych spotkań będzie się ją często powtarzać. I jeszcze – jak uciekałem i dobiegłem prawie do sąsiadów, jak brat mnie dogonił. Ale przede wszystkim – jak mama wrzucała do palącego się domu kołdry i ciuchy, dobre kołdry i ciuchy, niespalone.

Przybywa coraz więcej ludzi. Niektórzy ustawiają się w szeregu i podają z ręki do ręki różne rzeczy, rzeczy domu. Inni stają obok mnie i patrzą. Dziadek pamięta, jak uratował opony i skórzaną torbę, podał je komuś. Ani opon, ani torby nigdy nie znaleźli. Ciemno było, strażacy ostrzegali.

W tym momencie rodzice nie myślą o dokumentach, tylko krzyczą, że dom się pali. Długo będą rozmawiać o tym, że najpierw trzeba było zabrać dokumenty. Kilka miesięcy później dostanę używaną czarną aktówkę zamykaną na zatrzaski z szyfrem. Będzie leżała pod łóżkiem albo obok biurka, żeby ręka miała blisko, gdyby trzeba było uciekać. Musi się do niej zmieścić to, bez czego nie da się dalej żyć. W podstawówce będą tam listy, karty magnetyczne, prawie czterysta sztuk. I najważniejszy zeszyt, ten z szarą okładką i wierszami. W liceum naderwę z jednej strony wewnętrzną kieszeń, będę tam trzymał gazety pornograficzne. Tylko ja i Bóg o tym wiedzieliśmy, do teraz. Potem pojawi się w niej jeszcze więcej listów, dzienniki i testament.

W końcu przyjeżdża straż pożarna, bez wody. A że najbliższe hydranty są zasmołowane, jadą beczkowozem do Piechowic, ponad sześć kilometrów. Wracają dogasić to, co się spaliło, dach, pierwsze piętro. Nic prawie nie zostało. Ściany z kamienia, czarne framugi, potłuczone szkło.

Strop nad parterem się nie zapadł, strażacy chodzą tam z latarkami.

– Co robicie?

– Kończymy akcję.

W kuchni była cukiernica, a w niej złote obrączki, ślubne. Rano rodzice znaleźli na podłodze cukiernicę, pustą. A gdy pociągiem przyjechał dziadek Janek, tato taty, to pod pachą przyniósł ciuchy, bo rozpoznał gdzieś spódnicę i bluzkę, bawełnianą z kołnierzykiem, w której widział kiedyś mamę. Kilka dni później znaleźli karafkę w kształcie ryby i komplet kieliszków, ich komplet ktoś sprzedawał w mieście na ulicy.

Inni pomagają. Brat Zenek przyjeżdża „maluchem”. Zawozi mamę ze mną i bratem do Neli, siostry taty. Mama szybko przechodzi przez próg, musi do toalety. W łazience patrzy w lustro, nie widzi twarzy, tylko czarne plamy. Zaczyna płakać i nie może przestać. Zostajemy u cioci, a ona wraca z bratem Zenkiem pilnować domu. Strażacy ostrzegali. W piwnicy leżą ziemniaki na całą zimę i kapusta, zalane wszystko, ale jeszcze do uratowania, szkoda, żeby ktoś zabrał.

Śpią w „maluchu” we czworo. Zenek, dziadek, mama i tata, który pamięta odgłos farelki. Mieli ją w samochodzie, kabel pociągnęli z domu. I włączali, jak się robiło za zimno. Z tej nocy tato zapamięta tylko odgłos farelki.

Dostaliśmy dwa pokoje w Konwalii, ośrodku wypoczynkowym Funduszu Wczasów Pracowniczych. Wspólna kuchnia i łazienka, i te dwa pokoje. W jednym babcia i dziadek. W drugim tata, mama, brat i ja. Dziadek nie chciał już mieszkać w Szklarskiej Porębie, znalazł jakąś ruderę w Posadzie i trzy hektary ziemi. Wyprowadzili się z babcią sto kilometrów na zachód.

Pomagali nam bracia i siostry. Modlili się za nas, dzielili jedzeniem i ciuchami. Siostra Hellerowa z Niemiec przysłała trzy niebieskie metalowe beczki pełne używanych ciuchów i słodyczy.

