Sukienka w kolorze nocnego nieba - Karen Foxlee - ebook
Opis

Kiedy znika nastolatka, miasteczko aż kipi od plotek: wszyscy mówią o tym, w co była ubrana – o sukience w kolorze nocnego nieba uszytej z kawałków innych sukienek, sukience z historią…
Rose Lovell przez całe życie przeprowadza się z miasta do miasta ze swoim uzależnionym od alkoholu ojcem. Kiedy trafiają do położonego na wybrzeżu miasteczka, Rose zastanawia się, czy tym razem będzie inaczej.
W szkole średniej Rose poznaje popularną i lubianą Pearl Kelly, z którą się zaprzyjaźnia. Kiedy Pearl udaje się przekonać Rose do udziału w corocznej paradzie dożynkowej, dziewczyna musi znaleźć suknię odpowiednią na tę okazję. W szyciu pomaga jej ekscentryczna Edie Baker, lokalnie uważana za czarownicę, która zna wszystkie sekrety miasta. Opowiadane przez nią historie z przeszłości budzą stare tajemnice i stają się tłem dla nieprzewidywalnych wydarzeń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 310

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: The midnight dress

Copyright © University of Queensland Press and Karen Foxlee, 2013

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o., 2016

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Kalus

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja:Joanna Fiuk

Korekta:Justyna Jakubczyk

Skład graficzny:Justyna Jakubczyk

Projekt okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Fotografia na pierwszej stronie okładki: Copyright © Fotolia, autor: justysc

Fotografia autorki: Copyright © Sonya Coe Photography

ISBN: 978-83-65223-71-5

Słupsk 2016

Wydawnictwo Dobra Literatura

zamowienia@literaturainspiruje.pl

www.dobraliteratura.pl

www.literaturainspiruje.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Dla Doris Winifred Foxlee„Gone Dancing”

Ścieg łańcuszkowy

Przebaczysz mi, jeśli zdradzę ci zakończenie? Oto dziewczyna. Stoi w miejscu, gdzie park dziczeje, wypieszczony trawnik zaczyna zarastać wysoką trawą i pojawiają się ostre kamienie. Stoi na ziemi niczyjej, pomiędzy parkiem a terenem należącym do przetwórni.

Jest noc, więc nie jeżdżą pociągi dostarczające trzcinę cukrową.

Panuje nieznośna duchota i dziewczyna czuje, jak pot spływa jej po plecach. Przyciska dłonią materiał, żeby powstrzymać nieprzyjemne łaskotanie. Unosi suknię wieczorową w kolorze nocnego nieba, żeby ochłodzić nogi. Suknia jest naprawdę magiczna, dziewczyna wygląda w niej nieziemsko.

Ma za duże pantofle. Już raz się potknęła, idąc przez park i oddalając od miasta. Wcześniej, gdy stała za stadionem, wypiła trochę wina, taniego wina. Nadal słyszy odgłosy zabawy dożynkowej. Czyjś głos obwieszczający przez mikrofon, że to wspaniała noc, a później muzykę, nierówno zagranego wolnego walca. Słyszy również tłum, niskie dudnienie głosów i nagłe wybuchy śmiechu.

Jest podekscytowana. Chyba nigdy nie była tak rozgorączkowana. To obezwładniające, naglące uczucie narastało w niej od tygodni. Na samą myśl o tym czuje gęsią skórkę na przedramionach. Znajduje się dokładnie tam, gdzie miała być, właśnie w tym miejscu, jakby wracała do domu. Tak, jak to sobie wymarzyła. Kładzie dłoń na brzuchu, ponieważ czuje w nim motyle, a drugą poprawia diadem na włosach.

Nie jest pewna, jak powinna stanąć w oczekiwaniu na jego przybycie. Nie wie, czy powinna wysunąć jedną nogę do przodu niczym królowa piękności, czy może postawić ją obok drugiej. A może powinna się o coś oprzeć, udając, że nie jest aż tak podekscytowana i tylko sobie stoi z małą czarną torebką w dłoniach? Co zrobi z torebką? Jak ją odłoży, kiedy on już podejdzie, żeby ją objąć? Ma ją po prostu upuścić? Próbuje jakoś rozwiązać ten problem.

Co powinna mu powiedzieć? Czuje pustkę w głowie, gdy zaczyna o tym myśleć. Zwykle wie, co ma mówić, ale teraz nic nie może wymyślić. Może przyjdzie jej coś do głowy, gdy on już się pojawi. Być może coś zabawnego albo uwodzicielskiego, albo i takiego, i takiego.

Serce prawie wyskakuje jej z piersi, gdy słyszy kroki. Śmieje się.

– Gdzie jesteś? – pyta szeptem, ponieważ jeszcze go nie widzi.

Jest ciemno. Nagle robi się jeszcze ciemniej, jakby chmura zasłoniła księżyc. Podnosi wzrok, by to sprawdzić, i widzi księżyc, dopiero co wykuty, rozgrzany do białości. Gdy spuszcza wzrok, on już tu jest. Jest tak samo zaskoczony jak ona, ale uśmiecha się.

– Co ty tutaj robisz? – pyta dziewczyna.

