Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 366 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Suka z klasą - Andrew Dilger

Andrew Dilger przeobraża swoje życie. Rezygnuje z pracy redaktora w Oxford University Press i zostaje wolnym strzelcem. Poza tym zamierza poprosić swoją dziewczynę Sarah o rękę i samemu zorganizować ślub. Na tym jednak jego zapał do wprowadzania zmian się nie kończy – Andrew postanawia spełnić swoje marzenie o posiadaniu psa. Zabiera się do tego w sposób bardzo systematyczny: najpierw wybiera rasę, potem płeć – tej, ściśle mówiąc, nie musi wybierać,

bo to oczywiste, że jego towarzysz nie może być suką – a na koniec imię, i dopiero wtedy przystępuje do poszukiwań w pobliskich schroniskach. Okazuje się jednak, że nie tak łatwo znaleźć psa, który sprosta jego oczekiwaniom. W końcu Andrew decyduje się na czworonoga zupełnie niepodobnego

do tego, jakiego sobie wyobraził, i przygarnia charcicę, startującą kiedyś w wyścigach medalistkę i zdobywczynię tytułu Suki Roku.

Już pierwsza noc Dash – tylko imię psa pozostało z pierwotnych planów – w nowym domu pokazuje, że nie będzie łatwo. Andrew jednak się nie poddaje, co więcej, włącza sukę w przygotowania do ślubu i zamierza jej powierzyć niezwykle ważną funkcję podczas ceremonii – ma podawać obrączki.

Czy rok wystarczy, by okiełznać żywiołową Dash, która lubi chadzać własnymi drogami?

Opinie o ebooku Suka z klasą - Andrew Dilger

Fragment ebooka Suka z klasą - Andrew Dilger

Wydanie elektroniczne

Tytuł ory­gi­nału:

DASH: BITCH OF THE YEAR

Co­py­ri­ght © An­drew Dil­ger 2011

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros An­drzej Kuryłowicz s.c. 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Małgo­rza­ta Małecka 2014

Re­dak­cja: Bar­ba­ra Gębczak-Ja­nas

Ilu­stra­cje na okładce: Bejo/Shut­ter­stock, Vla­dy­slav Sta­ro­zhy­lov/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: An­drzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-052-5

WYDAWCA

Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

O książce

An­drew Dil­ger prze­obraża swo­je życie. Re­zy­gnu­je z pra­cy re­dak­to­ra w Oxford Uni­ver­si­ty Press i zo­sta­je wol­nym strzel­cem. Poza tym za­mie­rza po­pro­sić swoją dziew­czynę Sa­rah o rękę i sa­me­mu zor­ga­ni­zo­wać ślub. Na tym jed­nak jego zapał do wpro­wa­dza­nia zmian się nie kończy – An­drew po­sta­na­wia spełnić swo­je ma­rze­nie o po­sia­da­niu psa. Za­bie­ra się do tego w sposób bar­dzo sys­te­ma­tycz­ny: naj­pierw wy­bie­ra rasę, po­tem płeć – tej, ściśle mówiąc, nie musi wy­bie­rać, bo to oczy­wi­ste, że jego to­wa­rzysz nie może być suką – a na ko­niec imię, i do­pie­ro wte­dy przystępuje do po­szu­ki­wań w po­bli­skich schro­ni­skach. Oka­zu­je się jed­nak, że nie tak łatwo zna­leźć psa, który spro­sta jego ocze­ki­wa­niom. W końcu An­drew de­cy­du­je się na czwo­ro­no­ga zupełnie nie­po­dob­ne­go do tego, ja­kie­go so­bie wy­obra­ził, i przy­gar­nia char­cicę, star­tującą kie­dyś w wyści­gach me­da­listkę i zdo­byw­czy­nię tytułu Suki Roku.

Już pierw­sza noc Dash – tyl­ko imię psa po­zo­stało z pier­wot­nych planów – w no­wym domu po­ka­zu­je, że nie będzie łatwo. An­drew jed­nak się nie pod­da­je, co więcej, włącza sukę w przy­go­to­wa­nia do ślubu i za­mie­rza jej po­wie­rzyć nie­zwy­kle ważną funkcję pod­czas ce­re­mo­nii – ma po­da­wać obrączki.

Czy rok wy­star­czy, by okiełznać żywiołową Dash, która lubi cha­dzać własny­mi dro­ga­mi?

AN­DREW DIL­GER

To re­dak­tor i do­ce­nia­ny w bry­tyj­skim świe­cie li­te­rac­kim po­eta, a także miłośnik chartów. Suka z klasą jest jego de­biu­tem pro­za­tor­skim. Au­tor miesz­ka wraz z żoną Sa­rah i char­cicą Dash w Oks­for­dzie i pra­cu­je nad ko­lejną książką.

www.dil­ger­words.com

dlaSa­rah i Dash(w tej ko­lej­ności)

Po­dzięko­wa­nia

Chciałbym po­dziękować następującym oso­bom za to, że po­zwo­liły mi wspo­mnieć o so­bie w tej książce: Dil­ge­rom, Pe­te­ro­wi Ba­iley­owi, Ro­no­wi Bick­nel­lo­wi, Kate Mo­ore, Sa­rah McC­lo­ugh­ry, Tony’emu Led­ge­ro­wi, Mi­cha­elo­wi i Le­sley Jen­nig­som, Jen­ny Ber­rell, Lynn Ward, Re­bec­ce Vin­cent i ro­dzi­nie Ndu­ka, Sa­mo­wi i So­rayi Geo­r­ge’om, Ash­ley­om, Mel i Ri­cho­wi Hare’om, Be­no­wi Glas­sto­ne’owi i Mar­ko­wi Espi­ne­ro­wi.

Je­stem również nie­zwy­kle wdzięczny Ia­no­wi McCar­thy’emu i An­tho­ny’emu God­be­ro­wi za pierw­sze rady do­tyczące chartów; Chri­so­wi Har­tley­owi za pod­po­wiedź, która za­oszczędziła mi cza­su; To­mo­wi Cok­so­wi za wskazówkę do­tyczącą zdjęcia; Ala­sta­iro­wi Lane’owi, Ma­de­la­ine Levy, Geo­r­gii i Ja­me­so­wi Sty­rin­gom, Si­mo­ne Fo­ster i Sue Kay za kon­struk­tyw­ny kry­ty­cyzm, Iso­bel Di­xon i Jen­ni­fer Barc­lay za czuj­ne nosy, którymi zwie­trzyły dobrą opo­wieść.

Pro­log

Dash stała na sto­le, dysząc gorączko­wo. Była dru­ga nad ra­nem. Po­dra­pa­ne drzwi, ob­gry­zio­ne opar­cia krze­seł, potłuczo­na do­nicz­ka i prze­gry­zio­ny ka­bel. Podłoga, która jesz­cze go­dzinę wcześniej była tak nie­ska­zi­tel­na, że można by było z niej jeść, te­raz wyglądała, jak­by ktoś – a ra­czej coś – na­prawdę z niej jadł. Lam­pa opie­rała się o ścianę ni­czym bok­ser, który nie ma siły stać. Nogi stołu i krze­seł wyglądały, jak­by miały wy­sypkę, i całe kawałki były pod­gry­zio­ne. Za­dra­pa­nia po jed­nej stro­nie drzwi wy­da­wały się dziełem ty­gry­sa sza­blozębne­go. Albo ty­ra­no­zau­ra. Wy­star­czyła mi chwi­la, żeby ogarnąć to wszyst­ko wzro­kiem. Ze zdu­mie­nia i prze­rażenia moje oczy zro­biły się okrągłe. Za­uważyłem, że je­dy­nym oca­lałym przed­mio­tem, je­dyną rzeczą w całym po­ko­ju, której nie do­tknęła wściekła i gwałtow­na napaść, było psie le­go­wi­sko w kącie.

Za­wsze ma­rzyłem o psie. Psy to wol­ność, prze­pust­ka do uga­nia­nia się po po­lach i dni spędza­nych na świeżym po­wie­trzu. Przy­ja­ciel, ale też za­baw­ka – coś, co można ukształtować na ide­al­ne­go to­wa­rzy­sza, pier­wot­na więź z na­turą, z tym, co w życiu na­prawdę jest ważne. Posłuszny i wier­ny, od początku do końca. Ogon pra­cujący jak wy­cie­racz­ka sa­mo­cho­do­wa, różowy jęzor, wil­got­ny nos i roz­ra­do­wa­ne spoj­rze­nie. Jaki chłopiec nie chciałby, żeby w jego życiu po­ja­wił się taki żywioł? Ale trzy­dzie­sto­sied­mio­let­ni fa­cet? I eme­ry­to­wa­ny chart wyści­go­wy? Miałem się właśnie do­wie­dzieć, co z tego wy­nik­nie.

Pierw­sze, cze­go się do­wie­działem, było to, że o ni­czym nie mam pojęcia.

Wrze­sień

Jak doszło do tego, że chart de­mo­lo­wał dom o dru­giej w nocy? Wszyst­ko z po­wo­du pra­cy. Po prze­pra­co­wa­niu czte­rech lat jako re­dak­tor w Oxford Uni­ver­si­ty Press zre­zy­gno­wałem ze sta­no­wi­ska, żeby zacząć pra­co­wać na własny ra­chu­nek. Miałem odtąd spędzać całe dnie w domu. Dla­cze­go za­tem nie po­sta­rać się w końcu o psa, o którym za­wsze ma­rzyłem – psie­go współpra­cow­ni­ka, który zwi­jałby się w kłębek pod moim biur­kiem?

Sa­rah, moją dziew­czynę, po­znałem również dzięki pra­cy. To ona za­uważyła ogłosze­nie o char­cie; ona przy­niosła ogłosze­nie do domu; i to ona chciała, żebym spełnił swo­je ma­rze­nie z dzie­ciństwa.

Jed­nak, cho­ciaż bar­dzo mnie kor­ci, nie mogę zrzu­cać całej winy na pracę. A już na pew­no nie na Sa­rah – jest po pro­stu zbyt uro­cza. Kie­dy spo­tka­liśmy się po raz pierw­szy, ocza­ro­wała mnie jak żadna inna ko­bie­ta wcześniej. Nie mogłem uwie­rzyć w to, że jest wol­na. Bo nie była, tak do końca. Jej uro­da sta­wiała ją poza moim zasięgiem – ten ma­lut­ki no­sek i wy­stające kości po­licz­ko­we mogły pew­nie przy­pra­wić o bez­sen­ność nie­jed­ne­go sa­mot­ne­go mężczyznę.

Nie, całko­witą winę za tę klęskę biorę na sie­bie. To ja byłem głupcem, który tak bar­dzo ma­rzył o psie… Ma­rzył o psie, a skończył z uty­tułowa­nym char­tem.

