Styl prowokatywny w terapii i coachingu - Noni Höfner - ebook

Styl prowokatywny w terapii i coachingu ebook

Noni Höfner

0,0
54,90 zł

lub
Opis

Nasz świat jest złożony z naładowanych emocjonalnie przekonań i to one determinują, jak postrzegamy rzeczywistość. Decyzje dotyczące zmian w naszym życiu wiążą się z przełamywaniem stereotypowego sposobu myślenia, własnych fiksacji, myśli, uczuć i zachowań.

Styl Prowokatywny, oparty na terapii prowokatywnej Franka Farrelly’ego, umożliwia wyjście poza ramy rutynowego myślenia, postrzegania czy działania dzięki przerysowanemu – z humorem – podważaniu umiejętności, absurdalnemu mnożeniu trudności wynikających z sytuacji, wyolbrzymianiu bądź bagatelizowaniu przekonań, myśli i wzorców postępowania. Działania te wzbudzają emocjonalny opór wobec ograniczeń, które sami sobie narzuciliśmy i które hamują nasz rozwój.

Interwencje prowokatywne – odbywające się w atmosferze życzliwości, zaufania i humoru – mają na celu nabranie dystansu do siebie, uświadomienie sobie ograniczających przekonań, wyzwolenie energii i poczucie, że zmiana jest możliwa. Stwarzają możliwość określenia na nowo własnych wartości, celów i potrzeb oraz wzięcia odpowiedzialności za podjęte wybory, a tym samym – wzmocnienia poczucia samostanowienia i pewności siebie.

Założenia metody i sposoby pracy są poparte licznymi przykładami prowokatywnych interwencji dotyczących typowych trudności, z którymi każdy z nas się mierzył, mierzy się obecnie lub może się zmierzyć w przyszłości.

Książka Noni Höfner to połączenie rzetelnej wiedzy z lekkością stylu. Przepełniona duchem prowokatywności, zachwyca uporządkowaniem, strukturą i jednocześnie sprawia, że czytający uśmiecha się pod nosem. To lektura obowiązkowa dla wszystkich terapeutów, coachów i trenerów zainteresowanych wykorzystaniem podejścia prowokatywnego w swojej pracy, a także tych, którzy mają wątpliwości, czy to interesujący dla nich kierunek rozwoju. Zarówno jedni, jak i drudzy będą mogli odkryć coś ważnego dla siebie. Lektura tej książki niesie za sobą pewne niebezpieczeństwo, po jej ukończeniu bowiem „już nigdy nie będziecie mogli bezgranicznie wierzyć w to, kim jesteście”.

dr Katarzyna Ramirez

business coach International Coaching Community, superwizor Izby Coachingu, współwłaścicielka Values TEAM

Książka Noni Höfner jest taka, jak jej Autorka: pełna odważnego, błyskotliwego i ciepłego humoru, a jednocześnie wypełniona miłością, życzliwością i głęboką mądrością. Zaprasza do tego, byśmy ocenili nasz wkład w powstawanie własnych objawów, śmiechem odczarowuje lęki i pokazuje drogę do wolności. A że zawiera także opisy praktycznych, prowokatywnych narzędzi oraz przypadków – warto, by znalazła się nie tylko na półce, ale też w rękach, głowie i sercu jak największej liczby coachów i terapeutów.

dr Lidia D. Czarkowska

dyrektor Centrum Coachingu i Mentoringu Akademii Leona Koźmińskiego,

założycielka Instytutu Jakości Życia, coach i superwizor Izby Coachingu

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 393

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Tytuł oryginału: Glauben Sie ja nicht, wer Sie sind! Grundlagen und Fallbeispiele des Provokativen Stils

© Carl-Auer-Systeme Verlag 2016, Heidelberg, Germany. All Rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne, Sopot 2016.

Wszystkie prawa zastrzeżone. Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w żaden sposób reprodukowana lub odczytywana w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody Gdańskiego Wydawnictwa Psychologicznego.

Wydanie pierwsze w języku polskim 2017 rok

Przekład: Ilona Jurkiewicz-Buchała

Redaktor prowadzący: Patrycja Pacyniak

Redakcja merytoryczna: Joanna Czarnecka, Norbert Grzybek

Redakcja polonistyczna: Katarzyna Rojek, Patrycja Pacyniak

Korekta: zespół

Opracowanie graficzne i skład: Tojza

Projekt okładki: Monika Pollak

Zdjęcie na okładce: © 123RF

ISBN 978-83-7489-708-2

Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne Sp. z o.o.

ul. J. Bema 4/1a

81–753 Sopot

e-mail:[email protected]

www.gwp.pl

Skład wersji elektronicznej: Aleksandra Baszun

konwersja.virtualo.pl

Będziesz jutro tym, co dziś myślisz.

Budda

Człowiek nie może odkrywać nowych lądów, jeśli nie zdobędzie się na odwagę, by opuścić stary.

André Gide

Pewien człowiek był już jako dziecko wychowywanyI przy tym stosownie okłamywany.Słyszał więc takie oto wspaniałości,Jakoby bocian dzieci przynosił,Jezusek w święta podarunki dawał,Wielkanocny zając jajka chował.Dopiero dostrzegł po latkach kilku,Że to wszystko bajki były tylko.Jednak w inne, mniej drobne, kłamstwaz przyjemnością wierzy aż do śmierci.

Eugen Roth

Wstęp do polskiego wydania

Książka, którą warto przeczytać nie po to, by w nią wierzyć, ale po to, by się zastanowić, w co się wierzy.

