Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2008

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Świadek mimo woli - Gianrico Carofiglio

 

Południowe Włochy, schyłek XX wieku. W jednej z nadmorskich miejscowości zostaje zamordowany dziewięcioletni chłopiec – prawdopodobnie zbrodni dokonano na tle seksualnym. Dla prokuratury jedynym podejrzanym jest Senegalczyk Thiam Abdou, handlarz obwoźny. Na podstawie poszlak i zeznań świadków można zrekonstruować historię: czarnoskóry imigrant uprowadził, zgwałcił, a następnie udusił ofiarę, ciało zaś wrzucił do studni. Wyrok właściwie już zapadł. Obrony oskarżonego podejmuje się mecenas Guerrieri. Zaczyna wertować akta prokuratury. Stwierdza, że w trakcie śledztwa z premedytacją nie przestrzegano procedur prawnych. Najwyraźniej komuś zależało na znalezieniu, a właściwie wykreowaniu zabójcy – tego „innego”, przybysza z Afryki o wątpliwym źródle dochodów, wykluczonego ze społeczności. Świadek mimo woli to znakomicie napisany kryminał. Jest aktem oskarżenia przeciw wymiarowi sprawiedliwości, który działa jako narzędzie propagandy. Carofiglio stworzył przy tym studium myślenia stereotypami.

 

Trzysta znakomitych stron thrillera prawniczego.

La Stampa

Powieść intensywna i niepokojąca.

Il Giornale di Sicilia

Autor wypełnia niszę podobną do tej, jaką w Ameryce zajmują Gardner i Grisham.

Times Literary Supplement

Każda postać Carofiglia ma do opowiedzenia historię wartą wysłuchania.

Daily Mail

Opinie o ebooku Świadek mimo woli - Gianrico Carofiglio

Fragment ebooka Świadek mimo woli - Gianrico Carofiglio

GIAN­RI­CO

CA­RO­FI­GLIO

ŚWIA­DEK MIMO WOLI

prze­ło­ży­ła Jo­an­na Ugniew­ska

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Te­sti­mo­ne in­con­sa­pe­vo­le

Co­py­ri­ght © 2002 Sel­le­rio Edi­to­re, Pa­ler­mo

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2008

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2008

Wy­da­nie II

War­sza­wa 2009

To, co po­czwar­ka na­zy­wa koń­cem świa­ta, resz­ta świa­ta na­zy­wa mo­ty­lem.

Lao-Cy, Księ­ga Dro­gi i Cno­ty

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Pa­mię­tam do­brze po­przed­ni dzień – albo ra­czej po­przed­nie po­po­łu­dnie, kie­dy wszyst­ko się za­czę­ło.

Przy­sze­dłem do kan­ce­la­rii kwa­drans wcze­śniej niż zwy­kle i nie mia­łem naj­mniej­szej ocho­ty za­brać się do pra­cy. Przej­rza­łem pocz­tę elek­tro­nicz­ną, li­sty, upo­rząd­ko­wa­łem tro­chę pa­pie­rów, od­by­łem kil­ka bła­hych roz­mów te­le­fo­nicz­nych. Jed­nym sło­wem, wy­czer­pa­łem wszyst­kie pre­tek­sty i wresz­cie mo­głem za­pa­lić.

Te­raz wy­pa­lę spo­koj­nie pa­pie­ro­sa, a po­tem we­zmę się do ro­bo­ty.

Kie­dy skoń­czę pa­lić, na pew­no coś mi jesz­cze przyj­dzie do gło­wy. Może wyj­dę, bo przy­po­mnę so­bie, że mia­łem ku­pić pew­ną książ­kę u Fel­tri­nel­le­go i wciąż to od­kła­da­łem.

Gdy pa­li­łem, za­dzwo­nił te­le­fon. To była li­nia we­wnętrz­na, dzwo­ni­ła moja se­kre­tar­ka.

Przy­szedł ja­kiś męż­czy­zna, któ­ry nie był umó­wio­ny, twier­dził jed­nak, że ma pil­ną spra­wę.

Pra­wie nikt nie ma umó­wio­ne­go spo­tka­nia. Lu­dzie wy­bie­ra­ją się do ad­wo­ka­ta, spe­cja­li­sty od spraw kar­nych, kie­dy mają po­waż­ne pro­ble­my albo kie­dy są prze­ko­na­ni, że tak wła­śnie jest. Co, oczy­wi­ście, na jed­no wy­cho­dzi.

W każ­dym ra­zie w mo­jej kan­ce­la­rii wy­glą­da­ło to na­stę­pu­ją­co: se­kre­tar­ka dzwo­ni­ła do mnie w obec­no­ści klien­ta, któ­ry mu­siał pil­nie po­roz­ma­wiać z ad­wo­ka­tem. Je­śli by­łem za­ję­ty – na przy­kład z in­nym klien­tem – ka­za­łem im cze­kać, aż skoń­czę.

Je­śli nie by­łem za­ję­ty, jak tam­te­go po­po­łu­dnia, ka­za­łem cze­kać tak czy owak.

Dla każ­de­go ma być ja­sne, że w mo­jej kan­ce­la­rii się pra­cu­je i przyj­mę go tyl­ko dla­te­go, że ma pil­ną spra­wę.

Po­wie­dzia­łem Ma­rii Te­re­sie, aby prze­ka­za­ła temu panu, że przyj­mę go za dzie­sięć mi­nut, ale nie będę mógł po­świę­cić mu zbyt wie­le cza­su, bo za­raz po­tem mam waż­ne ze­bra­nie. Ad­wo­ka­ci wszak czę­sto mają waż­ne ze­bra­nia.

Po dzie­się­ciu mi­nu­tach męż­czy­zna wszedł. Miał dłu­gie czar­ne wło­sy, dłu­gą czar­ną bro­dę i wy­trzesz­czo­ne oczy. Usiadł i oparł się o biur­ko, po­chy­lo­ny w moją stro­nę.

Przez chwi­lę by­łem pe­wien, że po­wie: „Wła­śnie za­bi­łem żonę i te­ścio­wą. Są w sa­mo­cho­dzie, wba­gaż­ni­ku. Na szczę­ście mam com­bi. Co te­raz zro­bi­my, pa­nie me­ce­na­sie?”

Nie po­wie­dział ni­cze­go ta­kie­go. Miał przy­cze­pę, wktó­rej pod­grze­wał pa­rów­ki i ham­bur­ge­ry. In­spek­cja sa­ni­tar­na za­ję­ła mu przy­cze­pę, po­nie­waż wa­run­ki hi­gie­nicz­ne były mniej wię­cej ta­kie jak w rynsz­to­kach Be­na­re­su.

Bro­dacz chciał od­zy­skać swo­ją przy­cze­pę. Wie­dział, że je­stem do­brym ad­wo­ka­tem, po­nie­waż tak po­wie­dział mu jego zna­jo­my, któ­ry był kie­dyś moim klien­tem. Z ohyd­nym po­ro­zu­mie­waw­czym uśmiesz­kiem wy­mie­nił na­zwi­sko han­dla­rza nar­ko­ty­ków, dla któ­re­go uda­ło mi się wy­ne­go­cjo­wać ha­nieb­nie ni­ską karę.

Za­żą­da­łem od nie­go nie­pro­por­cjo­nal­nie wy­so­kiej za­licz­ki, on zaś wy­cią­gnął z kie­sze­ni spodni zwi­tek bank­no­tów: se­tek i pięć­dzie­sią­tek.

Żeby tyl­ko nie dał mi for­sy po­pla­mio­nej ma­jo­ne­zem, po­my­śla­łem zre­zy­gno­wa­ny.

Od­li­czył sumę, któ­rej so­bie za­ży­czy­łem. Zo­sta­wił mi pro­to­kół z za­ję­cia przy­cze­py i wszyst­kie inne pa­pie­ry. Nie, nie chce po­kwi­to­wa­nia, ależ, pa­nie me­ce­na­sie, na co mi to. Ko­lej­ny po­ro­zu­mie­waw­czy uśmie­szek. Oczy­wi­ście my, oszu­ści po­dat­ko­wi, za­wsze się roz­po­zna­my.

Przed laty dość lu­bi­łem swo­ją pra­cę. Te­raz jed­nak przy­pra­wia­ła mnie o lek­kie mdło­ści. A kie­dy spo­ty­ka­łem ta­kich osob­ni­ków jak ten sprze­daw­ca ham­bur­ge­rów, mdło­ści się na­si­la­ły.

Po­my­śla­łem, że za­słu­gu­ję na ko­la­cję zło­żo­ną z pa­ró­wek pana Ra­spu­ti­na, po któ­rej wy­lą­do­wał­bym na po­go­to­wiu. Tam ocze­ki­wał­by mnie dok­tor Car­ras­si.

Dok­tor Car­ras­si, za­stęp­ca sze­fa po­go­to­wia ra­tun­ko­we­go, uśmier­cił dwu­dzie­sto­jed­no­let­nią dziew­czy­nę, bio­rąc za­pa­le­nie otrzew­nej za bóle men­stru­acyj­ne.