Być może to dziw­ne, ale naj­pierw po­ja­wiło się imię, a po­tem pies. Wie­działem, że musi być krótkie i dy­na­micz­ne – ta­kie, żebym nie czuł się zakłopo­ta­ny, wołając psa w par­ku. Na liście fi­na­listów zna­lazły się Spo­ok, Nel­son, As i Ty­tus. Wszyst­kie brzmiały, jak­by należały do ma­cho (może trochę za bar­dzo przy­po­mi­nały ksy­wy pi­lotów myśliwców), ale w końcu zde­cy­do­wałem się na imię, które Oks­fordz­ki Słownik Języka An­giel­skie­go de­fi­nio­wał zarówno jako „ru­szyć gdzieś w pośpie­chu”, jak i „znak gra­ficz­ny za­pi­sy­wa­ny w po­sta­ci po­zio­mej kre­ski”. Dash. W jed­nej z książek poświęco­nych psom od­ra­dza­no nada­wa­nie im jed­no­sy­la­bo­wych imion (psy nie zro­zu­mieją ich z da­le­ka), ale do­szedłem do wnio­sku, że jeśli będę krzy­czał „DA-ASH!”, to po­win­no się udać. Poćwi­czyłem na­wet w ogro­dzie, wrzeszcząc wy­bra­ne imię i prosząc Sa­rah, żeby spraw­dziła, jak mnie słychać. Sąsie­dzi pew­nie się za­sta­na­wia­li, co za przed­sta­wie­nie od­gry­wa­my, ale moja dziew­czy­na, stojąca pośród grządek, w końcu uniosła kciu­ki w trium­fal­nym geście. I tak, w ten cu­dow­nie pokrętny sposób, mu­siałem jesz­cze tyl­ko zna­leźć psa, który pa­so­wałby do imie­nia.

Wybór wy­da­wał się pro­sty: kupić albo ad­op­to­wać. Ale ile w ogóle pies kosz­tu­je? Taki z ro­do­wo­dem jest pew­nie droższy od nie­ra­so­we­go, ale czy cho­dzi tu o dzie­siątki czy set­ki funtów? Wie­działem, że kun­dle są zdrow­sze i bar­dziej roz­ryw­ko­we, ale nie mogłem się wy­zbyć wrażenia, że psy ro­do­wo­do­we mają hi­sto­rię, po­cho­dze­nie, ro­dzinę. Jed­nym słowem ro­dowód. Szla­chet­niej jest zaad­op­to­wać psa. No i nic to nie kosz­tu­je, co prze­ma­wiało do mnie, jako właści­cie­la jed­no­oso­bo­wej fir­my, który mu­siał wal­czyć o zle­ce­nia i li­czyć się z każdym gro­szem.

Ko­lej­ny dy­le­mat: le­piej spra­wić so­bie szcze­nia­ka czy do­rosłego psa? Jako najmłod­szy spośród trzech bra­ci zdążyłem się przy­zwy­czaić, że wszyst­ko, co miałem, odzie­dzi­czyłem po in­nych: począwszy od za­ba­wek, a na przy­ja­ciołach skończyw­szy. Miałem za­tem okazję stać się na­prawdę pierw­szym i je­dy­nym właści­cie­lem ja­kie­goś psa. Z czym właści­wie wiąże się wy­cho­wy­wa­nie szcze­nia­ka? Jak trud­ne może się to oka­zać? Po­roz­ma­wiałem ze zna­jo­mym, który kil­ka mie­sięcy wcześniej wziął szcze­nia­ka coc­ker-spa­nie­la. Po tym, jak usłyszałem o le­cie, które upłynęło pod zna­kiem za­siu­sia­nych i za­bru­dzo­nych dy­wanów, oraz gry­zie­niu wszyst­kie­go, od butów po ra­chun­ki, stwier­dziłem, że mam wy­star­czająco dużo na głowie i nie chcę, żeby moje nowe przed­sięwzięcie zeszło na psy. Za­adop­tuję od­cho­wa­ne­go psa i za­pew­nię mu nowy dom. Tak będzie ta­nio i szla­chet­nie, a na­wet jeśli stracę przez to kil­ka szcze­nięcych lat, to – w ra­mach po­cie­sze­nia – od razu będę miał psa w kwie­cie wie­ku. Ani się obejrzę, a będzie­my ści­ga­li się po po­lach.

No i jesz­cze rasa – naj­lep­sze w tym wszyst­kim. Mówi się, że pies wygląda jak jego właści­ciel, albo, co gor­sza, działa to w drugą stronę. Kim byłem zgod­nie z tą opi­nią? Pra­wie metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, łysy, o by­strym spoj­rze­niu, mały okrągły nos, chu­dy, żeby nie po­wie­dzieć kości­sty… Wy­da­wało mi się, że nie ma ta­kich psów, a na­wet gdy­by się tra­fił jakiś o ta­kim wyglądzie, nie prze­trwałby jed­nej zimy. Roz­ważyłem swoją sy­tu­ację. Cho­ciaż zo­stałem wol­nym strzel­cem, to pla­no­wałem pra­co­wać w pełnym wy­mia­rze go­dzin, co ozna­czało, że mo­je­mu psu musi wy­star­czyć kil­ka spa­cerów dzien­nie. Za­tem spa­nie­le i te­rie­ry od­pa­dały. Należało także wziąć pod uwagę aspek­ty prak­tycz­ne. Sze­re­go­wy dom, który pełnił jed­no­cześnie funkcję mo­je­go miej­sca pra­cy, był nie­wiel­ki. Miał wpraw­dzie przy­jem­ny ogród z traw­ni­kiem, na tyle jed­nak krótki, że le­d­wie można było w nim rzu­cić piłką te­ni­sową. Czy­li żad­nych re­trie­verów. Do­szedłem do wnio­sku, że psu będzie naj­wy­god­niej w nie­wiel­kiej oranżerii – ciepłej o po­ran­ku i nie­co chłod­niej­szej po południu. Zdążyłem już na­wet wy­brać miej­sce na le­go­wi­sko – kąt przy ka­lo­ry­fe­rze. Był stamtąd wy­god­ny dostęp do ogro­du, a te­ra­ko­ta na podłodze wy­da­wała się prak­tycz­na w ra­zie wy­padków. Po­miesz­cze­nie z prze­szklo­ny­mi drzwia­mi było ja­sne i prze­stron­ne. Z oranżerii roz­ciągał się miły wi­dok, gdy­by pies lubił się wy­le­gi­wać.

Oczy­wiście Sa­rah po­win­na mieć swój udział w wy­bo­rze psa. Zda­wałem so­bie sprawę z sym­bo­licz­nej wy­mo­wy tego wspólne­go zo­bo­wiąza­nia. Miesz­ka­liśmy już ra­zem… ko­lej na psa, a na­wet – rany! – małżeństwo. Nie, żebym coś miał prze­ciw­ko małżeństwu. Po pro­stu udało mi się dożyć słuszne­go wie­ku trzy­dzie­stu sied­miu lat i nig­dy mi się nie przy­tra­fiło. Tak na­prawdę na­wet po­do­bała mi się ta in­sty­tu­cja – a zwłasz­cza wi­zja ślubu z Sa­rah. Ko­bie­ty ta­kie jak ona nie tra­fiają się często i z pew­nością była war­ta tego, żeby się jej trzy­mać. Mu­siałem tyl­ko zdo­być się na od­wagę i zde­cy­do­wać na ja­kieś do­sta­tecz­nie wyjątko­we oświad­czy­ny. To, że mając trzy­dzieści pięć lat, mogła nie mieć ocho­ty na zamążpójście, na­wet przez myśl mi nie przeszło.

A wra­cając do rasy. Dość wcześnie w trak­cie na­szych rozmów po­ja­wił się te­mat sierści, a za­raz po nim kwe­stia za­pa­chu. Sa­rah bar­dzo zależało, żeby nasz nowy ulu­bie­niec nie miał włosów dłuższych niż ona i nie roz­ta­czał nie­przy­jem­nej woni, kie­dy będzie mo­kry lub zabłoco­ny. Za­tem od­pa­dały char­ty afgańskie i wszyst­kie rasy ty­be­tańskie (shih tzu, lha­sa apso itp.). Nie miałem nic prze­ciw­ko temu, bo nie uśmie­chały mi się re­gu­lar­ne strzyżenie psiej sierści czy co­dzien­ne kąpie­le.

Skon­sul­to­wałem się z książką All-Co­lo­ur Book of Dogs – ulu­bioną lek­turą z dzie­ciństwa i przy­dat­nym prze­wod­ni­kiem po nie­mal wszyst­kich ra­sach psów pod słońcem. Po kil­ku dniach na­mysłu zawęziłem wybór do trzech kan­dy­da­tur: wyżła we­imar­skie­go, ba­sen­ji i sta­re­go po­czci­we­go whip­pe­ta.

Wyżeł we­imar­ski to taki psi rolls-roy­ce. A dokład­niej rolls-roy­ce si­lver ghost. Szla­chet­ny pies myśliw­ski o sza­rej sierści. Moja na­uczy­ciel­ka pla­sty­ki miała dwa we­imar­czy­ki – jed­ne­go z bursz­ty­no­wy­mi i jed­ne­go z błękit­ny­mi ocza­mi. Po­zwa­lała im bie­gać po szkol­nym bo­isku. Pamiętam, że wy­da­wały mi się wyjątko­we. Były spo­re – po­tra­fiły przewrócić mniej­sze dzie­ci. W mo­jej książce o psach na­pi­sa­no, że „żaden spa­cer nie jest zbyt długi dla tych nad­po­bu­dli­wych psów, które często przy­pra­wiają swo­ich właści­cie­li o wy­czer­pa­nie”. Nie chciałem bywać wy­czer­pa­ny; chciałem się prze­wie­trzać.

Kan­dy­dat nu­mer dwa. Ba­sen­ji był dla kon­tra­stu umiar­ko­wa­nej wiel­kości. Z pew­nością nie­ty­po­wy, ze sterczącymi usza­mi i ogo­nem zwi­niętym ni­czym pre­cel. Ten pies jest tak dzi­wacz­ny, że nie szcze­ka. Za­miast tego wy­da­je z sie­bie dźwięk przy­po­mi­nający jodłowa­nie i czyści się jak kot. Książka opi­sy­wała go jako „ak­tyw­ne­go, ener­gicz­ne­go, ale nie­co powściągli­we­go”. Czy to ozna­czało, że jest po pro­stu nie­przy­ja­zny? Czy będzie kręcił no­sem na tańszą karmę albo, co gor­sza, nie­doświad­czo­ne­go właści­cie­la, ta­kie­go jak ja?

A te­raz kan­dy­dat nu­mer trzy, whip­pet, czy­li chart an­giel­ski. Za­wsze lubiłem tę rasę. Moi ro­dzi­ce po­cho­dzi­li z północ­nej An­glii, która ko­ja­rzy się z wełnia­nym kasz­kie­tem, górni­ka­mi i nie­wiel­ki­mi psa­mi gończy­mi, na­zy­wa­ny­mi „końmi wyści­go­wy­mi dla bie­daków” – ten nie­wiel­ki pies gończy jed­no­znacz­nie się ko­ja­rzył. Jest ci­chy, łagod­ny i za­ska­kująco pojętny w kwe­stiach hi­gie­ny. No i to, co naj­lep­sze: „uwiel­bia spać przez większą część dnia”. Zna­lazłem od­po­wied­nią rasę.

Po­zo­sta­wała je­dy­nie kwe­stia płci. Oczy­wiście mu­siał to być fa­cet. Na­wet jeśli rasa nie należała do ty­po­wo męskich, to za­wsze wy­obrażałem so­bie, że będzie to sa­miec. Do­ra­stałem, czy­tając książki i oglądając fil­my o psich bo­ha­te­rach, ta­kich jak Gna­sher, Mut­tley, Shep, Old Yel­ler i Hong Kong Pho­oey. Na­wet pies tak zwiew­ny i ko­bie­cy jak Las­sie był fa­cetem. Tak, wi­działem nas w myślach: dwóch łobuzów, mających tyl­ko sie­bie do to­wa­rzy­stwa od dzie­wiątej do sie­dem­na­stej. A po­tem rund­ka po po­bli­skich par­kach albo prze­bieżka po oko­licz­nych la­sach, z da­le­ka od biur­ka, w każdym tego zwro­tu zna­cze­niu.

