Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 730

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Świadectwo prawdy - Jodi Picoult

W oborze na farmie amiszów w Pensylwanii znaleziono zwłoki noworodka. Lokalna społeczność jest w szoku -o odebranie dziecku życia zostaje oskarżona jego domniemana matka, osiemnastoletnia Katie Fisher, niezamężna dziewczyna z rodziny amiszów. Sprawę Katie przyjmuje Ellie Hathaway, adwokatka z wielkiego miasta. Po raz pierwszy w swojej karierze spotyka się z wymiarem sprawiedliwości rządzącym się innymi zasadami niż ten, który zna na wylot. Zagłębiając się w świat amiszów, musi znaleźć sposób, aby dotrzeć do swojej klientki i porozumieć się z nią w jej języku. Praca nad tą zawikłaną sprawą prowadzi ją także w głąb własnego ja, a kiedy jeszcze pojawi się w jej życiu mężczyzna z przeszłości, Ellie stanie oko w oko ze swoimi najtajniejszymi lękami i pragnieniami.

Opinie o ebooku Świadectwo prawdy - Jodi Picoult

Fragment ebooka Świadectwo prawdy - Jodi Picoult

JODI PICOULT

ŚWIADECTWO PRAWDY

Przełożył Michał Juszkiewicz

Prószyński i S-ka

Tytuł oryginału PLAIN TRUTH

Copyright © 2000 by Jodi Picoult
All rights reserved

Ilustracja na okładce AGE / East News

Konsultacja medyczna dr Anna Maria Bonder

Redakcja Magdalena Koziej

Redakcja techniczna Anna Troszczyńska

Korekta Mariola Będkowska

Łamanie Aneta Osipiak

ISBN 83-7469-345-2

Wydawca
Prószyński i S-ka SA
02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7
www.proszynski.pl
Druk i oprawa
Drukarnia Wydawnicza
im. W.L. Anczyca S.A.
30-011 Kraków, ul. Wrocławska 53

Cytaty z Pisma świętego za Biblią Tysiąclecia

Konwersja: Nexto Digital Services

Dedykacja

Mojemu tacie, Myronowi Picoult, który nauczył mnie, jak być oryginalną.

Niewielu jest ludzi na tym świecie, którzy potrafią kichać jakkaczka, szukać igły w siogu stana, układać marne kalambury…i tak bezgranicznie ubóstwiać swoje córki.

Kocham Cię.

Podziękowania

Przy pisaniu tej książki zaciągnęłam kolejne liczne długi wdzięczności. Dr Joel Umlas, dr James Umlas i dr David Toub służyli mi swoją rozległą wiedzą medyczną. Dr Tia Horner i dr Stuart Anfang wprowadzili mnie w tajniki psychiatrii sądowej oraz klinicznych wywiadów psychiatrycznych. Dr Catherine Lewis oraz dr Neil Kaye pomogli mi zrozumieć, co stoi za zabójstwem noworodka. Mój teść, Karl van Leer, kiedy zadzwoniłam do niego z pytaniem, jak inseminuje się krowy, wyjaśnił mi wszystko, a głos nawet mu nie drgnął. Kyle van Leer zobaczył kiedyś „księżyc-ciasteczko" i pozwolił mi go sobie pożyczyć. Teresa Farina w tempie ekspresowym przepisywała moje teksty. Dr Elisabeth Martin znalazła listerie i pomagała mi przetrwać autopsje. Steve Marshall zabierał mnie na polowania na duchy. Brian Laird opowiedział mi historię o trollach. Allegra Lubrano, kiedy cała w nerwach dzwoniłam do niej „z jednym szybkim pytankiem", wyszukiwała dla mnie różne zapomniane, zakurzone ustawy. Kiki Keating, perła wśród adwokatów, znalazła czas, żeby pojechać ze mną do Lancaster, gdzie nocami urządzałyśmy niekończące się burze mózgów, odsłuchując nagrane wywiady. Timowi van Leerowi jestem wdzięczna za wszystko. Dziękuję Jane Picoult, która sama określiła, jak ma wyglądać wyrok sądowy – za zrozumienie i za wskazówki. Laurze Gross dziękuję za to samo oraz za to, że jest najprawdopodobniej jedyną osobą w całym przemyśle wydawniczym, która chciałaby, żebym pisała jeszcze szybciej. Dziękuję Emily Bestler oraz Kipowi Hakali – na dobry początek pięknej znajomości, a także Camille McDuffie – do trzech razy sztuka! Wiele zawdzięczam publikacjom Johna Hostetlera i Donalda Kraybilla, gdyby zaś nie pomoc wszystkich tych osób, które poznałam w mieście Lancaster w Pensylwanii, ta książka na pewno nie mogłaby powstać. Nieoceniony wkład w jej ostateczny kształt miały także panie Maribel Kraybill, porucznik Renee Schuler, a przede wszystkim Louise Stoltzfus, która sama jest doskonałą pisarką. W ostatniej kolejności składam stokrotne podziękowania wszystkim amiszom, których poznałam, mężczyznom, kobietom i dzieciom; za to, że przyjęli mnie na krótką chwilę do swojego świata, otwierając przede mną serca oraz drzwi swoich domów.

I

Jestem mały chrześcijanin.Mam być dobry i łagodny,Szczery, prosty i pogodny,W każdym czynie swym cierpliwy,W każdym słowie swym uczciwy.Bo Bóg patrzy i się dowieCo ja myślę i co robię.

Szkolna rymowanka amiszów

Rozdział pierwszy

Niejeden raz śniło jej się, że widzi swoją młodszą siostrzyczkę, martwą, unoszoną przez wody rzeki toczące się pod lodem, ale tej nocy po raz pierwszy Hannah próbowała się wydostać. Widziała jej oczy, mętne, szeroko otwarte; czuła, jak jej paznokcie drapią grubą, zimną taflę. Obudziła się, wyrwana nagle ze snu. To nie była zima, tylko ciepła lipcowa noc. Pod dłońmi nie czuła już lodu; palce przesunęły się po skłębionym prześcieradle na jej własnym łóżku. A jednak wiedziała, że tak samo jak w jej śnie, ktoś próbuje się uwolnić, przejść na drugą stronę.

Przygryzła wargę, czując, jak pięść zaciśnięta w jej brzuchu zwiera się jeszcze mocniej. Starając się nie zwracać uwagi na zalewający ją falami ból, wstała i najciszej jak umiała, wyszła boso w ciemną noc.

Kot miauknął przeraźliwie, kiedy stanęła, zdyszana, na progu obory. Nogi trzęsły się pod nią, jakby to nie były nogi, ale dwie wierzbowe witki. Położyła się ostrożnie na sianie w najdalszym kącie zagrody dla cielnych krów, przyciągając kolana do siebie. Pękate, nabrzmiałe samice łypnęły okrągłymi, smętnymi ślepiami w jej kierunku, po czym odwróciły łby, jakby rozumiały, że tego, co tu się będzie działo, lepiej nie widzieć.

Wbiła wzrok w czarno-białe łaty na bokach stojących w zagrodzie holenderek, wpatrując się tak intensywnie, że zaczęły pływać jej przed oczami. Zacisnęła zęby na rąbku podwiniętej koszuli nocnej. Poczuła nagły nacisk, a jej ciało skręciło się w ciasny lej. Miała wrażenie, że wywraca się na drugą stronę i nagle przypomniała sobie dziurę w płocie z drutu kolczastego stojącym nad strumieniem, tę samą, która służyła jej i Hannah za przejście. Najpierw trzeba było ułożyć ciało pod odpowiednim kątem, a potem przeciskać się na łokciach i kolanach, sapiąc i stękając, aż wreszcie jakimś cudem wypadało się po drugiej stronie.

Skończyło się tak samo nagle, jak się zaczęło. Pomiędzy jej udami, na skopanym, zakrwawionym sianie, leżało dziecko.

Aaron Fisher przewrócił się z boku na bok pod kołdrą i spojrzał na budzik stojący na szafce obok łóżka. Był cicho jak makiem zasiał; to po prostu czterdzieści pięć lat uprawiania ziemi i dojenia krów zrobiło swoje. Budziły go już najlżejsze odgłosy: stąpnięcie łamiące kilka łodyg zboża na polu, zmiana w melodii wygrywanej przez wiatr, tarcie szorstkiego języka krowiej matki o grzbiet nowo narodzonego cielęcia.

Poczuł, jak materac za jego plecami się ugina. Sara uniosła się na łokciu, a jej długi warkocz zwinął się na ramieniu, podobny do marynarskiej liny.

– Was ist letz? Co się stało?

To nie mogły być zwierzęta, nie spodziewali się pierwszego cielaka wcześniej niż za miesiąc. Złodziej z kolei narobiłby więcej hałasu. Aaron poczuł, jak żona oplata go ramieniem w poprzek klatki piersiowej, przytulając się do jego pleców.

– Nix. Nic – mruknął, nie wiedząc, czy tym jednym słowem chce przekonać Sarę, czy też samego siebie.

Wiedziała, że tę fioletową spiralę, opadającą zwojami aż do brzucha dziecka, trzeba przeciąć. Drżącymi dłońmi zdołała dosięgnąć kołka obok wejścia do zagrody. Wisiały tam stare nożyce, poplamione rdzą i oblepione źdźbłami siana. Chodziły ciężko; pępowina poddała się dopiero za drugim cięciem i opadła, tryskając krwią. Przerażona tym widokiem, zacisnęła palcami jej koniec, rozglądając się gorączkowo za czymś do podwiązania.

Grzebiąc wolną ręką w sianie, natrafiła na krótki kawałek szpagatu do wiązania snopków. Pospiesznie owinęła nim przeciętą pępowinę. Krwawienie osłabło, potem ustało zupełnie. Z westchnieniem ulgi opadła na siano, opierając się na łokciach. I w tej chwili dziecko zaczęło płakać.

Wzięła je na ręce, przytulając mocno i kołysząc. Jedną nogą zaczęła podgarniać siano, usiłując zamaskować ślady krwi. Dziecko otworzyło usta i zacisnęło ssące wargi na jej bawełnianej koszuli nocnej.

Wiedziała, czego ono chce, czego potrzebuje, ale nie mogła mu tego dać. Gdyby to zrobiła, to nagle wszystko stałoby się prawdą.

Zamiast tego podsunęła mu mały palec, czując, jak maleńkie szczęki pracują z wielką siłą. Sama zaś – tak jak nauczono ją robić w najtrudniejszych, najcięższych sytuacjach – zaczęła się modlić słowami, które powtarzała już od tylu miesięcy.