W końcu rodzice wynajęli dwa pokoje z kuchnią w ośrodku wychowawczym, na trzecim piętrze. Kilka lat temu poszedłem sprawdzić, bo zawsze myślałem, że to było dziesiąte piętro, a może siódme. Dobrze pamiętam, jak było wysoko. Mama wyszła po chleb, zostałem w domu sam, z pożarem. Ciało wpadło w dygot i łzy. Wychyliłem się z okna i krzyczałem.

– Będzie pożar!

– Nie będzie.

– A jak będzie?

– Uciekniesz po schodach.

– Nie zdążę, też się spalą.

Nocą obudziła nas syrena straży pożarnej. Ktoś podpalił stodołę sąsiada. Spaliło się zboże, siano, świnie i kury. Tej samej zimy w Szklarskiej Porębie Dolnej na ulicy Wiejskiej też wyła syrena. Pobiegli, mama z tatą. Teraz się biegło, gdy wyła syrena. Duży dom, pofunduszowski. Z trzeciego piętra dzieci w kołdrach spuszczali. Jakiś mężczyzna przypomniał sobie o pieniądzach, zatrzymali go, a on krzyczał, że musi wracać. Wszedł na okno, ciągnęli go z powrotem, ale udało mu się wyrwać. Nie przeżył.

Robert

Wciąż stoi fragment lewej ściany zbudowanej z pruskich kamieni, tam gdzie była kuchnia. Wejście do piwnicy zajęły pokrzywy i dzikie maliny. Jest też jedno okno, a w nim młode brzozy, wyrastają z dawnej podłogi pokoju gościnnego. Przez trzydzieści lat tylko czas rozkładał spalony dom. A obok, trochę ponad dwadzieścia metrów dalej, stoi nowy dom, żyją w nim jego rodzice.

Czarna aktówka pełna listów przetrwała dwadzieścia jeden przeprowadzek i ani jednego pożaru. Wyciągam ją z szafy, jeden zatrzask jest zepsuty, drugi zabezpieczony szyfrem. Wybieram dziewięćset dziewiętnaście, działa. Opowiadał mi kiedyś, że zapomniał kolejności cyfr i musiał dziewięćset osiemnaście razy spróbować, zanim się udało. Od tamtej pory szyfru nie zmieniał.

Otwieram. Pachnie stęchlizną, piwnicą, wyschniętym papierem. W środku listy podzielone według nadawców. I zeszyt z szarą okładką. Tak się poznaliśmy, w 1991 roku. Mieliśmy po jedenaście lat. Podał mi zeszyt, długopis. Napisałem dla niego wiersz, rymowany, a on się uśmiechnął. A potem kazał mi odejść.

Chyba już wtedy wiedzieliśmy, że jeszcze się spotkamy i że ja miałem żyć, a on miał umrzeć. Nie zabiłem go, ale gdyby nie umarł, nie byłoby mnie. Wszystko, co się z nim działo, było mi na rękę, każde cierpienie. Jego słabość i nienawiść do samego siebie były moim usprawiedliwieniem i moją prowokacją. Zresztą chciał umrzeć, mówił o tym wielokrotnie, mam dowody, jestem świadkiem w tej sprawie.

Łukasz

Zamieszkaliśmy w nowym domu z szarych pustaków, tata wylewał je jeden po drugim. Ruiny spalonego domu były placem zabaw, dopóki nie zawalił się dach, przez chwilę służyły jako kurnik.

Z okna mojego pokoju mam widok na pogorzelisko. W słoneczny dzień wystarczy trochę się wychylić i spojrzeć w lewo, by zobaczyć szczyt Szrenicy.

O tym, że jestem inny, dowiaduję się w zerówce.

Dzień przed 1 września z pomiętej rolki papieru toaletowego robię sobie pieluchę. Nic to nie daje. Kolejną noc moczę łóżko.

Nie lubię chodzić ponad trzy kilometry w jedną stronę i zostawać długo poza domem. Sam z obcymi ludźmi. Przyzwyczaiłem się do mamy. Do jej pracowni z podłogą pełną kolorowych nitek i odgłosem maszyny do szycia.

Dzisiaj z okazji Dnia Babci wszyscy robią laurki. Nie udało mi się dokończyć, bo poza Dziunią, mamą mamy, i Martą, mamą taty, są jeszcze babcie Kazia, Pela, Marysia, Helena, Adela, Józia i Wala. Wszyscy robią jedną laurkę albo dwie, a ja muszę zrobić dziewięć.