Oczy­wiście, snując te wszyst­kie pla­ny, nie wziąłem pod uwagę, że miały zo­stać zre­wi­do­wa­ne przez wybór, jaki ofe­ro­wało kon­kret­ne schro­ni­sko. Po­szu­ki­wa­nia zacząłem w Cot­swolds – do­god­nie położonym, bo pod­rzu­całem Sa­rah na wieczór pa­nieński, który miał się odbyć w oko­li­cy. Po­nie­waż uzgod­ni­liśmy kry­te­ria wy­bo­ru, nie miała nic prze­ciw­ko temu, żebym sam od­wie­dził schro­ni­sko. Skry­cie cie­szyłem się, że to ja, jako pierw­szy, zo­baczę na­sze­go psa. Zgod­nie z pla­nem tyl­ko pod­rzu­ciłem Sa­rah, przy­wi­tałem się z jej przy­ja­ciółkami i nie prze­szka­dzając im, wcisnąłem gaz i ru­szyłem do schro­ni­ska. Po dro­dze minąłem ko­bietę wy­pro­wa­dzającą trzy biało-beżowe whip­pe­ty, co wziąłem za do­bry znak.

Na miej­scu wypełniłem w re­cep­cji for­mu­la­rze. Po­tem cze­kało mnie pierw­sze roz­cza­ro­wa­nie. Do­wie­działem się, że na­wet jeśli znajdą „tego właści­we­go”, mogą minąć dwa ty­go­dnie, nim będę mógł za­brać go do domu. Naj­pierw mu­sie­li­byśmy zo­stać spraw­dze­ni. Czy ja i moja part­ner­ka będzie­my od­po­wie­dzial­ny­mi właści­cie­la­mi? Czy nasz dom, ogród, a na­wet styl życia będą od­po­wia­dały psu? Czy będzie­my bra­li pod uwagę jego do­bro? W swo­jej na­iw­ności sądziłem, że będę mógł założyć obrożę szczęśli­we­mu psia­ko­wi i od razu go za­brać. Cóż, trze­ba uzbroić się w cier­pli­wość. Koj­ce znaj­do­wały się na końcu ścieżki, za głównym bu­dyn­kiem. Naj­pierw młoda pra­cow­ni­ca schro­ni­ska po­in­stru­owała mnie, jak mam się za­cho­wy­wać – „Proszę nie kar­mić ani nie drażnić psów”, „Jeśli zo­ba­czy pan ta­kie­go, który się panu spodo­ba, proszę za­pi­sać jego imię i nu­mer” – a po­tem prze­szedłem na coś w ro­dzaj wy­bie­gu, do­okoła którego roz­miesz­czo­no kil­ka drew­nia­nych i be­to­no­wych bu­dynków. To tu­taj wszyst­ko miało się ro­ze­grać, oto te­atr dla mo­ich ma­rzeń.

Przez pół go­dzi­ny oglądałem tyl­ko kun­dle, z których większość wyglądała, jak­by były krzyżówką owczar­ka nie­miec­kie­go z inną rasą, i spo­ro przygnębio­nych staf­ford­shi­re bul­te­rierów. Kil­ka chartów nieśmiało pod­biegło do krat. Przy­po­mi­nały ra­czej je­le­nie niż psy. Za bar­dzo kości­ste i o wie­le, wie­le za wy­so­kie. Zupełnie, jak­by za­bie­rać na spa­cer dra­binkę. Po­zo­stałe psy miały już imio­na – nada­ne przez po­przed­nich właści­cie­li, albo, jeśli przy­wie­zio­no je bez imie­nia, przez schro­ni­sko. Niewie­le z nich miało ochotę na za­bawę albo spra­wiało wrażenie choćby trochę szczęśli­wych. I ani jed­ne­go whip­pe­ta. Czy miałem ochotę ura­to­wać któregoś z tych ni­ja­kich nieszczęśników? Całe mie­siące miną, nim wyj­dzie taki z dołka… a może nig­dy mu się to nie uda? Do­szedłem do ostat­niej klat­ki. Z ja­kie­goś po­wo­du miałem do­bre prze­czu­cie.

Były tam dwa psy, oba po­deszły do prętów. Ten wyższy, długowłosy rudy se­ter, szyb­ko wrócił do le­go­wi­ska. Mniej­szy był po­god­nym, nie­wiel­kim skun­dlo­nym te­rie­rem. Nie­mal cały biały, z czarną plamką przy oku, szcze­kał i kręcił się, lizał moje pal­ce i wy­da­wał się za­chwy­co­ny tym, że przy­stanąłem, żeby się przy­wi­tać. Ob­ser­wo­wałem go przez kil­ka mi­nut. Przez cały ten czas pre­zen­to­wał się od naj­lep­szej stro­ny, sta­rając się wyglądać na do­brze ułożone­go, żwa­we­go i chętne­go do za­ba­wy. Od cza­su do cza­su wra­cał do koj­ca i go obwąchi­wał. Na moje gwizd­nięcie lub pstryk­nięcie pal­ca­mi na­tych­miast usta­wiał się na bacz­ność. Z nim nie byłoby kłopotów z wy­eg­ze­kwo­wa­niem posłuszeństwa. Miałem przed sobą małego zwie­rza­ka z za­in­sta­lo­wa­nym opro­gra­mo­wa­niem. Nie był to whip­pet, ale był schlud­ny, czuj­ny i z pew­nością będzie wdzięczny. Po­do­bało mi się też jego imię: Ko­mar. Czując, że podróż jed­nak się opłaciła, za­pi­sałem nu­mer Ko­mara i zacząłem się rozglądać za pra­cow­nicą schro­ni­ska, żeby po­wia­do­mić ją o moim wy­bo­rze. Zgod­nie z pro­ce­du­ra­mi młoda ko­bie­ta wróciła z biu­ra z teczką.

– Chętnym do ad­op­to­wa­nia przed­sta­wia­my hi­sto­rię psa, za­nim zde­cy­dują się za­pew­nić mu nowy dom.

Świet­nie, pomyślałem, może je­steśmy spod tego sa­me­go zna­ku?

– Ko­mar miał dotąd dwa domy – zaczęła. – Bar­dzo po­trze­bu­je tro­skli­we­go i doświad­czo­ne­go opie­ku­na.

Po­czułem się roz­cza­ro­wa­ny. Oka­zało się, że Ko­mar spra­wia „pro­ble­my”. Za­cze­pia pra­wie wszyst­kie psy, sie­je znisz­cze­nie w domu, ma skłonności do chro­nicz­ne­go lęku se­pa­ra­cyj­ne­go i za­zdrości. Krótko mówiąc, pies Ba­ske­rvil­le’ów w mi­nia­tu­rze.

– A wy­da­wał się taki słodki – stwier­dziłem.

– Bo taki jest – od­po­wie­działa ko­bie­ta pokrętnie.

Znałem swo­je ogra­ni­cze­nia – może i byłem tro­skli­wy, ale na pew­no nie doświad­czo­ny. Za sprawą ojca całe moje doświad­cze­nie z dzie­ciństwa w kwe­stii po­sia­da­nia zwie­rza­ka w domu ogra­ni­czało się do ho­do­wa­nia świ­nek mor­skich. A ra­czej zbie­ra­nia liści mle­czu do worków i za­no­sze­nia ich do garażu. Trzy spo­re klat­ki za­miesz­ki­wało nie mniej niż czter­naście pi­skli­wych fu­trzaków – w każdym ko­lo­rze i roz­mia­rze, od gład­kich szczurów wod­nych do wie­lo­ko­lo­ro­wych mod­niś z sierścią układającą się w ro­ze­tki. Cza­sem wyj­mo­wa­liśmy jedną z nich z klat­ki i po­zwa­la­liśmy jej bu­szo­wać po ogro­dzie. Ale co do pro­blemów wy­cho­waw­czych… No cóż, to były świn­ki mor­skie. A świn­ki mor­skie są albo ra­do­sne, albo cho­re. Jeśli cho­ro­wały, zo­sta­wiało się je w spo­ko­ju, żeby im się po­lep­szyło. Jeśli im się nie po­lep­szało, to na po­cie­sze­nie było jesz­cze trzy­naście po­zo­stałych. Wie­działem, że Sa­rah też nie jest zbyt doświad­czo­na w kon­tak­tach ze zwierzętami. Je­dy­nym zwie­rza­kiem, ja­kie­go miała w dzie­ciństwie, była biała koza, która zastępowała ko­siarkę na wio­sko­wym bo­isku.

Roz­ważyłem per­spek­tywę re­so­cja­li­za­cji Ko­ma­ra i muszę wy­znać, że ogarnęła mnie niechęć. To nie był Dash i nie miał w so­bie wy­star­czająco dużo Da­sha, żeby za­gwa­ran­to­wać mi po­wo­dze­nie. Wol­nym kro­kiem wróciłem na par­king. Być może te po­szu­ki­wa­nia miały się oka­zać trud­niej­sze, niż mi się wy­da­wało. Ale nie za­mie­rzałem się zniechęcać. Whip­pet, te­rier, a na­wet wil­czarz ir­landz­ki, jeśli zaj­dzie taka po­trze­ba. Pies, którego imię już wy­brałem, gdzieś tam był – mu­siałem go tyl­ko zna­leźć.

Kil­ka dni później wzno­wi­liśmy po­szu­ki­wa­nia. Tym ra­zem ja i Sa­rah ru­szy­liśmy na nie jako para. Miałem na­dzieję, że za­de­mon­stru­je­my w ten sposób jed­no­myślność i zwiększy­my szan­se na ad­opcję. Kto po­tra­fiłby się oprzeć tak zrówno­ważonym po­ten­cjal­nym opie­ku­nom? Wy­bra­liśmy schro­ni­sko położone bliżej Oks­for­du. Na miej­scu od­kry­liśmy, że cho­ciaż schro­ni­sko jest otwar­te, to nie ma w nim psów. Wszyst­kie zo­stały pod­da­ne kwa­ran­tan­nie z po­wo­du epi­de­mii kasz­lu ke­ne­lo­we­go. Sie­dzie­liśmy w po­nu­rym ba­ra­ku biu­ro­wym, przeglądając za­war­tość po­wpi­na­nych do se­gre­ga­to­ra ko­szu­lek ze zdjęcia­mi in­ter­no­wa­nych psów. Fo­to­gra­fie wszyst­kich choć trochę sen­sow­nych zwie­rzaków opa­trzo­no już na­lepką „za­re­zer­wo­wa­ny”.

– Czy mie­wają państwo whip­pe­ty? – spy­tałem ko­bietę siedzącą za biur­kiem.

– Nie, nie­zbyt często – od­po­wie­działa. – Cza­sa­mi tra­fia się jakiś chart… wie pan, kie­dy prze­sta­je brać udział w psich wyści­gach.

