Wydawca: HarperCollins Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 149 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Suknia na konkurs - Robyn Grady

Roxy i Natan mieli być świadkami na ślubie swoich przyjaciół. Roxy uszyła dla panny młodej suknię ślubną, dzięki której liczyła na wygraną w prestiżowym konkursie mody. Jednak ceremonia w ostatniej chwili została odwołana. Roxy i Natan robią wszystko, by pojednać skłóconą parę. Obmyślają plan, nie wiedząc, że wpadną we własne sidła...

Opinie o ebooku Suknia na konkurs - Robyn Grady

Fragment ebooka Suknia na konkurs - Robyn Grady

Robyn Grady

Suknia na konkurs

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Suknia była idealna.

Roxy pogładziła opuszkami palców delikatny, świetlisty materiał i już wiedziała, że nie zdoła oprzeć się pokusie. Przymierzy suknię, choć z całą pewnością nie powinna tego robić w godzinach pracy. Nacieszy się miękkim, zmysłowym uściskiem gorsetu i zalotną lekkością spódnicy uszytej z kilku warstw cieniutkiego tiulu. Sprawi, że ta piękna kreacja ożyje, choćby na moment.

Po chwili stała przed lustrem. W jasnym świetle lamp biel sukni zdawała się lśnić własnym blaskiem, a drobne kryształki, którymi wykończone były zdobienia, migotały jak iskry. Roxy wygięła się w łuk i dość rozpaczliwie wykręciła ramiona do tyłu, żeby odszukać zapięcie. Przez moment wydawało jej się, że w żaden sposób nie zdoła dopiąć ukrytego pod zaszewką suwaka, ale kiedy jej się to udało, gorset ułożył się idealnie. Roxy uniosła dłonie, zebrała na karku długie do ramion kasztanowe loki, obróciła się powoli, jak w romantycznym tańcu, i westchnęła cicho. Pod gęstą, przyciętą ponad brwiami grzywką, jej zielone oczy rozbłysły zachwytem.

O, tak. To nie była zwykła suknia ślubna. To było arcydzieło. Pracowała nad nim przez długich sześć miesięcy. Tyle czasu potrzebowała, żeby stworzyć idealnie harmonijny rysunek drapowań gorsetu – wąskie linie załamań materiału, delikatne jak fale rozchodzące się po powierzchni spokojnej wody, otaczały ukośnie, lekko asymetrycznie jej talię, podkreślały krągłość piersi i kobiecy łuk bioder. Gorset kończył się miękką, falistą linią, spod której spływała spódnica. Na tiulowych halkach unosiła się ażurowa, wierzchnia warstwa, złożona z ręcznie wycinanych kwiatów o satynowych, trójwymiarowo ułożonych płatkach. Przy każdym ruchu spódnica falowała, kwiaty zdawały się ożywać, jakby poruszane wiatrem, a uważny obserwator mógł dostrzec pomiędzy nimi motyle o delikatnych, skrzących się kryształami skrzydłach. Podobne kwiaty zdobiły podtrzymujące gorset, asymetryczne ramiączko. Drugie ramię panny młodej miało pozostać nagie.

Uszyła tę suknię zarówno dla swojej najbliższej przyjaciółki, jak i dla siebie samej. Marla miała pójść w niej do ołtarza, a Roxy marzyła, że dzięki tej kreacji zdobędzie międzynarodową renomę. Zgłosiła ją do prestiżowego konkursu dla młodych kreatorów mody i zaledwie tydzień temu dowiedziała się, że jej dzieło zostało wybrane spośród kilkuset nadesłanych projektów i znalazło się w szczęśliwej pięćdziesiątce zakwalifikowanej do finału. Wszystkie suknie miały wziąć udział w pokazie mody w Paryżu. Na zwycięską kreację czekała sesja zdjęciowa dla „Wedded Bliss”, najbardziej luksusowego ślubnego magazynu na świecie, a autor miał otrzymać wysoką nagrodę pieniężną i roczne stypendium w jednym z wiodących domów mody ślubnej w Nowym Jorku. Roxy była w siódmym niebie. Tylko krok dzielił ją od spełnienia marzenia, które hołubiła w skrytości ducha od chwili, kiedy przed pięciu laty otworzyła własną pracownię sukien ślubnych. Rok pracy u boku słynnych nowojorskich kreatorów mody sprawiłby, że jej nazwisko stałoby się znane, rozpoznawalne dla każdej kobiety chcącej powiedzieć „tak” w naprawdę wyjątkowej kreacji. Nagrodę pieniężną mogłaby zainwestować. Powiększyć pracownię, kupić najnowocześniejsze maszyny, może nawet zatrudnić kogoś na stałe. Wyrobiłaby sobie markę i za parę lat prowadziłaby najbardziej ekskluzywny salon mody ślubnej w całym Sydney. Mała pracownia na przedmieściach z całą pewnością nie zaspokajała jej ambicji. Chciała więcej. Chciała… zawojować świat, a ten zdawał się stać przed nią otworem.

A potem przyszła wiadomość, która odebrała jej nadzieję.

Marla zerwała zaręczyny, na dwa tygodnie przed ślubem. Nie ubierze się w tę suknię, nie przedefiluje w niej przez nawę główną katedry w Sydney. A to oznaczało, że Roxy zostanie wykluczona z konkursu. Udział w finale uzależniony był bowiem od tego, czy zaprojektowana kreacja rzeczywiście powstanie, i czy jakaś panna młoda zdecyduje się stanąć w niej przed ołtarzem. Termin upływał wraz z końcem miesiąca, a niedoszła panna młoda zarzekała się, że nigdy już nie zaufa żadnemu mężczyźnie. Roxy była bezradna.

Jeszcze raz pozwoliła palcom przebiec wzdłuż finezyjnej linii gorsetu, jeszcze raz zakręciła się w płynnym piruecie, a lekka, suta spódnica zafurkotała wokół jej nóg. Uniosła głowę. Była trochę niższa od Marli, ale wymiary miała podobne; jeśli włożyłaby buty na naprawdę wysokim obcasie, suknia leżałaby na niej idealnie.