Dzię­ki swo­je­mu ad­wo­ka­to­wi – czy­li mnie – zo­stał unie­win­nio­ny i nie stra­cił na­wet jed­ne­go dnia pra­cy, ani jed­ne­go lira pen­sji. To nie był trud­ny pro­ces. Pro­ku­ra­tor oka­zał się idio­tą, a oskar­ży­ciel pry­wat­ny skoń­czo­nym dur­niem.

Kie­dy Car­ras­si zo­stał unie­win­nio­ny, uści­skał mnie. Śmier­dzia­ło mu z ust, był spo­co­ny i uwa­żał, że spra­wie­dli­wo­ści sta­ło się za­dość.

Wy­cho­dząc z sali są­do­wej, sta­ra­łem się uni­kać wzro­ku ro­dzi­ców dziew­czy­ny.

Bro­dacz po­szedł so­bie, ja zaś, pró­bu­jąc opa­no­wać mdło­ści, przy­go­to­wa­łem od­wo­ła­nie od za­re­kwi­ro­wa­nia jego wy­twor­nej re­stau­ra­cji na kół­kach.

Po­tem wró­ci­łem do domu.

W piąt­ko­we wie­czo­ry na ogół cho­dzi­li­śmy do kina, a póź­niej na ko­la­cję, za­wsze w tym sa­mym gro­nie przy­ja­ciół.

Nie de­cy­do­wa­łem nig­dy o wy­bo­rze kina ani re­stau­ra­cji. Ro­bi­łem to, co po­sta­no­wi­ła Sara i resz­ta, no i spę­dza­łem wie­czór, nu­dząc się i cze­ka­jąc, aż się skoń­czy. Chy­ba że film na­praw­dę mi się po­do­bał, ale to z cza­sem zda­rza­ło się co­raz rza­dziej.

W tam­ten pią­tek, kie­dy wró­ci­łem do domu, Sara była już go­to­wa do wyj­ścia. Oznaj­mi­łem, że po­trze­bu­ję co naj­mniej kwa­dran­sa, aby wziąć prysz­nic i się prze­brać.

Aha, wy­cho­dzi ze zna­jo­my­mi. Ja­ki­mi zna­jo­my­mi? Tymi z kur­su fo­to­gra­ficz­ne­go. Mo­gła mnie uprze­dzić, coś bym so­bie za­pla­no­wał. Po­wie­dzia­ła mi wczo­raj, ale cóż może po­ra­dzić, sko­ro jej nie słu­cham, kie­dy do mnie mówi. W po­rząd­ku, po co się zło­ścić, coś bym wy­my­ślił, gdy­bym wie­dział wcze­śniej. Nie, nie mam naj­mniej­sze­go za­mia­ru wy­wo­ły­wać w niej po­czu­cia winy, chcia­łem tyl­ko po­wie­dzieć do­kład­nie to, co po­wie­dzia­łem. Zgo­da, le­piej skończ­my tę roz­mo­wę.

Wy­szła, a ja zo­sta­łem w domu. Po­my­śla­łem, żeby za­dzwo­nić do tych sa­mych co zwy­kle przy­ja­ciół i gdzieś się ra­zem z nimi wy­brać. Wy­ja­śnia­nie, dla­cze­go nie ma Sary i do­kąd po­szła sama, wy­da­ło mi się jed­nak czymś ab­sur­dal­nie trud­nym, po­my­śla­łem, że będą mi się dziw­nie przy­glą­dać, tak więc, krót­ko mó­wiąc, da­łem spo­kój.

Pró­bo­wa­łem za­dzwo­nić do przy­ja­ciół­ki, z któ­rą spo­ty­kam się ukrad­kiem od cza­su do cza­su, ale po­wie­dzia­ła mi szep­tem przez ko­mór­kę, że jest z na­rze­czo­nym. Cze­go się spo­dzie­wa­łem w pią­tek? Czu­łem się przy­gnę­bio­ny, po­my­śla­łem więc, że wy­po­ży­czę ja­kiś do­bry film kry­mi­nal­ny, wyj­mę z lo­dów­ki mro­żo­ną piz­zę, duże zim­ne piwo i pią­tek ja­koś prze­cież mi­nie.

Zde­cy­do­wa­łem się naCzar­ny deszcz, cho­ciaż wi­dzia­łem go już dwa razy. Obej­rza­łem film po raz trze­ci i zno­wu z przy­jem­no­ścią. Zja­dłem piz­zę, wy­pi­łem całe piwo. Po­tem wy­chy­li­łem szkla­necz­kę whi­sky i wy­pa­li­łem kil­ka pa­pie­ro­sów. Za­czą­łem ska­kać po ka­na­łach i od­kry­łem, że lo­kal­ne sta­cje pusz­cza­ją zno­wu fil­my por­no. Wte­dy się zo­rien­to­wa­łem, że mi­nę­ła pierw­sza w nocy, i po­sze­dłem spać.

Nie wiem, kie­dy usną­łem, i nie wiem, kie­dy wró­ci­ła Sara, po­nie­waż nic nie sły­sza­łem.

Na­stęp­ne­go ran­ka obu­dzi­łem się, kie­dy ona zdą­ży­ła już wstać. Wsze­dłem za­spa­ny do kuch­ni, Sara bez sło­wa na­la­ła mi fi­li­żan­kę kawy po ame­ry­kań­sku. Obo­je lu­bi­li­śmy kawę po ame­ry­kań­sku, sła­bą, z dużą ilo­ścią wody.

Wy­pi­łem dwa łyki i już mia­łem za­py­tać, o któ­rej wró­ci­ła w nocy, kie­dy mi po­wie­dzia­ła, że chce odejść.

Tak po pro­stu:

– Gu­ido, mu­si­my się roz­stać.

Po dłu­gich se­kun­dach ogłu­sza­ją­cej ci­szy by­łem zmu­szo­ny za­dać naj­bar­dziej ba­nal­ne py­ta­nie.

Dla­cze­go?

Po­wie­dzia­ła mi dla­cze­go. Była spo­koj­na i bez­li­to­sna. Może so­bie wy­obra­żam, że nie za­uwa­ży­ła, jak wy­glą­da moje ży­cie, po­wiedz­my, od co naj­mniej ostat­nich dwóch lat. Ale za­uwa­ży­ła i to się jej nie po­do­ba. Naj­bar­dziej zaś upo­ka­rza ją nie moja nie­wier­ność – sło­wo tra­fi­ło mnie w twarz, jak­by ktoś mi w nią na­pluł – lecz fakt, że zu­peł­nie nie mam dla niej sza­cun­ku, trak­tu­jąc ją jak idiot­kę. Nie wie, czy by­łem taki za­wsze, czy tyl­ko taki się sta­łem. Nie wie, któ­rą hi­po­te­zę uznać za praw­dzi­wą, a chy­ba wca­le jej to nie ob­cho­dzi.

Oznaj­mi­ła, że sta­łem się czło­wie­kiem prze­cięt­nym, a może zresz­tą za­wsze taki by­łem. Ona zaś nie ma ocho­ty żyć z czło­wie­kiem prze­cięt­nym. Już nie.

Jako praw­dzi­we­mu czło­wie­ko­wi prze­cięt­ne­mu nie przy­szło mi do gło­wy nic lep­sze­go niż za­py­ta­nie, czy ko­goś ma. Od­po­wie­dzia­ła po pro­stu, że nie, a tak w ogó­le te­raz to już nie moja spra­wa.

Słusz­nie.

Roz­mo­wa wkrót­ce się urwa­ła i dzie­sięć dni póź­niej wy­pro­wa­dzi­łem się z domu.

2

Zo­sta­łem więc – wspo­sób cy­wi­li­zo­wa­ny – wy­rzu­co­ny z domu i moje ży­cie się zmie­ni­ło. Nie na lep­sze, cho­ciaż nie od razu to so­bie uświa­do­mi­łem.

Przez pierw­sze mie­sią­ce od­czu­wa­łem wręcz ulgę i nie­mal wdzięcz­ność dla Sary. Z po­wo­du od­wa­gi, któ­rą wy­ka­za­ła, a któ­rej mnie za­wsze bra­ko­wa­ło.

Krót­ko mó­wiąc, wy­ko­na­ła za mnie, jak to się mówi, brud­ną ro­bo­tę.

My­śla­łem wie­lo­krot­nie, że tak da­lej być nie może i że po­wi­nie­nem coś zro­bić. Prze­jąć ini­cja­ty­wę, zna­leźć ja­kieś roz­wią­za­nie, uczci­wie z nią po­roz­ma­wiać. Coś zro­bić.

Ale po­nie­waż by­łem tchó­rzem, nie zro­bi­łem nic, ko­rzy­sta­łem je­dy­nie – ukrad­kiem – z oka­zji, ja­kie mi się tra­fia­ły.

Oczy­wi­ście nie prze­sta­łem o tym my­śleć; sło­wa, któ­re wy­po­wie­dzia­ła tam­te­go ran­ka, pa­li­ły mnie ży­wym ogniem. Po­trak­to­wa­ła mnie jak prze­cięt­nia­ka i nędz­ne­go tchó­rza, a ja wszyst­kie­go wy­słu­cha­łem i nie zdo­by­łem się na żad­ną re­ak­cję.