Rose przyjeżdża pewnej styczniowej nocy, kiedy spadające ciśnienie powietrza sprawia, że na szerokich pustych ulicach nie ma czym oddychać. Palmy rosnące wzdłuż głównej drogi pochylają swoje przygnębione głowy, kobiety wachlują się w otwartych drzwiach z nadzieją na najlżejszy wiaterek. Starsze panie oglądają wieczorne wiadomości, wyjmują chusteczki zatknięte za ramiączko stanika i ocierają górne wargi, ludziom w barach pot zalewa twarze. A w niezliczonych ciemnych sypialniach, leżąc w łóżkach pod furkoczącymi wiatrakami zamontowanymi na sufitach, dziewczyny już marzą o sukienkach.

Deszcz nadchodzi w nagłych, wyczerpanych westchnieniach i spontanicznych, drżących ulewach, ale nie przynosi ulgi. Jadą wyludnioną główną ulicą. Rose uważa, że to jakaś cholerna dziura. Jest ekspertką od tych rzeczy. Mogliby jechać dalej, ale nie mają dość paliwa. Stacja benzynowa jest zamknięta – już samo to wiele mówi o tym mieście. Skręcają i przejeżdżają przez tory kolejowe, gdzie zauważają szyld obwieszczający: PARADISE ZA 7 KILOMETRÓW.

Paradise to pole kempingowe. Ojciec gasi silnik i siedzi bez ruchu, ściskając kierownicę. Rose słyszy ocean: to, jak nagle zasysa powietrze, jakby coś mu się przypomniało, coś strasznego, ale zaraz dochodzi do wniosku, że nic nie może z tym zrobić, więc tylko wzdycha. Noc jest ciemna i bezgwiezdna.

– To równie dobre miejsce jak inne – odzywa się wreszcie ojciec.

Ona wysiada i trzaska drzwiami.

– Cholera.

Ropuchy odskakują przed jej stopami.

Budka też zamknięta. Ale jest dzwonek dla tych, którzy przyjeżdżają po godzinach otwarcia, więc Rose naciska go, ale nikt nie przychodzi.

Kiedy wraca do samochodu, ojciec nadal siedzi za kierownicą. Sięga ręką i wyciąga kluczyki ze stacyjki. On nawet nie drgnie. Typowe. Ona doskonale wie, co się zaraz wydarzy. Zostanie tu na noc i będzie rozmyślał. Będzie starał się rozwiązać problem, jakby chodziło o jakieś wielkie, skomplikowane twierdzenie, a rano uświadomi sobie, że przecież to wszystko jest bardzo proste. Wygramoli się z samochodu, wejdzie do przyczepy, zaciągnie kotarę wiszącą nad jego łóżkiem i zacznie się trząść.

– Idę spać, tato – mówi.

– Dobrze – odpowiada, wpatrując się w ciemność.

Dopóki nie otworzą kempingu, nie może podłączyć prądu, więc w środku przyczepy porusza się w ciemności, aż dociera do swojego niewielkiego łóżka. Otwiera szufladę obok poduszki, znajduje szczotkę i rozpuszcza włosy. Czesze je, siedemdziesiąt jeden pociągnięć, a następnie splata w warkocz. Pamięta, że jej mama robiła dokładnie tak samo. Wspomnienie jest mgliste, niewyraźne, jak wyblakłe zdjęcie. Zaciska powieki, aż pozbywa się tego obrazu kosztem łez.

Głupota. Płacz jest głupi.

– Głupi – mówi na głos.

Pada. Deszcz delikatnie uderza o dach przyczepy. Kiedy była mała, ojciec powiedział, że to Bóg stuka opuszkami palców. Dobrze słyszy szum morza, jego urywane wdechy i wydechy, całą otaczającą ją noc, rozmyślanie. Kładzie się i ponownie zaciska powieki.

Gdyby było światło, zapisałaby coś w małym zielonym notatniku. Wie, że jej słowa byłyby nieociosane jak kamienie i później, wstydząc się, wydarłaby kartkę. W notesie zapisuje kolumny słów, których nienawidzi. Pierwsze to „zgryzota”. Nie cierpi jego brzmienia. Przywodzi jej na myśl małą, niewygojoną jeszcze ranę. Słowo w ogóle nie oddaje uczucia, które nigdy się nie kończy. Wznosi się jak gigantyczny cumulus. Otacza ją, ciemne i magiczne. Nocą, kiedy zaciska powieki, czuje, że z łatwością mogłaby unieść się w powietrze podtrzymywana przez chmurę, wylecieć przez okno znajdujące się nad łóżkiem. Poleciałaby nad miasto, nad parking ciężarówek, autostradę, pola trzciny cukrowej, wybiegi dla koni, zarośla. Tak właśnie chciałaby opisać zgryzotę. Żałuje, że nie ma słowa równie potężnego jak to wszystko.

Nigdzie się nie wybiera. Zostaje i nie otwiera oczu. Przed snem słucha deszczu.