– Panie – wyszeptała – proszę, spraw, żeby tego nie było.

Obudziło ją pobrzękiwanie łańcuchów. Na dworze było jeszcze ciemno, ale dojne krowy, posłuszne swojemu wewnętrznemu zegarowi, zaczęły już wstawać w zagrodach. Pomiędzy ich zadnimi nogami, niczym księżyce w pełni, wisiały pękate od mleka wymiona, poznaczone siatką błękitnych żył. Choć czuła się nieludzko zmęczona i obolała na całym ciele, to wiedziała, że kiedy mężczyźni przyjdą do dojenia, nie może jej już tutaj być. Zerknąwszy w dół, pomiędzy nogi, stwierdziła, że stał się cud: siano, przedtem zalane krwią, było świeże i czyste.Tylko tam, gdzie siedziała, widniała jedna, jedyna maleńka plama, natomiast to, co miała w rękach, zasypiając – nożyce i noworodek – znikło bez śladu.

Wstała z trudem i w nabożnym podziwie uniosła wzrok ku dachowi obory.

– Denke – szepnęła i wybiegła w szary mrok.

Podobnie jak inni młodzi amisze, Levi Esch nie chodził już do szkoły. Zakończył nauki na ósmej klasie, kiedy miał czternaście lat, a teraz trwał w zawieszeniu pomiędzy dzieciństwem a wiekiem, kiedy zgodnie z religią amiszów będzie mógł przyjąć chrzest. Tymczasem zatrudnił go właściciel gospodarstwa mlecznego, Aaron Fisher, któremu zabrakło syna do pomocy. Levi dostał tę pracę dzięki rekomendacji swojego starszego kuzyna Samuela. Samuel praktykował u Fisherów już piąty rok, a ponieważ, jak było wiadomo, miał się niedługo żenić z córką Fisherów i zakładać własne gospodarstwo, wszystko wskazywało na to, że Leviego czeka awans.

Dzień pracy zaczynał się dla niego o czwartej nad ranem, tak jak na każdej farmie mleczarskiej. Nadal było ciemno choć oko wykol. Levi nie mógł dostrzec zbliżającej się bryczki, którą jechał Samuel, ale kiedy dobiegł go nikły brzęk uprzęży, chwycił swój słomiany kapelusz z szerokim rondem i wypadł z domu na dwór. Po chwili siedział już na koźle obok Samuela.

– Cześć – wydyszał.

Kuzyn skinął głową, ale nie odezwał się ani słowem, nie spojrzał nawet na niego.

– Co się stało? – zakpił Levi. – Katie nie dała ci wieczorem buzi na do widzenia?

Samuel skrzywił się gniewnie i trzepnął go w głowę, strącając jego kapelusz do pudła wozu.

– Może byś tak się zamknął? – warknął.

Jechali w milczeniu.Wiatr szeptał w zbożu porastającym pole, które nierówną linią ciągnęło się wzdłuż drogi. Po niedługim czasie Samuel zajechał na podwórko Fisherów. Levi zsiadł z kozła i grzebiąc czubkiem buta w miękkiej ziemi, czekał, aż kuzyn wyprzęgnie i odprowadzi konia na pastwisko. Potem obaj ruszyli do obory.

Lampy, które zapalano do porannego udoju, były zasilane agregatem, podobnie jak próżniowe dojarki zakładane krowom na wymiona. Wewnątrz zastali już Aarona Fishera. Klęczał przy jednej z krów i przecierał jej dójki wodą z jodyną, a potem osuszał je kartkami wyrywanymi ze starej książki telefonicznej.

– Dzień dobry – przywitał się z Samuelem i Levim.

Nie powiedział im, co mają robić, bo sami dobrze wiedzieli. Samuel wziął taczkę, ustawił ją pod silosem i zaczął mieszać paszę. Levi zajął się wybieraniem nawozu spod krów, od czasu do czasu spoglądając w stronę kuzyna i marząc o tym, żeby być już starszym pomocnikiem.

Drzwi się otworzyły. Do obory wszedł wolnym krokiem ojciec Aarona. Elam Fisher nie mieszkał razem ze wszystkimi w domu, ale zajmował niewielką przybudówkę zwaną grossdawdi haus. Przychodził pomagać przy udoju, lecz Levi, jak wszyscy, dobrze znał niepisane reguły: uważać, żeby staruszek nie dźwigał żadnych ciężarów, żeby się nie przemęczał i żeby cały czas był święcie przekonany, że Aaron nie może się bez niego obejść, chociaż było akurat wręcz przeciwnie.

– Chłopcy – zagrzmiał Elam tubalnym głosem i nagle urwał, stając jak wryty pośrodku obory; zmarszczył nos i potrząsnął długą białą brodą. – No proszę, mamy nowego cielaka.

Aaron wstał, spoglądając na niego ze zdziwieniem.

– Nie. Zaglądałem do zagrody.

Elam potrząsnął głową.

– Czuć cielakiem.

– Czuć, ale Leviego – zażartował Samuel, podsypując pierwszej krowie świeżej paszy. – Dawno się nie kąpał.

Kiedy go mijał, pchając przed sobą taczki, Levi zamachnął się na niego, ale trafił nogą w krowi placek i wylądował na siedzeniu w rowie na odpadki. Zgrzytnął zębami, słysząc rechot Samuela.

– Nie wałkoń się – złajał go Aaron, chociaż i jemu uśmiech krzywił już usta. – Samuelu, daj mu spokój. Levi, wydaje mi się, że Sara zostawiła twoje zapasowe ubranie w siodlarni.

Levi wstał niezgrabnie, czując, jak płoną mu policzki. Minął Aarona, stojącego obok tablicy, na której zapisywano kredą, kiedy która krowa będzie się cielić i wszedł do klitki, gdzie przechowywano derki i uprzęże dla koni pociągowych i mułów pracujących na farmie. Panował tutaj wzorowy porządek, jak zresztą w całej oborze. Na ścianach wisiała pajęcza sieć plecionych skórzanych cugli, a na półkach poukładano zapasowe podkowy i słoje z maścią dla zwierząt.

Levi rozejrzał się, ale niczego nie znalazł, po chwili jednak dostrzegł coś jasnego w stercie końskich derek. No, to ma jakiś sens, pomyślał. Jeśli Sara Fisher uprała moje rzeczy, to przecież nie osobno, tylko razem ze wszystkim. Uniósł ciężki pasiasty koc. Pod spodem leżały jego zapasowe spodnie i koszula koloru szmaragdowego, zwinięta w kulę. Pochylił się, chcąc odrzucić koc do końca i spojrzał w nieruchomą twarzyczkę nowo narodzonego dziecka.

– Aaronie! – Levi wyhamował z poślizgiem obok gospodarza, dysząc ciężko. – Chodźcie tam, szybko.

Powiedział tylko tyle i wrócił pędem do komórki. Aaron wymienił spojrzenie z ojcem, po czym obaj pobiegli za chłopcem, a w ślad za nimi Samuel.

Levi pochylał się nad stołkiem, na którym piętrzyła się wysoka sterta derek dla koni. Na jej szczycie leżało niemowlę zawinięte w koszulę chłopca.

– Chyba… chyba nie oddycha – powiedział Levi.

Aaron podszedł bliżej. Już bardzo dawno nie widział tak małego dziecka. Dotknął je. Jego gładka buzia była zupełnie zimna. Ukląkł i nachylił głowę, mając nadzieję usłyszeć oddech maleństwa. Położył dłoń na jego klatce piersiowej.

W końcu się odwrócił.

– Biegnij do Schuylerów i poproś, żeby pozwolili ci zatelefonować – polecił Leviemu. – Wezwij tu policję.

– Wypchaj się – oświadczyła Lizzie Munro swojemu dowódcy. – Nie jadę oglądać nieprzytomnego niemowlaka. Wyślij tam karetkę.

– Już są na miejscu. Chcą, żeby przyjechał detektyw.

Lizzie przewróciła oczami. Jako sierżant dochodzeniówki napatrzyła się już w życiu na ratowników z pogotowia i poczyniła pewną obserwację, mianowicie taką, że co roku przyjmują tam młodszych. I głupszych.

– To jest robota dla pogotowia, Frank – powtórzyła.

– Niby tak, ale coś mi tam nie gra. – Porucznik podał jej kartkę z zapisanym adresem.

– Fisher? – Lizzie zmarszczyła brew, odczytując nazwisko i nazwę ulicy. – Amisze?

– Na to wygląda.

Lizzie westchnęła, chwytając w jedną rękę swoją przepastną czarną torbę, a w drugą odznakę.

– Dobrze wiesz, że to strata czasu – zawyrokowała. Miała już w przeszłości do czynienia z amiszami. Najczęściej były to grupki nastolatków ze wspólnoty Amiszów Starego Zakonu, którzy zebrali się u kogoś w stodole, żeby sobie popić, potańczyć i w ogóle porozrabiać. Raz albo dwa zdarzyło jej się odebrać zeznanie od amisza-przedsiębiorcy, któremu ktoś włamał się do domu. Jednak ogólnie rzecz biorąc, amisze rzadko miewali kontakt z policją. Ich wspólnota istniała sobie dyskretnie, niezauważalnie, zanurzona w otaczającym ją świecie, niby bańka powietrza nieprzenikalna dla cieczy, w której się unosi.

– Zbierz tylko zeznania od świadków, a ja już ci to wynagrodzę – obiecał Frank, otwierając przed Lizzie drzwi. – Specjalnie wyszukam jakiś smakowity czyn karalny, taki w sam raz dla ciebie.

– Obejdzie się bez kumoterstwa – ofuknęła go Lizzie, ale nawet kiedy już wsiadła do samochodu i ruszyła w stronę farmy Fisherów, wciąż jeszcze się uśmiechała.

Na podwórzu Fisherów stały radiowóz, karetka i bryczka. Lizzie wysiadła, podeszła do drzwi domu i zapukała.

Nikt nie odpowiedział, ale po chwili dobiegło ją pozdrowienie, które wypowiedział ktoś za jej plecami. Głos był kobiecy, o modulowanej, dialektalnej intonacji zmiękczającej spółgłoski. Odwróciła się i ujrzała kobietę średnich lat, w stroju typowym dla amiszów – lawendowej sukni przepasanej czarnym fartuchem – szybkim krokiem zmierzającą w jej kierunku.

– Jestem Sara Fisher. W czym mogę pani pomóc?

– Sierżant Lizzie Munro, wydział dochodzeniowo-śledczy.