Drogi Czytelniku,

kiedy w 2015 roku po raz pierwszy spotkaliśmy się osobiście z doktor Noni Höfner na lotnisku Chopina w Warszawie, oniemieliśmy z zaskoczenia. Czekaliśmy na stateczną, siedemdziesięciotrzyletnią doktor psychologii z Niemiec, wieloletnią współpracownicę Franka Farrelly’ego (twórcy terapii prowokatywnej), psychoterapeutkę i mediatorkę z ponadczterdziestoletnim doświadczeniem zawodowym. Zobaczyliśmy zaś uśmiechniętą, kolorowo ubraną kobietę, wyglądającą młodziej, niż wskazywałaby metryka, radośnie opowiadającą coś mężowi, który przyleciał wraz z nią. Tak się zaczęła nasza współpraca – zarówno na polu badań nad metodą, superwizji czy wymiany myśli, jak i warsztatów, które Noni prowadzi w Polscef1.

Książka, którą trzymasz w rękach, zawiera wiedzę płynącą z ponad czterdziestu lat doświadczeń zawodowych doktor Höfner. Autorka dzieli się w niej swoimi przemyśleniami na temat badań psychologicznych oraz doświadczeniami z praktyki terapeutycznej, mediatorskiej i coachingowej. Opowiada o tym, jak według niej styl prowokatywny wpływa na klienta i terapeutę czy coacha.

Doktor Höfner wyjaśnia, z czym wiąże się ten model pracy, czego wymaga od prowadzącego oraz do czego przymusza bądź inspiruje klienta. Opisuje zasady dotyczące prowokatywnego modelu myślenia i działania zarówno w kontekście rozwoju osobistego, jak i pracy terapeutycznej lub coachingowej. Co ciekawe, dostaniesz od niej wyraźne pozwolenie na to, aby tworzyć dowolne hybrydy poprzez dodawanie elementów lub interwencji prowokatywnych do metod, które najlepiej sprawdzały się do tej pory w Twojej pracy z klientem.

Być może zaskoczy Cię to, że Autorka ani przez chwilę nie będzie przekonywała Cię do jedynego słusznego modelu pracy z klientem czy z samym sobą. W tej książce nie znajdziesz popularnych obecnie frazesów typu: „Jeśli zastosujesz naszą metodę, to poczujesz się lepiej”. To jest książka o świadomości, o wpływie emocji, o dokonywaniu wyborów, wreszcie – o wolności bycia za siebie odpowiedzialnym. Przeczytasz w niej o tym (a nawet poczujesz to poprzez jej lekturę):

• jak ważne są szacunek i życzliwość dla ludzi;

• co daje wiara w to, że człowiek jest dobry;

• jak cenny dla zdrowej jakości życia jest humor;

• jak łatwo emocje budują przekonania i nastawienie.

Dowiesz się z niej również, że prowokatywność i prowokacja nie są tym samym.

Niezależnie od tego, czy pochłoniesz książkę w całości na raz, czy też będziesz wracać do niej i czytać „na raty”, w Twojej głowie mogą się zrodzić pytania, mogą Ci się nasunąć jakieś wnioski, możesz poczuć potrzebę dyskusji. Jeżeli po miesiącu to nie minie, poczekaj jeszcze tydzień, potem jeszcze chwilę… lub napisz (a najlepiej zadzwoń) do nas.

Życzymy radosnej i owocnej lektury!

Joanna Czarnecka i Norbert GrzybekProvocare

Przedmowa

O czym jest ta książka?

Uwielbiamy, gdy w życiu bohaterów książek, sztuk teatralnych czy powieści panuje chaos. Muszą oni wtedy stawić czoła strasznym wydarzeniom, których sami w żadnym wypadku nie chcielibyśmy doświadczyć i których z całych sił próbujemy uniknąć. Dlatego też staramy się – najczęściej z powodzeniem – w taki sposób kształtować swoje życie, aby było ono tak pewne i stabilne, jak to tylko możliwe, i nie podejmujemy żadnych ryzykownych zachowań. Wolimy, aby nasze życie było raczej za nudne niż zbyt ekscytujące. Szczególnie zaś leży nam na sercu stabilność naszej osobowości.

Od małego jesteśmy ćwiczeni przez nasze środowisko, aby zachowywać się konsekwentnie. Już jako dzieci często słyszymy: „Tego się po tobie nie spodziewałem!” czy „Takie bezczelne zachowanie w stosunku do nauczyciela jest zupełnie do ciebie niepodobne!”, a także inne upomnienia, które mają nam przypominać, jacy właściwie powinniśmy być. Również większość dorosłych próbuje się zachowywać przewidywalnie i logicznie – nie jawią się więc jednego dnia jako głośni i zabawni, a następnego jako milczący i introwertyczni. Człowiek, który jest nieobliczalny, przeraża oraz dezorientuje innych i szybko zaczyna uchodzić za wariata. Ponieważ stale ograniczamy naszą kreatywność podczas doświadczania nowych rzeczy, musimy się przemagać przy każdej próbie odkrywania czegoś nieznanego. To sprawia, że zmiany zachodzą bardzo powoli i są skomplikowane.

