Świadek - Lars Kepler - ebook + książka

Świadek ebook

Lars Kepler

4,5

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Okrutna zbrodnia burzy spokój w domu wychowawczym dla dziewcząt w środkowej Szwecji. Jedna z wychowanek została brutalnie zamordowana, a jej zwłoki ułożono tak, jakby ofiara bawiła się z mordercą w chowanego. Podejrzenie pada na jej koleżankę, która tej samej nocy zniknęła z ośrodka. Lokalna policja zakłada, że sprawa sama szybko się wyjaśni, a Joona Linna, wyznaczony przez Rikskrim na obserwatora, ma związane ręce. Jednak mimo groźby wydalenia ze służby podejmuje poszukiwania podejrzanej.

Na domiar złego na komisariat zaczyna wydzwaniać niejaka Flora Hansen, która twierdzi, że wie coś na temat morderstwa. A dokładniej, że nawiązała kontakt z duchem zamordowanej. Czy za jej telefonami stoi tylko chciwość, czy też ma naprawdę coś istotnego do powiedzenia?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 548

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Lars Ke­pler

Świa­dek

Prze­ło­ży­ła Mar­ta Rey-Ra­dliń­ska

Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Ty­tuł ory­gi­na­łu szwedz­kie­go EL­DVIT­T­NET

Pro­jekt okład­ki PIOTR BU­KOW­SKIFo­to­gra­fia na okład­ce © by LA­RIO TUS / Shut­ter­stock

Co­py­ri­ght © by LARS KE­PLER, 2011

First Pu­bli­sher by Al­bert Bon­niers För­lag, Stoc­kholm, Swe­denPu­bli­shed in the Po­lish lan­gu­age by ar­ran­ge­ment with Bon­nier Gro­up Agen­cy, Stoc­kholm, Swe­den

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE, 2013

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by MAR­TA REY-RA­DLIŃ­SKA, 2013

Re­dak­cja SAN­DRA TRE­LA / D2D.PL

Ko­rek­ta BAR­BA­RA PAW­LI­KOW­SKA i MAG­DA­LE­NA MRO­ŻEK / D2D.PL

Re­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: EWA KRA­JEW­SKA / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

ISBN 978-83-7536-672-3

A miej­sce dla tchó­rzy, nie­wier­nych, po­stę­pu­ją­cych

obrzy­dli­wie, za­bój­ców, roz­pust­ni­ków, cza­ro­dzie­jów,

bał­wo­chwal­ców i wszel­kich kłam­ców jest w je­zio­rze

pło­ną­cym ogniem i siar­ką.

Ap 21, 8

Me­dium to oso­ba, któ­ra przy­pi­su­je so­bie zdol­no­ści pa­ra­nor­mal­ne, umie­jęt­ność od­czy­ta­nia tego, co znaj­du­je się poza za­się­giem ogól­nie przy­ję­tej na­uki.

Nie­któ­re me­dia po­śred­ni­czą w kon­tak­tach ze zmar­ły­mi pod­czas se­an­sów spi­ry­ty­stycz­nych, inne ofe­ru­ją po­ra­dy z uży­ciem na przy­kład kart ta­ro­ta.

Pró­by ko­mu­ni­ka­cji z du­cha­mi zmar­łych za po­mo­cą me­dium mają bar­dzo dłu­gą hi­sto­rię. Już ty­siąc lat przed na­ro­dze­niem Chry­stu­sa król Izra­ela Saul pro­sił du­cha zmar­łe­go pro­ro­ka Sa­mu­ela o radę.

Na ca­łym świe­cie po­li­cja przy skom­pli­ko­wa­nych spra­wach ko­rzy­sta z po­mo­cy me­diów i spi­ry­ty­stów. Dzie­je się tak wie­lo­krot­nie w cią­gu roku, cho­ciaż nie ma ani jed­ne­go udo­ku­men­to­wa­ne­go przy­pad­ku, w któ­rym me­dium przy­czy­ni­ło­by się do roz­wią­za­nia za­gad­ki.

1

Eli­sa­bet Grim ma pięć­dzie­siąt je­den lat i prze­ty­ka­ne si­wi­zną wło­sy. Ma we­so­łe oczy, a kie­dy się uśmie­cha, wi­dać, że je­den z przed­nich zę­bów nie­co wy­sta­je.

Eli­sa­bet jest pie­lę­gniar­ką w Bir­git­ta­går­den, domu dla trud­nej mło­dzie­ży na pół­noc od Sund­svall. Jest to wie­lo­funk­cyj­na pla­ców­ka opie­kuń­cza, wy­cho­wu­ją­ca osiem dziew­cząt w wie­ku od dwu­na­stu do sie­dem­na­stu lat, zgod­nie z usta­wą o środ­kach opie­ki nad ma­ło­let­ni­mi (LVU).

Nie­któ­re z nich w chwi­li przy­by­cia do Bir­git­ta­går­den są uza­leż­nio­ne od nar­ko­ty­ków, pra­wie wszyst­kie się sa­mo­oka­le­cza­ją i cier­pią na za­bu­rze­nia od­ży­wia­nia. Wie­le z nich wy­ka­zu­je dużą agre­sję.

W za­sa­dzie nie ma do­brej al­ter­na­ty­wy dla za­mknię­tych pla­có­wek opie­kuń­czo-wy­cho­waw­czych z drzwia­mi pod­łą­czo­ny­mi do alar­mu, za­kra­to­wa­ny­mi okna­mi i ślu­za­mi jak w aresz­cie. Ko­lej­nym eta­pem sta­ją się za­zwy­czaj „do­ro­słe” wię­zie­nia i przy­mu­so­we le­cze­nie w za­kła­dzie psy­chia­trycz­nym. Bir­git­ta­går­den na­le­ży do nie­wie­lu wy­jąt­ków – ofe­ru­je miej­sce dziew­czę­tom, któ­re do­ce­lo­wo mają wró­cić do otwar­tych od­dzia­łów opie­ki.

Eli­sa­bet zwy­kła ma­wiać, że do Bir­git­ta­går­den tra­fia­ją grzecz­ne dziew­czyn­ki.

Ko­bie­ta bie­rze ostat­ni ka­wa­łek gorz­kiej cze­ko­la­dy, wkła­da do ust i czu­je pod ję­zy­kiem roz­pły­wa­ją­cą się sło­dycz i ła­sko­ta­nie go­ry­czy. Jej ra­mio­na po­wo­li się roz­luź­nia­ją. Wie­czór był trud­ny, a prze­cież dzień za­czął się tak do­brze. Lek­cje przed po­łu­dniem, za­ba­wa i po lun­chu ką­piel w je­zio­rze.

Po ko­la­cji go­spo­dy­ni po­je­cha­ła do domu i Eli­sa­bet zo­sta­ła sama. Per­so­nel noc­ny zre­du­ko­wa­no czte­ry mie­sią­ce temu po wy­ku­pie­niu przez hol­ding Blan­che­ford fir­my me­dycz­nej, do któ­rej na­le­ża­ło Bir­git­ta­går­den.

Uczen­ni­ce mia­ły tego dnia po­zwo­le­nie na oglą­da­nie te­le­wi­zji do dzie­sią­tej. Eli­sa­bet sie­dzia­ła w kan­tor­ku pie­lę­gnia­rek i pró­bo­wa­ła nad­go­nić pa­pier­ko­wą ro­bo­tę, kie­dy usły­sza­ła peł­ne zło­ści okrzy­ki. Po­bie­gła do po­ko­ju te­le­wi­zyj­ne­go i zo­ba­czy­ła, że Mi­ran­da rzu­ci­ła się na małą Tu­ulę. Wy­krzy­ki­wa­ła, że Tu­ula to cipa i dziw­ka, ścią­gnę­ła ją z ka­na­py i za­czę­ła ko­pać w ple­cy.

Eli­sa­bet zdą­ży­ła się już przy­zwy­cza­ić do gwał­tow­no­ści Mi­ran­dy. Wpa­dła do po­ko­ju i od­cią­gnę­ła dziew­czy­nę od Tu­uli, ale od razu do­sta­ła w twarz i mu­sia­ła wrza­snąć coś o nie­do­pusz­czal­nym za­cho­wa­niu. Bez sło­wa za­pro­wa­dzi­ła nie­sfor­ną wy­cho­wan­kę na re­wi­zję i do izo­lat­ki.

Ży­czy­ła jej do­brej nocy, ale Mi­ran­da nie od­po­wie­dzia­ła. Sie­dzia­ła na łóż­ku ze wzro­kiem wbi­tym w pod­ło­gę i uśmie­cha­ła się do sie­bie, kie­dy Eli­sa­bet za­my­ka­ła za sobą drzwi na klucz.

Nowa dziew­czyn­ka Vic­ky Ben­net mia­ła usta­lo­ną go­dzi­nę roz­mo­wy wie­czor­nej, ale ze wzglę­du na kon­flikt mię­dzy Mi­ran­dą a Tu­ulą Eli­sa­bet nie zdą­ży­ła jej prze­pro­wa­dzić. Vic­ky nie­śmia­ło przy­po­mnia­ła, że te­raz jej ko­lej na roz­mo­wę in­dy­wi­du­al­ną, a kie­dy się oka­za­ło, że trze­ba ją odło­żyć, zro­bi­ło się jej przy­kro, roz­bi­ła fi­li­żan­kę, wzię­ła ka­wa­łek sko­ru­py i prze­cią­gnę­ła nim po brzu­chu i nad­garst­kach.

Kie­dy Eli­sa­bet we­szła do po­ko­ju, Vic­ky sie­dzia­ła, za­sła­nia­jąc za­krwa­wio­ny­mi rę­ka­mi twarz.

Pie­lę­gniar­ka prze­my­ła po­wierz­chow­ne rany, na­kle­iła jej pla­ster na brzu­chu, opa­trzy­ła ręce ga­zi­ka­mi, po­cie­sza­ła ją, na­zy­wa­jąc „skar­bem”, aż w koń­cu zo­ba­czy­ła na jej buzi nie­śmia­ły uśmiech. Trze­cią noc z rzę­du po­da­ła jej dzie­sięć mi­li­gra­mów So­na­ty, żeby mała mo­gła za­snąć.

2

Te­raz wszyst­kie uczen­ni­ce śpią i w Bir­git­ta­går­den pa­nu­je ci­sza. W oknie po­ko­ju pie­lę­gnia­rek świe­ci się lamp­ka, przez co świat na ze­wnątrz wy­da­je się czar­ny jak smo­ła.

Eli­sa­bet sie­dzi przed kom­pu­te­rem i za­pi­su­je w dzien­ni­ku wy­da­rze­nia dnia, a jej czo­ło prze­ci­na głę­bo­ka bruz­da.

Zbli­ża się dwu­na­sta i ko­bie­ta zda­je so­bie spra­wę, że nie zdą­ży­ła na­wet za­żyć wie­czor­nej ta­blet­ki. Swo­jej „dział­ki”, jak ma­wia w żar­tach. Noc­ne dy­żu­ry i cięż­kie dni spra­wi­ły, że ma pro­ble­my ze snem. Za­ży­wa dzie­sięć mi­li­gra­mów Stil­noc­tu, żeby móc za­snąć oko­ło je­de­na­stej i od­po­cząć przez kil­ka go­dzin.

Wrze­śnio­we ciem­no­ści za­mknę­ły się wo­kół lasu, ale wciąż jesz­cze wi­docz­na jest gład­ka po­wierzch­nia je­zio­ra Him­mel­sjön, lśnią­ca jak ma­ci­ca per­ło­wa.

W koń­cu Eli­sa­bet może wy­łą­czyć kom­pu­ter i za­żyć lek. Otu­la się szczel­niej ka­mi­zel­ką i my­śli so­bie, że mia­ła­by ocho­tę na kie­li­szek czer­wo­ne­go wina, coś do czy­ta­nia i po­ga­węd­kę z Da­nie­lem.

Jed­nak dziś w nocy ma dy­żur i bę­dzie spa­ła w po­ko­ju pie­lę­gnia­rek.

Wzdra­ga się, kie­dy na­gle Bu­ster za­czy­na szcze­kać na po­dwó­rzu. Pies uja­da tak za­wzię­cie, że Eli­sa­bet czu­je na rę­kach gę­sią skór­kę.

Jest póź­no, po­win­na się po­ło­żyć. Za­zwy­czaj o tej po­rze już śpi.

Kie­dy ga­śnie mo­ni­tor, w po­ko­ju robi się zu­peł­nie ciem­no. Wszyst­ko na­gle zda­je się to­nąć w ci­szy. Eli­sa­bet sły­szy dźwię­ki, któ­re sama wy­wo­łu­je. Syk­nię­cie po­dusz­ki, kie­dy wsta­je z krze­sła, skrzy­pie­nie de­sek, kie­dy pod­cho­dzi do okna. Pró­bu­je wyj­rzeć na ze­wnątrz, ale ciem­ność od­bi­ja je­dy­nie jej wła­sną twarz, po­ko­ik z kom­pu­te­rem i te­le­fo­nem, ścia­ny po­ma­lo­wa­ne sza­blo­nem na żół­to i zie­lo­no.

Na­gle za­uwa­ża, jak za jej ple­ca­mi drzwi nie­co się uchy­la­ją.

Ser­ce za­czy­na jej szyb­ciej bić. Drzwi były przy­mknię­te, ale te­raz są otwar­te do po­ło­wy. To pew­nie prze­ciąg, pró­bu­je so­bie wmó­wić. Piec ka­flo­wy w ja­dal­ni wcią­ga dużo po­wie­trza.

Eli­sa­bet czu­je w ser­cu dziw­ny nie­po­kój, w ży­łach za­czy­na jej peł­zać strach. Nie ma od­wa­gi się od­wró­cić, wpa­tru­je się tyl­ko w od­bi­cie drzwi w ciem­nej szy­bie.

Wsłu­chu­je się w ci­szę, w de­li­kat­ne ty­ka­nie wy­łą­cza­ją­ce­go się kom­pu­te­ra.

Chcąc otrzą­snąć się z nie­przy­jem­ne­go wra­że­nia, wy­cią­ga rękę i gasi lamp­kę na okien­nym pa­ra­pe­cie, a po­tem od­wra­ca się.

Drzwi są otwar­te na oścież.

Eli­sa­bet czu­je dreszcz wzdłuż krę­go­słu­pa.

W ko­ry­ta­rzu pro­wa­dzą­cym do ja­dal­ni i po­ko­jów uczen­nic świe­ci się świa­tło. Wy­cho­dzi z dy­żur­ki, żeby spraw­dzić, czy drzwicz­ki pie­ca są za­mknię­te, kie­dy na­gle sły­szy szept do­cho­dzą­cy z po­ko­jów dziew­cząt.

3

Eli­sa­bet stoi nie­ru­cho­mo, na­słu­chu­jąc, ze wzro­kiem wbi­tym w ko­ry­tarz. Naj­pierw nic nie sły­chać, po­tem zno­wu ja­kiś dźwięk. Szept tak ci­chy, że pra­wie nie­uchwyt­ny.

– Te­raz two­ja ko­lej, za­mknij oczy.