Do szkoły podstawowej mam bliżej niż do zerówki. Idzie się pół godziny. Pod górę albo z góry, bo tak się chodzi w Szklarskiej Porębie. Czasami godzinę i więcej, jeśli się wybrało okrężną drogę z przygodami. Las, przejście przez tory i pod torami. Strumyk z tatarakami, polana, dwie skarpy. Zimą zaspy, zakopywanie pod śniegiem, na samym środku polnej drogi, psich kup, a raz to nawet własnej, żeby ktoś w nią wlazł. Lepienie bałwanów, strzepywanie śniegu z drzew jednym kopnięciem i szybka ucieczka. Większość idzie ze szkoły na prawo, do Szklarskiej Górnej, a tak jak ja, do Średniej, niewielu.

Siedzę na plastyce i rysuję kwiatek. Próbuję schować się w kartce, zasłonić kwiatek, używać dwóch kolorów jak wszyscy pozostali, którzy rysują flagę. Nie wolno, tyle wiem. Kolega obok pyta, dlaczego rysuję coś innego, ten moment jest najgorszy. Koniec zadania. Wszystkie prace wiszą na tablicy i można je podziwiać. Jest tam około dwudziestu flag Polski i jeden kwiatek, ten moment jest najgorszy.

Po kilku miesiącach wszyscy w klasie już wiedzą o mojej inności, po kilku latach większość się przyzwyczaja.

Na apelu podczas hymnu czasami wstaję, chociaż powinienem siedzieć, ale tłum mnie unosi. Obserwują mnie, tak myślę. Czuję wzrok kolegów, nauczycieli i dyrektora, mimo że patrzę w podłogę. Nie śpiewam, nigdy. W starszych klasach niektórzy też nie śpiewają, ale to ci, co siedzą w ostatnich ławkach, ci, którzy rządzą, do których nigdy nie będę należał. Za dobrze się uczę, no i jestem przecież z kociej wiary.

Najgorsze są urodziny i imieniny. Co kilka tygodni ktoś je obchodzi. Miałem takie marzenie, żeby wszystkie urodziny i imieniny były w lipcu i sierpniu, wtedy miałbym spokój. Chodzi o cukierki. Ten, kto ma urodziny, nie jest pytany. Na lekcji, najlepiej na chemii albo matematyce, idzie od ławki do ławki i rozdaje cukierki. Wsadza się rękę do papierowej torby, brązowej. Wszyscy biorą po jednym. Ja nie biorę cukierka, nie składam życzeń. Potem, nie zawsze, ale zazwyczaj, klasa śpiewa sto lat. Nie śpiewam. Jeśli ktoś ma dużo cukierków, to częstuje na każdej lekcji, co wszystkich cieszy, chociaż wolałbym dyktando. Niektórzy przechodzą obok mnie z torbą pełną cukierków i nie zatrzymują się, nie namawiają: przecież to tylko cukierek. Inni patrzą z obrażoną miną albo pytają dlaczego, czy ich nie lubię, no ale dlaczego. Bo ja nie obchodzę, bo my prezenty dajemy sobie przez cały rok, no ale cukierka, nie, bo ja nie obchodzę. Najgorsze jest te kilka sekund, w których nie mam co ze sobą zrobić, z rękami, oczyma. Nie mam co zrobić z poczuciem winy wobec klasy, wobec tych wszystkich, przez których chcę być lubiany. Nie mam co zrobić ze wstydem. Jezus na pewno by się nie wstydził, patrzyłby przed siebie z dumą i niczym się nie przejmował, tak samo jak Szadrak, Meszak i Abed-Nego, którzy nie pokłonili się posągowi.

Dawno temu w Babilonie król Nabuchodonozor zbudował ogromny złoty posąg. I powiedział, że kto się przed nim nie pokłoni, „zostanie natychmiast wrzucony do rozpalonego pieca” (Dn 3:6)1. Szadrak, Meszak i Abed-Nego, żydowscy słudzy Jehowy, nie kłaniali się i jeszcze mówili do króla, że jak Bóg zechce, to ich wybawi. A nawet jeśli tego nie zrobi, oni i tak wolą umrzeć. Nabuchodonozor był wściekły, kazał rozpalić piec siedem razy mocniej i wrzucić tam Szadraka, Meszaka i Abed-Nego. Wtedy pojawił się między nimi anioł i ogień się ich nie imał.