W dniach, któ­re na­stą­pi­ły po owej so­bo­cie, a szcze­gól­nie kie­dy za­miesz­ka­łem już w moim no­wym miesz­ka­niu, czę­sto za­sta­na­wia­łem się, co po­wi­nie­nem był od­po­wie­dzieć, choć­by po to, aby za­cho­wać tro­chę god­no­ści.

Przy­cho­dzi­ły mi do gło­wy zda­nia typu: „Nie za­mie­rzam się uchy­lać od od­po­wie­dzial­no­ści, ale pa­mię­taj, że wina nig­dy nie leży po jed­nej stro­nie”. Tam­te­go so­bot­nie­go ran­ka mil­cza­łem i przy­najm­niej uda­ło mi się unik­nąć śmiesz­no­ści.

Po ja­kimś cza­sie prze­sta­łem się nad tym wszyst­kim za­sta­na­wiać i tyl­ko cza­sem czu­łem ukłu­cie w ser­cu. Wte­dy, kie­dy my­śla­łem, gdzie może być te­raz Sara, co robi, z kim się spo­ty­ka.

Na­uczy­łem się do­sko­na­le igno­ro­wać owe ukłu­cia i spra­wiać, by nie bo­la­ły. Prze­pę­dzać je tam, skąd się wzię­ły, wco­raz bar­dziej mrocz­ne za­ka­mar­ki.

Przez kil­ka mie­się­cy, jako świe­żo upie­czo­ny sin­giel, wio­dłem ży­cie po­zba­wio­ne wszel­kich re­guł. Tak zwa­ne ży­cie świa­to­we.

By­wa­łem w naj­dziw­niej­szych śro­do­wi­skach, na nud­nych przy­ję­ciach, za dużo pi­łem, za dużo pa­li­łem i tak da­lej.

Wy­cho­dzi­łem co wie­czór. Zo­stać sa­me­mu w domu wy­da­wa­ło mi się czymś nie do znie­sie­nia.

Mia­łem też oczy­wi­ście kil­ka na­rze­czo­nych.

Nie pa­mię­tam ani sło­wa z tego, o czym z nimi roz­ma­wia­łem.

W trak­cie ca­łe­go tego za­mie­sza­nia od­by­ła się roz­pra­wa w celu usta­no­wie­nia se­pa­ra­cji za obo­pól­ną zgo­dą. Po­szło bez pro­ble­mów. Sara zo­sta­ła w miesz­ka­niu, któ­re było jej wła­sno­ścią. Usi­ło­wa­łem za­cho­wać się god­nie i od­mó­wi­łem za­bra­nia me­bli, sprzę­tu go­spo­dar­stwa do­mo­we­go, jed­nym sło­wem, cze­go­kol­wiek poza książ­ka­mi, i to nie wszyst­ki­mi.

Spo­tka­li­śmy się przed ga­bi­ne­tem sę­dzie­go, któ­ry zaj­mo­wał się se­pa­ra­cja­mi. Zo­ba­czy­łem Sarę po raz pierw­szy, od­kąd wy­nio­słem się z domu. Ob­cię­ła wło­sy, była lek­ko opa­lo­na i na­su­nę­ło mi się py­ta­nie, gdzie mo­gła się opa­lić i z kim po­je­cha­ła się opa­lać.

Nie była to przy­jem­na myśl.

Za­nim zdą­ży­łem co­kol­wiek po­wie­dzieć, po­de­szła i po­ca­ło­wa­ła mnie lek­ko w po­li­czek. Ten po­ca­łu­nek naj­do­tkli­wiej uświa­do­mił mi, że wszyst­ko stra­co­ne. W wie­ku trzy­dzie­stu ośmiu lat zro­zu­mia­łem, że pew­ne rze­czy na­praw­dę się koń­czą.

Sę­dzia pró­bo­wał nas po­go­dzić, tak jak na­ka­zy­wa­ło mu pra­wo. Za­cho­wy­wa­li­śmy się jak lu­dzie kul­tu­ral­ni i do­brze wy­cho­wa­ni. Mó­wi­ła – nie­wie­le – tyl­ko Sara. Po­sta­no­wi­li­śmy, po­wie­dzia­ła. Zde­cy­do­wa­li­śmy się na ten krok bez emo­cji i za­cho­wu­jąc wza­jem­ny sza­cu­nek.

Mil­cza­łem, przy­ta­ku­jąc. W tym fil­mie czu­łem się ak­to­rem dru­gie­go pla­nu. Wszyst­ko szyb­ko się skoń­czy­ło, po­nie­waż nie było spor­nych kwe­stii fi­nan­so­wych, pro­ble­mów z miesz­ka­niem czy dzieć­mi.

Kie­dy wy­szli­śmy od sę­dzie­go, Sara zno­wu mnie po­ca­ło­wa­ła, tym ra­zem nie­mal w ką­cik ust.

– Cześć – po­wie­dzia­ła.

– Cześć – od­rze­kłem, kie­dy już od­wró­ci­ła się i znik­nę­ła. – Cześć – po­wtó­rzy­łem w pust­kę, opie­ra­jąc się o ścia­nę i za­pa­la­jąc pa­pie­ro­sa.

Kie­dy za­uwa­ży­łem spoj­rze­nia, ja­ki­mi ob­rzu­ca­ją mnie prze­cho­dzą­cy urzęd­ni­cy, opu­ści­łem bu­dy­nek sądu.

Na ze­wnątrz była wio­sna.

3

Wio­sna prze­szła szyb­ko w lato, lecz dni upły­wa­ły mi jed­na­ko­wo.

Rów­nież noce były jed­na­ko­we. Ciem­ne.

Aż do pew­ne­go czerw­co­we­go po­ran­ka.

Po po­wro­cie z sądu je­cha­łem win­dą na ósme pię­tro, do swo­jej kan­ce­la­rii, kie­dy na­gle, bez żad­ne­go okre­ślo­ne­go po­wo­du, ogar­nę­ła mnie pa­ni­ka.

Wy­sia­dłem z win­dy i nie wiem, jak dłu­go sta­łem na klat­ce scho­do­wej, cięż­ko dy­sząc i ob­le­wa­jąc się po­tem; mdli­ło mnie, wpa­try­wa­łem się tępo w ga­śni­cę. I czu­łem strasz­li­wy lęk.

– Do­brze się pan czu­je, me­ce­na­sie? – Ton pana Stri­sciu­glia, eme­ry­to­wa­ne­go księ­go­we­go, wła­ści­cie­la in­ne­go lo­ka­lu na tym sa­mym pię­trze, wy­ra­żał w rów­nej mie­rze za­sko­cze­nie, co tro­skę.

– Czu­ję się do­brze, dzię­ku­ję. Nie bar­dzo wiem, co mi jest, ale nie są­dzę, aby to był ja­kiś pro­blem. A jak pan się czu­je?

Nie­praw­da. Po­wie­dzia­łem, że za­krę­ci­ło mi się tro­chę w gło­wie, ale te­raz już wszyst­ko w po­rząd­ku, dzię­ku­ję, do wi­dze­nia.

Nie­ste­ty, nie wszyst­ko było w po­rząd­ku, o czym mia­łem się nie­ba­wem do­tkli­wie prze­ko­nać.

Przede wszyst­kim, nie wie­dząc, co mi się przy­da­rzy­ło tam­te­go ran­ka w win­dzie, za­czą­łem się ob­se­syj­nie drę­czyć my­ślą, że może się to po­wtó­rzyć.

Prze­sta­łem więc jeź­dzić win­dą. To była głu­pia de­cy­zja, któ­ra po­gor­szy­ła tyl­ko sy­tu­ację.

Po kil­ku dniach, za­miast po­czuć się le­piej, za­czą­łem się oba­wiać, że pa­ni­ka może mnie ogar­nąć wszę­dzie, wkaż­dej chwi­li.

Kie­dy uda­ło mi się już wy­star­cza­ją­co za­mar­twić, spro­wo­ko­wa­łem nowy atak, tym ra­zem na uli­cy. Był mniej gwał­tow­ny niż pierw­szy, lecz jego skut­ki oka­za­ły się jesz­cze bar­dziej nisz­czą­ce.

Przez co naj­mniej mie­siąc ży­łem w cią­głej oba­wie, że zno­wu ogar­nie mnie pa­ni­ka. Te­raz, kie­dy o tym my­ślę, wy­da­je mi się to śmiesz­ne, ale wów­czas ży­łem w stra­chu przed stra­chem.

My­śla­łem, że kie­dy zno­wu po­wró­ci, mogę osza­leć, a na­wet umrzeć. Umrzeć jako obłą­ka­ny.

Z za­bo­bon­ną gro­zą przy­po­mnia­łem so­bie pew­ne zda­rze­nie sprzed wie­lu lat.