Bardzo kochamy stabilność, więc – gdy chodzi o innych ludzi, ale przede wszystkim o nas samych – niektóre cechy charakteru wysuwają się na pierwszy plan w postrzeganiu siebie i określają nasz wizerunek. Dlatego też sądzimy, że możemy reagować tylko w jeden określony sposób. Żaden człowiek jednak nie ma jednego ustalonego na zawsze charakteru. Każdy typ osobowości zaś ma różne oblicza, z których czasem jedno, a czasem inne staje się dominujące lub przynajmniej potencjalnie wysuwa się na pierwszy plan, pod warunkiem że gorset, który sobie uszyliśmy, nie jest zbyt ciasny. Chociaż jest mało prawdopodobne, by samotnik stał się na imprezie duszą towarzystwa, to jednak jest to możliwe. Niektórzy ludzie zmieniają się – a tym samym zmieniają swoje życie – pod wpływem nieszczęśliwego zrządzenia losu, jakim jest na przykład zawał serca; u innych w wyniku radosnego wydarzenia, takiego jak choćby nowa miłość, budzą się całkiem zaskakujące strony osobowości. Najgorsze jest sztywne ukierunkowanie w jedną stronę, które nie zostawia żadnego wyboru. Wówczas rzeczywiście pozostaje niewzruszenie wierzyć w to, kim się jest, odmawiać wszelkich zmian i być gotowym raczej wjechać z prędkością stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę w przepaść niż dopuścić do siebie coś nowego.

Człowiek ma pełne prawo do tego, by nie chcieć się już więcej zmieniać. Jeśli zatem jesteście całkowicie zadowoleni i nie chcecie niczego zmieniać w swoim życiu, jeśli uważacie, że jako specjaliści w dziedzinie psychologii macie do dyspozycji wystarczającą liczbę przydatnych metod, by rozwiązać każdy problem w zadowalający sposób, to podarujcie tę książkę komuś, kto waszym zdaniem koniecznie powinien się zmienić, na przykład teściowej. A jeżeli macie ochotę z ciekawością przyjrzeć się niezwykłej formie pomocy oraz krytycznie przyjrzeć się również samym sobie, to czeka was przyjemna lektura. Dzięki niej być może zrzucicie ze swych barków pewien ciężar i uzyskacie dostęp do zupełnie nowej jakości życia. Wtedy jednak już nigdy nie będziecie mogli bezgranicznie wierzyć w to, kim jesteście.

Styl prowokatywny

Od lat sześćdziesiątych XX wieku nowe terapie wyrastają jak grzyby po deszczu. Większość z nich pochodzi ze Stanów Zjednoczonych i była początkowo postrzegana przez europejskich psychologów, zajmujących się naukowo tą dziedziną, prawie zawsze jako amerykańskie bzdury. Można przypuszczać, że obecnie w zachodnim świecie znajdziemy przynajmniej cztery tysiące form psychoterapii, a każda uważana jest oczywiście za jedyną słuszną i skuteczną. Wiele z nich znika tak szybko, jak się pojawia, popada w zapomnienie, nie pozostawiwszy po sobie trwałych śladów. Niektóre, z pozoru mniej istotne, zapuszczają tak mocne korzenie, że wydają się przesłaniem od Boga wykutym w kamieniu. Dlatego też podawanie w wątpliwość tych potencjalnie niekwestionowanych prawd może uchodzić wręcz za bluźnierstwo. Ostatnio jednak pojawiły się terapie, które działają niewiarygodnie szybko i trwale, których skuteczność da się udowodnić i które zarazem niepokoją specjalistów, gdyż trudno jest wyjaśnić ich oddziaływanie za pomocą powszechnie stosowanych modeli. Do tej grupy należy terapia prowokatywna, jak również wywodzący się z niej styl prowokatywny, stanowiący podstawę tej książki2.

Ponadto specjaliści nie są w stanie wyjaśnić, dlaczego niektórzy ludzie sami zamieniają swoje życie w piekło, dlaczego chorują psychicznie albo doświadczają objawów psychosomatycznych, a inni nie. Pewne osoby uważają, że są tylko obserwatorami przeszkód pojawiających się w ich życiu; rzekomo owe przeszkody zsyła na nas Bóg lub los, aby przysporzyć nam cierpienia lub – w wersji bardziej pozytywnej – wystawić nas na próbę. Albo też żywią przekonanie, że przeciwności są reliktami z poprzedniego życia, które powracają do nas jako kary za minione występki, lub po prostu spadają na nas z nieba bez głębszego sensu i spotykają nas zupełnie przypadkowo, gdyż znaleźliśmy się w niewłaściwym miejscu. Rzadko jesteśmy w stanie poprawnie ocenić własny wkład w powstanie objawów. Tutaj pojawia się wielka, czarna dziura.

W stylu prowokatywnym chodzi o to, by przezwyciężać własne fiksacje, myśli, uczucia i sposoby zachowania, które odbieramy jako przynależne do naszej osobowości, ale które stoją nam na drodze i nieraz przeszkadzały nam w próbach stworzenia czegoś nowego. W omawianym podejściu wychodzimy z prowokatywnego założenia, że niemal wyłącznie sami rzucamy sobie kłody pod nogi. Skoro sami owe kłody rzuciliśmy, to musimy również sami je usunąć. Aby dostrzec, gdzie znajduje się służąca do tego dźwignia – czyli gdzie mogłyby się znajdować punkty wyjścia zmian – musimy stanąć obok i „zrelatywizować” siebie samych. Intelekt bardzo nam w tym przeszkadza. Dostarcza tysięcy powodów, dla których lepiej jest wszystko zostawić bez zmian. Ważne jest więc, by usunąć tego cenzora, który ciągle stoi nam na drodze. Decyzja dotycząca zaistnienia objawu jest, w moim rozumieniu, procesem czynnym, naładowanym emocjonalnie. Niesie emocjonalne znaczenie, ale rzadko jest świadoma. Ta decyzja nie tylko pociąga za sobą przykre konsekwencje w postaci objawów, lecz także przynosi nam korzyści – chroni nasz własny wizerunek oraz wizerunek własnego świata, a tym samym zapobiega pojawieniu się lęku3.