Ta historia pochodzi z książki Mój zbiór opowieści biblijnych2 z 1981 roku, którą rodzice czytali mi, od kiedy pamiętam. Na rysunku widać trzech dumnych mężczyzn, a za nimi tłum kłaniający się posągowi. Dobrze znam ten rysunek. Dobrze znam Szadraka, Meszaka i Abed-Nego. Nie ma w nich wstydu ani poczucia winy. A ja mam tylko odmówić przyjęcia cukierka, nic więcej, żadnego rozpalonego pieca. Najgorsze jest to, że przez osiem lat szkoły podstawowej chcę wziąć cukierka.

Nauczycieli dzielę na obojętnych, wrogich i przyjaznych.

Obojętnych jest większość. Pani od chemii, plastyki, pan od fizyki, matematyki. Traktują mnie jak wszystkich w klasie.

Wrogich jest najmniej, pani od historii na przykład. Zgłaszam się do przygotowania referatu, warto, można dostać piątkę i poprawić ocenę na koniec roku. Opowiadam o życiu Aleksandra Wielkiego. Gdy wspominam o Jezusie Chrystusie i nazywam go największym ze wszystkich ludzi, pani mi przerywa, każe usiąść, przestać nauczać, nie będzie żadnej piątki. To jest upokorzenie. Korzystałem ze szkolnego podręcznika i książki świadków Jehowy Największy ze wszystkich ludzi z 1991 roku. Na naszym zebraniu wyraźnie mówili, by w każdej możliwej sytuacji dawać świadectwo prawdzie. Boję się, nie chcę, ale co zrobić z taką myślą, gdy już się ją pomyślało, gdy Jehowa ją zobaczył. Musiałem napisać w referacie o Jezusie, by dać świadectwo prawdzie. Opowiadam rodzicom, jak mi pani przerwała, opowiadam o tym w zborze, opowiadam o swoim doświadczeniu. To jest duma.

Przyjazny jest pan od muzyki, mój wychowawca. Nie każe mi śpiewać kolęd, nie muszę się uczyć innych piosenek, mogę sobie siedzieć i słuchać, a jeśli będę chciał dołączyć, to mogę. Nigdy tego nie robię, ale doceniam.

I jeszcze ten cierń w ciele.

Robert

W dorosłym życiu śniło mu się, że przechadza się pustymi korytarzami podstawówki albo że siedzi w ławce, spotyka się z kolegami. Te sny wracały do niego co kilka miesięcy. Proszę:

– Opowiedz.

– Zwykłe sny – mówił z uśmiechem.

– Czyli dobre?

– Nie.

– To jakie? Opowiedz.

­– Ani dobre, ani koszmary.

– No to jakie?

– Zwykłe sny, o tęsknocie.

Przez wiele lat nie umiałem go zrozumieć, wierzyłem, że nigdy nie uwolnię się od tego, czego nie zrozumiem. A od niego chciałem się naprawdę uwolnić. Po pierwszym zaciekawieniu przyszła pogarda i nienawiść, życzyłem mu śmierci. Pokochałem go później, gdy zaczął odchodzić. Miłość przyszła bez najmniejszego wysiłku, gdy zrozumiałem. Dlatego piszę.

Świadkowie

Świadkowie Jehowy nie obchodzą urodzin i imienin. Powodem są dwa morderstwa opisane w Biblii. Pierwsze zostało popełnione w trakcie urodzin faraona. Podczas uczty sprowadził z więzienia przełożonego piekarzy i kazał powiesić (Rdz 40:20–22). Drugie zdarzyło się po tym, gdy dla świętującego urodziny Heroda tańczyła córka Herodiady. Tak bardzo mu się podobała, że obiecał dać jej wszystko, o co poprosi. A ona chciała głowy Jana Chrzciciela (Mt 14:6–10).

Wszystko, w co wierzą świadkowie Jehowy, oparte jest na interpretacji Pisma Świętego.

1 lipca 1879 roku dwudziestosiedmioletni pastor Charles Taze Russell wydał w Stanach Zjednoczonych pierwszy numer „Strażnicy”. Data ta uważana jest za początek istnienia organizacji świadków Jehowy, a Russell został jej pierwszym prezesem.

Prawdę przywiózł do ich rodziny pradziadek Tomasz, gdy przyjechał z Argentyny. Był kowalem, mistrzem w swoim fachu, a także misjonarzem i badaczem Pisma Świętego. Gdy przyjeżdżał w odwiedziny do Polski, miał zwyczaj robić kolejne dziecko, a potem wracać. (Umarł piętnaście lat przed narodzinami Łukasza).