W toalecie dla starszych uczennic Pearl Kelly jednym uchem przysłuchuje się rozmowie o nowej dziewczynie. Siedzi na ławce z wyciągniętymi przed siebie nogami, natomiast inne dziewczyny tłoczą się przy matowym metalowym lustrze i wpatrują w swoje rozmazane odbicia. Myśli też o pocałunku z Jonahem Pedersenem – chłodnym i mokrym, w ogóle nie takim, jakiego się spodziewała. Różnił się od pocałunków Toma Coyne’a, które zawsze były powściągliwie i suche. Całował rytmicznie, jakby ustami wybijał jakąś melodię. Tom Coyne umiał się całować już w siódmej klasie.

Wszystko to jest rozczarowujące – tak długo czekała na pocałunek Jonaha Pedersena, chociaż wcale nie musiała. Wszystkie czekały. A teraz jest już po, czuje go jeszcze na ustach i chce tylko jednego: wymazać to z pamięci. Co gorsza, po wszystkim wydawało się jej, że było mu wstyd. Wiedział, że jest kiepski, podczas gdy one wszystkie sądziły, że jest doskonały. To taka brzydka tajemnica.

Wraca do rozmowy dziewczyn.

– Jest naprawdę niezwykła – mówi Maxine Singh.

– Niezwykle brzydka? – pyta Vanessa Raine, która jest najładniejszą dziewczyną w szkole i lubi być na bieżąco z tego typu sprawami. – Czy niezwykle dziwna?

– Widziałam ją w gabinecie pani D. – mówi Shannon Fanelli. – To znaczy widziałam tylko z boku. Wydaje mi się, że ma brzydką cerę albo pieprzyki.

– Albo brodawki? – dodaje Mallory Johnson.

– Ja ją widziałam od przodu – mówi Maxine. – Właściwie to jest niezwykle ładna.

– Z wyjątkiem włosów – wtrąca Shannon. – Ma taką wariacką fryzurę, dwa koki spięte tysiącem wsuwek.

– Cześć – mówi Rose, wchodząc do toalety.

Nie ma ze sobą torby. Niesie tylko ołówek. Mundurek jest na nią za duży. Przygląda się, dokąd sięgają ich spódnice, patrzy na ich fryzury, gdy tak się na nią gapią z rozwartymi ustami pokrytymi błyszczykiem, i natychmiast, w ułamku sekundy, kalkuluje, że nigdy się do nich nie dopasuje.

– Cześć – odpowiadają chórem.

– Cześć – mówi ponownie Rose. Już wie, że wszystko tu znienawidzi, zawsze tak jest. Dotyka włosów, żeby sprawdzić, czy nie wymknął się jakiś zabłąkany kosmyk.

Wtedy z ławki podrywa się uśmiechnięta Pearl.

– Geografia czy francuski? – pyta.

Prawda jest taka, że powinna powiedzieć „geografia”, ponieważ nigdy nie uczyła się francuskiego. Rose patrzy na Pearl i próbuje coś wymyślić. Dziewczyna ma przeciętny wzrost, doskonale proporcjonalne kończyny i wspaniałe złociste włosy, lekko rozjaśnione od słońca. Jest dokładnie taka, jakie Rose lubi najmniej. Ale czy to taka dziewczyna, która uczy się geografii czy francuskiego? W jej wyglądzie nie ma niczego egzotycznego. „Egzotyczny” nie jest słowem opisującym Pearl Kelly. Sprawia wrażenie, jakby podobały jej się kolorowe warstwy pokrywy ziemskiej. Mogłaby się tym szczycić. Wygląda na dziewczynę, która dobrze by się czuła, obcując ze słowami takimi jak „tektoniczny” lub „magma”. Zrozumiałaby skalę na mapie.

– Francuski – odpowiada Rose.

– Wspaniale – mówi Pearl.

Rose truchleje.

Prawda jest taka, że miała nie iść do szkoły, tylko pani Lamond, która prowadzi kemping, zaczęła przebąkiwać, że zawiadomi władze. Pani Lamond jest mała i zasuszona. Czasem dorysowuje sobie brwi, a czasem o tym zapomina.

– Długo tu zostaniecie? – zapytała.

Pani Lamond umie odróżnić wczasowiczów od włóczęgów. Ten ojciec i córka są włóczęgami. Kolejna przykra sprawa.

– Możliwe – odpowiedziała Rose.

– Więc lepiej zapisz się do szkoły.

– Mam piętnaście lat, prawie szesnaście – poinformowała ją Rose. – Nie muszę już chodzić do szkoły.

– Szkoła będzie dla ciebie najlepszym miejscem.

Pani Lamond nie lubi tej chudej dziewczyny ze smutnymi oczami, która przychodzi do kiosku i przegląda magazyny, ale nigdy niczego nie kupuje.

– A skoro już przy tym jesteśmy, to nie biblioteka.

Rose odłożyła artykuł zatytułowany Siedem seksownych sposobów na upięcie włosów i dotknęła swoich spiętych kędziorów.

Prawda jest taka, że pierwszego dnia odkryła, że plaża to rzeczywiście raj, niewielka zatoczka otoczona lasem. Wyszła z przyczepy kempingowej i wpatrywała się w nią, przecierając oczy. Minęła auto, w którym nadal spał jej tata, i poszła w stronę drobnego piasku. Kiedy tego ranka zanurzyła stopy w morzu, jej skóra przybrała barwę oliwkowej zieleni. A gdy się odwróciła, zobaczyła za sobą góry, siedzącego mędrca w szacie z chmur.