Stu­dio­wa­łem wów­czas na uni­wer­sy­te­cie i pew­ne­go dnia otrzy­ma­łem list, na­pi­sa­ny na kart­ce pa­pie­ru w krat­kę okrą­głym, nie­mal dzie­cię­cym pi­smem:

Dro­gi Przy­ja­cie­lu, kie­dy prze­czy­tasz ten list, prze­pisz go dzie­sięć razy wła­sno­ręcz­nie i wy­ślij do dzie­się­cior­ga przy­ja­ciół. To jest praw­dzi­wy łań­cu­szek św. An­to­nie­go: je­śli bę­dziesz go kon­ty­nu­ować, spo­tka Cię w ży­ciu szczę­ście, bo­gac­two, mi­łość, spo­kój i ra­dość, je­śli go prze­rwiesz, mogą Ci się przy­da­rzyć strasz­ne tra­ge­die. Pew­na mło­da mę­żat­ka, któ­ra od dwóch lat pra­gnę­ła mieć dziec­ko, lecz nie mo­gła zajść w cią­żę, prze­pi­sa­ła list i wy­sła­ła go do dzie­się­cior­ga przyj­ciół. Trzy dni póź­niej do­wie­dzia­ła się, że jest w sta­nie bło­go­sła­wio­nym. Skrom­ny urzęd­nik pocz­to­wy prze­pi­sał list, wy­słał do dzie­się­cior­ga przy­ja­ciół i krew­nych, i ty­dzień póź­niej wy­grał dużą sumę w to­to­lot­ka.

Na­to­miast pe­wien na­uczy­ciel po otrzy­ma­niu li­stu ro­ze­śmiał się tyl­ko i po­darł go. Kil­ka dni póź­niej miał wy­pa­dek, zła­mał nogę, a na do­da­tek zo­stał wy­rzu­co­ny z miesz­ka­nia.

Pew­na go­spo­dy­ni do­mo­wa otrzy­ma­ła list i po­sta­no­wi­ła nie prze­ry­wać łań­cusz­ka. Nie­ste­ty, zgu­bi­ła list i, chcąc nie chcąc, prze­rwa­ła łań­cu­szek. Już po kil­ku dniach za­cho­ro­wa­ła na za­pa­le­nie opon mó­zgo­wych i cho­ciaż wy­zdro­wia­ła, zo­sta­ła in­wa­lid­ką do koń­ca ży­cia.

Pe­wien le­karz po otrzy­ma­niu li­stu po­darł go, wy­krzy­ku­jąc po­gar­dli­wie, że nie na­le­ży wie­rzyć w po­dob­ne prze­są­dy. Kil­ka mie­się­cy póź­niej zo­stał zwol­nio­ny z kli­ni­ki, wktó­rej pra­co­wał, opu­ści­ła go żona, za­cho­ro­wał i umarł jako obłą­ka­ny.

Nie prze­ry­waj łań­cusz­ka!

Prze­czy­ta­łem wów­czas list ko­le­gom, któ­rzy uzna­li, że jest bar­dzo śmiesz­ny. Kie­dy już prze­sta­li się śmiać, spy­ta­li mnie, czy za­mie­rzam go po­drzeć i umrzeć jako obłą­ka­ny, czy może za­brać się pil­nie do prze­pi­sy­wa­nia sta­ran­nym pi­smem dzie­się­ciu eg­zem­pla­rzy, co będą mi wy­po­mi­nać – jak się do­my­śla­łem, nie­zbyt de­li­kat­nie – przy­najm­niej przez na­stęp­ne dzie­sięć lat.

Zde­ner­wo­wa­ło mnie to, po­my­śla­łem, że nie by­li­by ta­ki­mi nie­do­wiar­ka­mi, gdy­by list przy­szedł do nich, i oświad­czy­łem, że oczy­wi­ście go pod­rę. Za­żą­da­li, abym zro­bił to na ich oczach, bo in­a­czej mógł­bym się roz­my­ślić i w ta­jem­ni­cy przed nimi prze­pi­sać list dzie­sięć razy, i tak da­lej.

Krót­ko mó­wiąc, zo­sta­łem zmu­szo­ny do po­dar­cia li­stu i kie­dy to zro­bi­łem, naj­do­wcip­niej­szy z ca­łej trój­ki oznaj­mił, że nie po­wi­nie­nem się mar­twić: wod­po­wied­nim mo­men­cie za­trosz­czą się o to, aby umie­ścić mnie w ja­kiejś przy­tul­nej kli­ni­ce psy­chia­trycz­nej.

Te­raz, po osiem­na­stu la­tach, po­my­śla­łem – cał­kiem se­rio – że prze­po­wied­nia wła­śnie się speł­nia.

Strach przed no­wym ata­kiem pa­ni­ki i przed obłę­dem nie był moim je­dy­nym pro­ble­mem.

Za­czą­łem cier­pieć na bez­sen­ność. Ca­ły­mi no­ca­mi nie mo­głem zmru­żyć oka, za­sy­pia­łem do­pie­ro o świ­cie.

Nie­kie­dy zda­rza­ło się, że za­pa­da­łem w sen o bar­dziej nor­mal­nej po­rze. W ta­kich wy­pad­kach jed­nak bu­dzi­łem się nie­uchron­nie po dwóch go­dzi­nach i nie mo­głem wy­trzy­mać w łóż­ku. Kie­dy pró­bo­wa­łem le­żeć da­lej, na­cho­dzi­ły mnie do­kucz­li­we, smut­ne my­śli. O moim zmar­no­wa­nym ży­ciu, o dzie­ciń­stwie. I o Sa­rze.

Wsta­wa­łem z łóż­ka i za­czy­na­łem krą­żyć po miesz­ka­niu. Pa­li­łem, pi­łem, oglą­da­łem te­le­wi­zję, włą­cza­łem ko­mór­kę w ab­sur­dal­nej na­dziei, że ktoś za­dzwo­ni do mnie w środ­ku nocy.

Za­czą­łem się mar­twić, że lu­dzie za­uwa­żą, wja­kim je­stem sta­nie, przede wszyst­kim zaś do­skwie­ra­ła mi myśl, że mogę stra­cić kon­tro­lę nad sy­tu­acją.

W ta­kim na­stro­ju spę­dzi­łem całe lato.

Kie­dy nad­szedł sier­pień, nie zna­la­złem ni­ko­go, kto chciał­by ze mną wy­je­chać na urlop – praw­dę mó­wiąc, nie bar­dzo się sta­ra­łem – a nie mia­łem od­wa­gi wy­je­chać sam. Ko­czo­wa­łem więc po wil­lach i da­czach przy­ja­ciół, nad mo­rzem albo na wsi. Nie są­dzę, abym w cza­sie tych od­wie­dzin za­skar­bił so­bie szcze­gól­ną sym­pa­tię go­spo­da­rzy.

Lu­dzie py­ta­li, czy źle się czu­ję, a ja od­po­wia­da­łem, że tak, tro­chę, i na ogół roz­mo­wa wkrót­ce się ury­wa­ła. Po kil­ku dniach uświa­da­mia­łem so­bie, że na­de­szła pora, abym spa­ko­wał wa­liz­ki i po­szu­kał so­bie no­we­go miej­sca, za wszel­ką cenę bo­wiem pra­gną­łem od­wlec po­wrót do mia­sta.

We wrze­śniu, po­nie­waż nadal czu­łem się źle, a przede wszyst­kim nie mia­łem już sił dłu­żej wal­czyć z bez­sen­no­ścią, po­sze­dłem do le­ka­rza, któ­ry był zresz­tą moim przy­ja­cie­lem. Chcia­łem, aby prze­pi­sał mi ja­kiś śro­dek na­sen­ny.

Zba­dał mnie, spy­tał o ob­ja­wy, zmie­rzył mi ci­śnie­nie, zaj­rzał do oczu, przy­świe­ca­jąc so­bie lamp­ką, ka­zał mi wy­ko­nać nie­co dzi­wacz­ne ćwi­cze­nia na rów­no­wa­gę i w koń­cu orzekł, że zro­bił­bym le­piej, gdy­bym udał się do spe­cja­li­sty.

– Co masz na my­śli? Ja­kie­go spe­cja­li­sty?

– No, cóż, spe­cja­li­sty od po­dob­nych pro­ble­mów.

– Ja­kich pro­ble­mów? Daj mi coś na sen i nie mów­my o tym wię­cej.

– Gu­ido, sy­tu­acja jest tro­chę bar­dziej skom­pli­ko­wa­na. Wy­glą­dasz na bar­dzo wy­czer­pa­ne­go. Nie po­do­ba mi się spo­sób, wjaki roz­glą­dasz się wo­kół. Nie po­do­ba­ją mi się two­je ru­chy, ge­sty, nie po­do­ba mi się, jak od­dy­chasz. Mu­szę ci to po­wie­dzieć: je­steś cho­ry. Masz iść do spe­cja­li­sty.

– Chcesz po­wie­dzieć, do... – Mia­łem su­cho w ustach. Przez gło­wę prze­my­ka­ły mi cha­otycz­ne my­śli. Może chce po­wie­dzieć, że mam iść do in­ter­ni­sty. Albo do ho­me­opa­ty. Do ma­sa­ży­sty re­ha­bi­li­tan­ta. Na­wet do uzdro­wi­cie­la prak­ty­ku­ją­ce­go me­dy­cy­nę ajur­we­dyj­ską.