Do domu je­cha­liśmy przygnębie­ni. Sie­działem przy­gar­bio­ny w fo­te­lu pasażera, za­sta­na­wiając się, jak zna­leźć od­po­wied­nie­go psa… albo w ogóle ja­kie­go­kol­wiek. Być może na­deszła pora, żeby zmie­nić tak­tykę – jesz­cze raz prze­kart­ko­wać książkę o psach. Sko­ro nie ma whip­petów, to jaka rasa pla­su­je się na dru­gim miej­scu? Pod względem wiel­kości pew­nie pa­so­wałby fo­xho­und. To w końcu również pies gończy. Za­zna­jo­miłem się z jego opi­sem, ale mnie nie za­chwy­cił. Poza tym nie­po­koiło mnie trochę, że kie­dyś tej rasy psów używa­no do po­lo­wań na lisy. Nig­dy nie byłem za­go­rzałym mo­ra­listą, ale zde­cy­do­wa­nie nie chciałem ucho­dzić za człowie­ka, który spędza week­en­dy, najeżdżając wsie.

Za­in­te­re­so­wałem się więc krótkowłosym owczar­kiem col­lie. Krótka sierść, śred­nia bu­do­wa… a do tego mądry. Wy­czy­tałem w swo­jej książce, że „jest łatwy w tre­su­rze, łatwy w obejściu i łatwo się z nim miesz­ka”. Nie­trud­no tu do­strzec do­mi­nującą cechę. W opi­sie rasy – nie­co w sty­lu Ge­ral­da Dur­rel­la – zna­lazłem in­for­mację, że te psy „są przy­ja­zne dla dzie­ci i in­nych zwierząt”. Czy to tej rasy szu­ka­liśmy? Już wy­obrażałem so­bie, jak mówię: „Nie, nie, to krótkowłosy col­lie”, kładąc na­cisk na słowo „krótkowłosy”. Po­now­nie za­brałem się do po­szu­ki­wań. Tego sa­me­go popołudnia zna­lazłem schro­ni­sko, które spe­cja­li­zo­wało się w owczar­kach col­lie i znaj­do­wało się go­dzinę jaz­dy od mo­je­go domu. No i proszę. Cier­pli­wość się opłaciła.

Sa­rah i ja umówiliśmy się na wi­zytę w so­botę rano i tuż po dzie­wiątej zna­leźliśmy się w re­cep­cji, gdzie stał okrągły sto­lik, kil­ka krze­seł i leżała ster­ta ulo­tek oraz cza­so­pism poświęco­nych owczar­kom col­lie. Wypełniliśmy for­mu­larz, wysłucha­liśmy wskazówek. Ni­czym kartę dań wygłod­niałym gościom w re­stau­ra­cji, po­da­no nam fol­der z psa­mi prze­by­wającymi w schro­ni­sku. Przej­rze­liśmy go – mnóstwo uro­czych zdjęć, ale żad­ne­go krótkowłose­go col­lie. Może jest jakiś fol­der z „ofer­ta­mi spe­cjal­ny­mi”?

– Nie – usłysze­liśmy bez­na­miętną od­po­wiedź. – Tu są wszyst­kie psy, ja­kie mamy w schro­ni­sku.

Posłałem Sa­rah py­tające spoj­rze­nie. Los może wy­bie­rać kręte ścieżki i cza­sem trze­ba na nie wkro­czyć. I tak po­sta­no­wi­liśmy zro­bić. Pierw­szym psem, którego wy­bra­liśmy, był piękny czte­ro­la­tek.

– Jest do wzięcia? – spy­ta­liśmy ner­wo­wo.

– Tak, ale jest głuchy, bie­dac­two. Oczy­wiście, jeśli są państwo chętni, można się na­uczyć języka mi­go­we­go psów.

Języka mi­go­we­go? Na­wet o zakłada­niu obroży i smy­czy mie­liśmy je­dy­nie nie­ja­sne pojęcie! Wy­bra­liśmy za­tem inne zwierzę o przy­zwo­itym życio­ry­sie i wy­szliśmy na zewnątrz, żeby na nie za­cze­kać. Przy­pro­wa­dzo­no je do nas na dzi­waczną randkę w ciem­no, żebyśmy mo­gli prze­spa­ce­ro­wać się z nim po skraw­ku tra­wy. Na końcu smy­czy, z no­sem przy­kle­jo­nym do zie­mi, jak­by w po­szu­ki­wa­niu nie­wi­dzial­ne­go, zdal­nie ste­ro­wa­ne­go sa­mo­cho­dzi­ku, szedł pies, który mógł stać się nasz. Co lep­sze, mo­gliśmy go za­brać tego sa­me­go dnia. Ty­po­wy bor­der col­lie: pies ro­bo­czy i pies ro­bot­ni­ka. On ciągnął, my ciągnęliśmy… cza­sem na­wet w tym sa­mym kie­run­ku. W połowie traw­ni­ka za­trzy­mał się, żeby unieść nogę, odsłoniw­szy coś, co można opi­sać je­dy­nie jako wy­bo­ro­we sa­la­mi. Sa­rah za­marła z otwar­ty­mi usta­mi, a po­tem wy­buchła śmie­chem. Ja tyl­ko pa­trzyłem, zdu­mio­ny. Pięć mi­nut później od­da­liśmy go, de­li­kat­nie od­ma­wiając ad­op­cji. Czułem się niezręcznie. Był zbyt wiel­ki, zbyt sil­ny, zbyt sam­czy. Prawdę mówiąc, miałem już dosyć szu­ka­nia. Dosyć szu­ka­nia i porażek. Całe to doświad­cze­nie oka­zało się klapą. Miałem ochotę się rozpłakać.

Następne­go wie­czo­ru, po całym dniu pra­cy, zszedłem na dół i przy drzwiach oranżerii wpadłem na Sa­rah.

– Mam coś dla cie­bie – oznaj­miła.

– Tak? Co?

Wpro­wa­dziła ro­wer do szo­py w ogro­dzie i do­pie­ro po­tem weszła do domu. W ręku trzy­mała złożoną kartkę.

– Wi­siało na ta­bli­cy ogłoszeń u mnie w pra­cy. Zo­bacz, co o tym sądzisz. – Uśmiechnęła się nie­pew­nie. – Chy­ba nie po­win­nam była tego zdej­mo­wać, ale chciałam, żebyś miał pra­wo pier­wo­ku­pu.

Było to nie­wiel­kie ogłosze­nie. Na górze ktoś na­pi­sał czar­nym mar­ke­rem małymi i wiel­ki­mi li­te­ra­mi: „PRoSZĘ, CZy Możesz mi Dać Dom?”. Całość była pi­saną w pierw­szej oso­bie, gorącą psią odezwą do resz­ty świa­ta: „Na­zy­wam się Be­au­ti­ful Ener­gy. Bie­gałam w go­ni­twach na sta­dio­nie w Oks­for­dzie. Te­raz, z po­wo­du kon­tu­zji, nie mogę już brać udziału w wyści­gach… Je­stem pew­na, że będę świet­nym zwie­rza­kiem do­mo­wym”. Niżej po­da­no wiek („trzy i pół”), płeć („suka”), ko­lor („czar­na z białą klatką pier­siową”), wagę („25 kilo”) i usposo­bienie („bar­dzo przy­ja­zna”). Za­in­te­re­so­wa­nych pro­szo­no o kon­takt z Pe­te­rem, jed­nym z ochro­nia­rzy, który mógł udostępnić zdjęcia psa. Nie­po­praw­ne pi­sow­nia i in­ter­punk­cja czy­niły tę prośbę jesz­cze bar­dziej szczerą i roz­pacz­liwą. Po­czułem dreszcz, jaki to­wa­rzy­szy przeświad­cze­niu, że wzy­wa nas prze­zna­cze­nie. Ten chart po­ja­wił się znikąd – mała czar­na sucz­ka z ta­len­tem do au­to­pro­mo­cji. Muszę przy­znać, że na­sta­wiłem się już na sam­ca, ale może dałbym so­bie radę z suczką? Próbowałem przy­po­mnieć so­bie wszyst­kie sucz­ki, o których czy­tałem lub te wi­dzia­ne w fil­mach czy te­le­wi­zji. Do głowy nie przy­cho­dziła mi ani jed­na. Czy to ozna­czało, że nie można się z nimi do­brze bawić? A jeśli mają swój psi od­po­wied­nik wy­le­gi­wa­nia się na ka­na­pie z ma­ga­zy­na­mi ilu­stro­wa­ny­mi czy ma­lo­wa­nia pa­znok­ci, i tak spędzają czas? Był je­den sposób, żeby się tego do­wie­dzieć. Na dole ogłosze­nia zapi­sano nu­mer komórki, po­sta­no­wiłem za­dzwo­nić za­raz po obie­dzie.

Prze­cze­kałem je­den sy­gnał, dru­gi, trze­ci, czwar­ty…

– Halo?

– Halo – ode­zwałem się pew­nym głosem. – Mam na imię An­drew. Moja dziew­czy­na zo­ba­czyła w pra­cy ogłosze­nie.

O psie. Dzwo­nię w spra­wie psa.

– To suka – spro­sto­wał mój rozmówca z moc­nym oks­fordz­kim ak­cen­tem.

– Do­brze. Tak. Nic nie szko­dzi. – Zba­ga­te­li­zo­wałem sprawę. – Za­tem, eee, ona jest char­tem.

– Taaa. Mała ślicz­not­ka… nieźle bie­ga. Ale miała kon­tuzję, naciągnęła mięsień, je­den z tych dużych w tyl­nej łapie, wie pan. Stra­ciła kil­ka se­kund na dy­stan­sie i już nie po­tra­fi tak szyb­ko wy­star­to­wać. Bie­ga, ale nie na­da­je się do wyścigów.

– Aha, ro­zu­miem. To… czy mogę ją zo­ba­czyć? – spy­tałem.

– Mam zdjęcia – od­parł Pe­ter. – Te­raz miesz­ka u tre­ne­ra. Może pan obej­rzeć zdjęcia.

Po­wie­działem, że bar­dzo chciałbym je zo­ba­czyć. Obie­całem, że za­dzwo­nię do Rona, tre­ne­ra, i po­proszę go, żeby przy­wiózł psa na Oxford Grey­ho­und. Tym­cza­sem Pe­ter miał od­wie­dzić nas w domu, żeby spraw­dzić, czy na­daję się dla psa, jego psa. Jak się oka­zało, to on był właści­cie­lem Be­au­ti­ful Ener­gy. Ile­kroć mówiłem o psie, on za każdym ra­zem mnie po­pra­wiał: „Suka. To suka”. Pod ko­niec na­szej roz­mo­wy wbiłem to so­bie do głowy i brzmiałem jak ra­so­wy gang­sta-ra­per. W kącie sa­lo­nu Sa­rah tłumiła śmiech. Umówiłem się z Pe­terem i wydałem z sie­bie trium­fal­ny okrzyk.

Po­tem był te­le­fon do Rona. Jak zdążyłem się zo­rien­to­wać, ho­dow­cy chartów po­tra­fią być bar­dzo bez­pośred­ni. Żyją wyłącznie go­ni­twa­mi, w sposób, którego nie do­ce­ni żaden prze­ciętny właści­ciel psa. Ron, jak się oka­zało, był bar­dzo uczyn­ny. Tak, mógł przy­wieźć suczkę na sta­dion w środę. I tak się tam wy­bie­rał, a je­den do­dat­ko­wy pies w fur­go­net­ce nie sta­no­wi pro­ble­mu. Mie­liśmy się spo­tkać z nim i Pe­te­rem przed go­nitwą. Sucz­ka nie będzie brała udziału w wyścigu, ale można ją umieścić w jed­nym z kojców przy to­rze wyści­go­wym wraz z in­ny­mi psa­mi, żaden pro­blem. Możemy ją obej­rzeć i się zasta­no­wić. Nie ma spra­wy. I o to cho­dziło! Wresz­cie byliśmy umówie­ni z Dash. Z pod­eks­cy­to­wa­nia i wdzięczności przy­tu­liłem i ucałowałem Sa­rah. Pew­nie za­cho­wałbym się tak samo wo­bec Rona i Pe­te­ra, gdy­by u nas byli.

