Wydawca: Poligraf Kategoria: Poezja i dramat Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 54 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Stworzenie świata - Tomasz Kowalczyk

Stworzenie świata to poemat trzynastozgłoskowy ujęty w dziewięciu częściach. Kanwą tego dzieła są: apokalipsa wartości, wizja zagłady świata, religia chrześcijańska. Dzieło dopełniają mniejsze formy poetyckie imające się uniwersalnych tematów – chociażby takich jak: rodzicielstwo, oddanie, egzystencjalizm, miłość. Dwudziestotrzyletni autor, prócz niniejszej pozycji, ma na swoim koncie tom wierszy pt. „Kontrasty” (2011).

„Wyobraźcie sobie zawieszony w niezmierzonej próżni niewielki punkt, w którym – poza czasem lub też na nieskończenie krótką chwilę – zawarł się cały nasz świat z całą jego potencjalnością we wszystkich możliwych jej przejawach. Punktem tym jest moment starcia dwóch pozornie przeciwnych sił – Boga i Szatana, wieczności i nicości, istnienia z nieistnieniem, czy wreszcie dobra i zła. To iskra spajająca skrzyżowane miecze odwiecznych wrogów – niebiańskiego archanioła i piekielnego demona. Ta iskra-myśl-idea być może jest prasiłą stwórczą jakiegokolwiek bytu – jest jego ciągłym źródłem. Niewątpliwie stała się w duszy Kowalczyka punktem wyjścia – rodzajem błysku – po którym eksplozja weny i stanu oświecenia nakazała poecie stworzyć wizję uniwersalnego, choć jego własnego wszechświata pełnego zaskakujących odcieni. Czasem najbardziej mrocznych, ukazujących słabego człowieka nierozerwalnie związanego z naturą wymagającą śmierci i nieustającej walki, ale też odcieni eterycznie przejrzystych, będących odzwierciedleniem nieodgadnionej potrzeby – chęci ucieczki przed naturą w świat piękna, harmonii – jaką tylko może nam dać prawdziwa sztuka. Poeta, spełniając swą powinność wobec muzy, zabiera nas w podróż do wnętrza swej wyobraźni i wrażliwości, tworząc metafizyczne sfery, które, gdyby przemierzyć, odczuć i zrozumieć, stają się obrazem wszystkiego, co można by nazwać CZŁOWIEKIEM. Ale zanim powstał człowiek – stworzony został świat”. – Piotr Wiese

Opinie o ebooku Stworzenie świata - Tomasz Kowalczyk

Fragment ebooka Stworzenie świata - Tomasz Kowalczyk

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two Po­li­graf, 2013

© Co­py­ri­ght by To­masz Ko­wal­czyk

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ża­den frag­ment nie może być pu­bli­ko­wa­ny ani re­pro­du­ko­wa­ny bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Pro­jekt okład­ki: Ga­weł Ja­ku­biak

Ko­rek­ta: Klau­dia Dróżdż

Skład: Woj­ciech Ław­ski

Książ­ka wy­da­na

w Sys­te­mie Wy­daw­ni­czym For­tu­net™

www.for­tu­net.eu

ISBN: 978-83-63506-10-0

Wy­daw­nic­two Po­li­graf

ul. Młyń­ska 38

55-093 Brze­zia Łąka

tel./fax (71) 344-56-35

www.Wy­daw­nic­two­Po­li­graf.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

De­dy­ku­ję ni­niej­szą książ­kę mo­jej Ma­mie,

jak i ku­rio­zal­no­ści ży­cia co­dzien­ne­go

Reinkarnacja

Bu­jam skrzy­dłem prze­stwo­rza

Z mie­czem zro­śnię­tym do trze­wi,

Bieg lotu bez be­lek nad­pro­ża,

Upa­dek się pe­wien krze­wi

Kie­dyś o cug in­nych glo­bów.

Te­le­graf w mych ży­łach su­nie…

Nie to, że ja nie mam bo­gów,

To Bóg wciąż o mnie plot­ku­je

I ła­pie w rąk styg­ma­ty –

Dziu­ry w ko­smo­sach ry­czą­ce.

Chwy­tasz mnie, głup­cze, na raty,

Ła­twiej uchwy­cić już słoń­ce!

Pa­sma ma­ko­wo-fioł­ko­we

Tulą mój trzon i gruz skro­ni,

Aż szu­kam w po­ło­wie po­ło­wę,

Ucie­kam jak kula z bro­ni

I chwy­tam się Twe­go ob­li­cza,

Ple­cy jak gro­bu pły­ta…

Czer­stwie­ję… i na­gle ta ci­sza…

I na­gle ta ci­sza ukry­ta…

…ob­ra­cam cia­ła bry­lan­cik…

…roz­drab­niam się w po­szum tchnie­nia…

Ro­dzę się zno­wu na zie­mi…

Kru­szyn­ka wspo­mnie­nia…

Do Matki

Prze­le­wam w ten pa­pier skrzy­dla­ty

Śliw­ko­wy ty­toń mych wes­tchnień,

Anioł za oknem z ła­bę­dzia ob­dar­ty.