Ko­bie­ta boi się po­ru­szyć, wpa­tru­je się w ciem­ność, mru­ga, ale nie może do­strzec żad­nych po­sta­ci.

I w mo­men­cie kie­dy do­cho­dzi do wnio­sku, że to pew­nie któ­raś z dziew­cząt mó­wi­ła przez sen, sły­chać dziw­ny od­głos, jak­by ktoś upu­ścił na pod­ło­gę przej­rza­łą brzo­skwi­nię. I jesz­cze je­den owoc. Cięż­ki i mo­kry. Szu­ra­nie prze­su­wa­ne­go sto­łu i jesz­cze dwie brzo­skwi­nie spa­da­ją­ce na pod­ło­gę.

Eli­sa­bet ką­tem oka do­strze­ga ja­kiś ruch. Od­wra­ca się i wi­dzi, że drzwi do ja­dal­ni po­wo­li się za­my­ka­ją.

– Cze­kaj – woła, choć wy­da­je się jej, że to zno­wu tyl­ko prze­ciąg.

Pod­cho­dzi, chwy­ta za klam­kę i czu­je dziw­ny opór, nie­wiel­ką pró­bę sił, a po­tem drzwi ustę­pu­ją.

Eli­sa­bet wcho­dzi do ja­dal­ni. Jest uważ­na, pró­bu­je ogar­nąć po­miesz­cze­nie wzro­kiem. Po­ry­so­wa­ny stół lek­ko po­ły­sku­je. Ostroż­nie zbli­ża się do pie­ca, wi­dzi od­bi­cie swo­ich ru­chów w mo­sięż­nych drzwicz­kach. Z roz­grza­ne­go ko­mi­na ema­nu­je cie­pło.

Na­gle coś trza­ska i stu­ka. Eli­sa­bet robi krok w tył i wpa­da na krze­sło. To tyl­ko roz­ża­rzo­ne drew­no pę­kło i ude­rzy­ło od we­wnątrz w drzwicz­ki pie­ca. Sto­łów­ka jest pu­sta.

Eli­sa­bet wcią­ga głę­bo­ko po­wie­trze, wy­cho­dzi z ja­dal­ni i ru­sza z po­wro­tem w stro­nę swo­je­go po­ko­iku. Na­gle za­trzy­mu­je się i znów za­czy­na na­słu­chi­wać.

Od stro­ny po­ko­jów dziew­cząt nic nie sły­chać. W po­wie­trzu uno­si się kwa­śna­wy za­pach, jak­by cie­pły i me­ta­licz­ny. Eli­sa­bet wy­tę­ża wzrok, wy­pa­tru­jąc ru­chów w ciem­nym ko­ry­ta­rzu, ale wszę­dzie pa­nu­je spo­kój. Mimo to coś ją cią­gnie ku rzę­do­wi nie­za­mknię­tych na klucz drzwi. Nie­któ­re są uchy­lo­ne, inne za­trza­śnię­te.

Po pra­wej stro­nie znaj­du­ją się to­a­le­ty, a po­tem wnę­ka z wej­ściem do izo­lat­ki, w któ­rej śpi Mi­ran­da. Wi­zjer w drzwiach po­ły­sku­je. Eli­sa­bet sta­je i wstrzy­mu­je od­dech. W któ­rymś z po­ko­jów sły­chać szept, któ­ry milk­nie, kie­dy ko­bie­ta pod­cho­dzi bli­żej.

– Bądź­cie ci­cho – mówi na głos.

Ser­ce za­czy­na jej moc­niej bić, kie­dy sły­szy se­rię szyb­kich ude­rzeń. Trud­no zlo­ka­li­zo­wać dźwięk, ale brzmi to tak, jak­by Mi­ran­da, le­żąc w łóż­ku, ko­pa­ła bo­sy­mi sto­pa­mi w ścia­nę. Eli­sa­bet ma za­miar po­dejść i zaj­rzeć do niej przez wi­zjer, kie­dy za­uwa­ża ja­kąś po­stać w ciem­nej wnę­ce. Czło­wiek.

Ko­bie­ta za­chły­stu­je się po­wie­trzem i za­czy­na się co­fać, czu­jąc dziw­ną ocię­ża­łość w cie­le. W jed­nej chwi­li zda­je so­bie spra­wę z nie­bez­pie­czeń­stwa, ale strach spo­wal­nia jej ru­chy. Do­pie­ro skrzyp­nię­cie pod­ło­gi w ko­ry­ta­rzu wy­zwa­la im­puls do uciecz­ki, ra­to­wa­nia ży­cia.

Po­stać w ciem­no­ści po­ru­sza się rap­tow­nie. Eli­sa­bet od­wra­ca się, za­czy­na biec, sły­szy za sobą kro­ki, po­ty­ka się o dy­wa­nik, ude­rza ra­mie­niem w ścia­nę, bie­gnie na­przód. Ła­god­ny głos na­ma­wia ją, żeby się za­trzy­ma­ła, ale ona nie chce, bie­gnie da­lej ko­ry­ta­rzem. Drzwi otwie­ra­ją się i za­my­ka­ją z trza­skiem.

W pa­ni­ce mija po­kój do prze­pro­wa­dza­nia re­wi­zji oso­bi­stych, od­py­cha­jąc się od ścian. Ta­bli­ca z kon­wen­cją ONZ o pra­wach dziec­ka spa­da z haka i ude­rza o pod­ło­gę. Eli­sa­bet do­pa­da drzwi, szu­ka po omac­ku klam­ki, otwie­ra z im­pe­tem i wy­bie­ga w chłód nocy, śli­zga­jąc się na ob­lo­dzo­nych scho­dach. Upa­da na bio­dro, noga jej się pod­wi­ja, czu­je prze­szy­wa­ją­cy ból w ko­st­ce, krzy­czy. Zsu­wa się na zie­mię, sły­szy cięż­kie kro­ki w sie­ni, od­czoł­gu­je się ka­wa­łek, pan­to­fle spa­da­ją jej ze stóp. Z ję­kiem bólu wsta­je.

4

Pies szcze­ka na nią, bie­ga w kół­ko, dy­szy i sko­wy­czy. Eli­sa­bet, ku­le­jąc, od­da­la się od domu przez ciem­ne po­dwó­rze. Pies znów za­czy­na uja­dać, wście­kle, ury­wa­nie. Pie­lę­gniar­ka zda­je so­bie spra­wę, że nie prze­drze się przez las, a do naj­bliż­sze­go go­spo­dar­stwa jest da­le­ko – pół go­dzi­ny sa­mo­cho­dem. Nie ma do­kąd uciec. Roz­glą­da się w ciem­no­ściach i cho­wa za su­szar­nią. Do­cie­ra do bu­dyn­ku go­spo­dar­cze­go, trzę­są­cy­mi się rę­ko­ma otwie­ra drzwi, wcho­dzi do środ­ka i ostroż­nie za­my­ka je za sobą.

Cięż­ko dy­sząc, pada na pod­ło­gę i wy­cią­ga te­le­fon.

– Boże, Boże…

Ręce drżą jej tak moc­no, że upusz­cza ko­mór­kę na pod­ło­gę. Klap­ka z tyłu od­pa­da, wy­la­tu­je ba­te­ria. Ko­bie­ta za­czy­na skła­dać czę­ści, kie­dy sły­szy chrzęst kro­ków na po­dwó­rzu.

Wstrzy­mu­je od­dech. Czu­je dud­nie­nie pul­su, w uszach jej szu­mi. Pró­bu­je zo­ba­czyć coś przez ni­skie okien­ko.

Pies szcze­ka tuż pod drzwia­mi. Bu­ster po­biegł za nią, a te­raz pod­nie­co­ny dra­pie w drzwi i pisz­czy.

Eli­sa­bet wczoł­gu­je się głę­biej w róg, obok mu­ro­wa­ne­go pa­le­ni­ska, sta­ra się od­dy­chać jak naj­ci­szej. Cho­wa się za ko­szem na drew­no i wty­ka ba­te­rię te­le­fo­nu we wła­ści­we miej­sce.

Kie­dy drzwi do szo­py otwie­ra­ją się, Eli­sa­bet nie może po­wstrzy­mać wrza­sku. W pa­ni­ce prze­su­wa się wzdłuż ścia­ny, ale nie ma do­kąd uciec. Wi­dzi gu­mo­we buty, po­stać w cie­niu, a po­tem strasz­ną twarz i mło­tek trzy­ma­ny w gar­ści, ciem­ny po­łysk, masę.

Schy­la gło­wę, po­słusz­na gło­so­wi, i za­kry­wa twarz.

Cień waha się, ale po­tem pły­nie przez pod­ło­gę, do­ci­ska Eli­sa­bet nogą do zie­mi i ude­rza z ca­łej siły. Ko­bie­tę wy­peł­nia pa­lą­cy ból gło­wy tuż nad li­nią wło­sów. Prze­sta­je co­kol­wiek wi­dzieć. Cier­pie­nie jest po­twor­ne, ale jed­no­cze­śnie ofia­ra czu­je wy­raź­nie, jak po uszach i szyi ni­czym piesz­czo­ta spły­wa cie­pła krew.

Na­stęp­ny cios tra­fia w to samo miej­sce, gło­wa od­ska­ku­je, ale Eli­sa­bet czu­je już tyl­ko, jak jej płu­ca wy­peł­nia­ją się po­wie­trzem. Ze zdzi­wie­niem stwier­dza, że po­wie­trze, któ­rym od­dy­cha, jest cu­dow­nie słod­kie, a po­tem tra­ci przy­tom­ność.

Nie czu­je po­zo­sta­łych ude­rzeń ani jak cia­ło po­dry­gu­je w ich rytm. Nie wi­dzi już, jak ktoś wy­cią­ga z jej kie­sze­ni klu­cze do dy­żur­ki i izo­lat­ki. Nie wie też, że zo­sta­je po­rzu­co­na na pod­ło­dze, a pies wśli­zgu­je się do szo­py i zli­zu­je krew z jej zmiaż­dżo­nej gło­wy, pod­czas gdy po­wo­li ucho­dzi z niej ży­cie.

5

Ktoś zo­sta­wił na sto­le wiel­kie czer­wo­ne jabł­ko. Błysz­czy i wy­glą­da bar­dzo sma­ko­wi­cie. Stwier­dzi­ła, że je zje, a po­tem bę­dzie się za­cho­wy­wać jak gdy­by nig­dy nic. Ma w no­sie py­ta­nia i glę­dze­nie, bę­dzie so­bie sie­dzieć na­bur­mu­szo­na i już.

Wy­cią­ga rękę, ale kie­dy do­ty­ka owo­cu, oka­zu­je się, że jest prze­gni­ły. Pal­ce za­nu­rza­ją się w mięk­kim, zim­nym miąż­szu.

Nina Mo­lan­der bu­dzi się, szar­piąc ręką. Jest śro­dek nocy. Leży w łóż­ku. Sły­chać tyl­ko szcze­ka­nie psa na po­dwó­rzu. To nowe le­kar­stwo prze­ry­wa jej w nocy sen, musi wsta­wać do ła­zien­ki. Puch­ną jej łyd­ki i sto­py, ale po­trze­bu­je tego leku, bo bez nie­go ma czar­ne my­śli, o nic nie dba i nie ma na nic siły, leży tyl­ko z za­mknię­ty­mi oczy­ma.

My­śli, że przy­da­ło­by jej się ja­kieś świa­teł­ko w tu­ne­lu, coś, na co mo­gła­by się cie­szyć, a nie tyl­ko roz­my­śla­nia o śmier­ci.

Nina od­su­wa koł­drę, sta­wia sto­py na cie­płej drew­nia­nej pod­ło­dze i wsta­je z łóż­ka. Ma pięt­na­ście lat, pro­ste ja­sne wło­sy, moc­ną bu­do­wę cia­ła – sze­ro­kie bio­dra i ob­fi­ty biust. Bia­ła fla­ne­lo­wa ko­szu­la noc­na opi­na się jej na brzu­chu.

Dom to­nie w ci­szy, a ko­ry­tarz roz­ja­śnia je­dy­nie zie­lo­na po­świa­ta zna­ków ewa­ku­acyj­nych. Za drzwia­mi jed­ne­go z po­ko­jów sły­chać dziw­ne szep­ty. Nina uzna­je, że pew­nie po­zo­sta­łe dziew­czy­ny urzą­dzi­ły im­pre­zę, ale na­wet nie ra­czy­ły za­py­tać, czy chcia­ła­by się przy­łą­czyć.

„I tak bym nie chcia­ła”, my­śli.

W po­wie­trzu uno­si się za­pach wy­ga­słe­go ognia. Pies zno­wu za­czy­na szcze­kać. Na ko­ry­ta­rzu pod­ło­ga jest chłod­niej­sza. Nina nie sta­ra się iść ci­cho, ma ocho­tę trza­snąć drzwia­mi do ubi­ka­cji, i to nie raz. Ma gdzieś, że Al­mi­ra się wściek­nie i że bę­dzie po­tem rzu­cać w lu­dzi róż­ny­mi przed­mio­ta­mi.

Sta­re de­ski pod­ło­gi ci­cho po­skrzy­pu­ją. Nina idzie w stro­nę ła­zie­nek, ale za­trzy­mu­je się, kie­dy pod pra­wą sto­pą wy­czu­wa coś mo­kre­go. Spod drzwi izo­lat­ki, w któ­rej śpi Mi­ran­da, wy­pły­wa ciem­na ka­łu­ża. Nina po­cząt­ko­wo stoi bez ru­chu, nie wie, co ro­bić, ale po chwi­li za­uwa­ża, że klucz jest w zam­ku. Dziw­ne.

Chwy­ta za błysz­czą­cą klam­kę, otwie­ra drzwi, wcho­dzi do środ­ka i za­pa­la świa­tło. Krew jest wszę­dzie – ka­pie, po­ły­sku­je, pły­nie. Mi­ran­da leży na łóż­ku.

Nina robi kil­ka kro­ków w tył, w szo­ku bez­wied­nie od­da­je mocz. Opie­ra się jed­ną ręką o ścia­nę, wi­dzi krwa­we śla­dy bu­tów na pod­ło­dze i ma wra­że­nie, że za­raz ze­mdle­je.

Od­wra­ca się, jest na ko­ry­ta­rzu, otwie­ra drzwi do po­ko­ju obok, wcho­dzi do środ­ka i po­trzą­sa ra­mie­niem Ca­ro­li­ne.

– Mi­ran­da jest ran­na – szep­ce. – Chy­ba jest ran­na.

– Co ro­bisz w moim po­ko­ju? – pyta Ca­ro­li­ne i sia­da na łóż­ku. – Któ­ra wła­ści­wie jest go­dzi­na?

– Na pod­ło­dze jest krew! – krzy­czy Nina.

– Uspo­kój się.

6

Nina od­dy­cha bar­dzo szyb­ko. Pa­trzy w oczy Ca­ro­li­ne. Chce za wszel­ką cenę po­wie­dzieć jej, co strasz­ne­go wi­dzia­ła, a jed­no­cze­śnie jest zdzi­wio­na, sły­sząc wła­sny głos, i tym, że w ogó­le od­wa­ży­ła się krzy­czeć w środ­ku nocy.

– Wszę­dzie jest krew!