Cóż, zgo­da, sko­ro mam pójść do in­ter­ni­sty, ma­sa­ży­sty, ajur­we­dy­sty, ho­me­opa­ty i nie wiem do kogo jesz­cze, nie ma pro­ble­mu, pój­dę. Nie za­mie­rzam się wy­mi­gi­wać od le­cze­nia.

Wca­le się nie boję, prze­cież...

– PSY­CHIA­TRA? Po­wie­dzia­łeś psy­chia­tra?

Mia­łem ocho­tę się roz­pła­kać. Zwa­rio­wa­łem, te­raz mówi mi to na­wet le­karz. Prze­po­wied­nia się speł­nia.

Po­wie­dzia­łem, że w po­rząd­ku, na ra­zie niech mi za­pi­sze ten cho­ler­ny śro­dek na­sen­ny, a po­tem się za­sta­no­wię. Tak, oczy­wi­ście, wca­le nie mam za­mia­ru lek­ce­wa­żyć mo­je­go sta­nu, zo­ba­czy­my, nie, nie, nie ma po­trze­by, abyś mi po­le­cał – su­chość w ustach – któ­re­goś z nich. Za­dzwo­nię do cie­bie i po­dasz mi na­zwi­sko przez te­le­fon.

Ucie­kłem, z dala omi­ja­jąc win­dę.

4

Mój le­karz zgo­dził się prze­pi­sać mi coś na sen i dzię­ki tym prosz­kom uzna­łem, że sy­tu­acja się po­pra­wi­ła, przy­najm­niej tro­chę.

W dal­szym cią­gu by­łem przy­gnę­bio­ny, ale przy­najm­niej nie snu­łem się jak wid­mo, drę­czo­ny bez­sen­no­ścią.

Nie­mniej re­zul­ta­ty mo­jej pra­cy i umie­jęt­no­ści za­wo­do­we znacz­nie się po­gor­szy­ły. Od mo­jej ak­tyw­no­ści i zdol­no­ści kon­cen­tra­cji za­le­ża­ła wol­ność wie­lu osób i pew­nie za­in­te­re­so­wa­ło­by je, jak spę­dzam po­po­łu­dnia: że nie­uważ­nie prze­glą­dam akta, że nie ob­cho­dzi mnie ich za­war­tość, że idę na roz­pra­wę zu­peł­nie nie­przy­go­to­wa­ny, że wy­nik pro­ce­sów jest w grun­cie rze­czy kwe­stią przy­pad­ku i że, krót­ko mó­wiąc, los tych lu­dzi spo­czy­wa w rę­kach ko­goś nie­od­po­wie­dzial­ne­go, kto w do­dat­ku cier­pi na za­bu­rze­nia psy­chicz­ne.

Kie­dy mu­sia­łem przyj­mo­wać klien­tów, sy­tu­acja sta­wa­ła się wręcz sur­re­ali­stycz­na.

Klien­ci mó­wi­li, do mnie nie do­cie­ra­ło ani jed­no sło­wo, przy­ta­ki­wa­łem jed­nak, ki­wa­jąc gło­wą. Oni da­lej mó­wi­li, prze­ko­na­ni, że w ten spo­sób do­da­ję im otu­chy. W koń­cu po­da­wa­łem im rękę na po­że­gna­nie i uśmie­cha­łem się ze zro­zu­mie­niem.

Zda­wa­li się do­ce­niać fakt, że ad­wo­kat po­zwa­la im się wy­ga­dać, nie prze­ry­wa i naj­wy­raź­niej ro­zu­mie ich pro­blem oraz po­trze­by.

Me­ce­nas to na­praw­dę po­rząd­ny czło­wiek, oświad­czy­ła w obec­no­ści mo­jej se­kre­tar­ki pew­na eme­ryt­ka, któ­ra chcia­ła po­zwać do sądu są­sia­da, po­nie­waż ten wrzu­cał jej do skrzyn­ki nie­przy­zwo­ite li­ści­ki. Na­wet nie wy­glą­da na ad­wo­ka­ta, do­da­ła. To aku­rat była praw­da.

Klien­ci za­tem byli za­do­wo­le­ni, ja zaś, co naj­wy­żej, mia­łem nie­ja­sne wy­obra­że­nie o ich spra­wach. Ra­zem zmie­rza­li­śmy ku ka­ta­stro­fie.

Na tym wła­śnie eta­pie – kie­dy już uda­ło mi się prze­spać kil­ka nocy – wy­stą­pił nowy ob­jaw. Za­czą­łem pła­kać. Po­cząt­ko­wo zda­rza­ło się to w domu, wie­czo­rem, za­raz po po­wro­cie z pra­cy, albo rano, po wsta­niu z łóż­ka. Po­tem rów­nież poza do­mem. Sze­dłem uli­cą, o ni­czym nie my­śląc, i na­gle za­czy­na­łem pła­kać. Po­tra­fi­łem się jed­nak kon­tro­lo­wać, za­rów­no w domu, jak i (przede wszyst­kim) na uli­cy, cho­ciaż za każ­dym ra­zem przy­cho­dzi­ło mi to z więk­szym tru­dem. Kon­cen­tro­wa­łem się na bu­tach albo na ta­bli­cach re­je­stra­cyj­nych sa­mo­cho­dów, przede wszyst­kim jed­nak uni­ka­łem pa­trze­nia pro­sto w twarz prze­chod­niom, któ­rzy – by­łem o tym prze­ko­na­ny – za­uwa­ży­li­by od razu, co się ze mną dzie­je.

W koń­cu przy­da­rzy­ło mi się to w kan­ce­la­rii. Po po­łu­dniu roz­ma­wia­łem o czymś z se­kre­tar­ką, kie­dy na­gle po­czu­łem, że łzy na­pły­wa­ją mi do oczu i ści­ska mnie w gar­dle.

Za­czą­łem się tępo wpa­try­wać w małą plam­kę wil­go­ci na ścia­nie, a jed­no­cze­śnie od­po­wia­da­łem, ki­wa­jąc gło­wą, prze­ra­żo­ny, że Ma­ria Te­re­sa od­gad­nie, co się ze mną dzie­je.

Rze­czy­wi­ście od­ga­dła, przy­po­mnia­ła so­bie na­gle, że musi zro­bić ja­kieś fo­to­ko­pie, i dys­kret­nie wy­szła z po­ko­ju.

Na­tych­miast wy­buch­ną­łem pła­czem, a po­tem dłu­go nie mo­głem się uspo­ko­ić.

Uzna­łem, że nie mogę cze­kać, aż coś ta­kie­go się po­wtó­rzy na przy­kład pod­czas roz­pra­wy.

Na­stęp­ne­go dnia za­dzwo­ni­łem do mo­je­go le­ka­rza i po­pro­si­łem o na­zwi­sko spe­cja­li­sty.

5

Psy­chia­tra był wy­so­ki, so­lid­nie zbu­do­wa­ny, o im­po­nu­ją­cej syl­wet­ce, miał bro­dę i dło­nie jak ło­pa­ty. Wy­obra­zi­łem go so­bie, jak obez­wład­nia wa­ria­ta w ata­ku sza­łu, bi­jąc go po twa­rzy i za­kła­da­jąc mu ka­ftan bez­pie­czeń­stwa.

Był dość miły, mimo tej bro­dy i po­tęż­nej po­stu­ry. Po­pro­sił, że­bym wszyst­ko mu opo­wie­dział, i cały czas po­ta­ku­ją­co ki­wał gło­wą. Uspo­ko­iło mnie to. Po­tem po­my­śla­łem, że ja też tak ki­wam gło­wą, kie­dy klien­ci opo­wia­da­ją mi o swo­ich spra­wach, i po­czu­łem się tro­chę mniej spo­koj­nie.

Po­wie­dział, że cier­pię na szcze­gól­ną for­mę za­bu­rze­nia pro­ce­su ad­ap­ta­cyj­ne­go. Se­pa­ra­cja za­dzia­ła­ła w mo­jej psy­chi­ce jak bom­ba z opóź­nio­nym za­pło­nem i w pew­nym mo­men­cie wy­wo­ła­ła efekt ra­dy­kal­nej zmia­ny. A ra­czej se­rię zmian na­stę­pu­ją­cych jed­na po dru­giej. Źle zro­bi­łem, lek­ce­wa­żąc pro­blem przez tyle mie­się­cy, za­bu­rze­nie pro­ce­su ad­ap­ta­cyj­ne­go tyl­ko się po­głę­bi­ło i te­raz gro­zi mi, że po­pad­nę w cięż­ką de­pre­sję. Nie po­wi­nie­nem się jed­nak mar­twić, po­nie­waż fakt, że przy­sze­dłem do psy­chia­try, sta­no­wi po­zy­tyw­ny do­wód sa­mo­świa­do­mo­ści i nie­zbęd­ny wa­ru­nek wy­zdro­wie­nia. Z pew­no­ścią bę­dzie ko­niecz­na ku­ra­cja far­ma­ko­lo­gicz­na, lecz w cią­gu kil­ku mie­się­cy mój stan po­wi­nien się zde­cy­do­wa­nie po­pra­wić.