Prowokacja uderza bezpośrednio, prosto w układ limbiczny, w samo centrum uczuć4. Każdy wie, czym jest prowokacja. Ogólnie jest to termin rozumiany dość negatywnie: kopię kogoś w piszczel, dłubię w nosie przy śniadaniu, wycieram kozę w obrus lub niestosownie się obnażam. Taka prowokacja w życiu codziennym ma na celu zdenerwowanie innych, którzy prawdopodobnie niczego złego nie zrobili, i zwykle pobudza sprowokowanych do nierozważnych zachowań. Jest to celowe działanie, przynoszące prowokatorowi szczególne zadowolenie. Istnieje również prowokacja maskowana, którą się stosuje wtedy, gdy ktoś kogoś zdenerwował: Klaus nie odzywa się już do Helgi, ponieważ wcześniej ta nazwała go nieudacznikiem, tym samym prowokuje ją, by rzuciła w niego talerzem. Terapia prowokatywna i styl prowokatywny – tak jak je rozumiem – nie należą do tego rodzaju prowokacji.

Prowokacja wykorzystywana w stylu prowokatywnym ma serdeczny, ciepły charakter, jest stosowana z otwartym umysłem i bez urazy. Celem nie jest zdenerwowanie innych, lecz osłabienie przeszkód, które im niepotrzebnie komplikują życie. Prowokowanie nie jest rozumiane jako podburzanie, lecz raczej jako wabienie, wyciąganie na światło dzienne, wyjaśnianie5.

Kiedy postrzega się styl prowokatywny wyłącznie jako technikę, pojawienie się nieporozumień jest nieuniknione. Tymczasem nie jest to tylko technika, lecz złożony sposób postępowania, który wymaga od użytkownika pewnej postawy i prowadzi bardzo szybko – choć często pokrętnymi drogami – do celu. Na pierwszy rzut oka widać jedynie „bezwstydny”6 sposób komunikacji, dość niespotykany, zwłaszcza w środowisku terapeutycznym. Niemniej jednak kluczowa postawa trzymania się wartości, które są przekazywane głównie niewerbalnie, jest znacznie ważniejsza niż gładkie, automatycznie wypowiadane zdania. Podejście prowokatywne wymaga przede wszystkim określonego nastawienia umysłu i filozofii życiowej.

Podczas stosowania stylu prowokatywnego ważniejsze niż sama technika są leżący u podstaw tegoż stylu obraz człowieka, koncepcja terapii i poradnictwa, postawa oraz wartości stosującej go osoby, dlatego względnie dużo miejsca poświęcę rozważaniom na ten temat. Wymienione elementy stanowią bowiem fundamenty konkretnych prowokatywnych sposobów postępowania, które mogą być wykorzystywane nie tylko podczas konsultacji, lecz także wobec znajomych, a nawet jako eksperyment przeprowadzony na samym sobie7.

Jeśli poczuje się ideę stojącą za tą metodą, zrozumie się ją i zaakceptuje, to będzie można bardzo dobrze dopasować styl prowokatywny do własnej osobowości bez konieczności dosłownego stosowania określonych technik lub też naśladowania „jeden do jednego” osób zajmujących się terapią prowokatywną zawodowo, takich jak Farrelly czy ja. Niemniej naśladowanie sposobów zachowania jest jedną z najstarszych form nauki – nawet szympansy ją stosują – i pomaga przy testowaniu nowej metody. Użytkownik8 poczuje się jednak naprawdę pewnie, dopiero gdy dostosuje tę nową metodę do siebie i do swojego charakteru. Dopiero wówczas zacznie ją stosować trwale i nie zarzuci jej po kilku próbach.

Moje wywody nie są rozprawą naukową popartą dowodami dotyczącymi terapii prowokatywnej. Nie będę przytaczać żadnych badań z podwójnie ślepą próbą i długą bibliografią mierzoną w metrach, aby przekonać czytelników, że znalazłam kamień filozoficzny. Przedstawię tu raczej swój pogląd na stan rzeczy w sposób, który wydaje mi się przekonujący po ponad dwudziestu pięciu latach stosowania i nauczania stylu prowokatywnego oraz rozwijania tej metody. Nieszczególnie interesuje mnie przy tym ustalanie, czy pan R. pali papierosy nałogowo, ponieważ jako niemowlę nie był wystarczająco często karmiony piersią. Istota leży nie w analizie przeszłości, lecz w możliwościach płynących z teraźniejszości i przyszłości oraz w sposobie podejścia do sytuacji, w której ktoś utknął i ma nadzieję na jakiś bodziec, by ją zmienić.

Nawet jeśli chodzi o moje osobiste przekonania, które – jak wszystkie przekonania – niosą ze sobą ładunek emocjonalny (w moim przypadku: pełen zaangażowania zachwyt), to książka ta nie ma charakteru „misyjnego”. Nikt nie jest zobowiązany wierzyć w moje twierdzenia. Mądrze sformułowane zarzuty są mile widziane, gdyż w przeszłości odniosłam wielkie korzyści z inteligentnych pytań i protestów. Sprawiły one, że moja ocena i zastosowanie podejścia prowokatywnego stały się bardziej zróżnicowane i mocniej ugruntowane. Nie twierdzę również, że zrozumiałam i wiem już wszystko. Pozbywam się gotowych przeświadczeń, ponieważ byłyby one nudne, a gdybym jednak wiedziała już wszystko, najprawdopodobniej poszukałabym sobie nowego pola działania.