Obecnie obowiązująca nazwa, świadkowie Jehowy, została przyjęta w 1931 roku. Trzy lata później, 7 października 1934 roku, Adolf Hitler powiedział podobno w Berlinie: „Tę hołotę w Niemczech wytępię”.

W obozach koncentracyjnych zarezerwowane były dla nich fioletowe trójkąty. Podpisanie oświadczenia o wyrzeczeniu się religii i zadeklarowanie wierności narodowosocjalistycznemu państwu zazwyczaj umożliwiało wypuszczenie z obozu. Wielu nie podpisało. Nie chcieli używać pozdrowienia „Heil Hitler”, odmawiali oddawania czci fladze i innym nazistowskim symbolom, powtarzając za Jezusem: „Królestwo moje nie jest z tego świata” (J 18:36).

Rudolf Höss, komendant obozu koncentracyjnego Ausch­witz, chwalił się, że poznał „wielu fanatyków religijnych w miejscach pielgrzymek, w klasztorach w Palestynie, na kolei hedżarskiej, w Iraku, Armenii, katolików, prawosławnych, muzułmanów, szyitów i sunnitów, jednakże badacze Pisma św. w Sachsenhausen, a szczególnie dwóch spośród nich, przewyższali wszystko, co dotychczas poznałem. Tych dwóch szczególnie fanatycznych badaczy Pisma św. odmawiało wykonania czegokolwiek, co tylko mogło mieć jakiś związek ze sprawami wojskowymi. Nie stawali na baczność, a więc nie zsuwali razem obcasów, nie przykładali rąk do szwów spodni, nie zdejmowali czapek. Mówili, że te oznaki czci należą się jedynie Jehowie, a nie ludziom. Nie istnieli dla nich żadni przełożeni, za jedynego zwierzchnika uznawali oni tylko Jehowę”3. Zostali skazani na śmierć. Przed egzekucją nie pozwolili się związać, by móc złożyć ręce w modlitwie.

Świadkowie Jehowy za założyciela swojej religii uznają Jezusa Chrystusa, chociaż twierdzą, że to Abel, syn Adama i Ewy, był pierwszym z nich. Do swego kręgu zaliczają również Noego, Hioba, Abrahama i Mojżesza.

Obecnie ich liczba w dwustu trzydziestu dziewięciu krajach przekracza osiem milionów, z czego ponad sto dwadzieścia trzy tysiące żyją w Polsce.

Rocznik Świadków Jehowy na rok 2015 podaje, że w poprzednim roku ochrzczono dwieście siedemdziesiąt pięć tysięcy pięciuset siedemdziesięciu jeden nowych wyznawców. Nie jest znana liczba wykluczonych z organizacji i tych, którzy odeszli. Od wielu lat przyrost wiernych w Polsce utrzymuje się na poziomie zero lub minus jeden, tak jak w wielu krajach zachodniej Europy.

Działalność świadków jest ograniczona prawnie lub zakazana w wielu krajach komunistycznych i islamskich.

Zgodnie z nauczaniem „Strażnicy” państwa są dziełem Szatana. Niebawem zastąpi je Królestwo Boże. Świadkowie nie pozdrawiają sztandarów, nie uznają godła i innych symboli państwowych, nie pracują w policji, straży miejskiej, urzędach i służbach państwowych, nie angażują się w politykę, nie chodzą na wybory. Nie stosują się do prawa danego kraju, jeśli jest sprzeczne z naukami Jehowy.

„Nie zabijaj” ze Starego Testamentu, wzmocnione „Miłuj bliźniego jak siebie samego” z Nowego Testamentu, to wystarczający powód do odmówienia służby wojskowej.

Moi rodzice

Pierwszej więziennej nocy mój tata nie mógł zasnąć. W celi było ich ośmiu albo dziesięciu, już nie pamięta. Leżeli obok siebie, każdy miał swój koc. Prycza zbita z desek, podgłówek też. Jeden co chwilę wymiotował, do rana nikt po niego nie przyszedł, chociaż wołali. Tata nie usnął przez tego, który co chwilę wymiotował.