– Cholera – powiedziała.

Ojciec wygramolił się z samochodu i wszedł do przyczepy. Zaciągnął zasłonę w swoim kącie, rozebrał się i przykrył kołdrą. W ciągu kolejnych kilku dni przyczepa wypełni się smrodem jego potu. Był niepomny. Zapisała to słowo w swoim notesie. NIEPOMNY. Był niepomny morza, które w ciągu dnia zmieniało kolor z zielonego na niebieski, a potem na turkusowy; niepomny wielkich chmur rzucających cienie na jego powierzchnię, a następnie zakrywających góry; niepomny wodospadów, które dostrzegła wysoko na skałach, oraz gwałtownie podrywających się ptaków w kolorach tęczy.

Rose zrobiła to samo co zawsze. Zajęła się nim. Przygotowała mu tosta i poczekała, aż wystygnie – to wszystko, co mógł zjeść. Kupiła w sklepiku kilka dwulitrowych butelek coli, która chyba trochę mu pomagała. Zwilżyła ręcznik i położyła na jego ciele niczym całun.

Zajmowała się nim bez słowa, chodziła na bosaka, piasek przylgnął do jej nóg, i nic nie mówiła.

– Dzięki – powiedział raz.

A raz „przepraszam”.

Resztę czasu Rose poświęcała na zwiedzanie okolicy. Wspięła się na skały z lewej strony zatoki i znalazła jeszcze jedną plażę, wspaniałą i pustą. Zastanawiała się, czy nie przenieść tam swoich rzeczy. Kilku ubrań, zielonego notesu: zawartość szuflady mogła zmieścić w swojej czarnej torbie z tworzywa sztucznego. Mogłaby zbudować sobie szałas z liści palmowych. Jedyne, czego potrzebowała, to zapałki i koc. Gdzieś znalazłaby wodę. Bez końca fantazjowała o takim życiu, siedząc na plaży lub unosząc się na plecach w morzu. W ciągu dnia przybywało chmur i każdej nocy padał deszcz, który zagłuszał wszelkie inne dźwięki: morza, jej oddechu i niespokojnego snu ojca.

– Co dolega twojemu tacie? – zapytała pani Lamond. – Jest chory?

– Trochę – odpowiedziała Rose, przesuwając palcem po kulach śnieżnych z plastikowymi rafami koralowymi w środku. – Ale już mu lepiej.

– Podobają mi się twoje włosy – mówi Pearl podczas pierwszej lekcji francuskiego.

Rose użyła czarnej płukanki. Poszła do miasta, żeby ją kupić, i wróciła autostopem ciężarówką wiozącą arbuzy. Zapłaciła za płukankę prawie dwanaście dolarów, wydając na włosy pieniądze, za które mogła kupić jedzenie lub paliwo.

Płukanka sprawiła, że włosy stały się bardziej szorstkie i poskręcane.

– Dobrze ci służy – powiedział ojciec siedzący na skraju łóżka, niepewnie odwracając w jej stronę smutną pociągłą twarz.

Dziś, jej pierwszego dnia w szkole, związała włosy w dwa koczki po obu stronach głowy. Wyglądało to zabawnie, jakby miała słuchawki. Poszła do kempingowej umywalni i obwiodła oczy grubą czarną kreską. Niczego nie mogła zrobić z tysiącami piegów. Przejrzała się w lustrze.

– Wstrętna suka – powiedziała, po czym udała się w miejsce, gdzie według słów pani Lamond miał przejeżdżać autobus.

Myślała, że w szkole każą jej zmyć makijaż, ale dyrektorka, pani D’addazio, zdawała się go nie zauważać.

– Cudownie – powiedziała, patrząc na Rose. – Dziewczęta ucieszą się, że mają nową koleżankę. To mała szkoła, bardzo mała, a ile ty masz lat? Piętnaście? Wspaniale, będziesz mogła wziąć udział w paradzie dożynkowej, która odbywa się pod koniec maja. Nasza szkoła, Leonora High, ma swoją platformę, na której jadą wszystkie dziewczęta, zatem musisz sobie znaleźć suknię. Wszystkie dziewczęta mają szyte suknie. Nazywamy to sezonem sukni. Taka tradycja, chyba mogę to tak nazwać. Czy twoja mama potrafi szyć?

– Nie mam mamy – powiedziała Rose.

– Och, skarbie – zreflektowała się pani D’addazio. – Przykro mi z tego powodu. Cóż, nie martw się, jestem pewna, że znajdziemy kogoś, kto ci pomoże.

Rose miała nieprzeniknioną minę.

– Chodzi mi o to, że twoje włosy mają naprawdę ładny kolor – dodaje Pearl po francusku.

Z różowego piórnika wypadły jej fluorescencyjne zakreślacze i potoczyły się na stronę ławki zajmowaną przez Rose. Pearl pochyla się, żeby je pozbierać. Nie ma pojęcia o przestrzeni osobistej – myśli Rose. Pearl Kelly pachnie kokosem i kwiatem plumerii1.

– Jestem uzależniona od zakreślaczy – mówi Pearl.

Rose patrzy na nią i zaraz przenosi spojrzenie gdzieś obok.