Tyle że ona nie planowała ślubu. Nie miała nawet narzeczonego, a ostatni mężczyzna, którego namiętnie pocałowała, uciekł w podskokach. Suknia, która stanowiła dzieło jej życia, była piękna – i martwa, jak muzealny eksponat, świadek jej niedoszłego triumfu. Za chwilę zdejmie ją, schowa do pokrowca i powiesi w szafie, być może na zawsze.

Dzwonek nad wejściem do sklepiku sąsiadującego z pracownią rozdzwonił się i Roxy uniosła dłonie do ust. Naprawdę nie powinna była przebierać się za pannę młodą w godzinach pracy, kiedy w każdej chwili mogła pojawić się u niej klientka. Na palcach podkradła się do drzwi i wyjrzała przez szparę.

Do sklepu rzeczywiście ktoś wszedł, ale nie była to narzeczona poszukująca ślubnej kreacji, tylko ciemnowłosy, postawny i wyraźnie podenerwowany mężczyzna.

O nie. Tylko nie on!

Natan Sparks był ostatnim człowiekiem, którego miała ochotę widzieć. I nie dlatego, że był szpetny, bo nie był, wręcz przeciwnie. Miał kędzierzawe, ciemne włosy, które nosił dłuższe niż większość ludzi pracujących w wielkich korporacjach i obracających na co dzień siedmiocyfrowymi kwotami. Jego twarz była pociągła, o mocnym, wyrazistym rysunku kości policzkowych i podbródka. Miał oczy w niesamowicie intensywnym odcieniu błękitu, i usta, których sam widok przyprawiał Roxy o szybsze bicie serca. Choć minęło sześć miesięcy od chwili, kiedy po raz pierwszy i zapewne ostatni całowała te usta, wspomnienie ich aksamitnej twardości i upojnego, korzennego smaku budziło w jej podbrzuszu gorącą, pulsującą tęsknotę.

Zagryzła wargi i przestąpiła z nogi na nogę. Tiulowe halki zaszeleściły, zamarła więc w bezruchu, przerażona, że mógłby ją dostrzec, czającą się za uchylonymi drzwiami.

– Dzień dobry! – zawołał Natan, rozglądając się po pustym wnętrzu. Roxy widziała, jak podchodzi do lady, rozgląda się jeszcze raz dookoła, zerka na zegarek, pociera kark niecierpliwym gestem.

Pamiętała aż nazbyt dobrze, jak oplotła ten mocny kark ramionami i przylgnęła do szerokiej piersi mężczyzny, wspięła się na palce, rozchyliła usta i poddała się dzikiej, zuchwałej pieszczocie jego warg. Pamiętała, że zakręciło jej się w głowie, więc przywarła do niego jeszcze mocniej, jakby on miał być odtąd jej jedyną ostoją, osią jej świata. Pogłębiła pocałunek, posłuszna głosowi instynktu, który tętnił w jej krwi, jednoznacznie rozkazująco, głusząc wszelkie myśli. Kiedy odpowiedział namiętnością na jej namiętność, kiedy poczuła, jak jego dłonie zaciskają się na jej talii, mocno, zaborczo, świat przestał istnieć. Byli tylko oni i żywioł, który wspólnie rozpętali. A potem, bez uprzedzenia, Natan cofnął się. Roxy, wciąż roznamiętniona, pełna zachwytu wobec doświadczenia niespodziewanej bliskości, uniosła powieki. I zobaczyła, że jej towarzysz wpatruje się w nią szeroko otwartymi oczami, pełnymi niekłamanej zgrozy. To ostudziło ją skuteczniej, niż gdyby wylał jej na głowę wiadro zimnej wody. Opuściła ramiona, a wtedy on… po prostu uciekł, mamrocząc jakieś zdawkowe przeprosiny. Roxy nigdy nie czuła się tak upokorzona.

Nietrudno było jej zgadnąć, co tak przeraziło Natana. Ponieważ cała sytuacja rozegrała się na przyjęciu zaręczynowym Marli i Grega, musiał sobie wyobrazić, że najlepsza przyjaciółka narzeczonej uwiesiła mu się na szyi, bo poluje na frajera, którego mogłaby jak najprędzej zaciągnąć do ołtarza. A że on był najlepszym kumplem narzeczonego, wybór wydawał się oczywisty.

– Hej, jest tam kto? – Natan był wyraźnie zniecierpliwiony czekaniem, ale nie wyglądało na to, żeby zamierzał zrezygnować. Po co przyszedł? Roxy umierała z ciekawości, ale żeby się tego dowiedzieć, musiała stanąć przed nim… ubrana w suknię ślubną. Nieszczęsny facet najprawdopodobniej dostanie ataku serca.

– Już idę! – zawołała, starając się, żeby jej głos brzmiał dziarsko i wesoło. Wyprostowała się i z dumnie podniesioną głową wkroczyła do sklepu, otoczona szelestem tiulu. Natan podniósł wzrok i zamarł. Dopiero po ładnych paru sekundach odzyskał głos i zdolność ruchu.

– O, jesteś – rzucił, uśmiechając się nieco nerwowo. – Zawsze przyjmujesz klientów w takim stroju?

– Nie zawsze. Tylko wtedy, kiedy pojawia się ktoś wyjątkowy, a ja czuję się samotna – wypaliła, przyglądając mu się spod zmrużonych powiek. Kiedy w jego oczach mignęła panika, Roxy stłumiła prychnięcie. Bojący dudek! Przecież nie czyhała tu na niego, żeby siłą zawlec go przed ołtarz! Szczerze mówiąc, po upokorzeniu, które zafundował jej podczas ich ostatniego spotkania, wolałaby chyba spalić całą swoją pracownię i radośnie zatańczyć na zgliszczach, niż z własnej woli szukać jego towarzystwa.

– Żarty na bok. Powiedz, co mogę dla ciebie zrobić, Natan.

– Przyszedłem, żeby porozmawiać o Marli i Gregu. – Splótł ręce za plecami. – Dowiedziałem się dzisiaj rano. Zakładam, że ty też już wiesz.