Sara Fisher skinęła poważnie głową i zaprowadziła Lizzie do komórki, gdzie było już dwóch ratowników z pogotowia. Klęczeli nad niemowlęciem. Lizzie przykucnęła obok.

– Co tam macie?

– Noworodek, niedawno urodzony. Kiedy tu przyjechaliśmy, nie oddychał i nie miał pulsu. Próbowaliśmy reanimować, nie udało się. Znalazł go pomocnik farmera, zawiniętego w tę zieloną koszulę i przykrytego derką. Trudno stwierdzić, czy urodził się żywy, czy martwy, w każdym razie ktoś próbował go ukryć. Jeden z waszych kręci się przy krowach. Od niego pewnie dowiesz się czegoś więcej.

– Zaraz, zaraz. Ktoś chciał ukryć to dziecko zaraz po urodzeniu?

– Zgadza się. Mniej więcej trzy godziny temu – mruknął potakująco ratownik.

Nie stąd, ni zowąd zwyczajna „robota dla pogotowia" skomplikowała się daleko bardziej, niż Lizzie skłonna była się spodziewać, zaś najbardziej prawdopodobny podejrzany stał tuż obok, nie dalej jak trzy kroki od niej. Podniosła wzrok i spojrzała na Sarę Fisher, która przyglądała się całej scenie, oplótłszy się ciasno ramionami.

– Nie żyje? – zapytała i wzdrygnęła się.

– Obawiam się, że tak, pani Fisher.

Lizzie otworzyła usta, chcąc zadać pytanie, ale przeszkodził jej zgłuszony odgłos przestawianych urządzeń gospodarczych.

– Co to? – zdziwiła się.

– Mężczyźni kończą doić krowy.

– Doić krowy? – Lizzie uniosła brwi ze zdziwienia.

– Trzeba to zrobić – odpowiedziała cicho Sara. – Mimo wszystko.

Nagle Lizzie ogarnęło ogromne współczucie dla tej kobiety. Życie biegnie dalej, nie zatrzymuje się nad śmiercią – i właśnie Sara Fisher powinna wiedzieć o tym najlepiej. Położyła dłoń na jej ramieniu i nie mając pewności co do stanu psychicznego swojej rozmówczyni, powiedziała łagodnym głosem:

– Wiem, że to dla pani bardzo trudne, ale muszę zadać kilka pytań na temat pani dziecka.

Sara Fisher uniosła wzrok i spojrzała jej prosto w oczy.

– To nie jest moje dziecko – odparła. – Nie mam pojęcia, skąd się tutaj wzięło.

Pół godziny później Lizzie pochyliła się do ucha fotografa policyjnego.

– Same miejsca, nic więcej – ostrzegła go. – Amisze nie lubią, jak robi im się zdjęcia.

Fotograf skinął głową. Obszedł z aparatem komórkę, a potem zrobił kilka zbliżeń zwłok dziecka.

Przynajmniej rozumiem teraz, po co mnie tu wezwali, pomyślała Lizzie. Martwy, niezidentyfikowany noworodek, porzucony przez nieznaną matkę. I do tego gdzie? Na farmie amiszów.

Zdążyła już porozmawiać z sąsiadami Fisherów, małżeństwem luteranów. Oboje zapewnili ją solennie, że nigdy w życiu nie słyszeli u nich nawet podniesionych głosów, co się zaś tyczyło dziecka, to byli w kropce; w ogóle nie mieściło im się w głowie, skąd mogło się ono wziąć. Ich dwie nastoletnie córki – jedna z nich paradująca z kolczykami w nosie i w pępku – miały alibi na minio ny wieczór, ale zgodziły się poddać badaniom ginekologicznym, aby można je było wykluczyć z grona podejrzanych.

Natomiast Sara Fisher odmówiła zgody na badania.

Lizzie stała pod ścianą mleczarni, rozmyślając nad wszystkim, czego się dowiedziała. Patrzyła, jak Aaron Fisher przelewa mleko z małej, ręcznej blaszanki do dużej stągwi. Był to wysoki, ciemnowłosy mężczyzna; ramiona miał węzłowate od muskułów wyrobionych pracą w gospodarstwie. Skończył przelewać, odstawił blaszankę i odwrócił się do Lizzie – teraz mógł poświęcić jej całą swoją uwagę.

– Moja żona nie była w ciąży, pani sierżant – powiedział.

– Czy jest pan tego pewien?

– Sara nie może już rodzić. Tak orzekli lekarze, po tym, jak ostatni poród niemalże zakończył się dla niej tragicznie.

– A państwa dzieci, panie Fisher… Gdzie one były, kiedy znaleziono tego noworodka?

Przez twarz mężczyzny przemknął cień, niknąc momentalnie, ledwie Lizzie zdążyła go zauważyć.

– Jedna córka spała na piętrze. Drugiej… nie ma tutaj.

– Wyprowadziła się?

– Nie żyje.

– Ile lat ma ta córka, która spała na piętrze?

– Osiemnaście.

Słysząc to, Lizzie podniosła głowę. Ani Sara Fisher, ani ratownicy nie wspomnieli choćby jednym słowem, że w tym domu mieszka jeszcze jedna dojrzała kobieta.

– Czy to możliwe, że była w ciąży, panie Fisher?

Gospodarz poczerwieniał tak mocno, że aż się przestraszyła, że coś mu się stało.

– Przecież nie ma jeszcze męża.

– To nie jest konieczny warunek, proszę pana.

Aaron Fisher spojrzał kobiecie-detektywowi prosto w oczy. W jego wzroku był chłód.

– Dla nas jest.

Dojenie czterdziestu mlecznych krów ciągnęło się w nieskończoność, lecz wcale nie dlatego, że przybyło jeszcze kilku policjantów. Samuel wypuścił jałówki na pastwisko, zamknął za nimi bramę i ruszył w kierunku domu. Wiedział, że powinien pomóc Leviemu przy porannym zamiataniu obory, ale zdecydował, że ten jeden raz praca może zaczekać.

Nie zadał sobie nawet trudu, żeby zapukać, ale od razu otworzył drzwi i wszedł jak do siebie, jakby cały ten dom, wraz z mło dą kobietą krzątającą się w kuchni, już należał do niego. Stanął na progu, przyglądając się jej profilowi, zarysowanemu piękną linią w promieniach słońca, które barwiły jej miodowe włosy czystym złotem. Wodził za nią oczami, patrząc na jej ruchy, szybkie i zręczne. Właśnie przygotowywała śniadanie.

– Katie – pozdrowił ją, wchodząc do środka.

Odwróciła się błyskawicznie, spłoszona, a łyżka wypadła jej z ręki i wylądowała w misce pełnej ciasta na naleśniki.

– Samuel! Co dziś tak wcześnie? – Zerknęła ponad jego ramieniem, jakby spodziewała się zobaczyć wielką armię ciągnącą w ślad za nim. – Mama powiedziała, że mam zrobić tyle jedzenia, żeby starczyło dla wszystkich.

Samuel podszedł do niej i zabrał miskę, odstawiając ją na stół. Wziął ją za obie ręce.

– Nie wyglądasz najlepiej.

– Dzięki za komplement – skrzywiła się.

Przyciągnął ją do siebie.

– Wszystko w porządku?

Podniosła na niego wzrok. Jej oczy miały lazurowy kolor oceanicznych fal, które widział kiedyś na okładce magazynu podróżniczego. Tak też właśnie wyobrażał sobie nieskończoną głębię oceanu. To te oczy pierwsze przykuły jego uwagę, sprawiły, że dostrzegł Katie w tłumie ludzi zgromadzonych na mszy. Patrząc w nie, wierzył święcie, że dla tej jednej kobiety zrobi wszystko, nawet za sto lat.

Odsunęła się od niego i zaczęła przewracać naleśniki.

– Znasz mnie nie od dziś – powiedziała rwącym się głosem. – Zawsze się denerwuję, kiedy widzę tych Englischers*.

– A ilu ich tam jest? Tylko paru policjantów – powiedział zatroskany Samuel do jej pleców. – Ale pewnie będą chcieli z tobą porozmawiać. Wszystkich wypytują.

Odłożyła łopatkę i odwróciła się z ociąganiem.

– Co oni tam znaleźli, w tej oborze?

– To mama nic ci nie mówiła?

Katie powoli potrząsnęła głową, a Samuel zawahał się przez chwilę, rozdarty pomiędzy dwiema sprzecznościami: z jednej strony wiedział, że Katie w dobrej wierze oczekuje, że usłyszy od niego prawdę, z drugiej zaś pragnął za wszelką cenę utrzymywać ją jak najdłużej w beztroskiej niewiedzy. Przeczesał palcami swoje słomkowe włosy, stawiając je na sztorc.

– No, dobrze. Znaleźli noworodka. Nieżywego.

Jej oczy, te niesamowite lazurowe oczy zrobiły się okrągłe jak spodki, a potem Katie opadła bezsilnie na jedno z kuchennych krzeseł.

– Aha – jęknęła, zszokowana.

W mgnieniu oka był przy niej, porwał w objęcia i zaczął szeptać do ucha, że zabierze ją stąd i niech się dzieje, co chce, do licha z policją. Kiedy poczuł, jak mięknie w jego ramionach, zalała go triumfalna radość – tyle dni boczyła się na niego, odpychała od siebie, ale wreszcie z tym koniec, i to jaki piękny koniec! Nie minęła jednak chwila, a Katie zesztywniała i odsunęła się od Samuela.

– Nie czas teraz na to – złajała go. Wstała z krzesła i powyłączała wszystkie palniki gazowej kuchenki, po czym stanęła przed nim, obejmując się rękoma wpół. – Samuelu, chciałabym, żebyś mnie zabrał w jedno miejsce.

– Dokąd tylko zapragniesz – obiecał.

– Pokaż mi to martwe niemowlę.

– Krew – potwierdził lekarz sądowy, klęczący w zagrodzie dla cielnych krów, pochylony nad maleńką, ciemną plamą. – I łożysko. Ale nie krowie, sądząc po rozmiarach. Tutaj niedawno rodziła jakaś kobieta.

– Czy dziecko było martwe?

Zawahał się przez chwilę.

– Tego nie mogę stwierdzić bez autopsji – ale przeczucie mówi mi, że nie.

– Czyli umarło… tak po prostu?

– Tego też nie powiedziałem.

Lizzie wyprostowała się, przysiadając na piętach.

– Mam uwierzyć, że ktoś je zabił?

Odpowiedzią było wzruszenie ramion.

– Twoja głowa w tym, żeby się tego dowiedzieć.