Pearl pisze zakreślaczami, zmienia kolory, stawia duże litery, pomarańczowe, jasnozielone, żółte i różowe. Gdzieniegdzie dodaje wielkie wykrzykniki zamiast kropek oraz serduszka nad każdą literą „i”. Rose zaczyna od tego mdlić. Stuka w ławkę pomalowanymi na czarno paznokciami, żeby Pearl je zauważyła.

– Chyba będzie ci się tu podobać – mówi Pearl.

Muszą utworzyć pary, żeby madame Bonnick mogła rozdać im zadania.

– Trzymaj się mnie – szepcze Pearl, co jest très2 irytujące. Ułożyła swoje zakreślacze très schludnie.

– Dobry pomysł – odzywa się madame Bonnick. Ma straszny nosowy akcent, gdy mówi po francusku. – Bonne idée. Pearl będzie się opiekowała Rose. To są role, które trzeba będzie odegrać w zadaniu, losujecie je z kapelusza i nie możecie ich wymieniać. Należy przygotować dwuminutowy dialog, a im bardziej jest się przekonującym i kreatywnym, tym lepiej. Mam na myśli rekwizyty, mesdemoiselles i messieurs. Mam na myśli kostiumy.

Pearl wyciąga karteczkę z kapelusza madame Bonnick.

– O kurczę – mówi.

– Nie ma mowy – protestuje Vanessa w innym kącie sali, ponieważ wylosowała dzwonnika z Notre Dame. Odrzuca w tył długi jasny kucyk i zaczyna domagać się wymiany.

Podczas przerwy Pearl nalega, żeby Rose usiadła z nimi.

– A gdzie indziej chciałabyś usiąść? – pyta Pearl. – Co będziesz jadła?

– Nic – odpowiada Rose.

– Masz anoreksję? – pyta Shannon, nie kryjąc ekscytacji.

– Masz, zjedz moje jabłko – mówi Pearl i podaje Rose owoc.

Jest tam sześć dziewczyn: Vanessa, Pearl, Maxine, Mallory, Shannon i jeszcze Rose. Zaczynają rozmawiać o sukienkach.

– Wybrałaś już kolor, Pearlie? – pyta Vanessa. – Kolorami tego roku są akwamaryna, jaskrawy róż lub jakikolwiek metaliczny odcień. Nie mówię, że to, co założę, będzie zgodne z tymi wytycznymi. To będzie największa niespodzianka. Na całym gorsecie planuję cekiny. Mama wybiera dla mnie kolory. Ma bzika na ich punkcie. Jeśli chcesz, może też wybrać kolory dla ciebie, ale sądzę, że tobie będą pasowały odcienie jesieni. Ludzie, którzy są jesienią, nigdy nie powinni nosić złota. Jest mnóstwo innych kolorów do wyboru.

– Zjesz to jabłko czy będziesz tylko się na nie gapić? – pyta Pearl Rose.

Pearl Kelly ma brązowe oczy, bardzo ciemne. Potakuje Vanessie, lecz jej oczy się śmieją. Zawija włosy na czubku głowy i wtyka w nie ołówek.

Jakiś chłopak podchodzi do ich grupy. Jest wysoki, ale się garbi. Zerka spod długiej grzywki i mówi bardzo wolno.

– Cześć, poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale nie wiedziałem, że trwa zlot fanów Gwiezdnych wojen – mówi, patrząc na koczki Rose. – Dobrze, że przyniosłem mój miecz świetlny.

Maca się po kroczu dla lepszego efektu.

– Spieprzaj, Murray – mówi Pearl. – Twój miecz świetlny ma wielkość orzeszka.

Oddala się wielkimi susami, jego misja dobiegła końca. Rose odhacza go w głowie jako tego, którego należy znienawidzić.

– Nie przejmuj się nim – mówi Pearl. – Jak go lepiej poznasz, przekonasz się, że często wydaje mu się, że jest zabawny.

– Na czym skończyłyśmy? – zastanawia się Vanessa.

– Nie wiem, jaki powinnam wybrać kolor – mówi Pearl. – Nie mam pojęcia, jaką jestem porą roku. Może jedną z tych dziwnych pór, które tak naprawdę nie istnieją, takich jak babie lato.

Vanessa nerwowo odrzuca do tyłu grzywkę.

– Z tym nie ma żartów – mówi.

– A ty, Rose, w jakim kolorze wystąpisz? – pyta Pearl.

– Nawet nie wiem, o czym rozmawiacie – mówi Rose. Ma chrapliwy głos, ponieważ ostatnio niewiele mówiła. Minione tygodnie spędziła samotnie, chodząc po skałach i udając, że jest rozbitkiem.

– Chodzi o paradę dożynkową – wyjaśnia Maxine – która odbywa się tu od jakichś stu lat. Najpierw palą trzcinę, a kolejnym punktem programu jest parada z platformami. Wszystkie dziewczyny muszą założyć sukienki, jedna z nich zostaje królową, jeden z chłopaków – księciem, a potem wszyscy tańczą na ulicy.

– Dziwne – mówi Rose.

– To nie jest dziwne – oponuje Vanessa.

– Gdybyś była zjawiskiem meteorologicznym, czym byś była? – pyta Pearl, żeby jeszcze bardziej wkurzyć Vanessę.