Pau­za i uważ­ne spoj­rze­nie. Mu­sia­ły być czę­ścią te­ra­pii.

Po­tem za­czął pi­sać, za­peł­nia­jąc re­cep­tę na­zwa­mi ank­sjo­li­ty­ków i an­ty­de­pre­san­tów.

Mia­łem brać te pa­skudz­twa przez dwa mie­sią­ce. Mia­łem pró­bo­wać się ro­ze­rwać. Mia­łem uni­kać sku­pia­nia się na so­bie sa­mym. Mia­łem do­strze­gać po­zy­tyw­ne aspek­ty wszyst­kie­go i nie do­pusz­czać my­śli, że nie ma dla mnie ra­tun­ku. Mia­łem mu za­pła­cić trzy­sta ty­się­cy li­rów, o po­kwi­to­wa­niu ani sło­wa, zo­ba­czy­my się za dwa mie­sią­ce, pro­szę przyjść na wi­zy­tę kon­tro­l­ną.

Że­gna­jąc się ze mną w drzwiach, od­ra­dził mi czy­ta­nie ulo­tek do­łą­czo­nych do le­karstw. Praw­dzi­wy znaw­ca ludz­kiej psy­chi­ki.

Uda­łem się do ap­te­ki od­le­głej od cen­trum, aby nie spo­tkać ni­ko­go zna­jo­me­go. Chcia­łem unik­nąć sy­tu­acji, wktó­rej, wobec­no­ści ja­kie­goś mo­je­go ko­le­gi albo klien­ta, far­ma­ceu­ta wy­krzyk­nie do swo­je­go po­moc­ni­ka na za­ple­czu: „Sprawdź w dzia­le psy­cho­tro­pów, czy mamy va­lium eks­tra­for­te dla tego pana”.

Po­jeź­dzi­łem tro­chę w tę i z po­wro­tem, aż zna­la­złem ap­te­kę w dziel­ni­cy Ja­pi­gia, na ro­gat­kach mia­sta. Far­ma­ceut­ka, ko­ści­sta dziew­czy­na, nie wy­glą­da­ła na roz­mow­ną. Po­da­łem re­cep­tę, nie pa­trząc jej w twarz. Czu­łem się rów­nie swo­bod­nie jak se­mi­na­rzy­sta w por­no-sho­pie.

Ko­ści­sta far­ma­ceut­ka już mia­ła mi po­dać sumę, kie­dy wy­re­cy­to­wa­łem przy­go­to­wa­ną wcze­śniej kwe­stię: „Sko­ro już tu je­stem, we­zmę też coś dla sie­bie. Czy ma pani roz­pusz­czal­ną wi­ta­mi­nę C?”

Przyj­rza­ła mi się przez se­kun­dę bez sło­wa. Zna­ła ten sce­na­riusz. Dała mi wi­ta­mi­nę C ra­zem z całą resz­tą. Za­pła­ci­łem i ucie­kłem jak zło­dziej.

W domu roz­pa­ko­wa­łem le­kar­stwa i prze­czy­ta­łem do­łą­czo­ne do nich ulot­ki. Wszyst­kie były in­te­re­su­ją­ce, ale moją uwa­gę przy­ku­ły wręcz hip­no­tycz­nie skut­ki ubocz­ne leku an­ty­de­pre­syj­ne­go o na­zwie trit­ti­co, na ba­zie tra­zo­do­nu.

Za­czy­na­ły się od zwy­kłych za­wro­tów gło­wy, a koń­czy­ły na su­cho­ści w ustach, kło­po­tach ze wzro­kiem, ob­struk­cji, za­trzy­ma­niu mo­czu, drgaw­kach i za­bu­rze­niach li­bi­do.

Po­my­śla­łem, że za­bu­rzeń li­bi­do do­świad­czam i bez tego, czy­ta­łem więc da­lej. Do­wie­dzia­łem się, że nie­wiel­ka licz­ba osób przyj­mu­ją­cych tra­zo­don mie­wa dłu­gie i bo­le­sne erek­cje, czy­li cier­pi na tak zwa­ny pria­pizm.

Pro­blem ten wy­ma­gał cza­sa­mi na­wet nie­zwłocz­ne­go za­bie­gu chi­rur­gicz­ne­go, któ­ry, z ko­lei, mógł spo­wo­do­wać trwa­łe upo­śle­dze­nie ak­tyw­no­ści sek­su­al­nej.

Pod­su­mo­wa­nie było jed­nak uspo­ka­ja­ją­ce: ry­zy­ko śmier­tel­ne­go przedaw­ko­wa­nia tra­zo­do­nu było niż­sze niż ry­zy­ko zwią­za­ne z po­da­wa­niem an­ty­de­pre­san­tów trój­cy­klicz­nych.

Skoń­czyw­szy czy­tać, za­czą­łem roz­my­ślać. Co ro­bić w wy­pad­ku dłu­go­trwa­łej i bo­le­snej erek­cji? Udać się do szpi­ta­la, trzy­ma­jąc czło­nek w ręce? Wło­żyć bar­dzo wy­god­ne slip­ki? Co po­wie­dzieć le­ka­rzo­wi? Co to jest trwa­łe upo­śle­dze­nie ak­tyw­no­ści sek­su­al­nej?

I jesz­cze: ile to jest śmier­tel­na daw­ka tra­zo­do­nu? Wy­star­czą dwie pi­guł­ki? Czy trze­ba po­łknąć całe opa­ko­wa­nie?

Nie zna­la­złem od­po­wie­dzi na te py­ta­nia, a trit­ti­co po­wę­dro­wał do ki­bla ra­zem z in­ny­mi le­kar­stwa­mi, któ­re prze­pi­sał mi mój psy­chia­tra. Mój były psy­chia­tra.

Po­zby­łem się skru­pu­lat­nie wszyst­kie­go i na­ci­sną­łem spłucz­kę. Po­tem wy­rzu­ci­łem do śmie­ci pu­deł­ka, bu­te­lecz­ki, fiol­ki i ulot­ki.

Na­stęp­nie na­la­łem so­bie do­bre pół szkla­necz­ki whi­sky – uni­kać al­ko­ho­lu – i wło­ży­łem do ma­gne­to­wi­du ka­se­tę z Ry­dwa­na­mi ognia. Jed­ną z nie­licz­nych, któ­re za­bra­łem ze sobą z domu.

Kie­dy po­ja­wi­ły się pierw­sze ob­ra­zy, za­pa­li­łem marl­bo­ro – uni­kać ni­ko­ty­ny, przy­najm­niej wie­czo­rem – i po raz pierw­szy od dłuż­sze­go cza­su po­czu­łem, że pra­wie wra­ca mi do­bry hu­mor.

6

Jako na­sto­la­tek upra­wia­łem boks.

Do szko­ły bok­su za­pro­wa­dził mnie dzia­dek, po tym, jak wró­ci­łem kie­dyś do domu po­bi­ty, z opuch­nię­tą twa­rzą. Do­sta­łem od jed­ne­go ta­kie­go, któ­ry był ode mnie star­szy i bar­dziej agre­syw­ny.

Mia­łem czter­na­ście lat, by­łem okrop­nie chu­dy, mia­łem czer­wo­ny, świe­cą­cy się z po­wo­du trą­dzi­ku nos, cho­dzi­łem do czwar­tej kla­sy gim­na­zjum i by­łem prze­ko­na­ny, że szczę­ście nie ist­nie­je. Przy­najm­niej dla mnie.

Szko­ła mie­ści­ła się w wil­got­nej piw­ni­cy, tre­ne­rem był chu­dy fa­cet koło sześć­dzie­siąt­ki, z umię­śnio­ny­mi jesz­cze, moc­ny­mi ra­mio­na­mi i twa­rzą Bu­ste­ra Ke­ato­na. Był przy­ja­cie­lem dziad­ka.

Pa­mię­tam do­kład­nie, jak ze­szli­śmy po wą­skich i sła­bo oświe­tlo­nych scho­dach. Nikt nic nie mó­wił, sły­chać było tyl­ko lek­kie, głu­che ude­rze­nia pię­ści w wo­rek, drga­nie lin, rytm kro­ków. Wszę­dzie uno­sił się za­pach, któ­re­go nie po­tra­fię opi­sać, ale czu­ję go w noz­drzach te­raz, kie­dy pi­szę, i przy­pra­wia mnie on o dreszcz.

Fakt, że upra­wiam boks, dłu­go utrzy­my­wa­li­śmy w ta­jem­ni­cy przed moją mat­ką. Do­wie­dzia­ła się do­pie­ro wte­dy, kie­dy w wie­ku lat sie­dem­na­stu i pół zdo­by­łem srebr­ny me­dal na re­gio­nal­nych za­wo­dach ju­nio­rów w wa­dze pół­śred­niej.

Dzia­dek nie zdą­żył jed­nak zo­ba­czyć mnie na po­dium ze sklej­ki.