– Ci­cho bądź – ce­dzi przez zęby Ca­ro­li­ne i wsta­je z łóż­ka.

Krzyk Niny obu­dził po­zo­sta­łe dziew­czę­ta, z ich po­ko­jów do­bie­ga­ją gło­sy.

– Chodź, zo­bacz – mówi Nina, dra­piąc ner­wo­wo ra­mio­na. – Mi­ran­da dziw­nie wy­glą­da, mu­sisz tam iść, mu­sisz…

– Mo­żesz się uspo­ko­ić? Pój­dę, zo­ba­czę, ale na pew­no…

W ko­ry­ta­rzu roz­le­ga się krzyk ma­łej Tu­uli. Ca­ro­li­ne wy­bie­ga z po­ko­ju. Tu­ula stoi przed izo­lat­ką, oczy ma sze­ro­ko otwar­te z prze­ra­że­nia. Na ko­ry­tarz wy­cho­dzi In­die, dra­piąc się pod pa­chą.

Ca­ro­li­ne od­cią­ga Tu­ulę, ale ką­tem oka do­strze­ga krew na ścia­nach i bia­łe cia­ło Mi­ran­dy. Ser­ce moc­no jej bije. Za­sła­nia In­die wi­dok, do gło­wy przy­cho­dzi jej myśl, że żad­na z nich nie po­win­na oglą­dać wię­cej sa­mo­bójstw.

– Był wy­pa­dek – oznaj­mia krót­ko. – Mo­żesz za­brać wszyst­kich do ja­dal­ni, In­die?

– Coś się sta­ło Mi­ran­dzie? – pyta dziew­czy­na.

– Tak, mu­si­my obu­dzić Eli­sa­bet.

Lu Chu i Al­mi­ra wy­cho­dzą z jed­ne­go po­ko­ju. Lu Chu ma na so­bie tyl­ko spodnie od pi­ża­my, a Al­mi­ra owi­nę­ła się koł­drą.

– Idź­cie do ja­dal­ni – mówi In­die.

– Mogę naj­pierw umyć twarz? – pyta Lu Chu.

– Weź ze sobą Tu­ulę.

– Co się tu dzie­je? – pyta Al­mi­ra.

– Nie wie­my – uci­na Ca­ro­li­ne.

Pod­czas gdy In­die pró­bu­je ze­brać wszyst­kich w ja­dal­ni, Ca­ro­li­ne idzie do po­ko­ju pie­lę­gnia­rek. Wie, że Eli­sa­bet za­ży­wa ta­blet­ki na­sen­ne i że nig­dy się nie bu­dzi, kie­dy dziew­czy­ny bie­ga­ją po ko­ry­ta­rzu.

Ca­ro­li­ne ło­mo­cze do drzwi.

– Eli­sa­bet, wsta­waj!

Nikt nie re­agu­je na jej wo­ła­nie. Od­po­wia­da jej ci­sza.

Ca­ro­li­ne mija po­kój re­wi­zyj­ny i idzie do dy­żur­ki. Drzwi są otwar­te, wcho­dzi więc, pod­no­si słu­chaw­kę te­le­fo­nu i dzwo­ni do Da­nie­la – pierw­szej oso­by, któ­ra przy­cho­dzi jej na myśl.

Na li­nii sły­chać trza­ski.

In­die i Nina wcho­dzą do dy­żur­ki. Nina ma bla­de usta, po­ru­sza się nie­zgrab­nie i drży na ca­łym cie­le.

– Po­cze­kaj­cie w ja­dal­ni – mówi krót­ko Ca­ro­li­ne.

– Ale krew? Wi­dzia­łaś krew? – krzy­czy Nina, ka­le­cząc pa­znok­cia­mi pra­wą rękę.

– Da­niel Grim – w słu­chaw­ce od­zy­wa się zmę­czo­ny głos.

– To ja, Ca­ro­li­ne, zda­rzył się wy­pa­dek, nie mogę do­bu­dzić Eli­sa­bet, nie mogę jej obu­dzić, więc dzwo­nię do cie­bie, nie wiem, co ro­bić.

– Mam sto­py we krwi! – wrzesz­czy Nina. – Sto­py we krwi!

– Uspo­kój się! – krzy­czy In­die, pró­bu­jąc ją od­cią­gnąć.

– Co tam się dzie­je? – pyta Da­niel, w jed­nej chwi­li otrzą­sa­jąc się ze snu.

– Mi­ran­da jest w izo­lat­ce, peł­no tam krwi – od­po­wia­da Ca­ro­li­ne, prze­ły­ka­jąc gło­śno śli­nę. – Nie wiem, co mamy…

– Jest cięż­ko ran­na?

– Tak, wy­da­je mi się… To zna­czy ja…

– Ca­ro­li­ne – prze­ry­wa jej Da­niel. – Dzwo­nię po ka­ret­kę i…

– Ale co ja mam ro­bić? Co ja…

– Zo­bacz, czy Mi­ran­da po­trze­bu­je po­mo­cy i spró­buj obu­dzić Eli­sa­bet – od­po­wia­da męż­czy­zna.

7

Cen­tra­la alar­mo­wa w Sund­svall mie­ści się w trzy­pię­tro­wym bu­dyn­ku z czer­wo­nej ce­gły przy Björ­ne­borgs­ga­tan obok par­ku Bäck. Ja­smin za­zwy­czaj nie ma pro­ble­mu z noc­ny­mi dy­żu­ra­mi, ale dziś czu­je się wy­jąt­ko­wo zmę­czo­na. Jest czwar­ta rano, naj­gor­sza go­dzi­na mi­nę­ła.

Sie­dzi przed mo­ni­to­rem kom­pu­te­ra, z ze­sta­wem słu­chaw­ko­wym na gło­wie i dmu­cha na czar­ną kawę w kub­ku. Z po­ko­ju so­cjal­ne­go sły­chać roz­mo­wy i żar­ty. Wczo­raj na pierw­szych stro­nach ga­zet po­ja­wi­ła się in­for­ma­cja, że pra­cow­ni­ca po­li­cyj­nej cen­tra­li alar­mo­wej do­ra­bia­ła so­bie sek­sem przez te­le­fon. Oka­za­ło się, że tyl­ko pra­co­wa­ła w ad­mi­ni­stra­cji fir­my sprze­da­ją­cej ta­kie usłu­gi, ale pra­sa wie­czor­na przed­sta­wi­ła to tak, jak­by od­bie­ra­ła w cen­tra­li dwa ro­dza­je roz­mów.

Ja­smin zer­ka na mo­ni­tor, a po­tem wy­glą­da przez okno. Jesz­cze jest ciem­no. Dro­gą prze­jeż­dża z ło­sko­tem cię­ża­rów­ka. Ka­wa­łek da­lej stoi la­tar­nia, bla­da po­świa­ta spo­wi­ja ko­ro­nę drze­wa, sza­rą skrzyn­kę roz­dziel­czą i frag­ment pu­ste­go chod­ni­ka.

Ko­bie­ta od­sta­wia ku­bek i od­bie­ra po­łą­cze­nie:

– SOS 112. Co się sta­ło?

– Na­zy­wam się Da­niel Grim, je­stem ku­ra­to­rem so­cjal­nym w Bir­git­ta­går­den. Wła­śnie dzwo­ni­ła jed­na z uczen­nic, to chy­ba coś po­waż­ne­go. Mu­si­cie tam je­chać.

– Może pan po­wie­dzieć, co się sta­ło? – pyta Ja­smin, jed­no­cze­śnie szu­ka­jąc w kom­pu­te­rze Bir­git­ta­går­den.

– Nie wiem do­kład­nie, dzwo­ni­ła jed­na z dziew­czy­nek. Nie zro­zu­mia­łem do­brze, o co cho­dzi­ło. Ktoś krzy­czał w tle, a ona pła­ka­ła i mó­wi­ła, że w po­ko­ju jest peł­no krwi.

Ja­smin po­ka­zu­je na migi swo­jej ko­le­żan­ce In­grid San­dén, że po­trze­ba bę­dzie wię­cej ope­ra­to­rów.

– Czy jest pan na miej­scu? – pyta In­grid.

– Nie, by­łem w domu, spa­łem, kie­dy za­dzwo­ni­ła.

– Mówi pan o Bir­git­ta­går­den na pół­noc od Sun­nås? – upew­nia się spo­koj­nie Ja­smin.

– Bła­gam, po­spiesz­cie się – pro­si męż­czy­zna drżą­cym gło­sem.

– Wy­sy­ła­my po­li­cję i ka­ret­kę do Bir­git­ta­går­den na pół­noc od Sun­nås – po­wta­rza Ja­smin.

Roz­łą­cza się i alar­mu­je po­li­cję i po­go­to­wie.

In­grid da­lej wy­py­tu­je Da­nie­la:

– Czy Bir­git­ta­går­den to nie jest dom dla mło­dzie­ży?

– Tak, taki ro­dzaj domu dla mło­dzie­ży.

– Chy­ba po­wi­nien tam być ktoś z per­so­ne­lu?

– Zga­dza się, dy­żur ma moja żona Eli­sa­bet, za­raz do niej za­dzwo­nię… Nie wiem, co się dzie­je, nie mam po­ję­cia.

– Po­li­cja jest już w dro­dze – mówi uspo­ka­ja­ją­co In­grid, ką­tem oka do­strze­ga­jąc nie­bie­skie świa­tła pierw­szych ka­re­tek omia­ta­ją­ce opu­sto­sza­łe uli­ce.

8

Wą­ska dro­ga od­cho­dzą­ca od tra­sy 86 pro­wa­dzi pro­sto przez ciem­ny las do je­zio­ra Him­mel­sjön i Bir­git­ta­går­den. Pod ko­ła­mi po­li­cyj­nych sa­mo­cho­dów chrzę­ści żwir. Świa­tła re­flek­to­rów mi­go­czą mię­dzy wy­so­ki­mi pnia­mi so­sen.

– By­łaś już tu kie­dyś? – pyta Rolf Wik­ner, wrzu­ca­jąc czwór­kę.

– Tak. Kil­ka lat temu jed­na z dziew­czy­nek pró­bo­wa­ła pod­pa­lić bu­dy­nek – po­twier­dza Son­ja Rask.

– Do dia­bła, cze­mu nie mogą zła­pać ni­ko­go z per­so­ne­lu? – bur­czy Rolf.

– Na pew­no mają peł­ne ręce ro­bo­ty. Bez wzglę­du na to, co się sta­ło – od­po­wia­da Son­ja.

– Ale by­ło­by do­brze wie­dzieć co­kol­wiek wię­cej.

– Fakt.

Milk­ną i słu­cha­ją wy­mia­ny zdań przez po­li­cyj­ne ra­dio. Ka­ret­ka po­go­to­wia jest już w dro­dze i wy­je­chał jesz­cze je­den ra­dio­wóz.

Dro­ga, jak wie­le dróg do zwóz­ki drew­na, bie­gnie zu­peł­nie pro­sto. Opo­ny dud­nią na wy­bo­jach. W bocz­nych oknach mi­ga­ją pnie drzew, nie­bie­skie świa­tło po­li­cyj­ne­go ko­gu­ta wni­ka głę­bo­ko w las. Kie­dy już wjeż­dża­ją na po­dwó­rze mię­dzy bru­nat­ne bu­dyn­ki Bir­git­ta­går­den, Son­ja ra­por­tu­je do cen­tra­li.

Na scho­dach głów­ne­go bu­dyn­ku stoi dziew­czyn­ka w ko­szu­li noc­nej. Oczy ma roz­sze­rzo­ne ze stra­chu, twarz bla­dą, nie­obec­ną. Rolf i Son­ja wy­sia­da­ją z sa­mo­cho­du i pod­cho­dzą do niej w pul­su­ją­cym nie­bie­skim świe­tle, ale dziew­czyn­ka zda­je się ich nie za­uwa­żać.

Pies za­czy­na uja­dać.

– Czy ktoś jest ran­ny? – woła Rolf. – Czy ktoś po­trze­bu­je po­mo­cy?

Dziew­czyn­ka z roz­tar­gnie­niem ma­cha ręką w stro­nę lasu, chwie­je się i pró­bu­je zro­bić krok, ale w tej sa­mej chwi­li nogi się pod nią ugi­na­ją. Upa­da na ple­cy i ude­rza się w gło­wę.

– Do­brze się czu­jesz? – pyta Son­ja, pod­bie­ga­jąc do niej.

Dziew­czyn­ka leży na scho­dach, wbi­ja wzrok w nie­bo, od­dy­cha szyb­ko i płyt­ko. Son­ja za­uwa­ża, że po­dra­pa­ła so­bie ręce i szy­ję.

– Wcho­dzę – oznaj­mia Rolf zde­cy­do­wa­nie.

Son­ja zo­sta­je z dziew­czyn­ką, któ­ra wy­raź­nie jest w szo­ku, i cze­ka z nią na ka­ret­kę, a Rolf wcho­dzi do bu­dyn­ku. Wi­dzi krwa­we od­ci­ski bu­tów i go­łych stóp bie­gną­ce w róż­ne stro­ny. Dłu­gie kro­ki pro­wa­dzą przez ko­ry­tarz do sie­ni i z po­wro­tem. Rolf czu­je przy­pływ ad­re­na­li­ny. Sta­ra się nie za­dep­tać śla­dów, ale jego naj­waż­niej­szym za­da­niem jest ra­to­wa­nie ży­cia.

Za­glą­da do po­ko­ju dzien­ne­go i wi­dzi, że wszyst­kie lam­py się świe­cą, a na dwóch ka­na­pach sie­dzą czte­ry dziew­czyn­ki.

– Czy ktoś jest ran­ny? – pyta gło­śno.

– Może tro­chę. – Ru­do­wło­sa dziew­czyn­ka w ró­żo­wym dre­sie uśmie­cha się.

– Gdzie ona jest? – pyta za­nie­po­ko­jo­ny po­li­cjant.

– Mi­ran­da leży w łóż­ku – od­po­wia­da star­sza dziew­czy­na o ciem­nych, pro­stych wło­sach.

– Tu­taj? – Rolf wska­zu­je na część sy­pial­ną ko­ry­ta­rza.

Dziew­czy­na kiwa tyl­ko gło­wą w od­po­wie­dzi, więc Rolf po­dą­ża za krwa­wy­mi od­ci­ska­mi stóp, mija ja­dal­nię, w któ­rej mie­ści się wiel­ki drew­nia­ny stół i piec ka­flo­wy, a na­stęp­nie wkra­cza do ciem­nej czę­ści ko­ry­ta­rza z sze­re­giem drzwi pro­wa­dzą­cych do pry­wat­nych po­ko­jów uczen­nic. Wszę­dzie wi­dać krwa­we śla­dy bu­tów i bo­sych stóp. Sta­ra pod­ło­ga skrzy­pi. Rolf sta­je, od­cze­pia z pa­ska la­tar­kę i oświe­tla ko­ry­tarz. Szyb­ko prze­bie­ga wzro­kiem po ręcz­nie wy­ma­lo­wa­nych na ścia­nach po­rze­ka­dłach i cy­ta­tach z Bi­blii, a po­tem kie­ru­je świa­tło w dół.