Lizzie szybko policzyła w pamięci. Od narodzin do śmierci dziecka upłynęło bardzo niewiele czasu, można więc było z dużym prawdopodobieństwem założyć, że winna była jego matka.

– Jak to było? Ktoś je zadławił?

– Raczej udusił. Na szyi nie ma śladów. Do jutra podeślę ci wstępne wyniki autopsji.

Lizzie podziękowała lekarzowi sądowemu i opuściła miejsce przestępstwa, a policjanci z patrolu zajęli się jego zabezpieczeniem. Zupełnie nagle to, co wyglądało na zwykłe porzucenie noworodka, zamieniło się w potencjalnie prawdopodobne morderstwo, a to już stanowiło wystarczający argument, aby uzyskać u sędziego okręgowego nakaz pobrania próbek krwi; zdobyte w ten sposób dowody w jednoznaczny sposób wskazałyby sprawcę zbrodni.

Zatrzymała się, słysząc skrzypnięcie drzwi. W półmroku obory stał wysoki blondyn – rozpoznała w nim jednego z pomocników gospodarza – a wraz z nim młoda kobieta. Blondyn skinął Lizzie głową.

– To jest Katie Fisher – przedstawił nieznajomą.

Była to piękna dziewczyna, pełna tego krzepkiego, germańskiego powabu, który Lizzie zawsze kojarzył się z wiosną i świeżo zebraną śmietaną. Miała na sobie tradycyjny strój Amiszów Starego Zakonu: suknię z długimi rękawami i czarny fartuch, sięgający aż za kolana. Jej bose stopy pokrywała twarda, zrogowaciała skóra; Lizzie nigdy nie mogła się nadziwić dzieciakom amiszów, biegającym w lecie na bosaka po drogach wysypanych żwirem, ale tak właśnie się u nich robiło. Na dodatek dziewczyna była ledwie żywa ze strachu, dało to się wyczuć z daleka.

– Cieszę się, że przyszłaś, Katie – powiedziała Lizzie łagodnym głosem. – Rozglądałam się za tobą, bo chcę ci zadać kilka pytań.

Słysząc to, Katie przysunęła się bliżej swojego blondwłosego kolosa, który pospieszył z wyjaśnieniami:

– Katie całą noc spała. Nie wiedziała w ogóle, że coś się stało. Dopiero ja jej o wszystkim powiedziałem.

Lizzie chciała zagadnąć o to Katie, ale uznała, że w tym momencie nic do niej nie dotrze. Dziewczyna nieruchomym wzrokiem patrzyła ponad jej ramieniem, przyglądając się, jak ratownicy pod kierunkiem lekarza sądowego zabierają zwłoki noworodka z komórki. Nagle wyszarpnęła się Samuelowi i wybiegła z obory. Lizzie poszła w ślad za nią, aż na ganek domu.

Była to dosyć gwałtowna reakcja na śmierć. Ciekawe, co ją spowodowało, zastanawiała się Lizzie, patrząc, jak Katie ze wszystkich sił usiłuje się opanować. Gdyby to była zwykła nastolatka, zachowanie tego typu można by uznać za świadectwo winy, ale Katie Fisher była córką amiszów i myślała w zupełnie inny sposób niż dziewczęta w jej wieku. Kto urodził się wśród amiszów i wychowywał w hrabstwie Lancaster w Pensylwanii, nie oglądał ani dzienników telewizyjnych, ani filmów dla dorosłych. Nie słyszał o tym, że na świecie zdarzają się gwałty, morderstwa, że mężowie katują swoje żony. Kto wychował się wśród amiszów, mógł na widok martwego noworodka zareagować szczerym, panicznym strachem.

Z drugiej strony, w ostatnich latach odnotowano wiele wypadków, kiedy to nastoletnie matki ukrywały się z ciążą, a po porodzie pozbywały się problemu razem z dzieckiem. Nie były w naj mniejszym stopniu świadome tego, co zrobiły. Zdarzało się to wszędzie, bez względu na pochodzenie, kolor skóry czy religię.

Katie zasłoniła twarz dłońmi i płakała, oparta o słup podtrzymujący dach.

– Przepraszam – załkała. – To dziecko… Zwłoki… Przypomniała mi się moja siostra.

– Ta, która umarła?

Dziewczyna skinęła głową.

– Utopiła się. Miała siedem lat.

Lizzie rozejrzała się. Dookoła ciągnęły się pola, zielone morze falujące na wietrze. W oddali zarżał koń, a po chwili inny mu odpowiedział.

– Wiesz, co się dzieje, kiedy rodzi się dziecko? – zapytała cicho Lizzie.

– Mieszkam na wsi – odparła Katie, patrząc na nią spod oka.

– Rozumiem, ale kobieta to nie zwierzę i jeśli po porodzie pozostaje bez opieki lekarskiej, naraża się na poważne niebezpieczeństwo. – Lizzie zawiesiła głos. – Katie – zapytała po chwili – czy chciałabyś może coś mi powiedzieć?

– Nie urodziłam dziecka. – Katie spojrzała policjantce prosto w oczy. – Nie byłam w ciąży. – Ale Lizzie patrzyła w dół, na podłogę. Na pociągniętych białą farbą deskach widniała rdzawoczerwona plama. A na gołej łydce Katie wiła się wężykiem cienka strużka krwi.

Rozdział drugi

ELLIE

Bohaterami moich koszmarów były dzieci. A konkretnie – sześć dziewczynek. Dwie miały ciemne włosy, a cztery jasne. Spod szkolnych fartuszków w szkocką kratę – to barwa Szkoły Podstawowej Świętego Ambrożego – sterczały ich chude kolana, na nich leżały kurczowo splecione dłonie. Trzeba wam wiedzieć, że te dzieci na moich oczach dorosły w jednej chwili; był to moment, kiedy przewodniczący ławy przysięgłych ogłosił uniewinnienie mojego klienta, dyrektora ich szkoły, mężczyzny, który je molestował.

Był to największy wyczyn w mojej karierze adwokackiej. Pracowałam wtedy w sądzie w Filadelfii. Kiedy zapadł ten wyrok, mój telefon rozdzwonił się jak głupi; znalazłam się w kręgu zainteresowania ludzi ze świecznika, którzy z moją pomocą mieli nadzieję znaleźć luki w prawie i upchnąć w nich własne grzeszki. Tego samego dnia, kiedy przysięgli ogłosili werdykt, Stephen zabrał mnie wieczorem do Victor'sCafé na kolację, która kosztowała tyle, że można by za to kupić używany samochód. Kierownikowi sali powiedział, że nazywam się Jeannie Cochran. Zawiadomił mnie, że dwaj starsi wspólnicy w jego firmie, najbardziej prestiżowej w całym mieście, zapraszają mnie na rozmowę.

– Stephen – odpowiedziałam zdumiona – kiedy pięć lat temu byłam u was na rozmowie kwalifikacyjnej, oświadczyłeś mi, że nie wyobrażasz sobie związku z kobietą, która pracuje z tobą w jednej firmie.

– Ellie – wzruszył ramionami – pięć lat temu to było co innego.

I miał rację. Pięć lat wcześniej dopiero zaczynałam karierę. Pięć lat wcześniej wierzyłam, że na uniewinnieniu korzysta przede wszystkim klient, a nie adwokat, czyli ja. Pięć lat wcze śniej o takiej okazji jak oferta pracy w firmie Stephena mogłam sobie najwyżej pomarzyć.

Uśmiechnęłam się do niego.

– To o której mam to spotkanie?

Po jakimś czasie przeprosiłam go i poszłam do toalety, która miała własną obsługę w postaci cierpliwej pani siedzącej obok stoliczka z bezpłatnymi kosmetykami do makijażu, lakierem do włosów i perfumami. Zamknęłam się w kabinie i zaczęłam płakać; lałam gorzkie łzy, wspominając sześć dziewczynek w sądzie i ten materiał dowodowy, który z powodzeniem udało mi się ukryć, a także na myśl o adwokatce, którą chciałam być dawno temu, kiedy dopiero skończyłam prawo i byłam tak zasadnicza, że za nic w świecie nie podjęłabym się prowadzenia takiej sprawy, a nawet gdyby, to na pewno nie stanęłabym na głowie, żeby ją wygrać.

Wróciłam do umywalni i zaczęłam myć ręce. Podwinęłam rękawy marynarki, namydliłam dłonie i tarłam skórę do czerwoności; po wierzchu, między palcami, pod paznokciami. Nagle poczułam, że ktoś klepie mnie po ramieniu; za mną stała pani z obsługi, trzymając w dłoni płócienny ręcznik. Spojrzenie jej ciemnych jak kasztany oczu było twarde i dobitne.

– Kochana – usłyszałam – są takie plamy, które nigdy nie zejdą.

W moich koszmarach przewijało się jeszcze jedno dziecko, lecz ani razu nie zobaczyłam jego twarzy. To było moje dziecko, to, którego nigdy nie miałam i, wszystko na to wskazywało, że nigdy mieć nie będę. Ludzie często żartują sobie z zegara biologicznego, ale kobiety takie jak ja czują go w sobie – chociaż muszę przyznać, że kiedy był jeszcze zaledwie budzikiem, nie słyszałam go wcale. Dopiero w momencie, gdy jego tykanie zaczęło odliczać wybuch bomby, dotarło do mnie, że on istnieje i cały czas chodzi. Czekaj, zwlekaj, czekaj, zwlekaj, a potem bum! i nic już nie zrobisz, nic nie poradzisz.

Chyba jeszcze nie wspomniałam, że żyłam wtedy ze Stephenem już od ośmiu lat.

Następnego dnia po uniewinnieniu dyrektor od Świętego Ambrożego przysłał mi dwa tuziny czerwonych róż. Stephen wszedł do kuchni akurat wtedy, gdy upychałam je w koszu na śmieci.

– Dlaczego to robisz?

Odwróciłam się do niego, powoli.

– Powiedz, czy ciebie też to dręczy, że kiedy raz przekroczysz granicę, to już nie ma powrotu?

– Jezu, znowu ten Konfucjusz. Nie możesz powiedzieć, o co ci chodzi?

– Właśnie mówię. Chcę wiedzieć, czy cię to boli. Tutaj – dotknęłam palcem piersi w miejscu, gdzie biło moje wciąż jeszcze obolałe serce. – Chcę wiedzieć, czy zdarza ci się czasem spojrzeć na ludzi, którzy siedzą po przeciwnej stronie sali sądowej, tych ludzi, którym jakiś kryminalista zrujnował życie. Powiedz mi, czy myślisz o nich, kiedy wiesz dobrze, że twój klient jest winny, winny jak wszyscy diabli?

