Wydawca: Cyfrant Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 1964

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 644 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Summa technologiae - Stanisław Lem

"Summa technologiae" to najsłynniejszy z esejów Lema. Napisana w latach sześćdziesiątych, prorocza wizja dalszego rozwoju nauki i technologii, a w szczególności zaskakująco trafna prognoza rozwoju informatyki i biotechnologii. Radykalna filozoficznie koncepcja rozwoju Rozumu jako władzy niejako autonomicznej, który w końcu dystansuje i podporządkowuje sobie Naturę. Dzisiejszy czytelnik lwią część książki przyjmuje jako oczywistość, co najlepiej dowodzi daru przewidywania autora.

Opinie o ebooku Summa technologiae - Stanisław Lem

Fragment ebooka Summa technologiae - Stanisław Lem

Stanisław Lem

„Summa technologiae”

© Copyright by Barbara i Tomasz Lem, 2013

projekt okładki: Anna Maria Suchodolska

zdjęcie na okładce: © EAST NEWS/PIOTR JASKOW

© Copyright for this edition: Pro Auctore Wojciech Zemek

www.cyfrant.pl

ISBN 978-83-63471-28-6

Kraków

2013

Wszelkie prawa zastrzeżone

STANISŁAW LEM

Summa technologiae

Spis treści

I. Dylematy

II. Dwie ewolucje

Wstęp

Podobieństwa

Różnice

Pierwsza przyczyna

Kilka naiwnych pytań

III. Cywilizacje kosmiczne

Sformułowanie problemu

Sformułowanie metody

Statystyka cywilizacji kosmicznych

Katastrofizm kosmiczny

Metateoria cudów

Unikalność człowieka

Inteligencja: przypadek czy konieczność?

Hipotezy

Votum separatum

Perspektywy

IV. Intelektronika

Powrót na Ziemię

Bomba megabitowa

Wielka gra

Mity nauki

Wzmacniacz inteligencji

Czarna skrzynka

O moralności homeostatów

Niebezpieczeństwa elektrokracji

Cybernetyka i socjologia

Wiara i informacja

Metafizyka eksperymentalna

Wierzenia elektromózgów

Duch w maszynie

Kłopoty z informacją

Wątpliwości i antynomie

V. Prolegomena wszechmocy

Przed Chaosem

Chaos i Ład

Scylla i Charybda, czyli o umiarze

Milczenie Konstruktora

Szaleństwo z metodą

Nowy Linneusz, czyli o systematyce

Modele i rzeczywistość

Plagiaty i kreacje

Obszar imitologii

VI. Fantomologia

Podstawy fantomatyki

Maszyna fantomatyczna

Fantomatyka obwodowa i centralna

Granice fantomatyki

Cerebromatyka

Teletaksja i fantoplikacja

Osobowość i informacja

VII. Stwarzanie światów

Wstęp

Hodowla informacji

Inżynieria językowa

Inżynieria transcendencji

Inżynieria kosmogoniczna

VIII. Paszkwil na ewolucję

Wstęp

Rekonstrukcja gatunku

Konstrukcja życia

Konstrukcja śmierci

Konstrukcja świadomości

Konstrukcje oparte na błędach

Bionika i biocybernetyka

Oczami Konstruktora

Rekonstrukcja człowieka

Cyborgizacja

Maszyna autoewolucyjna

Zjawiska pozazmysłowe

Zakończenie

Literatura omawiana w tekście

Przypisy

Przypisy dodatkowe

I. DYLEMATY

1

Mowa ma być o przyszłości. Ale czy rozprawiać o przyszłych różach nie jest zajęciem co najmniej niestosownym dla zagubionego w łatwopalnych lasach współczesności? A badanie kolców tych róż, doszukiwanie się kłopotów praprawnuka, gdy z ich dzisiejszym nadmiarem nie umiemy się uporać, czy taka scholastyka nie zakrawa aby na śmieszność? Gdybyż mieć chociaż takie usprawiedliwienie, że szuka się środków krzepiących optymizm albo że działa się z umiłowania prawdy, widzialnej ostro właśnie w przyszłości, wolnej od burz, także dosłownych, po opanowaniu klimatów. Uzasadnieniem tych słów nie jest jednak ani pasja akademicka, ani optymizm niewzruszony, nakazujący wiarę, że cokolwiek się stanie, koniec będzie pomyślny. Uzasadnienie to jest zarazem prostsze, bardziej trzeźwe i chyba skromniejsze, bo biorąc się do pisania o jutrze, robię po prostu to, co umiem, mniejsza nawet o to, jak dobrze umiem, skoro jest to moja umiejętność jedyna. A jeśli tak, to praca moja nie będzie ani mniej, ani bardziej zbędna od każdej innej pracy, bo każda na tym przecież się opiera, że świat istnieje i że dalej będzie istniał.

Upewniwszy się tak, że zamiar wolny jest od nieprzyzwoitości, spytajmy o zasięg tematu i metodę. Mowa będzie o rozmaitych aspektach cywilizacji, dających się pomyśleć, wywiedlnych z przesłanek znanych dziś, jakkolwiek nikłe jest prawdopodobieństwo ich ziszczenia. Fundament naszych konstrukcji hipotetycznych stanowić mają z kolei  t e c h n o l o g i e, to jest  w a r u n k o w a n e  s t a n e m  w i e d z y  i  s p r a w n o ś c i  s p o ł e c z n e j  s p o s o b y  r e a l i z o w a n i a  c e l ó w  p r z e z  z b i o r o w o ś ć  u p a t r z o n y c h, jak również takich, których przystępując do dzieła, nikt nie miał na oku.

Mechanizm poszczególnych technologii, zarówno istniejących, jak i możliwych, nie interesuje mnie i nie musiałbym się nim zajmować, gdyby kreacyjna działalność człowieka wolna była, na podobieństwo boskiej, od wszelkich zanieczyszczeń mimowiednością – gdybyśmy, teraz czy kiedykolwiek, potrafili zrealizować nasz zamiar w stanie czystym, dorównując metodologicznej precyzji Genezis, byśmy, mówiąc „niech się stanie światło”, otrzymywali w postaci produktu końcowego samą tylko jasność bez niepożądanych domieszek. Jednakże wspomniane wyżej rozdwajanie się celów, a nawet zastępowanie upatrzonych innymi, jakże często niechcianymi, jest zjawiskiem typowym. Malkontenci dopatrują się zbliżonych zakłóceń w dziele boskim nawet, zwłaszcza od uruchomienia prototypu istoty rozumnej i oddania tego modelu, Homo sapiens, do produkcji masowej – ale tę część rozważań pozostawimy raczej teotechnologom. Dość, że czyniąc cokolwiek, człowiek prawie nigdy nie wie, co właściwie czyni – w każdym razie nie wie do końca. Aby sięgnąć od razu skrajności: zagłada Życia na Ziemi, tak dziś możliwa, nie była celem dążeń żadnego z odkrywców energii atomowej.

Tak zatem technologie interesują mnie niejako z konieczności, gdyż określona cywilizacja obejmuje zarówno to wszystko, czego zbiorowość pragnęła, jak i to, co nie było niczyim zamiarem. Niekiedy, często nawet, technologię poczynał przypadek, gdy na przykład szukało się kamienia filozoficznego, a wynajdywało porcelanę, ale udział zamierzenia, świadomego celu, w całokształcie zabiegów, sprawczych względem technologii, rośnie w miarę postępów wiedzy. Co prawda, stając się rzadszymi, niespodzianki osiągać mogą za to bliskie apokaliptycznym rozmiary. Jak właśnie powiedziało się wyżej.

Mało jest technologii wyzutych z obosieczności, jak wskazuje przykład kos przytwierdzanych do kół hetyckich wozów bojowych lub przysłowiowo na miecze przekuwanych lemieszy. Każda technologia jest w zasadzie sztucznym przedłużeniem naturalnej, przyrodzonej wszystkiemu, co żywe, tendencji do panowania nad otoczeniem, a przynajmniej do nieulegania mu w walce o byt. Homeostaza – jak uczenie nazywa się dążność do stanu równowagi, czyli do trwania na przekór zmianom – wykształciła oporne wobec sił ciążenia szkielety wapienne i chitynowe, ruchliwość dające nogi, skrzydła i płetwy, ułatwiające pożeranie kły, rogi, szczęki, układy trawienne, broniące przed nim pancerze i kształty maskujące, aż doszła w uniezależnianiu organizmów od otoczenia do regulacji stałej ciepłoty ciała. W taki sposób powstały wysepki malejącej entropii w świecie jej powszechnego wzrostu. Do tego się ewolucja biologiczna nie ogranicza, z organizmów bowiem, z typów, klas i gatunków roślinnych i zwierzęcych buduje z kolei całości nadrzędne, nie wysepki już, lecz wyspy homeostazy, kształtując całą powierzchnię i atmosferę planety. Przyroda ożywiona, biosfera, jest zarazem współpracą i pożeraniem się, sojuszem zrośniętym nierozdzielnie z walką, jak wskazują wszystkie zbadane przez ekologów hierarchie: są to, wśród form zwierzęcych zwłaszcza, piramidy, u których szczytu królują wielkie drapieżce żywiące się zwierzętami mniejszymi, a te znów innymi, i dopiero u samego spodu, u dna państwa życia działa wszechobecny na lądach i w oceanach zielony transformator energii słonecznej w biochemiczną, który bilionem niepozornych źdźbeł utrzymuje na sobie zmienne, bo przemijające formami, ale trwałe, bo nie ginące jako całość, masywy życia.

Homeostatyczna, technologiami, jako swoistymi organami, posługująca się działalność człowieka uczyniła go panem Ziemi, potężnym właściwie tylko w oczach apologety, którym jest on sam. Wobec zaburzeń klimatycznych, trzęsień ziemi, rzadkiego, ale realnego niebezpieczeństwa upadku wielkich meteorów człowiek jest w gruncie rzeczy tak samo bezradny, jak w ostatnim glacjale. Owszem – wytworzył technikę niesienia pomocy poszkodowanym takimi czy innymi kataklizmami. Niektóre umie – chociaż niedokładnie – przewidywać. Do homeostazy na skalę planety jest jeszcze daleko, a cóż dopiero mówić o homeostazie w wymiarze gwiazdowym. W przeciwieństwie do większości zwierząt człowiek nie tyle przystosowuje siebie do otoczenia, ile otoczenie przekształca według swych potrzeb. Czy będzie to kiedykolwiek możliwe wobec gwiazd? Czy powstać może, niechby w najodleglejszej przyszłości, technologia zdalnego sterowania przemianami wewnątrzsłonecznymi, tak aby istoty, nie do wyobrażenia nikłe w stosunku do masy słonecznej, umiały dowolnie powodować jej miliardoletnim pożarem? Wydaje mi się, że to jest możliwe, a mówię to nie aby wielbić i beze mnie dostatecznie sławiony geniusz ludzki, ale przeciwnie, by utworzyć szansę kontrastu. Jak dotąd, człowiek nie wyogromniał. Wyogromniały tylko jego możliwości czynienia drugim dobra lub zła. Ten, kto będzie mógł zapalać i wygaszać gwiazdy, potrafi unicestwiać całe globy zamieszkane, z astrotechnika stając się gwiazdobójcą, zbrodniarzem o randze nie byle jakiej, bo kosmicznej. Jeśli tamto, również i to jest, jakkolwiek nieprawdopodobne, jakkolwiek nikłą obciążone szansą ziszczenia, możliwe.

Nieprawdopodobieństwo – dodam od razu niezbędne wyjaśnienie – nie wynika z mojej wiary w konieczny triumf Ormuzda nad Arymanem. Nie ufam żadnym przyrzeczeniom, nie wierzę w zapewnienia podbudowane tak zwanym humanizmem. Jedynym sposobem na technologię jest inna technologia. Człowiek wie dzisiaj więcej o swych niebezpiecznych skłonnościach, niż wiedział sto lat temu, a za następnych sto lat wiedza jego będzie jeszcze doskonalsza. Uczyni z niej wówczas użytek.

