Susza - Graham Masterton - ebook
Opis

Susza to thriller katastroficzny, który zabiera czytelnika do San Bernardino w Kalifornii dotkniętej klęską suszy. Brak wody stał się faktem. Władze wprowadzają grafik, według którego poszczególne dzielnice mają być pozbawione wody na okres czterdziestu ośmiu godzin. To jednak jest mrzonka. Wody nie będzie wcale, a przynajmniej dopóki wrócą deszcze.

Społeczeństwo odpowiada buntem, dochodzi do zamieszek na ulicach, kradzieży, plądrowania, zbrodni i gwałtów. Dotyka to rodzinę głównego bohatera, pracownika socjalnego - Martina Makepeace’a, byłego członka marines. Jego nastoletni syn przez katastroficzny splot wydarzeń zostaje wplątany w zbiorowy gwałt i zbrodnię; tafia do aresztu, skąd porywa go ojciec. Martin, będąc twardym wojownikiem, wielokrotnie stacza walki z ulicznymi bandytami, a także z bezwzględnymi agentami ochrony pod wodzą Josepha Wracka, sługi skorumpowanego gubernatora Kalifornii, Halforda Smileya. Agenci bez skrupułów tłumią zamieszki, strzelając do protestujących, a potem wyruszają w pościg za Martinem, który zabiera swoją rodzinę nad Jezioro Zaginionej Dziewczyny w Parku Narodowym Joshua Tree. Prowadzi go tam stary Indianin wraz ze swoimi dziećmi i wnukami, bowiem tylko on zna drogę. Czy zmierzą się i wygrają z siłami natury? Czy okrutniejsi będą agenci gubernatora?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 439

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wydanie elektroniczne

O książce

San Ber­nar­di­no w Ka­li­for­nii do­ty­ka klęska su­szy. Ogra­ni­cze­nia w do­sta­wach wody – obej­mujące naj­uboższe dziel­ni­ce mia­sta – nie roz­wiązują pro­ble­mu. Władze i miesz­kańcy stają wo­bec per­spek­ty­wy kom­plet­ne­go bra­ku wody. Jak za­wsze w kry­tycz­nych sy­tu­acjach, w lu­dziach od­zy­wają się naj­gor­sze in­stynk­ty. Wy­bu­chają za­miesz­ki, do­cho­dzi do kra­dzieży, gwałtów i zabójstw. W tej at­mos­fe­rze cha­osu zo­sta­je aresz­to­wa­ny syn Mar­ti­na Ma­ke­pe­ace’a. Prze­ko­na­ny o jego nie­win­ności oj­ciec, były żołnierz ma­ri­nes, po­ma­ga mu wy­do­stać się z więzie­nia. Na­ra­ziw­szy się agen­tom sko­rum­po­wa­ne­go gu­ber­na­to­ra Ka­li­for­nii, Mar­tin wraz z ro­dziną musi ucie­kać. Jego ce­lem jest je­zio­ro w Par­ku Na­ro­do­wym Jo­shua Tree. Żeby tam do­trzeć, będzie mu­siał się zmie­rzyć z nie­przy­jazną pu­sty­nią. Ale nie tyl­ko ona okaże się prze­ciw­ni­kiem…

GRA­HAM MA­STER­TON

Po­pu­lar­ny an­giel­ski pi­sarz. Uro­dził się w 1946 r. w Edyn­bur­gu. Po ukończe­niu stu­diów pra­co­wał jako re­dak­tor w mie­sięczni­kach, m.in. „May­fa­ir” i w an­giel­skim wy­da­niu „Pen­tho­use’a”. Au­tor licz­nych hor­rorów, ro­mansów, po­wieści oby­cza­jo­wych, thril­lerów oraz po­rad­ników sek­su­olo­gicz­nych. Zdo­był Ed­gar Al­lan Poe Award, Prix Ju­lia Ver­lan­ger i był no­mi­no­wa­ny do Bram Sto­ker Award. De­biu­to­wał w 1976 r. hor­rorem Ma­ni­tou (ze­kra­ni­zo­wa­nym z To­nym Cur­ti­sem w roli głównej). Jego do­ro­bek li­te­rac­ki obej­mu­je po­nad 80 książek – po­wieści i zbiorów opo­wia­dań – o całko­wi­tym nakładzie prze­kra­czającym 20 mi­lionów eg­zem­pla­rzy, z cze­go po­nad dwa mi­liony ku­pi­li pol­scy czy­tel­ni­cy. Wielką po­pu­lar­ność pi­sarza w Pol­sce, którą często od­wie­dza, ugrun­to­wał cykl po­rad­ników sek­su­olo­gicz­nych, w tym wie­lo­krot­nie wzna­wia­ne Ma­gia sek­su i Potęga sek­su. W ostat­nim cza­sie w na­szym kra­ju uka­zały się Czer­wo­ny Ho­tel, Ogród zła, Pa­ni­ka Śpiączka i Su­sza. Wkrótce pol­skie pre­mie­ry ko­lej­nych po­wieści Ma­ster­to­na – Dy­na­stii, Scar­let Wi­dow i Red Li­ght.

www.gra­ham­ma­ster­ton.co.uk / www.gra­ham­ma­ster­ton.blox.pl

Tego au­to­ra

Sagi hi­sto­rycz­ne

WŁADCY PRZE­STWO­RZY

IM­PE­RIUM DY­NA­STIA

Rook

ROOK

KŁY I PA­ZU­RY

STRACH

DE­MON

ZIM­NA

SY­RE­NA

CIEM­NIA

ZŁODZIEJ DUSZ

OGRÓD ZŁA

Ma­ni­tou

MA­NI­TOU

ZE­MSTA MA­NI­TOU

DUCH ZAGŁADY

KREW MA­NI­TOU

AR­MA­GE­DON

Wo­jow­ni­cy Nocy

ŚMIER­TEL­NE SNY

POWRÓT WO­JOW­NIKÓW NOCY

DZIE­WIĄTY KOSZ­MAR

Ka­tie Ma­gu­ire

UPADŁE ANIOŁY

CZER­WO­NE ŚWIATŁO

Inne tytuły

STUD­NIE PIE­KIEŁ

ANIOŁ JES­SI­KI

STRAŻNICY PIEKŁA

DE­MO­NY NOR­MAN­DII

ŚWIĘTY TER­ROR

SZA­RY DIA­BEŁ

ZWIER­CIADŁO PIE­KIEŁ

ZJA­WA

BEZ­SEN­NI

CZAR­NY ANIOŁ

STRACH MA WIE­LE TWA­RZY

SFINKS

WY­ZNAW­CY PŁOMIE­NIA

WEN­DI­GO

OKRU­CHY STRA­CHU

CIAŁO I KREW

DRA­PIEŻCY

WAL­HAL­LA

PIĄTA CZA­ROW­NI­CA

MU­ZY­KA Z ZAŚWIATÓW

BŁYSKA­WI­CA

DUCH OGNIA

ZAKLĘCI

ŚPIĄCZKA

SU­SZA

SZKARŁATNA WDO­WA

Tytuł ory­gi­nału:

DRO­UGHT

Co­py­ri­ght © Gra­ham Ma­ster­ton 2014

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros An­drzej Kuryłowicz s.c. 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Wiesław Mar­cy­siak 2014

Re­dak­cja: Agniesz­ka Łodzińska

Zdjęcie na okładce: Dun­da­nim/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: An­drzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7885-137-0

WYDAWCA

Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

War­tość wody do­ce­nia­my do­pie­ro wte­dy, gdy wy­schnie stud­nia.

Ben­ja­min Fran­klin

Poor Ri­chard’s Al­ma­nac, 1746

KSIĘGA PIERW­SZADzieło Boga

1

Gdy tyl­ko Mar­tin za­par­ko­wał przy krawężniku, usłyszał krzyk do­bie­gający z wnętrza domu. Chwy­cił pękatą teczkę z no­tat­ka­mi ze spra­wy i błyska­wicz­nie wy­sko­czył z brązo­we­go ka­brio­le­tu El­do­ra­do, prze­rzu­cając nogi nad drzwia­mi. Kie­dy stał na chod­ni­ku, mrożona szy­ba we fron­to­wych drzwiach pękła na­gle ni­czym od strzału z pi­sto­le­tu. Do­strzegł ko­bietę w ciem­no­czer­wo­nej su­kien­ce, którą praw­do­po­dob­nie ktoś pchnął na drzwi od stro­ny ko­ry­ta­rza.

– Ty kur­wo! – roz­legł się ochrypły męski krzyk. – Dwa ty­go­dnie mnie nie ma, a ty co ro­bisz?! Dwa ty­go­dnie! Nie możesz po­cze­kać na mnie dwa ty­go­dnie?!

Ko­bie­ta zo­stała pchnięta na drzwi po raz dru­gi, tym ra­zem tak moc­no, że duży trójkątny odłamek szy­by upadł na ga­nek. Mar­tin rzu­cił teczkę z po­wro­tem na sie­dze­nie pasażera i szyb­ko pod­szedł do domu chod­ni­kiem.

– Ty kur­wo! Ty pi­so­na! Ty jed­no wiel­kie gówno! Za­biję cię!

Mar­tin zbliżył się do drzwi; potłuczo­ne szkło chrzęściło mu pod bu­ta­mi. Przez otwór po szy­bie wi­dział ko­bietę siedzącą na wy­cie­racz­ce ple­ca­mi do nie­go; szlo­chała, kręcone włosy opa­dały jej na ra­mio­na. Nie­ogo­lo­ny La­ty­nos w brud­nym T-shir­cie stał przed nią, za­ci­skając dłonie w pięści, i ze­zo­wał z wściekłością.

– Je­sus! – Mar­tin krzyknął do nie­go. – Cof­nij się, za­nim zro­bisz coś, cze­go będziesz żałował! Zo­staw ją!

Mężczy­zna nie zwra­cał na nie­go uwa­gi. Chwy­cił ko­bietę za su­kienkę, dźwignął na nogi, a po­tem ude­rzył dwu­krot­nie pięścią w twarz. Mar­tin usłyszał, jak pękają jej kości w no­sie; na ścianę trysnęła krew, tworząc spi­ra­le i za­wi­ja­sy.

– Je­sus, zo­staw ją!

Lecz Je­sus szar­pał ko­bietą, trzy­mając ją za ubra­nie. Była na wpół przy­tom­na, a ręce zwi­sały jej bezwład­nie, jak­by gib­ko tańczyła salsę.

– Spier­da­laj! – rzu­cił Je­sus. – To moja spra­wa, opie­ka społecz­na nie ma tu nic do ga­da­nia! Da­lej, spier­da­laj! Vete a la ver­ga!

Mar­tin cofnął się o krok, a po­tem kopnął drzwi tak moc­no, że pękło w nich wzmoc­nie­nie. Kopnął po raz ko­lej­ny i te­raz za­mek ustąpił, a drzwi otwo­rzyły się na oścież, bu­jając się na za­wia­sach. Je­sus puścił ko­bietę, która bezwład­nie osunęła się na podłogę, a sam wy­co­fał się do kuch­ni, unosząc obie ręce, aby ode­przeć Mar­tina.

– Nie do­ty­kaj mnie! Ostrze­gam! Kur­wa, nie waż się mnie tknąć! Ty… pra­cu­jesz dla opie­ki społecz­nej… nie możesz mnie do­tknąć! Ta­kie jest pra­wo!