Stephen wziął do ręki swój kubek na kawę.

– Przecież ktoś musi go bronić. Tak działa nasz system prawny. A ty, skoro masz takie czułe serduszko, to może zgłoś się do pracy w biurze prokuratora okręgowego? – Wyjął różę z kosza, ułamał łodyżkę i zatknął mi kwiat za ucho. – Musisz przestać o tym myśleć. A może byśmy tak podjechali na plażę i wskoczyli do morza? – Pochylił się bliżej ku mnie. – Nago?

– Seks to nie jest plaster z opatrunkiem, Stephen.

Cofnął się o krok.

– Och, przepraszam. To było już tak dawno, że zdążyłem zapomnieć.

– Nie chcę teraz dyskutować akurat o tym.

– I nie ma takiej potrzeby. Mam już córkę, dwadzieścia jeden lat w tym roku.

– Ale ja nie mam. – Te słowa zawisły w powietrzu, ulotne, lecz nie do przeoczenia, jak bańka mydlana na ułamek sekundy przed pęknięciem. – Posłuchaj mnie. Potrafię zrozumieć, dlaczego mężczyzna nie chce przywrócić sobie płodności po wazektomii, ale można przecież inaczej…

– Nie można. Nie zamierzam patrzeć, jak przeglądasz do poduszki katalogi banków nasienia. Nie zamierzam też spowiadać się opiece społecznej, która musi wściubić nos we wszystko, od zeznań podatkowych po szufladę z bielizną, zanim wyda mi pozwolenie na adopcję jakiegoś małego Chińczyka, którego rodzice porzucili na szczycie góry, żeby umarł z zimna…

– Przestań, Stephen! Co ci się stało?

O dziwo, Stephen uciszył się w jednej chwili i usiadł, zaciskając wargi. Widać było, że jest wściekły.

– Tego nie musiałaś mówić – odezwał się po długiej chwili milczenia. – Naprawdę mnie uraziłaś.

– Czym?

– Powiedziałaś… że mnie posrało!

Spojrzałam mu w oczy.

– Powiedziałam: „Co ci się stało".

Stephen zamrugał, a potem wybuchnął śmiechem.

– Co ci się stało? No nie! Źle cię zrozumiałem.

Nie pierwszy raz i nie ostatni, pomyślałam, ale ugryzłam się w język i nie powiedziałam tego na głos.

Kancelarie firmy Pfister, Crown i DuPres zajmowały trzy piętra nowoczesnego wieżowca ze szkła i stali, stojącego w centrum Filadelfii. Na spotkanie ze wspólnikami stroiłam się kilka godzin, cztery razy zmieniając koncepcję, zanim wybrałam taki kostium, w którym najbardziej wyglądałam na kobietę sukcesu. Użyłam więcej antyperspirantu niż zazwyczaj. Wypiłam bezkofeinową kawę, bo bałam się, że od prawdziwej będą mi się trzęsły ręce. Przejechałam w myśli trasę do biurowca w centrum i przeznaczyłam sobie na dojazd prawie godzinę, chociaż to było nie więcej niż dwadzieścia pięć kilometrów.

Dokładnie o godzinie jedenastej rano wślizgnęłam się za kierownicę swojej hondy.

– Starszy wspólnik – mruknęłam pod nosem, zerkając we wsteczne lusterko. – Pensja minimum trzysta tysięcy rocznie. – Wsunęłam na nos okulary przeciwsłoneczne i ruszyłam na autostradę.

Stephen zostawił mi w samochodzie kasetę ze swoją specjalną składanką, która miała, jak to się wyraził, „dawać kopa". Słuchał jej zawsze, kiedy jeździł do sądu. Uśmiechając się lekko, włożyłam kasetę do odtwarzacza, a samochód momentalnie zaczął dudnić w rytm bębnów. Rozkręciłam głośność prawie do oporu, tak, że ledwie usłyszałam wściekły klakson ciężarówki, której zajechałam drogę, zmieniając pasy jak w slalomie.

– Oj – westchnęłam, zaciskając palce na kierownicy, która w tym samym momencie szarpnęła mi się w rękach. Chwyciłam ją mocniej, ale to dało tylko tyle, że samochód targnął się jak wierzgający mustang. Poczułam, jak z gardła do żołądka spływa mi chłodna strużka strachu; momentalnie ogarnęła mnie panika, która przychodzi wtedy, gdy człowiek uświadamia sobie, że właśnie zdarzyło się coś fatalnego i najzwyczajniej w świecie nie starczy mu już czasu, żeby zrobić cokolwiek. We wstecznym lusterku zobaczyłam, jak potężna ciężarówka, trąbiąc zajadle, zawisa nad moim samochodem, który w tym momencie zadygotał konwulsyjnie i stanął pośrodku autostrady, jakby wjechał na ścianę. Dookoła, ze średnią prędkością stu kilometrów na godzinę, zaczęły śmigać inne pojazdy.

Zamknęłam oczy w oczekiwaniu na huk i wstrząs. Nie doczekałam się.

Pół godziny później, wciąż jeszcze na miękkich nogach, stałam obok Boba, właściciela i ojca chrzestnego warsztatu napraw samochodowych „U Boba", wysłuchując wykładu na temat tego, co stało się z moim samochodem.

– Najkrócej można powiedzieć, że wszystko się stopiło – poinformował mnie Bob, wycierając dłonie w kombinezon. – Pękła miska olejowa, silnik się zapiekł i części się pozwierały jedna z drugą.

– Pozwierały się – powtórzyłam powoli. – A jak je można porozwierać?

– Nie można. Trzeba kupić nowy silnik. To będzie jakieś pięć, sześć tysięcy.

– Pięć, sześć… hej! – Zatrzymałam go, bo odwrócił się i najwidoczniej chciał już sobie pójść. – A co ja mam zrobić, dopóki nie wymienię silnika?

Zerknął na mój kostium, walizkę, buty na szpilkach.

– Niech se pani kupi trampki.

Zadzwonił telefon.

– Nie odbiera pani? – zapytał mechanik, a do mnie dopiero teraz dotarło, że to dzwoni w przepastnych głębiach mojego neseseru. Przypomniałam sobie o umówionym spotkaniu i jęknęłam. Było już piętnaście minut po czasie.

– Gdzie ty się podziewasz, do diabła? – warknął Stephen, kiedy odebrałam.

– Samochód mi się rozkraczył na środku autostrady. Wyprzedzałam ciężarówkę.

– Cholera, Ellie! Czy ty nie wiesz, od czego są taksówki?

Byłam tak wstrząśnięta tym, co usłyszałam, że nie mogłam wykrztusić ani słowa. Żadnego „Boże, nic ci się nie stało?", żadnego „Mam do ciebie przyjechać?". Spojrzałam na Boba, który kręcił głową nad masą poskręcanego metalu, która jeszcze do niedawna pracowała w moim samochodzie w charakterze silnika i poczułam, jak ogarnia mnie jakiś dziwny spokój.

– Dzisiaj nie dam rady przyjechać – powiedziałam do słuchawki.

Stephen westchnął głęboko.

– Spróbuję namówić Johna i Stanleya, żeby spotkali się z tobą w innym terminie. Powinni się zgodzić. Oddzwonię.

Połączenie się urwało, zanim jeszcze zdążyłam odsunąć telefon od ucha. Rozłączyłam się, nie myśląc o tym, co robię i wróciłam do samochodu.

– Mam dla pani dobrą wiadomość – oznajmił Bob. – Taką mianowicie, że po wymianie silnika będzie pani miała w gruncie rzeczy nowy samochód.

– Lubiłam ten stary.

Mechanik wzruszył ramionami.

– Może pani sobie myśleć, że to ten stary, tylko z nowym sercem.

Nagle przed oczami stanęła mi ta ciężarówka, która o mały włos nie rozjechała mnie na autostradzie. Zobaczyłam znów, jak ostro skręca, żeby mnie ominąć, w uszach zabrzmiał jej buczący klakson, a potem szum samochodów, które rozdzieliły się jak fale rzeki opływające tkwiący w nurcie kamień. Poczułam zapach rozgrzanego asfaltu, podobnego do tafli jeziora marszczonej łagodnym wiatrem; moje szpilki grzęzły w nim, kiedy schodziłam na pobocze autostrady, kuśtykając na chwiejnych nogach. Byłam raczej daleka od tego, żeby wierzyć w przeznaczenie, ale tym razem naprawdę niewiele brakowało. To musiał być znak, zupełnie jakbym potrzebowała zatrzymać się na chwilę i zobaczyć, że zmierzam w niewłaściwym kierunku. Kiedy nawalił mi samochód, zadzwoniłam na policję i do kilku warsztatów, ale nawet nie przyszło mi do głowy, żeby porozmawiać ze Stephenem. Nie wiem skąd, ale wiedziałam, że jeśli sama sobie nie pomogę, to nikt inny tego nie zrobi.

Mój telefon odezwał się ponownie.

– Dobra wiadomość. – Stephen nie dał mi nawet dojść do słowa. – Nasze szychy zgodziły się przełożyć spotkanie na szóstą po południu.

W tym momencie zrozumiałam, że muszę wyjechać.

Stephen pomógł mi zapakować bagaże do samochodu.

– Świetnie cię rozumiem – powiedział, chociaż to nie była prawda. – Potrzebujesz trochę czasu dla siebie, zanim weźmiesz następną dużą sprawę.

Potrzebowałam trochę czasu, żeby zastanowić się, czy w ogóle będę chciała wziąć jeszcze jakąkolwiek sprawę, ale w coś takiego Stephen nie uwierzyłby nigdy w życiu. Nie kończy się studiów prawniczych, nie trafia na łamy „Law Review", a kiedy nadarzy się życiowa szansa, nie haruje się jak wół po to, żeby potem mieć wątpliwości co do obranej ścieżki kariery. Z drugiej strony, gdybym mu powiedziała, że mogę już nie wrócić, na pewno by się z tym nie pogodził.W to nie mogłam wątpić, bo sama czułam podobnie. Przeżyliśmy razem osiem lat – co prawda bez ślubu, ale jednak razem.

– Zadzwonisz, jak już będziesz na miejscu? – zapytał i pocałował mnie, nie czekając na odpowiedź. Po chwili nasze usta rozdzieliły się niczym pękający szew, a ja wsiadłam do samochodu i odjechałam.