– Wiem. – Pokiwała głową. – Odwołali ślub.

– Właśnie. Cholera. – Natan pokręcił głową. – Greg jest moim najlepszym kumplem.

– A Marla moją przyjaciółką.

– To nie powinno było się zdarzyć. Ci dwoje są dla siebie tworzeni.

– Cóż, tak się wydawało. Ale Marla zmieniła zdanie, kiedy zobaczyła zdjęcia własnego narzeczonego obściskującego jakąś cycatą pannę, ubraną jedynie w stringi. Bardzo skąpe zresztą. Muszę powiedzieć, że rozumiem jej reakcję.

– Przeklęte zdjęcia. Nie wiem, co sobie myślał ten kretyn, który opublikował je na portalu społecznościowym.

– Myśleć powinien był przede wszystkim Greg, zanim spił się tak, że pozwolił striptizerce wleźć sobie na kolana. I nie wmawiaj mi, że skoro stało się to podczas jego wieczoru kawalerskiego, to facet jest niewinny. Bo nie jest. I ty też nie jesteś. – Roxy wzięła się pod boki i zrobiła krok naprzód, szeleszcząc spódnicą. – Gdzie byłeś, kiedy twój najlepszy kumpel dał plamę życia? O ile wiem, Greg poprosił cię, żebyś był jego świadkiem na ślubie. Jak mogłeś spokojnie patrzeć na to, co wyprawia?

Natan zacisnął palce na krawędzi lady, jakby się bał, że atak Roxy zmiecie go z podłogi.

– Bądź pewna, że nie dopuściłbym do czegoś takiego – powiedział szybko. – Niestety, nie mogłem zostać do końca imprezy; miałem spotkanie bardzo wcześnie rano następnego dnia.

Roxy usiłowała skupić się na tym, co mówił, ale nie potrafiła. Patrzyła na jego dłonie. Mocne, męskie dłonie o opalonej skórze i długich palcach. Nie było w nich nic nadzwyczajnego, a jednak… nie mogła oderwać od nich wzroku. Rozbrykana wyobraźnia zaczęła podsuwać jej bardzo śmiałe wizje. Te dłonie, dotykające jej nagiego ciała. Obejmujące jej piersi. Zaciskające się na jej talii…

Przeklęty facet! Dlaczego, mimo upokorzenia, którego od niego doznała, nadal marzyła o nim jak naiwna pensjonarka?

– Powinniśmy zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby pogodzić Marlę i Grega – zdołała usłyszeć. Zmusiła się, żeby przeanalizować sytuację. Owszem, zależało jej na tym, żeby przyjaciółka stanęła na ślubnym kobiercu. Ale czy chciała grać rolę pośredniczki pomiędzy skłóconymi narzeczonymi? Czy była gotowa przekonywać Marlę, że powinna ślubować miłość i wierność aż do śmierci człowiekowi, który tak szampańsko się bawił na własnym wieczorze kawalerskim, że sam nie wiedział, kiedy rozebrana profesjonalistka władowała mu się na kolana? Na pewno nie. Zbyt dobrze pamiętała własne dzieciństwo. Ojca, który był zabawny i uroczy, ale wciąż przytrafiała się mu jakaś „przygoda”. I matkę, która nieodmiennie przyjmowała go z powrotem, ale blask w jej oczach gasł powoli, a gorycz żłobiła coraz głębsze bruzdy wokół ust.

Roxy nikomu nie życzyła takiego losu.

– Nie – oświadczyła i pokręciła głową tak energicznie, że włosy zatańczyły wokół jej ramion. – Cokolwiek planujesz, na mnie nie licz. Nie przyłożę do tego ręki.

Natan spojrzał w jej roziskrzone oczy i cofnął się o krok. Nie był człowiekiem tchórzliwym, ale Roxanne Trammel wzbudzała w nim paniczny lęk. Patrząc na nią, każdy inny śmiertelnik widziałby młodą kobietę o szczupłej sylwetce i długich do ramion, lśniących, kasztanowych włosach z zalotnie przystrzyżoną grzywką. Miała jasną karnację, twarz w kształcie serca i duże, zielone oczy, a jej szerokie, wrażliwe usta były skore do uśmiechu. Roxanne nie przedstawiała sobą strasznego widoku, wręcz przeciwnie; choć nie była klasyczną pięknością, miała mnóstwo wdzięku i ogromny urok osobisty. Prawdopodobnie nikt na całym świecie nie miał najmniejszego powodu, żeby się jej bać. Nikt poza nim. Bo kiedy on patrzył na Roxanne Trammel, widział kolejne wcielenie klątwy Sparksów. I wiedział, z pewnością odziedziczonego po przodkach instynktu, że jeżeli nie będzie trzymał się od niej z daleka, to przepadnie. Już na zawsze.

Jego ojciec wziął ślub dokładnie sześć tygodni po pierwszej randce. Dziesięć miesięcy później przyszedł na świat Natan, pierwsze dziecko szczęśliwej pary. Potem, rok po roku, pojawiła się czwórka jego rodzeństwa. Rodzice świętowali niedawno trzydziestą piątą rocznicę ślubu, a ojciec był wciąż wpatrzony w matkę, jakby ta rzuciła na niego jakiś czar. Dziadek Sparks zawsze z dumą opowiadał, że spotkał swoją przyszłą żonę na balu, a oświadczył jej się przy trzecim tańcu. Ślub wzięli, gdy tylko ksiądz uwinął się z zapowiedziami, a babcia skończyła szyć sobie koronkową suknię z welonem. Swoim sześciorgu dzieciom wpoili zasadę, że najważniejsza w życiu jest miłość. Rodzinna wieść głosiła, że pradziadek Sparks wsiadł na statek płynący do Australii jako kawaler, a zsiadł z niego jako człowiek żonaty, zaś jego małżonka spodziewała się już pierworodnego spośród ich dziewięciorga dzieci.

„Sparksowie tak już mają, że kiedy spotykają kobietę, która jest im pisana, są straceni dla świata – mawiano w rodzinie od pokoleń. – A na każdego przychodzi jego pora”.