Mar­tin bez wa­ha­nia ob­szedł ko­bietę i zmie­rzał w stronę mężczy­zny. Je­sus wy­co­fał się do kuch­ni i ner­wo­wo próbował za­trzasnąć Mar­tinowi przed no­sem drzwi, ale się spóźnił. Mar­tin na­parł na nie bar­kiem, Je­sus stra­cił równo­wagę i za­to­czył się na la­mi­no­wa­ny stół za­wa­lo­ny brud­ny­mi ta­le­rza­mi i pu­sty­mi bu­tel­ka­mi po pi­wie, które z hu­kiem roz­trza­skały się na podłodze.

– Nie waż się mnie tknąć! – Je­sus był tak prze­rażony, że jego głos prze­szedł w wy­so­kie wy­cie, po­dob­ne do pi­sku psa duszącego się na za cia­snej smy­czy. – Do­tknij mnie, a przy­sięgam na Boga, że wy­walą cię z tej two­jej pier­do­lo­nej pra­cy! Już ja się o to po­sta­ram!

– Och, tak? – od­parł Mar­tin. – A jak masz za­miar to zro­bić, sko­ro będziesz sie­dział w pier­dlu pod za­rzu­tem napaści?

– Nie do­ty­kaj mnie! Nie do­ty­kaj! – darł się Je­sus. Wy­co­fał się pod sam zlew ku­chen­ny, ale Mar­tin odwrócił go, chwy­cił za nad­gar­stek i po chwi­li obie ręce wykręcił mu do tyłu, zgi­nając w łokciach na ple­cach aż pod łopat­ki. Je­sus cuchnął pi­wem, po­tem i spleśniałymi pa­pie­ro­sa­mi, a włosy na ra­mio­nach miał tak najeżone, że Mar­tinowi zda­wało się, że trzy­ma wiel­kie­go psa, a nie człowie­ka. Mimo wiel­kości Je­sus spra­wiał wrażenie słabe­go.

– Nie możesz! – pro­te­sto­wał. – Nie możesz mi tego robić! Pra­cu­jesz dla okręgu! Znam swo­je pra­wa! Mam swo­je pra­wa!

– A pew­nie, że masz. Po pierw­sze, masz pra­wo mil­czeć, ty sa­dy­stycz­na ka­na­lio. W za­sa­dzie to sam się przy tym upie­ram.

Jak­by dla pod­kreśle­nia swo­ich słów, pod­ciągnął ręce Je­su­sa jesz­cze wyżej między łopat­ki. La­ty­nos za­skom­lał z bólu jak baba.

Mar­tin wy­pchnął go z kuch­ni na ko­ry­tarz, nie­omal unosząc w po­wie­trze. Po le­wej stro­nie znaj­do­wały się brud­ne, kie­dyś kre­mo­we drzwi z na­kle­joną wy­blakłą kal­ko­ma­nią – czer­woną różą. Obrócił się do nich ple­ca­mi i otwo­rzył je kop­nia­kiem, a po­tem we­pchnął Je­su­sa do środ­ka. Wszyst­kie domy po tej stro­nie East Ju­lia Stre­et były iden­tycz­ne i Mar­tin wie­dział, że to to­a­le­ta.

– Co ro­bisz? – krzyknął na nie­go Je­sus. – Co, kur­wa, ro­bisz, zbo­czeńcu?

Ubi­ka­cja była mała i wąska, okien­ko zasłaniała bla­do­nie­bie­ska żalu­zja, której naj­wy­raźniej nie od­ku­rza­no od za­in­sta­lo­wa­nia. Na pa­ra­pe­cie stała wy­schnięta roślin­ka, a roz­bi­te lu­stro nad umy­walką wyglądało jak ka­lej­do­skop. Po podłodze walały się cuchnące te­nisówki i za­rdze­wiałe wrot­ki, a na re­zer­wu­arze stała pełna petów po­piel­nicz­ka. Musz­la był obrzy­dli­wie brud­na, po­zna­czo­na strużkami w pięćdzie­sięciu od­cie­niach ciem­ne­go brązu, a za­bar­wio­na na żółto woda cuchnęła stęchłym mo­czem.

– Nie możesz! – krzyknął Je­sus. – Nie wol­no ci! To wbrew pra­wu!

Mar­tin nie od­po­wie­dział. Zmu­sił Je­su­sa, aby ukląkł na podłodze przed se­de­sem, a po­tem chwy­cił go za kark i we­pchnął mu głowę do musz­li, jak mógł naj­da­lej. Mar­tin usłyszał, jak skro­nie La­ty­no­sa ude­rzają o por­ce­lanę.

– Och, nie! Nie! Mat­ko Bo­ska ko­cha­na! Nie!

Mar­tin pociągnął za spłuczkę i spuścił wodę. Je­sus szar­pał się, gdy woda spływała ka­skadą po jego głowie. Mar­tin trzy­mał go na klęczkach, aż woda prze­stała płynąć, a po­tem pod­niósł. Je­sus par­skał, kasz­lał, mru­gał ocza­mi i przez pierw­sze kil­ka se­kund nie mógł wy­du­sić ani słowa.

– No? – spy­tał Mar­tin. –Nie taki z cie­bie twar­dziel, co?

– Nie możesz… nie możesz, kur­wa, tak robić…

– Mogę i będę, i, cho­le­ra, nic na to nie po­ra­dzisz. To­bie na­wet nie wol­no prze­by­wać w tym domu, je­steś nic nie­wart i tyl­ko mar­nu­jesz po­wie­trze, i do­brze o tym wiesz. Nie wol­no ci na­wet się tu zbliżać. Jak myślisz, jak by się czuł mały Ma­rio, gdy­by zo­ba­czył, że bi­jesz jego matkę? Sądzisz, że by cię sza­no­wał?

– To mój syn! A jak ma sza­no­wać ją, własną matkę, sko­ro ona pie­przy się z kim po­pad­nie na jego oczach? Pew­nie, że ją ude­rzyłem. To kur­wa. Sama się o to pro­siła.

– A te­raz, Je­sus, zo­sta­wisz ją w spo­ko­ju. Sąd tak ci na­ka­zu­je i ja ci to mówię.

– No to spier­da­laj – Je­sus wy­ce­dził mu w twarz. – To moja żona, czy­li moja własność, i żaden sąd nie zakaże mi dostępu do niej, ani też żaden caca palo z opie­ki społecz­nej.

Mar­tin wcisnął z po­wro­tem głowę Je­su­sa do musz­li i pociągnął za spłuczkę. Tym ra­zem jed­nak rączka opadła luźno i woda nie popłynęła. Mar­tin pociągnął jesz­cze raz, ale re­zer­wu­ar się nie napełniał. Zno­wu pod­niósł Je­su­sa na nogi.

– Więc jak będzie? – za­py­tał. – Będziesz się trzy­mał z dala od Ez­zie?

Je­sus wy­pluł wodę i wy­tarł usta grzbie­tem dłoni, a po­tem zno­wu splunął.

– Tak? Czy nie? – na­ci­skał go Mar­tin. – Jeżeli nie, to mogę we­pchnąć ci głowę do ki­bla trze­ci raz, nie ma pro­ble­mu. I jesz­cze raz, jeśli będzie trze­ba. Będę to robić tak długo, aż zmie­nisz zda­nie.

Je­sus spoj­rzał na muszlę po­krytą sko­rupą bru­du. Te­raz nie było w niej wody. Splunął do środ­ka, a po­tem spoj­rzał na Mar­ti­na i pokręcił głową.

– Do­bra – po­wie­dział. – Wy­grałeś, gno­ju.

– Na pew­no nie chcesz jesz­cze raz za­nur­ko­wać?

Je­sus zno­wu pokręcił głową. Mar­tin zwol­nił chwyt i Je­sus wstał, nie­mal tracąc równo­wagę; oparł się o ścianę. Pod­szedł do umy­wal­ki, odkręcił ku­rek, ale po­le­ciała je­dy­nie słaba strużka wody. Zde­ner­wo­wa­ny ude­rzył w kran.

– Kur­wa, wody nie ma! Co to, kur­wa, jest?

– Może Ez­zie nie zapłaciła ra­chun­ku?

– To wy, kur­wa! Wy, z opie­ki społecz­nej ma­cie płacić ra­chun­ki za wodę!

Zno­wu ude­rzył w kran, ale bez re­zul­ta­tu. Mu­siał za­do­wo­lić się wy­tar­ciem włosów w sza­ry zatęchły ręcznik, który wi­siał obok umy­wal­ki. Gdy to zro­bił, przyj­rzał się swo­je­mu od­bi­ciu w roz­bi­tym lu­strze.

– Jeśli do­stanę ja­kie­goś śmier­tel­ne­go zakażenia, to ty… ty je­steś tru­pem, obie­cuję – wystękał.

– Nie, Je­sus. Jeśli złapiesz śmier­telną in­fekcję, to ty będziesz tru­pem, a świat sta­nie się lep­szy, uwierz mi. No to gdzie jest Ma­rio? Muszę za­brać Ez­zie do szpi­ta­la.

Wrócił na ko­ry­tarz. Esme­ral­da te­raz sie­działa, opie­rając się ple­ca­mi o ścianę, i rąbkiem ciem­no­czer­wo­nej su­kien­ki ta­mo­wała krwo­tok z nosa. Jej krzy­we brązowe nogi po­zna­czo­ne były różno­ko­lo­ro­wy­mi sińcami. Czer­wo­ny­mi, fio­le­to­wy­mi, żółtymi, w zależności od tego, jak daw­no po­wstały.

– Je­sus właśnie wy­cho­dzi, praw­da, Je­sus? – ode­zwał się Mar­tin.

Je­sus wyłonił się z łazien­ki ze sterczącymi mo­kry­mi włosa­mi. Nic nie od­po­wie­dział Mar­ti­no­wi, ale kie­dy mijał Esme­raldę w dro­dze do wyważonych fron­to­wych drzwi, za­trzy­mał się i splunął na nią.

– Pi­so­na! – wy­ce­dził.

– Hejże! – zawołał Mar­tin. – Chcesz jesz­cze raz za­nur­ko­wać do se­de­su? Z radością ci po­mogę!

Je­sus wy­szedł sztyw­no w mil­cze­niu. Kil­ka se­kund później prze­je­chał obok nich swo­im ja­skra­wożółtym mu­stan­giem z tur­bo­dołado­wa­niem, pro­wo­kująco trąbiąc klak­so­nem.

Mar­tin kucnął obok Esme­ral­dy i obej­rzał jej twarz. Po­wie­ki miała już pur­pu­ro­we i tak spuch­nięte, że le­d­wo wi­działa na oczy, a nos wyglądał jak wiel­ka rdza­wo­czer­wo­na śliw­ka. Górna war­ga była roz­cięta. Mar­tin nie po­tra­fił odróżnić krwi od lep­kiej czer­wo­nej szmin­ki.

– No, chodź, Esme­ral­do – ode­zwał się łagod­nie. – Muszę cię za­brać na ostry dyżur. Gdzie Ma­rio?

– Zo­stał dzi­siaj u ko­le­gi, Bil­ly’ego. Do­brze, że go tu nie było, jak Je­sus przy­szedł. To dia­beł wcie­lo­ny.