Poznałam terapię prowokatywną w 1985 roku. Najprawdopodobniej nie zareagowałabym na nią wcale tak entuzjastycznie, gdybym przez całe życie osobiste nie była wystawiona na ten sposób komunikacji. Moi rodzice mieli bardzo duże, choć dość różne, poczucie humoru i nauczyli mnie życzliwego sposobu obśmiewania ludzkich słabości, przede wszystkim własnych. Również mężczyzna, z którym jestem związana od ponad czterdziestu lat, doskonale potrafi się nabijać trafnie i czule ze mnie oraz z siebie samego. Nasz prywatny sposób wzajemnego traktowania sprawia czasami, że osoby, które znają nas jedynie powierzchownie, obawiają się, iż jesteśmy tuż przed rozwodem, gdyż mąż potrafi bardzo przekonująco pokazać się publicznie jako biedny, uciśniony wykonawca moich poleceń i ciemiężony niewolnik dominującej małżonki. Jednocześnie nasz styl komunikacji stanowi istotny wkład w to, że wciąż jesteśmy małżeństwem, i to dość energicznym. Również nasze dzieci wyrastały na prowokatywnym mleku matki. Czasem chcę uzyskać w mojej rodzinie prostą odpowiedź na proste pytanie. Gdy na przykład zadaję mężowi typowo kobiece pytanie o to, czy mój tyłek nie wygląda zbyt grubo w nowych, obcisłych dżinsach, mogę być pewna, że szczerząc się, mąż odpowie, że wyglądam grubo nie tylko w nowych, obcisłych dżinsach i w związku z tym nie powinnam w ogóle opuszczać domu z tyłkiem takich rozmiarów. Dlatego też raczej odpuszczam sobie takie pytania.

Przykładowe sesje prowokatywne

Ważną częścią tej książki są transkrypcje przykładowych rozmów, które publikuję w formie prawie nieskróconej, a nie jedynie w formie krótkich cytatów. Zawsze mnie proszono, bym wydała zbiór takich przykładów, ponieważ bardzo dobrze unaoczniają one rozważania na temat podstawowych założeń stylu prowokatywnego.

Przykłady pochodzą w przeważającej większości z mojej „pracy na żywo” w trakcie warsztatów dla specjalistów. Są dosłownymi transkrypcjami prowokatywnych interwencji opartych na bieżących problemach uczestników zajęć. Pracuję dokładnie tak, jak pracowałabym z klientem w praktyce prywatnej. W końcu również osoby zajmujące się konsultacjami psychologicznymi są normalnymi ludźmi z normalnymi problemami. Dziwi to jedynie laików, którzy uważają specjalistów z tej dziedziny albo za kompletnie stukniętych, albo za nadludzi niemających kłopotów. Wybrałam akurat te przykłady, gdyż są krótkie i trafne. Sesje trwały około kwadransa. W niektórych miejscach dodałam wyjaśniające komentarze. Opisy nie zostały upiększone; jedynie w celu uniknięcia rozpoznania klientów zostały tak zmienione, by stały się zupełnie anonimowe.

Podczas naszych szkoleń obowiązuje zwyczaj, zgodnie z którym przynajmniej w dniach warsztatów zwracamy się do siebie per ty, dlatego też w transkrypcjach pozostałam przy tej formie, aby rozmowy w zapisie brzmiały maksymalnie autentycznie.

Świadomie wybrałam codzienne problemy, które każdy może zrozumieć, a nie poważne zaburzenia psychiczne9, gdyż do tych ostatnich można płynnie przejść. Jest to zbiór typowych trudności, z którymi każdy z nas już się zmierzył, mierzy się obecnie lub kiedyś mógłby się zmierzyć. Czytając zapisy poszczególnych sesji, prawdopodobnie będziecie odnosić wrażenie, że mowa jest o was, gdyż problemy wydadzą się wam tak znajome.

Przykładowe sesje przypominają puzzle, których poszczególne elementy rzucają światło na różne aspekty prowokatywnego sposobu postępowania. Dlatego też, nie tracąc wątku ani sensu, możecie czytać transkrypcje również nie po kolei, jeśli macie już wiedzę podstawową i chodzi wam przede wszystkim o poznanie praktycznych przykładów. Zobaczycie, że w spisanych rozmowach często pojawiał się śmiech. Rzeczywisty przebieg konsultacji można oddać w transkrypcji jedynie w dość niepełny sposób poprzez zaznaczenie, że klient się śmieje, choć jeden klient cały czas uśmiecha się cicho do siebie, okazując zadowolenie, a innemu ze śmiechu płyną łzy po twarzy i śmieje się on tak, że o mało nie spadnie z krzesła.

Ponieważ aspekty niewerbalne daje się odzwierciedlić w piśmie tylko częściowo, czytanie samych transkrypcji może doprowadzić do błędnych wniosków, zwłaszcza nowicjuszy na polu prowokatywnym. Dlatego jednak warto najpierw przeczytać moje rozważania na temat podstawowych zasad stosowania stylu prowokatywnego.