Spod drzwi znaj­du­ją­cych się w ciem­nej wnę­ce na ko­ry­tarz wy­pły­nę­ła krew. W zam­ku tkwi klucz. Rolf pod­cho­dzi bli­żej, ostroż­nie prze­kła­da la­tar­kę do dru­giej ręki i na­ci­ska ko­niu­szek klam­ki.

Sły­chać klik­nię­cie, drzwi ustę­pu­ją, a klam­ka z trza­skiem sprę­ży­ny wra­ca na miej­sce.

– Halo? Mi­ran­do? Mam na imię Rolf, je­stem z po­li­cji – rzu­ca w ci­szę. – Wcho­dzę.

Sły­chać tyl­ko jego wła­sny od­dech.

Ostroż­nie po­py­cha drzwi i omia­ta po­kój świa­tłem la­tar­ki. Wi­dok, któ­ry uka­zu­je się jego oczom, jest tak strasz­ny, że za­ta­cza się i musi się oprzeć o fra­mu­gę.

Od­ru­cho­wo od­wra­ca wzrok, ale oczy zdą­ży­ły już za­re­je­stro­wać to, cze­go nie chciał oglą­dać. W uszach dud­ni mu puls do wtó­ru kro­plom krwi ka­pią­cym do ka­łu­ży na pod­ło­dze.

Na łóż­ku leży mło­da ko­bie­ta, jej gło­wa wy­glą­da na zmiaż­dżo­ną. Ścia­ny zbry­zga­ne są krwią, któ­ra wciąż spły­wa z ciem­ne­go aba­żu­ru.

Drzwi za ple­ca­mi Rol­fa za­trza­sku­ją się na­gle, męż­czy­zna ze stra­chu upusz­cza la­tar­kę. Robi się cał­ko­wi­cie ciem­no. Po­li­cjant od­wra­ca się, szu­ka po omac­ku i sły­szy, jak drob­ne pię­ści ło­mo­czą w drzwi.

– Te­raz cię wi­dzi! – krzy­czy ktoś cien­kim gło­sem. – Te­raz pa­trzy!

Rolf znaj­du­je klam­kę, pró­bu­je otwo­rzyć drzwi, ale są za­blo­ko­wa­ne. Wi­zjer po­ły­sku­je w ciem­no­ściach. Trzę­są­cy­mi się rę­ka­mi na­ci­ska klam­kę i ude­rza ra­mie­niem.

Drzwi otwie­ra­ją się z im­pe­tem i męż­czy­zna wy­pa­da na ko­ry­tarz. Wcią­ga głę­bo­ko po­wie­trze. Ru­do­wło­sa dziew­czyn­ka stoi nie­opo­dal i pa­trzy na nie­go wiel­ki­mi oczy­ma.

9

Ko­mi­sarz kry­mi­nal­ny Jo­ona Lin­na stoi w oknie ho­te­lo­we­go po­ko­ju w Sveg, czte­ry­sta pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów na pół­noc od Sztok­hol­mu. Świa­tło po­ran­ka jest zim­ne i sza­ra­we. Lam­py wzdłuż Älvga­tan są wy­ga­szo­ne. Przed nim jesz­cze wie­le go­dzin, za­nim do­wie się, czy od­na­lazł Rosę Berg­man.

Ja­sno­sza­ra ko­szu­la ma nie­za­pię­te gu­zi­ki i zwi­sa nie­dba­le na czar­ne spodnie od gar­ni­tu­ru. Jego blond wło­sy są jak zwy­kle zmierz­wio­ne, na łóż­ku w ka­bu­rze leży pi­sto­let.

Po­mi­mo wie­lu za­pro­szeń ze stro­ny róż­nych grup eks­perc­kich Jo­ona po­zo­stał na sta­no­wi­sku ko­mi­sa­rza po­li­cji kry­mi­nal­nej. Idzie wła­sną dro­gą, co wie­lu iry­tu­je, ale w cza­sie nie­speł­na pięt­na­stu lat roz­wią­zał wię­cej skom­pli­ko­wa­nych spraw w Skan­dy­na­wii niż ja­ki­kol­wiek inny po­li­cjant.

W le­cie zło­żo­no na nie­go do­nie­sie­nie, co za­owo­co­wa­ło we­wnętrz­nym do­cho­dze­niem. Jo­ona ostrzegł gru­pę le­wi­co­wych eks­tre­mi­stów o na­lo­cie po­li­cji bez­pie­czeń­stwa i od tego cza­su zo­stał od­su­nię­ty od czę­ści obo­wiąz­ków, bez ofi­cjal­ne­go wy­łą­cze­nia ze służ­by. Pro­wa­dzą­cy śledz­two wy­raź­nie za­zna­czył, że za­mie­rza za­wia­do­mić na­czel­ni­ka wy­dzia­łu, je­śli znaj­dzie choć naj­mniej­szy po­wód do po­sta­wie­nia Jo­ony w stan oskar­że­nia.

Za­rzu­ty są po­waż­ne, ale w tej chwi­li Jo­ona nie dba o ewen­tu­al­ne zwol­nie­nie czy inne re­per­ku­sje. Jego my­śli krą­żą wy­łącz­nie wo­kół sta­rej ko­bie­ty, któ­ra szła za nim od ko­ścio­ła Adol­fa Fre­dri­ka i prze­ka­za­ła po­zdro­wie­nie od Rosy Berg­man. Chu­de dło­nie wy­cią­gnę­ły ku nie­mu dwie sta­re kar­ty do gry w kil­le1.

– To ty, praw­da? – ode­zwa­ła się. – A tu jest wie­niec, ko­ro­na pan­ny mło­dej.

– Cze­go pani chce? – spy­tał.

– Ja ni­cze­go – po­wie­dzia­ła sta­rusz­ka. – Ale mam wia­do­mość od Rosy Berg­man.

Ser­ce za­czę­ło mu ło­mo­tać w pier­si, ale zmu­sił się do spo­koj­ne­go tonu i udał, że to po­mył­ka:

– Nie znam ni­ko­go, kto…

– Chcia­ła­by wie­dzieć, dla­cze­go uda­jesz, że two­ja cór­ka nie żyje.

– Przy­kro mi, ale nie wiem, o czym pani mówi – od­po­wie­dział z uśmie­chem Jo­ona.

Tak, uśmie­chał się, lecz jego głos był obcy, da­le­ki i zim­ny, jak spod zie­mi. Sło­wa ko­bie­ty szu­mia­ły mu w gło­wie, miał ocho­tę chwy­cić ją za chu­de ra­mio­na i za­żą­dać wię­cej in­for­ma­cji, za­cho­wał jed­nak spo­kój.

– Mu­szę iść – oznaj­mił i już miał się od­wró­cić, kie­dy po­czuł atak mi­gre­ny, jak pchnię­cie no­żem przez lewe oko pro­sto w mózg. Pole wi­dze­nia przy­sło­ni­ło mu lśnią­ce halo.

Kie­dy od­zy­skał czę­ścio­wo wzrok, zo­ba­czył wo­kół sie­bie krąg lu­dzi, któ­rzy roz­stą­pi­li się, żeby do­pu­ścić do nie­go ra­tow­ni­ków z ka­ret­ki.

Sta­rusz­ka znik­nę­ła.

Jo­ona za­prze­czył, ja­ko­by znał Rosę Berg­man, oznaj­mił, że to po­mył­ka. Skła­mał. Do­sko­na­le wie­dział, kim była ta ko­bie­ta. My­śli o niej co­dzien­nie. My­śli o niej, ale ona nie po­win­na go znać. Bo je­śli Rosa Berg­man wie, kim on jest, to coś mu­sia­ło pójść bar­dzo źle.

Jo­ona wy­szedł ze szpi­ta­la po kil­ku go­dzi­nach i na­tych­miast roz­po­czął po­szu­ki­wa­nia Rosy. Mu­siał szu­kać sam, więc po­pro­sił o urlop.

We­dług po­wszech­nie do­stęp­nych da­nych w Szwe­cji nie ma ni­ko­go o tym imie­niu i na­zwi­sku, ale w ca­łej Skan­dy­na­wii miesz­ka po­nad dwa ty­sią­ce Berg­ma­nów.

Jo­ona me­to­dycz­nie prze­ko­py­wał się przez ko­lej­ne re­je­stry. Dwa ty­go­dnie temu nie miał już in­nej moż­li­wo­ści, jak wziąć się za sta­re ar­chi­wa ewi­den­cji lud­no­ści. Przez set­ki lat zbie­ra­nie tych in­for­ma­cji było za­da­niem Ko­ścio­ła, w 1991 roku za­jął się tym Skat­te­ver­ket2, za­pi­su­jąc je już w wer­sji zdi­gi­ta­li­zo­wa­nej.

Jo­ona roz­po­czął od ko­ściel­nych spi­sów na po­łu­dniu. Za­siadł z kub­kiem kawy w ar­chi­wum re­gio­nal­nym w Lund i za­czął szu­kać Rosy Berg­man w kar­to­te­kach z moż­li­wy­mi da­ta­mi uro­dzin i chrztów. Na­stęp­nie udał się do Vis­by, Vad­ste­ny i Göte­bor­ga.

Był w Up­psa­li i gi­gan­tycz­nym ar­chi­wum w Här­nösand. Prze­szu­kał set­ki ty­się­cy ar­ku­szy ze spi­sa­ny­mi da­ta­mi uro­dzin, na­zwa­mi miej­sco­wo­ści i po­wią­zań ro­dzin­nych.

10

Wczo­raj po po­łu­dniu Jo­ona sie­dział w ar­chi­wum re­gio­nal­nym w Öster­sund. Po­miesz­cze­nie wy­peł­niał ty­po­wy dla an­ty­kwa­ria­tów słod­ka­wy za­pach sta­re­go, po­żół­kłe­go pa­pie­ru i se­gre­ga­to­rów. Świa­tło słoń­ca le­ni­wie wę­dro­wa­ło po ścia­nach, od­bi­ja­ło się w szyb­ce ze­psu­te­go ze­ga­ra z wa­ha­dłem i su­nę­ło da­lej.

Tuż przez za­mknię­ciem Jo­ona zna­lazł dane dziew­czyn­ki, któ­ra uro­dzi­ła się przed osiem­dzie­się­cio­ma czte­re­ma laty i na chrzcie w pa­ra­fii Sveg w Här­je­da­len w re­gio­nie Jäm­tland nada­no jej imię Rosa Maja. Jej ro­dzi­ca­mi byli Kri­sti­na i Evert Berg­ma­no­wie. Ko­mi­sa­rzo­wi nie uda­ło się do­trzeć do żad­nych in­for­ma­cji na te­mat ich ślu­bu, ale mat­ka dziec­ka uro­dzi­ła się dzie­więt­na­ście lat wcze­śniej jako Kri­sti­na Ste­fan­son w tej sa­mej pa­ra­fii.

Zlo­ka­li­zo­wa­nie osiem­dzie­się­ciocz­te­ro­let­niej Mai Ste­fan­son w domu opie­ki w Sveg za­ję­ło Jo­onie trzy go­dzi­ny. Była już siód­ma wie­czo­rem, ale po­li­cjant wsiadł do sa­mo­cho­du i tam po­je­chał. Nie zo­stał wpusz­czo­ny do środ­ka z po­wo­du póź­nej pory.

Za­mel­do­wał się w ho­te­lu, pró­bo­wał się prze­spać, ale zbu­dził się o czwar­tej, sta­nął więc w oknie i cze­kał na świt.

Był pra­wie pe­wien, że od­na­lazł Rosę Berg­man. Zmie­ni­ła na­zwi­sko na pa­nień­skie mat­ki i za­czę­ła uży­wać dru­gie­go imie­nia.

Jo­ona pa­trzy na ze­ga­rek i stwier­dza, że po­wi­nien już iść. Za­pi­na ma­ry­nar­kę, scho­dzi do re­cep­cji i wy­cho­dzi na uli­cę.

Dom opie­ki Blåvin­gen skła­da się gru­py bu­dyn­ków otyn­ko­wa­nych na żół­to, z za­dba­nym traw­ni­kiem i ła­wecz­ka­mi od fron­tu. Jo­ona otwie­ra drzwi i wcho­dzi do środ­ka. Zmu­sza się, aby iść spo­koj­nie ko­ry­ta­rzem oświe­tlo­nym ja­rze­niów­ka­mi, mija za­mknię­te drzwi do kuch­ni i biu­ra.

„Nie po­win­na była mnie zna­leźć”, po­wta­rza w my­ślach. Nie po­win­na o mnie wie­dzieć, coś po­szło nie tak.

Jo­ona nig­dy nie mówi o przy­czy­nach swo­jej sa­mot­no­ści, choć nie może ich za­po­mnieć. Jego ży­cie spło­nę­ło jak ma­gne­zja, spa­li­ło się wiel­kim pło­mie­niem i zga­sło w jed­nej chwi­li, z ośle­pia­ją­cej bie­li – w dy­mią­cy po­piół.

W sa­lo­nie stoi szczu­pły męż­czy­zna oko­ło osiem­dzie­siąt­ki i wpa­tru­je się mi­go­czą­cy ostry­mi ko­lo­ra­mi te­le­wi­zor. W pro­gra­mie po­ran­nym ku­charz roz­grze­wa na pa­tel­ni olej se­za­mo­wy i opo­wia­da o spo­so­bach na uroz­ma­ice­nie tra­dy­cyj­ne­go świę­ta ra­ków.

Sta­ru­szek od­wra­ca się do Jo­ony, mru­żąc oczy.

– An­ders? – pyta skrzy­pią­cym gło­sem. – To ty, An­ders?

– Mam na imię Jo­ona – od­po­wia­da po­li­cjant z mięk­kim, fiń­skim za­śpie­wem. – Szu­kam Mai Ste­fan­son.

Męż­czy­zna wpa­tru­je się w nie­go wil­got­ny­mi oczy­ma w czer­wo­nych ob­wód­kach.

– An­ders, po­słu­chaj mnie chłop­cze. Mu­sisz mi po­móc się stąd wy­do­stać. Tu są sami star­cy.

Sta­ru­szek ude­rza chu­dą pię­ścią w opar­cie ka­na­py, jed­nak uspo­ka­ja się na­tych­miast, kie­dy wcho­dzi pie­lę­gniar­ka.

– Dzień do­bry – mówi Jo­ona. – Przy­sze­dłem od­wie­dzić Maję Ste­fan­son.

– Jak miło – od­po­wia­da ko­bie­ta. – Mu­szę jed­nak uprze­dzić, że Maja ma da­le­ko po­su­nię­tą de­men­cję. Ucie­ka, jak tyl­ko ma spo­sob­ność.

– Ro­zu­miem.

– La­tem za­je­cha­ła aż do Sztok­hol­mu.

Pie­lę­gniar­ka pro­wa­dzi Jo­onę po świe­żo umy­tej pod­ło­dze ko­ry­ta­rza i otwie­ra jed­ne z drzwi.

– Maju? – woła ła­god­nie.

11

Sta­ra ko­bie­ta ście­li łóż­ko. Kie­dy pod­no­si gło­wę, Jo­ona roz­po­zna­je ją. To ona szła za nim od ko­ścio­ła. To ona po­ka­za­ła mu kar­ty kil­le. To ona prze­ka­za­ła wia­do­mość od Rosy Berg­man.