Mar­tin pomógł jej się pod­nieść. Za­nim wy­szli, ode­rwał kawałek kar­to­nu po po­mi­do­rach, który zna­lazł w kuch­ni, i za­tkał nim roz­bitą szybę w drzwiach. Po­tem udało mu się je za­kli­no­wać ko­lej­nym kawałkiem kar­to­nu, żeby przy­najm­niej wyglądały na za­mknięte.

– Nie przej­muj się – po­wie­działa Esme­ral­da zdławio­nym głosem. – Nie mam nic, co byłoby war­to ukraść. Poza Ma­riem nie mam nic war­tościo­we­go.

Mar­tin otwo­rzył przed nią drzwi el­do­ra­do. Spoj­rzał na bez­chmur­ne nie­bo. Był dzie­wiąty lip­ca, nie padało od dwu­na­ste­go li­sto­pa­da, a i wte­dy spadło za­le­d­wie dwa i pół mi­li­me­tra. Pamiętał tę datę, po­nie­waż tego dnia odeszła od nie­go Peta, za­bie­rając Ellę i Ty­le­ra. Stał na chod­ni­ku i pa­trzył, jak odjeżdżają, i wte­dy zaczęło padać, bar­dzo de­li­kat­nie i bar­dzo ci­cho. I był to pierw­szy deszcz od po­nad roku.

Usiadł za kie­row­nicą.

– Ez­zie, posłuchaj mnie – rzekł. – Wszy­scy mamy coś, na­wet jeśli nie zda­je­my so­bie z tego spra­wy. Jed­nak przez większość życia tego nie do­ce­nia­my. Jak to jest w tej pio­sen­ce? „Nie wiesz, co masz, dopóki tego nie stra­cisz”.

2

Po­cze­kał czter­dzieści pięć mi­nut z Esme­raldą na od­dzia­le ura­zo­wym Szpi­ta­la Miej­skie­go San Ber­nar­di­no, siedząc obok star­sze­go mężczy­zny, który cuchnął zjełczałym czosn­kiem i jęczał głośno co dwie lub trzy mi­nuty. Po każdym jęku skrze­czał: Ma­dre de Dios! i sta­le się żegnał. W szpi­ta­lu przy­najm­niej było chłodno, cho­ciaż słońce wpa­dające przez okna od­bi­jało się tak moc­nym światłem od białych ścian i ja­snej mar­mu­ro­wej po­sadz­ki, że Mar­tin czuł się, jak­by znaj­do­wał się na prześwie­tlo­nym zdjęciu, więc założył swo­je ray-bany.

– Sy­piam z Jor­gem, bo jest dla mnie do­bry i za­wsze mi po­ma­ga – po­wie­działa Esme­ral­da i przyłożyła chu­s­teczkę do nosa. – Jest żona­ty, ale nie znam jego żony. To źle, wiem. Cza­sa­mi jed­nak czuję się taka sa­mot­na.

– Ez­zie, możesz spać, z kim chcesz, o ile je­steś dys­kret­na i mały Ma­rio się o tym nie do­wie – od­parł Mar­tin. – Dla mnie prio­ry­te­tem jest do­bro dziec­ka… dla cie­bie też po­win­no być, no i dla Je­su­sa.

– Ma­rio nic o tym nie wie. Jor­ge przy­cho­dzi, gdy on jest w przed­szko­lu. Nie chcę, aby się do­wie­dział. Je­sus nadal jest jego oj­cem, mimo że jest ta­pa­do.

W tym mo­men­cie po­deszła do nich la­ty­no­ska pielęgniar­ka o sze­ro­kich bio­drach, w bla­do­nie­bie­skim uni­for­mie.

– Pani Ri­ve­ra? – za­gadnęła. – Proszę po­zwo­lić za mną. Dok­tor Var­ga zba­da panią te­raz.

Ez­zie chwy­ciła go za rękę i szepnęła:

– Zo­ba­czy­my się później, Mar­tin. Je­steś do­brym człowie­kiem, niech cię Bóg błogosławi. Zupełnie in­nym niż pra­cow­ni­cy społecz­ni, których znałam do tej pory.

Mar­tin uśmiechnął się i pokręcił głową.

– Nie­wie­le jest we mnie do­bre­go, Ez­zie – od­parł. – W za­sa­dzie nie różnię się zbyt­nio od two­je­go Je­su­sa. Tyl­ko przy­pad­kiem zna­lazłem się po stro­nie aniołów.

– Po­wi­nie­neś uważać na Je­su­sa. On nig­dy nie za­po­mi­na. Jeżeli uzna, że go skrzyw­dziłeś, odpłaci ci w dwójnasób, na­wet gdy­by miał cze­kać la­ta­mi.

Kie­dy Mar­tin od­pro­wa­dzał wzro­kiem pielęgniarkę i Esme­raldę idące na od­dział ura­zo­wy, za­dzwo­niła jego komórka, od­twa­rzając początko­we tak­ty Man­do­lin Rain.

– Mar­tin?

– Och, cześć, Peta. Słuchaj… je­stem te­raz w szpi­ta­lu. Po­cze­kaj, wyjdę na zewnątrz.

Prze­szedł na szpi­tal­ny par­king. Minęło właśnie południe i tem­pe­ra­tu­ra zde­cy­do­wa­nie prze­kra­czała czter­dzieści stop­ni. Fla­ga na masz­cie zwi­sała bez życia, a nad as­fal­tem roz­grza­ne po­wie­trze drżało i wywoływało złudze­nie, że po par­kingu płynie woda. Mar­tin miał na so­bie je­dy­nie białą ko­szulę z krótkim ręka­wem i dre­li­cho­we spodnie kha­ki, ale za­nim do­tarł do za­cie­nio­ne­go pasażu pro­wadzącego na postój dla ka­re­tek, czoło zro­siły mu kro­ple potu, a ko­szula przy­lgnęła do pleców.

– Mar­tin, nie mamy wody. Z kranów nic nie leci i nie ma czym spłuki­wać ubi­ka­cji.

– Z tym sa­mym spo­tkałem się w cen­trum na East Ju­lia Stre­et przed jakąś go­dziną. A jak to wygląda u sąsiadów? Mają wodę?

– Nie. Nikt nie ma. Próbowałam się do­dzwo­nić do wo­do­ciągów, ale u nich ciągle zajęte. Spraw­dziłam też ich stronę in­ter­ne­tową i nie ma tam żad­nej in­for­ma­cji o odcięciu wody. Za­sta­na­wiałam się, czy może ty coś wiesz.

– Nie, nic. Spróbuję się do­wie­dzieć, co się dzie­je, i od­dzwo­nię do cie­bie. Przy­pusz­czam, że jakaś ma­gi­stra­la wod­na pękła, to wszyst­ko. Pew­nie na­pra­wią pod ko­niec dnia.

– Mar­twię się Ellą, w tym kłopot – po­wie­działa Peta. – Ma gorączkę po­nad trzy­dzieści sie­dem stop­ni i dresz­cze. Nie chcę zo­stać bez wody, jeżeli miałaby za­cho­ro­wać.

– Dzwo­niłaś do le­ka­rza?

– Chy­ba nie muszę, w każdym ra­zie jesz­cze nie te­raz. Dałam jej lek prze­ciw­gorączko­wy i położyłam do łóżka. To pew­nie nic gor­sze­go niż bóle men­stru­acyj­ne.

Mar­tin nie od­po­wie­dział. Ella za­wsze była jego uko­chaną córeczką, a myśl o tym, że sta­je się ko­bietą, kie­dy jego nie ma przy niej, ciągle go bolała. Wie­dział jed­nak, że sam jest temu wi­nien – roz­pa­do­wi małżeństwa z Petą. Żadna ko­bieta nie po­tra­fiłaby zno­sić jego czar­nych hu­morów i nie­spo­dzie­wa­nych wahań na­strojów. Na­zy­wał je „dnia­mi dżina”, na pamiątkę de­monów, które rze­ko­mo po­ja­wiały się pod­czas burz pia­sko­wych w Afga­ni­sta­nie i spra­wiały, że wszyst­kich ogar­niało sza­leństwo lub de­pre­sja.

– Te­raz wra­cam do biu­ra – po­in­for­mo­wał Petę. – Obie­cuję, że zajmę się tym i od­dzwo­nię do cie­bie. Jak się mie­wa Ty­ler, tak przy oka­zji, wszyst­ko w porządku?

– U Ty­le­ra wszyst­ko do­brze. Kie­dy nie śpi albo jest w szko­le, tkwi przed swo­im lap­to­pem, ale wszy­scy jego ko­le­dzy są tacy sami.

– Do­brze, Peto. Jak po­wie­działem, od­dzwo­nię do cie­bie. – Miał ochotę dodać: „Ko­cham cię”, wie­dział jed­nak, że to ją tyl­ko roz­drażni.

„Sko­ro ko­chasz mnie tak bar­dzo, dla­cze­go krzy­czałeś na mnie, dy­ry­go­wałeś mną i ty­ra­ni­zo­wałeś? Dla­cze­go nie po­szu­kałeś po­mo­cy, jeżeli byłeś tak po­ru­szo­ny tym, co przy­da­rzyło ci się w Afga­ni­sta­nie?”

3

W dro­dze po­wrot­nej do biu­ra w Ca­ro­usel Mall Mar­tin włączył ra­dio w sa­mo­cho­dzie. Pro­gno­za po­go­dy na KTIE nie prze­wi­dy­wała, jak to się określało, „wyraźnych opadów”. In­ny­mi słowy, w ciągu następnych czte­rech dni nie spo­dzie­wa­no się żad­ne­go desz­czu. Tem­pe­ra­tu­ra w ciągu dnia będzie sięgać od czter­dzie­stu do czter­dzie­stu pięciu stop­ni, a w nocy spad­nie do dwu­dzie­stu ośmiu.

Z ra­dia popłynął ko­mu­ni­kat: „Wo­do­ciągi Miej­skie San Ber­nar­di­no zwra­cają się z prośbą do wszyst­kich miesz­kańców o re­stryk­cyj­ne oszczędza­nie wody. Trzy­let­ni okres bra­ku większych opadów do­pro­wa­dził nas do sy­tu­acji kry­tycz­nej. Oby­wa­te­le, do­brze się za­stanówcie, za­nim umy­je­cie sa­mochód, spraw­dzaj­cie także w in­ter­ne­cie gra­fik pod­le­wa­nia, za­nim zde­cy­du­je­cie, ile wody prze­zna­czyć na na­wad­nia­nie roślin”.

Mar­tin za­par­ko­wał na pod­ziem­nym par­kin­gu i wje­chał windą do biu­ra. Gdy pchnął szkla­ne drzwi ze srebr­nym na­pi­sem „Urząd do spraw Dzie­ci i Ro­dzi­ny w Okręgu San Ber­nar­di­no”, re­cep­cjo­nist­ka Bren­da jak zwy­kle rzu­ciła mu gniew­ne spoj­rze­nie znad gru­bych opra­wek oku­larów. Mar­tin za­wsze uważał, że Bren­da byłaby całkiem atrak­cyj­na, gdy­by nie nosiła ta­kich bel­fer­skich bry­li i nie za­pla­tała włosów w cia­sny war­kocz fran­cu­ski, ni­czym zwój mie­dzia­ne­go dru­tu. Cza­sa­mi za­sta­na­wiał się, czy za­wsze jest w sto­sun­ku do nie­go taka zja­dli­wa, bo też uważa go za atrak­cyj­ne­go.