Trzy mie­sią­ce wcze­śniej, spa­ce­ru­jąc w la­sku pi­nio­wym ze swo­im owczar­kiem nie­miec­kim, wpew­nej chwi­li przy­sta­nął i usiadł na ław­ce.

Prze­cho­dzą­cy tam­tę­dy chło­pak opo­wie­dział póź­niej, że po kil­ku chwi­lach dzia­dek ja­koś dziw­nie od­chy­lił gło­wę na opar­cie, a przed­tem po­gła­skał psa.

Ka­ra­bi­nie­rzy mu­sie­li za­strze­lić owczar­ka, by móc po­dejść do zmar­łe­go i zi­den­ty­fi­ko­wać go jako Gu­ida Gu­er­rie­rie­go, eme­ry­to­wa­ne­go pro­fe­so­ra zwy­czaj­ne­go hi­sto­rii fi­lo­zo­fii śre­dnio­wiecz­nej.

Mo­je­go dziad­ka.

Po tych za­wo­dach re­gio­nal­nych zdo­by­łem jesz­cze inne me­da­le. Na­wet brą­zo­wy me­dal na uni­wer­sy­tec­kich za­wo­dach kra­jo­wych w wa­dze śred­niej.

Nie mia­łem nig­dy moc­ne­go cio­su, ale opa­no­wa­łem do­brze tech­ni­kę, by­łem chu­dy, wy­so­ki i mia­łem ręce dłuż­sze niż za­wod­ni­cy tej sa­mej wagi.

Tuż przed dy­plo­mem za­rzu­ci­łem tre­nin­gi, po­nie­waż boks moż­na upra­wiać dłu­go tyl­ko wte­dy, kie­dy jest się mi­strzem albo kie­dy chce się coś udo­wod­nić.

Ja nie by­łem mi­strzem i wy­da­wa­ło mi się, że udo­wod­ni­łem, co mia­łem do udo­wod­nie­nia.

Po­sta­no­wiw­szy, że obej­dę się bez no­wo­cze­snej psy­chia­trii, usi­ło­wa­łem zna­leźć coś, co mo­gło­by sta­no­wić jej al­ter­na­ty­wę, i od­kry­łem, że zno­wu chcę bok­so­wać.

Za­sta­na­wia­jąc się nad tym, do­sze­dłem do wnio­sku, że była to jed­na z nie­wie­lu re­al­nych rze­czy w moim ży­ciu. Za­pach skó­rza­nych rę­ka­wic, cio­sy – in­ka­so­wa­ne i za­da­wa­ne – i cie­pły prysz­nic na ko­niec, kie­dy spo­strze­ga­łeś, że przez dwie go­dzi­ny nie po­ja­wi­ła się w two­jej gło­wie ani jed­na myśl.

Strach, kie­dy idziesz na ring, strach w two­ich oczach bez wy­ra­zu, woczach bez wy­ra­zu two­je­go prze­ciw­ni­ka. Pod­ska­ku­jesz, ude­rzasz, pró­bu­jesz unik­nąć cio­su, otrzy­mu­jesz go, sam za­da­jesz, two­je ręce ze zmę­cze­nia nie po­tra­fią utrzy­mać gar­dy, od­dy­chasz usta­mi, mo­dlisz się, aby to się wresz­cie skoń­czy­ło, bo nie masz już sił, chcesz ude­rzyć i nie mo­żesz – tak ci się przy­najm­niej wy­da­je – my­ślisz, że nie ob­cho­dzi cię wca­le, czy wy­grasz, czy prze­grasz, byle tyl­ko już się to skoń­czy­ło, masz ocho­tę rzu­cić się na zie­mię, ale nie ro­bisz tego, cho­ciaż nie wiesz dla­cze­go i co każe ci się jesz­cze trzy­mać na no­gach, a po­tem gong i są­dzisz, że prze­gra­łeś, lecz gwiż­dżesz na to, a tym­cza­sem sę­dzia pod­no­si two­ją rękę i na­gle ro­zu­miesz, że wy­gra­łeś, i nic in­ne­go w tej chwi­li nie ist­nie­je, nic in­ne­go. Nikt ci tego nie bę­dzie mógł ode­brać. Już nig­dy.

Po­szu­ki­wa­łem miej­sca, gdzie mógł­bym tre­no­wać boks. Sta­ra piw­ni­ca sprzed nie­mal dwu­dzie­stu pię­ciu lat już daw­no nie ist­nia­ła. Tre­ner nie żył. Zaj­rza­łem do książ­ki te­le­fo­nicz­nej i prze­ko­na­łem się, że w ca­łym mie­ście moż­na tre­no­wać sztu­ki wal­ki: ja­poń­ską, taj­ską, ko­re­ań­ską, chiń­ską, na­wet wiet­nam­ską. Wy­bór był ogrom­ny: dżu­do, dżiu-dżit­su, aiki­do, ka­ra­te, boks taj­ski, ta­ekwon­do, tai-chi, chu­an, wing chun, ken­do, viet vo dao.

Wy­glą­da­ło na to, że boks znik­nął, ale ja się nie pod­da­wa­łem. Za­dzwo­ni­łem do re­gio­nal­nej sek­cji Na­ro­do­we­go Ko­mi­te­tu Olim­pij­skie­go i za­py­ta­łem, czy są w Bari miej­sca, gdzie tre­nu­je się boks. Urzęd­nik był uprzej­my i kom­pe­tent­ny. Tak, wBari ist­nie­ją dwie szko­ły bok­su: jed­na dzia­ła w po­bli­żu no­we­go sta­dio­nu, wpo­miesz­cze­niu wy­na­ję­tym przez gmi­nę, dru­ga zaś przy szko­le śred­niej, do­słow­nie dwa kro­ki od mo­je­go domu.

Wstą­pi­łem tam i od­kry­łem, że tre­ne­rem jest fa­cet, któ­re­go zna­łem z daw­nej szko­ły, nie­ja­ki Pino. Za nic nie mo­głem so­bie przy­po­mnieć jego na­zwi­ska. Za­czął przy­cho­dzić do piw­ni­cy na krót­ko przed­tem, za­nim ja prze­sta­łem tre­no­wać. Był w wa­dze cięż­kiej; sła­ba tech­ni­ka, ale na­praw­dę moc­ne cio­sy. Sto­czył na­wet kil­ka walk jako za­wo­do­wiec, jed­nak bez więk­szych suk­ce­sów. Te­raz miał wie­le za­jęć. Na­uczy­ciel bok­su, ochro­niarz w dys­ko­te­ce, szef służ­by po­rząd­ko­wej na kon­cer­tach, spek­ta­klach.

Ucie­szył się na mój wi­dok. Oczy­wi­ście, że mogę się za­pi­sać, je­stem jego go­ściem, wy­klu­czo­ne, abym miał pła­cić. A zresz­tą, ad­wo­kat za­wsze może się przy­dać.

I tak, po­cząw­szy od na­stęp­ne­go ty­go­dnia, wpo­nie­dział­ki i czwart­ki wy­cho­dzi­łem z kan­ce­la­rii o wpół do siód­mej, o siód­mej by­łem już w si­łow­ni i przez pra­wie dwie go­dzi­ny bok­so­wa­łem.

Dzię­ki temu po­czu­łem się tro­chę le­piej. Nie cał­kiem do­brze, ale le­piej. Ska­ka­łem przez ska­kan­kę, ro­bi­łem skło­ny, pomp­ki, wa­li­łem w wo­rek i sta­cza­łem wal­ki z chło­pa­ka­mi młod­szy­mi ode mnie o dwa­dzie­ścia lat.

W nie­któ­re noce po­tra­fi­łem za­snąć bez prosz­ków, winne nie.

Cza­sa­mi uda­wa­ło mi się na­wet prze­spać pięć albo sześć go­dzin.

W nie­któ­re wie­czo­ry wy­cho­dzi­łem z przy­ja­ciół­mi i czu­łem się pra­wie zdro­wy.

Zbie­ra­ło mi się jesz­cze na płacz, lecz rza­dziej, i przy­najm­niej po­tra­fi­łem się kon­tro­lo­wać.

W dal­szym cią­gu nie jeź­dzi­łem win­dą, nie sta­no­wi­ło to jed­nak wiel­kie­go pro­ble­mu, a w do­dat­ku nikt nie zwra­cał na to uwa­gi.

Uda­ło mi się prze­trwać nie­mal bez szwan­ku okres Bo­że­go Na­ro­dze­nia, cho­ciaż pew­ne­go dnia, chy­ba dwu­dzie­ste­go dzie­wią­te­go albo trzy­dzie­ste­go grud­nia, zo­ba­czy­łem Sarę na uli­cy w cen­trum. Była ze swo­ją przy­ja­ciół­ką i ja­kimś męż­czy­zną, któ­re­go nig­dy przed­tem nie wi­dzia­łem. Jak nic mógł być na­rze­czo­nym przy­ja­ciół­ki albo jej wuj­kiem, albo ge­jem, nie mia­łem prze­cież po­ję­cia, uzna­łem jed­nak od razu, że jest no­wym na­rze­czo­nym Sary.