Otóż, Natan nie zamierzał podzielić losu swoich przodków. Był kawalerem i chwalił to sobie. Zajmował się produkcją stali i chciał pozostać przy tym zajęciu; był pewien, że w ten sposób lepiej przysłuży się światu, niż gdyby przestawił się na produkcję dzieci. Rodzina Sparksów była liczna, ale żaden z mężczyzn nie zrobił kariery, nie otrzymał naukowego tytułu ani nie doszedł do dużych pieniędzy. Dlaczego? Bo wszyscy woleli pozakładać rodziny; stała praca pozwalająca spłacać dom na przedmieściach i zapewnić wikt gromadce dzieci była szczytem ich ambicji. Kupowali minivany, labradory i trzykołowe rowerki, w ogrodzie ustawiali piaskownice i huśtawki. A wszystko dlatego, że pewnego dnia spotkali kobietę życia i zakochali się bez pamięci. Wystarczył jeden pocałunek… i byli zgubieni.

Przez wiele lat Natan uważał historię o klątwie Sparksów za mit. Zmienił zdanie w chwili, gdy na zaręczynowym przyjęciu Marli i Grega spotkał Roxanne Trammel. Ktoś taki jak ona w ogóle nie powinien był wpaść mu w oko. Lubił blondynki, zwłaszcza te wysokie, o długich, jedwabistych włosach, a Roxy była od niego o głowę niższa i miała burzę niesfornych, kasztanowych loków. Lubił kobiety eleganckie i wysublimowane, a ona na tamto przyjęcie przyszła ubrana w jakieś wariackie, pstrokate szarawary. Dotąd, dla bezpieczeństwa, zawsze umawiał się z paniami, które zajęte były karierą i na pewno nie miały w planach ślubu i gromadki dzieci. Wybierał prawniczki, doktorantki, osoby na kierowniczych stanowiskach w korporacjach. A Roxy… cóż, Roxy była krawcową. W dodatku nie mógł nie zauważyć, jak ucieszył ją widok małego synka jednej z przyjaciółek Marli. Uśmiechnęła się szeroko, kucnęła i wyciągnęła ramiona, a kiedy dziecko przybiegło do niej, wydając radosne piski, przygarnęła je do siebie instynktownym gestem, w którym nie było najmniejszego wahania. Chłopiec objął ją za szyję, a ona zanurzyła nos w jasnej czuprynie małego i zaciągnęła się słodkim, dziecięcym zapachem. Minę miała szczerze zachwyconą.

I w tym dokładnie momencie Natan odkrył, że nie może oderwać od niej wzroku. Ponieważ był najbliższym przyjacielem i przyszłym świadkiem pana młodego, uprzejmość nakazywała, żeby podczas przyjęcia towarzyszył najlepszej przyjaciółce i przyszłej druhnie panny młodej. Podczas bardzo wykwintnej kolacji posadzono ich obok siebie, więc zabawiał ją rozmową. Potem poprosił ją do tańca. Wieczór mijał, a on coraz mniej rozumiał, jak to możliwe, że kiedykolwiek podobały się mu inne kobiety, skoro po tym świecie chodził ktoś tak zjawiskowy jak Roxanne Trammel. Miała najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widział – w odcieniu chłodnej zieleni. Nigdy nie był specjalnie romantyczny, ale ten kolor kojarzył mu się z wiosennym lasem o świcie. Te oczy, ocienione gęstymi rzęsami, patrzyły na świat z pogodnym optymizmem, a kiedy rozmawiali, błyszczały żywą inteligencją i poczuciem humoru. Jej włosy były… jak muzyka, jak koncert na trąbki i skrzypce – miękkie, szalone i piękne. Hipnotyzujące. Mógłby się bez końca wpatrywać w te włosy, w roztańczone pasma lśniące całą gamą odcieni brązu i ognistej miedzi. Grzywka, przystrzyżona na wysokości brwi, wzmacniała siłę jej spojrzenia, a twarz w obramowaniu kasztanowych loków była jasna, o promiennej, gładkiej cerze. Kiedy poprosił Roxy do tańca, jej policzki zabarwiły się uroczym, delikatnym rumieńcem. Ruszyli po parkiecie w takt gorącej, pozornie leniwej rumby, i Natan mógł się przekonać, że jej wąska, gibka talia układa się idealnie w objęciu jego ramienia. Jej taniec zachwycił go; było w nim tyleż dziewczęcego, radosnego entuzjazmu, co zmysłowej, świadomej kobiecości. Wymykała mu się, wirując, kusiła go, kołysząc biodrami. Dotrzymał jej kroku, objął mocno, odchylił w tył. Płynnym ruchem wygięła się, odsłaniając przed wzrokiem Natana delikatną szyję i ramiona. Dekolt gładkiego topu z szarozielonego jedwabiu rozchylił się, ukazując nagą skórę, aż po zarys kremowych piersi. Ten widok poraził go jak uderzenie pioruna. Muzyka umilkła, ale on nie wypuścił Roxy, tylko objął ją mocniej i przyciągnął do siebie. Nie oponowała; uniosła ku niemu twarz, a wtedy on spojrzał na jej usta – i świat przestał dla niego istnieć. Były tylko te usta, o pełnych, zmysłowo wykrojonych wargach rozchylonych w wyrazie oczekiwania. W następnej chwili już ją całował.

Pamiętał dokładnie moment, w którym ich wargi się zetknęły. Pamiętał przypływ gorącej energii, jaki wtedy poczuł. Zrozumiał nagle, że z tą kobietą chce przejść przez życie. Że pragnie razem z nią witać każdy kolejny dzień i stawiać czoło nowym wyzwaniom. Że nigdy się nią nie nasyci, nigdy nie zdoła odkryć wszystkich jej tajemnic… Niezachwiana pewność, że odnalazł tę, która była mu przeznaczona, wypełniła go upajającym poczuciem triumfu.