Ser­ce Jo­ony bije bar­dzo szyb­ko.

To je­dy­na oso­ba, któ­ra wie, gdzie znaj­du­ją się jego żona i cór­ka, a któ­ra nie po­win­na wie­dzieć o jego ist­nie­niu.

– Rosa Berg­man?

– Je­stem. – Ko­bie­ta pod­no­si rękę jak dziec­ko w szko­le.

– Na­zy­wam się Jo­ona Lin­na.

– Tak. – Rosa Berg­man uśmie­cha się i pod­cho­dzi, szu­ra­jąc no­ga­mi.

– Prze­ka­za­ła mi pani wia­do­mość.

– Mój dro­gi, nie pa­mię­tam – od­po­wia­da Rosa, sia­da­jąc na ka­na­pie.

Jo­ona prze­ły­ka śli­nę.

– Za­py­ta­ła pani, dla­cze­go uda­ję, że moja cór­ka nie żyje.

– Nie po­wi­nie­neś tego ro­bić – mówi Rosa po­ucza­ją­cym to­nem. – To nie­ład­nie.

– Co pani wie o mo­jej cór­ce? – pyta Jo­ona, pod­cho­dząc bli­żej. – Sły­sza­ła pani coś o niej?

Ko­bie­ta uśmie­cha się z nie­obec­nym wy­ra­zem twa­rzy, a Jo­ona spusz­cza wzrok. Pró­bu­je ja­sno my­śleć, za­uwa­ża, że ręce mu drżą, kie­dy pod­cho­dzi do ku­chen­ki i na­le­wa kawę do dwóch fi­li­ża­nek.

– Pani Roso, to dla mnie bar­dzo waż­ne – mówi po­wo­li, sta­wia­jąc na sto­le fi­li­żan­ki. – Bar­dzo waż­ne…

Sta­rusz­ka mru­ga kil­ka razy i po chwi­li pyta z prze­stra­chem:

– Kim pan jest? Coś się sta­ło mat­ce?

– Roso, pa­mię­tasz małą dziew­czyn­kę, Lumi? Jej mama na­zy­wa się Sum­ma, po­mo­gła im pani…

Jo­ona ury­wa, kie­dy do­strze­ga zdez­o­rien­to­wa­ny, przy­ćmio­ny ka­ta­rak­tą wzrok sta­rusz­ki.

– Dla­cze­go mnie pani szu­ka­ła? – pyta, cho­ciaż wie, że to bez­ce­lo­we.

Rosa Berg­man upusz­cza swo­ją fi­li­żan­kę na pod­ło­gę i za­czy­na pła­kać. Pie­lę­gniar­ka wcho­dzi i uspo­ka­ja ją.

– Pro­szę, od­pro­wa­dzę pana – mówi ci­cho do Jo­ony.

Idą przy­sto­so­wa­nym do wóz­ków ko­ry­ta­rzem.

– Od jak daw­na jest w ta­kim sta­nie?

– Cho­ro­ba mia­ła u niej szyb­ki prze­bieg. Pierw­sze symp­to­my za­uwa­ży­li­śmy ze­szłe­go lata, czy­li to mniej wię­cej rok temu Maja… Daw­niej mó­wi­ło się, że czło­wiek wra­ca do dzie­ciń­stwa, co w więk­szo­ści przy­pad­ków jest bli­skie praw­dy.

– Je­śli­by… je­śli­by na­gle od­zy­ska­ła ja­sność my­śli – mówi z po­wa­gą Jo­ona. – Bar­dzo pro­szę dać mi znać.

– Rze­czy­wi­ście, cza­sem tak się zda­rza – po­twier­dza ko­bie­ta.

– Pro­szę od razu dzwo­nić – do­da­je po­li­cjant, po­da­jąc jej swo­ją wi­zy­tów­kę.

– Ko­mi­sarz kry­mi­nal­ny? – dzi­wi się pie­lę­gniar­ka i przy­pi­na szpil­ką kar­tecz­kę do ta­bli­cy za biur­kiem.

12

Kie­dy Jo­ona wy­cho­dzi z po­wro­tem na świe­że po­wie­trze, wcią­ga je głę­bo­ko do płuc, jak­by dłu­go wstrzy­my­wał od­dech. Być może Rosa Berg­man mia­ła coś waż­ne­go do prze­ka­za­nia. Praw­do­po­dob­nie ktoś zle­cił jej za­da­nie, ale star­cze otę­pie­nie obez­wład­ni­ło ją, za­nim zdą­ży­ła je wy­ko­nać.

Nig­dy się już nie do­wie.

Mi­nę­ło dwa­na­ście lat, od­kąd utra­cił Sum­mę i Lumi. Ostat­ni pro­wa­dzą­cy do nich ślad zo­stał za­tar­ty przez za­ni­ka­ją­cą pa­mięć Rosy Berg­man.

To ko­niec.

Jo­ona wsia­da do sa­mo­cho­du, ocie­ra łzy z po­licz­ków, na chwi­lę przy­my­ka oczy i prze­krę­ca klu­czyk w sta­cyj­ce, za­mie­rza­jąc wy­ru­szyć z po­wro­tem do Sztok­hol­mu.

Zdą­żył prze­je­chać trzy­dzie­ści ki­lo­me­trów tra­są 45 w kie­run­ku Mory, kie­dy za­dzwo­nił do nie­go szef Rik­skri­mu Car­los Elias­son.

– Mamy za­bój­stwo w domu dla mło­dzie­ży w Sund­svall – mówi z na­pię­ciem. – Cen­tra­la alar­mo­wa do­sta­ła zgło­sze­nie chwi­lę po czwar­tej rano.

– Je­stem na urlo­pie – od­po­wia­da Jo­ona nie­mal bez­gło­śnie.

– Mimo to mo­głeś przyjść na ten wie­czór ka­ra­oke.

– Może in­nym ra­zem – mru­czy pod no­sem Jo­ona.

Dro­ga pro­wa­dzi pro­sto przez las. Da­le­ko, mię­dzy drze­wa­mi, po­ły­sku­je je­zio­ro.

– Jo­ona? Coś się sta­ło?

– Nic.

W tle sły­chać, jak ktoś woła Car­lo­sa.

– Mamy te­raz ze­bra­nie za­rzą­du, ale chciał­bym… Przed chwi­lą roz­ma­wia­łem z Su­san­ne Öst, któ­ra twier­dzi, że väster­nor­r­landz­ka po­li­cja nie za­mie­rza ofi­cjal­nie pro­sić o po­moc Rik­skri­mu.

– Więc po co do mnie dzwo­nisz?

– Po­wie­dzia­łem, że wy­śle­my ob­ser­wa­to­ra.

– Prze­cież nie wy­sy­ła­my ob­ser­wa­to­rów?

– Te­raz wy­sy­ła­my – wy­ja­śnia pół­gło­sem Car­los. – To dość de­li­kat­na spra­wa. Pa­mię­tasz ka­pi­ta­na re­pre­zen­ta­cji w ho­ke­ju na lo­dzie Jan­ne Svens­so­na? Pra­sa bez koń­ca roz­pi­sy­wa­ła się na te­mat nie­kom­pe­ten­cji po­li­cji.

– Bo nig­dy nie zna­le­zio­no…

– Nie mów­my o tym. To była pierw­sza duża spra­wa Su­san­ne Öst na sta­no­wi­sku pro­ku­ra­to­ra – cią­gnie Car­los. – Nie twier­dzę, że dzien­ni­ka­rze mie­li słusz­ność, ale przy­dał­byś się wte­dy po­li­cji z Väster­nor­r­land. Byli zbyt po­wol­ni, wszyst­ko ro­bi­li zgod­nie z pod­ręcz­ni­kiem, a czas ucie­kał. No zda­rza się, ale po­tem cała ta pi­sa­ni­na…

– Nie mogę te­raz roz­ma­wiać. – Jo­ona pró­bu­je za­koń­czyć roz­mo­wę.

– Wiesz, że nie pro­sił­bym cię, gdy­by cho­dzi­ło o pro­stą spra­wę – mówi da­lej Car­los. – Ale bę­dzie się o tym pi­sa­ło, Jo­ona. Wy­jąt­ko­wo bru­tal­ne za­bój­stwo, dużo krwi, a cia­ło dziew­czy­ny zo­sta­ło uło­żo­ne…

– Uło­żo­ne? W jaki spo­sób? – pyta Jo­ona.

– Z tego, co wiem, leży na łóż­ku z twa­rzą ukry­tą w dło­niach.

Jo­ona sie­dzi bez sło­wa, trzy­ma­jąc lewą rękę na kie­row­ni­cy. Po obu stro­nach sa­mo­cho­du mi­ga­ją drze­wa. W te­le­fo­nie sły­szy od­dech Car­lo­sa i gło­sy w tle. Nic nie mó­wiąc, zjeż­dża z tra­sy 45 na dro­gę Lo­svägen, pro­wa­dzą­cą na wschód do wy­brze­ża, z za­mia­rem do­je­cha­nia do Sund­svall.

– Pro­szę, Jo­ona, po­jedź tam… Bądź ko­le­gą i po­móż im roz­wią­zać tę spra­wę, naj­le­piej za­nim za­cznie o niej pi­sać pra­sa.

– Więc nie je­stem już tyl­ko ob­ser­wa­to­rem?

– Wciąż je­steś. Bądź po pro­stu w po­bli­żu, ob­ser­wuj po­stę­py w śledz­twie, wy­chodź z pro­po­zy­cja­mi… Pa­mię­taj tyl­ko, że nie masz żad­nych za­dań ope­ra­cyj­nych.

– Ze wzglę­du na we­wnętrz­ne do­cho­dze­nie?

– Nie rzu­caj się w oczy – do­da­je Car­los.

13

Na pół­noc od Sund­svall Jo­ona opusz­cza wy­brze­że i skrę­ca w dro­gę 86, któ­ra pro­wa­dzi w głąb lądu, wzdłuż rze­ki In­dal.

Po dwóch go­dzi­nach jaz­dy zbli­ża się do po­ło­żo­ne­go na od­lu­dziu domu dla mło­dzie­ży. Zwal­nia i zjeż­dża na wą­ską żwi­ro­wą dro­gę. Wy­so­kie so­sny prze­sie­wa­ją pro­mie­nie słoń­ca ni­czym sito.

„Nie żyje dziew­czy­na”, my­śli Jo­ona.

Pod­czas gdy wszy­scy spa­li, ktoś ją za­bił i po­ło­żył na łóż­ku. Agre­syw­na, bru­tal­na prze­moc we­dług oce­ny lo­kal­nej po­li­cji. Nie mają po­dej­rza­ne­go, na blo­ka­dy dróg jest za póź­no, ale wszy­scy po­li­cjan­ci w re­jo­nie są po­in­for­mo­wa­ni, a ko­mi­sarz Olle Gun­nars­son roz­po­czął po­stę­po­wa­nie przy­go­to­waw­cze.

Do­cho­dzi dzie­sią­ta, kie­dy Jo­ona za­trzy­mu­je sa­mo­chód przed ta­śma­mi po­li­cyj­ny­mi. W przy­droż­nym ro­wie roi się od owa­dów. Las otwie­ra się, two­rząc roz­le­głą po­la­nę. Wil­got­ne drze­wa ro­sną­ce na zbo­czu scho­dzą­cym do je­zio­ra Him­mel­sjön mi­go­czą w słoń­cu. Na me­ta­lo­wej ta­blicz­ce przy dro­dze wid­nie­je na­pis: „Bir­git­ta­går­den, HVB, spe­cjal­ny dom dla mło­dzie­ży”.

Jo­ona zbli­ża się do gru­py bru­nat­nych bu­dyn­ków oka­la­ją­cych plac jak w tra­dy­cyj­nym dwo­rze z Häl­sin­glan­du. Przed nimi za­par­ko­wa­ły ka­ret­ka, trzy ra­dio­wo­zy, bia­ły mer­ce­des i jesz­cze trzy inne sa­mo­cho­dy.

Pies przy­wią­za­ny do lin­ki roz­cią­gnię­tej mię­dzy drze­wa­mi szcze­ka bez chwi­li prze­rwy.

Przed głów­nym wej­ściem stoi star­szy męż­czy­zna z buj­nym wą­sem i wy­dat­nym piw­nym brzu­chem, ubra­ny w wy­mię­ty lnia­ny gar­ni­tur. Za­uwa­żył Jo­onę, ale nie zdra­dza chę­ci przy­wi­ta­nia się. Za­miast tego koń­czy skrę­cać pa­pie­ro­sa i zwil­ża ję­zy­kiem bi­buł­kę. Lin­na prze­kra­cza ko­lej­ną ta­śmę, a męż­czy­zna za­ty­ka pa­pie­ro­sa za ucho.

– Je­stem ob­ser­wa­to­rem z Rik­skri­mu.

– Gun­nars­son – przed­sta­wia się męż­czy­zna. – Ko­mi­sarz.

– Mam to­wa­rzy­szyć wa­sze­mu śledz­twu.

– Taa, by­le­byś nie prze­szka­dzał. – Po­li­cjant spo­glą­da zim­no na Jo­onę.

Jo­ona pa­trzy na głów­ny bu­dy­nek. Tech­ni­cy kry­mi­na­li­sty­ki są już na miej­scu. Po­miesz­cze­nia wy­peł­nia świa­tło re­flek­to­rów, z nie­na­tu­ral­ną siłą roz­ja­śnia­jąc wszyst­kie okna.

Z bu­dyn­ku wy­cho­dzi po­li­cjant. Jest bla­dy jak ścia­na, jed­ną ręką za­kry­wa usta, chwiej­nie scho­dzi po scho­dach, opie­ra się o ścia­nę, po­chy­la i wy­mio­tu­je w po­krzy­wy ro­sną­ce wo­kół becz­ki na desz­czów­kę.

– Też to zro­bisz, jak zo­ba­czysz, co jest w środ­ku – mówi Gun­nars­son, uśmie­cha­jąc się do Jo­ony.

– Co wie­my?

– Gów­no wie­my. Zgło­sze­nie przy­szło w nocy, za­dzwo­nił ku­ra­tor so­cjal­ny z Bir­git­ta­går­den. Na­zy­wa się Da­niel Grim. To było o czwar­tej. Był u sie­bie w domu, miesz­ka przy Bruks­ga­tan w Sund­svall, a chwi­lę wcze­śniej miał stąd te­le­fon… Nie wie­dział za wie­le, tyl­ko tyle, że dziew­czę­ta krzy­cza­ły coś o krwi.

– Czy­li to dziew­czyn­ki za­dzwo­ni­ły? – pyta Jo­ona.

– Tak.

– Ale nie do cen­tra­li alar­mo­wej, tyl­ko do ku­ra­to­ra, do Sund­svall.

– Wła­śnie tak.

– Ktoś z per­so­ne­lu mu­siał tu chy­ba być w nocy?

– Nie.

– A nie po­wi­nien?

– Pew­nie tak – od­po­wia­da Gun­nars­son ze znu­że­niem.