Kto inny w mojej sytuacji – mam tu na myśli kobietę ze złamanym sercem, w wielkiej życiowej rozterce i z całkiem pokaźną, świe żo wpłaconą sumą na koncie – wybrałby się pewnie zupełnie gdzie indziej. Na Kajmany, do Paryża, może nawet na wędrówkę śladami własnej duszy w Góry Skaliste. Dla mnie zawsze było jasne, że jeśli mam lizać rany, to tylko w Pensylwanii, w miasteczku Paradise. W dzieciństwie jeździłam tam co roku w lecie, na tydzień. Mój stryjeczny dziadek miał farmę w tej okolicy, ale musiał wyprzedawać po kawałku swoją ziemię. Robił to aż do śmierci, a potem do domu wprowadził się jego syn Frank, który obsiał pola trawą i otworzył warsztat stolarski. Frank był w wieku mojego ojca. Jego żona miała na imię Leda. Wzięli ślub na długo przed moim urodzeniem.

Nie da się opowiedzieć, co robiłam podczas tych wakacji w Paradise, ale na całe życie zapamiętałam ów wielki spokoj, który przenikał dom Franka i Ledy, tę bezproblemową łatwość, z jaką wszystko się tam odbywało. Początkowo wydawało mi się, że dzieje się tak, ponieważ Frank i Leda nigdy nie doczekali się dzieci, później jednak zrozumiałam, że chodzi o coś innego. To była zasługa Ledy, jej charakteru, który zawdzięczała temu, że wyrosła wśród amiszów.

Latem w Paradise nie sposób było nie natknąć się na amiszów, którzy stanowili nieodłączny element krajobrazu hrabstwa Lancaster. Tych „prostych ludzi", jak na siebie mówili, widywało się w konnych bryczkach na pełnych samochodów ulicach, można się było napatrzeć na ich staroświeckie stroje w kolejce w sklepie spożywczym, odwzajemnić ich wstydliwe uśmiechy, kiedy kupowało się świeże warzywa na ich farmach. W takiej właśnie sytuacji dowiedziałam się, że Leda była kiedyś jedną z nich. Przyjechałyśmy na farmę, żeby kupić słodką kukurydzę. Kiedy czekałyśmy, aż ktoś ją przyniesie, nagle usłyszałam, jak Leda zaczyna rozmawiać z kobietą, której miałyśmy zapłacić, ale nie po angielsku – w niemieckim dialekcie, który, jak się później dowiedziałam, nosił nazwę Pennsylvania Dutch*. Dla mnie, jedenastolatki, widok Ledy (która na oko nie różniła się ode mnie i od całej reszty Amerykanów) posługującej się jakimś germańskim narzeczem był zdumiewający. Po chwili poczułam, jak ciotka wsuwa mi w dłoń dziesięć dolarów.

– Podaj pieniążki tej pani, Ellie – poprosiła mnie, chociaż stała nie dalej jak o krok i mogła zrobić to sama.

Po drodze do domu opowiedziała mi o tym, że urodziła się wśród prostych ludzi i żyła z nimi, dopóki nie zdecydowała się wyjść za Franka, który nie był amiszem. Według zasad ich religii Ledę od tego momentu obowiązywał bann, czyli ograniczenie kontaktów z amiszami. Nie zabroniono jej rozmawiać z przyjaciółmi ani też z rodziną, ale nie mogła jadać z nimi przy jednym stole. Wolno jej było siedzieć obok nich w autobusie, ale podwieźć własnym samochodem – już nie. Mogła kupować od nich wszystko, czego jej było potrzeba, ale samej transakcji musiał dokonać za nią ktoś trzeci. Tym razem padło na mnie.

Jej rodzice, siostry i bracia – wszyscy żyli w promieniu piętnastu kilometrów od jej domu.

– Wolno ci ich odwiedzać? – zapytałam.

– Tak, ale rzadko to robię – odparła. – Kiedyś mnie zrozumiesz, Ellie. Żyję z daleka od nich, ale nie ze względu na siebie. To nie mnie jest z tym trudno, ale im.

Leda czekała już na mnie na dworcu w Strasburgu. Wyszłam z pociągu, taszcząc dwie walizki – i wpadłam prosto w jej wyciągnięte ramiona.

– Ellie, Ellie – usłyszałam śpiewny głos ciotki. Pachniała pomarańczami i windeksem, płynem do szyb; jej szerokie ramię było wręcz stworzone do tego, aby złożyć na nim głowę. Skończyłam już trzydzieści dziewięć lat, ale w jej objęciach miałam znów jedenaście.

Poszłyśmy razem w stronę niewielkiego parkingu.

– Powiesz mi teraz, co się stało?

– Nic się nie stało. Chciałam was zobaczyć.

Leda prychnęła.

– Przyjeżdżasz tutaj tylko wtedy, gdy zaczynają puszczać ci nerwy. Stephen zrobił coś nie tak? – Nie odpowiedziałam. Leda zmrużyła oczy. – A może nic nie zrobił i w tym właśnie problem?

Westchnęłam.

– Nie chodzi o Stephena. Prowadziłam ciężką sprawę i… muszę trochę odpocząć.

– Przecież wygrałaś. Mówili o tym w telewizji.

– Wygrana to nie wszystko.

Ku mojemu zaskoczeniu Leda nic nie odpowiedziała. Na autostradzie zasnęłam. Obudziłam się gwałtownie, dopiero kiedy wjechałyśmy na podjazd.

– Przepraszam – powiedziałam, zawstydzona. – Nie chciałam tak odpłynąć.

Leda z uśmiechem poklepała mnie po ręce.

– Możesz tu odpoczywać, ile tylko zechcesz.

– Nie będę siedzieć długo, na pewno. – Zabrałam swoje walizki z tylnego siedzenia i poszłam za nią na ganek.

– I tak miło, że wpadłaś, bez różnicy, na dwa dni czy na dwa tygodnie – powiedziała Leda. Nagle przekrzywiła głowę, nadstawiając ucha. – Telefon dzwoni. – Pchnęła drzwi i wbiegła do środka, żeby odebrać. – Halo?

Postawiłam walizki na podłodze i przeciągnęłam się, bo czułam bóle w plecach. Kuchnia ciotki Ledy, jak zwykle wysprzątana na wysoki połysk, wyglądała dokładnie tak, jak ją zapamiętałam: na ścianie kawałek płótna z próbkami haftu, na półce słoik-świnka z ciastkami, na podłodze linoleum w czarno-białą szachownicę. Kiedy zamknęłam oczy, bez wysiłku wyobraziłam sobie, że nigdy stąd nie wyjechałam, a najtrudniejszą decyzją dzisiejszego dnia ma być wybór miejsca na popołudniową drzemkę – drewniany leżak na tyłach domu czy skrzypiąca huśtawka na zamkniętym ganku? W głosie Ledy, rozmawiającej przez telefon, dało się wyczuć zdziwienie; najwyraźniej nie spodziewała się, że ta osoba kiedyś do niej zadzwoni.

– Już dobrze, Saro, cicho… – szeptała uspokajająco do słuchawki. – Was ist letz?

Udało mi się pochwycić tylko pojedyncze słowa tego obcego języka: an Kind… er hat an Kind gfuna… es Kind va dodt*. Usiadłam ciężko na kuchennym stołku, czekając, aż Leda skończy rozmawiać.

Odwiesiła słuchawkę, ale przez długą chwilę nie zdejmowała z niej dłoni. Potem odwróciła się do mnie, blada i wstrząśnięta.

– Ellie, bardzo cię przepraszam, ale muszę gdzieś pojechać.

– Mam ci w czymś…?

– Zostań – przerwała mi. – Przyjechałaś tutaj odpocząć.

Przyglądałam się przez okno, jak wycofuje samochód z podjazdu. Leda poradzi sobie z każdym problemem, pomyślałam. Zawsze tak było. Położyłam nogi na sąsiednim stołku i uśmiechnęłam się do siebie. Kwadrans w tym raju** i proszę, od razu mi lepiej.

Rozdział trzeci

– Neh! – wrzasnęła Katie, usiłując kopnąć ratownika z pogotowia, który chciał pomóc jej wsiąść do karetki. – Ich will net gay!

Lizzie przyglądała się, jak dziewczyna stawia zaciekły opór. Dół jej sukienki, uszytej z soczyście zielonego materiału, był teraz cały pokryty czarnymi plamami krwi. Obok ciasnym półkolem stali, wstrząśnięci, jej rodzice, Samuel oraz Levi. Wysoki blondyn wystąpił o krok, zaciskając zęby.

– Postaw ją na ziemi – rozkazał płynną angielszczyzną.

Ratownik spojrzał na niego.

– Kolego, ja tu jej pomagam. – W końcu udało mu się wciągnąć Katie do środka. – Państwo mogą jechać z nią – zwrócił się do Fisherów.

Sara Fisher chwyciła męża za przód koszuli, zalewając go potokiem błagalnych słów w języku, którego Lizzie nie rozumiała. Aaron potrząsnął głową, po czym odwrócił się i odszedł, wołając do siebie pozostałych mężczyzn. Jego żona ostrożnie wdrapała się na tył karetki i ujęła dłoń córki, szepcząc coś do niej. Po chwili Katie się uspokoiła. Ratownicy zamknęli dwuskrzydłowe drzwi i karetka ruszyła długim podjazdem, sypiąc spod kół kamykami i wzburzając tumany pyłu.

Lizzie, chociaż wiedziała, że musi jechać do szpitala, żeby porozmawiać z lekarzami, którzy będą badali Katie, nie ruszyła się z miejsca. Obserwowała Samuela, który nie poszedł za Aaronem Fisherem, tylko stał, jakby wrósł w ziemię, patrząc za karetką, dopóki nie znikła mu z oczu.

Świat mijał ją z ogromną prędkością. Nad głową widziała mknące szybko kreski białego, fluorescencyjnego światła, wyglądające zupełnie jak przerywana linia na środku drogi, kiedy wygląda się przez tylne okno jadącej bryczki. Nosze, na których le żała, zatrzymały się nagle. U wezgłowia rozległ się czyjś głos: „Uwaga, na trzy… raz, dwa, trzy!" i uniosła się w powietrze, lądując łagodnie na zimnym, lśniącym stole.

Ratownik poinformował wszystkich, że pacjentka nazywa się Katie i – Boże drogi! – że miała krwawienie. Zobaczyła nad sobą twarz jakiejś kobiety, przyglądającej jej się uważnie.

– Katie? – usłyszała jej głos. – Mówisz po angielsku?

– Ja – mruknęła.

– Jesteś w ciąży?

– Nie!