Dwa dni później wpadł Pe­ter. Ni­ska­wy mężczy­zna po pięćdzie­siątce, łysy, z gęsty­mi si­wy­mi wąsami, przez które wyglądał tak, jak­by nie­ustan­nie się uśmie­chał. Nie chciał her­ba­ty, kawy, piwa, wina ani na­wet wody. Przy­siadł na ka­na­pie, nie mogąc się do­cze­kać po­ka­za­nia nam zdjęć. Mówił, że jeśli nie ma noc­nej zmia­ny, cho­dzi na sta­dion w każdą środę i so­botę, żeby po­ma­gać Ro­no­wi lub po pro­stu śle­dzić go­ni­twy. Be­au­ti­ful Ener­gy dała mu po­wo­dy do dumy i za­ro­biła na sie­bie z nad­wyżką. Jeśli nie znaj­dzie sucz­ce do­bre­go domu, to opłaci jej po­byt u Rona do cza­su, aż wyda ostat­nie tchnie­nie. Przy­ta­ki­wałem z po­wagą i przyglądałem się zdjęciom. Na obu widać było po­dium dla zwy­cięzców na to­rze wyści­go­wym – uśmiech­nięte twa­rze, pu­cha­ry, światło re­flek­torów, a w sa­mym środ­ku chart okry­ty ob­la­mo­wa­nym złotem płasz­czem.

– Suka Roku – stwier­dził z dumą Pe­ter. – W domu mam jej tro­feum, po­wi­nie­nem był je przy­nieść.

A więc była praw­dzi­wym cham­pio­nem. Tak też wyglądała – stojąc na czte­rech łapach, wy­su­nięta do przo­du, jak­by szy­kując się do ko­lej­ne­go okrążenia. Czar­na jak smoła – aż trud­no było do­strzec jej oczy – ale na pier­si miała biały pa­sek przy­po­mi­nający świeżo wy­ry­so­waną linię bo­iska. Wyglądała, jak­by pa­zu­ry również za­nu­rzyła w białej far­bie, a biały ko­niu­szek ogo­na płonął ni­czym ko­niec lon­tu. Była znacz­nie mniej­sza niż smut­ni sa­mot­ni­cy – zdałem so­bie sprawę, że to były sam­ce – których wi­działem w schro­ni­sku.

Pe­ter prze­rwał mil­cze­nie:

– Moja córka nadała jej imię. To ona. – Po­ka­zał ko­lej­ne zdjęcie, na którym ośmio-, może dzie­więcio­let­nia dziew­czyn­ka przy­tu­lała psa.

– Be­au­ti­ful Ener­gy, tak? Niezłe imię – stwier­dziłem. – Bar­dzo dys­tyn­go­wa­ne. – Roz­myślałem, jak idio­tycz­nie będę się czuł, wy­krzy­kując je pełnym głosem w par­ku.

Po­tem, klasnąwszy w dłonie, Pe­ter ob­wieścił, że na­deszła pora obej­rzeć po­ten­cjal­ny nowy dom dla char­ci­cy. Prze­szliśmy przez kuch­nię do oranżerii.

– Pomyślałem, że tu będzie naj­lep­sze miej­sce na le­go­wi­sko – po­wie­działem, wyciągając rękę w stronę ka­lo­ry­fe­ra.

Za­apro­bo­wał mój wybór. Czas na ogród. Obe­szliśmy go do­okoła, a Pe­ter za­trzy­mał się przy ogro­dze­niu.

– Z tam­tej stro­ny jest w porządku, ale z tej jest trochę za ni­skie. – Wska­zał na sięgający mu do pier­si płot z dru­cia­nej siat­ki, który od­gra­dzał nas od sąsiadów. – Char­ty po­tra­fią pod­sko­czyć na­wet metr osiem­dzie­siąt w górę – dodał.

– Ale chy­ba nie bez porządne­go roz­bie­gu. – Próbowałem uniknąć ko­niecz­ności prze­kształce­nia na­sze­go ogro­du w więzien­ny spa­cer­niak.

– Będzie pan po­trze­bo­wał cze­goś tu­taj – ob­wieścił, wska­zując na ko­niec ogro­dze­nia, za którym za­czy­nało się przejście między dwo­ma do­ma­mi.

– Ma pan na myśli furtkę? – spy­tałem z na­dzieją, że właśnie o to mu cho­dziło.

– Taaa, żeby się nie przy­zwy­czaiła do wędrówek po sąsied­nich ogródkach. Czy któryś z sąsiadów ma kota?

Od­po­wie­działem, że nie sądzę, ale przy­znałem mu rację, że po­win­niśmy tu pew­nie za­mon­to­wać furtkę. Poza tym nie wi­dział ko­niecz­ności in­nych zmian. Na­sze następne spo­tka­nie miało się odbyć na to­rze, w to­wa­rzy­stwie psa… a ra­czej suki.

Sta­dion do roz­gry­wa­nia psich go­nitw Oxford Grey­ho­und to perełka w sa­mym ser­cu Cow­ley – położonej na południo­wy wschód od sta­re­go mia­sta dziel­ni­cy, która była świad­kiem dy­na­micz­ne­go roz­wo­ju i dra­ma­tycz­ne­go załama­nia prze­mysłu mo­to­ry­za­cyj­ne­go oraz po­wsta­wa­nia centrów na­uko­wych i han­dlo­wych. Za­miesz­kują ją przeróżni lu­dzie: nie­chluj­ni stu­den­ci, le­wac­cy aka­de­mi­cy, właści­cie­le fur­go­ne­tek, z których sprze­da­je się ke­ba­by, młodo­cia­ni ama­to­rzy wyścigów – cała pa­no­ra­ma ciem­niej­szych stron życia. W umówioną środę wje­cha­liśmy na sta­dion bramą za­re­zer­wo­waną dla per­so­ne­lu i VIP-ów. Pe­ter cze­kał w rogu par­kin­gu, pre­zen­tując swój wąsaty uśmiech. Po­pro­wa­dził nas obok toru wyści­go­we­go – pierw­szy raz oglądaliśmy coś ta­kie­go – na otwartą prze­strzeń na wprost głównej try­bu­ny, gdzie za­par­ko­wało kil­ka­naście fur­go­ne­tek. Nad­szedł czas, żeby po­znać Rona i Be­au­ti­ful Ener­gy.

Ron oka­zał się dżen­tel­me­nem. Lek­ko przy­sa­dzi­sty, trochę powłóczył nogą; widać było, że prze­szedł nie­jed­no – i w życiu, i na to­rze. Miał ochrypły głos, który upo­dab­niał go do sym­pa­tycz­ne­go kom­bi­na­to­ra. Czy za­sta­na­wiał się, dla­cze­go chce­my wziąć char­ta? A dla­cze­go mie­li­byśmy nie chcieć? Ron twier­dził, że to wy­spor­to­wa­ne be­stie, które będą biegły, dopóki ser­ce im nie sta­nie. Są posłuszne i nad­zwy­czaj­nie czy­ste. Za­pew­niały mu byt. Be­au­ti­ful Ener­gy opi­sał jako „pierw­szej kla­sy sukę i cho­ler­nie do­bre­go bie­ga­cza”. Od­sunął drzwi czar­nej fur­go­net­ki i za­pro­sił nas, żebyśmy zerknęli do środ­ka. Wnętrze zo­stało prze­ro­bio­ne i wy­po­sażone w klat­ki do prze­wożenia psów, od podłogi aż po dach. W każdej klat­ce było wy­star­czająco dużo miej­sca, żeby pies mógł się w niej ułożyć, spo­czy­wając na za­dzie ni­czym sfinks.

– Oto i ona – za­chry­piał, wska­zując na klatkę w naj­niższym rzędzie.

Czar­na sucz­ka spoj­rzała na nas, a po­tem po­sta­wiła uszy. Wy­sta­wiła nos przez kra­ty i zaczęła węszyć. Dwo­je czar­nych oczu wpa­try­wało się w moje, jak­by ro­zu­miała, co się dzie­je. Po­tem Ron otwo­rzył nie­wiel­kie siat­ko­we drzwicz­ki i jed­nym spraw­nym ru­chem zapiął na szyi sucz­ki sze­roką skórzaną obrożę.

Kie­dy wy­sko­czyła z fur­go­net­ki, ja i Sa­rah do­strze­gliśmy, że jest o wie­le dłuższa, niż nam się wy­da­wało na pod­sta­wie zdjęć. Jak­by chcąc po­ka­zać, że po­tra­fi być też wy­so­ka, na­tych­miast stanęła na tyl­nych łapach, a przed­nie oparła na mo­jej pier­si. Niezłe po­wi­ta­nie – i coś, cze­go będzie­my ją mu­sie­li od­uczyć, jeśli doj­dzie do ad­op­cji. Gdy­by spróbowała tego z kimś niższym, mogłaby go przewrócić jak kręgiel.

– Proszę ją opro­wa­dzić kawałek, żeby ją wy­czuć – za­pro­po­no­wał Pe­ter.

Idąc z unie­sio­nym łbem, moc­no ciągnęła smycz, po­ru­szając się szyb­ko i z pre­cyzją; widać było, że jest pod­eks­cy­to­wa­na po­wro­tem na zna­jo­my grunt. Po­win­niśmy wy­pa­try­wać cze­goś znaczącego – uty­ka­nia będącego wy­ni­kiem jej ura­zu? A może ra­czej ob­ser­wo­wać, czy nawiążemy po­ro­zu­mie­nie? Na bo­kach miała za­dra­pa­nia i nie­wiel­kie bli­zny, ale jej mięśnie pra­co­wały z za­dzi­wiającą łatwością. Kie­dy pro­mie­nie słońca padły na sierść, błysnęła smo­li­sta czerń. Sucz­ka wy­da­wała się całko­wi­cie zdro­wa.

– Sil­na jest – wy­szep­tała Sa­rah, kie­dy wzięła smycz. – Na­prawdę ciągnie.

– Może wy­czuła zwie­rzynę – zażar­to­wałem, za­sko­czo­ny tym, że trzy razy lżej­szy od nas pies zmu­sza nas nie­mal do truch­tu.

– Co myślisz? – spy­tałem.

– Na pew­no jest ładna… Ale czy dom będzie do­sta­tecz­nie duży?

– Jeśli mieści się w klat­ce do prze­wożenia, to w domu też się zmieści – od­po­wie­działem bez wa­ha­nia. – A za­tem, moja pani. Czy je­steś naszą Dash?

Psi uśmiech stał się szer­szy, a brązowe oczy rozbłysły. We­pchnęła nos w moją dłoń i po­li­zała ją de­li­kat­nie, jak­by lizała zna­czek. Kie­dy wróciliśmy do fur­go­net­ki, Ron i Pe­ter roz­ma­wia­li z po­zo­stałymi tre­ne­ra­mi, którzy przy­go­to­wy­wa­li swo­je psy: białe, białe w brązowe łaty, beżowe, pręgo­wa­ne, a na­wet sza­re.