– Ar­le­ne chce cię wi­dzieć u sie­bie – po­wie­działa.

– Do­brze, Bren­do, dzięki – od­parł i skie­ro­wał się ko­ry­ta­rzem do au­to­ma­tu z na­po­ja­mi.

– Zda­je się, że ona chce się z tobą wi­dzieć na­tych­miast – dodała Bren­da. – „Jak tyl­ko zja­wi się w drzwiach”, dokład­nie tak po­wie­działa.

– Na pew­no powtórzę jej, że prze­ka­załaś mi tę wia­do­mość.

Szedł da­lej ko­ry­ta­rzem, we­pchnął do­la­ra do au­to­ma­tu i pusz­ka dra pep­pe­ra z hałasem wy­le­ciała z otwo­ru. Bren­da nadal łypała na nie­go gniew­nie, gdy prze­ma­sze­ro­wał przed jej biur­kiem.

– Bren­do, miej ser­ce. Gardło mam su­che jak od­byt wielbłąda.

Ko­bie­ta wydęła usta, ale nic nie po­wie­działa. Jed­nak gdy Mar­tin pod­szedł do drzwi Ar­le­ne Ka­iser i za­stu­kał w nie, rzu­cił spoj­rze­nie za sie­bie i był pe­wien, że do­strzegł na jej twa­rzy uśmiech. Ko­bie­ty, pomyślał. Gdy­by tyl­ko wyrażały się ja­sno, mówiły, co czują, i nie kazały się tego domyślać.

– Wejść! – usłyszał ze środ­ka wy­so­ki krzyk, otwo­rzył drzwi i wszedł do po­ko­ju.

Ar­le­ne była zastępcą dy­rek­to­ra Urzędu do spraw Dzie­ci i Ro­dzi­ny, wo­bec cze­go miała sta­lo­wo­sza­re biur­ko wiel­kości sa­mo­lo­tu trans­por­to­we­go i narożny ga­bi­net. Z okien mogła po­dzi­wiać wi­dok dachów po­kry­tych po­ma­rańczo­wy­mi dachówka­mi, rusz­to­wań i dźwigów oraz od­legły łańcuch gór San Ber­nar­di­no, za­mglo­ny i ro­ze­dr­ga­ny w popołudnio­wym żarze.

– Ach, Mar­tin! – wrzasnęła prze­ni­kli­wie Ar­le­ne. – W końcu! Nie do­stałeś mo­je­go ese­me­sa?

– Ese­me­sa? – Mar­tin za­mru­gał ocza­mi, jak­by nie do końca zro­zu­miał, o co jej cho­dzi.

Ar­le­ne była niską, kor­pu­lentną pięćdzie­sięcio­pięcio­latką o krótko przy­ciętych kasz­ta­no­wych włosach i nie­pa­sującej do niej che­ru­bin­ko­wa­tej twa­rzy z ja­sno­nie­bie­ski­mi ocza­mi i kar­to­flo­wa­tym no­sem. Miała na so­bie ny­lo­nową musz­tar­dową bluzkę i kasz­ta­nową pli­so­waną spódnicę pod ko­lor włosów, a do tego na­szyj­nik z błyszczących zie­lo­nych ko­ra­li, które wyglądały jak oliw­ki.

– Cóż, nie­ważne. Do­brze, że już je­steś. Oto Sa­skia Vane z wo­do­ciągów i jej współpra­cow­nik…

– Lem Ku­nic­ki – przed­sta­wił się siedzący w kącie bla­dy mężczy­zna po trzy­dzie­st­ce. W ja­sno­cy­try­no­wej ko­szul­ce polo i sza­rych płócien­nych spodniach wta­piał się w oto­cze­nie ni­czym ka­me­le­on. Miał na­wet wy­pukłe jak gad oczy.

Sa­skia Vane jed­nak nie­wi­dzial­na zde­cy­do­wa­nie nie była. Sie­działa ze skrzyżowa­ny­mi no­ga­mi obok biur­ka Ar­le­ne ubra­na w szkarłatną gar­sonkę z krótkim żakie­tem i bar­dzo kusą mi­nispódniczką. Do tego miała wy­so­kie szpil­ki od Lo­ubo­uti­na z ja­skra­wo­czer­wo­ny­mi po­de­szwa­mi. Jej czar­ne, błyszczące, geo­me­trycz­nie ścięte włosy pod­kreślały ostre kąty po­liczków i skośne, ko­cie oczy. Pełne, wy­dat­ne usta uma­lo­wała szkarłatną szminką pod ko­lor gar­sonki. Czar­ny T-shirt z dużym wycięciem, który miała pod żakie­tem, odsłaniał moc­no opa­lo­ny de­kolt. Między pier­sia­mi zwi­sał na­szyj­nik, wyglądający na ząb re­ki­na osa­dzo­ny w złocie.

Uniosła w stronę Mar­ti­na bezwładną jak śnięta ryba dłoń. Ujął ją i krótko uścisnął, szczerząc się w uśmie­chu. Ko­bie­ta nie spusz­czała z nie­go oczu, gdy przy­su­wał krzesło, aby usiąść obok, ale uśmie­chu nie od­wza­jem­niła. Pach­niała jaśmi­no­wy­mi per­fu­ma­mi z piżmo­wym ak­cen­tem, ja­kich używa ko­bie­ta, by za­tu­szo­wać woń nie­daw­ne­go sek­su.

– A za­tem, pani Vane, jest pani z wo­do­ciągów? To szczęśliwy zbieg oko­licz­ności. Właśnie z kimś od was chciałem roz­ma­wiać.

– Mar­ti­nie, mów do mnie Sa­skia. Tak na­prawdę nie re­pre­zen­tuję sa­mych wo­do­ciągów. Należę do spe­cjal­ne­go ze­społu kry­zy­so­we­go, który powołał gu­ber­na­tor Smi­ley. Na­szym za­da­niem jest do­ra­dza­nie urzędni­kom miej­sco­we­go sa­morządu, jak ra­dzić so­bie z trwającą suszą.

– Och! W ta­kim ra­zie je­steś właśnie tą osobą, z którą chcę roz­ma­wiać. Moja żona przed chwilą za­dzwo­niła do mnie z Ful­ler­ton Dri­ve i po­wie­działa, że nie ma wody. A dzi­siaj rano, kie­dy miałem in­ter­wencję na East Ju­lia Stre­et, tam też nie było wody. Co się dzie­je?

Sa­skia uśmiechnęła się do nie­go nie­pew­nie, jak to robią po­li­ty­cy, gdy zada się im nie­wy­god­ne py­ta­nie.

– Oba­wiam się, że wy­mie­nio­ne przez cie­bie miej­sca nie są mi zna­ne, więc nie po­tra­fię udzie­lić kon­kret­nej od­po­wie­dzi. Ale mogę od­po­wie­dzieć bar­dziej ogólnie.

Mar­tin zerknął na Ar­le­ne, ale jego przełożona po pro­stu skinęła głową w stronę Sa­skii, jak­by kazała mu słuchać, co ko­bie­ta ma do po­wie­dze­nia, bo było to ważne.

– Przy­je­chałam do was, po­nie­waż stanęliśmy w ob­li­czu ko­niecz­ności wpro­wa­dze­nia ro­ta­cyj­nych przerw w do­sta­wie wody – mówiła da­lej Sa­skia.

– Słucham? Ro­ta­cyj­nych przerw? To brzmi jak jakaś cho­ro­ba skóry.

Ko­bie­ta nadal uśmie­chała się bez emo­cji.

– Pozwól, że ci wyjaśnię. Za­so­by wody na świe­cie od pra­wie pięćdzie­sięciu lat sta­le się zmniej­szają.

– Oczy­wiście, wiem o tym. Ale nie wy­obrażam so­bie, aby to mia­sto wyschło, a ty? Sie­dzi­my na pod­ziem­nych za­pa­sach wody tak dużych, że nie wie­my, co z nimi zro­bić. W końcu to był główny powód, dla którego zbu­do­wa­no to mia­sto. A co z Ar­ro­whe­ad Springs w górach? San Ber­nar­di­no prze­cież eks­por­tu­je wodę, na miłość boską.

– Hm, przy­kro mi, ale te­raz już nie eks­por­tu­je. Zo­ba­czy­cie w wia­do­mościach te­le­wi­zyj­nych, że zbior­ni­ki są pra­wie pu­ste, a po­ziom wody w rze­kach i je­zio­rach nig­dy nie był tak ni­ski. Tak jest na te­re­nie całego kra­ju od jed­ne­go wy­brzeża po dru­gie, szczególnie w Ka­li­for­nii i na Środ­ko­wym Za­cho­dzie. Na­wet tu­taj, w San Ber­nar­di­no. Mie­liście czte­ry mi­lio­ny metrów sześcien­nych wody zma­ga­zy­no­wa­nej w zbior­ni­kach, a wa­sze stud­nie głębi­no­we zgro­ma­dziły więcej wody, niż jest w je­zio­rze Sha­sta, jed­nak te­raz za­pa­sy spadły do jed­nej piątej. Po­pyt prze­ra­sta podaż, i to znacz­nie! To je­den z po­wodów mo­jej wi­zy­ty.

– Do­brze – ode­zwał się Mar­tin. – Nadal mi jed­nak nie po­wie­działaś, co ozna­czają te prze­rwy ro­ta­cyj­ne.

– To ściśle po­uf­na in­for­ma­cja, którą ujaw­nia­my je­dy­nie wy­bra­nym oso­bom: urzędni­kom sa­morządo­wym wyższe­go szcze­bla, służbom kry­zy­so­wym, po­li­cji i woj­sku. Gdy­byśmy ją upo­wszech­ni­li, ry­zy­ko­wa­li­byśmy pa­nikę w całym kra­ju. Su­sza jest o wie­le bar­dziej do­tkli­wa, niż przed­sta­wia się to w wia­do­mościach. Plo­ny zo­stały znisz­czo­ne, szczególnie ku­ku­ry­dzy i soi, i jeżeli sy­tu­acja się nie zmie­ni, ko­niecz­nie trze­ba będzie ra­cjo­no­wać zarówno żywność, jak i wodę.

– Mów da­lej – wtrącił Mar­tin. Od daw­na miał awersję do wysłuchi­wa­nia kazań, szczególnie wygłasza­nych przez ko­bie­ty, ale czuł, że od tego się nie wy­wi­nie.

– Zo­sta­liśmy zmu­sze­ni do wpro­wa­dze­nia ro­ta­cyj­nych przerw w do­sta­wach wody w San Ber­nar­di­no – oznaj­miła Sa­skia. – Zarówno w mieście, jak i w całym okręgu. To zna­czy, że zakręcamy wodę według gra­fi­ku, naj­pierw jed­na dziel­ni­ca, po­tem dru­ga, a ro­bi­my to bez wcześniej­sze­go ostrzeżenia.

– To dość dra­stycz­ne po­su­nięcie, nie sądzisz?

– Tak, zga­dzam się. Ale jeżeli po­in­for­mu­je się lu­dzi, że będzie prze­rwa w do­sta­wie wody, oni na­tych­miast na­biorą jej do wia­der, wa­nien i in­nych po­jem­ników, ja­kie im tyl­ko wpadną w ręce, co jesz­cze bar­dziej uszczu­pli na­sze re­zer­wy.