Po­ma­cha­li­śmy do sie­bie z prze­ciw­nych stron uli­cy. Prze­sze­dłem jesz­cze dzie­sięć me­trów i za­uwa­ży­łem, że wstrzy­mu­ję od­dech. Prze­po­nę mia­łem za­blo­ko­wa­ną. Po­czu­łem falę cie­pła ob­le­wa­ją­cą mi twarz aż po ko­rzon­ki wło­sów. Mózg na kil­ka mi­nut prze­stał dzia­łać.

Po­tem przez cały dzień mia­łem trud­no­ści z od­dy­cha­niem, a w nocy nie mo­głem za­snąć.

Po ja­kimś cza­sie rów­nież i to mi­nę­ło.

Po Bo­żym Na­ro­dze­niu za­czą­łem zno­wu pra­co­wać, przy­najm­niej tro­chę. Zda­łem so­bie spra­wę z ka­ta­stro­fy gro­żą­cej mo­jej kan­ce­la­rii, a przede wszyst­kim nie­świa­do­mym ni­cze­go klien­tom, więc do­kła­da­łem wszel­kich sta­rań, by choć w mi­ni­mal­nym stop­niu za­pa­no­wać nad sy­tu­acją.

Za­czą­łem zno­wu przy­go­to­wy­wać się do pro­ce­sów, za­czą­łem zno­wu słu­chać – tro­chę – tego, co mó­wią klien­ci, za­czą­łem zno­wu słu­chać, co mówi moja se­kre­tar­ka.

Po­wo­li, zry­wa­mi, jak zde­ze­lo­wa­ny sa­mo­chód, moje ży­cie zno­wu ru­szy­ło na­przód.

CZĘŚĆ DRUGA

1

Na­de­szło pew­ne lu­to­we po­po­łu­dnie, dość cie­płe. Zima w ogó­le była ra­czej cie­pła.

Prze­sze­dłem przed ba­rem miesz­czą­cym się w tym sa­mym bu­dyn­ku co kan­ce­la­ria, nie wstą­pi­łem jed­nak do środ­ka. Wsty­dzi­łem się po­pro­sić o kawę bez­ko­fe­ino­wą, więc cho­dzi­łem do ob­skur­ne­go baru pięć bu­dyn­ków da­lej.

Od­kąd za­czą­łem cier­pieć na bez­sen­ność, nie pi­łem po po­łu­dniu zwy­kłej kawy. Pró­bo­wa­łem kil­ka­krot­nie kawy zbo­żo­wej, ale wy­da­ła mi się obrzy­dli­wa. Kawa bez­ko­fe­ino­wa na­to­miast jest jak praw­dzi­wa. Waż­ne, aby nikt cię nie za­uwa­żył, kie­dy ją za­ma­wiasz.

Za­wsze z pew­ne­go ro­dza­ju po­li­to­wa­niem spo­glą­da­łem na oso­by za­ma­wia­ją­ce kawę bez­ko­fe­ino­wą i nie chcia­łem, aby te­raz w ten sam spo­sób pa­trzo­no na mnie. Przy­najm­niej nie ci, któ­rzy mnie zna­ją. Dla­te­go uni­ka­łem po­po­łu­dnia­mi za­przy­jaź­nio­ne­go baru.

Wy­pi­łem kawę przy sta­rym sto­li­ku z la­mi­no­wa­nym bla­tem, wy­pa­li­łem marl­bo­ro... Po­tem mi­ną­łem zno­wu pięć bu­dyn­ków i wsze­dłem do kan­ce­la­rii.

O ile pa­mię­tam, mu­sia­ło to być dość spo­koj­ne po­po­łu­dnie: tyl­ko jed­no umó­wio­ne spo­tka­nie. Z pa­nią Cas­sa­no, któ­ra na­za­jutrz mia­ła sta­nąć przed są­dem za mal­tre­to­wa­nie wła­sne­go męża.

We­dług pro­ku­ra­to­ra przez całe lata ten pan, wra­ca­jąc do domu, sły­szał w naj­lep­szym ra­zie wy­zwi­ska typu: ob­szar­pa­niec, nie­doj­da, dupa. Przez całe lata był zmu­szo­ny od­da­wać całą swo­ją pen­sję i mógł za­cho­wać tyl­ko parę li­rów na pa­pie­ro­sy i inne drob­ne wy­dat­ki. Przez całe lata zno­sił upo­ko­rze­nia pod­czas ro­dzin­nych spo­tkań i w obec­no­ści swo­ich nie­licz­nych przy­ja­ciół. Żona czę­sto go biła, a na­wet plu­ła mu w twarz.

Pew­ne­go dnia nie wy­trzy­mał. Zdo­był się na od­wa­gę, wy­pro­wa­dził z domu, zło­żył do­nie­sie­nie i wniósł o se­pa­ra­cję z jej winy.

Żona wy­bra­ła mnie jako swo­je­go ad­wo­ka­ta i tam­te­go po­po­łu­dnia cze­ka­łem na nią, aby uzgod­nić szcze­gó­ły obro­ny.

Kie­dy przy­sze­dłem, Ma­ria Te­re­sa oznaj­mi­ła mi, że me­gie­ra jesz­cze się nie po­ja­wi­ła. Za to od co naj­mniej pół go­dzi­ny cze­ka na mnie ja­kaś czar­no­skó­ra ko­bie­ta. Nie była umó­wio­na, ale – jak twier­dzi­ła – cho­dzi­ło o bar­dzo waż­ną spra­wę. Jak zwy­kle.

Cze­ka­ła w ma­łym po­ko­ju. Zaj­rza­łem do środ­ka przez nie­do­mknię­te drzwi i uj­rza­łem ko­bie­tę o ma­je­sta­tycz­nej syl­wet­ce i pięk­nej, su­ro­wej twa­rzy. Nie mo­gła mieć wię­cej niż trzy­dzie­ści lat.

Po­le­ci­łem Ma­rii Te­re­sie, aby wpro­wa­dzi­ła ją do ga­bi­ne­tu za dwie mi­nu­ty. Zdą­ży­łem zdjąć ma­ry­nar­kę, po­dejść do biur­ka, za­pa­lić pa­pie­ro­sa, kie­dy klient­ka we­szła.

Za­cze­ka­ła, aż po­pro­szę, by usia­dła, i po­wie­dzia­ła nie­mal bez ak­cen­tu: „Dzię­ku­ję, pa­nie me­ce­na­sie”. Nig­dy nie by­łem pe­wien, czy do klien­tów ob­co­kra­jow­ców na­le­ży się zwra­cać w dru­giej czy w trze­ciej oso­bie. Wie­lu nie ro­zu­mie tej ostat­niej i roz­mo­wa robi się sur­re­ali­stycz­na.

Ze spo­so­bu, wjaki ko­bie­ta po­wie­dzia­ła „dzię­ku­ję, pa­nie me­ce­na­sie”, od­ga­dłem od razu, że mogę śmia­ło mó­wić do niej pani, bez oba­wy, że nie zo­sta­nę zro­zu­mia­ny.

Kie­dy spy­ta­łem, na czym po­le­ga jej pro­blem, po­da­ła mi plik pa­pie­rów z na­głów­kiem: „Sę­dzia śled­czy, na­kaz aresz­tu tym­cza­so­we­go”.

Nar­ko­ty­ki, po­my­śla­łem od razu. Jej part­ner jest han­dla­rzem nar­ko­ty­ków. Ale już w na­stęp­nej chwi­li wy­da­ło mi się to nie­moż­li­we.

Wszy­scy my­śli­my ste­reo­ty­pa­mi. Kto twier­dzi, że to nie­praw­da, ten kła­mie. Pierw­szy ste­reo­typ pod­po­wie­dział mi na­stę­pu­ją­cą se­kwen­cję: Afry­ka­nin, areszt tym­cza­so­wy, nar­ko­ty­ki. Afry­ka­nie tra­fia­ją do aresz­tu głów­nie z tego po­wo­du.

Za­raz po­tem jed­nak po­ja­wił się dru­gi ste­reo­typ. Ko­bie­ta mia­ła no­bli­wy wy­gląd i nie wy­glą­da­ła na ko­chan­kę han­dla­rza nar­ko­ty­ków.

Mia­łem ra­cję. Jej przy­ja­ciel nie zo­stał aresz­to­wa­ny z po­wo­du nar­ko­ty­ków, lecz po­rwa­nia i za­bi­cia dzie­wię­cio­let­nie­go chłop­ca.

Głów­ne punk­ty oskar­że­nia brzmia­ły zwięź­le, biu­ro­kra­tycz­nie i prze­ra­ża­ją­co.

Ab­dou Thiam, oby­wa­tel Se­ne­ga­lu, był oskar­żo­ny o:

a) Prze­stęp­stwo z art. 605 k.k. po­le­ga­ją­ce na ce­lo­wym po­zba­wie­niu wol­no­ści oso­bi­stej ma­ło­let­nie­go Ru­bi­na Fran­ce­sca; skło­nił go pod­stę­pem do pój­ścia z nim, a na­stęp­nie prze­trzy­my­wał wbrew jego woli.