– I jak? – spy­tał Pe­ter z na­dzieją. – Jest bar­dzo przy­ja­zna, co?

Przy­zna­liśmy mu rację. Przy­ja­zna i wy­spor­to­wa­na, właści­wej wiel­kości… wspa­niała.

– Nie mu­si­cie się od razu de­cy­do­wać – dodał. – Prze­myślcie to i za­dzwońcie do mnie ju­tro.

Do­brze, prze­myślimy. Chciałem za­py­tać, ile pies będzie kosz­to­wał, ale nie umiałem wy­du­sić z sie­bie tego py­ta­nia. Za­miast tego roz­ma­wia­liśmy o go­ni­twach za­pla­no­wa­nych na wieczór, o tym, kie­dy Ron i jego psy skończą bie­gi i ile cza­su zaj­mie im powrót do domu. Zda­liśmy so­bie sprawę, że mają mnóstwo ro­bo­ty, więc po­dzięko­wa­liśmy im obu, pogłaska­liśmy Be­au­ti­ful Ener­gy na pożegna­nie i wróciliśmy do sa­mo­cho­du.

Czas na de­cyzję, a de­cyzje naj­le­piej po­dej­mo­wać z pełnym żołądkiem. Wje­cha­liśmy w Cow­ley Road, żeby do­je­chać do Oxford Thai. Była to jed­na z na­szych ulu­bio­nych re­stau­ra­cji, z kil­ku po­wodów – je­dze­nie ser­wo­wa­no nie­dro­gie i smacz­ne, a Sa­rah miesz­kała i pra­co­wała kie­dyś w Taj­lan­dii jako na­uczy­ciel­ka. To tam dwa lata wcześniej po­szliśmy na pierwszą randkę. Sie­dzie­liśmy przy sto­li­ku pod oknem, Sa­rah wyglądała olśnie­wająco, uśmie­chała się przez cały wieczór i złożyła zamówie­nie po taj­landz­ku. Byłem urze­czo­ny. Tamtą je­sień spędzi­liśmy ra­zem, jeżdżąc na ro­we­rach do pra­cy i z po­wro­tem, chodząc do kina, wspólnie go­tując, śpiąc u sie­bie na­wza­jem, za­ko­chując się w so­bie i spędzając cu­dow­ny, bez­tro­ski czas. Tak było wte­dy. Te­raz mu­sie­liśmy się za­sta­no­wić nad in­nym wy­bo­rem: czy za­pro­sić do na­sze­go wy­god­ne­go związku char­ta, pożegnać się z po­ran­nym wy­le­gi­wa­niem, spon­ta­nicz­ny­mi wy­pa­da­mi w week­en­dy… i czy po­wi­tać zupełnie nową rze­czy­wi­stość.

– Więc… Czy to ona jest tą je­dyną? – za­py­tała Sa­rah po złożeniu zamówie­nia.

Mil­czałem zamyślony.

– Hmmm, nie wiem – ode­zwałem się w końcu. – Ona to prze­cież nie „on”.

Moja dziew­czy­na po­smut­niała.

– A poza tym chart, na­wet mały, to nie to samo co whip­pet.

Po­smut­niała jesz­cze bar­dziej. Znów za­padła ci­sza.

– Poza tym to ja będę się nią cały dzień opie­ko­wał – po­wie­działem po chwi­li.

– Ale to ty za­wsze chciałeś mieć psa! – zawołała Sa­rah.

Mówiłem da­lej, głośno myśląc:

– Jest całkiem ładna.

– A do tego uty­tułowa­na – dodała Sa­rah z en­tu­zja­zmem.

– W końcu to Suka Roku.

– Właśnie, Suka Roku – powtórzyła.

Za­milkłem po­now­nie, a po­tem uśmiechnąłem się chy­trze.

– Hej, weźmy ją. To nie będzie chy­ba ta­kie trud­ne?

Sa­rah roz­pro­mie­niła się i sięgnęła nad sto­li­kiem po moją dłoń.

– Zde­cy­do­wałeś się już na sta­dio­nie, praw­da?

– W pew­nym sen­sie – od­parłem. – Zajęło mi to dobrą mi­nutę.

I tak to się odbyło. Z sa­me­go rana miałem za­dzwo­nić do Pe­te­ra i po­wie­dzieć, że chce­my po­zba­wić go pro­ble­mu w po­sta­ci uty­tułowa­ne­go char­ta. Dni psiej ka­rie­ry spor­to­wej do­biegły końca; czas na przy­godę.

W pewną środę w połowie września, po lun­chu, ode­brałem Dash ze sta­dio­nu. Nie tracąc cza­su, wcześniej wpadłem do skle­pu zoo­lo­gicz­ne­go, w którym kupiłem dwie psie mi­ski (jedną na je­dze­nie, drugą na wodę) i małą przy­wieszkę w kształcie kości, na której wy­gra­we­ro­wa­no nowe imię char­ci­cy i mój nu­mer te­le­fo­nu. Zna­jo­my po­da­ro­wał mi nie­po­trzeb­ne używa­ne le­go­wi­sko dla psa, które wyście­liłem sta­rym ko­cem. Ron miał mnie wy­po­sażyć w resztę: smycz, obrożę i czar­ny pla­sti­ko­wy ka­ga­niec na wy­pa­dek, gdy­by stała się nie­sfor­na w par­ku. Co dziw­ne, nie ocze­ki­wał żad­nej zapłaty. Tak samo jak Pe­ter – wy­star­czyło mu, że zna­lazł jej do­bry dom. Obu po­do­bało się nowe imię Dash i byli pew­ni, że sucz­ce też się spo­do­ba. Ja tym­cza­sem zacząłem się za­sta­na­wiać, czy nie jest za bar­dzo w sty­lu ma­cho jak dla dziew­czy­ny, ale z tego, co wi­działem przy na­szym pierw­szym spo­tka­niu, była chy­ba do­sta­tecz­nie szyb­ka, żeby na nie zasłużyć.

Do­pie­ro kie­dy wróciłem z nią do sa­mo­cho­du, zdałem so­bie sprawę, że nie mam pojęcia, jak ją prze­wo­zić. To by było tyle, jeśli cho­dzi o moje su­perzor­ga­ni­zo­wa­nie. Sa­mo­cho­do­wi da­le­ko było do prze­stron­ności – był to ford ka, którego kupiłem od mamy jako auto miej­skie. Czy Dash po­win­na sie­dzieć z przo­du, zapięta pa­sem, obok opusz­czo­nej szy­by? Często wi­dy­wałem sa­mo­cho­dy oso­bo­we i fur­go­net­ki z psi­mi łbami wy­stającymi po­nad szybą, ale nie byłem pe­wien, czy jest to wska­za­ne w trak­cie pierw­szej podróży. A może włożyć ją do bagażnika? Było tam trochę twar­do, a ona nie miała zbyt wie­le tłuszczy­ku. W końcu uznałem, że naj­wy­god­niej będzie jej na tyl­nym sie­dze­niu. Rozłożyłem tam sta­ry koc, który trzy­małem w samocho­dzie, i otwo­rzyłem jed­no z bocz­nych okie­nek.

Za­trzy­mała się przy drzwiach sa­mo­cho­du i zaj­rzała do środ­ka. Po­tem spoj­rzała na mnie.

– No już. Hop! Wska­kuj.

Nie po­ru­szyła się. Może po­trze­bo­wała de­li­kat­nej zachęty? Po­pchnąłem ją z tyłu, ale zaczęła na­pie­rać na moją dłoń. To może z dru­gie­go końca? Pod­niosłem przed­nie łapy i po­sta­wiłem je w zagłębie­niu na nogi za fo­te­lem kie­row­cy. Po­działało. Ostrożnie weszła na sie­dze­nie i stanęła na nim – łbem do­ty­kając da­chu.

– Siad!

Zero re­ak­cji.

– Leżeć!

Pu­ste spoj­rze­nie.

Pomyślałem, że pew­nie ułoży się na sie­dze­niu w cza­sie jaz­dy. Wsiadłem do sa­mo­cho­du, włączyłem sil­nik i ru­szyłem, ob­ser­wując w lu­ster­ku, jak buja się na sie­dze­niu. Na pierw­szym skręcie w lewo zo­ba­czyłem, że prze­su­wa się w pra­wo ni­czym sto­lik do kawy, który za chwilę się przewróci. Wy­ko­nała kil­ka kroczków, a po­tem znów złapała równo­wagę. Kie­dy za­trzy­ma­liśmy się na światłach, po­czułem na ra­mie­niu jej łapę. Dy­szała z jęzo­rem wy­wa­lo­nym na wierzch. Czy chciała mi w ten sposób po­wie­dzieć, żebym zwol­nił… czy może przy­spie­szył? Sięgnąłem do tyłu i ener­gicz­nie kle­piąc w sie­dze­nie, zachęcałem ją, żeby się położyła. Zie­lo­ne. Gdy ru­szyliśmy, cofnęła się. Resz­ta podróży upłynęła w ten sam cha­otycz­ny sposób. Spraw­dzałem, jak suka so­bie ra­dzi, ni­czym tro­skli­wy ro­dzic ob­ser­wujący swo­je dziec­ko w na­dmu­chi­wa­nym zam­ku. Na szczęście szyb­ko do­je­cha­liśmy do celu – jej no­we­go domu.

Pierw­sze, co zro­biła, to wy­siu­sia­nie się w ogro­dzie. Dokład­nie na sa­mym środ­ku traw­ni­ka. Przy­najm­niej nie zro­biła tego w domu. Pe­ter ra­dził re­gu­lar­nie ją wy­pro­wa­dzać, żeby się wypróżniła, dopóki nie od­naj­dzie swo­je­go na­tu­ral­ne­go ryt­mu. Prze­biegła się po ogródku, obwąchując grządki i brze­gi ścieżki. Po­tem na­deszła pora, żeby wejść do środ­ka. Otwo­rzyłem drzwi oranżerii, a ona podążyła za mną z no­sem przy­le­pio­nym do podłogi, jak­by był ma­gne­sem, a podłoga żela­zem.

– No cóż, Dash. Je­steśmy na miej­scu. Roz­gość się.

Przeszła się po oranżerii, zi­gno­ro­wała le­go­wi­sko, a po­tem po­truch­tała przez kuch­nię do sa­lo­nu. Po­sta­no­wiłem nie po­zwo­lić na to, żeby upodo­bała so­bie ka­napę albo któryś z fo­te­li, ale każde inne miej­sce, czy­li, in­ny­mi słowy, podłoga, po­zo­sta­wało łatwym ce­lem. Tego popołudnia zro­biłem so­bie wol­ne i zaczęliśmy się ze sobą za­zna­ja­miać. Sta­rałem się używać jej no­we­go imie­nia tak często, jak to tyl­ko możliwe, wołając ją do sie­bie co kil­ka mi­nut i na­gra­dzając kawałecz­ka­mi go­to­wa­ne­go kur­cza­ka. Nie mu­siałem się mar­twić – łaziła za mną jak psi cień. Jeśli robiłem so­bie her­batę, stała i się przyglądała; jeśli po­szedłem do sa­lo­nu, żeby usiąść, szła za mną i wpy­chała nos pod moją rękę. Cze­kałem, kie­dy usiądzie albo się położy, ale nie. Wiel­kie dzięki, wolała stać. Może jeśli znów pokażę jej le­go­wi­sko… A jeśli była zmęczo­na tą ad­op­cyjną ge­henną? Po­szedłem do oranżerii i wska­załem na jej posłanie.