– Któ­ra z dziew­czy­nek dzwo­ni­ła? – do­py­tu­je się Jo­ona.

– Jed­na ze star­szych uczen­nic. – Gun­nars­son spraw­dza w no­tat­ni­ku. – Na­zy­wa się Ca­ro­li­ne Fors­gren. Ale z tego, co zro­zu­mia­łem, to nie Ca­ro­li­ne zna­la­zła cia­ło, tyl­ko… Strasz­ny tam ba­ła­gan, kil­ka dziew­cząt za­glą­da­ło do tego po­ko­ju. W ogó­le wi­dok pa­skud­ny. Jed­ną po­sła­li­śmy do szpi­ta­la, wpa­dła w hi­ste­rię, per­so­nel ka­ret­ki uznał, że tak bę­dzie naj­bez­piecz­niej.

– Kto zja­wił się tu pierw­szy?

– Dwo­je funk­cjo­na­riu­szy: Rolf Wik­ner i Son­ja Rask – od­po­wia­da Gun­nars­son. – No i ja by­łem tu… po­wiedz­my za kwa­drans szó­sta i wte­dy za­dzwo­ni­ła pro­ku­ra­tor. Grunt jej się za­czął pa­lić pod no­ga­mi i skon­tak­to­wa­ła się ze Sztok­hol­mem. No i te­raz mamy cie­bie na kar­ku.

Uśmie­cha się chłod­no do Jo­ony.

– Ma­cie ja­kie­goś po­dej­rza­ne­go?

Gun­nars­son wcią­ga po­wie­trze i oznaj­mia men­tor­skim to­nem:

– Moje wie­lo­let­nie do­świad­cze­nie pod­po­wia­da mi, że trze­ba dać śledz­twu iść wła­snym try­bem. Mu­si­my ścią­gnąć tu lu­dzi, za­cząć prze­słu­cha­nia świad­ków, za­bez­pie­czyć śla­dy…

– Moż­na wejść? – Jo­ona pa­trzy w stro­nę drzwi.

– Nie ra­dził­bym… Wkrót­ce bę­dzie­my mie­li zdję­cia.

– Chciał­bym zo­ba­czyć dziew­czy­nę, za­nim ją prze­nio­są – mówi Jo­ona.

– Mamy tu do czy­nie­nia z be­stial­skim za­bój­stwem za po­mo­cą tę­pe­go na­rzę­dzia – od­po­wia­da Gun­nars­son. – Spraw­ca był wy­so­ki, sil­ny. Po śmier­ci ofia­ra zo­sta­ła umiesz­czo­na w łóż­ku. Nikt nic nie za­uwa­żył, do­pie­ro jak jed­na z dziew­czy­nek szła się za­ła­twić i wdep­nę­ła pro­sto w ka­łu­żę krwi, wy­pły­wa­ją­cą spod drzwi.

– Cie­płą?

– Wiesz co… Nie jest ła­two do­ga­dać się z tymi dzie­wu­cha­mi – wy­ja­śnia Gun­nars­son. – Są prze­stra­szo­ne i wście­ka­ją się cały czas, z ni­czym się nie zga­dza­ją, nie słu­cha­ją, krzy­czą na nas i… Naj­pierw ko­niecz­nie chcia­ły się prze­drzeć przez ta­śmy po swo­je rze­czy z po­ko­jów, iPo­da, po­mad­kę do ust, kurt­ki, a kie­dy prze­no­si­li­śmy je do dom­ku w ogro­dzie, to dwie dały nogę do lasu.

– To zna­czy?

– Wła­śnie je zła­pa­li­śmy, ale mu­si­my jesz­cze na­mó­wić je do po­wro­tu, bo po­ło­ży­ły się na zie­mi i każą Rof­fe­mu nieść się na ba­ra­na.

14

Jo­ona za­kła­da odzież ochron­ną i wcho­dzi po scho­dach do głów­ne­go bu­dyn­ku. W sie­ni sły­chać szum wia­tracz­ków od re­flek­to­rów, po­wie­trze jest już na­grza­ne. W ich ostrym świe­tle wi­dać każ­dy naj­mniej­szy za­ka­ma­rek i uno­szą­cy się ospa­le kurz.

Jo­ona idzie po­wo­li, stą­pa­jąc po prze­zna­czo­nych do tego płyt­kach uło­żo­nych na drew­nia­nej pod­ło­dze. Je­den z ob­raz­ków spadł ze ścia­ny na zie­mię, szkło po­ły­sku­je w moc­nym świe­tle lamp. Krwa­we śla­dy pro­wa­dzą w róż­nych kie­run­kach, do drzwi wej­ścio­wych i z po­wro­tem.

Dom za­cho­wał swój sta­ry ru­sty­kal­ny cha­rak­ter: ma­lo­wa­ne sza­blo­nem ścia­ny pysz­nią się wy­bla­kłą fe­erią barw, a wiel­kie mo­ty­wy ro­ślin­ne ty­po­we dla sty­lu wę­drow­nych ma­la­rzy z Da­lar­ny wiją się na ścia­nach i frag­men­tach muru.

W głę­bi ko­ry­ta­rza stoi tech­nik kry­mi­na­li­sty­ki Jimi Sjöberg i oświe­tla zie­lo­nym re­flek­to­rem czar­ne krze­sło, któ­re wcze­śniej po­krył czer­wie­nią wę­gier­ską3.

– Krew? – pyta Jo­ona.

– Na tym aku­rat nie – mam­ro­cze Jimi, po­szu­ku­jąc da­lej śla­dów.

– Zna­leź­li­ście coś cie­ka­we­go?

– Eri­xon za­dzwo­nił ze Sztok­hol­mu i po­wie­dział, że nie wol­no nam tknąć na­wet zde­chłej mu­chy, za­nim Jo­ona Lin­na nie po­zwo­li – od­po­wia­da tech­nik z uśmie­chem.

– Bar­dzo do­ce­niam.

– Tak więc jesz­cze w su­mie nie za­czę­li­śmy – cią­gnie Jimi. – Wy­ło­ży­li­śmy te cho­ler­ne płyt­ki do cho­dze­nia, po­ro­bi­li­śmy zdję­cia i wszyst­ko sfil­mo­wa­li­śmy, no i… po­zwo­li­łem so­bie na po­bra­nie z ko­ry­ta­rza pró­bek do ana­li­zy DNA, żeby coś już po­słać do la­bo­ra­to­rium.

– Świet­nie.

– Siri zdję­ła od­ci­ski w ko­ry­ta­rzu, za­nim ktoś je za­pać­ka…

Jego ko­le­żan­ka po fa­chu, Siri Karls­son, wła­śnie skoń­czy­ła wy­mon­to­wy­wać mo­sięż­ną klam­kę z drzwi izo­lat­ki. Ostroż­nie wkła­da ją do pa­pie­ro­wej to­reb­ki, a po­tem pod­cho­dzi do Jo­ony i Ji­mie­go.

– Przy­szedł zer­k­nąć na miej­sce zda­rze­nia – wy­ja­śnia jej Jimi.

– Dość tam nie­przy­jem­nie – od­po­wia­da Siri zza ma­ski za­kry­wa­ją­cej usta i nos. Jej oczy są zmę­czo­ne i prze­lęk­nio­ne.

– Ro­zu­miem – mówi Jo­ona.

– Je­śli wo­lisz, mo­żesz obej­rzeć zdję­cia – do­da­je Siri.

– To jest Jo­ona Lin­na – wy­ja­śnia Jimi.

– Prze­pra­szam, nie wie­dzia­łam.

– Je­stem tu tyl­ko ob­ser­wa­to­rem.

Ko­bie­ta spusz­cza wzrok. Kie­dy znów na nie­go spo­glą­da, jej twarz po­kry­wa ru­mie­niec.

– Wszy­scy o to­bie mó­wią. Ja… Nie ob­cho­dzi mnie to do­cho­dze­nie w two­jej spra­wie. Cie­szę się, że bę­dzie­my współ­pra­co­wać.

– Na­wza­jem.

Jo­ona stoi nie­ru­cho­mo, na­słu­chu­jąc brzę­cze­nia lamp, i pró­bu­je się skon­cen­tro­wać. Chce się przy­go­to­wać na przy­ję­cie wra­żeń, aby nie pod­dać się im­pul­so­wi i nie od­wró­cić wzro­ku.

15

Pod­cho­dzi do drzwi bez klam­ki. Klucz w zam­ku tkwi wciąż na swo­im miej­scu. Jo­ona za­my­ka na chwi­lę oczy i wkra­cza do izo­lat­ki.

Wnę­trze jest ja­sno oświe­tlo­ne. Roz­grza­ne po­wie­trze prze­sy­co­ne jest za­pa­chem krwi i mo­czu. Jo­ona zmu­sza się do zro­bie­nia wde­chu, aby po­czuć po­zo­sta­łe za­pa­chy: wil­got­ne­go drew­na, prze­po­co­nej po­ście­li i dez­odo­ran­tu.

Go­rą­cy me­tal re­flek­to­rów trza­ska co ja­kiś czas, zza ścian do­bie­ga stłu­mio­ne szcze­ka­nie psa.

Jo­ona stoi bez ru­chu i zmu­sza się do pa­trze­nia na cia­ło le­żą­ce na łóż­ku. Jego wzrok spo­czy­wa przez chwi­lę na każ­dym szcze­gó­le, choć naj­chęt­niej opu­ścił­by to po­miesz­cze­nie, wy­szedł z tego domu na świe­że po­wie­trze i da­lej w ciem­ność lasu.

Krew spły­nę­ła na pod­ło­gę i opry­ska­ła przy­krę­co­ne śru­ba­mi me­ble oraz wy­bla­kłe bi­blij­ne mo­ty­wy na ścia­nach. Się­gnę­ła su­fi­tu i wej­ścia do to­a­le­ty. Na łóż­ku leży chu­da na­sto­let­nia dziew­czyn­ka. Uło­żo­na jest na ple­cach, z dłoń­mi za­sła­nia­ją­cy­mi oczy. Ma na so­bie je­dy­nie bia­łe ba­weł­nia­ne majt­ki. Pier­si za­kry­te są przez łok­cie, a sto­py skrzy­żo­wa­ne w kost­kach.

Jo­ona czu­je, jak bije mu ser­ce, a krew ude­rza do gło­wy i pul­su­je w skro­niach.

Zmu­sza się do pa­trze­nia, re­je­stro­wa­nia i my­śle­nia.

Twarz dziew­czy­ny jest za­kry­ta. Jak­by się bała, jak­by nie chcia­ła wi­dzieć spraw­cy.

Za­nim uło­żo­no ją na łóż­ku, pa­dła ofia­rą wy­jąt­ko­wo bru­tal­nej prze­mo­cy. Po­wta­rza­ją­ce się cio­sy tę­pym na­rzę­dziem w czo­ło i cie­mię. Bied­na dziew­czyn­ka, mu­sia­ła być śmier­tel­nie prze­ra­żo­na.

Kil­ka lat wcze­śniej była dziec­kiem, ale łań­cuch zda­rzeń za­pro­wa­dził ją do tego po­ko­ju w domu dla trud­nej mło­dzie­ży. Może po pro­stu mia­ła pe­cha do ro­dzi­ców i ro­dzin za­stęp­czych. Może ktoś my­ślał, że tu bę­dzie bez­piecz­na.

Jo­ona re­je­stru­je wzro­kiem każ­dy strasz­li­wy szcze­gół, do­pó­ki nie po­czu­je, że wię­cej już nie znie­sie. Za­my­ka wte­dy oczy i my­śli o twa­rzy swo­jej cór­ki i o na­grob­ku, któ­ry nie jest jej, i do­pie­ro wte­dy uno­si po­wie­ki.

Wszyst­ko wska­zu­je na to, że ofia­ra sie­dzia­ła na krze­śle przy sto­li­ku, kie­dy na­past­nik za­ata­ko­wał.

Jo­ona sta­ra się od­gad­nąć ru­chy, któ­re spo­wo­do­wa­ły ta­kie, a nie inne roz­pry­ski.

Każ­da kro­pla krwi, le­cąc w po­wie­trzu, przyj­mu­je po­stać kuli i ma śred­ni­cę pię­ciu mi­li­me­trów. Je­śli kro­pla jest mniej­sza, ozna­cza to, że zo­sta­ła pod­da­na ja­kiejś ze­wnętrz­nej sile, któ­ra roz­bi­ła ją na jesz­cze drob­niej­sze czę­ści. Mówi się wte­dy o roz­pry­skach.

Jo­ona stoi na dwóch pod­kład­kach przed sto­li­kiem, praw­do­po­dob­nie do­kład­nie w tym sa­mym miej­scu, w któ­rym kil­ka go­dzin wcze­śniej stał za­bój­ca. Dziew­czy­na sie­dzia­ła na krze­śle po dru­giej stro­nie sto­łu. Jo­ona przy­glą­da się wzo­rom plam, od­wra­ca się i wi­dzi wy­so­ko na ścia­nie krew wy­rzu­co­ną przez na­rzę­dzie zbrod­ni, któ­re wie­lo­krot­nie zo­sta­ło unie­sio­ne, by na­brać siły do ude­rze­nia, a za każ­dym ra­zem, kie­dy zmie­nia­ło kie­ru­nek przed ko­lej­nym cio­sem, na ścia­nie po­wsta­wa­ła nowa pla­ma.

Jo­ona prze­by­wa już w tym miej­scu wię­cej cza­su, niż ja­ki­kol­wiek inny po­li­cjant. Jesz­cze nie skoń­czył. Wra­ca do dziew­czy­ny le­żą­cej na łóż­ku, pa­trzy, do­strze­ga kol­czyk w pęp­ku, ślad szmin­ki na szklan­ce, za­uwa­ża, że usu­nę­ła zna­mię pod pra­wą pier­sią, wi­dzi ja­sne wło­ski na kost­kach i po­żół­kły si­niak na udzie.

Ostroż­nie po­chy­la się nad cia­łem. Czu­je sła­be cie­pło wciąż jesz­cze uno­szą­ce się z jej na­giej skó­ry. Pa­trzy na dło­nie spo­czy­wa­ją­ce na twa­rzy i za­uwa­ża, że nie po­dra­pa­ła na­past­ni­ka, pod pa­znok­cia­mi nie wi­dać śla­dów na­skór­ka.

Cofa się kil­ka kro­ków i znów ob­ser­wu­je. Bia­ła skó­ra. Dło­nie na twa­rzy. Skrzy­żo­wa­ne kost­ki. Na cie­le nie ma pra­wie śla­dów krwi. Tyl­ko po­dusz­ka jest za­krwa­wio­na. Poza tym dziew­czy­na jest czy­sta.

Jo­ona roz­glą­da się po po­ko­ju. Za drzwia­mi wisi ma­leń­ka pół­ka z dwo­ma ha­czy­ka­mi na ubra­nia. Pod nią, na pod­ło­dze, stoi para adi­da­sów ze zwi­nię­ty­mi w kul­ki bia­ły­mi skar­pet­ka­mi, na ha­czy­ku wi­szą za szluf­kę wy­bie­la­ne dżin­sy, czar­na blu­za i dżin­so­wa kurt­ka. Na pół­ce leży nie­du­ży bia­ły sta­nik.