– Letnią burzą z gradem – odpowiada Rose.

Gryzie jabłko.

Ona i ojciec widzieli kiedyś taką burzę, fosforyzującą zielenią, snującą się nad równiną. Ojciec zatrzymał samochód i obserwowali, jak się zbliżała: najpierw leniwie, potem nagle ruszyła z kopyta, smagając ziemię i uginając drzewa, aż wreszcie musieli się schronić na podłodze auta.

Vanessa wyrównuje gładkie jak zwierciadło blond włosy.

– Więc mówisz, że ubierzesz się na zielono? – pyta.

– Nie zamierzam stroić się w żadną kiczowatą sukienkę – odpowiada Rose.

– To dobrze – mówi Vanessa – ponieważ dziewczyny z rudymi włosami i piegami nigdy nie powinny nosić zielonego.

– Chciałabym zostać rozbitkiem – mówi Pearl po biologii.

Rose podzieliła się z nią najmniejszym kawałkiem siebie – opowiedziała o ukrytej zatoce. Nie wierzy, że to zrobiła, postąpiła wbrew wszelkim zasadom, jest dopiero wpół do drugiej pierwszego dnia. Była w zbyt wielu szkołach, więc już to sobie utrwaliła. Doskonale wie, jak to działa. Ale Pearl swoją dobrocią osłabiła jej warstwę ochronną.

Cholera – strofuje się. Tej Pearl nie da się powstrzymać.

– Wiem, o którą zatokę ci chodzi. Wygląda tak jak w filmie, jakby miał się tam zaraz rozbić jakiś statek. Jak w Robinsonie Crusoe. Pamiętasz to przedstawienie? Chciałabym się opalić na brąz, popijać mleko kokosowe i nosić spódniczkę z liści. Nie mogę się doczekać wyjazdu. Spadam stąd, jak tylko skończę szkołę. Właśnie tak zrobiła moja mama. Najpierw pojadę do Rosji, bo stamtąd pochodzi mój tata. Nie żartuję. Nigdy go nie widziałam. Jestem owocem przelotnego romansu. Mój ojciec błyskawicznie mnie rozpozna. Będziemy na jakimś zatłoczonym dworcu. Od razu rozłoży ramiona na mój widok, będzie pachniał śniegiem i szyszkami sosnowymi. Naprawdę zależy mi na szkole, ale nie mogę się doczekać jej końca. Nie wiem jeszcze, kim zostanę. A ty wiesz, kim chcesz zostać? Skąd niby mamy wiedzieć, kim będziemy? Mama mówi, że życie jest najlepszym nauczycielem. Tańczyła w zespole rewiowym w Paryżu, gdy miała osiemnaście lat. Pracowała również w cyrku. Umiała połykać ogień. To znaczy nadal umie. Mówi, że miłość jest jedyną rzeczą na świecie, która naprawdę się liczy. Jeśli chodzi o to zadanie z francuskiego, to mam taki stary falbaniasty kostium z czasów, gdy grałam Little Bo Peep w balecie, ale chyba będzie jeszcze na mnie pasował, powinnam mieć też koronę. Wydaje mi się, że powinnam być Marią Antoniną. A może ty odegrasz rolę kata i zrobiłabyś gilotynę. Masz czasem powtarzające się sny? Ja śnię o pewnym miejscu. To niebo nad miastem, widać jakiś miliard gwiazd. Nie wiem, gdzie to jest, nigdy tam nie byłam, ale na pewno trafię kiedyś do tego miejsca. Zawsze skądś przyjeżdżam, wracam ze wspaniałej podróży. Wierzysz w takie rzeczy?

– Cholera – mówi Rose. – Nie wiem.

– Przepraszam. Za dużo mówię.

Pearl pokazuje Rose drogę na zajęcia ze sztuki. Zrobiło się gorąco, popołudniowe chmury tłoczą się na niebie. Niedługo zacznie padać. Rose już to wie, poznaje po tym, że wszystko nieruchomieje i jest pozbawione tchu, powietrze staje się bliskie i lepkie, jakby przeciskało się przez miód.

– Wiesz, kim chcesz zostać? – pyta Pearl.

Rose przygryza dolną wargę. Myśli o wspinaczce na skały na plaży, co jest jej ulubionym zajęciem, ale nie nadaje się na przyszły zawód. Myśli też o swoim zielonym notesie, w którym zapisuje różne historie, głupie, żenujące opowiastki. Nie ma zamiaru nikomu o nich mówić.

– O Boże, Rose – mówi Pearl. – To tylko pytanie. Wystraszyłaś się?

Po szkole przyczepa wygląda na jeszcze mniejszą. Ojciec siedzi na najwyższym stopniu i czeka na nią. Po raz pierwszy wstał z łóżka. Naprawdę wstał. Ma niezmącone spojrzenie.

– Ładna bródka – mówi Rose.

– Dziękuję – odpowiada.

Zawsze zapuszcza brodę. Gdy tak siedzi bez koszuli, wygląda jak jakaś biblijna postać. Mógłby wstać i coś nakazać, wycelować kijem w wodę i kazać morzu się rozstąpić. Zawsze trzyma się w karbach, kiedy rzuca picie. Ma gładkie czoło, w jego oczach nie czai się żaden złowrogi błysk.