– Łóżko. – Po­kle­pałem je. – Łóżko.

Obo­je spoj­rze­liśmy na le­go­wi­sko jak dzie­ci gapiące się na Ka­mień z Ro­set­ty1. No do­brze. Sko­ro miała za­miar cały czas mnie naśla­do­wać, to ją po­dejdę. Przy­kucnąłem i zwinąłem się na posłaniu, a przy­najm­niej częścio­wo na nim, po­nie­waż nogi i głowa wy­sta­wały. Dash ziewnęła sze­ro­ko, jak­by się za­sta­na­wiała, co ja, u li­cha, wy­pra­wiam. Zadałem so­bie to samo py­ta­nie. Szy­ko­wało się długie popołudnie.

Kie­dy Sa­rah w końcu wróciła z pra­cy, ja i Dash znów byliśmy w ogro­dzie. Opro­wa­dzałem ją na smy­czy, tej z sze­roką obrożą, której używa­liśmy na sta­dio­nie. Naj­wy­raźniej taki ro­dzaj obroży unie­możli­wiał sucz­ce wy­su­nięcie z niej głowy, gdy­by coś ją prze­stra­szyło.

– Char­ty mają wąskie łby. Proszę ją cia­sno za­pi­nać, na ostat­nią dziurkę – po­ra­dził nam Pe­ter.

To praw­da, rze­czy­wiście miała wąski łeb – wyglądał jak sio­dełko wyścigówki z usza­mi. Na wi­dok Sa­rah sucz­ka stanęła na tyl­nych łapach. Zna­jo­me po­wi­ta­nie z przed­ni­mi łapa­mi na pier­si. Sa­rah zaśmiała się i de­li­kat­nie ją ode­pchnęła.

– Oto i ona, na­resz­cie mamy psa, naszą własną Dash!

Zre­la­cjo­no­wałem mo­jej dziew­czy­nie popołudnie spędzo­ne na na­uce pod­staw, a po­tem we­szliśmy do środ­ka, żeby zająć się ko­lacją. Oprócz niezbędnych przy­borów do­sta­liśmy dwu­ty­go­dnio­wy za­pas psiej kar­my. Tej sa­mej, którą jadła Dash, kie­dy brała udział w go­ni­twach – bo­ga­te w białko kul­ki, które należało przez go­dzinę mo­czyć w wo­dzie, aż roz­miękną. Przez kil­ka ko­lej­nych ty­go­dni mie­liśmy stop­nio­wo do­da­wać do nich inną karmę, dopóki sucz­ka nie od­zwy­czai się całko­wi­cie od wy­so­ko­ener­ge­tycz­ne­go je­dze­nia. Wsy­pałem miarkę ku­lek do jej mi­ski, a Dash na­tych­miast wsa­dziła w nie nos. Kie­dy dolałem wody, do­szedłem do wnio­sku, że naj­bez­piecz­niej­szym miej­scem do mo­cze­nia kar­my będzie mi­kro­falówka. Tam znaj­dzie się poza zasięgiem Dash – również poza zasięgiem jej wy­ostrzo­ne­go zmysłu węchu.

Sa­rah i ja za­bra­liśmy się do przy­go­to­wy­wa­nia ko­la­cji, a Dash na­le­gała, żeby się przyłączyć. Stała na tyl­nych łapach, z przed­ni­mi opar­ty­mi na bla­cie, obwąchi­wała skład­ni­ki i zbie­rała reszt­ki, które upadły na podłogę. Nie miałem nic prze­ciw­ko reszt­kom – dzięki temu nie będzie­my mu­sie­li sprzątać – ale za każdym ra­zem, kie­dy próbowała mysz­ko­wać po bla­cie, głośno mówiliśmy „Nie!” i gro­zi­liśmy jej pal­cem. Czyżby wcześniej źle ją kar­mio­no? Pod­czas gdy jed­no z nas kroiło wa­rzy­wa, dru­gie pil­no­wało psa. Kie­dy nad­szedł czas, żeby usiąść i zjeść, stało się oczy­wi­ste, że to­czy­my prze­graną walkę. Dash nie chciała się uspo­koić i bie­gała, skomląc, od jed­ne­go końca stołu do dru­giego. W końcu Sa­rah i ja zje­dliśmy na stojąco, wciśnięci w kąt kuch­ni i odwróceni do niej ple­ca­mi. Kie­dy sucz­ka zdała so­bie sprawę, że je­steśmy nie­wzru­sze­ni, położyła się i po­nu­ro oparła łeb na przed­nich łapach.

Po go­dzi­nie jej je­dze­nie było wresz­cie go­to­we. Słysząc dźwięk otwie­ra­nych drzwi­czek mi­kro­falówki, uniosła uszy, a po­tem wstała. Kie­dy tyl­ko ru­szyłem w stronę miej­sca, które wy­bra­liśmy jako jej punkt żywie­nio­wy, na­tych­miast zaczęła tańczyć na tyl­nych łapach. Wydała z sie­bie na­wet pełne pod­eks­cy­to­wa­nia szczek­nięcie, pierw­sze, odkąd przy­je­cha­liśmy do domu. Mi­ska na podłogę. Nos do środ­ka. Zje­dzo­ne. W nie­całą mi­nutę. Jadła szyb­ko, na­bie­rając spo­re por­cje i łykając gąbczastą karmę bez gry­zie­nia, a po­tem po­pi­jając to dużym łykiem wody. Ob­li­zując mordę i nos, a w za­sa­dzie cały pysk, poszła znów do kuch­ni, jak pi­jak wra­cający do baru. Za­trzy­mała się na chwilę i głośno beknęła. Ta suka zde­cy­do­wa­nie mu­siała się na­uczyć nie­co ma­nier.

Nie chcąc robić wokół niej za­mie­sza­nia, po ko­la­cji po­sta­no­wi­liśmy za­cho­wy­wać się nor­mal­nie i po­oglądać te­le­wizję. Dash stanęła dokład­nie przed od­bior­ni­kiem, z po­sta­wio­ny­mi usza­mi i śle­pia­mi przy­kle­jo­ny­mi do ekra­nu. W pew­nej chwi­li, w trak­cie prze­ska­ki­wa­nia z kanału na kanał, na­tra­fi­liśmy na film do­ku­men­tal­ny o wil­kach. Kie­dy jej da­le­cy ku­zy­ni zaczęli war­czeć i wyć, Dash popędziła za te­le­wi­zor w na­dziei, że ich tam wy­tro­pi. Zew na­tu­ry był naj­wy­raźniej dość sil­ny w tej byłej spor­t­smen­ce. Po­nie­waż je­sien­ne wie­czo­ry za­pa­dały co­raz wcześniej, zakończyłem tę za­bawę i za­brałem ją do ogro­du, żeby się wypróżniła. Kar­nie posłuchała.

Te­raz cze­kała nas praw­dzi­wa próba – zga­szo­ne światła, le­go­wi­sko, jej pierw­sza sa­mot­na noc w no­wym domu. Jak wy­pad­nie? Jak my wy­pad­niemy?

Skom­le­nie było donośne. Po­wta­rzający się w nie­skończo­ność wy­so­ki dźwięk. Od go­dzi­ny miałem w uszach za­tycz­ki, ale nie po­ma­gały. Na początku za­mknęliśmy Dash w oranżerii.

– Musi się przy­zwy­czaić, jakoś przez to przejść – po­wie­działem, kie­dy szliśmy spać na górę.

Wciąż skom­liła, a po­tem zaczęła dra­pać w drzwi, jak­by chciała w ten sposób wy­do­stać się na zewnątrz. Sa­rah zeszła, żeby ją uspo­koić. Wróciła na górę, zde­cy­do­wa­nie kręcąc głową.

– Jest bar­dzo nieszczęśliwa, ma ta­kie sza­lo­ne spoj­rze­nie.

Po ko­lej­nej bez­sen­nej go­dzi­nie wy­szep­tała:

– Posłuchaj, mu­si­my do niej pójść, za­nim. za­nim coś so­bie zro­bi.

Była dru­ga nad ra­nem. Zmu­si­liśmy się, żeby wstać i znów zejść na dół. Oranżeria była zde­mo­lo­wa­na. Wszyst­ko, co dało się po­ru­szyć, zo­stało prze­su­nięte, a na przy­mo­co­wa­nych przed­mio­tach pozo­stały ślady ata­ku. W sa­mym środ­ku tej sce­ne­rii, na sto­le, stała królowa cha­osu we własnej oso­bie z nie­przy­tom­nym spoj­rze­niem i jęzo­rem dwa razy dłuższym niż nor­mal­nie. Muszę przy­znać, że się prze­stra­szyłem. Prze­stra­szyłem się, po­nie­waż nie wie­działem, co zro­bić. Bałem się, że już nig­dy spo­koj­nie nie prześpię nocy. No i prze­stra­szyłem się też, i to porządnie, jej sa­mej. Sko­ro znisz­czyła oranżerię, to czy miała za­miar za­ata­ko­wać również nas? Może to en­tu­zja­stycz­ne ma­cha­nie ogo­nem było tyl­ko ble­fem, który miał nas zwieść? Nie będzie chy­ba kąsała ręki, która ją kar­miła (co praw­da, jak dotąd, tyl­ko raz).

Wydałem jej ko­mendę, żeby się uci­szyła, i zbliżyłem się do niej o krok. Białe przed­nie łapy Dash zaczęły pod­eks­cy­to­wa­ny ta­niec po sto­le. Pogłaskałem ją po pier­si, a po­tem ściągnąłem na podłogę. Ślady zębów na me­blach były za­iste im­po­nujące. Naj­go­rzej obe­rwał ni­ski sto­lik, na którym trzy­ma­liśmy kwitnący zimą stor­czyk – od­gryzła od nie­go kawałki, jak z to­sta. Oprócz przy­pad­ko­wej eg­ze­ku­cji na do­nicz­ce i roz­rzu­ce­nia wszędzie zie­mi, poświęciła również trochę cza­su na prze­gry­zie­nie ka­bla i połama­nie po­jem­ni­ka z gru­be­go pla­sti­ku, który służył nam do se­gre­ga­cji śmie­ci. Nie wie­działem, co zro­bić. Ze­bra­liśmy tyl­ko zie­mię, żeby nie za­mie­niła się w błoto. Dash ob­ser­wo­wała wszyst­ko i ma­chała ogo­nem. Co te­raz? Mu­siałem się prze­spać. Nie tyl­ko ja.

W końcu Sa­rah zro­biła to, cze­go ja nie mogłem albo nie chciałem. Za­brała za­pa­sową kołdrę i zeszła na dół, żeby prze­spać się na ka­na­pie. Psie posłanie położyliśmy obok na podłodze; drzwi oranżerii zo­sta­wi­liśmy otwar­te, żeby Dash mogła swo­bod­nie się prze­miesz­czać. Czując się jak sa­mo­lub i nie­udacz­nik, po­wlokłem się na górę i za­mknąłem drzwi sy­pial­ni. Z dołu nie do­cho­dził żaden dźwięk – żad­ne­go wy­cia, dra­pa­nia, nic. Wyłączyłem światło i położyłem się do zim­ne­go łóżka.

Oka­zało się, że Dash spała jak dziec­ko. Obec­ność Sa­rah na ka­na­pie uspo­koiła ją na tyle, że zasnęła w ciągu pół go­dzi­ny. Następne­go dnia, w łazien­ce, omówiliśmy, ja­kie mamy wyjścia.