Kiedy miał dziewiętnaście lat, został powołany do wojska – odmówił. Trafił do aresztu we Wrocławiu, Świebodzka 1, oddział zamknięty. Pracował jako kalifaktor, kajfus. Roznosił posiłki, mył podłogi, korytarze, sprzątał. Po miesiącu odbył się proces. Tak jak dziewięciu innym sądzonym tego dnia przydzielono mu obrońcę z urzędu – odmówił. Próbował wyjaśnić, że „wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną” (Mt 26:25). Dostał trzy lata, pozostali po dwa i pół roku.

W więzieniu na Fiołkowej trafił na oddział otwarty razem z Markiem, Piotrem i innymi braćmi. Byli tam jeszcze polityczni, wojskowi, drobni złodzieje, wszyscy z małymi wyrokami. Chociaż w celi było ich dwunastu albo szesnastu, już nie pamięta, pluskwy gryzły tylko jego. Najbardziej w łokcie i szyję.

Świadkowie Jehowy dostawali raczej ciepłe posadki, wspomina. Marek był elektrykiem, co chwilę go gdzieś wzywali. Inny brat, krawiec, przerabiał im spodnie na wąskie, modne, a wtedy wszystkim dawali szerokie. A mój tato został szefem magazynu mundurowego, sprawdzał paczki dla skazanych, wydawał ubrania. I malował samochody, z zawodu był lakiernikiem. Lubili go. Raz w kancie spodni grypsującego znalazł pięćdziesiąt złotych, zaniósł je właścicielowi spodni. Za dziesięć złotych można było kupić paczkę madrasa. Zalewało się ją litrem wody i był czaj. Na Fiołkowej częste były przerzuty, nazywali je deszczem madrasów. Herbata leciała zza muru. Grypsujący, czasem razem z klawiszami, zbierali paczki i uciekali.

Dzięki temu magazynowi mieli wszystko na bieżąco, całą literaturę. Trzymali ją w ubraniach. Kierownik wiedział, przymykał oko.

W paczkach żywnościowych moja mama przynosiła tacie numery „Strażnicy”, schowane na samym dnie, pod smalcem. Klawiszom nie chciało się sprawdzać. A oni byli młodzi, zakochani, pisali do siebie listy. Między widzeniami co kilka tygodni mieli tylko to. Mama pisała długie listy. Na jeden taty czasami przychodziły trzy, szesnastokartkowe. W końcu oddziałowy się wściekł, on nie ma czasu tego czytać, powiedział, regulamin zabrania takich długich listów. Nie zabraniał, tylko każdy list musiał być otworzony i opisany: „ocenzurowano”.

Nieraz na porannym apelu jakiś klawisz wywoływał tatę albo innego brata i pytał, kiedy będzie Armagedon. Śmiał się, szturchał więźnia, no mów, kiedy będzie koniec świata, musimy się przygotować.

Mieli szczęście, bo w celi byli sami świadkowie Jehowy. Organizowali zebrania, czasami prowadził je mój tata. Spotykali się w różnych miejscach, tam gdzie można się zatrzymać na dłużej. Modlili się, śpiewali, studiowali Biblię. Było dla nich oczywiste, że muszą siedzieć w więzieniu, bo nie będą się uczyli zabijania, żaden rząd na świecie nie zmusi ich do udziału w żadnej wojnie. Czekali na czas, kiedy Jehowa „będzie rozjemcą pomiędzy ludami i wyda wyroki dla licznych narodów. Wtedy swe miecze przekują na lemiesze, a swoje włócznie na sierpy. Naród przeciw narodowi nie podniesie miecza, nie będą się więcej zaprawiać do wojny” (Iz 2:4).

Rodzice opowiadają:

Tak, pamiętam. Stał pod ścianą, wysoki szatyn, cwaniak, dowcipny, spodobał mi się, taki urabura. To było jeszcze przed ośrodkiem pionierskim w Sobieszowie.

Pierwszy raz? Na ośrodku4. A nie, wcześniej, w Sobieszowie, na spotkaniu organizacyjnym. Spodobałem jej się, że przystojny, że urabura. Mówiła ci, że był tam także jej amant, Tadeusz?

Żaden amant. Pisaliśmy do siebie listy, byliśmy umówieni, że na ośrodku poznamy się bliżej, był pionierem, imponował mi wiedzą. No i zalecał się.