2

Przyspieszenie tempa rozwoju naukowo-technicznego stało się już tak wyraźne, że nie trzeba być specjalistą, aby je zauważyć. Myślę, że powodowana przez nie zmienność warunków życiowych jest jednym z czynników wpływających ujemnie na formowanie się homeostatycznych układów obyczajowo-normatywnych współczesnego świata. Gdy całokształt życia następnego pokolenia przestaje być powtórzeniem żywotów rodzicielskich, cóż za wskazania i nauki może ofiarować młodym doświadczona starość? Co prawda, to zakłócanie wzorców działalności i jej ideałów przez sam element nieustającej zmiany jest maskowane innym procesem, daleko wyrazistszym i na pewno poważniejszym w skutkach bezpośrednich, mianowicie przyspieszonymi oscylacjami tego systemu samowzbudnego o sprzężeniu zwrotnym dodatnim z bardzo słabą komponentą ujemną, jakim jest układ Wschód–Zachód, oscylujący na przestrzeni ostatnich lat między seriami kryzysów i odprężeń światowych.

Wspomnianemu przyspieszeniu narastania wiedzy i powstawania nowych technologii zawdzięczamy, rzecz jasna, szansę poważnego zajmowania się naszym tematem głównym. Tego bowiem, że zmiany zachodzą szybko i gwałtownie, nie kwestionuje nikt. Każdy, kto opisałby rok dwutysięczny jako najzupełniej podobny do naszych dni, okryłby się natychmiast śmiesznością. Podobne rzutowanie (wyidealizowanego) stanu aktualnego w przyszłość nie było dawniej zabiegiem nonsensownym dla współczesnych, jak świadczyć może przykład utopii Bellamy’ego1[*1], który lata dwutysięczne opisał z perspektywy drugiej połowy XIX wieku, świadomie bodaj lekceważąc wszelkie wynalazki możliwe, choć jego dniom nieznane. Jako prawy humanista uważał, że zmiany powodowane technoewolucją nie są istotne ani dla funkcjonowania społeczeństw, ani dla psychiki jednostkowej. Dzisiaj nie trzeba już czekać na wnuków, aby było się komu śmiać z takich naiwności prorokowania, każdy może zabawić się sam, odkładając na parę lat do szuflady to, co opisuje się teraz jako wierną podobiznę jutra.

Tak więc lawinowe tempo przemian, stając się bodźcem podobnych jak nasze roztrząsań, równocześnie redukuje szanse wszelkich przepowiedni. Nie mam nawet na myśli Bogu ducha winnych popularyzatorów, gdy grzeszą ich mistrzowie, uczeni. P. M. S. Blackett2, znany fizyk angielski, jeden ze współtwórców rachunku operacyjnego – prac wstępnych matematycznej strategii, a więc niejako przepowiadacz zawodowy – w książce z roku 1948 przepowiedział przyszły rozwój broni atomowych i wojenne ich konsekwencje do roku 1960 tak fałszywie, jak tylko można sobie wyobrazić. Nawet ja znałem wydaną w roku 1946 książkę austriackiego fizyka Thirringa, który pierwszy opisał publicznie teorię bomby wodorowej. Blackettowi wydawało się jednak, że broń nuklearna nie wyjdzie z zasięgu kilotonowego, ponieważ megatony (gdy pisał, ów termin notabene jeszcze nie istniał) nie miałyby celów godnych rażenia. Dzisiaj mówić się już zaczyna o „begatonach” (bilion ton TNT, tj. właściwie miliard, gdyż Amerykanie „bilionem” nazywają nasz miliard, czyli tysiąc milionów). Nie lepiej powiodło się prorokom astronautyki. Zachodziły też oczywiście i pomyłki odwrotne – około roku 1955 sądzono, że podpatrzona u gwiazd synteza wodoru w hel da energię przemysłową w najbliższej przyszłości. Teraz umieszcza się stos wodorowy w latach dziewięćdziesiątych naszego stulecia, jeśli nie później. Ale nie o rozruch tej czy innej technologii idzie – lecz o nieznane takiego rozruchu konsekwencje.

3

Jak dotąd dyskredytowaliśmy przepowiednie rozwoju, podcinając niejako gałąź, na której pragniemy dokonać szeregu śmiałych ćwiczeń, a zwłaszcza – rzutu oka w przyszłość. Ukazawszy, jak beznadziejne bywa takie przedsięwzięcie, należałoby na dobrą sprawę zająć się czymś innym, nie zrezygnujemy jednak zbyt łatwo, owszem, uwidocznione ryzyko może być przyprawą dalszych rozważań, poza tym zaś popełniwszy szereg gigantycznych omyłek, znajdziemy się w doskonałym towarzystwie. Z niezliczonej ilości powodów, czyniących przepowiadanie zajęciem niewdzięcznym, wyliczę kilka, szczególnie niemiłych artyście.

Najpierw, przemiany decydujące o nagłym zwrocie istniejących technologii wyskakują nieraz ku zadziwieniu wszystkich, ze specjalistami na czele, jak Atena z Jowiszowej głowy. Wiek XX został już kilka razy zaskoczony przez nowo objawiające się potęgi, jak choćby cybernetykę. Takiego deus ex machina nie cierpi artysta, rozmiłowany w oszczędności środków i uważający nie bez słuszności, że podobne chwyty są jednym z grzechów głównych przeciw sztuce kompozycji. Cóż mamy jednak począć, skoro Historia okazuje się tak mało wybredna?

Dalej, skłonni jesteśmy zawsze przedłużać perspektywy nowych technologii liniami prostymi w przyszłość. Stąd, przezabawny dziś w naszych oczach, „świat uniwersalnie balonowy” albo „wszechstronnie parowy” utopistów i rysowników dziewiętnastowiecznych, stąd też i współczesne zaludnianie gwiazdowych przestworzy „statkami” kosmicznymi z dzielną „załogą” na pokładzie, „wachtowymi”, „sternikami” i tak dalej. Nie o to chodzi, że tak pisać nie należy, lecz o to, że takie pisanie jest właśnie literaturą fantastyczną, rodzajem XIX-wiecznej powieści historycznej „na odwrót”, bo jak wtedy przypisywało się faraonom motywy i psychikę współczesnych monarchów, tak teraz prezentuje się „korsarzy” i „piratów” XXX wieku. Można i tak się bawić, pamiętając, że to jest właśnie tylko zabawa. Historia jednak nie ma z takimi symplifikacjami nic wspólnego. Nie ukazuje nam prostych dróg rozwoju, raczej wijące się zygzaki ewolucji nieliniowej, a więc i z kanonami eleganckiego budownictwa trzeba się niestety rozstać.

Po trzecie wreszcie, utwór literacki ma początek, środek i koniec. Jak dotąd tasowanie wątków, nicowanie czasów i inne zabiegi, mające prozę unowocześnić, fundamentalnego tego podziału jeszcze nie unicestwiły. W ogóle skłonni jesteśmy umieszczać każde zjawisko w ramach schematu zamkniętego. Proszę sobie wyobrazić myśliciela lat trzydziestych, któremu przedstawiamy następującą, wymyśloną sytuację: świat w roku 1960 podzielony jest na dwie części antagonistyczne, z których każda posiada straszliwą broń, zdolną unicestwić drugą połowę tego świata. Jaki będzie rezultat? Odpowiedziałby niechybnie: całkowita zagłada albo całkowite rozbrojenie (ale nie omieszkałby pewno dodać, że koncept nasz jest lichy przez swą melodramatyczność i niewiarygodność). Tymczasem, jak dotąd, nic z takiego proroctwa. Przypominam, że od powstania „równowagi strachu” upłynęło już ponad piętnaście lat[*2] – przeszło trzy razy więcej, aniżeli trwało wyprodukowanie pierwszych bomb atomowych. Świat jest w pewnym sensie jak człowiek chory, który sądzi, że albo wnet wyzdrowieje, albo niebawem umrze, i nawet do głowy mu nie przychodzi, że może, kwękając, z okresowymi pogorszeniami i poprawami dożyć późnej starości. Porównanie ma jednak krótkie nogi... chyba że wymyślimy lek, który wyleczy radykalnie tego człowieka z choroby, lecz obdarzy go całkiem nowymi zmartwieniami, płynącymi stąd, że będzie miał wprawdzie sztuczne serce, ale umieszczone na wózeczku połączonym z nim giętką rurką. To oczywiście bzdura, ale chodzi o cenę wyzdrowienia: za wyjście z opresji (za atomowe uniezależnienie się ludzkości od ograniczonych zapasów ropy i węgla na przykład) zawsze trzeba płacić, przy czym rozmiary i terminy tej płatności, jak również sposoby jej egzekwowania z reguły są niespodzianką. Masowe stosowanie energii atomowej w celach pokojowych niesie ze sobą ogromny problem radioaktywnych popiołów, z którymi do dziś nie bardzo wiadomo, co robić. Rozwój zaś broni nuklearnych może nas wprowadzić niebawem w sytuację, w której dzisiejsze propozycje rozbrojenia, na równi z „propozycjami zagłady”, okażą się anachronizmem. Czy będzie to zmiana na gorsze, czy na lepsze, trudno orzec. Zagrożenie totalne może wzrosnąć (to znaczy, dajmy na to, zasięg rażenia w głąb wzrośnie i wymagać będzie schronów pancerzonych milowym betonem), ale szansa jego urzeczywistnienia – zmaleć, albo na odwrót. Możliwe są i inne kombinacje. W każdym razie układ globalny jest niezrównoważony, nie tylko w tym znaczeniu, że może się przechylić ku wojnie, bo to nie jest żadne novum, ale w tym przede wszystkim, że jako całość ewoluuje. Na razie jest jak gdyby „straszniej” niż w epoce kiloton, skoro są już megatony, lecz i to jest faza przejściowa, i wbrew pozorom nie należy sądzić, że wzrost mocy ładunków, szybkości ich przenoszenia i akcja „rakiety przeciw rakietom” stanowią jedyny możliwy gradient tej ewolucji. Wchodzimy na coraz to wyższe piętra technologii militarnej, wskutek czego przestarzałe stają się nie tylko konwencjonalne pancerniki i bombowce, nie tylko strategie i sztaby, ale sama istota światowego antagonizmu. W jakim kierunku będzie ewoluowała, nie wiem. Przedstawię za to fragment powieści Stapledona, obejmującej „akcją” dwa miliardy lat ludzkiej cywilizacji.

Marsjanie – rodzaj wirusów, zdolnych do łączenia się w na poły galaretowate „chmury rozumne” – zaatakowali Ziemię. Ludzie walczyli z inwazją długo, nie wiedząc, że mają do czynienia z inteligentną formą życia, a nie z kosmicznym kataklizmem. Alternatywa „zwycięstwo lub klęska” nie spełniła się. Po wiekach walk wirusy uległy zmianom tak dogłębnym, że weszły w skład plazmy dziedzicznej człowieka, i tak wytworzyła się nowa odmiana Homo sapiens.

Myślę, że jest to piękny model zjawiska historycznego o skali nam dotąd nieznanej. Prawdopodobieństwo samego zjawiska nie jest istotne, chodzi mi o jego strukturę. Historii obce są trójczłonowe schematy zamknięte typu „początek, środek i koniec”. Tylko w powieści przed słowem „koniec” losy bohaterów nieruchomieją w figurze napawającej autora estetycznym zadowoleniem. Tylko powieść musi mieć koniec, dobry czy zły, ale w każdym razie zamykający rzecz kompozycyjnie. Otóż takich zamknięć definitywnych, takich „ostatecznych końców” historia ludzkości nie znała i, mam nadzieję, nie zazna.