– Jak było? – pyta.

– A jak myślisz?

– Usmażyłem ci naleśniki.

– Niesamowite.

– Przestań – mówi ojciec. – Nie mogę być miły?

– To do ciebie nie pasuje.

Wchodzi do środka i widzi, że tato wyjął swój szkicownik i ołówek. Wkrótce znowu będzie rysował. Z wahaniem, jakby nie pamiętał, jak to się robi. Zacznie zauważać świat. Będzie mówił: „Spójrz na to niebo, Rose. Powiedz: co o tym sądzisz?”. Będzie się na głos zastanawiał nad farbami.

W autobusie wiozącym ją do domu usiadł przed nią chłopak z mieczem świetlnym. Zrobił to specjalnie. Zmrużyła oczy i wyglądała przez okno. Wydawało się jej, że dopiero niedawno wystrzelił w górę i nie wiedział, co zrobić z długimi nogami i rękami. Śmierdział. Powinien umyć te swoje rozczochrane brązowe włosy. Rose z całych sił go ignorowała, patrzyła przez niego, kiedy coś do niej mówił.

– Tylko się wygłupiałem – powiedział. – No wiesz, w szkole. Gdy mówiłem o Gwiezdnych wojnach.

– W porządku – odparła, zerkając na niego bez uśmiechu.

Palcami wystukiwał rytm na oparciu siedzenia. Ignorowała go, aż odwrócił się od niej i założył słuchawki.

– Poznałam dziewczynę, której nie zamyka się buzia – Rose opowiada ojcu. – I inne dziewczyny. Wszystkie wezmą udział w jakiejś paradzie. Wszyscy w niej uczestniczą. To jakaś pogańska impreza związana ze zbiorem trzciny. I wszystkie muszą kupić sobie sukienki.

Ojciec unosi ciemne brwi.

– Nie martw się – uspokaja go. – Ja nie zamierzam się w to bawić.

– Możesz, jeśli chcesz.

– Widziałeś mnie kiedyś w sukience?

Później idzie na plażę i na piasku pisze swoje imię i nazwisko. ROSE LOVELL. Duże litery, zaokrąglone, z brzuszkami i pętelkami. ROSE LOVELL. Rose Lovell nie nosi sukienek. Rose Lovell nie potrzebuje przyjaciół. A jednak jedyne, co czuje, mimo nisko wiszących chmur i zbliżającej się wieczornej burzy, to kokos i plumeria.

Ścieg ostryga

Drugiego dnia rano, kiedy dziewczyny już nie ma, wydaje się, że góra stoi na straży miasta. Ptaki wylatują z leśnych ostępów, klucz za kluczem. W powietrzu unosi się silny zapach melasy, ziemię zaśmiecają czarne trzcinowe łodygi. Na słupach nadal wiszą papierowe kwiaty, serpentyny zdobią witryny sklepów.

Miasto jest rozedrgane. Uczennice i kobiety zbierają się w niespokojnych grupkach przy Main Street, rozchodzą, po czym ponownie do siebie wracają. Temat pozostaje niezmienny. Coś się stało, coś tu zaszło. Uciekła. Mogłaby tak uciec? Zniknęła, po prostu zniknęła bez śladu.

Pani Rendell, kioskarka i pracownica punktu pocztowego, nie może usiedzieć w spokoju. Chodzi w tę i z powrotem między dwiema alejkami sklepowymi, jej nylonowe pończochy szeleszczą przy każdym ruchu, poprawia gazety i zagaduje do każdego, kto chce słuchać.

– Nie żyje, na pewno nie żyje, czuję to w kościach – mówi, a potem szeptem dodaje: – To morderstwo, nie chcę o tym mówić, ale wiem. Mam przeczucie.

Jej jedyny syn, Paul, wychodzi zza kotary oddzielającej jego niewielką wypożyczalnię książek Blue Moon. Opiera się o ścianę, zakłada ręce i patrzy na nią oczami o kolorze rozwodnionego błękitu.

Dołączy do chaotycznie działającej grupy poszukiwawczej złożonej z około pięćdziesięciu wzburzonych mężczyzn przeczesujących pola trzcinowe leżące najbliżej fabryki. Najpierw będą jej szukać tam, gdzie ścięto już trzcinę: ustawią się w linii i będą tratować łodygi ciężkimi butami. Potem sprawdzą na polach, z których jeszcze nie zebrano trzciny, przejdą między rzędami roślin. Będą zaglądać między dorodne liście, które wystrzeliły w górę dzięki wilgoci. Przeszukają rowy biegnące wzdłuż pól i wszystkie pomniejsze strumienie.

Wyciągną łodzie na spokojną zieloną rzekę i będą po niej pływać bez żadnego planu. Wzburzą wodę na powierzchni, poślą drobne fale w stronę tych, którzy przyjdą obserwować akcję ze starego mostu. Fale znikną, a rzeka odzyska płaską powierzchnię, w której ludzie zobaczą własne odbicia. W lustrze rzeki będą spoglądać na siebie nawzajem.