Jo­ona nie do­ty­ka ubrań, ale jest pra­wie pe­wien, że nie są za­krwa­wio­ne. Przy­pusz­czal­nie ro­ze­bra­ła się i po­wie­si­ła rze­czy, za­nim zo­sta­ła za­mor­do­wa­na.

Ale dla­cze­go nie ma krwi na cie­le? Mu­sia­ła być czymś okry­ta. Ale czym? Ni­cze­go tu nie ma.

16

Jo­ona wy­cho­dzi na za­la­ne słoń­cem po­dwó­rze, my­śląc o tym, że cia­ło dziew­czy­ny po­zo­sta­ło czy­ste i bia­łe, jak ka­mień w mo­rzu.

Gun­nars­son okre­ślił prze­moc jako agre­syw­ną.

Jo­ona twier­dzi, że była gwał­tow­na, nie­mal roz­pacz­li­wie gwał­tow­na, ale nie agre­syw­na w zna­cze­niu „bez opa­mię­ta­nia”. Ude­rze­nia zmie­rza­ły pro­sto do celu, za­mia­rem było za­bić, ale poza tym cia­ło po­trak­to­wa­no z sza­cun­kiem.

Gun­nars­son sie­dzi na ma­sce swo­je­go mer­ce­de­sa i roz­ma­wia przez te­le­fon.

W prze­ci­wień­stwie do nie­mal wszyst­kich in­nych śledztw, te w spra­wie za­bójstw, po­zo­sta­wio­ne same so­bie nie dążą do cha­osu, a do sa­mo­roz­wią­za­nia. Jo­ona jed­nak nig­dy nie cze­kał, nig­dy nie zda­wał się na wia­rę, że wszyst­ko samo się uło­ży.

Oczy­wi­ście wie, że naj­czę­ściej za­bój­cą oka­zu­je się bli­ska oso­ba, któ­ra wkrót­ce po do­ko­na­niu czy­nu sama się zgła­sza na po­li­cję i przy­zna­je do winy, ale ko­mi­sarz tym ra­zem na to nie li­czy.

„Mi­ran­da leży na łóż­ku, my­śli Jo­ona, ale w chwi­li za­bój­stwa sie­dzia­ła przy sto­le w sa­mych majt­kach”.

Trud­no mu uwie­rzyć, że sta­ło się to w kom­plet­nej ci­szy. W miej­scu ta­kim jak to mu­szą być świad­ko­wie. Któ­raś z dziew­cząt wi­dzia­ła coś albo sły­sza­ła, idąc w stro­nę mniej­sze­go bu­dyn­ku. Ktoś przy­pusz­czal­nie cze­goś się do­my­ślał, prze­czuł za­gro­że­nie albo za­uwa­żył kon­flikt.

Pies wyje pod drze­wem, gry­ząc smycz, a po­tem znów za­czy­na szcze­kać.

Jo­ona pod­cho­dzi do dwóch męż­czyzn sto­ją­cych przy bu­dyn­ku. Do­my­śla się, że je­den z nich to ko­or­dy­na­tor ak­cji na miej­scu zda­rze­nia, męż­czy­zna koło pięć­dzie­siąt­ki, z opa­da­ją­cą na bok grzyw­ką, ubra­ny w gra­na­to­wy swe­ter po­li­cyj­ny. Dru­gi z nich to chy­ba cy­wil, o ła­god­nym, zmę­czo­nym wzro­ku.

– Jo­ona Lin­na, ob­ser­wa­tor z Rik­skri­mu – przed­sta­wia się, wy­cią­ga­jąc dłoń.

– Åke – od­zy­wa się ko­or­dy­na­tor.

– Ja je­stem Da­niel – wita się męż­czy­zna o zmę­czo­nych oczach. – Pra­cu­ję tu jako ku­ra­tor so­cjal­ny. Przy­je­cha­łem, kie­dy tyl­ko do­wie­dzia­łem się, co się sta­ło.

– Ma pan chwil­kę? – pyta Jo­ona. – Chciał­bym zo­ba­czyć się z dziew­czę­ta­mi, chy­ba by­ło­by le­piej, gdy­by mi pan to­wa­rzy­szył.

– Te­raz?

– Je­śli moż­na.

Męż­czy­zna mru­ga zza oku­la­rów i mówi za­tro­ska­ny:

– Tyle że dwie uczen­ni­ce sko­rzy­sta­ły z oka­zji i ucie­kły do lasu…

– Już się zna­la­zły – uspo­ka­ja go Jo­ona.

– Tak, wiem, ale chy­ba po­wi­nie­nem z nimi po­roz­ma­wiać – mówi Da­niel i uśmie­cha się spon­ta­nicz­nie. – Do­ma­ga­ją się, żeby ja­kiś po­li­cjant wziął je na ba­ra­na.

– Gun­nars­son na pew­no się zgo­dzi – od­po­wia­da Jo­ona i ru­sza w stro­nę czer­wo­ne­go dom­ku.

My­śli o tym, że przy pierw­szym spo­tka­niu spró­bu­je przyj­rzeć się uczen­ni­com, zo­ba­czyć na­pię­cia po­mię­dzy nimi, ukry­te po­wią­za­nia, nie­wi­docz­ne na pierw­szy rzut oka.

Je­śli ktoś coś wi­dział, to za­zwy­czaj inne oso­by w gru­pie nie­świa­do­mie to oka­zu­ją, ob­ra­ca­jąc się jak igły kom­pa­su.

Jo­ona wie, że nie ma upraw­nień do prze­pro­wa­dza­nia prze­słu­chań, ale musi się do­wie­dzieć, czy jest ja­kiś świa­dek. Po­chy­la się i prze­cho­dzi przez ni­skie drzwi.

17

Par­kiet skrzy­pi pod no­ga­mi Jo­ony, kie­dy ten prze­kra­cza próg domu i wcho­dzi do przed­po­ko­ju. W cia­snym po­ko­ju sie­dzą trzy dziew­czy­ny, z któ­rych naj­młod­sza ma nie wię­cej niż dwa­na­ście lat. Ma ró­żo­wą cerę i wło­sy ko­lo­ru mie­dzi, sie­dzi na pod­ło­dze opar­ta o ścia­nę i oglą­da te­le­wi­zję, szep­ce coś do sie­bie, a po­tem ude­rza kil­ka­krot­nie ty­łem gło­wy o ścia­nę, za­my­ka na chwi­lę oczy, a po­tem zno­wu wpa­tru­je się w te­le­wi­zor.

Dwie po­zo­sta­łe zda­ją się jej nie za­uwa­żać. Leżą na brą­zo­wej, sztruk­so­wej ka­na­pie i prze­glą­da­ją sta­re ma­ga­zy­ny o mo­dzie.

Psy­cho­loż­ka ze szpi­ta­la re­jo­no­we­go w Sund­svall sia­da obok ru­do­wło­sej dziew­czyn­ki.

– Mam na imię Lisa – za­czy­na przy­jaź­nie. – A ty?

Dziew­czyn­ka nie od­wra­ca wzro­ku od te­le­wi­zo­ra. Na­da­ją po­wtór­kę se­ria­lu Na wy­so­kiej fali. Dźwięk jest pod­krę­co­ny, w po­ko­ju po­ły­sku­je zim­na po­świa­ta.

– Znasz baj­kę o Ca­li­necz­ce? – pyta Lisa. – Czę­sto się tak czu­ję, ma­leń­ka jak pa­lec… A ty?

– Jak Kuba Roz­pru­wacz – od­po­wia­da cien­kim gło­sem dziew­czyn­ka, nie od­ry­wa­jąc oczu od ekra­nu.

Jo­ona wcho­dzi głę­biej i sia­da w fo­te­lu przed te­le­wi­zo­rem. Jed­na z dziew­czyn roz­ło­żo­nych na ka­na­pie spo­glą­da na nie­go wiel­ki­mi ocza­mi, ale spusz­cza wzrok z uśmie­chem, kie­dy ko­mi­sarz po­zdra­wia ją ski­nie­niem. Jest moc­no zbu­do­wa­na, ma ob­gry­zio­ne pa­znok­cie, ubra­na jest w dżin­sy i czar­ną blu­zę z na­pi­sem „Ra­zors pain you less than life”. Po­wie­ki po­ma­lo­wa­ne ma nie­bie­skim cie­niem, a na nad­garst­ku po­ły­sku­je bro­ka­to­wa gum­ka do wło­sów. Dru­ga dziew­czy­na wy­glą­da na star­szą. Ma na so­bie wy­cię­tą pod­ko­szul­kę z ko­niem, na szyi ró­ża­niec z bia­łych pe­re­łek, w zgię­ciu łok­cia wi­dać bli­zny po wkłu­ciach. Opie­ra gło­wę na zwi­nię­tej, woj­sko­wej kurt­ce.

– In­die? – pyta stłu­mio­nym gło­sem star­sza dziew­czy­na. – Po­szłaś zo­ba­czyć, za­nim przy­je­cha­ły gli­ny?

– Nie chcę mieć kosz­ma­rów – od­po­wia­da le­ni­wie ta kor­pu­lent­na.

– Bied­na mała In­die.

– No co?

– Że niby bo­isz się kosz­ma­rów, kie­dy…

– Tak, boję się.

– Ja pier­do­lę – śmie­je się star­sza. – Ale ego…

– Stul pysk, Ca­ro­li­ne – woła ru­do­wło­sa.

– Mi­ran­dę ktoś za­mor­do­wał – cią­gnie Ca­ro­li­ne. – To chy­ba ciut gor­sze niż…

– A ja my­ślę, że miło nie mu­sieć się już z nią uże­rać – oznaj­mia In­die.

– Je­steś po­pie­przo­na. – Ca­ro­li­ne uśmie­cha się.

– To ona była po­pie­przo­na, po­pa­rzy­ła mnie pa­pie­ro­sem i…

– Prze­stań­cie się żreć – prze­ry­wa im ru­do­wło­sa.

– I wal­nę­ła mnie ska­kan­ką – do­da­je In­die.

– Ale z cie­bie suka – wzdy­cha Ca­ro­li­ne.

– Ależ oczy­wi­ście, zga­dzam się, je­śli le­piej się z tym po­czu­jesz – kpi z niej In­die. – Smut­ne, że za­bi­li ja­kąś kre­tyn­kę, ale ja…

Mała ruda dziew­czyn­ka zno­wu wali gło­wą w ścia­nę, a po­tem za­my­ka oczy. Otwie­ra­ją się drzwi i do środ­ka wcho­dzą dwie ucie­ki­nier­ki ra­zem z Gun­nars­so­nem.

18

Jo­ona sie­dzi opar­ty, twarz ma spo­koj­ną, ciem­na ma­ry­nar­ka roz­pię­ła się i jej poły mięk­ko się za­gię­ły, mu­sku­lar­ne cia­ło jest roz­luź­nio­ne, ale sza­re ni­czym za­mar­z­nię­ta mor­ska za­to­ka oczy ob­ser­wu­ją no­wo­przy­by­łe.

Po­zo­sta­łe uczen­ni­ce wi­ta­ją je gło­śnym bu­cze­niem i śmie­chem. Lu Chu idzie, prze­sad­nie krę­cąc bio­dra­mi, i ukła­da pal­ce w V.

– Les­bian lo­ser! – woła In­die.

– Co po­wiesz na wspól­ny prysz­nic? – pro­po­nu­je Lu Chu.

Za dziew­czy­na­mi wcho­dzi ku­ra­tor Da­niel Grim. Wy­raź­nie sta­ra się coś po­wie­dzieć Gun­nars­so­no­wi.

– Chcę tyl­ko, że­by­ście ich nie na­ci­ska­li – mówi, a po­tem ści­sza głos. – Prze­ra­ża­cie je samą swo­ją tu obec­no­ścią.

– Pro­szę się nie mar­twić – uspo­ka­ja go Gun­nars­son.

– Wła­śnie, że się mar­twię – od­po­wia­da szcze­rze Da­niel.

– Co?

– Mar­twię się.

– Ach tak, w ta­kim ra­zie mam pana gdzieś. – Gun­nars­son wzdy­cha. – Pro­szę się od­su­nąć i po­zwo­lić mi wy­ko­ny­wać moją pra­cę.

Jo­ona za­uwa­ża, że ku­ra­tor jest nie­ogo­lo­ny i że pod kurt­ką ma T-shirt za­ło­żo­ny na lewą stro­nę.

– Chcę tyl­ko po­wie­dzieć, że dla tych dziew­cząt po­li­cja nie re­pre­zen­tu­je po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa.

– Jak to nie? – żar­tu­je Ca­ro­li­ne.

– Miło sły­szeć. – Da­niel uśmie­cha się do dziew­czy­ny, a po­tem od­wra­ca z po­wro­tem do Gun­nars­so­na. – Mó­wiąc po­waż­nie… w ży­ciu więk­szo­ści uczen­nic po­li­cja po­ja­wia­ła się w naj­trud­niej­szych dla nich mo­men­tach.

Jo­ona wi­dzi, że Da­niel do­sko­na­le zda­je so­bie spra­wę, iż jest dla po­li­cji uciąż­li­wy, a jed­nak de­cy­du­je się pod­jąć jesz­cze jed­ną kwe­stię.

– Roz­ma­wia­łem na po­dwó­rzu z ko­or­dy­na­to­rem na te­mat za­kwa­te­ro­wa­nia.

– Po ko­lei – prze­ry­wa mu Gun­nars­son.

– To waż­ne, gdyż…

– Cipa – rzu­ca In­die z iry­ta­cją.

– Ze­szczaj się – draż­ni się z nią Lu Chu.

– Gdyż to może im za­szko­dzić – cią­gnie Da­niel. – Zmu­sza­nie uczen­nic do po­zo­sta­nia tu na noc może im za­szko­dzić.

– Mają się prze­nieść do ho­te­lu? – pyta Gun­nars­son.

– To cie­bie, kur­wa, po­win­no się za­mor­do­wać! – wrzesz­czy Al­mi­ra i rzu­ca w In­die szklan­ką.

Na­czy­nie roz­bi­ja się o ścia­nę, woda i odłam­ki szkła pa­da­ją na pod­ło­gę. Da­niel re­agu­je od razu, Al­mi­ra od­wra­ca się, ale In­die ude­rza ją kil­ka razy pię­ścią w ple­cy, za­nim uda­je się je roz­dzie­lić.

– Weź­cie się w garść, do dia­bła! – krzy­czy.

– Al­mi­ra to wred­na suka, bo…

– Uspo­kój się, In­die – mówi Da­niel, po­wstrzy­mu­jąc jej rękę. – Roz­ma­wia­li­śmy już o tym, praw­da?

– Tak – od­po­wia­da już spo­koj­niej In­die.

– Je­steś prze­cież miłą dziew­czy­ną – do­da­je Da­niel z uśmie­chem.

In­die kiwa gło­wą i ra­zem z Al­mi­rą za­czy­na­ją zbie­rać z pod­ło­gi okru­chy szkła.

– Przy­nio­sę od­ku­rzacz – mówi ku­ra­tor i wy­cho­dzi z dom­ku.