II. DWIE EWOLUCJE

Wstęp

Wyniknięcie zamierzchłych technologii było procesem, który trudno nam zrozumieć. Ich użytkowy charakter i teleologiczna struktura nie ulegają wątpliwości, a jednak nie miały indywidualnych swych twórców, wynalazców. Dociekanie źródeł pratechnologii jest zajęciem niebezpiecznym. Skuteczne technologie miewały za „podstawę teoretyczną” mit, przesąd: wtedy albo zastosowanie ich poprzedzał rytuał magiczny (lecznicze zioła miały np. zawdzięczać swą własność formule wypowiadanej przy ich zbieraniu bądź aplikowaniu) lub też same stawały się rytuałem, w którym pierwiastek pragmatyczny splata się nierozerwalnie z mistycznym (rytuał budowy łodzi, w którym receptę produkcyjną realizuje się liturgicznie). Co się tyczy uświadomienia celu końcowego, struktura zamierzenia podjętego przez zbiorowość może dziś zbliżać się do realizacji zamierzenia jednostki; dawniej tak nie było i o zamiarach technicznych społeczności zamierzchłych można mówić tylko przenośnie.

Przejście od paleolitu do neolitu, rewolucja neolityczna, dorównująca atomowej pod względem rangi kulturotwórczej, nie zaszła w ten sposób, że jakiś Einstein epoki kamiennej „wpadł na pomysł” uprawy roli i „przekonał” współczesnych do tej nowej techniki. Był to proces nadzwyczaj powolny, przekraczający długość życia wielu pokoleń, pełzające przechodzenie od użytkowania, jako żywności, pewnych napotykanych roślin, poprzez coraz bardziej zamierające, osiedleniu się ustępujące koczownictwo. Zmiany zachodzące w ciągu życia pojedynczych pokoleń równały się praktycznie zeru. Inaczej mówiąc, każde pokolenie zastawało technologię z pozoru niezmienną i „naturalną”, jak wschody i zachody słońca. Ten typ wynikania praktyki technologicznej nie zaginął całkowicie, ponieważ kulturotwórczy wpływ każdej wielkiej technologii sięga znacznie dalej aniżeli granice życia pokoleń, i dlatego zarówno pogrążone w przyszłości konsekwencje tych wpływów natury ustrojowej, obyczajowej, etycznej, jak i sam kierunek, w którym ludzkość popychają, nie tylko nie są przedmiotem niczyjego świadomego zamierzenia, lecz skutecznie uświadomieniu obecności i określeniu istoty takiego typu wpływów urągają. Straszliwym tym (co się stylu, a nie treści tyczy) zdaniem otwieramy ustęp poświęcony metateorii gradientów ewolucji technologicznej człowieka. „Meta” – ponieważ na razie jeszcze nie o samo wytyczenie jej kierunków ani określenie istoty skutków powodowanych nam idzie, lecz o fenomen ogólniejszy, bardziej nadrzędny. Kto powoduje kim? Technologia nami czy też my nią? Czy to ona prowadzi nas, dokąd chce, choćby do zguby, czy też możemy zmusić ją do ugięcia się przed naszym dążeniem? Ale co, jeśli nie myśl technologiczna określa owo dążenie? Czy zawsze jest tak samo, czy też sam stosunek „ludzkość—technologia” jest zmienny historycznie? Jeśli tak, dokąd zmierza ta wielkość niewiadoma? Kto zdobędzie przewagę, przestrzeń strategiczną dla cywilizacyjnego manewru, ludzkość dowolnie wybierająca z arsenału środków technologicznych do jej dyspozycji czy też technologia, która automatyzacją zwieńczy proces obezludniania swych obszarów? Czy istnieją technologie do pomyślenia, lecz – teraz i zawsze nierealizowalne? Co by o takiej niemożliwości przesądzało – struktura świata czy nasze ograniczenia? Czy istnieje inny możliwy, poza technologicznym, kierunek rozwoju cywilizacji? Czy nasz jest w Kosmosie typowy, czy stanowi normę – czy aberrację?

Spróbujemy poszukać odpowiedzi na te pytania – chociaż poszukiwanie to nie zawsze da rezultat jednoznaczny. Za punkt wyjścia posłuży nam poglądowa tabela klasyfikacji efektorów, to jest układów zdolnych do działania, którą Pierre de Latil zamieszcza w swojej książce Sztuczne myślenie3. Rozróżnia on trzy główne klasy efektorów. Do pierwszej, efektorów zdeterminowanych, należą narzędzia proste (jak młotek), złożone (maszyny do liczenia, maszyny klasyczne) i sprzężone (ale nie zwrotnie) z otoczeniem – np. automatyczny detektor pożarów. Druga klasa, efektorów zorganizowanych, obejmuje układy o sprzężeniu zwrotnym: automaty z wbudowanym determinizmem działania (regulatory samoczynne, np. maszyny parowej), automaty ze zmiennym celem działania (programowane z zewnątrz, np. mózgi elektryczne) i automaty samoprogramujące się (układy zdolne do samoorganizacji). Do tych ostatnich należą zwierzęta i człowiek. O jeszcze jeden stopień swobody bogatsze są układy, które zdolne są, dla osiągnięcia celu, same siebie zmieniać (de Latil nazywa to swobodą „kto”, w tym sensie, że podczas kiedy człowiekowi organizacja i materiał jego ciała „jest dany”, układy tego wyższego typu mogą – nie posiadając swobody już tylko w zakresie materiału, budulca – przekształcać radykalnie własną organizację systemową: przykładem może być żyjący gatunek w stanie ewolucji biologicznej). Hipotetyczny efektor Latilowski jeszcze wyższego rzędu posiada także swobodę w zakresie wyboru materiału, z którego „sam siebie buduje”. De Latil proponuje w postaci przykładu takiego efektora o swobodzie najwyższej – mechanizm samotworzenia materii kosmicznej według teorii Hoyle’a. Łatwo dostrzec, że daleko mniej hipotetycznym i łatwiej sprawdzalnym układem tego rodzaju jest ewolucja technologiczna. Wykazuje ona wszystkie cechy układu o sprzężeniu zwrotnym, programowanego „od wewnątrz”, tj. samoorganizującego się, opatrzonego nadto zarówno swobodą w zakresie całkowitego przekształcania się (jak żywy gatunek ewoluujący), jak i swobodą wyboru materiału budowlanego (gdyż technologii stoi do dyspozycji to wszystko, co zawiera Wszechświat).

Proponowaną przez de Latila systematykę układów o zwiększającej się ilości stopni swobody działania uzwięźliłem, usuwając z niej pewne szczegóły podziału wysoce dyskusyjne. Zanim przejdziemy do dalszych rozważań, nie od rzeczy byłoby może dodać, że systematyka ta nie jest, w przedstawionej formie, pełna. Można wyobrazić sobie układy obdarzone dodatkowym jeszcze stopniem swobody: albowiem wybór spośród materiałów zawartych we Wszechświecie jest siłą rzeczy ograniczony do „katalogu części”, jakimi Wszechświat dysponuje. Do pomyślenia jest atoli taki układ, który nie zadowalając się wyborem spośród tego, co jest dane, stwarza materiały „spoza katalogu”, we Wszechświecie nieistniejące. Teozof skłonny byłby może za taki „układ samoorganizujący się o maksymalnej swobodzie” uznać Boga; hipoteza ta nie jest nam jednak niezbędna, ponieważ wolno sądzić, w oparciu nawet o skromną wiedzę dnia dzisiejszego, że stwarzanie „części pozakatalogowych” (np. pewnych podatomowych cząstek, których Wszechświat „normalnie” nie zawiera) jest możliwe. Dlaczego? Ponieważ Wszechświat nie realizuje wszystkich możliwych struktur materialnych i, jak wiadomo, nie wytwarza np. w gwiazdach, ani gdzie indziej, maszyn do pisania; wszelako „potencja” takich maszyn w nim tkwi – i nie inaczej jest, wolno się domyślać, ze zjawiskami obejmującymi nierealizowalne przez Wszechświat (przynajmniej w obecnej fazie jego istnienia) stany materii i energii w unoszących je przestrzeni i czasie.

Podobieństwa

O prapoczątkach ewolucji nic pewnego nam nie wiadomo. Dokładnie natomiast znamy dynamikę powstawania nowego gatunku, od jego narodzin poprzez kulminację świetności po zmierzch. Dróg ewolucji było niemal tak wiele, co rodzajów, a wszystkim wspólne są liczne charakterystyczne cechy. Nowy gatunek przychodzi na świat niepostrzeżenie. Jego wygląd zewnętrzny jest wzięty od już istniejących i to zapożyczenie zdaje się świadczyć o bezwładzie inwencji Konstruktora. Mało co wskazuje początkowo, że ten przewrót organizacji wewnętrznej, któremu gatunek będzie zawdzięczał swój późniejszy rozkwit, już się w zasadzie dokonał. Pierwsze egzemplarze są zwykle drobne, posiadają też szereg cech prymitywnych, jakby ich narodzinom patronowały pośpiech i niepewność. Przez jakiś czas wegetują na pół skrycie, z trudem tylko wytrzymując konkurencję z gatunkami istniejącymi już od dawna i optymalnie przystosowanymi do stawianych przez świat zadań. Aż wreszcie, za sprawą zmiany równowagi ogólnej, wywołanej nikłymi na pozór przesunięciami w obrębie otoczenia (a otoczeniem jest dla gatunku nie tylko świat geologiczny, ale i wszystkie inne wegetujące w nim gatunki), ekspansja nowego rodzaju rusza z miejsca. Wkraczając w obszary już zajęte, dobitnie ukazuje swą przewagę nad konkurentami w walce o byt. Gdy zaś wchodzi w przestrzeń pustą, nieopanowaną przez nikogo, wybucha promieniście rozchodzącą się radiacją ewolucyjną, dając początek całemu wachlarzowi odmian naraz, u których zanikaniu ostatków prymitywizmu towarzyszy bogactwo nowych rozwiązań ustrojowych, coraz śmielej podporządkowujących sobie kształt zewnętrzny i nowe funkcje. Tą drogą zmierza gatunek ku szczytom rozwoju, staje się tym, od którego cała epoka weźmie swoje miano. Okres panowania na lądzie, w morzu czy w powietrzu trwa długo. Nareszcie znów przychodzi do zachwiania równowagi homeostatycznej. Nie jest ono jeszcze równoznaczne z przegraną. Dynamika ewolucyjna gatunku nabiera nowych cech, dotychczas nieobserwowanych. W jego trzonie głównym egzemplarze olbrzymieją, jakby w gigantyzmie szukały ratunku przed zagrożeniem. Zarazem ponawiają się radiacje ewolucyjne, tym razem często tknięte znamieniem hiperspecjalizacji.

Boczne odrośle usiłują wniknąć w środowiska, w których konkurencja jest względnie słabsza. Ten ostatni manewr nieraz wieńczy powodzenie i wtedy, gdy wszelki ślad już zaginie po olbrzymach, których produkcją rdzeń gatunku usiłował obronić się przed zagładą, kiedy zawiodą też podejmowane równocześnie próby przeciwstawne (bo niektóre pędy ewolucyjne w tym samym czasie dążą do pospiesznego skarlenia) – potomkowie tamtej bocznej odrośli, szczęśliwie znalazłszy sprzyjające warunki w głębi peryferycznego obszaru konkurencji, trwają w nim uparcie prawie bez zmian, jako ostatnie świadectwo zamierzchłej bujności i potęgi gatunku.

Proszę wybaczyć ten styl z lekka napuszony, tę niepodpartą przykładami retorykę, ale ogólnikowość wzięła się stąd, że mówiłem o dwóch ewolucjach naraz – o biologicznej i o technologicznej.