W następnej chwili upojenie zamieniło się w panikę. Klątwa Sparksów. Dopadła go klątwa Sparksów! Jeżeli nie weźmie nóg za pas, póki jeszcze kołatała się w nim resztka zdrowego rozsądku, skończy dokładnie tak jak ojciec, dziadek i pradziadek. Ani się obejrzy, a będzie żonkosiem z gromadką dzieci…

Jeżeli chciał zachować wolność, musiał uciekać. Musiał trzymać się z daleka od Roxanne Trammel. Ostatnim wysiłkiem uchwycił się tej myśli jak topielec czepiający się skał wybrzeża, żeby ratować życie. Widział szok i ból w jej oczach, kiedy cofał się, mamrocząc nieskładne przeprosiny. Uraził ją i żałował tego, ale innego wyjścia nie miał. Przez sześć miesięcy unikał jej, choć nie było mu łatwo. A potem Marla zerwała zaręczyny z Gregiem. Natan nie mógł pozwolić, żeby ślub tych dwojga został odwołany. A pech chciał, że jedyną osobą zdolną mu pomóc w zażegnaniu kryzysu, była właśnie Roxy.

– Nie wiem, dlaczego bronisz Grega – natarła na niego, biorąc się pod boki. W ślubnej sukni wyglądała zjawiskowo. Natan poczuł na plecach dreszcz autentycznego przerażenia. – Jest od pewnego czasu dorosły i sam ponosi odpowiedzialność za swoje czyny, choć wygląda na to, że kiepsko sobie radzi bez przyzwoitki. Jeżeli to twój przyjaciel, to chyba nie powinieneś był spuszczać go z oczu. Mam nadzieję, że twoje biznesowe spotkanie następnego ranka było tego warte.

– Jeśli już musisz wiedzieć, na to spotkanie poszedłem w imieniu nas obu. Po miesiącach przygotowań przed Gregiem i mną otwierała się perspektywa założenia własnego przedsiębiorstwa.

– Planowaliście założyć wspólny biznes? – Zmarszczyła brwi. – Marla mówiła mi, że Greg pracuje w firmie swojego ojca.

– Bo to prawda. Pracuje w rodzinnej firmie, odkąd skończył studia. Ale już od jakiegoś czasu chciał opuścić gniazdo i spróbować swoich sił na rynku.

– Tak…? – Roxy z roztargnieniem rozejrzała się po wnętrzu sklepu, a potem, uznawszy widocznie, że może równocześnie słuchać i pracować, podniosła stojące za ladą wielkie kartonowe pudło. Natan, wiedziony wyuczonym odruchem, wyjął ciężar z jej rąk.

– Gdzie mam to postawić? – spytał, unikając jej spojrzenia.

– Na ladzie – powiedziała, cofając się. – Dziękuję. Muszę zmienić wystawę, więc jeżeli nie będzie ci to przeszkadzać…

– Oczywiście, że nie. – Pokręcił głową, ale kiedy Roxy otworzyła pudło, wyjęła z niego jasnobłękitny pas do pończoch i w zamyśleniu pogładziła delikatne koronki, zupełnie stracił wątek.

– Mówiłeś, że Greg miał dość pracy dla PrimeSteel? – podsunęła, zdziwiona jego milczeniem.

– Tak – oprzytomniał. – Poznaliśmy się z Gregiem na gruncie zawodowym. On pracował u swojego ojca, a ja byłem menedżerem w konkurencyjnej firmie. Ładnych parę lat temu wpadliśmy na siebie podczas branżowej konferencji. Po obiedzie, na który zaproszono uczestników, wypiliśmy razem kilka piw przy barze. Szybko stało się dla nas jasne, że nadajemy na tych samych falach, między innymi w kwestiach zawodowych. Greg nie popierał strategii, której trzymała się jego rodzinna firma. Uważał, że jest przestarzała. Chciał spróbować czegoś nowego, był przekonany, że przyszłość na rynku stali należy do rozwiązań ekologicznych i technik barwienia. Ja myślałem podobnie.

– I połączyliście siły?

– Owszem. Nasz pierwszy innowacyjny patent właśnie czeka na rejestrację. Ale nie możemy, ot tak, ruszyć z produkcją. Potrzebujemy kogoś, kto wniesie kapitał. Idealna osoba pojawiła się ostatnio na horyzoncie: Bob Nichols, przedsiębiorca z Teksasu. Chciał się spotkać z nami osobiście, podczas swojego krótkiego pobytu w Australii, ale okazało się, że jedyny wolny termin miał nazajutrz po wieczorze kawalerskim Grega, punktualnie o szóstej rano.

Roxy wyjęła z pudła kolejny fatałaszek. Tym razem była to biała haleczka, przejrzysta jak poranna mgła i tak krótka, że pewnie kończyła się niewiele poniżej talii. Natan zaniemówił, bo niesforna wyobraźnia podsunęła mu wizję Roxy ubranej w tę haleczkę i w cieniutkie pończochy wykończone koronką, które wychynęły z pudła w następnej chwili. Widział ją w sypialni oświetlonej blaskiem świec. Małżeńskie łoże zasłane białą satyną otaczały bukiety kwiatów, a ona stała pośród nich. Zwiewna, finezyjna bielizna nie przesłaniała jej wdzięków; delikatny jedwab zdawał się pieścić ciało, smukłe jak u nastolatki i rozkosznie zaokrąglone tam, gdzie być powinno. Widział jej piersi, krągłe jak dojrzałe owoce, zwieńczone różowymi aureolami prześwitującymi przez jasny obłok jedwabiu. Ciemne kędziorki przesłaniające trójkąt w złączeniu ud kontrastowały z bielą pończoch w sposób, który podnosił mu ciśnienie do bardzo niebezpiecznego poziomu. Była… zjawiskowa. I należała do niego.

– Co było dalej? – Gdzieś z bardzo daleka dobiegł go jej lekko rozbawiony głos. – Czy pan Nichols był zainteresowany twoją ofertą?

Rozkoszna wizja zbladła i Natan wrócił do rzeczywistości.