Chromów, Lubuskie, rok 1973. Na ośrodek pionierski przyjeżdża czterdzieścioro młodych ludzi, w tym ona i on. Mieszkają u cioci Heli. Domek, gospodarstwo i szopa z sianem, w której można spać. Codziennie wychodzą parami do służby polowej, głosić prawdę od domu do domu. Czasami ktoś donosi milicji, szczuje psem, aresztowania zdarzają się rzadko. Większość po krótkiej wymianie zdań zamyka z niechęcią drzwi, tak jest do dzisiaj. Ośrodek prowadzi Piotr, jej brat, który później również trafi do więzienia.

Przyjechał emzetką.

Emzetkę kupiła mi mama w NRD, za trzy tysiące trzysta pięćdziesiąt marek, latami odkładała. Świrowaliśmy na ośrodku, pamiętam głęboki piasek, wiozłem ją, wywróciliśmy się.

Wstawaliśmy wcześnie, była lista, kto z kim idzie głosić i do jakiej wioski, do Krosna Odrzańskiego, Lubska czy jeszcze dalej. Wieczorem powiedziałam Piotrowi, żeby mnie z nim umówił. Chciałam pogadać. Wstaję rano – i jesteśmy na liście. Potem znowu poprosiłam. Umówił. No a po kilku dniach jeszcze raz poszłam do Piotra, śmiał się, ale umówił. Tak jak my poznało się tam wtedy osiem małżeństw.

Szalona, zwariowana taka, przekorna, robiła, co chciała. Przed wyjściem do służby raz smarowaliśmy się pastą, raz oblewaliśmy perfumami. To wtedy Tadeusz przestawił się na Anię.

Tadeusz? Zaczął mnie drażnić, był obrażony, bo niby z nim przyjechałam. Przestał mi się podobać, flegmatyk, niedowcipny, taki akuratny. Po ośrodku pojechałam do Rybarzowic. Mama zadzwoniła, że widokówka przyszła, wsiadłam w autobus i wróciłam.

Przyjechałem emzetką, krowa przewróciła motor, ale działał. I potem już zawsze przyjeżdżałem.

Jak poszedł do więzienia, to nauczyłam się dla niego zabijać kury. Na widzenie wiozło się upieczoną, bo lubił. Tato nie zabijał, mama też nie, szłam z żywą do babki, szlag mnie trafiał, bo trochę to trwało, a potem trzeba było jeszcze parzyć, skubać. Raz wzięłam kurczaka i miałam iść do babki, ale wróciłam po siekierę. Przymierzyłam się, raz, drugi, trzeci, bałam się, trzeba było złapać za dwa skrzydła, dwie łapy. W końcu zabiłam.

„Kochana. Pozostało mi tylko o wszystkim śnić i marzyć, o tym, co robiliśmy, jak spędzaliśmy wolne chwile, i tym, co będzie w przyszłości za te kilka lat. Na pewno się zmienię, bo już widzę to po sobie. Nie myśl za dużo, a myśl perspektywicznie, postaraj się o swoją fotografię” – ocenzurowano 25 XI 1973.

„Najdroższy! Z drugiego piętra w sądzie, z korytarza, dobrze było widać okna cel więziennych. Co tutaj dają słowa, kiedy to wszystko jest tak okrutne. Bez światła dziennego, bez klamek, odcięci od normalnego życia, człowiek jest bezradny, bezsilny, a jeszcze ta świadomość, że za ścianą jest wolność. Chciałoby się krzyczeć przeciwko niesprawiedliwości, okrutny koszmar, coś, co zawsze będzie w naszych oczach. Ale znamy prawdę i wiemy, że kiedyś my też będziemy w pełni szczęśliwi. Rozumiesz?” – ocenzurowano 15 XII 1973.

„No więc czy naprawdę mój, bardziej, niż możesz być moim? Powiedziałam najwyżej jedną trzecią tego, co chciałam” – ocenzurowano 3 I 1974.

„Mój śliczny, kochany, pisz, proszę, o wszystkim, o której wstajesz, co robisz, o której idziesz spać, o czym rozmawiacie, jak chodzisz ubrany, czy ci nie zimno – pisz wszystko. Napisz coś o mnie, to znaczy czy mi wierzysz i czy pozwalasz, aby Twoje myśli należały do mnie. Chcę mieć prawo do Twoich marzeń i myśli. Może to źle, ale co zrobić. Kocham Cię tak bardzo jak nikt nigdy nikogo” – ocenzurowano 5 I 1974.