W samej rzeczy, nadrzędne prawidłowości ich obu obfitują w analogie zastanawiające. Nie tylko pierwsze płazy podobne były do ryb, a ssaki – do małych jaszczurów. Także pierwszy samolot, pierwsze auto czy radio zawdzięczały swój wygląd zewnętrzny kopiowaniu form, które je poprzedziły. Pierwsze ptaki były upierzonymi jaszczurkami latającymi; pierwsze auto żywo przypominało bryczkę ze zgilotynowanym dyszlem, samolot „ściągnięty” był z latawca (czy wręcz z ptaka...), radio z wcześniej powstałego telefonu. Także rozmiary prototypów bywały z reguły niewielkie, a budowa ich raziła prymitywizmem. Drobny był pierwszy ptak, praszczur konia czy słonia, pierwsze lokomotywy parowe nie przekraczały rozmiarów zwykłego wozu, a pierwsza lokomotywa elektryczna była nawet jeszcze mniejsza. Nowa zasada konstrukcji biologicznej czy technicznej godna bywa zrazu politowania raczej aniżeli entuzjazmu. Prawehikuły mechaniczne poruszały się wolniej od konnych, samolot zaledwie odrywał się od ziemi, a słuchanie audycji radiowych nie stanowiło przyjemności nawet w zestawieniu z blaszanym głosem patefonu. Podobnie pierwsze zwierzęta lądowe nie były już dobrymi pływakami, a nie stały się jeszcze wzorami rączych piechurów. Upierzona jaszczurka – archaeopteryx – nie tyle latała, co polatywała. Dopiero w miarę doskonalenia dochodziło do wspomnianych „radiacji”. Jak ptaki zdobyły niebo, a trawożerne ssaki – step, tak pojazd o silniku spalinowym zawładnął obszarem dróg, dając początek coraz lepiej wyspecjalizowanym odmianom. Auto nie tylko wyparło w „walce o byt” dyliżans, ale „zrodziło” autobus, ciężarówkę, spychacz, motopompę, czołg, pojazd terenowy, cysternę i dziesiątki innych. Samolot, opanowując „niszę ekologiczną” powietrza, rozwijał się bodaj jeszcze prężniej, zmieniając kilkakrotnie ustalone już kształty i formy napędu (silnik tłokowy zastępuje turbotłokowy, turbina, wreszcie odrzutowy, płatowiec znajduje na mniejszych dystansach groźnego przeciwnika w śmigłowcu itp.). Warto też zauważyć, że jak strategia drapieżnika wpływa na strategię jego ofiary, tak samolot „klasyczny” broni się przed inwazją śmigłowca: przez wytworzenie prototypu płatowców, które, dzięki zmianie kierunku odrzutu, mogą startować i lądować pionowo. Jest to walka o maksymalny uniwersalizm funkcji, doskonale znana każdemu ewolucjoniście.

Oba nazwane środki transportu jeszcze nie dotarły do szczytowej fazy rozwoju, nie można więc mówić o ich formach późnych. Inaczej stało się z balonem sterowanym, który w obliczu zagrożenia przez maszyny cięższe od powietrza przejawił elefantiazę, tak typową dla przedzgonnego rozkwitu obumierających gałęzi ewolucyjnych. Ostatnie zeppeliny lat trzydziestych naszego stulecia można śmiało zestawiać z atlantozaurami i brontozaurami kredowymi. Ogromnych rozmiarów dosięgły także ostatnie egzemplarze towarowych parowozów, zanim wyparła je trakcja dieslowska i elektryczna. W poszukiwaniu przejawów ewolucji schodzącej w dół, wtórnymi radiacjami usiłującej wydostać się z zagrożenia, zwrócić się możemy do radia i filmu. Konkurencja telewizji wywołała gwałtowną „radiację zmienności” radioodbiorników, pojawienie się ich w nowych „niszach ekologicznych”, i tak powstały aparaty zminiaturyzowane, kieszonkowe, oraz równocześnie inne, tknięte hiperspecjalizacją, jak „high fidelity” z dźwiękiem stereofonicznym, z wbudowaną aparaturą do zapisu wysokiej jakości itp. Samo zaś kino, walcząc z telewizją, powiększyło znacznie swój ekran, a nawet wykazuje tendencję do „otoczenia” nim widza (wideorama, circarama). Dodajmy, że można sobie wyobrazić dalszy rozwój pojazdu mechanicznego, który uczyni przestarzałym napęd kołowy. Gdy auto współczesne wyparte zostanie ostatecznie przez jakiś „powietrzny poduszkowiec”, jest wcale prawdopodobne, że ostatnim wegetującym jeszcze w „bocznej linii” potomkiem auta „klasycznego” będzie, dajmy na to, napędzana motorkiem spalinowym mała kosiarka do przystrzygania gazonów i konstrukcja jej będzie odległym odzwierciedleniem epoki automobilizmu, podobnie jak pewne okazy jaszczurów z archipelagów Oceanu Indyjskiego są ostatnimi żyjącymi potomkami wielkich gadów mezozoicznych.

Morfologiczne analogie dynamiki bio- i technoewolucji, które można na wykresie przedstawić linią krzywą, pnącą się powoli w górę, aby ze wzgórza kulminacji zejść na powrót w dół, ku zagładzie, podobieństwa takie nie wyczerpują wszystkich zbieżności między tymi dwiema wielkimi dziedzinami. Odnaleźć można zbieżności inne, jeszcze bardziej zastanawiające. Tak na przykład istnieje szereg wielce osobliwych cech organizmów żywych, których powstania i przetrwania nie da się wytłumaczyć ich wartością przystosowawczą. Można tu wymienić, oprócz doskonale znanego koguciego grzebienia, wspaniałe upierzenie samcze niektórych ptaków, np. pawia, bażanta, a nawet pewne podobne do żagli wyrostki kręgosłupowe gadów kopalnych4. Analogicznie, większość wytworów określonej technologii posiada cechy z pozoru bezpotrzebne, afunkcjonalne, niedające się uzasadnić ani warunkami ich pracy, ani celem działania. Zachodzi tu nader ciekawe i w pewnym sensie zabawne podobieństwo inwazji w głąb konstruktorstwa biologicznego oraz technologicznego – w pierwszym przypadku, kryteriów doboru płciowego, w drugim zaś – mody. Jeśli ograniczymy się dla wyrazistości do rozpatrzenia sprawy na przykładzie współczesnego samochodu, ujrzymy, że główne cechy auta dyktuje projektantowi bieżący stan technologii, więc, dajmy na to, przy zachowaniu napędu na koła tylne z silnikiem umieszczonym z przodu konstruktor musi umieścić tunel wału kardanowego wewnątrz pomieszczenia pasażerów. Jednakże pomiędzy tym dyktatem nienaruszalnego schematu „narządowej” organizacji pojazdu a wymaganiami i gustami odbiorcy rozpościera się przestrzeń swobodna „luzu inwencyjnego”, bo można wszakże ofiarować owemu odbiorcy rozmaite kształty i barwy auta, nachylenie i rozmiary szyb, dodatkowe ozdoby, chromy itp. Odpowiednikiem zmienności produktu, wywołanej naciskiem mody, jest w bioewolucji niezwykła różnokształtność drugorzędnych cech płciowych. Cechy owe stanowiły pierwotnie wyniki zmian przypadkowych – mutacji – utrwaliły się zaś w następnych pokoleniach, ponieważ ich nosiciele podlegali uprzywilejowaniu jako partnerzy seksualni. Tak zatem odpowiednikiem samochodowych „ogonów”, ozdób chromowych, fantastycznie modelowanych wlotów powietrza chłodzącego, świateł przednich i tylnych są godowe ubarwienia, pióropusze, osobliwe narośle czy – last but not least – określony rozkład tkanki tłuszczowej wraz z takimi rysami twarzy, które wywołują aprobatę seksualną.

Oczywiście, bezwładność „mody seksualnej” jest w bioewolucji nieporównanie większa niż w technologii, gdyż konstruktor-Natura nie może zmieniać produkowanych przez się modeli z roku na rok. Istota jednak zjawiska, to jest osobliwy wpływ czynnika „niepraktycznego”, „nieistotnego”, „ateleologicznego” na kształt i rozwój osobniczy istot żywych i produktów technologii, daje się wykryć i sprawdzić na olbrzymiej liczbie dowolnie wybranych przykładów.

Można by odnaleźć inne, jeszcze mniej rzucające się w oczy podobieństwa obu wielkich drzew ewolucyjnych. Tak np. znane jest w bioewolucji zjawisko mimikry, to jest upodobniania się jednych gatunków do drugich, kiedy się to okazuje dla „imitatorów” korzystne. Niejadowite owady przypominać mogą do złudzenia gatunki odległe, ale groźne, a nawet „udają” tylko jedną część ciała jakiejś istoty, nic już z owadami niemającej wspólnego – myślę tu o niesamowitych „kocich oczach” na skrzydłach pewnych motyli. Analogie mimikry można odkryć także w technoewolucji. Lwia część ślusarstwa i kowalstwa XIX-wiecznego powstała pod znakiem imitowania form roślinnych (żelazo konstrukcji mostowych, poręczy, latarni, sztachet, nawet „korony” na kominach starych lokomotyw „udawały” motywy roślinne). Przedmioty codziennego użytku, takie jak wieczne pióra, zapalniczki, lampy, maszyny do pisania, wykazują w naszych czasach często znamiona „opływowości”, udając formy wykształcone w przemyśle lotniczym, w technice wielkich szybkości. Co prawda, tego rodzaju mimikrze brak głębokich uzasadnień jej biologicznego odpowiednika, mamy raczej do czynienia z wpływaniem technologii kluczowych na podrzędne, wtórne, poza tym i moda ma tu niejedno do powiedzenia. Zresztą, wykryć, w jakiej mierze dany kształt determinowała podaż konstruktorska, a w jakiej – nabywczy popyt, najczęściej nie można. Mamy tu bowiem do czynienia z procesami kołowymi, w których przyczyny stają się skutkami, a skutki – przyczynami, gdzie działają liczne sprzężenia zwrotne dodatnie i ujemne: organizmy żywe w biologii czy kolejne produkty przemysłowe w cywilizacji technicznej są tylko drobnymi cząstkami owych procesów nadrzędnych.

Stwierdzenie to wyjawia zarazem genezę podobieństwa obu ewolucji. Obie są procesami materialnymi o prawie takiej samej ilości stopni swobody i zbliżonych prawidłowościach dynamicznych. Procesy te zachodzą w układzie samoorganizującym się, którym jest i cała biosfera Ziemi, i całokształt technicznych działań człowieka – a układowi takiemu jako całości właściwe są zjawiska „postępu”, to jest wzrostu sprawności homeostatycznej, która zmierza do ultrastabilnej równowagi jako do celu bezpośredniego5.

Sięganie do przykładów biologicznych okaże się pożyteczne i płodne także w dalszych naszych rozważaniach. Oprócz podobieństw jednak cechują obie ewolucje także daleko idące różnice, których zbadanie może ukazać zarówno ograniczenia i ułomności tak rzekomo doskonałego Konstruktora, jakim jest Natura, jak i niespodziewane szanse (ale i niebezpieczeństwa), jakimi brzemienny jest lawinowy rozwój technologii w rękach człowieka. Powiedziałem „w rękach człowieka”, ponieważ nie jest ona (na razie przynajmniej) bezludna, całość stanowi dopiero „uzupełniona ludzkością”, i tutaj tkwi różnica może najistotniejsza: bioewolucja jest bowiem ponad wszelką wątpliwość procesem amoralnym, czego o technologicznej powiedzieć niepodobna.

Różnice

1

Pierwsza różnica obu naszych ewolucji jest genetyczna i dotyczy pytania o siły sprawcze. „Sprawcą” bioewolucji jest Natura, technologicznej – Człowiek. Wyjaśnienie „startu” bioewolucji nastręcza po dziś dzień największe kłopoty. Problem powstania życia zajmuje w naszych rozważaniach poważne miejsce, ponieważ rozwikłanie go będzie czymś więcej od ustalenia przyczyn określonego faktu historycznego, odnoszącego się do dalekiej przeszłości Ziemi. Nie chodzi nam o ów fakt sam w sobie, lecz o jego konsekwencje jak najbardziej aktualne dla dalszego rozwoju technologii. Rozwój jej doprowadził do sytuacji, w której dalsza droga nie będzie możliwa bez dokładnej wiedzy o zjawiskach nadzwyczaj złożonych – tak złożonych jak życie. I nie w tym także rzecz, abyśmy mieli „imitować” żywą komórkę. Nie imitujemy mechaniki lotu ptaków, a przecież latamy. Nie naśladować pragniemy, lecz zrozumieć. I właśnie próby „konstruktorskiego” zrozumienia biogenezy napotykają ogromne trudności.