– A jak długo taka „ro­ta­cyj­na prze­rwa” ma trwać?

– Mam na­dzieję, że nie dłużej niż czter­dzieści osiem go­dzin.

– Czter­dzieści osiem go­dzin w tym upa­le?

– Hm, li­czy­my na to, że nie trze­ba będzie dłużej.

– Daj spokój! Jak lu­dzie mają się myć, go­to­wać i robić inne rze­czy, do których po­trzeb­na jest woda?

– Oba­wiam się, że będą mu­sie­li so­bie jakoś po­ra­dzić.

– Łatwo po­wie­dzieć. A co z miej­sco­wy­mi fir­ma­mi? Jak so­bie po­radzą re­stau­ra­cje i pral­nie? A co ze szpi­ta­la­mi, przy­chod­nia­mi, do­ma­mi opie­ki? Po czter­dzie­stu ośmiu go­dzi­nach, wierz mi, lu­dzie nie tyl­ko będą spra­gnie­ni… będą umie­rać. Wi­działem suszę, kie­dy służyłem w Afga­ni­sta­nie, brak wody nie trwał dłużej niż dwa dni, a star­cy i dzie­ci pa­da­li jak mu­chy.

– Mar­ti­nie, naj­wy­raźniej tego nie ro­zu­miesz – prze­rwała mu Sa­skia. – Pomyśl tyl­ko o San Ber­nar­di­no. Śred­nia opadów wy­no­si za­zwy­czaj czter­dzieści je­den cen­ty­metrów na rok, a to, według wszel­kich stan­dardów, dość mało. W ciągu ostat­nich trzech lat spadło mniej niż jed­na dzie­siąta tego, trzy i osiem dzie­siątych cen­ty­metra, a to już ka­ta­stro­fa. Nie możemy do­star­czyć lu­dziom wody, której po pro­stu nie mamy.

Za­milkła na mo­ment i ści­szyła głos, jak­by chciała być le­piej ro­zu­mia­na.

– Przy­je­chałam tu­taj dzi­siaj, aby wam uświa­do­mić, że wie­le dys­funk­cyj­nych ro­dzin znaj­dzie się w jesz­cze większym stre­sie, kie­dy do­wie się, że nie mają wody, szczególnie przy ta­kim upa­le. Mu­si­cie wie­dzieć, jaka jest sy­tu­acja, aby utrzy­mać wśród nich spokój, wyjaśnić im, że Wo­do­ciągi Miej­skie San Ber­nar­di­no robią wszyst­ko, co mogą, aby spra­wie­dli­wie po­dzie­lić wodę, i że pro­te­sty nie wyjdą im na do­bre, a w za­sa­dzie będą miały wręcz od­wrot­ny sku­tek. Mu­si­cie im wytłuma­czyć, że su­sza to dzieło Boga, a nie wina okręgu czy sta­nu, czy też władz fe­de­ral­nych.

– Bo to leży w wa­szych kom­pe­ten­cjach, tak? – za­py­tał ją Mar­tin. – Przy­je­cha­liście tu po­wie­dzieć nam, że mamy po­wstrzy­mać spra­gnioną, spo­coną i niechętną tłuszczę przed bun­tem?

Sa­skia zno­wu uniosła oczy i zmie­rzyła go wzro­kiem.

– To leży w naj­lep­szym in­te­re­sie nas wszyst­kich. Szczególnie tych wszyst­kich dzie­ci, o które się trosz­czy­cie.

– Więc co mamy im po­wie­dzieć? Niech piją colę? I myją się w niej, go­tują i po­le­wają traw­ni­ki?

– Na­wet nie to. Fa­bry­ka Coca-Coli w Los An­ge­les zo­stała za­mknięta przy­najm­niej na trzy ty­go­dnie, aby oszczędzić wodę. Pep­si-Co też. W za­sa­dzie wszy­scy pro­du­cen­ci na­pojów do­sta­li na­kaz wstrzy­ma­nia pro­duk­cji aż do odwołania. Żad­nej coli, żad­ne­go mo­un­ta­in dew, żad­ne­go ga­to­ra­de. Nic.

Ar­le­ne po­chy­liła się na krześle do przo­du i posłała Mar­ti­no­wi swoją naj­bar­dziej su­rową minę.

– Sa­skia po­wie­działa mi, Mar­ti­nie, że gu­ber­na­tor Smi­ley ściśle kon­tro­lu­je sy­tu­ację, i sam ro­zu­miesz dla­cze­go.

– Och, pew­nie. To sta­je się nie­bez­piecz­nie nie­ludz­kie.

Ar­le­ne zi­gno­ro­wała jego od­po­wiedź.

– To, co po­wie­działa nam Sa­skia, wiesz tyl­ko ty, Mar­ti­nie, nikt inny w biu­rze, uwierz, bo je­steś odpo­wie­dzialny za naj­bar­dziej zde­pra­wo­wa­ne dziel­ni­ce w mieście, w których jest naj­większe ry­zy­ko nie­po­kojów społecz­nych. Tu, w urzędzie, je­steśmy na pierw­szej li­nii fron­tu, wiesz o tym. Mu­si­my zro­bić, co w na­szej mocy, aby po­wstrzy­mać ro­dzi­ny wy­so­kie­go ry­zy­ka przed bun­tem i roz­pa­dem, i szkodą, jaką wyrządziłoby to dzie­ciom.

Mar­tin wzru­szył ra­mio­na­mi.

– W porządku, Ar­le­ne, sko­ro tak mówisz. Nie za bar­dzo jed­nak ro­zu­miem, jak można się zbun­to­wać i roz­paść jed­no­cześnie, szczególnie kie­dy nie ma wody. Ale przy­najm­niej te­raz wiem, co się dzie­je. Za­dzwo­nię do żony i po­wiem jej.

Wstał, ale Sa­skia wyciągnęła rękę i chwy­ciła go za skórza­ny pa­sek ze­gar­ka.

– Wolałabym, żebyś tego nie robił, Mar­ti­nie.

– Wolałabyś, żebym cze­go nie…? Nie mówił żonie? Wszyst­ko w porządku. Właści­wie to moja była żona.

– Wolałabym, żebyśmy sto­so­wa­li za­sadę, że każdy wie tyl­ko tyle, ile musi. Jak po­wie­działam, możemy stać na krawędzi na­ro­do­wej pa­ni­ki. Wy­star­czy jed­na iskra, a zaj­mie się cały las.

– Z całym sza­cun­kiem, Sa­skio, myślę, że moja była jest w ta­kiej sy­tu­acji, że musi się do­wie­dzieć. Córka do­stała gorączki, a w domu nie ma wody.

– Za­tem po­wiedz jej tyl­ko, że woda będzie niedługo i żeby jesz­cze trochę wy­trzy­mała. Nie wol­no mi tego ni­ko­mu do­ra­dzać, bo za­pa­sy są na­prawdę skąpe, ale po­wiedz jej, żeby poszła do naj­bliższe­go su­per­mar­ke­tu i kupiła na za­pas tyle wody bu­tel­ko­wa­nej, ile może, o ile już tego nie zro­biła… i o ile jesz­cze jakaś tam jest.

Mar­tin spoj­rzał na rękę Sa­skii, która nadal spo­czy­wała na jego nad­garst­ku. Czer­wo­ny la­kier na pa­znok­ciach pa­so­wał do ko­lo­ru gar­son­ki i szmin­ki. Na pal­cu miała je­den duży pierścio­nek z czer­wo­nym aga­tem, ale żad­nej obrączki. Był pe­wien, że cho­ciaż nie ro­zu­mie ko­biet, to się ich nie boi. Mimo to w Sa­skii Vane było coś, co wytrącało go z równo­wa­gi, cho­ciaż nie bar­dzo ro­zu­miał, co to ta­kie­go. Może to ten ostry za­pach per­fum. Albo to, jak na nie­go pa­trzyła oczy­ma tak ja­sny­mi i twar­dy­mi jak główki gwoździ. Może się jej nie bał, ale było oczy­wi­ste, że ona jego też się nie bała.

– Do­brze – przy­stał. – Ale mu­si­cie dać nam gra­fik, które dziel­ni­ce za­mier­za­cie odciąć i kie­dy. A po­tem… jeśli wy­buchną ja­kieś za­miesz­ki… przy­najm­niej będzie­my na nie go­to­wi.

– Tego nie mogę zro­bić, Mar­ti­nie. To na­prawdę są po­uf­ne in­for­ma­cje. Jeżeli do­staną się w nie­po­wołane ręce, rozpęta się piekło. Niektóre dziel­ni­ce mają wyższe i bar­dziej palące po­trze­by od in­nych, a możesz so­bie wy­obra­zić niechęć, jeżeli okaże się, że jed­ni są odłącza­ni na krótszy czas od in­nych.

Nie wie­dział, co po­wie­dzieć. Spoj­rzał zno­wu na Ar­le­ne, ale ona je­dy­nie wzru­szyła ra­mio­na­mi.

– Nie mam pojęcia, co jesz­cze możemy zro­bić, Mar­ti­nie. Na­szym za­da­niem jest utrzy­ma­nie ro­dzin i ochro­na dzie­ci. Wsz­czy­na­nie za­mie­szek w tym nie pomoże.

Mar­tin uniósł nie­co rękę i Sa­skia zwol­niła chwyt.

– Do­brze, że się spo­tka­liśmy – po­wie­działa. – Słuchaj… weź moją wi­zytówkę. Jeżeli chciałbyś się jesz­cze cze­goś do­wie­dzieć, po pro­stu za­dzwoń. Masz te­raz jesz­cze ja­kieś py­ta­nia?

– Nie – od­parł Mar­tin. – Ra­czej nie. A może… tak, jed­no. Chciałbym wie­dzieć, ja­kie masz kwa­li­fi­ka­cje? To zna­czy cze­go trze­ba, aby ktoś taki jak ty zo­stał wy­bra­ny do ze­społu do­radców kry­zy­so­wych?

Sa­skia nie spusz­czała z nie­go wzro­ku, na­wet nie mrugnęła, a Mar­tin myślał, że pew­nie nie od­po­wie albo wręcz każe mu pil­no­wać własne­go nosa.

– Do­brej pre­zen­cji i na­tu­ral­ne­go daru dy­plo­ma­cji – ode­zwała się po chwi­li. – Oraz dok­to­ra­tu z zarządza­nia śro­do­wi­skiem na Uni­wer­sy­te­cie Ka­li­for­nij­skim w Los An­ge­les. To mi po­mogło. I dy­plom z pra­wa. Oraz ko­nek­sje w pew­nych bar­dzo wy­so­kich sfe­rach.

– Tyl­ko się za­sta­na­wiałem, to wszyst­ko – rzu­cił Mar­tin. – Trud­no mi wy­obra­zić so­bie cie­bie jako małą, nie­winną dziew­czynkę marzącą, by mówić wszyst­kim w Ka­li­for­nii, żeby tak często nie spłuki­wa­li musz­li.

Sa­skia odwróciła od nie­go wzrok, ale jed­no­cześnie od­parła:

– Nig­dy nie byłam nie­winną dziew­czynką.

Mar­tin za­wa­hał się. Gdy­by te­raz byli w ba­rze, a on by ją pod­ry­wał, wymyśliłby jakąś in­te­li­gentną i pro­wo­ka­cyjną od­po­wiedź, ale znaj­do­wa­li się w ga­bi­ne­cie Ar­le­ne, która bacz­nie się im przysłuchi­wała.