Do­ci­ska drzwi z ze­wnątrz, ale te otwie­ra­ją się, więc za­trza­sku­je je z taką siłą, że ob­raz z mo­ty­wem z Car­la Lars­so­na stu­ka o ścia­nę.

– Czy Mi­ran­da mia­ła ja­kichś wro­gów? – Gun­nars­son rzu­ca py­ta­nie w prze­strzeń.

– Nie – od­po­wia­da Al­mi­ra z chi­cho­tem.

In­die zer­ka na Jo­onę.

– Słu­chaj­cie! – Gun­nars­son pod­no­si głos. – Ma­cie od­po­wia­dać na py­ta­nia, a nie wy­głu­piać się i wrzesz­czeć. To chy­ba nie ta­kie cho­ler­nie trud­ne, co?

– To za­le­ży od py­tań – od­po­wia­da spo­koj­nie Ca­ro­li­ne.

– Chy­ba będę wrzesz­czeć – mru­czy pod no­sem Lu Chu.

– Praw­da czy wy­zwa­nie – od­zy­wa się In­die, wska­zu­jąc z uśmie­chem na Jo­onę.

– Praw­da – od­po­wia­da po­li­cjant.

– To ja prze­słu­chu­ję – pro­te­stu­je Gun­nars­son.

– Co to ozna­cza? – pyta Jo­ona i za­kry­wa dłoń­mi twarz.

– Że co? Nie wiem – od­po­wia­da In­die. – Vic­ky i Mi­ran­da się w to ba­wi­ły.

– Ja już nie mogę – prze­ry­wa Ca­ro­li­ne. – Nie wi­dzia­łaś Mi­ran­dy, le­ża­ła wła­śnie tak, było mnó­stwo krwi, wszę­dzie krew i…

Głos jej się za­ła­mu­je i prze­cho­dzi w płacz, psy­cho­log pod­cho­dzi do niej i sta­ra się uspo­ko­ić ła­god­nym szep­tem.

– Kim jest Vic­ky? – pyta Jo­ona, wsta­jąc z fo­te­la.

– Nową uczen­ni­cą tu, w…

– Ale gdzie, do dia­bła, jest te­raz? – prze­ry­wa Lu Chu.

– Któ­ry to jej po­kój? – pyta szyb­ko Jo­ona.

– Pew­nie zwia­ła do swo­je­go ogie­ra – od­zy­wa się Tu­ula.

– Wci­na­my Ste­so­lid i śpi­my jak…

– O kim te­raz mó­wi­my? – pyta pod­nie­sio­nym gło­sem Gun­nars­son.

– Vic­ky Ben­net – od­po­wia­da mu Ca­ro­li­ne. – Nie wi­dzia­łam jej całą…

– Gdzie ona jest?

– Vic­ky ma za­je­bi­ście dużo li­te­rek w dia­gno­zie – śmie­je się Lu Chu.

– Wy­łącz te­le­wi­zor – mówi zde­ner­wo­wa­ny Gun­nars­son. – Chcę, żeby wszy­scy uspo­ko­ili się i…

– Nie wrzeszcz! – krzy­czy Tu­ula i pod­krę­ca gło­śność.

Jo­ona kuca na­prze­ciw Ca­ro­li­ne, za­glą­da jej w oczy i pyta z po­wa­gą:

– Któ­ry to po­kój Vic­ky?

– Ostat­ni, w głę­bi ko­ry­ta­rza – od­po­wia­da dziew­czy­na.

19

Jo­ona wy­cho­dzi z dom­ku i szyb­kim kro­kiem prze­cho­dzi przed po­dwó­rze. Po dro­dze spo­ty­ka ku­ra­to­ra nio­są­ce­go od­ku­rzacz, kiwa gło­wą tech­ni­kom i prze­ska­ku­jąc co dru­gi sto­pień, wcho­dzi do głów­ne­go bu­dyn­ku. We­wnątrz jest ciem­no, lam­py są wy­ga­szo­ne, ale pod­kład­ki roz­ło­żo­ne na pod­ło­dze po­ły­sku­ją jak krzem.

Bra­ku­je jed­nej dziew­czy­ny, za­sta­na­wia się Jo­ona. Nikt jej nie wi­dział. Może ucie­kła w za­mie­sza­niu, może po­zo­sta­łe pró­bu­ją jej po­móc, ukry­wa­jąc coś.

Oglę­dzi­ny miej­sca zda­rze­nia do­pie­ro się roz­po­czę­ły, po­ko­je nie są jesz­cze prze­szu­ka­ne. Całe Bir­git­ta­går­den po­win­no zo­stać prze­cze­sa­ne, ale nie było cza­su, za dużo rze­czy dzia­ło się na­raz.

Uczen­ni­ce są w stre­sie, boją się. Po­wi­nien tu być ktoś ze wspar­cia dla ofiar prze­mo­cy. Po­li­cja po­trze­bu­je wię­cej tech­ni­ków kry­mi­na­li­sty­ki, wię­cej środ­ków.

Jo­onę prze­cho­dzi zim­ny dreszcz na samą myśl, że za­gi­nio­na dziew­czyn­ka być może skry­ła się w swo­im po­ko­ju. Mo­gła coś wi­dzieć, coś, co ją prze­ra­zi­ło do tego stop­nia, że boi się wyjść.

Wcho­dzi do czę­ści, w któ­rej miesz­czą się po­ko­je uczen­nic.

Drew­nia­ne ścia­ny i bel­ki po­skrzy­pu­ją, ale poza tym pa­nu­je ci­sza. Po­zba­wio­ne klam­ki drzwi do izo­lat­ki są uchy­lo­ne. W środ­ku leży zmar­ła, za­kry­wa­jąc dłoń­mi oczy.

Jo­ona przy­po­mi­na so­bie na­gle, że wi­dział trzy po­zio­me smu­gi krwi na fra­mu­dze. Roz­ma­za­ny ślad trzech pal­ców, bez od­ci­sków opu­szek. Pa­trzył na nie, ale był tak za­ję­ty po­rząd­ko­wa­niem wra­żeń z miej­sca zbrod­ni, że do­pie­ro te­raz do nie­go do­tar­ło, iż są po nie­wła­ści­wej stro­nie. Śla­dy nie pro­wa­dzi­ły z izo­lat­ki na ze­wnątrz, tyl­ko w prze­ciw­ną stro­nę, w głąb ko­ry­ta­rza. Nie­wy­raź­ne, za­dep­ta­ne śla­dy ka­lo­szy, zwy­kłych bu­tów i na­gich stóp bie­gły we wszyst­kich kie­run­kach, ale te trzy smu­gi od fra­mu­gi – w głąb ko­ry­ta­rza.

Ktoś o za­krwa­wio­nych dło­niach miał coś do zro­bie­nia w jed­nym z po­ko­jów.

Żad­nych ofiar wię­cej, szep­ce do sie­bie Jo­ona.

Za­kła­da la­tek­so­we rę­ka­wicz­ki i pod­cho­dzi do ostat­nich drzwi. Kie­dy je otwie­ra, sły­szy sze­lest, za­trzy­mu­je się i pró­bu­je coś zo­ba­czyć. Dźwięk cich­nie. Jo­ona ostroż­nie wy­cią­ga rękę, żeby się­gnąć włącz­ni­ka świa­tła.

Znów sły­chać le­ciut­ki sze­lest i dziw­ne, me­ta­licz­ne po­brzę­ki­wa­nie.

– Vic­ky?

Maca ręką po ścia­nie i znaj­du­je włącz­nik. Żół­te świa­tło za­le­wa po­kój. Skrzyp­nię­cie i okno otwie­ra się w stro­nę lasu i je­zio­ra. W rogu po­ko­ju sły­chać szmer. Jo­ona do­strze­ga prze­wró­co­ną klat­kę z ka­nar­kiem, któ­ry ma­cha skrzy­deł­ka­mi i wspi­na się po kra­cie.

Za­pach krwi wci­ska się w noz­drza. Mie­sza­ni­na że­la­za i cze­goś in­ne­go, słod­kie­go i kwa­śne­go.

Jo­ona roz­kła­da pla­sti­ko­we płyt­ki i wcho­dzi po­wo­li do po­ko­ju.

Przy klam­kach okien wi­dać pla­my krwi. Wy­raź­ne śla­dy dło­ni po­ka­zu­ją, jak ktoś wspiął się na pa­ra­pet, oparł o fu­try­nę i naj­praw­do­po­dob­niej ze­sko­czył na traw­nik pod oknem.

Pod­cho­dzi do łóż­ka. Czu­je lo­do­wa­ty dreszcz, kie­dy od­su­wa koł­drę. Na po­ście­li peł­no jest za­schłej krwi, ale oso­ba, któ­ra w niej le­ża­ła, nie była ran­na. Krew jest za­schnię­ta, roz­ma­za­na. W po­ście­li spał ktoś nią uma­za­ny.

Jo­ona przez chwi­lę stoi nie­ru­cho­mo, sta­ra­jąc się od­gad­nąć ru­chy.

„Ona rze­czy­wi­ście spa­ła”, my­śli.

Kie­dy pró­bu­je od­chy­lić po­dusz­kę, ta sta­wia opór. Jest przy­le­pio­na do prze­ście­ra­dła. Jo­ona od­ry­wa ją. Pod spodem leży mło­tek ciem­ny od krwi, z brą­zo­wy­mi grud­ka­mi i przy­le­pio­ny­mi wło­sa­mi. Więk­szość krwi wsią­kła w ma­te­riał, ale obuch po­ły­sku­je jesz­cze od wil­go­ci.

20

Bir­git­ta­går­den spo­wi­ja ła­god­ne, pięk­ne świa­tło, a je­zio­ro Him­mel­sjön po­ły­sku­je cza­ro­dziej­sko spo­mię­dzy wy­so­kich, sta­rych drzew.

Za­le­d­wie kil­ka go­dzin wcze­śniej Nina Mo­lan­der wsta­ła do ła­zien­ki i zna­la­zła mar­twą Mi­ran­dę. Zbu­dzi­ła po­zo­sta­łe, wy­bu­chła pa­ni­ka, dziew­czę­ta za­dzwo­ni­ły do ku­ra­to­ra so­cjal­ne­go Da­nie­la Gri­ma, któ­ry na­tych­miast po­wia­do­mił po­li­cję.

Nina Mo­lan­der do­zna­ła szo­ku i zo­sta­ła prze­wie­zio­na do szpi­ta­la re­jo­no­we­go w Sund­svall.

Na po­dwó­rzu stoi Gun­nars­son z Da­nie­lem Gri­mem i Son­ją Rask. Gun­nars­son otwo­rzył ba­gaż­nik swo­je­go bia­łe­go mer­ce­de­sa i roz­ło­żył w nim szki­ce tech­ni­ków kry­mi­na­li­sty­ki z miej­sca zda­rze­nia.

Pies szar­pie się na smy­czy i uja­da wście­kle.

Kie­dy Jo­ona sta­je przy sa­mo­cho­dzie i prze­cią­ga dło­nią przez zmierz­wio­ne wło­sy, trzy pary oczu wpa­tru­ją się w nie­go.

– Dziew­czyn­ka ucie­kła przez okno – mówi.

– Ucie­kła? – Da­niel jest zdu­mio­ny. – Vic­ky ucie­kła? Dla­cze­go…

– Na fra­mu­dze była krew, i w jej łóż­ku też, i…

– Ale to nie ozna­cza, że…

– A pod jej po­dusz­ką le­żał za­krwa­wio­ny mło­tek – koń­czy Jo­ona.

– To nie­moż­li­we – de­ner­wu­je się Gun­nars­son. – Nie­moż­li­we, prze­cież cio­sy za­da­no ze strasz­ną siłą.

Jo­ona po­now­nie zwra­ca się do Da­nie­la Gri­ma. Jego oświe­tlo­na słoń­cem twarz wy­da­je się bez­bron­na i kru­cha.

– Co pan o tym są­dzi? – pyta go.

– O czym? Czy Vic­ky mo­gła­by… To cho­ry po­mysł.

– Dla­cze­go?

– Cho­ciaż­by dla­te­go, że do­pie­ro co… – od­po­wia­da ku­ra­tor, uśmie­cha­jąc się wbrew so­bie. – Przed chwil­ką by­li­ście w stu pro­cen­tach prze­ko­na­ni, że szu­ka­cie ro­słe­go męż­czy­zny. Vic­ky jest drob­na, nie waży na­wet pięć­dzie­się­ciu kilo, jej nad­garst­ki są wą­tłe jak…

– Czy ma skłon­ność do prze­mo­cy?

– Vic­ky tego nie zro­bi­ła – mówi spo­koj­nie Da­niel. – Pra­co­wa­łem z nią przez dwa mie­sią­ce i mogę za­pew­nić, że to nie ona.

– Czy była agre­syw­na, za­nim tu tra­fi­ła?

– Obo­wią­zu­je mnie ta­jem­ni­ca le­kar­ska.

– Chy­ba pan ro­zu­mie, że mar­nu­je pan nasz czas tą swo­ją cho­ler­ną ta­jem­ni­cą le­kar­ską – wtrą­ca Gun­nars­son.

– Mogę po­wie­dzieć, że ćwi­czę z nie­któ­ry­mi uczen­ni­ca­mi al­ter­na­ty­wy dla za­cho­wań agre­syw­nych… żeby nie re­ago­wa­ły zło­ścią na, przy­kła­do­wo, roz­cza­ro­wa­nie czy strach – wy­ja­śnia spo­koj­nie Da­niel.

– Ale nie z Vic­ky – koń­czy Jo­ona.

– Nie.

– Dla­cze­go więc tu tra­fi­ła? – pyta Son­ja.

– Nie mogę oma­wiać przy­pad­ków po­szcze­gól­nych uczen­nic.

– Ale nie uwa­ża pan, żeby mia­ła skłon­no­ści do prze­mo­cy?

– Jest miła – od­po­wia­da pro­sto Da­niel.

– Więc co, pana zda­niem, się wy­da­rzy­ło? Dla­cze­go pod jej po­dusz­ką leży za­krwa­wio­ny mło­tek?

– Nie wiem, to się nie zga­dza. Może ko­muś po­mo­gła? Scho­wa­ła broń.

– Któ­re z uczen­nic są agre­syw­ne? – do­py­tu­je ze zło­ścią Gun­nars­son.

– Nie mogę ni­ko­go wska­zać, mu­si­cie to zro­zu­mieć.

– Ro­zu­mie­my – mówi Jo­ona.

Da­niel zwra­ca się do nie­go z wdzięcz­no­ścią i sta­ra się uspo­ko­ić od­dech.

– Pro­szę spró­bo­wać po­roz­ma­wiać z nimi. Wte­dy bę­dzie pan wie­dział, o kim mó­wię.

– Dzię­ku­ję. – Jo­ona ru­sza w stro­nę dom­ku.

– Niech pan nie za­po­mi­na, że stra­ci­ły ko­le­żan­kę – do­da­je szyb­ko Da­niel.

Jo­ona za­trzy­mu­je się i wra­ca do ku­ra­to­ra.

– Wie pan, w któ­rym po­ko­ju zna­le­zio­no Mi­ran­dę?

– Nie, ale za­kła­dam, że…

Da­niel milk­nie i po­trzą­sa gło­wą.