Tradycyjna biologia przywołuje, jako kompetentnego sędziego sprawy, termodynamikę. Ta powiada, że typowy jest bieg zjawisk od większej ku mniejszej złożoności. Powstanie życia było procesem odwrotnym. Jeśli nawet przyjmiemy za prawo ogólne hipotezę o istnieniu „progu minimalnej komplikacji”, po którego przekroczeniu system materialny może nie tylko zachowywać aktualną organizację wbrew zewnętrznym zakłóceniom, ale nawet przekazywać ją, niezmienioną, organizmom potomnych, to taka hipoteza wcale nie stanowi wyjaśnienia genetycznego. Kiedyś bowiem jakiś organizm musiał pierwej ów próg przekroczyć. Otóż nadzwyczaj doniosła jest kwestia, czy stało się to za sprawą tak zwanego przypadku, czy też przyczynowej konieczności. Innymi słowy, czy „start” życia był zjawiskiem wyjątkowym (jak główna wygrana na loterii), czy typowym (jak przegrana na niej)?

Biologowie zabierający głos w sprawie samorództwa życia powiadają, że musiał to być proces stopniowy, złożony z szeregu etapów, przy czym urzeczywistnienie każdego kolejnego etapu na drodze do powstania prakomórki posiadało własne, określone prawdopodobieństwo. Powstanie aminokwasów w pierwotnym oceanie pod wpływem elektrycznych wyładowań było na przykład wcale prawdopodobne; powstanie z nich peptydów – nieco mniej, ale obarczone przecież sporą szansą ziszczenia; spontaniczna natomiast synteza fermentów, tych katalizatorów życia, sterników jego reakcji biochemicznych, stanowi – w takim ujęciu – przypadek nader niezwykły (chociaż dla powstania życia konieczny). Tam, gdzie rządzi prawdopodobieństwo, mamy do czynienia z prawidłowościami statystycznymi. Termodynamika właśnie reprezentuje taki typ praw. Z jej punktu widzenia woda w garnku postawionym na ogień zagotuje się, ale nie na pewno. Istnieje możliwość zamarznięcia owej wody na ogniu, wyrażalna, co prawda, szansą astronomicznie nikłą. Otóż argumentacja takiego typu, że zjawiska najbardziej nawet termodynamicznie nieprawdopodobne zdarzają się w końcu zawsze, byle tylko czekać dostatecznie cierpliwie, ewolucja zaś życia miała dosyć „cierpliwości”, ponieważ trwała miliardy lat, argumentacja taka brzmi przekonywająco, dopóki nie weźmiemy jej na warsztat matematyczny. Owszem, termodynamika może przełknąć nawet spontaniczne powstanie białek w roztworach aminokwasów, ale na samorództwo fermentów się nie godzi. Gdyby cała Ziemia była oceanem-roztworem białkowym, gdyby miała promień pięć razy większy niż w rzeczywistości, jeszcze by tej masy nie wystarczyło dla przypadkowego powstania takich ściśle wyspecjalizowanych fermentów, jakie są dla uruchomienia życia niezbędne. Ilość możliwych fermentów jest większa od ilości gwiazd w całym Wszechświecie. Gdyby białka w pierwotnym oceanie miały czekać na ich spontaniczne powstanie, mogłoby to z powodzeniem trwać całą wieczność. Tak zatem, dla wyjaśnienia realizacji pewnego etapu biogenezy, trzeba uciec się do postulowania zjawiska nadzwyczaj nieprawdopodobnego – właśnie owej „głównej wygranej” na kosmicznej loterii.

Powiedzmy sobie szczerze: gdybyśmy wszyscy, wraz z uczonymi, byli rozumnymi robotami, a nie istotami z krwi i kości, to uczonych skłonnych przyjąć taki, probabilistyczny, wariant hipotezy o powstaniu życia można by policzyć na palcach jednej ręki. To, że jest ich więcej, wynika nie tyle z powszechnego przekonania o jej prawdziwości, ile z tego prostego faktu, że żyjemy, sami więc stanowimy dowodny, choć pośredni argument na rzecz biogenezy. Bo dwa albo i cztery miliardy lat to dosyć dla powstania gatunków i ich ewolucji, ale nie dla stworzenia żywej komórki – drogą powtarzających się, ślepych „ciągnień” ze statystycznego worka wszechmożliwości.

Sprawa w takim ujęciu jest nie tylko niewiarygodna z punktu widzenia metodologii naukowej (która zajmuje się zjawiskami typowymi, a nie losowymi o posmaku nieobliczalności), ale stanowi zarazem całkiem jednoznaczny wyrok, skazujący na niepowodzenie wszelkie próby „inżynierii życia” czy choćby tylko „inżynierii systemów bardzo złożonych”, skoro powstaniem ich rządzi nadzwyczaj rzadki przypadek.

Całe szczęście, że ujęcie to jest fałszywe. Wynika ono stąd, że znamy tylko dwa rodzaje systemów: bardzo proste, typu budowanych przez nas dotąd maszyn, i niezmiernie skomplikowane, jakimi są wszystkie istoty żywe. Brak wszelkich ogniw pośrednich sprawił, że nazbyt kurczowo trzymaliśmy się wykładni termodynamicznej zjawisk, nieuwzględniającej stopniowego wynikania praw systemowych w układach dążących do stanu równowagi. Jeżeli ten stan jest tak wąski, jak w przypadku zegara, i równoznaczny z zatrzymaniem się jego wahadła, brak nam materiału dla ekstrapolacji na systemy o wielu możliwościach dynamicznych, jak planeta, na której rozpoczyna się biogeneza, albo jak laboratorium, w którym uczeni konstruują samoorganizujące się układy.

Układy takie, dziś jeszcze stosunkowo proste, stanowią właśnie poszukiwane ogniwa pośrednie. Wynikanie ich, na przykład pod postacią organizmów żywych, nie jest żadną „główną wygraną na loterii przypadku”, lecz stanowi manifestowanie się koniecznych stanów równowagi dynamicznej w obrębie systemu obfitującego w bardzo wiele różnorodnych elementów i tendencji. Tak zatem procesy samoorganizacji odznaczają się nie wyjątkowością, ale typowością, a powstanie życia jest zaledwie jednym z wielu przejawów pospolitego w Kosmosie procesu organizacji homeostatycznej. Termodynamicznego bilansu Wszechświata w niczym to nie narusza, gdyż jest to bilans globalny, dopuszczający mnóstwo takich zjawisk, jak na przykład powstawanie pierwiastków ciężkich (więc bardziej złożonych) z lekkich (więc prostszych).

Tak zatem hipotezę typu „Monte Carlo”, kosmicznej ruletki, stanowiącą naiwne metodologiczne przedłużenie rozumowania opartego na znajomości elementarnie prostych mechanizmów, zastępuje teza „panewolucjonizmu kosmicznego”, która z istot skazanych na bierne oczekiwanie nadzwyczajnych trafów zmienia nas w konstruktorów, zdolnych do dokonywania wyboru spośród oszałamiającego mrowia możliwości zawartych w ogólnikowej na razie dyrektywie budowania układów samoorganizujących się o coraz większej komplikacji.

Osobna jest sprawa, jak przedstawiać się może częstość występowania w Kosmosie owych postulowanych „parabiologicznych ewolucji” – i tego, czy ich zwieńczeniem koniecznym bywa powstanie psychiki w naszym ziemskim rozumieniu. Ale jest to temat dla osobnych rozważań, wymagających przyciągnięcia obszernego materiału faktycznego z zakresu obserwacji astrofizycznych.

Wielki Konstruktor, Natura, dokonuje od miliardoleci swych eksperymentów, wywodząc z raz na zawsze danego materiału (to jednak także pytanie...) wszystko, co jest możliwe. Człowiek, syn matki Natury i ojca Przypadku, podglądając tę niezmożoną działalność, stawia od wieków pytanie o sens owej kosmicznej, śmiertelnie poważnej, bo ostatecznej zabawy. Zapewne – daremnie, jeśliby miał na zawsze pozostać pytającym. Inna rzecz, jeżeli sam sobie zaczyna odpowiadać, przejmując od Natury jej zawiłe arkana i na własny obraz i podobieństwo wszczynając Ewolucję Technologiczną.

2

Druga różnica obu rozpatrywanych ewolucji jest metodyczna i dotyczy pytania „w jaki sposób”. Ewolucja biologiczna dzieli się na dwie fazy. Pierwsza obejmuje okres od „startu” z materii martwej do wyniknięcia wyraźnie odgraniczonych od otoczenia żywych komórek. Podczas kiedy prawidłowości ogólne i liczne konkretne przebiegi ewolucji w jej fazie drugiej, powstawania gatunków, znamy wcale dobrze, o tym okresie wstępnym nie możemy powiedzieć właściwie nic pewnego. Okres ten był długo niedoceniany, zarówno co się tyczy jego rozpiętości czasowej, jak i zachodzących w nim zjawisk. Dziś sądzimy, że obejmował co najmniej połowę całego trwania ewolucji, to jest około dwu miliardów lat, a mimo to niektórzy specjaliści skarżą się na jego krótkość. Rzecz w tym, że wtedy właśnie skonstruowana została komórka, elementarna cegiełka budulca biologicznego, taka sama w swym schemacie głównym u trylobitów sprzed miliarda lat, co u współczesnego rumianka, stułbi, krokodyla czy człowieka. Najbardziej zdumiewający i właściwie niepojęty jest uniwersalizm tego budulca. Komórka pantofelka, mięśnia ssaków, liścia roślinnego, gruczołu śluzowego ślimaka czy węzła brzusznego owada posiada te same układy podstawowe, jak jądro, z całym jego doprowadzonym do granic możliwości molekularnej mechanizmem przekazywania informacji dziedzicznej, jak enzymalny układ mitochondriów, jak aparat Golgiego, i w każdej zawarta jest potencja dynamicznej homeostazy, wybiórczej specjalizacji i zarazem hierarchicznej budowy wielokomórkowców. Jedną z podstawowych prawidłowości bioewolucji jest doraźność jej działania, każda bowiem zmiana służy bezpośrednio aktualnym potrzebom przystosowawczym; ewolucja nie może dokonywać zmian takich, które byłyby tylko przygotowawczym wstępem do innych, nadejść mających za miliony lat, ponieważ nic o tym, co za miliony lat będzie, „nie wie”, ponieważ jest konstruktorem ślepym, działającym metodą „prób i błędów”. Nie może też ona, jak inżynier, „zatrzymać” niesprawnej maszyny życia, aby po gruntownym przemyśleniu głównego szkieletu konstrukcyjnego, za jednym zamachem wziąć się do radykalnej jego przebudowy.

Tym bardziej właśnie zdumiewa nas i poraża jej „wstępna dalekowzroczność”, którą wykazała, stwarzając w introdukcji do wieloaktowego dramatu rodzajów budulec o nieporównywalnej z niczym wszechstronności i plastyczności. Ponieważ, jak powiedzieliśmy, nie może ona dokonywać nagłych, radykalnych rekonstrukcji, wszystkie mechanizmy dziedziczności, jej ultrastabilność wraz z ingerującym w nią losowym elementem mutacji (bez których nie byłoby zmiany, więc rozwoju), rozdział płci, potencje rozrodcze, i nawet te właściwości tkanki żywej, które z najwyższą wyrazistością przejawiają się w ośrodkowym układzie nerwowym, wszystkie one włożone już zostały niejako w komórkę archeozoiczną przed miliardami lat. I taką dalekosiężność przewidywania wykazał Konstruktor bezosobowy, bezmyślny, troszczący się pozornie tylko o jak najbardziej momentalny stan rzeczy, o przetrwanie danej, chwilowej generacji praorganizmów – jakichś mikroskopijnych kropelek śluzowo-białkowych, które umiały tylko jedno: trwać w płynnej równowadze procesów fizykochemicznych i dynamiczną strukturę tego trwania przekazywać następnym!