Uśmiechnął się za­tem do Sa­skii, jak­by chciał po­wie­dzieć: „tra­fio­ny”, a po­tem za­sa­lu­to­wał Ar­le­ne i odwrócił się, by wyjść. Gdy był w dro­dze do drzwi, bla­dy mężczy­zna w cy­try­no­wej ko­szu­li po­de­rwał się z krzesła i podał mu rękę.

– Lem Ku­nic­ki – po­wie­dział. Dłoń miał chłodną i wil­gotną, a Mar­tin po­czuł się tak, jak­by ści­skał rękę komuś, kto nie­daw­no zmarł.

4

Peta odłożyła słuchawkę i przeszła do słonecz­ne­go sa­lo­nu, gdzie Ty­ler leżał na ka­na­pie z lap­to­pem i grał w Alien Ar­ma­ged­don IV.

– Ty­ler? Właśnie roz­ma­wiałam z tatą. Po­wie­dział, że nie będzie wody przez co naj­mniej dwa dni i po­win­niśmy zro­bić za­pa­sy wody bu­tel­ko­wa­nej. Ile się da. – Brak re­ak­cji. Ci­sza. – Ty­ler?

Ty­ler nie słyszał ani słowa, po­nie­waż miał na uszach słuchaw­ki, i da­lej grał za­wzięcie.

– Ta­aaaak! – krzyknął, za­ci­skając pięści, gdy wy­sa­dził ko­lej­ny krążownik ob­cych.

Peta po­deszła do nie­go i za­trzasnęła lap­to­pa, przy­gnia­tając mu pal­ce. Spoj­rzał na nią za­sko­czo­ny, jak­by go właśnie spo­licz­ko­wała.

– Mamo… dla­cze­go to zro­biłaś? – za­pro­te­sto­wał, zdej­mując słuchaw­ki. – Za­raz wszedłbym na mój naj­wyższy po­ziom!

– Mu­sisz po­je­chać po za­ku­py, oto dla­cze­go.

– O kurczę, mamo, to nie może po­cze­kać? To mój naj­wyższy po­ziom!

– Tata po­wie­dział, że po­win­niśmy to zro­bić jak naj­szyb­ciej.

– Och, ro­zu­miem! Tata po­wie­dział! A ja myślałem, że nie lu­bisz taty.

– Oczy­wiście, że go lubię. A prawdę mówiąc, to go ko­cham, jed­nak mimo to wca­le się z nim łatwiej nie żyje. Za­dzwo­nił i po­wie­dział, że wody nie będzie przez co naj­mniej czter­dzieści osiem go­dzin, a jakiś eks­pert z wo­do­ciągów po­ra­dził mu, żeby zma­ga­zy­no­wać tyle wody bu­tel­ko­wa­nej, ile nam się uda.

Za­dzwo­niła klu­czy­ka­mi do sa­mo­cho­du przed jego twarzą.

– Weź mój wóz i po­jedź do Ral­pha; zo­bacz, ile ci się uda kupić. Masz tu pięćdzie­siąt do­larów. Jak zo­sta­nie resz­ta, za­trzy­maj so­bie.

Ty­ler rzu­cił lap­to­pa na ka­napę. Cza­sa­mi nie tyl­ko wyglądał jak swój oj­ciec, ale też mówił jak on, co Petę dość nie­po­koiło – jak­by Mar­tin wy­szedł, lecz zo­sta­wił po so­bie klo­na, aby miał na nią oko. Ty­ler był wy­so­ki, sze­ro­ki w ba­rach, ale bar­dzo szczupły, o blond włosach, które ster­czały jak kol­ce jeżozwie­rza, i pociągłej twa­rzy o wy­ra­zi­stych ry­sach. Na­wet cho­dził jak oj­ciec – żwa­wym, agre­syw­nym kro­kiem, aż lu­dzie myśleli, że za­mie­rza po­dejść do nich i ich ude­rzyć zupełnie bez po­wo­du. Miał na so­bie nie­bie­skie pod­wi­nięte dżinsy i rdza­wo­czer­woną ko­szulkę Car­di­nalsów.

– Słuchaj – dodała. – Sama bym to zro­biła, ale nie mogę zo­sta­wić Elli. Może będę mu­siała po­je­chać z nią do le­ka­rza, jeżeli jej się po­gor­szy. Mam tyl­ko na­dzieję, że to nie jest gorączka za­chod­nie­go Nilu albo coś równie poważnego.

– Och, daj spokój, mamo! Elli za­wsze coś do­le­ga, sama wiesz. Ona jest hi-po-chon-drycz-ką! Zro­bi wszyst­ko, żeby zwrócić na sie­bie uwagę.

– Ty­ler, ona jest na­prawdę cho­ra. Ma tem­pe­ra­turę i wszyst­ko przez nią prze­la­tu­je. A te­raz, proszę.

Ty­ler niechętnie wziął od niej klu­czy­ki. Peta wyszła za nim przed ich par­te­ro­wy do­mek, gdzie stał za­par­ko­wa­ny tur­ku­so­wo­nie­bie­ski hi­lux. Dzień był bez­chmur­ny i słońce piekło nie­miłosier­nie, a be­to­no­wy pod­jazd był tak ośle­piająco biały, że Peta zasłoniła dłonią oczy. Kie­dy spoj­rzała na ter­mo­metr przy drzwiach, zo­ba­czyła, że wska­zu­je czter­dzieści pięć stop­ni Cel­sju­sza. Za da­cha­mi par­te­ro­wych domków po prze­ciw­nej stro­nie uli­cy brązowe góry San Ber­nar­di­no były pra­wie nie­wi­docz­ne za mgłą gorąca, a nad nimi nie­ustan­nie krążyły sępy, wca­le nie po­ru­szając skrzydłami.

– Tyl­ko jedź ostrożnie! – krzyknęła, gdy Ty­ler wyjeżdżał tyłem na ulicę. – I dzwoń, jeśli będziesz miał ja­kieś kłopo­ty! – Pod­niosła rękę do ucha, naśla­dując roz­mowę przez te­le­fon, na wy­pa­dek gdy­by syn już zdążył wsa­dzić do uszu słuchaw­ki swo­je­go iPo­da i nie mógł jej usłyszeć.

♦ ♦ ♦

Ty­ler skręcił w lewo na końcu Ful­ler­ton Dri­ve i skie­ro­wał się w stronę Uni­ver­si­ty Par­kway. Słuchał Whe­re Have You Been Ri­han­ny i fałszując, podśpie­wy­wał so­bie pod no­sem wraz z nią: I’ve been eve­ry­whe­re, man, lo­oking­for so­me­one…

Kie­dy wje­chał w łagod­ny zakręt pro­wadzący ku alei, zo­ba­czył, że w obu kie­run­kach, na północ i na południe, blo­kują ją jadące wol­no sa­mo­cho­dy, a za­zwy­czaj była pra­wie pu­sta. Udało mu się wje­chać przed mi­ni­van pełen znie­cier­pli­wio­nych sta­ru­szek, ale po­tem po­ko­na­nie krótkie­go dy­stan­su do mar­ke­tu Ral­pha zajęło mu po­nad dzie­sięć mi­nut, gdyż za­trzy­my­wał się i ru­szał co kil­ka metrów. Od cza­su do cza­su roz­le­gały się klak­so­ny, które wca­le nie przyśpie­szały jaz­dy.

Do­pie­ro kie­dy do­je­chał do mar­ke­tu, za­uważył, co było przy­czyną kor­ka. Czer­wo­no-białe ba­rier­ki usta­wio­ne w po­przek wjaz­du na par­king supermar­ke­tu i przy­najm­niej sześciu po­li­cjantów kie­rujących ru­chem. Gdy się zbliżył, opuścił okno ze swo­jej stro­ny i zawołał do jed­ne­go z nich.

– Co się stało, proszę pana? – Wi­dział swo­je od­bi­cie w żółtych szkłach oku­larów prze­ciwsłonecz­nych po­li­cjan­ta.

– Sklep jest za­mknięty do odwołania, synu. Jedź da­lej.

– Chcę tyl­ko kupić wodę.

– Pew­nie, ty i wszy­scy inni w całym San Ber­nar­di­no.

Lu­dzie zaczęli się o nią bić, więc mu­sie­li za­mknąć sklep.

– A wie pan, gdzie mógłbym do­stać trochę?

– Na­wet gdy­bym wie­dział, synu, to­bym ci nie powie­dział, ale nie wiem.

Ty­ler za­mknął okno, po­nie­waż nie­przy­jem­nie gorące po­wie­trze za­czy­nało się wle­wać do wnętrza sa­mo­cho­du. Mu­siał je­chać da­lej aleją aż do następne­go zjaz­du, jed­nak skręcił w stronę North E Stre­et. Pro­wa­dziła do za­nie­dba­nej ro­bot­ni­czej dziel­ni­cy, lecz na skrzyżowa­niu z Za­chod­nią Trzy­dziestą Trze­cią Ulicą znaj­do­wała się sta­cja ben­zy­no­wa Thri­fty, sa­lon ta­tuażu i mały sklep spożyw­czy o na­zwie Dan’s Food & Li­qu­or. Mama nig­dy nie robiła tu za­kupów, ale sam Ty­ler wpa­dał re­gu­lar­nie pod pre­tek­stem kup­na gumy do żucia albo na­pojów, po­nie­waż Ma­ria Alva­rez często obsługi­wała tu po szko­le.

Ma­ria cho­dziła z Ty­le­rem do kla­sy w li­ceum Ar­ro­whe­ad, a on był w niej bez­na­dziej­nie za­ko­cha­ny. Uważał, że jest nie­sa­mo­wi­cie piękna, ale nig­dy nie umówił się z nią na randkę. Głównie dla­te­go że nig­dy nie ze­brał się na od­wagę, a poza tym ona już miała chłopa­ka, Kena Rigs­by’ego, który grał na skrzy­dle w szkol­nej drużynie fut­bo­lo­wej. Był to młodzie­niec bar­dzo za­bor­czy i agre­syw­ny i na pew­no by pobił Ty­le­ra, gdy­by ten umówił się z Marią. W za­sa­dzie wy­star­czyłoby, gdy­by się do­wie­dział, że Ty­ler tak często zagląda do tego skle­pu, aby z nią po­roz­ma­wiać.

Kie­dy jed­nak wje­chał na par­king przed skle­pem, zo­ba­czył, że zaciągnięto me­ta­lo­we kra­ty, a w oknie wy­wie­szo­no na­pis: PRZE­PRA­SZA­MY – ZA­MKNIĘTE. Sta­cja ben­zy­no­wa również była za­mknięta, a na wszyst­kich pom­pach wi­siały kłódki.

Miał już wy­co­fać sa­mochód z par­kin­gu, kie­dy do­strzegł ojca Ma­rii w skle­pie, wy­siadł za­tem, pod­szedł do skle­pu i za­stu­kał w okno. Ma­ria też była w środ­ku i opróżniała kasę, prze­li­czając drob­ne.

Oj­ciec Ma­rii machnął na nie­go ręką, aby od­szedł, i pokręcił przecząco głową, lecz Ma­ria po­deszła i krzyknęła przez szybę:

– Prze­pra­szam, Ty­ler! Za­mknięte! Rano mie­liśmy tu kłopo­ty! Otwo­rzy­my, do­pie­ro kie­dy puszczą wodę!