Szukają aż do zachodu słońca, a potem stają i zrezygnowani rozmawiają na głównej ulicy, ich głosy tłumi dzikie nawoływanie rozplotkowanych rudawek szukających sobie miejsca na noc. Nie trzeba mówić, że stało się coś strasznego – wszyscy już to wiedzą. Niczego nie znaleziono. Nie ma śladu po dziewczynie w sukni koloru nocnego nieba.

O Boże – wzdycha Pearl.

– Przepraszam – mówi Rose.

Deszcz walący w dach sklepu jest ogłuszający, spada kaskadami z markizy. Wszędzie są kryształy, wypełniają półkę za półką, kawałki ametystu, agaty, amulety z bursztynu wiszące w równych rzędach. Tygrysie oko i chalcedon, różowy kwarc, karneol, cytryn, jaspis. Z każdego cala sufitu coś zwisa: szklane paciorki i połyskujące ozdóbki, różne rodzaje dzwonków. W witrynie palą się świece ustawione na świecznikach z barwionego szkła, płomienie odbijają się w tysiącach błyszczących przedmiotów. To oznacza – myśli Rose – że Pearl mieszka w takim miejscu.

Rose została zaproszona, żeby dokończyć zadanie z francuskiego. W kieszeni czarnych dżinsów ma rysunek gilotyny, teraz przesiąknięty wodą.

– Wejdź – mówi Pearl.

– Zamoczę ci podłogę.

– O mój Boże – wtrąca się Pattie Kelly, mama Pearl. – Wyglądasz, jakbyś się topiła. Pearlie, przynieś szybko ręcznik.

– Przyszłaś na piechotę? – pyta Pearl, nie ruszając się z miejsca.

– Nie jest tak daleko – odpowiada Rose.

– Przyszła aż z zatoki – mówi Pearl.

– Z zatoki! – dziwi się jej mama.

– Znalazłam skrót przez trzciny – tłumaczy Rose.

– Przez trzciny – załamuje ręce Pattie. – Nie możesz tamtędy chodzić, pełno tam tajpanów i innych jadowitych węży.

– Była tam taka ścieżka – mówi Rose, po czym spogląda na swoje buty. – Raczej błotnista.

Mama Pearl wygląda inaczej niż Pearl. Jest niska, pulchna i ma ciemne włosy. Nosi za duży gorset intensywnie pachnący paczulą3. Chwyta Rose i przyciska ją do piersi, a kiedy ją puszcza, Rose z przerażeniem widzi, że na ubraniu pozostał mokry ślad.

– Czyż nie jest cudowna? – mówi Pattie. – Czyż ona nie jest cudowna, Pearlie?

Grzywka przylepiła się Rose do głowy, a eyeliner spłynął po policzkach. Po co tu przyszła? Powinna odmówić. Dlaczego się nie wyłgała? Wciąż popełnia te same głupie błędy.

– Idź do łazienki, kochanie, i przebierz się – mówi Pattie. – Pearlie, zdejmij dla Rose kurtę z wieszaka… Nie, nie tę białą, czerwoną, tak, a jej rzeczy włożymy do suszarki.

– Nie wiedziałam, że nie będziesz miała jak podjechać – do łazienki dochodzi głos Pearl. – Powinnaś była mi powiedzieć.

Rose zdejmuje ubrania i przegląda się w dużym lustrze. W przyczepie nie mają lustra, więc zaskoczyło ją własne odbicie: jest taka szczupła, naprawdę szczupła, ma drobne piersi. Kładzie piegowate dłonie w miejscu, gdzie widać zarys żeber. Ma piegi na przedramionach, twarzy i nogach, ale nie na brzuchu, który ma kremowy odcień. Spacery po plaży zarumieniły jej ramiona.

– Nie było tak źle – mówi Rose. – Nie wiedziałam, że będzie tak mocno padać.

– Witamy w deszczowej krainie – mówi Pearl, odrywając metkę i podając jej kurtę przez drzwi.

Kurta wygląda jak kaftan i sięga jej do kolan. Jest bawełniana, ma rubinowy odcień, jest na wpół przezroczysta i wyszywana cekinami. Rose nigdy w życiu nie miała czegoś takiego na sobie – zawsze nosiła czarne dżinsy i flanelowe koszule, a teraz, gdy mieszka w tropikach, starą czarną koszulkę i obcięte szorty. Długo patrzy na siebie w lustrze.

– Wyjdziesz wreszcie? – pyta w końcu Pearl. – Musimy wysuszyć ci włosy.

– To chyba nie jest konieczne – mówi Rose.

Pattie Kelly bierze suszarkę i każe Rose usiąść na krześle na środku sklepu. Pearl odwraca wiszącą na drzwiach tabliczkę z „Otwarte” na „Zamknięte”. Zabierają się do pracy: na początek wyjmują wszystkie wsuwki i gumki, którymi Rose spięła włosy, i kładą je na jej otwartej dłoni. Obie śmieją się, jakby to była najzabawniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek robiły. Rose wie już, skąd u Pearl taki słowotok. Pattie Kelly również nie zamykają się usta. Przerywają sobie nawzajem, sprzeczają się i bez przerwy śmieją.

– Rozczesz je okrągłą szczotką – mówi Pearl.

– Nie, pozgniatam je – mówi jej matka. – Chcę zrobić loki.

– Idź włączyć jakąś muzykę.

– Ty idź włączyć.