– Był zainteresowany, nawet bardzo. Ale to już nie ma znaczenia, bo z naszych planów nic nie będzie. Dzisiaj rano rozmawiałem z Gregiem. Kiedy Marla oświadczyła, że się z nim nie ożeni, stracił wszelką motywację. Czuje się przegrany i nie zamierza podejmować nowych wyzwań. Zostanie pod skrzydłami taty, w PrimeSteel.

– To przykre, ale przecież stany emocjonalne Grega nie muszą powstrzymywać ciebie. Możesz sam wejść na rynek, jeżeli Nichols jest nadal zdecydowany wnieść kapitał.

– Sprawa nie jest taka prosta. – Natan pokręcił głową. – Patent jest naszym wspólnym dziełem. Poza tym co dwóch ekspertów od produkcji stali, to nie jeden.

Było coś jeszcze. Natan miał wiedzę, doświadczenie i nowe pomysły, ale to Greg reprezentował tradycję. Jego rodzina parała się produkcją stali od pokoleń, i jeśli nowa firma miała pozyskać zaufanie klientów, to właśnie dzięki niemu. W świecie wielkiego przemysłu Greg należał do arystokracji. Natan był parweniuszem.

Roxy spojrzała na niego z namysłem i znów sięgnęła do pudła. Natan nie czekał, aż wyjmie jeszcze jeden seksowny drobiazg.

– Gdybyśmy doprowadzili do tego, że Marla i Greg spotkają się w jakimś neutralnym miejscu i spokojnie porozmawiają, to myślę, że wszystko by się wyjaśniło – powiedział szybko. – Marla zrozumiałaby, że te zdjęcia nie pokazują prawdy o Gregu. To tylko czyjś durny, złośliwy żart.

– Och, tak myślisz? – Zmrużyła oczy, a jej cudowne usta skrzywiły się w ironicznym grymasie.

– Owszem, tak właśnie myślę. – Udał, że nie zauważa kpiny. – Znam Grega od lat i wiem, że do głowy by mu nie przyszło zdradzić kobietę, którą poprosił o rękę. Greg dane słowo traktuje bardzo poważnie. Gdyby tak nie było, nie planowałbym zakładać z nim firmy.

– Nikt ci nie broni rozmawiać z Marlą i próbować ją przekonać, żeby przyjęła z powrotem marnotrawnego narzeczonego – powiedziała Roxy ostrożnie. – Ja już ci powiedziałam, że nie zamierzam brać w tym udziału. Chyba nie masz problemów ze słuchem, czy się mylę?

Natan wydał pomruk zniecierpliwienia. Gdyby istniała szansa, że poradzi sobie sam z tym zadaniem, jego noga na pewno nie postałaby w pracowni sukien ślubnych Roxanny Trammel. Niestety, wiedział, że bez jej pomocy niczego nie zdziała.

– Proszę cię o pięć minut twojego czasu – powiedział z desperacją. – Opowiem ci, jaki mam plan. Jeżeli cię nie przekonam, to trudno. Ale myślę, że cię przekonam.

– W pięć minut? – Przechyliła głowę.

– Najwyżej pięć minut – zapewnił.

– W porządku, ale najpierw się przebiorę. – Roxy z niepokojem przyjrzała się szerokiemu dołowi sukni, ale nie zauważyła ani jednego pyłka na śnieżnobiałym materiale. – Jeżeli ktoś wejdzie do sklepu w poszukiwaniu wymarzonej sukni, to powiedz, że za chwileczkę wracam.

– Jest już prawie szósta po południu, w dodatku mamy piątek. Może po prostu wywieszę tabliczkę „zamknięte”? – zasugerował.

– Ani mi się waż! – wybuchnęła. – Każda klientka, która coś kupi, jest na wagę złota.

Kiedy Roxy, szeleszcząc suknią, zniknęła na zapleczu, Nate zaczął się przechadzać po butiku. Choć zdecydowanie nie był bywalcem tego typu przybytków, musiał przyznać, że wnętrze robiło na nim bardzo dobre wrażenie. Urządzono je w romantycznym stylu, tak że bardziej przypominało panieński pokój niż sklep. Suknie wisiały w ustawionych wzdłuż ścian, uroczo staroświeckich drewnianych szafach. Bieliznę wyeksponowano na wiszących tu i ówdzie ozdobnych wieszakach. Wielkie lustra imitowały okna balkonowe, obramowane koronkową firanką. Na marmurowym blacie autentycznej, dziewiętnastowiecznej toaletki rozłożono rozmaite akcesoria ślubne; były tu perłowe szpilki do włosów, błękitne podwiązki, a także kolczyki, bransoletki i inne błyskotki. W otwartych szufladach komody leżały pończochy i jakieś fatałaszki, których nazwy ani przeznaczenia Natan nie znał. Na podłodze z gładkich, przecieranych na biało desek stało kilkanaście par ślubnych pantofli, w różnych rozmiarach i stylach. Wnętrze oświetlały dyskretnie ukryte reflektorki i zwisający z sufitu żyrandol o finezyjnych kształtach. Kryształowe ozdoby poruszały się delikatnie, rzucając tęczowe błyski.

Roxy znała się na swojej robocie. Stworzyła wyjątkowo piękne, nastrojowe miejsce. Biel i światło, prostota i romantyzm – wszystko to idealnie tutaj pasowało. Mądrym posunięciem było też poszerzenie oferty. Sprzedawała nie tylko suknie, które sama szyła w pracowni na zapleczu, ale także dodatki, które inni producenci wstawiali do jej sklepu. Przyszłe panny młode mogły wyjść stąd wyposażone we wszystko, co potrzebne, żeby stanąć na ślubnym kobiercu.

Żeby jednak tak się stało, jakaś przyszła panna młoda musiała najpierw do sklepiku Roxy wejść. Na razie jednak świecił on pustkami, a jego właścicielka sprawiała wrażenie dość zdesperowanej. Interes chyba nie kręcił się najlepiej.