„Pomóż mi. Czułam się głupio, może dlatego, że to pierwsze widzenie. Zachowywałeś się… nie rozumiałam Cię” – ocenzurowano 15 I 1974.

„Pomóż mi. Nie potrafię żyć między ludźmi, każda dyskusja mnie denerwuje. Jestem wybuchowy jak nigdy przedtem. Na widzeniu byłem najszczęśliwszym człowiekiem, bo widziałem Ciebie, po prostu się bałem. Nie przestałem myśleć o Tobie, jest to jeden temat, który nigdy się nie wyczerpuje. Wstaję o godzinie piątej na apel, a potem idziemy na śniadanie. Musimy odrzucić wszystkie złe myśli, które nam podsyła Szatan. W Liście do Efezjan 4:27 jest napisane, by nie dawać miejsca diabłu! Kocham Cię, Twój” – ocenzurowano 19 I 1974.

„W Szklarskiej zima w pełni. Na łące, na śniegu, wypisałam Twoje imię, wielkość liter około piętnastu metrów. Czułam, że okropnie, strasznie brak mi Ciebie. Ale jeszcze będzie cudownie – prawda? Myśl często o Stwórcy. Musimy się starać, aby nasze sumienia były wyszkolone na podstawie Słowa Bożego. Twoja” – ocenzurowano 8 II 1974.

„Kochana. Współczuję nam. Życie jest pulsujące, musimy z tym walczyć” – ocenzurowano 23 II 1974.

„Wiesz, czego bardzo nie lubię? Pustych kartek w liście. Twoja” – ocenzurowano 25 II 1974.

„Jest okropnie, bo mojego brata Piotra też wsadzili, jest mu tak trudno, jak było Tobie i wam wszystkim. Czy wiesz, że ma anemię? To z braku witamin. Ten list też dostaniesz chyba w czwartek, może na apelu. I znowu ktoś będzie kazał Ci robić pompki? To niesprawiedliwe” – ocenzurowano 3 III 1974.

„Pobierzemy się, jak nie na tym świecie, to po drugiej stronie Armagedonu” – ocenzurowano 11 III 1974.

„Na naszej łące fioletowo od krokusów. Już po raz któryś dyskutowałam z całą klasą na temat prawdy. Są przeciwne, choć same o religii nie wiedzą prawie nic. Nie wiem, czy przekonałam choć jedną z nich, że nie mają racji, ale niektóre zaczęły poważnie myśleć, dwie nawet poszły do księdza sprawdzić, czy to, co mówiłam, jest prawdą. A on nie wiedział nawet, co znaczy słowo parafianie” – ocenzurowano 26 III 1974.

„Nie wyobrażasz sobie, co tu się działo w lany poniedziałek. Co za zboczenie. Grypsujący mieli pole do popisu – zemścić się na reszcie. Jeżeli nie mogli wodą, to rzucali w człowieka słoikami, wiadrami, kubkami. Polała się krew, a oddziałowego w tym czasie nie było ani jednego. Poradzili sobie, zakręcając wodę w całym ośrodku. Poza tym te pogańskie święta zleciały bez żadnych ciekawostek. Jestem bardziej na wszystko obojętny. Chciałbym być kiedyś szczęśliwy” – ocenzurowano 16 IV 1974.

„Wiesz co? Żeby wyrazić Ci podziękowanie za to wszystko, co dla mnie zrobiłaś, nie wystarczą te moje listy, musiałbym w tej chwili być na wolności – a to mi nie grozi – i może bym potrafił. Już coraz bardziej wiem, że tylko Ty, nikt inny” – ocenzurowano 24 IV 1974.

„Jesteś mój (nie mamy i taty) – najlepszy, najładniejszy, najdroższy, kochany, jeden i jedyny, słyszysz? Mój! Nie wiem, kiedy to się zaczęło, ale posłuchaj: wszystko, co należy do Ciebie i co Ciebie przypomina, Twoje zeszyty, jakieś notatki, Twoje łóżko, głos na taśmie magnetofonowej, Twoje pismo, listy, ruchy, oczy, włosy, Twoje ręce, twarz – dla mnie to wszystko jest piękne, jakieś wzniosłe – ja to traktuję jak coś bardzo wartościowego. Chciałabym być chłopcem. Byłby ze mnie taki urwis” – ocenzurowano 28 IV 1974.

„Skończyłam dziewiętnaście lat