Niektórzy czytelnicy będą musieli się przyzwyczaić do mojego czasem dosadnego sposobu wyrażania się. Gdy jednak chce się wejść w system znaczeń klienta, wówczas piękny, akademicki język okazuje się barierą w dotarciu do świata jego uczuć i formalnie zmusza go do racjonalnego sposobu bycia. Ludzie nie myślą: „Ten człowiek jest dla mnie mało przyjemny”, lecz: „Ten człowiek to dupek!”. A zatem wyrażam to, co klienci przypuszczalnie sądzą, i tym samym docieram do ich uczuć w sposób znacznie bardziej bezpośredni, niż gdybym wyrażała się tak, jakbym była na herbatce u angielskiej królowej.

Rozmowy pokazują, jak zdanie po zdaniu docieram do tego, co klient mówi i robi. Wcześniej ustalona strategia nie ma żadnych szans w prowokatywnym sposobie postępowania. Terapeuta i klient reagują bardzo spontanicznie, stąd moment zaskoczenia jest większy, a terapeuta jest w pełni wyczulony na sygnały płynące od klienta. Te prawie anarchistyczne, spontaniczne reakcje terapeuty stanowią na pierwszy rzut oka największą różnicę w porównaniu z innymi metodami konsultacyjnymi. Przyznaję, że czasem sama jestem zaskoczona tym, co wypowiadają moje usta.

Spotkanie z terapią prowokatywną Franka Farrelly’ego

14 czerwca 1985 roku był w Monachium ciepłym, przyjemnym dniem wczesnego lata, a ja właśnie byłam w drodze na warsztaty na temat rzekomo nowej i niezwykłej formy terapii, którą stworzył w ciągu ostatnich dwudziestu lat Amerykanin Frank Farrelly i którą od niedawna przedstawiał również w Niemczech. Szłam tam za namową kolegi10, chociaż niektórzy ostrzegali mnie, że terapia prowokatywna jest kolejną nowomodną, amerykańską bzdurą, które od lat siedemdziesiątych zalewały Niemcy. Szczerze mówiąc, w tamtym okresie miałam za sobą tak liczne szkolenia psychoterapeutyczne, że już dawno zaspokoiłam swoje zapotrzebowanie na wymiar „psycho”. Pomyślałam sobie, że nie może więc chodzić o jakieś jeszcze większe bzdury. Miałam prawie czterdzieści lat i odczuwałam tęsknotę za czymś bardziej konkretnym i radośniejszym niż psychoterapia, którą poznałam w czasie studiów i po studiach oraz stosowałam przez minionych dwadzieścia lat. Moje dzieci miały już za sobą najgorsze – znów miałam więcej czasu dla siebie, ponieważ nie byłam zbytnio ograniczana przez stłuczone kolana, odry i ospy. Pojawiło się pytanie, co chcę zrobić z dalszym życiem zawodowym. Nie miałam pojęcia, czego chcę, wiedziałam jednak dobrze, czego nie chcę: nie miałam w żadnym wypadku zamiaru przez resztę życia wysłuchiwać w mojej praktyce prywatnej chronicznego i wykańczającego płaczu oraz zgrzytania zębów klientów.

Byłam więc zdecydowana odwrócić się od psychoterapii, która w moim mniemaniu jedynie przestawiała na nowy sposób krzesła na pokładzie Titanica zamiast próbować uniknąć pójścia na dno. Warsztaty Farrelly’ego były niejako moją ostatnią próbą i gdyby ta nowa, choć dość niezwykła i przypuszczalnie również zabawna, forma terapii okazała się kompletną głupotą, wówczas zajęłabym się czymś innym.

Gdy wysiadłam z samochodu w pobliżu prywatnego gabinetu kolegi, gdzie miały się odbyć warsztaty Farrelly’ego, zobaczyłam dość niskiego, raczej okrągłego, siwego pana, który próbował wyciągnąć z kombi składane krzesła. Zaproponowałam mu pomoc, a on uśmiechnął się do mnie przyjaźnie. Oh, thank you – powiedział. – I love it when attractive young ladies carry stuff for me! (Och, dziękuję. Uwielbiam, kiedy atrakcyjne, młode kobiety noszą za mnie rzeczy!). Ten przyjazny, niegroźny pan nie mógł chyba być Frankiem Farrellym?! Po tym, co o nim słyszałam, wyobrażałam go sobie jako co najmniej dwumetrowego mężczyznę o sylwetce Arnolda Schwarzeneggera. Przecież był przez znawców opisywany jako „tygrys szablozębny”. Później dowiedziałam się, jak sam autoironicznie skomentował tę etykietę, że teraz, po pięćdziesiątce, jest już tylko starym tygrysem, któremu wypadły szablozęby.

W ciągu trzech dni warsztatów poznałam te rzekomo już nieistniejące szablozęby. Siedziałam jak zahipnotyzowana w pierwszym rzędzie i zdezorientowana stwierdziłam, że Farrelly w swoich pokazach radośnie złamał prawie wszystkie zasady postępowania w terapii, które zostały mi w ostatnich dwudziestu latach wpojone jako nakazy i zakazy wykute w kamieniu. Mówił klientom w twarz rzeczy, które ja co najwyżej opowiedziałabym nieoficjalnie i w zaufaniu jakiemuś koledze. Kładł im swoje duże dłonie na ramieniu lub głaskał ich po głowie. A przecież to było absolutnie zabronione!