O pradramatach tej fazy, przygotowawczej względem właściwej ewolucji gatunków, nie wiemy nic, nie pozostawiła żadnych, ale to żadnych śladów. Jest zupełnie możliwe, że w owych milionoleciach powstawały kolejno i ginęły formy prażycia, najzupełniej różne zarówno od współczesnych, jak i najstarszych kopalnych. Być może dochodziło do wielokrotnego powstawania większych „prawie żywych” konglomeratów, które rozwijały się przez czas jakiś (mierzony zapewne znowu milionami lat), i dopiero na dalszym etapie walki o byt twory te ulegały nieubłaganemu wyparciu ze swoich nisz ekologicznych przez sprawniejsze, bo bardziej uniwersalne. Oznaczałoby to, teoretycznie możliwą, prawdopodobną nawet, wstępną różnorodność i rozbieżność dróg, na które wstępowała samoorganizująca się materia, z nieustającą eksterminacją jako ekwiwalentem myśli planującej finalny uniwersalizm. I zapewne ilość konstrukcji, które uległy zagładzie, tysiące razy przewyższa garstkę tych, które ze wszystkich prób wyszły zwycięsko.

Metoda konstrukcyjna ewolucji technologicznej jest zupełnie inna. Natura – mówiąc obrazowo – musiała założyć w biologicznym budulcu wszystkie daleko później realizowane potencje – człowiek natomiast wszczynał swoje technologie i porzucał je, aby przejść do nowych; będąc w wyborze materiału budowlanego względnie wolnym, mając do dyspozycji temperatury wysokie i niskie, metale i minerały, ciała gazowe, stałe i płynne, mógł pozornie więcej niż Ewolucja, która skazana była zawsze na to, co zostało jej dane: na letnie roztwory wodne, na kleiste substancje wielkocząsteczkowe, na skąpą stosunkowo ilość pierwiastków, które występowały w archeozoicznych morzach i oceanach, ale z tak ograniczonego zestawu wstępnego wycisnęła bezwzględnie wszystko, co tylko było możliwe. W rezultacie ostatecznym „technologia” materii ożywionej bije po dziś dzień na głowę naszą ludzką, inżynieryjną, wspieraną wszystkimi zasobami społecznie zdobytej wiedzy teoretycznej.

Mówiąc inaczej, uniwersalność naszych technologii jest minimalna. Ewolucja techniczna poruszała się dotąd w kierunku odwrotnym niejako od biologicznej, wytwarzając wyłącznie urządzenia wyspecjalizowane wąsko. Modelem dla większości narzędzi była ręka ludzka, za każdym razem tylko jeden jej wszakże ruch czy gest: obcęgi, wiertło, młotek imitują kolejno – zwierające się palce, jeden palec wyprostowany i obracany wzdłuż długiej osi dzięki ruchom w stawie nadgarstkowym i łokciowym, pięść wreszcie. Tak zwane uniwersalne obrabiarki są w gruncie rzeczy także urządzeniami wąsko wyspecjalizowanymi, nawet fabryki-automaty, które dopiero powstają, pozbawione są plastyczności zachowania prostych żywych organizmów. Szanse uniwersalności zdają się spoczywać w dalszym rozwoju teorii układów samoorganizujących się, zdolnych do przystosowawczego samoprogramowania i funkcjonalne ich podobieństwo do samego człowieka nie jest, naturalnie, przypadkiem.

Ale kresem tej drogi nie jest, jak sądzą niektórzy, „powtórzenie” konstrukcji człowieka, czy innych żywych organizmów, w elektrycznej maszynerii urządzeń cyfrowych. Jak dotąd technologia życia wyprzedza nas o wiele długości. Musimy ją dogonić, nie po to, aby małpować jej płody, ale żeby pójść dalej, niż sięga jej tylko pozornie nieprześcigniona doskonałość.

3

Osobnym rozdziałem metodologii ewolucyjnej jest ten, który obejmuje stosunek teorii do praktyki, wiedzy abstrakcyjnej do urzeczywistnianych technologii. Stosunek ten naturalnie w bioewolucji nie istnieje, ponieważ, rzecz jasna, przyroda „nie wie, co czyni”, a tylko po prostu realizuje to, co możliwe, co samorzutnie wypływa z danych materialnych warunków. Człowiekowi niełatwo przyszło pogodzić się z takim stanem rzeczy, choćby dlatego, że i on należy do „niechcianych”, „mimowiednych” dzieci matki Przyrody.

Właściwie nie jest to rozdział, ale olbrzymia biblioteka. Próba streszczenia jej przedstawia się dość beznadziejnie. Zagrożeni otchłanią eksplikacyjną, musimy stać się szczególnie lakoniczni. Pratechnologowie żadnej wiedzy teoretycznej nie posiadali, między innymi dlatego, bo nie wiedzieli, że coś takiego jest w ogóle możliwe. Przez tysiąclecia wiedza teoretyczna rozwijała się bez udziału eksperymentu, wynikając z myślenia magicznego, które jest swoistą formą indukcji, tyle że fałszywie stosowanej; zwierzęcym jej poprzednikiem jest odruch warunkowy, to jest typ reagowania o schemacie „Jeżeli A, to B”. Oczywiście i taki odruch, i magię poprzedzać musi obserwacja. Zdarzało się nierzadko, że sprawna technologia sprzeczna była z fałszywą wiedzą teoretyczną swego czasu, stwarzano więc łańcuch pseudowyjaśnień, mających obie ze sobą pogodzić (to, że wody nie można pompami wznieść powyżej dziesięciu metrów, „wyjaśniano” lękiem Natury przed próżnią). Wiedza, we współczesnym rozumieniu, jest badaniem prawidłowości świata, technologia zaś – ich wykorzystywaniem dla zaspokojenia potrzeb człowieka, w zasadzie takich samych dziś jak w Egipcie faraonów. Odziać nas, wyżywić, dać dach nad głową, przenosić z miejsca na miejsce, chronić od chorób – oto jej zadania. Wiedza troszczy się o fakty – atomowe, cząsteczkowe, gwiazdowe – nie o nas, przynajmniej nie tak, żeby jej kompasem była służebność rezultatów bezpośrednia. Trzeba zauważyć, że bezinteresowność dociekań teoretycznych była dawniej czystsza niż dzisiaj. Dzięki doświadczeniu wiemy, że nie ma wiedzy bezużytecznej w najbardziej pragmatycznym znaczeniu, ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy jakaś informacja o świecie przyda się, ba, okaże się niezwykle potrzebna i cenna. Jedna z najbardziej „zbędnych” gałęzi botaniki, lichenologia, poświęcona pleśniom, okazała się życiodajna dosłownie od chwili odkrycia penicyliny. Badacze-idiografowie, niezmordowani zbieracze faktów, opisywacze i klasyfikatorzy, nie liczyli w dawnych czasach na takie sukcesy. A jednak człowiek, stworzenie, którego niepraktyczność dorównuje czasem tylko jego ciekawości, pierwej zainteresował się kwestią policzenia gwiazd i budowy Kosmosu aniżeli teorią uprawy roli i działania własnego ciała. Z mrówczego, nieraz maniackiego wręcz trudu zbieraczy i kolekcjonerów obserwacji wyrósł z wolna wielki gmach nauk nomotetycznych, uogólniających fakty w prawa systemowe zjawisk i rzeczy. Dopóki wiedza teoretyczna ciągnie się daleko w tyle za praktyką technologiczną, konstruktorska działalność człowieka pod wieloma względami przypomina stosowaną przez Ewolucję metodę „prób i błędów”. Jak ewolucja „wypróbowuje” przystosowawcze możliwości zwierzęcych i roślinnych „prototypów” – mutantów, tak inżynier bada realne możliwości nowych wynalazków, urządzeń latających, pojazdów, maszyn, często uciekając się do budowania modeli redukcyjnych. Ten sposób odsiewu empirycznego rozwiązań fałszywych i ponawiania wysiłków patronował powstaniu wynalazków XIX wieku: żarówki o włóknie węglowym, fonografu, dynamomaszyny Edisona, a wcześniej jeszcze – lokomotywy i statku parowego.

Spopularyzowało to koncepcję wynalazcy jako człowieka, któremu oprócz iskry bożej, zdrowego rozsądku, wytrwałości, obcęgów i młotka niczego więcej dla osiągnięcia celu nie trzeba. Jest to jednak sposób rozrzutny, tak rozrzutny prawie, jak właśnie działalność bioewolucji, której empiryczne praktyki milionoletnie pochłaniały hekatomby ofiar, tych jej „fałszywych rozwiązań” stawianego przez nowe warunki problemu zachowania życia. Istotą „empirycznej ery” technologii był nie tyle brak rozwiązań teoretycznych, ile ich wtórność. Najpierw powstała maszyna parowa, a potem jej termodynamika, najpierw samolot, potem teoria lotu, najpierw budowano mosty, a potem nauczono się je obliczać. Można by zaryzykować twierdzenie, że empiria technologiczna rozwija się dopóty, dopóki to jest w ogóle możliwe. Edison usiłował wynaleźć coś w rodzaju „silnika atomowego”, ale nic z tego nie wynikło i nie mogło wyniknąć: można bowiem zbudować metodą prób i błędów dynamomaszynę, ale nie reaktor atomowy.

Empiria technologiczna nie jest naturalnie ślepym miotaniem się od jednego nieprzemyślanego eksperymentu do drugiego. Wynalazca praktyk ma jakąś koncepcję, albo raczej – dzięki temu, czego już dokonał (albo czego inni dokonali przed nim), dostrzega mały skrawek drogi przed sobą. Sekwencja jego działań regulowana jest ujemnym sprzężeniem zwrotnym (fiasko eksperymentu wyjaśnia każdorazowo, że nie tędy droga); w efekcie droga jego jest zygzakowata, ale dokądś dąży, ma określony kierunek. Zdobycie wiedzy teoretycznej pozwala na dokonanie nagłego skoku naprzód. Niemcy w czasie ostatniej wojny światowej nie posiadali teorii balistycznego lotu rakiet naddźwiękowych i kształt swych „V-2” wywiedli przez sita empirycznych prób (dokonywanych na modelach redukcyjnych w tunelu aerodynamicznym). Znajomość odpowiedniej formuły uczyniłaby oczywiście budowę wszystkich tych modeli zbędną.

Ewolucja nie posiada innej „wiedzy” oprócz „empirycznej”, zawartej w informacyjnym zapisie genetycznym. Jest to przy tym „wiedza” dwojaka. Po pierwsze, ta, która określa i determinuje z góry wszystkie możliwości przyszłego organizmu („wiedza wrodzona” tkanek o tym, jak mają działać, aby procesy życiowe biegły, jak mają zachowywać się jedne tkanki i organy w stosunku do drugich, ale także jak się ma zachowywać organizm jako całość wobec otoczenia – ta informacja ostatnia jest równoznaczna z „instynktami”, reakcjami obronnymi, tropizmami itp.). Po wtóre, jest wiedza „potencjalna”, nie gatunkowa, lecz osobnicza, nie zdeterminowana, lecz możliwa do wyuczenia w toku osobniczego żywota, dzięki posiadanemu przez organizm systemowi nerwowemu (mózgowi). Ewolucja może pierwszy rodzaj wiedzy do pewnego stopnia (ale tylko do pewnego stopnia właśnie) kumulować: gdyż budowa współczesnego ssaka odzwierciedla milionoletnie „doświadczenie” konstruowania kręgowców wodnych i lądowych, które go poprzedziły. Zarazem jednak prawdą jest, że ewolucja „gubi” nieraz w swej drodze skądinąd doskonałe rozwiązania problemów biologicznych. Dlatego plan budowy określonego zwierzęcia (albo i człowieka) bynajmniej nie stanowi jakiejś sumy wszystkich dotychczasowych rozwiązań optymalnych. Brakuje nam przecież nie tylko siły mięśniowej goryla, ale i regeneracyjnych potencji płazów czy ryb, zwanych „niższymi”, albo mechanizmu ciągłej odnowy uzębienia, jakim odznaczają się gryzonie, czy wreszcie takiej uniwersalności przystosowania do środowiska wodnego, jaką posiadły ziemnowodne ssaki. Tak zatem nie należy przeceniać „mądrości” ewolucji biologicznej, która nieraz już wprowadzała całe gatunki w ślepy zaułek rozwoju, która powtarzała nie tylko rozwiązania korzystne, ale równie często i błędy wiodące ku zgubie. Wiedza ewolucji jest empiryczna i doraźna, a swą pozorną doskonałość zawdzięcza olbrzymim otchłaniom przestrzeni i czasu, które przemierzyła, w których więcej było jednak, jeśli próbować bilansowania, klęsk od sukcesów. Wiedza człowieka wynurza się dopiero, i to nie we wszystkich dziedzinach (najwolniej – w biologii i medycynie bodajże), z okresu empirycznego, ale dzisiaj już dostrzegamy, że to, do czego wystarczały cierpliwość i upór, rozświetlane przebłyskiem intuicji, zostało już w zasadzie dokonane. Wszystko inne, wymagające najwyższej jasności myśli teoretycznej, jest jeszcze przed nami[I][*3].