– Czy możesz nam powiedzieć, kiedy miałaś ostatni okres?

Jej policzki zapłonęły głęboką czerwienią i odwróciła głowę, nie mówiąc ani słowa.

Światła i dźwięki tego dziwnego szpitala atakowały jej zmysły. Falowały jasne parawany; ze wszystkich stron dobiegały sygnały i terkoty; rozlegały się ludzkie głosy, rozproszone, ale w niepojęty sposób zsynchronizowane, zupełnie jak pobożne hymny śpiewane w kanonie.

– Ciśnienie osiemdziesiąt na czterdzieści – mówiła jedna pielęgniarka.

– Puls sto trzydzieści.

– Częstość oddechów?

– Dwadzieścia osiem.

– Pani Fisher – lekarz zwrócił się wprost do matki Katie – czy pani córka była w ciąży?

Sara, oszołomiona szpitalnym rozgardiaszem, nie powiedziała ani słowa, patrzyła tylko na niego.

– Jezu… – westchnął. – Rozbierzcie ją.

Katie poczuła, jak ciągną ją za ubranie, dotykają bielizny.

– To jest część sukienki, nie mogę znaleźć guzików – poskarżyła się jedna z pielęgniarek.

– Nie ma guzików, wszystko spięte szpilkami. A to co…?

– Rozetnijcie, jeśli trzeba. Chcę dostać wyniki badania zewnętrznych narządów płciowych, gonadotropinę kosmówkową z moczu i morfologię. Badanie grupy krwi wysłać do banku krwi. – Twarz lekarza ponownie zawisła nad Katie. – Katie, będę teraz badał twoją macicę. Rozumiesz? Leż spokojnie, muszę dotknąć cię między nogami…

Wystarczyło, że poczuła pierwszy, delikatny dotyk i od razu zaczęła wierzgać.

– Unieruchomić – polecił lekarz. Dwie pielęgniarki przypięły ją strzemionami za kostki do stołu. – Nie bój się, leż spokojnie. Nic ci nie zrobię. – Po policzkach Katie popłynęły łzy. Lekarz za czął dyktować pielęgniarce z notatnikiem: – Mamy tu coś, co wygląda na odchody krwawe, a oprócz tego miękką, niekurczącą się macicę, wielkości typowej dla dwudziestego czwartego tygodnia ciąży i chyba rozwarcie szyjki macicy. Trzeba zrobić USG, żeby wiedzieć, co się dzieje. Co z tym krwawieniem?

– Jeszcze nie ustało.

– Wezwijcie ginekologa-położnika.

Jedna z pielęgniarek położyła między nogami Katie garść kostek lodu zawiniętych w bawełnianą chustę.

– Tak będzie ci lepiej, kotku – szepnęła.

Katie chciała się jej przyjrzeć, ale nie mogła, bo do rąk i nóg jak z waty dołączyły teraz problemy z widzeniem: zaczęło jej się dwoić i troić w oczach. Pielęgniarka zauważyła co się dzieje i przykryła ją jeszcze jednym kocem. Katie żałowała, że nie może znaleźć słów, aby jej podziękować, powiedzieć, że najbardziej potrzebuje teraz kogoś, kto nie pozwoli jej się rozsypać na kawałki tu, na miejscu, na tym stole – ale wszystkie myśli, które kłębiły się w jej głowie, były w języku jej dzieciństwa.

– Nic ci nie będzie – uspokajała ją pielęgniarka.

Katie zerknęła ukradkiem na matkę i zemdlała, wierząc, że to naprawdę jest możliwe.

Kiedy stały już na peronie, mama wcisnęła jej do ręki pięć dwudziestodolarówek.

– Pamiętasz, na jakiej stacji się przesiadasz? – Katie skinęła potakująco głową. – Gdyby go nie było na dworcu, zadzwoń do niego. – Pogładziła Katie po policzku. – Tym razem możesz, jeśli będzie trzeba.

Nie musiała dodawać, bo obie dobrze o tym wiedziały, że skorzystanie z telefonu będzie zdecydowanie najmniejszym z jej grzechów. Katie jechała zobaczyć się ze swoim bratem – po raz pierwszy, odkąd Jacob wyprowadził się z domu. Miała dopiero dwanaście lat, a on mieszkał tam, gdzie studiował – w mieście State College.

Jej matka rozejrzała się nerwowo, patrząc, kto jeszcze czeka na peronie. Nie można było dać się zauważyć innym amiszom, bo wtedy Aaron mógłby się dowiedzieć, że żona i córka go oszukały.

Długi, lśniący pociąg linii Amtrak wtoczył się na stację. Katie uścisnęła mamę mocno.

– Szkoda, że nie jedziesz ze mną – wyszeptała przez zaciśnięte zęby.

– Nie potrzeba. Jesteś już duża.

Obie wiedziały, że Katie miała na myśli zupełnie co innego.To, żeby Sara pojechała z nią do State College, nie wchodziło w grę. Byłaby wtedy winna nieposłuszeństwa wobec męża. Tego zrobić nie mogła. Wysłanie córki i siostry w dowód matczynej miłości – to było już i jeszcze na granicy. Zresztą Katie nie przyjęła do tej pory chrztu w kościele amiszów, wspólnocie, którą kierował Ordnung – ścisły porządek. To właśnie jego zasady zabraniały Sarze wsiąść do samochodu razem ze swoim wyklętym synem. Zabraniały jej jeść przy tym samym stole co on.

– Pojedziesz – powiedziała córce, uśmiechając się krzywo – a potem wrócisz i wszystko mi o nim opowiesz.

W pociągu Katie siedziała sama; zamknęła oczy, żeby nie widzieć spojrzeń ciekawskich ludzi, pokazujących ją sobie palcami, gapiących się na jej ubranie i czepek. Splotła dłonie na podołku i wspominała ostatni raz, kiedy widziała Jacoba; oczyma duszy znów zobaczyła, jak wychodzi z domu, żeby już nie wrócić, z głową otoczoną aureolą światła odbitego od jego miedzianej czupryny.

Kiedy pociąg wjeżdżał na dworzec w State College, Katie przycisnęła nos do szyby, szukając twarzy brata w morzu tych obcych, angielskich. Była, rzecz jasna, obyta z widokiem nieamiszów, ale nawet na najbardziej ruchliwej z ulic wschodniego Paradise nie zdarzyło się jej jeszcze, aby w zasięgu wzroku nie było przynajmniej jednej, dwóch osób ubranych tak jak ona, mówiących jej językiem. Stroje ludzi czekających na tym peronie mieniły się wszystkimi kolorami tęczy, aż w głowie się kręciło. Zauważyła kilka kobiet w topach i szortach, tak krótkich, że praktycznie wszystko miały na wierzchu. Przeraził ją widok młodego mężczyzny, noszącego łańcuch, który spinał kolczyk w uchu z kółkiem w nosie.

Nigdzie nie było widać Jacoba.

Wysiadła z pociągu i powoli obróciła się dookoła, bojąc się, że ten rozfalowany tłum spieszących dokądś ludzi wessie ją, porwie ze sobą. Nagle ktoś poklepał ją po ramieniu.

– Katie?

Za nią stał jej brat. Katie zarumieniła się ze zdziwienia. Nagle stało się oczywiste, dlaczego go przeoczyła w tym tłumie. Wypatrywała przecież chłopaka w szerokim słomianym kapeluszu i czarnych spodniach na szelkach, tymczasem Jacob, którego teraz miała przed oczami, był gładko ogolony i miał na sobie kraciastą koszulę z krótkim rękawem do spodni koloru khaki.

Wpadła w jego ramiona, obejmując go najmocniej, jak umiała; dopiero teraz dotarło do niej, jak samotna czuła się bez niego w domu.

– Mam bardzo za tobą tęskni – wydyszała, nie mogąc złapać tchu. – Mam jej wszystko opowiedzieć, jak wrócę.

– Ja też się za nią stęskniłem. – Brat objął ją ramieniem i ra zem zaczęli przedzierać się przez tłum. – Urosłaś chyba z pół metra – zauważył.

Wyszli z dworca. Jacob poprowadził Katie do małego, niebieskiego samochodu stojącego na parkingu. Stanęła jak wryta, nie mogąc oderwać od niego oczu.

– To mój wóz – powiedział cicho. – Naprawdę jesteś zdziwiona? A czego się spodziewałaś?

Prawdę mówiąc, nie spodziewała się niczego poza tym, że brat, którego kochała, a który wyrzekł się swojej religii, aby móc studiować, wciąż będzie żył w taki sam sposób, jak oni w domu – tylko gdzieś indziej, nie w Paradise. To, co teraz zobaczyła – obce ubranie i ten samochodzik – przypomniało jej słowa ojca: niemożliwe, żeby Jacob zachował prostotę serca jak prawdziwy amisz, jeśli będzie dalej się kształcił. Zaczęła się zastanawiać, czy ojciec przypadkiem nie miał racji.

Jacob otworzył przed nią drzwi, a sam usiadł za kierownicą.

– Dat nie wie, że pojechałaś do mnie? Co mu powiedziałyście?

Kiedy Jacob został wyklęty z kościoła amiszów, umarł w nielitościwych oczach swojego ojca. Aaron Fisher za nic w świecie nie pozwoliłby jej na odwiedziny u brata, tak samo jak zabroniłby żonie pisać listy do syna i dawać je po cichu Katie do wysłania – gdyby tylko o tym wiedział.

– Że jestem u ciotki Ledy.

– Sprytnie. Nie zmusi się, żeby z nią porozmawiać, a w każdym razie zdążysz wrócić, zanim się przemoże i wszystko się wyda. – Jacob uśmiechnął się cierpko. – My wyklęci musimy trzymać się razem.

Katie złożyła dłonie na podołku.

– Powiedz, czy to było tego warte? – zapytała cichym głosem. – Te twoje studia? Masz tu wszystko, czego byś chciał?

Jacob przez długą chwilę patrzył jej w oczy.

– Nie mam wszystkiego, bo was tutaj nie ma.

– Wiesz, że możesz wrócić. Kiedy tylko chcesz. Uczynisz wyznanie winy i będziesz mógł wrócić.

– Wiem, ale tego nie zrobię. – Widząc zachmurzoną minę siostry, Jacob sięgnął i pociągnął za długą tasiemkę przytrzymującą na głowie jej kapp, czepek. – Hej. Przecież to ja. Ten sam łobuz, który wypchnął cię z łódki do stawu, na rybach, pamiętasz? A pamiętasz, jak posadziłem ci żabę na głowie?

Katie uśmiechnęła się lekko.