Zamyślony, przyglądał się właśnie jakiemuś koronkowemu gorsetowi, zachodząc w głowę, jak też normalna osoba, nietrenująca akrobatyki, może się w coś takiego ubrać, kiedy zadźwięczał dzwonek, potrącony przez otwierające się drzwi. Do butiku weszły dwie kobiety. Zapewne matka i córka, sądząc po wyraźnym podobieństwie rysów, i równie wyraźnej różnicy wieku. Natan usunął się w kąt, udając zainteresowanie biżuterią. Klientki tego typu sklepów na pewno nie lubiły tłoku, a on nie mógł pozwolić, żeby zrezygnowały z obejrzenia towaru tylko dlatego, że je wypłoszył.

Kobiety stanęły przed jedną z drewnianych szaf i zaczęły dość niedbale przesuwać wieszaki. Zbyt niedbale, by docenić jakość sukien. Natan ze zdumieniem poczuł, że jest tym zachowaniem niemalże osobiście dotknięty. Nie były to przecież sztampowe kiecki, produkowane seryjnie przez jakichś nieboraków w krajach Trzeciego Świata. Każdą z nich Roxy zaprojektowała i uszyła własnoręcznie. Każda była niepowtarzalna jak płatek śniegu.

– Niepotrzebnie tu przyszłyśmy – syknęła młodsza z kobiet. – Skąd w ogóle wytrzasnęłaś ten adres, mamo? To przecież jakaś dziura na przedmieściach, nawet nie ma porządnego wystroju, tylko stare graty.

– Candy z księgowości powiedziała mi, że jeżeli chcemy naprawdę ładną suknię, to tylko tutaj. Jej córka…

– Jej córka widocznie ma przaśny gust. Przeczytałaś szyld nad drzwiami? Właścicielka sama szyje te kiecki. Wątpię, żeby było tu cokolwiek na przyzwoitym poziomie.

Natan miał dość. Powiedział sobie: „Raz kozie śmierć”, zmobilizował swoje aktorskie zdolności, chwycił wieszak z czymś białym i zwiewnym, a potem, unosząc kreację wysoko w górę, wydał donośne westchnienie zachwytu.

– Znalazłem! – W jego głosie zabrzmiała ulga pomieszana z triumfem. – Znalazłem idealną suknię. Toż to prawdziwe arcydzieło! Moja Amelia będzie uszczęśliwiona…

Wciąż trzymając wieszak w uniesionej ręce, obrócił się powoli, tak żeby w świetle żyrandola wyraźnie można było zobaczyć każdy detal kroju. Kiedy był pewien, że już skupił na sobie uwagę obydwu kobiet, zatrzymał się nagle, spojrzał na nie i uśmiechnął się przepraszająco.

– Nie chciałem przeszkadzać. Zdarza mi się głośno myśleć, a na widok tej sukni po prostu nie mogłem zmilczeć!

– To niecodzienne – starsza dama uniosła idealnie wyregulowaną brew – żeby przyszły pan młody wybierał kreację dla swojej narzeczonej.

– Chciałem jej tylko pomóc. – Natan zrobił skromną minę. – Amelia była już chyba we wszystkich sklepach w centrum Sydney. Nie znalazła niczego interesującego. Nawet w najbardziej luksusowych salonach suknie są, jej zdaniem, zbyt pretensjonalne. Albo zbyt bezosobowe. Albo w tak dziwnym stylu, że pasowałyby tylko kosmitce…

Nawijał, modląc się w duchu, żeby nie palnąć jakiejś piramidalnej bzdury. Bo prawda była taka, że o modzie ślubnej nie miał pojęcia, nigdy w życiu nie uczestniczył w wybieraniu sukni i nie zamierzał tego robić.

– Właśnie. – Młodsza z kobiet zrobiła krok w jego stronę i pokiwała głową ze zrozumieniem. – Nie miałam pojęcia, że znalezienie sukni będzie takie trudne.

– Violet też ma za sobą kilka dość rozczarowujących wizyt w salonach mody ślubnej – wtrąciła jej matka. – Miałam nadzieję, że tutaj trafimy na coś oryginalnego…

– Moja Amelia była tak zrezygnowana, że zaczęła się zastanawiać, czy to nie znak od losu, że nie powinna wychodzić za mąż – zawiesił dramatycznie głos.

– O, nie! – wyrwało się Violet.

– Nie mogłem dopuścić do tego, żeby przekreśliła naszą przyszłość z powodu sukienki. Kocham Amelię. To kobieta mojego życia! – wyznał z emfazą. – Chcę pojąć ją za żonę i mieć z nią dzieci. Dużo dzieci.

Matka i córka westchnęły unisono, wyraźnie poruszone. Nate poczuł przypływ dumy. Nie darmo obsadzono go w roli Ali-Baby, kiedy był w szkole podstawowej. Miał talent aktorski i wiedział, jak się nim posługiwać.

– Miałem przeczucie, że jeśli tylko uda mi się znaleźć jej wymarzoną suknię, wszystko dobrze się skończy. – Pogładził delikatny materiał i uśmiechnął się tak błogo i niemądrze, jak tylko potrafił. – Jestem pewien, że właśnie ją znalazłem!

– „Wymarzona” – szepnęła Violet w zamyśleniu. – Tak nazywa się ten butik…

– Suknia jest naprawdę piękna. – Jej matka przyjrzała się z bliska trzymanej przez Natana kreacji. – Violet, spójrz tylko na ten wspaniały angielski haft. Czysta elegancja i wdzięk, a przy tym wzór jest jedyny w swoim rodzaju!

– Obejrzyjmy inne sukienki! – podchwyciła Violet z entuzjazmem. – Czuję, naprawdę czuję, że i ja znajdę tutaj moją wymarzoną.

Obydwie panie z nową werwą zaczęły szperać w szafach.

– Och! Ta aplikacja jest z prawdziwych muszelek! Coś przepięknego! – Do uszu Natana dobiegł jęk zachwytu. Zadowolony z siebie, ostrożnie odwiesił na bok „suknię dla Amelii”.

– Psst! – rozległo się od strony zaplecza.

Z wahaniem wszedł za ladę, a wtedy nagie, damskie ramię wysunęło się zza uchylonych drzwi, chwyciło go za połę marynarki i bez pardonu wciągnęło do środka.