Ty­ler roz­po­starł ręce sze­ro­ko i zro­bił minę bez­dom­ne­go szcze­nia­ka.

– Po­trze­buję tyl­ko kil­ku bu­te­lek wody, to wszyst­ko!

Ma­ria odwróciła się do ojca, więc Ty­ler nie słyszał, co mówi. Ten zno­wu machnął ręką, co miało ozna­czać, że nie za­mie­rza otwie­rać dla ni­ko­go. Ma­ria spoj­rzała z po­wro­tem na Ty­lera, wzru­szyła ra­mio­na­mi i pokręciła głową.

– Moja sio­stra jest poważnie cho­ra! – zawołał Ty­ler. – Muszę zna­leźć dla niej wodę!

Ma­ria zno­wu odwróciła się do ojca. Ty­ler wi­dział, że mężczy­zna nie jest z tego za­do­wo­lo­ny, ale pod­szedł do drzwi z klu­cza­mi i otwo­rzył je. Po­tem sięgnął do krat, otwo­rzył mo­cujące je kłódki i roz­sunął kra­ty na tyle, aby Ty­ler wśli­zgnął się do środ­ka.

– Na­prawdę bar­dzo dziękuję – po­wie­dział Ty­ler. – W pierw­szej ko­lej­ności po­je­chałem do su­per­mar­ke­tu, ale wszyst­ko było za­mknięte, bo klien­ci bili się o wodę.

Oj­ciec Ma­rii był ni­skim, przy­sa­dzi­stym, łysiejącym mężczyzną o smagłej kar­na­cji i ciężkim si­wym wąsie ni­czym miotła do za­mia­ta­nia ulic. Miał na so­bie czer­wo­ne polo z na­dru­kiem Dan’s Food & Li­qu­or i biało-nie­bie­ski far­tuch zawiązany na brzu­chu. Ty­ler za­uważył, że lewy po­li­czek ma po­si­nia­czo­ny, a oko tak pod­bi­te, że nie może go otwo­rzyć.

– Synu, robię ci przysługę ze względu na Marię. Rano mie­liśmy tu pa­skudną sy­tu­ację; dzie­cia­ki próbowały za­brać wodę i inne rze­czy bez płace­nia. Po­go­niłem je ki­jem bejs­bo­lo­wym, a po­tem za­dzwo­niłem na po­licję; nie­ste­ty, po­wie­dzie­li, że mają mnóstwo ro­bo­ty przez to odcięcie wody.

– Je­stem panu bar­dzo wdzięczny. Na­prawdę.

– No to nałóż so­bie do dwóch ko­szyków, szyb­ko. Ma­rio… pomożesz ko­le­dze, do­brze?

Sklep był bar­dzo cia­sny; miał wąskie alej­ki, ale półki ugi­nały się od to­wa­ru, począwszy od pu­szek z karmą dla kotów, przez spray na ko­ma­ry, po su­szoną fa­solę. Pacz­ki orzechów, su­szonej wołowi­ny i szczot­ki do my­cia na­czyń wi­siały wszędzie, więc szło się tam jak przez mały aro­ma­tycz­ny las. Ma­ria za­pro­wa­dziła Ty­le­ra do lodówek na za­ple­czu skle­pu.

– Uważaj – po­wie­działa. – Podłoga jest jesz­cze mo­kra tam, gdzie się bili o wodę.

– Je­stem ci na­prawdę bar­dzo wdzięczny.

Ma­ria podała mu dru­cia­ny ko­szyk i uśmiechnęła się. Była bar­dzo drob­na, miała czar­ne po­sta­wio­ne do góry włosy, ni­czym gwiaz­da te­le­wi­zji z lat sześćdzie­siątych, i trójkątną twarz o dużych brązo­wych oczach. Ty­ler uwiel­biał jej mały za­dar­ty no­sek i to, jak wy­dy­mała usta, jak­by miała się za­raz rozpłakać; uwiel­biał też jej nad­garst­ki, tak szczupłe, że mógł je opleść pal­ca­mi.

Ukrad­kiem zro­bił jej te­le­fo­nem zdjęcia w kla­sie i miał ich sześć przy­mo­co­wa­nych od wewnątrz do drzwi sza­fy w sy­pial­ni.

Ale naj­bar­dziej ze wszyst­kie­go hip­no­ty­zo­wał go jej za­pach. Za­wsze pach­niała wa­ni­lią i różami.

– Czy two­ja sio­stra jest bar­dzo cho­ra? – za­py­tała, układając dwu­li­tro­we bu­tel­ki wody w jed­nym z ko­szyków.

– Ma dość wy­soką gorączkę, to wszyst­ko. Nie je­steśmy pew­ni, co jej jest.

– No to mam na­dzieję, że szyb­ko wy­zdro­wie­je. I że szyb­ko włączą wodę. Dzi­siaj rano to było ta­kie prze­rażające. Wpadło ich tu­taj z dzie­sięciu, za­bie­ra­li bu­tel­ki z wodą i ba­to­ni­ki, wszyst­ko, co chcie­li, i wy­bie­gli, nie płacąc. Kie­dy tata próbował ich po­wstrzy­mać, ude­rzy­li go ki­jem od mopa.

– Co… to był jakiś gang?

– Nie je­den z tych praw­dzi­wych… jak Blo­ods czy Sun Cra­zie Ones, czy ja­kieś inne. To miej­sco­we chłopa­ki. Ale na­prawdę osza­le­li.

– Po­wi­nie­nem był ich za­strze­lić – wtrącił jej oj­ciec. – Kłopot w tym, że jak to zro­bisz, jak za­bi­jesz ja­kie­goś gnoj­ka, to sam będziesz miał kłopo­ty za to, że bro­niłeś swo­jej własności.

Gdy nałożyli bu­tel­ki do dwóch ko­szyków, Ty­ler pod­niósł je i prze­niósł przez ladę.

– Dziękuję, pa­nie Alva­res. Ile je­stem wi­nien?

Oj­ciec Ma­rii zli­czał bu­tel­ki, kie­dy od fron­tu skle­pu do­biegł ogłuszający hałas. Wszy­scy tro­je spoj­rze­li w tamtą stronę prze­rażeni i uj­rze­li trzech lub czte­rech mężczyzn w kap­tu­rach, kopiących kratę. Kopnęli ją kil­ka razy, za­nim się zo­rien­to­wa­li, że cho­ciaż kra­ta jest za­su­nięta do końca, to kłódka nie jest za­trzaśnięta. Pan Alva­rez za­po­mniał to zro­bić po tym, jak wpuścił Ty­le­ra.

Po­hu­kując i po­krzy­kując, zaczęli potrząsać, grze­cho­tać i szar­pać kratą.

Pan Alva­rez sięgnął pod ladę po te­le­fon i podał go Ma­rii.

– We­zwij po­licję – po­le­cił jej krótko. – Nie przyj­muj od­mo­wy. Po­wiedz im, że jak nie przy­jadą, to ktoś tu­taj zgi­nie. Ty­ler. za­bierz Marię na za­ple­cze. Weź to.

Sięgnął pod ladę i podał Ty­le­ro­wi kij bejs­bo­lo­wy z rączką okle­joną taśmą. Po­tem po­chy­lił się jesz­cze raz i po­ja­wił z ob­rzy­nem.

– Tato… nie! – krzyknęła Ma­ria.

– Idź na tył – rzu­cił je­dy­nie Alva­rez. – Słyszysz? To mój sklep… moja własność! Nikt nie będzie się tu­taj włamy­wał i za­bie­rał tego, co należy do mnie!

Ty­ler chwy­cił Marię za rękę.

– Chodź! – zawołał. – Wy­bierz dzie­więćset je­de­naście! Twój tata so­bie po­ra­dzi!

– Tato! – zawołała Ma­ria, gdy za­kap­tu­rze­ni na­past­ni­cy odgięli kratę na tyle, żeby otwo­rzyć drzwi. We­szli do skle­pu, bucząc i gwiżdżąc, prze­wra­cając sto­ja­ki z ciast­ka­mi i je­dze­niem dla nie­mowląt, z łosko­tem zwa­lając z półek po ko­lei wszyst­kie pusz­ki na podłogę.

– Ta­tu­siu, nie strze­laj do nich!

Lecz pan Alva­rez już ce­lo­wał do łobuzów i od­bez­pie­czał strzelbę kciu­kiem.

– Wy­no­cha stąd! Wszy­scy ucie­kać, bo in­a­czej…!

– Och, tato, nie strze­laj do nich! – prze­drzeźniał je­den z na­past­ników fal­se­tem.

– Słyszy­cie mnie? Liczę do trzech i strze­lam!

– Och, proszę, tato, nie strze­laj do nich! – gru­chał je­den z na­past­ników i tańczył przed ladą, sze­ro­ko roz­poście­rając ręce, jak­by kusił Alva­re­za, żeby ten pociągnął za spust. Jed­no­cześnie ko­lej­ni na­past­ni­cy w kap­tu­rach tłoczy­li się do skle­pu z zewnątrz, jesz­cze przy­najm­niej sześciu. Zde­cy­do­wa­nie ma­sze­ro­wa­li między półkami, zrzu­cając następne pusz­ki, słoiki i pacz­ki, aż podłoga za­sy­pa­na była po­wgnia­ta­ny­mi kon­ser­wa­mi, roz­bi­ty­mi słoika­mi z masłem orze­cho­wym i dżemem tru­skaw­ko­wym i popęka­ny­mi to­reb­ka­mi z mąką. Żeby spotęgować bałagan, roz­dep­ty­wa­li kar­to­ny z płat­ka­mi śnia­da­nio­wy­mi, tak że je­dze­nie leżało wszędzie.

– Wody! – krzyknął je­den z ban­dziorów. – Da­waj, kur­wa, całą wodę!

Ty­ler, przy­ku­cając z Marią za regałem z coca-colą, żeby na­past­ni­cy ich nie wi­dzie­li, wy­pchnął dziew­czynę przez drzwi na za­ple­cze, do małego kan­tor­ka, którego pan Alva­rez używał jako biu­ra. Sku­li­li się na podłodze obok sta­re­go, znisz­czo­ne­go biur­ka. Było tu nie­wia­ry­god­nie dusz­no i gorąco, a do tego cuchnęło sta­rym dy­mem po cy­ga­rach. Ma­ria podała Ty­lerowi te­le­fon.

– Masz, proszę, za­dzwoń na po­licję, ja nie mogę od­dy­chać!

Gdy Ty­ler wy­brał 911, usłysze­li ogłuszający huk; to padł strzał ze strzel­by pana Alva­re­za, ale za­raz po nim roz­legły się krzy­ki i po­hu­ki­wa­nia w ogólnej wesołości. Ty­ler mógł się tyl­ko domyślać, że pan Alva­rez albo nie tra­fił w na­past­ni­ka, do którego ce­lo­wał, albo po pro­stu strze­lił w su­fit, żeby wy­stra­szyć i prze­gnać ban­dytów.

– O Boże – po­wie­działa Ma­ria, pociągając Ty­le­ra za rękaw ko­szul­ki.

– San Ber­nar­di­no, nu­mer alar­mo­wy dzie­więćset je­de­naście, co się stało?

– Ci fa­ce­ci włama­li się do skle­pu, niszczą wszyst­ko. Właści­ciel ma strzelbę i właśnie usłysze­liśmy wy­strzał!