Podeszło do niego między innymi pewne małżeństwo, które miało poważny problem w relacji i myślało o rozwodzie. Farrelly opisał wspólne życie tej pary jako życie pana i psa – a właściwie skamlającego pieska. Małżonka była panem, a mąż pieskiem, który ziając, żebrał o ciastko. Farrelly zaczął przy tym naśladować stojącego na tylnych łapach burka, któremu ślina ciekła z pyska – każdy wiedział, jakie znaczenie miało ciastko. Zaproponował mężowi, by stał się jeszcze bardziej służalczy, a żonie, by jeszcze mocniej kopała psa i jeszcze krócej trzymała smycz, żeby już zupełnie go sobie podporządkować. Najbardziej zadziwiające było to, że małżonkowie nie skoczyli Farrelly’emu do gardła, lecz zaczęli się śmiać na cały głos, a podczas późniejszego omówienia rozmowy zapewniali w nietypowej dla siebie zgodzie, że jeszcze nigdy nie czuli się tak dobrze zrozumiani!

Wszyscy klienci, którzy usiedli u Farrelly’ego na „gorącym krześle”11, byli pod tym względem zgodni. Zamiast się obrażać czuli się lepiej w swojej skórze – czuli się zrozumiani, sprawiali wrażenie wyraźnie bardziej rozluźnionych, a jednocześnie przepełnionych energią. Nie wierzyłam własnym oczom i uszom. „Obraża pan klientów, mówi im pan skandaliczne rzeczy, a klienci śmieją się i czują się zrozumiani! Coś musi za tym stać!” – powiedziałam zdumiona. Yes, there is something more! (Tak, jest coś więcej!) – wyszczerzył się Farrelly i napisał mi w swojej książce właśnie to zdanie w dedykacji.

Podczas pierwszego spotkania z Farrellym mój „żołądek” od razu poczuł, że odkryłam to, czego od dawna szukałam, ale moja głowa wariowała. Szukałam racjonalnego wytłumaczenia tego, co Farrelly w tak oczywisty sposób uruchomił, by móc to skopiować. Objaśniał on swój sposób postępowania na rysunkach, przykładach, skojarzeniach, ale moje akademickie wykształcenie usilnie wołało o jakiś model poznawczy, który pozwoliłby mi pracować w prowokatywny sposób również wtedy, gdy nic by mi nie przychodziło do głowy. Wyglądało to bowiem tak, jakby ten zdziczały Amerykanin sypał jak z rękawa kreatywnymi pomysłami, które nawet nie przyszłyby mi na myśl. To pragnienie uzyskania jasnej struktury poznawczej wyczuwam do dziś u uczestników moich warsztatów i staram się im z jednej strony tę strukturę przekazać, a z drugiej wybić z głowy. Nie ustaję w podkreślaniu, że każdy terapeuta powinien zrozumieć model w procesie terapeutycznym, potem znów o nim zapomnieć i zaufać „żołądkowi”. Modele strategiczne żyją własnym życiem w naszej pamięci umysłowej. Ograniczają wyjątkowo mocno uwagę terapeuty i odciągają ją od klienta.

Nie byłam tego wszystkiego świadoma na pierwszych warsztatach, ale połknęłam haczyk. Wiedziałam, że skoro była to terapia, to też chciałam się jej nauczyć, choć niczego nie rozumiałam i czułam się przygnieciona, jakby przejechała po mnie ciężarówka. Farrelly musiał odnieść podobne wrażenie podczas pierwszego zastosowania swojej nowej terapii. Pytany o to, jak odkrył terapię prowokatywną, odpowiadał, że nie rozwijał jej stopniowo, lecz pojawiła się w sposób gwałtowny. Na początku lat sześćdziesiątych pracował z osobami chorymi przewlekle na schizofrenię, z cierpiącymi na depresję maniakalną, z mordercami, z pedofilami i z innymi równie poważnie zaburzonymi pacjentami na zamkniętym oddziale psychiatrycznym12 w ramach projektu, który był prowadzony przez Carla R. Rogersa, będącego już wtedy twórcą znanej na całym świecie terapii zorientowanej na klienta13. Terapia prowokatywna zrodziła się, gdy Farrelly przepracował już dziewięćdziesiąt godzin rygorystycznie zastosowanej terapii zorientowanej na klienta z pacjentem chorym na schizofrenię, przebywającym na zamkniętym oddziale psychiatrycznym. Starał się umożliwić pacjentowi rozwój psychiczny, cierpliwie go słuchać i dodawać mu odwagi. Następnie chciał go przekonać, że wcale nie jest tak bezwartościowy, jak tenże sądził. Na każdej sesji zapewniał pacjenta na nowo, jaki jest zdolny. Ten zaś albo wcale nie reagował na te pozytywne oceny z zewnątrz, albo niezmiennie i monotonnie im zaprzeczał14.

Na dziewięćdziesiątej pierwszej sesji Farrelly się wściekł i zaczął z zachwytem, podążając za własnym natchnieniem, zgadzać się z negatywną samooceną pacjenta. No tak, jest bezwartościowy, niepotrzebny, brzydki, jest kompletnym nieudacznikiem, jest niezdolny do niczego, nie ma żadnych widoków na przyszłość… Zapadnięty w sobie, apatyczny pacjent zaczął samoistnie się prostować i bronić: no taaak źle to z nim jeszcze wcale nie jest, potrafi to czy tamto – wyliczył energicznie swoje umiejętności, których wcześniej nigdy nie pokazał. Farrelly przyznał, że jemu samemu ze zdziwienia opadła szczęka. Już w chwili narodzin terapii prowokatywnej ten rezultat zszokował jej twórcę. Okazało się, że klienci wcale nie wymagają, by ich oszczędzać, nie są słabi i krusi, jak się ogólnie przyjmuje, oraz dysponują znacznie większymi zasobami, niż im się zwykle przypisuje.