4

Ostatni problem, który przyjdzie nam poruszyć, dotyczy moralnych aspektów technoewolucji. Płodność jej ściągnęła już na siebie surowe krytyki, powiększa bowiem rozziew między dwiema głównymi sferami naszej działalności – regulowaniem Przyrody i regulowaniem Ludzkości. Zgodnie z takim poglądem energia atomowa dostała się do rąk człowieka przedwcześnie. Przedwczesny jest i jego pierwszy krok w Kosmos, zwłaszcza że wymaga już u zarania astronautyki ogromnych nakładów, uszczuplających i tak niesprawiedliwy podział globalnego dochodu Ziemi. Sukcesy medycyny spowodowały, przez spadek śmiertelności, gwałtowny wzrost populacyjny, którego wobec braku kontroli urodzeń nie sposób pohamować. Technologia ułatwień życia staje się narzędziem jego zubożenia, ponieważ z posłusznego powielacza dóbr duchowych stają się środki masowej informacji producentem tandety kulturalnej. Pod względem kulturalnym jest technologia w najlepszym razie bezpłodna – słyszymy; w najlepszym, ponieważ jednoczenie ludzkości (które jej zawdzięczamy) odbywa się ze szkodą dla duchowego dziedzictwa minionych wieków i twórczości aktualnej. Sztuka, pochłonięta przez technologię, zaczyna podlegać prawom ekonomiki, wykazuje objawy inflacji i dewaluacji, a ponad technicznym rozlewiskiem masowej rozrywki, która musi być łatwa, bo wszechułatwienie jest dewizą Technologów, wegetuje zaledwie garstka indywidualności twórczych; wysiłki ich zmierzają do ignorowania bądź do wyszydzania stereotypów zmechanizowanego życia. Jednym słowem, technoewolucja niesie więcej zła niż dobra; człowiek okazuje się więźniem tego, co sam stworzył, istotą, która w miarę zwiększania swej wiedzy w coraz mniejszym stopniu może decydować o swoim losie.

Sądzę, że choć lakoniczny, byłem wobec tego poglądu lojalny i przedstawiłem cały zarys jego druzgocącej postęp techniczny oceny.

Czy można jednak, czy należy z nim dyskutować? Wyjaśniać, że technologia może być równie dobrze używana, jak i nadużywana? Że od nikogo, a więc i od niej nie można żądać rzeczy sprzecznych? Ochrony życia – więc, w konsekwencji, jego przyrostu – równocześnie z tego przyrostu zmniejszaniem? Kultury elitarnej, a zarazem upowszechnionej? Energii zdolnej przenosić góry, która jednak i dla muchy byłaby nieszkodliwa?

Byłoby to chyba nierozumne. Powiedzmy sobie najpierw, że technologię można rozpatrywać rozmaicie. W pierwszym przybliżeniu technologia jest wypadkową działań człowieka i Natury, realizuje on bowiem to, na co świat materialny daje swą milczącą zgodę. Uznamy ją wówczas za narzędzie osiągania rozmaitych celów, których wybór zależy od stopnia rozwoju cywilizacji, ustroju społecznego i podlega ocenom moralnym. Wybór tylko – nie technologia. Nie o to zatem chodzi, aby ją potępiać lub chwalić, ale o to, by zbadać, w jakiej mierze można ufać jej rozwojowi i w jakiej wpływać na jego kierunek.

Każde inne rozumowanie opiera się na przyjętej milcząco błędnej przesłance, jakoby technoewolucja stanowiła aberrację rozwoju, jego kierunek tyleż fałszywy, co fatalny.

Otóż to nie jest prawdą. Istotnie: kierunek rozwoju nie był przez nikogo ustalany ani przed Rewolucją Przemysłową, ani po niej. Kierunek ów, od Mechaniki, więc maszyn „klasycznych”, z astronomią pojętą mechanicznie jako wzorem dla naśladowcy-konstruktora, poprzez Ciepło, z jego silnikami na paliwa chemiczne, i Termodynamikę, ku Elektryczności, stanowił zarazem przechodzenie w sferze poznawczej od praw singularnych do statystycznych, od sztywnego kauzalizmu do probabilizmu i – jak to dopiero teraz rozumiemy – od prostoty, jak najbardziej „sztucznej” w tym sensie, że w Naturze nic nie jest proste – do złożoności, której narastanie unaoczniło nam, że głównym kolejnym zadaniem jest Regulacja.

Jak widzimy, było to przechodzenie od rozwiązań prostszych do coraz trudniejszych, przez ich złożoność. Tak więc tylko ujmowane w odosobnieniu, fragmentarycznie, poszczególne kroki na tej drodze – odkrycia, wynalazki – wydają się skutkami szczęśliwych zbiegów okoliczności, przypadków, trafów pomyślnych. W całości była to droga najbardziej prawdopodobna i zapewne – gdyby można zestawić cywilizację ziemską z hipotetycznymi cywilizacjami Kosmosu – typowa.

Że taka żywiołowość daje w kumulatywnym efekcie po wiekach obok skutków pożądanych takie, których szkodliwości nikt nie przeczy, trzeba uznać za nieuniknione.

Tak więc potępienie technologii jako źródła zła winna zastąpić nie apologia, lecz zwykłe zrozumienie tego, że era przedregulacyjna zmierza ku swemu końcowi. Kanony moralne winny patronować dalszym naszym poczynaniom, jako doradcy w wyborze spośród alternatyw, które ukazuje ich producent, amoralna technologia. Ona dostarcza środków i narzędzi; naszą zasługą lub winą jest dobry albo zły sposób ich użycia.

Jest to pogląd dość rozpowszechniony, dobry zapewne jako pierwsze przybliżenie, ale też nic nadto. Podział taki nie daje się utrzymać, zwłaszcza na dłuższy dystans. Nie dlatego, że to my stwarzamy technologię; dlatego przede wszystkim, że ona kształtuje nas i nasze postawy, także moralne. Oczywiście, za pośrednictwem ustrojów społecznych, jako ich baza wytwórcza, ale nie o tym chcę mówić. Może ona działać i działa także bezpośrednio. Nie przywykliśmy do tego, by istniały związki bezpośrednie między fizyką a moralnością, a jednak tak jest. Przynajmniej tak być może. Aby nie być gołosłownym: oceny moralne czynów zależą przede wszystkim od ich nieodwracalności. Gdybyśmy mogli wskrzeszać umarłych, zabójstwo, nie przestając być czynem złym, przestałoby być zbrodnią, jak nie jest nią wymierzone drugiemu człowiekowi w gniewie uderzenie. Technologia jest bardziej agresywna, aniżeli zazwyczaj sądzimy. Jej ingerencje w życie psychiczne, problemy związane z syntezą i metamorfozą osobowości, którym poświęcimy osobną uwagę, aktualnie tylko są klasą zjawisk pustą. Wypełni ją dalszy postęp. Sczeźnie wówczas wiele nakazów moralnych, dziś uważanych za niewzruszone, wyłonią się za to nowe zagadnienia, nowe dylematy etyczne.

Oznaczałoby to, że nie ma moralności ponadhistorycznej. Różne są tylko skale trwania zjawisk; w końcu jednak nawet łańcuchy górskie upadają, obrócone w piasek, bo taki jest świat. Człowiek, istota nietrwała, chętnie posługuje się pojęciem wieczności. Wieczne mają być pewne dobra duchowe, wielkie dzieła sztuki, systemy moralne. Nie łudźmy się jednak: i one są śmiertelne. Nie jest to zastąpienie ładu chaosem ani konieczności wewnętrznej – bylejakością. Moralność zmienia się powoli, ale się zmienia i dlatego tym trudniej zestawiać ze sobą dwa kodeksy etyczne, im większa dzieli je otchłań czasu. Jesteśmy bliscy Sumeryjczykom, ale moralność człowieka kultury lewaluaskiej przeraziłaby nas.

Postaramy się ukazać, że nie ma systemu ocen pozaczasowych, jak nie ma ani newtonowskiego, absolutnego układu odniesienia, ani absolutnej równoczesności zjawisk. Nie oznacza to zakazu wypowiadania takich ocen w odniesieniu do zjawisk przeszłych bądź przyszłych: człowiek zawsze wypowiadał sądy wartościujące ponad swój stan i realne możliwości. Oznacza to tylko, że każdy czas ma swoją rację, z którą można się zgadzać lub nie zgadzać, ale którą pierwej trzeba zrozumieć.

Pierwsza przyczyna

Żyjemy w fazie przyspieszenia technoewolucji. Czy wynika z tego, że cała przeszłość człowieka, od ostatnich zlodowaceń, poprzez paleolit i neolit, przez starożytność i wieki średnie, była w swej istocie przygotowaniem, gromadzeniem sił do tego skoku, który unosi nas dzisiaj w niewiadomą przyszłość?

Model cywilizacji dynamicznej powstał na Zachodzie. Zadziwiającą rzeczą jest studiowanie historii i przekonywanie się, jak rozmaite narody dochodziły do pobliża obszarów „startu technologicznego” i jak się u jego przedproży zatrzymywały. Stalownicy współcześni uczyć by się mogli u cierpliwych rzemieślników Indii, którzy stworzyli słynną nierdzewną kolumnę metalową w Kitabie metodą proszkowej metalurgii, odkrytą po raz drugi dopiero w naszych czasach. O wynalezieniu przez Chińczyków prochu i papieru wie każdy. Nieodzowne nauce narzędzie myślowe, matematyka, wielki swój rozwój zawdzięcza uczonym arabskim. A jednak z owych odkryć, tak rewolucyjnych, nic nie wynikło w sensie cywilizacyjnego pchnięcia, zapoczątkowania lawinowego postępu. Obecnie cały świat przejmuje od Zachodu jego model rozwojowy. Technologię importują narody mogące szczycić się posiadaniem kultur starszych i bardziej złożonych od tej, która technologię wydała. Nasuwa się fascynujące pytanie: co by było, gdyby Zachód nie dokonał technologicznego przewrotu, gdyby nie ruszył Galileuszami, Newtonami, Stephensonami ku przemysłowej rewolucji?

Jest to pytanie o „pierwszą przyczynę”. Czy źródła jej nie kryją się w konfliktach wojennych? Moc napędowa wojen jako motorów technoewolucji jest znana i osławiona. Z upływem wieków technika militarna traci swój wyodrębniony z całokształtu wiedzy charakter, w tym sensie, że staje się uniwersalna. Podczas kiedy balisty i tarany były wyłącznie narzędziami wojennymi, proch strzelniczy mógł już służyć przemysłowi (np. w górnictwie), a w większej mierze dotyczy to technologii transportu, bo nie ma środka komunikacji, od pojazdu kołowego po rakietę, który zmodyfikowany nie mógłby służyć celom pokojowym. Technologie zaś atomowa, cybernetyczna, astronautyczna wykazują całkowite niemal zrośnięcie potencjałów militarnych z pokojowymi.