– Jaki to ad­res?

Ty­ler miał już po­wie­dzieć te­le­fo­ni­st­ce, gdzie są, kie­dy strzel­ba wy­pa­liła po raz ko­lej­ny, tym ra­zem z in­nym odgłosem, bar­dziej stłumio­nym, bu­uuuumfffff! Jak­by wy­strze­liła w po­duszkę. Zno­wu roz­legły się trium­fujące wrza­ski, lecz tym ra­zem je­den z ban­dziorów krzyknął:

– Tra­fiłem go! Do­stałem gno­ja! Jak pragnę zdro­wia! Tra­fiłem gno­ja!

Ma­ria wstała.

– Ta­tu­siu! – zawołała.

Ty­ler chwy­cił ją za ramię i próbował zno­wu ściągnąć w dół.

– Ciii! – po­wie­dział do niej, ale ona uwol­niła się i wyszła z kan­tor­ka do skle­pu. Ty­ler słyszał, jak na­past­ni­cy zno­wu gwiżdżą i wyją, a po­tem roz­legł się krzyk Ma­rii.

– Tato, ta­tu­siu! O Boże, za­bi­liście go! Za­bi­liście go, po­two­ry, za­bi­liście, za­bi­liście go! – Jej głos sta­wał się co­raz wyższy i wyższy w hi­ste­rycz­nym wrza­sku, aż prze­szedł nie­omal w prze­szy­wający gwizd.

W od­po­wie­dzi na­past­ni­cy zaczęli śmiać się, gwiz­dać i drwić z niej.

– Za­bi­liście go, po­two­ry! Wy bar­dzo złe po­two­ry! Pa­trz­cie na mo­je­go bied­ne­go sta­re­go tatę, jak mu fla­ki wiszą! Nie do­sta­nie­cie cu­kierków, nie­do­bre po­two­ry!

– Hej! – wrzasnął je­den z ban­dziorów. – A może na­uczy­my ją lubić po­two­ry!

– Do­bra, może za­ba­wi­my się z nią po­twor­nie do­brze! Po­oootwór!

– Chodź, mała. Co ty na to, ślicz­na? No, mała, tatuś ci te­raz nie pomoże! Cze­go be­czysz? Nie ma sen­su płakać, co nie? Wiesz, co mówią… nie ma sen­su płakać nad roz­la­ny­mi fla­ka­mi!

Roz­legło się więcej wrzasków i re­cho­ta­nia i wte­dy Ty­ler usłyszał krzyk Ma­rii.

– Od­czep­cie się ode mnie! Nie do­ty­kaj­cie mnie! Precz, po­two­ry, pusz­czaj­cie mnie!

Wstał po­wo­li. Ser­ce waliło mu tak moc­no, że aż go bolało w środ­ku, jak­by ktoś ryt­micz­nie i złośli­wie ude­rzał go od środ­ka. Le­d­wo mógł się ru­szyć. Jeżeli te ban­dzio­ry już zabiły pana Alva­re­za, a te­raz po pro­stu się z tego śmiały, dla­cze­go miałyby skru­puły także przed za­bi­ciem jego?

Jed­nak nie mógł zo­sta­wić Ma­rii na ich łasce. Kim by się oka­zał, gdy­by po­zwo­lił tym ban­dy­tom ją za­ata­ko­wać, a sam by się scho­wał? Oni i tak wie­dzie­li, że on tu jest, bo kil­ku pierw­szych, którzy sfor­so­wa­li drzwi, wi­działo ich obo­je. Jak tyl­ko z nią skończą, pew­nie go po­szu­kają, bo nie chcą mieć żad­nych świadków.

O do­bry Boże, pomóż mi, pomyślał. W tej sa­mej chwi­li za­pragnął, aby jego oj­ciec zna­lazł się tu obok nie­go, po­nie­waż był pe­wien, że tata wytłukłby tych wszyst­kich dra­ni. Po­tra­fił to. Raz wi­dział, jak oj­ciec ru­szył na trzech białych młodych mężczyzn, którzy nie­miłosier­nie bili ja­kie­goś bez­dom­ne­go czar­ne­go. Jed­ne­mu złamał szczękę, a dwaj po­zo­sta­li ucie­ka­li tak szyb­ko, że nikt nie mógł ich do­go­nić.

Ale taty tu nie ma, pomyślał znów. Je­stem sam. Wte­dy usłyszał, że Ma­ria krzy­czy po­now­nie, a po­tem do­biegł go ryk uzna­nia ze stro­ny na­past­ników. Domyślał się, co się dzie­je, i ze stra­chu aż go ze­mdliło. Proszę, Boże, żeby ktoś ją ura­to­wał, bo ja sam nie dam rady, a oni mnie też za­strzelą.

– Ty­ler! – zawołała Ma­ria. – Ty­ler, pomóż mi! Ty­ler!

Ban­dy­ci na­tych­miast podjęli to wołanie.

– Och, Ty­ler! – wrzesz­cze­li kosz­mar­nym chórem. – Pomóż mi, Ty­ler! Chodź, Ty­ler, ty tchórzli­wy gównia­rzu! Pomóż mi!

Ty­ler za­mknął oczy na mo­ment, cho­ciaż żadna mo­dli­twa nie przy­cho­dziła mu do głowy. Wte­dy sięgnął po kij bejs­bo­lo­wy, który dał mu oj­ciec Ma­rii, i wy­szedł z biu­ra do skle­pu, miażdżąc te­nisówka­mi roz­bi­te szkło i płatki śnia­da­nio­we.

Na­past­ni­cy ze­bra­li się we fron­to­wej części obok lady. Za ladą Ty­ler wi­dział tyl­ko jedną unie­sioną rękę wspartą o ścianę i smugę krwi w kształcie wa­chla­rza sięgającą pra­wie do su­fi­tu, znaczącą tarczę ze­ga­ra i pla­kat Far­me­ra Joh­na Ba­co­na.

Ktoś wy­rwał z opa­ko­wa­nia koc w zie­lo­no-nie­bieską kratę i rozłożył na podłodze, a na środ­ku leżała Ma­ria z sze­ro­ko rozłożony­mi rękami i no­ga­mi. Czte­rech ban­dziorów klęczało na każdym rogu, trzy­mając ją za nad­garst­ki i kost­ki. Niektórzy z nich ściągnęli już kap­tu­ry i otwar­cie ga­pi­li się na nią z pożąda­niem. Te­raz do­pie­ro Ty­ler zo­ba­czył, kto to na­prawdę jest. Żadne po­zba­wio­ne twa­rzy de­mo­ny, ale zwykłe na­sto­lat­ki o bla­dej ce­rze, wy­go­le­ni na łyso chłopcy z zaczątka­mi wąsów i z pla­ma­mi trądzi­ku na po­licz­kach. Dwóch lub trzech na pew­no wi­dział już wcześniej na kręgiel­ni Del Rosa.

Je­den był znacz­nie wyższy i ma­syw­niej­szy od resz­ty; na głowie miał za­bru­dzo­ny sza­ry kap­tur. Gdy Ty­ler ostrożnie kie­ro­wał się w stronę fron­tu skle­pu, tam­ten stał ple­ca­mi do nie­go, blo­kując główne przejście między regałami. Nie­ste­ty, kie­dy Ty­ler się zbliżył, Ma­ria uniosła głowę z koca, wy­sa­pała jego imię i wte­dy właśnie wiel­ki i wy­so­ki chu­li­gan odwrócił się i go zo­ba­czył.

Wyglądał na La­ty­no­sa – miał sze­ro­ki, płaski, upstrzo­ny wągra­mi nos i oczy jak żaba, ale po­mi­mo kap­tu­ra Ty­ler do­strzegł ufar­bo­wa­ne na ciem­no­ru­do włosy. Ty­ler zbliżał się do nie­go z unie­sio­nym ki­jem.

– Hej, ziom, to ty chy­ba je­steś Ty­ler! Ry­ce­rzu w lśniącej zbroi, przy­by­wasz ra­to­wać damę w opałach! Co chcesz zro­bić z tym ki­jem, ziom? A może we­tknąć ci go w dupę? Może na­wet w po­przek, co?

Ty­ler ru­szył do przo­du, ale łobuz na­tych­miast prze­chwy­cił kij i wy­rwał mu go z rąk. Od­rzu­cił go na bok i złapał Ty­lera za ko­szulkę. Przy­ciągnął tak bli­sko, że kro­pel­ki śliny pry­skały mu na twarz, gdy tam­ten mówił.

– Wiesz, jak mnie na­zy­wają? Wiel­ka Ku­kiełka. I nie chcesz wie­dzieć dla­cze­go. – Ty­ler czuł od nie­go ma­ri­hu­anę i moc­ny kwaśny odór ciała.

Odwrócił głowę i spoj­rzał na Marię. Ser­ce zabiło mu jesz­cze moc­niej. Na­past­ni­cy pod­ciągnęli jej kwie­cistą su­kienkę aż pod szyję, ni­czym szal. Po­tem roz­cięli jej sta­nik i od­rzu­ci­li na bok, a różowe majt­ki ściągnęli do ko­stek. Miała chłopięcą fi­gurę, drob­ne pier­si i wąskie bio­dra, ciem­nobrązowe sut­ki ni­czym dak­ty­le oraz mały czar­ny trójkąt między no­ga­mi.

– Nie możecie tego zro­bić – ode­zwał się Ty­ler, cho­ciaż gardło miał ściśnięte ze stra­chu.

– A co, wy­ga­dasz, ziom? Możemy zro­bić wszyst­ko, kto nas po­wstrzy­ma? Już nie jej tatuś. Jest ka­put. A może ty? Ty chcesz nas po­wstrzy­mać? Chy­ba jed­nak nie dasz rady, ziom.

Wiel­ka Ku­kiełka za­re­cho­tał mu wprost do ucha. A po­tem go ode­pchnął tak moc­no, że Ty­ler za­to­czył się i upadł ciężko na regał, z którego głośną ka­skadą runęły na zie­mię ae­ro­so­le, pusz­ki z farbą i ścier­ki do my­cia garnków; gdy udało mu się od­zy­skać równo­wagę, po­czuł, że inny drań chwy­ta go za rękaw, a ko­lej­ny za pra­we ramię, więc nie miał szans na ucieczkę.

– Bra­cia, wi­dzi­cie, co my tu mamy? – zawołał Wiel­ka Ku­kiełka, roz­poście­rając obie ręce ni­czym kapłan. – Mamy tu ide­alną pi­ru­ja qu­in­se­na­ne­ra, a ty będziesz dla nas do­bra, mała, co? Będziesz do­bra dla nas wszyst­kich!

– Puśćcie ją! – krzyknął Ty­ler ochrypłym głosem. – Ona nic wam nie zro­biła! Puśćcie ją!

– Oj, masz rację, ziom – od­parł Wiel­ka Ku­kiełka. – Nig­dy mi nic nie zro­biła. Ale dzi­siaj, w obec­nej sy­tu­acji, możemy to na­pra­wić, co? Te­raz może mi coś zro­bić. Może zro­bi mi małą ma­ma­da.

Prze­szedł przez pusz­ki i pacz­ki za­le­gające na podłodze, aż stanął tuż nad Marią. Wpa­try­wała się w nie­go sze­ro­ko otwar­ty­mi oczy­ma.