– Co ty wyprawiasz? – Wyswobodził się tak szybko, jak tylko mógł, z nadspodziewanie mocnego uchwytu jej palców. – Powiedziałem, że poczekam na zewnątrz.

Roxy, wciąż w ślubnej kreacji, zamachała niecierpliwie rękami.

– Wiem! – usiłowała krzyczeć szeptem, co sprawiało dość zabawne wrażenie. – Ale nie mogę rozpiąć zamka! Do sklepu weszły klientki, nie obsłużę ich przecież w tym stroju! Musisz mi pomóc.

Z tymi słowami obróciła się do niego tyłem, tak energicznie, że suknia zafurkotała wokół jej kostek. Dopiero teraz zobaczył, że była boso; paznokcie drobnych stóp miała pomalowane na soczysty różowy kolor. Wiedział, że nie uda mu się wyrzucić tego widoku z pamięci.

– Proszę, pospiesz się! – Roxy uniosła dłonie i zebrała włosy, odsłaniając kark, ramiona i górę pleców. Jej jasna skóra była usiana złotymi piegami, i Natan nagle poczuł przemożną chęć, żeby przekonać się, czy całe plecy są równie piegowate. Aż do samego dołu…

– Na co czekasz? Rozepnij mi sukienkę! – padł jednoznaczny rozkaz.

Natan nie marzył o niczym innym.

Zaraz… co takiego?!

– Mam rozpiąć ci sukienkę? – powtórzył, ogłupiały.

– No pewnie, że tak! Sama nie dam rady.

Miał dotknąć jej nagiej skóry? Miał odsłaniać, centymetr po centymetrze, jej plecy? O, nie. To była droga prosto w pułapkę.

– Nie mogę… – wydukał.

– Musisz! I to szybko. Zanim klientki się zniecierpliwią i wyjdą ze sklepu.

– O, one na pewno tak zaraz nie wyjdą. Przekonałem je, że suknię życia kupią właśnie tutaj.

– Naprawdę? – pisnęła, podekscytowana jak dziewczynka, która dostała wspaniały prezent. – Jak to zrobiłeś?

– Dałem im do zrozumienia, że w twoim butiku znalazłem idealną ślubną kreację dla mojej ukochanej Amelii – wyjaśnił.

Ramiona Roxy drgnęły, a potem opadły lekko.

– Masz ukochaną Amelię? – wymamrotała.

– Ależ skąd – parsknął. – Ale nie mogłem przecież udawać, że kupuję suknię dla siebie.

– Może w ogóle nie trzeba było udawać – powiedziała sztywno. – Jestem ci bardzo wdzięczna za pomoc, ale z reguły nie wynajmuję komediantów, żeby zwiększyć sprzedaż.

– Nie ma sprawy, zrobiłem to gratis – odparł nieporuszony.

– Natan, rozepnij mi ten cholerny suwak. Przecież cię nie ugryzę. Masz jakąś fobię związaną z dotykaniem kobiet, czy co?

– Fobię? – obruszył się. – Nic podobnego. Po prostu nie chciałbym… uszkodzić tej sukni.

– Jeśli ją uszkodzisz, to będziesz miał powód, żeby się mnie bać – powiedziała groźnie. – Ale nie martw się, sukni nic się nie stanie. Jest naprawdę porządnie uszyta.

Pięć minut później Roxy, przebrana w szarą tunikę z zabawnym okrągłym kołnierzykiem zdobionym koronką, wąskie spodnie z czarnego zamszu i baletki z kokardkami, była gotowa na przyjęcie klientek.

– Musimy się umówić – powiedział Natan.

– Tak…? – zatrzepotała rzęsami.

– Żeby porozmawiać o Marli i Gregu – dodał szybko. – Obiecałaś mi pięć minut.

– W porządku. – Zerknęła przez uchylone drzwi do wnętrza sklepu. – Ale nie teraz. Nie wiem, ile czasu jeszcze tu zabawią. W każdym razie im więcej, tym lepiej. Jeżeli klientka zdecyduje się na suknię, zrobimy pierwszą przymiarkę jeszcze dzisiaj.

Natan pokiwał głową. Wiedział, że należy kuć żelazo póki gorące – nie tylko w sensie dosłownym, ale i w przenośni.

– Nie dzisiaj – zgodził się. Zbyt duża dawka Roxy naraz mogła prowadzić do niebezpiecznego uzależnienia. – Dasz mi swój numer? Zadzwonię do ciebie, umówimy się na któryś z najbliższych dni.

– Oczywiście. – Podała mu wizytówkę. Wyciągnął rękę i ich palce dotknęły się. To było leciutkie muśnięcie, ale poczuł je całym ciałem, każdą komórką układu nerwowego. Nie miał wątpliwości, że ona poczuła to samo. Westchnęła bezwiednie, a maleńka żyłka nad jej obojczykiem zaczęła pulsować mocno, szybko. W tym samym tempie uderzało jego serce.

Musiał uciekać.

Jeszcze chwila, a odkryje, że jest zakochany. Następna, a przeorganizuje swoje życiowe priorytety, na pierwszym miejscu stawiając tę kobietę. W rodzinie Sparksów historia lubiła się powtarzać, a on nie mógł na to pozwolić.

Powinien wiać, póki jeszcze był w stanie.

– Mam taką propozycję – usłyszał swój własny głos. – Jeżeli reklama, jaką ci zrobiłem, okaże się skuteczna, pozwolisz mi zaprosić się na kolację. A jeżeli nie, pozostaniemy przy tych pięciu minutach.

Miał ochotę ugryźć się w język, ale było już za późno. Roxy przechyliła głowę i spojrzała na niego badawczo spod swojej niemożliwie uroczej grzywki.

– Umowa stoi.

Tytuł oryginału: The Wedding Must Go On

Pierwsze wydanie: Mills & Boon Limited, 2012

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Hanna Lachowska

© 2012 by Robyn Grady

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2014, 2016

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN: 978-83-276-1912-9

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.