A jednak wojowniczych skłonności człowieka nie można uznać za motory napędowe ewolucji technologicznej. Z reguły powiększały jej tempo; były wielkim wykorzystaniem zasobów wiedzy teoretycznej swojego czasu, ale trzeba odróżnić czynnik przyspieszający od inicjującego. Wszystkie narzędzia wojenne zawdzięczają swe powstanie fizyce Galileusza i Einsteina, chemii osiemnasto- i dziewiętnastowiecznej, termodynamice, optyce i atomistyce, ale doszukiwać się militarnej genezy takich dziedzin teoretycznych byłoby nonsensem. Bieg raz uruchomionej technoewolucji można bez wątpienia przyspieszać lub hamować. Amerykanie postanowili zainwestować 20 miliardów dolarów w lądowanie pierwszych swych ludzi na Księżycu około roku 69. Gdyby byli gotowi przesunąć ów termin o lat dwadzieścia, realizacja projektu „Apollo” kosztowałaby zapewne daleko mniej, ponieważ technologia prymitywna przez swą młodość pochłania nakłady nieproporcjonalnie wielkie w stosunku do tych, jakich wymaga osiągnięcie analogicznego celu w fazie jej dojrzałości.

Gdyby jednak Amerykanie gotowi byli wydatkować nie 20, lecz 200 miliardów dolarów, na pewno nie wylądowaliby na Księżycu za sześć miesięcy, podobnie jak żadnymi, choćby i bilionowymi nakładami, nie urzeczywistni się w najbliższych latach lotu do gwiazd. A zatem inwestując wielkie sumy i koncentrując wysiłki, można dojść do pułapu szybkości technoewolucji, po czym dalsze nakłady już efektów nie dadzą. Stwierdzenie to, o posmaku oczywistości, pokrywa się z analogicznymi prawidłowościami rządzącymi bioewolucją. Ona również zna tempo ewoluowania maksymalne, w żadnych okolicznościach niedające się przekroczyć.

Ale myśmy pytali o „pierwszą przyczynę”, a nie o tempo maksymalne już działającego procesu. Dociekanie, z takim zamiarem, praźródeł technologii jest zajęciem dosyć rozpaczliwym, wędrówką w głąb historii, która notuje tylko fakty, ale nie wyjaśnia ich przyczyn. Dlaczego to olbrzymie drzewo ewolucji technologicznej, którego korzenie sięgają bodaj ostatniego zlodowacenia, a korona zanurzona jest w nadchodzących tysiącleciach, wyrastające we wczesnych fazach cywilizacji, w paleolicie i neolicie, na całej kuli ziemskiej mniej więcej jednakowo, właściwy swój, potężny rozkwit przeżyło w obrębie Zachodu?

Lévi-Strauss próbował, jakościowo tylko, bez analizy matematycznej, która wobec złożoności zjawiska nie jest możliwa, odpowiedzieć na to pytanie. Rozpatrywał wyniknięcie technoewolucji statystycznie, stosując dla jej genetycznego wyjaśnienia – teorię prawdopodobieństwa6.

Technologię pary i elektryczności, a potem – chemii syntez i atomu zapoczątkował szereg dociekań, zrazu od siebie niezależnych, które przemierzały kręte nieraz i dalekie drogi, także z Azji, aby zapładniać umysły wokół basenu Morza Śródziemnego. Doszło w ciągu kilkuset lat do „utajonego” narastania wiedzy, aż przejawił się kumulatywny efekt wydarzeń takich, jak obalenie arystotelizmu jako dogmatu i uznanie za dyrektywę wszelkiej działalności poznawczej – empirii, jak podniesienie eksperymentu technicznego do rangi zjawiska o wymiarze społecznym, jak upowszechnienie fizyki mechanistycznej. Procesom tym towarzyszyło powstawanie wynalazków społecznie potrzebnych; to ostatnie zjawisko jest niezwykle doniosłe, ponieważ potencjalnych Einsteinów czy Newtonów miał każdy naród i każda epoka, ale brak było gleby, warunków, brak zbiorowego rezonansu wzmacniającego wyniki ich jednostkowych działań.

Lévi-Strauss sądzi, że na drogę przyspieszenia postępu wprowadza zbiorowość określona „passa” następujących po sobie zjawisk. Istnieje jak gdyby pewna wielkość krytyczna, pewien współczynnik „rozmnażania się” koncepcji i ich społecznych realizacji (budowanie pierwszych maszyn parowych, powstanie energetyki węgla, wyniknięcie termodynamiki itd.), który doprowadza nareszcie do lawinowego wzrostu odkryć, uwarunkowanych tamtymi pierwszymi, tak samo jak istnieje pewna krytyczna wielkość współczynnika „rozmnażania się” neutronów, która, w masie ciężkiego pierwiastka, powoduje, po przekroczeniu pewnego progu, reakcję łańcuchową. My właśnie przeżywamy cywilizacyjny odpowiednik takiej reakcji, a może wręcz „eksplozję technologiczną”, która znajduje się w pełnej ekspansji. O tym, czy jakaś społeczność wejdzie na taką drogę, czy zapoczątkuje reakcję łańcuchową, decyduje właściwie, według francuskiego etnologa, przypadek. Podobnie jak gracz, rzucając kośćmi, może liczyć na wyrzucenie sekwencji samych szóstek, byle tylko grał dostatecznie długo, tak samo też, z probabilistycznego punktu widzenia, każda społeczność ma, przynajmniej w zasadzie, jednakie szanse wstąpienia na drogę szybkiego postępu materialnego.

Należy zauważyć, że Lévi-Straussowi szło o coś innego niż nam. Pragnął wykazać, że najbardziej różniące się od siebie cywilizacje, więc także atechnologiczne, są równoprawne i nie wolno ich wartościować, uznawać jednych za „wyższe” od innych tylko dlatego, że poszczęściło im się w nazwanej „grze”, dzięki czemu dotarły do startu reakcji łańcuchowej. Model to piękny przez swą metodologiczną prostotę. Wyjaśnia, czemu poszczególne, wielkie nawet odkrycia mogą zawisać, co się tyczy ich technogennych efektów społecznych, w próżni – jak to było z metalurgią proszkową Hindusów czy prochem Chińczyków. Dla zapoczątkowania reakcji łańcuchowej zabrakło jej dalszych, niezbędnych ogniw. Z hipotezy tej wynika jasno, że Wschód był po prostu graczem „mniej szczęśliwym” od Zachodu, przynajmniej w sprawie prymatu technologicznego, i że – to wniosek logiczny – przy nieobecności na scenie dziejów Zachodu na taką samą drogę wkroczyłby prędzej czy później Wschód. O słuszność owej tezy spróbujemy posprzeczać się w innym miejscu; teraz skoncentrujemy się na probabilistycznym modelu wynikania cywilizacji technologicznej.

Otóż odwołując się do naszego wielkiego analogu, ewolucji biologicznej, zauważymy, że odmiany, gatunki i rodziny powstawały w toku ewolucji nieraz równolegle na oddzielonych od siebie kontynentach. Można przyporządkować poszczególnym trawożernym czy drapieżcom Starego Świata formy Nowego Świata, które nie są z nimi spokrewnione (przynajmniej blisko), ale które ewolucja wymodelowała podobnie, dlatego ponieważ działała na ich praprzodków podobnymi warunkami otoczenia i klimatu. Natomiast ewolucja typów była z reguły monofiletyczna, takie jest przynajmniej zdanie poważnej większości fachowców. Raz jeden powstały kręgowce, raz ryby, raz na całej kuli ziemskiej płazy i gady, i ssaki. Jest to zastanawiające. Jak widzimy, wielki przewrót organizacji cielesnej, taki „wyczyn konstruktorski”, zdarzał się zawsze, w skali planety tylko raz.

Można i to zjawisko potraktować jako podległe statystyce: powstanie ssaka czy ryby było tak mało prawdopodobne, że podobna „główna wygrana” wymagająca „wyjątkowego szczęścia”, zbiegu licznych przyczyn i warunków, stanowiła fenomen niezmiernie rzadki. Im zaś zjawisko rzadsze, tym bardziej nieprawdopodobne jest jego powtórzenie się. Dodajmy, że jeszcze jedną cechę wspólną możemy dostrzec u obu ewolucji. W obu powstały formy wyższe i niższe, mniej i bardziej złożone, które  d o t r w a ł y  d o  d z i s i a j. Z jednej strony, ryby na pewno poprzedziły płazy, a te znów gady, ale dzisiaj żyją przedstawiciele wszystkich tych klas. Z drugiej strony, ustrój rodowo-plemienny poprzedził niewolniczy i feudalny, a ten – kapitalistyczny, ale jeśli nie do dzisiaj, to do dnia wczorajszego istniały na Ziemi obok siebie wszystkie te ustroje, wraz z najprymitywniejszymi, których resztki można jeszcze odkryć na archipelagach mórz południowych.

Otóż co się tyczy bioewolucji, zjawisko wyjaśnić jest łatwo: zmianę wywołuje w niej zawsze potrzeba. Jeżeli otoczenie tego nie wymaga, jeśli pozwala istnieć jednokomórkowcom, będą one płodzić kolejne pokolenia najprostszych przez sto czy pięćset milionów lat.

Co jednak powoduje przemiany ustrojów społecznych? Wiemy, że motorem jest zmiana narzędzi produkcji, tj. technologii. A więc znów powracamy do punktu wyjścia, bo jasne jest, że ustroje nie zmieniają się, jeśli niezmiennie posługują się tradycyjnymi technologiami, choćby one pochodziły prosto z neolitu.

Problemu nie rozstrzygniemy definitywnie. Niemniej można orzec, że hipoteza probabilistyczna „reakcji łańcuchowej” nie uwzględnia swoistości struktury społecznej, w której ma do takiej reakcji dojść. Ustroje o bardzo podobnej bazie wytwórczej wykazują znaczne nieraz różnice w obszarze kulturowej nadbudowy. Niezmierzone jest bogactwo wyrafinowanych rytuałów socjalnych, skomplikowanych nieraz do udręki, przyjętych i rygorystycznie narzucanych norm postępowania w życiu rodzinnym, plemiennym i tak dalej; zafascynowanego miriadami tych zależności wewnątrzcywilizacyjnych antropologa winien zastąpić socjolog-cybernetyk, który, świadomie lekceważąc wewnątrzkulturowe, semantyczne znaczenie wszystkich takich praktyk, zbada ich strukturę jako układu o sprzężeniach zwrotnych, układu, którego celem jest stan równowagi ultrastabilnej, a zadaniem dynamicznym – zmierzająca do utrwalenia tego stanu regulacja.

Jest wysoce prawdopodobne, że pewne z owych struktur, z owych systemów wzajemnie posprzęganych zależności międzyludzkich, restrykcjami nałożonymi na swobodę czynów i myśli mogą bardzo skutecznie przeciwdziałać wszelkiej wynalazczości naukowo-technicznej. Jak również, że są i takie struktury, które, może i nie wspomagając tej wynalazczości, otwierają dla niej przynajmniej pewien, jakkolwiek ograniczony, przestwór. Oczywiście – podstawowe rysy feudalizmu europejskiego były zadziwiająco zbliżone do feudalizmu Japonii jeszcze XIX-wiecznej. A jednak oba modele – azjatycki i europejski – tego samego ustroju wykazywały też określone różnice, mające w aktualnej dynamice społecznej znaczenie drugo-, a może i trzeciorzędne, które jednak sprawiły, że to Europejczycy, a nie Japończycy rozłamali nową technologią feudalizm i stworzyli na jego gruzach pierwociny przemysłowego kapitalizmu7.

W takim ujęciu technologiczną reakcję łańcuchową zapoczątkowuje nie seria przypadków  j e d n o r o d n y c h  (kolejnych odkryć pewnego typu na przykład), lecz nałożenie się na siebie dwóch ciągów wydarzeń, z których pierwszy (cybernetycznie pojęta struktura nadbudowy) ma charakter masowo-statystyczny w wyższym stopniu niż drugi (pojawianie się, u jednostek, zainteresowań empiryczno-technicznych). Dwa te ciągi muszą się skrzyżować, aby powstała szansa startu technoewolucji. Jeśli do takiego spotkania nie dojdzie, to poziom cywilizacji neolitycznej może się okazać pułapem nie do przekroczenia.

I ten szkicowy obraz jest na pewno grubym uproszczeniem, ale rzecz wyjaśnią dopiero przyszłe prace badawcze[II].

Kilka naiwnych pytań

Każdy rozsądny człowiek układa plany