Następnie Farrelly zaczął eksperymentować ze swoją nową metodą, która – jeszcze wtedy bez nazwy – dopiero później miała się stać znana na całym świecie jako terapia prowokatywna. Jego klienci, pacjenci szpitala psychiatrycznego, mieli złe rokowanie. Byli zamykani, często na całe życie, na oddziałach psychiatrycznych, gdyż uważano ich za niezdolnych do samodzielnego funkcjonowania bądź niebezpiecznych lub takich i takich – niebezpiecznych dla siebie i dla innych. Specjaliści wychodzili z założenia, że ci ludzie w żadnym wypadku nie są w stanie podejmować rozsądnych samodzielnych decyzji ani żyć poza murami szpitala psychiatrycznego. Widzieli ich jako godne ubolewania ofiary nieponoszące winy za swoją niedolę, które bezradnie poddają się objawom i które należy oszczędzać. Terapeuci musieli zatem przejąć odpowiedzialność za pacjentów i podejmować za nich wszystkie niezbędne decyzje. Taka postawa również dziś jest dość powszechna w środowiskach zajmujących się pomocą psychologiczną. Farrelly zauważył jednak, że pacjenci doskonale potrafią rozróżnić, kiedy „uruchomić” swoje objawy, a kiedy nie, a terapeuci przypisują zaszufladkowanym jako beznadziejne przypadki osobom znacznie mniejsze możliwości zrozumienia sytuacji, niż te osoby rzeczywiście wykazują15. Poza tym stało się dla niego jasne, że pacjenci dysponują konstruktywną energią, zupełnie niedocenianą i marnującą się, którą można szybko i trwale zmobilizować, jeśli we właściwy sposób się ją obudzi.

Pytanie, które frapowało nie tylko Franka Farrelly’ego, lecz nurtuje wszystkich ludzi chcących zmienić siebie lub innych, brzmi: jak obudzić tę drzemiącą konstruktywną energię?

1 Noni to wulkan energii, humoru, serdeczności oraz skarbnica doświadczenia zawodowego i życiowego – tak pokrótce można określić wrażenie, jakie sprawia w kontakcie osobistym. Jest jedną z głównych przedstawicielek podejścia prowokatywnego w pracy z klientem. Przez wielu nazywana Frankiem Farrellym w spódnicy. Tego ostatniego nie możemy potwierdzić – w trakcie warsztatów, które prowadzi w Polsce, zawsze nosi spodnie.

2 Książka Franka Farrelly’ego Terapia prowokatywna jest uważana za klasykę w tej dziedzinie. Pierwszą (i dotąd jedyną) książkę o stylu prowokatywnym wydałam w 1995 roku pod tytułem Uzdrawiająca siła śmiechu. Humor i prowokacja w terapii [wyd. pol. 2012 rok (przyp. red.)].

3 Te zagadnienia zostaną szczegółowo omówione w rozdziałach 6 i 7.

4 Jest to oczywiście olbrzymie uproszczenie, gdyż naukowcy nie są zgodni co do tego, gdzie są zlokalizowane uczucia, o ile w ogóle można je gdzieś na stałe zlokalizować.

5 Łac. provocare – wywołać coś, przywołać.

6 Niem. un-verschämt – bez fałszywego i ograniczającego wstydu.

7 Zob. rozdział 11.

8 Chciałabym wyraźnie zaznaczyć, że rezygnacja ze stosowania w tym tekście podwójnych – męskich i żeńskich – form rzeczowników takich jak „doradca”, „terapeuta”, „klient” itd. nie ma nic wspólnego z poniżaniem płci żeńskiej, do której sama już bardzo długo i z przyjemnością należę, lecz wynika wyłącznie z mojej wygody.

9 Nie oznacza to, że interwencje prowokatywne znajdują zastosowanie jedynie w przypadku drobnych problemów życia codziennego. Frank Farrelly stworzył terapię prowokatywną, kiedy pracował w szpitalu psychiatrycznym z pacjentami na oddziale zamkniętym.

10 Moje podziękowania należą się Bernardowi Trenklemu z Milton Erickson Gesellschaft, gdzie szkoliłam się na hipnoterapeutkę.

110 „Gorące krzesło” to określenie, za którym Farrelly nie przepadał. Użył go jeden z uczestników jego szkolenia, aby opisać, jak się czuł na krześle. Człowiek siedzący na krześle czuje na zmianę wzrost i spadek temperatury tego, co się dzieje z nim i w nim. Krzesło stoi niejako na środku sceny. Głównymi aktorami są terapeuta i klient, widownią – pozostali uczestnicy warsztatów (przyp. red. meryt.).

121 Farrelly pracował przez 17 lat w Mendota State Hospital w Madison w stanie Wisconsin.

132 Ang. client-centered therapy.

143 Ten przykład został bardzo dokładnie opisany w książce Farrelly’ego Terapia prowokatywna.

154 Dwa artykuły Farrelly’ego na temat pracy na oddziale psychiatrycznym są dostępne w języku niemieckim na www.provocativ.com: Die Waffen des Wahnsinns i Der Kodex der Chronizität. [Oba są też dostępne po polsku: pierwszy, pod tytułem Broń szaleństwa, na: https://provocare.pl/?p=1469; drugi, pod tytułem Kodeks chroniczności, na: https://provocare.pl/?p=1466 (przyp. red.)].