– W sumie chyba by mi nie przeszkadzało, gdybyś się trochę zmienił.

– To rozumiem – roześmiał się. – Mam coś dla ciebie. – Sięgnął na tylne siedzenie, gdzie leżała paczka owinięta w szary papier i przewiązana czerwoną wstążką. – Chcę, żebyś mnie teraz dobrze zrozumiała. Kiedy przyjeżdżasz tutaj do mnie, to chciałbym, żeby to było dla ciebie jak wakacje. Jak ucieczka. Może dzięki temu nie będziesz kiedyś musiała podejmować tej samej decyzji co ja: wszystko albo nic. – Przyglądał się, jak Katie rozwiązuje kokardkę i odwija z papieru parę wygodnych legginsów, jasnożółtą koszulkę z krótkim rękawem i rozpinany bawełniany sweterek haftowany w kwiaty.

– Och! – Katie, wbrew własnej woli zaintrygowana, przesunęła palcami po misternym hafcie zdobiącym kołnierz swetra. – Ale przecież mi tego nie…

– To tylko na twój pobyt tutaj. Jeśli koniecznie chcesz chodzić w tym, co zawsze, będzie ci trudniej. A zresztą… Nikt się przecież nie dowie, że zmieniłaś ubranie, Katie. Pomyślałem sobie, że może chciałabyś trochę pobawić się w kogoś innego, kiedy przyjeżdżasz do mnie. Być taka jak ja. Spójrz… – Opuścił daszek po stronie pasażera; przed oczami Katie zawisło małe lusterko. Przyłożył sweter do jej ramion, żeby mogła się przejrzeć.

Na policzki Katie wypłynął rumieniec.

– Jacob, jakie to jest piękne.

Nawet on sam był zdumiony; tych kilka wypowiedzianych w nabożnym zachwycie słów sprawiło, że dojrzał w niej zupełnie inną osobę, podobną do tamtych, od których w dzieciństwie i wczesnej młodości zawsze trzymał się z daleka.

– To prawda – skinął głową. – Tak samo piękne jak ty.

Do biura prokuratora okręgowego Lizzie zadzwoniła z samochodu, w drodze do szpitala.

– George Callahan – usłyszała w słuchawce szorstki męski głos.

– No, proszę, kto by pomyślał, że trafię na samego kierownika. A gdzie twoja sekretarka?

George zaśmiał się, kiedy poznał, z kim rozmawia.

– Nie wiem, Lizzie – odpowiedział. – Pewnie poszła przypudrować nos. Chcesz, to cię zatrudnię na jej miejsce?

– Nie dam rady. Za bardzo się uwijam przy łapaniu przestępców, żebyście mieli kogo sądzić.

– I za to ci muszę podziękować. Dzięki tobie mogę być pewny swojej posady.

– W takim razie komfortowo posłuchaj: w miejscowym gospodarstwie amiszów znaleźliśmy w oborze martwe niemowlę. Moim zdaniem coś się tutaj nie zgadza. Jadę właśnie do szpitala, żeby porozmawiać z prawdopodobną podejrzaną i chciałam cię uprzedzić, że w najbliższej przyszłości możesz prowadzić oskarżenie.

– W jakim wieku było dziecko i gdzie je znaleziono? – George przestawił się na tryb zawodowy.

– To był noworodek, natrafiono na niego kilka godzin po porodzie. Leżał przykryty końskimi derkami – powiedziała Lizzie. – Wszyscy przesłuchani zeznają, że w domu nie spodziewano się dziecka.

– Urodziło się martwe?

– Lekarz sądowy uważa, że nie.

– W takim razie należy przypuszczać, że to matka porzuciła je po porodzie. – George błysnął dedukcją. – Powiedziałaś, że masz jakiś trop – przypomniał.

Lizzie zawahała się przez chwilę.

– George, ja wiem, że to zabrzmi dziwnie, ale w tej rodzinie amiszów jest pewna osiemnastolatka, która przysięga na wszystkie świętości, że nie była w ciąży, a trafiła właśnie do szpitala z objawami krwotoku z pochwy.

Zapadła pełna zaskoczenia cisza.

– Lizzie – powiedział w końcu George – przypomnij sobie, kiedy ostatni raz zdarzyło ci się aresztować amisza pod zarzutem popełnienia przestępstwa.

– Wiem, ale cały materiał dowodowy wskazuje właśnie na nią.

– Masz więc dowody?

– Jeszcze nie…

– To je zdobądź – przerwał jej stanowczym tonem – i wtedy do mnie zadzwoń.

Obok stanowiska do przyjmowania pacjentów stał lekarz rozmawiający z przybyłą przed chwilą specjalistką ginekologiem-położnikiem; opisywał jej, co zastanie na ostrym dyżurze.

– To mi wygląda na atonię macicy i pozostałości tkanek płodowych – zauważyła lekarka, rzuciwszy okiem na kartę pacjentki. – Przebadam ją, a potem zrobimy rozszerzenie i łyżeczkowanie. Co z dzieckiem?

– Ratownicy z pogotowia, którzy ją przywieźli – odpowiedział lekarz z ostrego dyżuru, zniżając głos – mówią, że nie przeżyło.

Lekarka skinęła głową, po czym znikła za parawanem, gdzie leżała Katie Fisher.

Lizzie, która przysłuchiwała się rozmowie, siedząc pod ścianą na jednym ze stojących rzędem plastikowych krzeseł nieokreślonego koloru, wstała. Trzeba było zabrać się do zbierania dowodów, których zażądał George. Dzięki Bogu, pomyślała, za instytu cję detektywa w cywilu; funkcjonariusz w mundurze, żeby wyciągnąć od lekarza jakąkolwiek poufną informację, musiałby najpierw okazać mu wezwanie do sądu w charakterze świadka. Podeszła do lekarza z ostrego dyżuru.

– Przepraszam – zagadnęła go, szarpiąc nerwowo fałdy swojej bluzki – czy wie pan może, jak się czuje Katie Fisher?

Spojrzał na nią uważnie.

– A kim pani jest?

– Rozmawiałam z nią, kiedy zaczęło się to krwawienie. – To przecież nie było kłamstwo. – Chciałam się dowiedzieć, czy nic jej nie będzie.

Lekarz potrząsnął głową, marszcząc brwi.

– Raczej nie, powinna wrócić w pełni do zdrowia, ale naprawdę byłoby dla niej lepiej, gdyby urodziła w szpitalu.

– Panie doktorze – uśmiechnęła się Lizzie – nawet pan nie wie, jak wiele to dla mnie znaczy.

Leda pchnęła drzwi do sali, w której leżała jej siostrzenica. Po wejściu zobaczyła Katie, śpiącą spokojnie na łóżku z uniesionym zagłówkiem, a na krześle w kącie – Sarę, siedzącą cicho i bez najmniejszego ruchu. Widząc, kto wszedł, Sara zerwała się i podbiegła do Ledy, rzucając się jej na szyję.

– Całe szczęście, że przyjechałaś – załkała, ściskając siostrę z całych sił.

Leda przyjrzała się Sarze, zatrzymując spojrzenie na jej głowie. Tyle lat czesania się na dwie strony, związywania włosów w ciasny kok, nakrywania ich czepkiem mocowanym szpilką – efektem była łysa bruzda rosnąca z roku na rok niczym wezbrany strumień rozlewający się coraz szerzej, podobna do ciemiączka noworodka, tak samo różowa i delikatna. Leda ucałowała tę łysinkę i odsunęła się od Sary.

Siostra zalała ją potokiem mowy, jakby już od długiego czasu słowa gotowały się w niej, bezskutecznie szukając ujścia:

– Doktorzy twierdzą, że Katie urodziła dziecko. Musieli zrobić operację, żeby zatrzymać krwawienie.

Leda zasłoniła usta dłonią.

– Ty miałaś to samo, kiedy urodziła się Hannah.

– Ja, ale Katie miała niesamowite szczęście. Będzie mogła jeszcze rodzić. Ja już nie mogę.

– Powiedziałaś lekarzowi, że miałaś wyciętą macicę?

Sara potrząsnęła głową.

– Nie. To była lekarka. Nie podobała mi się. Nie chciała uwierzyć, kiedy Katie mówiła, że nie była w ciąży.

– Saro, ci lekarze-Anglicy… Oni robią specjalne testy ciążowe. To są naukowe metody. Testy nie kłamią, bo nie mogą. A Katie mogła skłamać. – Leda urwała, wahając się przez chwilę, po czym zapytała ostrożnie: – Niczego nie zauważyłaś? Nie zmieniła się jej figura?

– Nie!

Ale Leda wiedziała, że to nie jest żaden dowód. U niektórych kobiet, zwłaszcza wysokich, jak Katie, ciążę widać wyraźnie dopiero po kilku miesiącach. Katie ubierała się i rozbierała na osobności. Pod kloszowatym fartuchem trudno byłoby zauważyć zaokrąglony brzuch, zaś rosnący obwód w talii nie stanowił problemu, ponieważ tradycyjne kobiece ubrania amiszów, spinane szpilkami, można było z łatwością dopasować.

– Gdyby miała jakieś kłopoty, na pewno by mi o tym powiedziała – upierała się Sara.

– I co wtedy, jak ci się wydaje? – zapytała Leda.

Jej siostra odwróciła wzrok.

– Aaron umarłby ze zgryzoty.

– Możesz mi wierzyć, że Aaron nie złamie się jak trzcina na wietrze. I lepiej, żeby zaczął się oswajać z tym, co się stało, bo to dopiero początek.

Sara westchnęła.

– Kiedy tylko Katie wróci do domu, na pewno odwiedzi ją biskup. – Podniosła oczy na siostrę. – Możesz z nią o tym porozmawiać? O tym, że grozi jej Meidung?

Leda osłupiała i opadła bezsilnie na krzesło obok łóżka.

– Odsunięcie od wspólnoty? Saro, ja nie mówię o karze, którą wymierzy jej kościół. Policja znalazła zwłoki noworodka, a Katie skłamała, zeznając, że to nie ona była jego matką. Mogą pomyśleć, że to nie było jej jedyne kłamstwo.

– Chcesz powiedzieć, że u tych Anglików nie wolno mieć nieślubnych dzieci? Że to dla nich jest przestępstwo? – spytała Sara z oburzeniem.

– Przestępstwem jest porzucić dziecko, zostawić je, żeby umarło. Jeżeli policja udowodni, że dziecko urodziło się żywe, Katie będzie miała poważne kłopoty.

Sara wyprostowała się, sztywna jak kij.