– Nie wiem, czy się do tego na­da­je­my… a przy­najm­niej, czy­ja się do tego na­daję – po­wie­działem zde­ner­wo­wa­ny. – Ty też nie możesz całą noc spać na ka­na­pie. Jeżeli dziś powtórzy się ta sama hi­sto­ria, to ju­tro ją od­da­je­my. Zjadła nam połowę me­bli!

– Mu­sisz być cier­pli­wy – próbowała mnie prze­ko­nać Sa­rah. – Wszyst­ko jest dla niej ta­kie nowe i inne. Wy­obraź so­bie: dotąd całe życie miesz­kała w psiar­ni z in­ny­mi psa­mi. Kie­dy nie była w psiar­ni, była na to­rze. Na­gle to się skończyło. Dom musi się jej wy­da­wać obcą pla­netą. Bóg wie, co so­bie o nas myśli. Daj jej szansę. Jeśli za­cho­wu­jesz się tak w sto­sun­ku do bied­ne­go psa, to jak dasz so­bie kie­dyś radę z dziećmi?

Cały ten po­mysł z psem był mój, a te­raz to Sa­rah bro­niła tej suki. Miała trochę ra­cji. Zgo­dziłem się dać Dash szansę przy­najm­niej do week­en­du.

Po śnia­da­niu zje­dzo­nym w kącie kuch­ni, twarzą do ścia­ny – tyl­ko tak mo­gliśmy obro­nić się przed Dash, która próbowała nam wytrącić no­sem mi­ski z dłoni – Sa­rah wyszła do pra­cy. Znów zo­stałem sam na sam z be­stią. Próbując za­cho­wy­wać się swo­bod­nie, po­szedłem na górę, do ga­bi­ne­tu. Dash stała u podnóża schodów, ni­czym ktoś spoglądający, jak ostat­ni pociąg odjeżdża bez nie­go, a po­tem odwróciła się i położyła, żeby uciąć so­bie drzemkę. Mały suk­ces, mimo którego wciąż czułem się nieswój i za­nie­po­ko­jo­ny całą tą sy­tu­acją. Można chy­ba zna­leźć jakąś po­moc – grupę dys­ku­syjną, fo­rum albo stronę in­ter­ne­tową dla osób, które przez pomyłkę ad­op­to­wały wściekłego char­ta. Re­zul­ta­ty wy­szu­ki­wa­nia fra­zy „eme­ry­to­wa­ny chart” szły w set­ki tysięcy. Ist­nie­je na­wet cha­ry­ta­tyw­ne sto­wa­rzy­sze­nie Re­ti­red Grey­ho­und Trust, które ofe­ru­je wspar­cie, po­ra­dy i sprzęt, próbując jed­no­cześnie znaj­do­wać psom domy. Od­kryłem, że ad­op­cja eme­ry­to­wa­nych psów wyści­go­wych jest od daw­na po­pu­lar­na w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Nie wie­działem na­wet, że urządzają tam wyścigi. Jeśli cho­dzi o to, jak po­ra­dzić so­bie z de­struk­cyj­ny­mi noc­ny­mi wy­czy­na­mi psów, wszędzie udzie­la­no ta­kiej sa­mej rady, opar­tej na jed­nym ma­gicz­nym słowie: „klat­ka”. Duża, składa­na, w której pies ma do­sta­tecz­nie dużo miej­sca, żeby wstać i się obrócić, ale nie­wie­le więcej. Ta­kie klat­ki nie tyl­ko nie za­ostrzają ob­jawów klau­stro­fo­bii, lecz także za­pew­niają bez­piecz­ne miej­sce spo­czyn­ku i stwa­rzają wa­run­ki po­dob­ne do tych w psiar­ni. Mu­sie­liśmy za­tem umieścić na­sze­go no­we­go psa za krat­ka­mi. Jeśli będzie miał szczęście, wyj­dzie wcześniej za do­bre spra­wo­wa­nie. Po­szu­kałem do­staw­cy kla­tek. Taka, która byłaby do­sta­tecz­nie duża dla char­ta, na­wet małego, nie była ta­nia. Ani też dostępna od ręki. Naj­szyb­ciej mogła do nas do­trzeć w po­nie­działek. A mie­liśmy czwar­tek. Inni sprze­daw­cy wca­le nie wy­pa­da­li le­piej – zda­je się, że po­pyt na klat­ki ostat­nio znacz­nie wzrósł. Niech zgadnę, pomyślałem, mamy Ty­dzień Do­bro­ci dla Chartów. Ko­lej­ne czte­ry bez­sen­ne noce na ka­na­pie wy­da­wały się co­raz bar­dziej re­al­ne.

Osta­tecz­nie Sa­rah i ja sta­wi­liśmy czoło sy­tu­acji i przez cały ty­dzień spa­liśmy na ka­na­pie. Klat­ka przyszła w końcu dwa dni później, niż za­pew­nia­no w ogłosze­niu. Była ogrom­na i ciężka, ale kie­dy usta­wiło się bocz­ne ścian­ki, resz­ta złożyła się sama. Klat­ka miała na­wet dwie pary drzwi­czek, przez które Dash mogła swo­bod­nie wcho­dzić i wy­cho­dzić – na środ­ku i z boku. Za­uważyłem, że wy­po­sażono je w moc­ne zam­ki. Pod­czas kil­ku pierw­szych nocy „za kra­ta­mi” zo­sta­wi­my jed­ne z drzwi­czek otwar­te, po­sta­no­wi­liśmy. Po­tem, kie­dy się za­do­mo­wi, będzie­my ją za­my­ka­li na noc. Do środ­ka włożyliśmy koc, kil­ka pod­nisz­czo­nych po­du­szek i nada­liśmy całości jesz­cze bar­dziej przy­tul­ny cha­rak­ter, kładąc na wierz­chu starą zasłonę. Za­mie­rza­liśmy okry­wać nią klatkę na noc, jak w przy­pad­ku pa­pug. Prze­mia­na była na­tych­mia­sto­wa i zdu­mie­wająca. Dash była za­chwy­co­na. Może i mie­liśmy te­raz w oranżerii klatkę wiel­kości małego sa­mo­cho­du, która za­bie­rała większość miej­sca, ale przy­najm­niej nasz zwie­rzak bla­dym świ­tem nie nisz­czył już wszyst­kie­go, co wpadło mu w łapy.

Naj­bar­dziej de­ner­wujące u psów jest to, że nie po­tra­fią po­wie­dzieć, o co im cho­dzi. Jesz­cze bar­dziej iry­tujące jest to, że ty też nie­wie­le możesz im wytłuma­czyć. „Skoczę tyl­ko do skle­pu” spo­tka się z taką samą re­akcją, jak „Opusz­czam cię na za­wsze”. U ad­op­to­wa­nych psów lęk se­pa­ra­cyj­ny bywa większy. Kie­dy tyl­ko zabrzęczą klu­cze czy za­czniesz się ubie­rać, za­czy­nają skom­leć, bie­gać w kółko albo za­sta­wiają drzwi wyjścio­we. Próby uspo­ka­ja­nia nie skut­kują, prze­ciw­nie – mogą po­gor­szyć sprawę. Jeśli jest się dla psa miłym, tęskni jesz­cze bar­dziej. Wy­cie, ata­ki pa­ni­ki, ob­si­ki­wa­nie me­bli, utra­ta ape­ty­tu, sa­mo­oka­le­cze­nia, wy­mio­ty, a na­wet wy­ska­ki­wa­nie przez otwar­te okna są po­wszech­ne wśród psów po­zo­sta­wio­nych sa­mym so­bie. W in­ter­ne­cie czy­tałem hi­sto­rie właści­cie­li nie­mal uwięzio­nych w domu ze stra­chu przed fun­do­wa­niem psom ta­kich przeżyć. Mając to na uwa­dze, przy­go­to­wy­wa­liśmy się do zo­sta­wie­nia Dash w pu­stym domu stop­nio­wo. Naj­pierw pięć mi­nut, dzie­sięć, po­tem dwa­dzieścia. Wie­czo­rem, w ostat­nią nie­dzielę września, Sa­rah i ja byliśmy go­to­wi, żeby zo­sta­wić ją samą na całą go­dzinę. Na­szym ce­lem był po­bli­ski pub. Ale w ostat­niej chwi­li spa­ni­ko­wałem.

– Może po­win­niśmy po­cze­kać… No wiesz, kupić taką krótko­falówkę dla nie­mowląt albo coś w tym sty­lu? – po­wie­działem do Sa­rah.

– Po co? Żebyśmy słysze­li, jak gry­zie nam me­ble? – Sa­rah pa­trzyła na mnie ze zmarsz­czo­nym czołem. – Nic jej nie będzie. To tyl­ko go­dzi­na. Poza tym na­sza oranżeria jest już pso­od­por­na.

Była to praw­da – za­bra­liśmy stamtąd wszyst­ko, co dałoby się stłuc, a rogi i krawędzie za­le­d­wie kil­ku po­zo­stałych me­bli okle­iliśmy dla ochro­ny grubą taśmą. Zo­stały tam jesz­cze tyl­ko na­sze kap­cie i za­pa­so­we buty, które w naj­mniej­szym stop­niu nie in­te­re­so­wały Dash.

Z non­sza­lancją i bez ogląda­nia się za sie­bie za­mknęliśmy drzwi oranżerii. Stwier­dzi­liśmy, że le­piej wyjść tamtędy niż fron­to­wy­mi drzwia­mi. W ten sposób będzie przy­najm­niej wi­działa, że po­szliśmy, i nie pomyśli, że ukry­wa­my się gdzieś w sa­lo­nie. W pu­bie, jak zwy­kle, nie działo się nic szczególne­go. Przede wszyst­kim był nie­mal pu­sty. Wca­le nam to nie prze­szka­dzało. Naj­ważniej­sze, że nie było psa, czar­ne­go cie­nia nie­ustan­nie czającego się u na­szych stóp. Sączy­liśmy piwo z ku­fli, roz­ma­wia­liśmy; znów byliśmy parą. Pa­trzyłem Sa­rah w oczy i czułem się wdzięczny, bo prze­ko­nała mnie, żebym dał Dash drugą szansę. Obo­je wie­dzie­liśmy, o czym myśli to dru­gie. Otwo­rzy­liśmy nasz dom i ser­ca na coś no­we­go. Nie było tak, jak nam się wy­da­wało, ale pew­nie rzad­ko tak bywa. Czy ja­ki­kol­wiek pies byłby w sta­nie udźwignąć brze­mię pokłada­nych w nim na­dziei? Czy Dash będzie umiała – będzie chciała – spro­stać na­szym ocze­ki­wa­niom?

Po go­dzi­nie, trzy­mając się za ręce, po­szliśmy do domu, ale kie­dy się do nie­go zbliżaliśmy, dłonie zaczęły mi się pocić. A jeśli Dash wpadła w szał i rzu­ciła się na szybę? Jeśli jest te­raz nie­przy­tom­na… lub go­rzej? Klucz obrócił się w zam­ku i pchnęliśmy drzwi. Dash leżała w klat­ce; nad­sta­wiła ucha, jak­byśmy ją wy­rwa­li z głębo­kie­go i spo­koj­ne­go snu. Na sto­sie obok niej leżały wszyst­kie na­sze buty. Wstała gwałtow­nie i zaczęła gorączko­wo wy­ma­chi­wać ogo­nem. Suka Roku ucie­szyła się na nasz wi­dok.