Zmę­czo­ny czu­wa­niem nad tym, czym je­stem.

W źre­ni­cy cho­wa ga­lak­tyk łuny,

Trud­no mi pa­trzeć na nie­go przez to,

W wi­sio­rze wło­sów uwię­ził pio­ru­ny,

Któ­re nisz­czy­ły me mar­ne kró­le­stwo.

Prze­le­wam w ten pa­pier skrzy­dla­ty

Wes­tchnień ka­dzi­dła i mir­rę,

Wo­kół de­mo­nów snu­ją­ce się baty,

Skwier­cząc, zry­wa­ją ze mnie ły­si­nę.

Pa­ru­ją w noz­drza, pa­ru­ją w oczy,

Aż sta­je mu­rem przede mną sza­leń­stwo

I sama du­sza zo­sta­je, po czym

Tań­cu­je z chu­tli­wym obłę­dem bła­zeń­sko.

Prze­le­wam w ten pa­pier skrzy­dla­ty

Pra­gnie­nia wiel­kie jak spo­kój

I tyl­ko ma mat­ka zna się na tym,

Mat­ka – czu­ło­ści po­kój.

I cięż­ko sy­pia z mej winy,

I cier­pi – to wiem na pew­no –

W łóż­ku, gdzie moje łu­pi­ny

Spę­dzi­ły swo­ją ma­leń­kość.

Do Ojca

Z po­dwó­rza wy­bie­ga dzie­ci opła­tek

Bącz­kiem jak moje my­śli,

Nie­daw­no co wy­szły z łon swo­ich ma­tek,

A już wie­rzą w Boga ko­rzy­ści.

Wie­rzą, bo mu­szą, czar­no­ta dusi,

Wije się wciąż spi­ra­li ga­nek,

A może z was ktoś się po­ku­si,

Ze­słać mi je­den spo­koj­ny po­ra­nek?

Taki, że sią­dę z kub­kiem her­ba­ty

Pod my­dłem słoń­ca, co czuj­nie spo­glą­da,

Szczę­śli­wy jak rosa, jak uśmiech taty,

Któ­ry sam nie wie, jak te­raz wy­glą­dam.

Do ***

W tru­skaw­ko­wym raju mo­ty­le bro­nią swe­go

I cały ogród wą­cha wę­drow­ców za­gu­bio­nych,

I gdy go utra­ci­łem – tę­sk­no mi do nie­go,

Tak tę­sk­no mi do fioł­ków, cy­nii roz­pa­lo­nych

I do pa­wia tę­czy, co cha­dzał po błę­ki­cie,

Smut­no mi bez jego szu­ra­ją­cych pió­rek

I że każ­da wi­śnia, szma­rag­du ogó­rek

Szep­ta­ły do mnie słów­ka, któ­re mam w ze­szy­cie.

Nic nie oca­la­ło z roz­kwi­tu ser­ca mego,

W któ­rym ist­nieć mia­łaś, lecz strach oma­mił drze­wa,

Może Cię ktoś za­brał do ru­cza­ju opa­słe­go,

Tam, gdzie sło­wik gwiazd­ki naj­pięk­niej­sze śpie­wa…

Może wo­lisz kroch­mal księ­ży­co­wej woni?

Może pra­gniesz cze­goś, co nikt nie po­tra­fi?

A może zwy­kły ogród dusz­no­ścią Cię przy­sło­nił,

Że tyl­ko nań pa­trzy­łaś na sza­rej fo­to­gra­fii…

Już zgra­bi­łem li­ście, któ­re brzmia­ły rdza­wo,

Psz­czo­ły na­kar­mi­łem kwie­ci­stą roz­ter­ką,

Nie martw się dziś o mnie, o to, co się sta­ło,

Mo­ty­le prze­go­ni­łem odrę­twia­łą ręką,

Któ­ra, tak na­praw­dę, mia­ła być po­god­na,

Trzy­mać kiść wi­no­gron, któ­re stąd za­bra­łem,

I koić par­ne usta, miąż­szem słod­kim do cna,

Któ­re pu­chem swo­ich, tak bar­dzo po­znać chcia­łem…

Samobójstwo

Otwar­te okno, prze­strze­ni ko­mo­ra,

Czy­ny wy­da­ne na świat wście­kle,

To siód­me pię­tro i póź­na pora,

Nie­waż­ne, czy w raju, czyść­cu czy w pie­kle…

Waż­ne – na­pra­wić zna­czy zo­sta­wić,

Waż­ne – ra­to­wać – wy­mie­nić na nowe,

Pur­cha­wa my­śli obrzmia­ła mą gło­wę,

Nie, już się nie dam tak in­nym mną ba­wić!

Pa­trzę… su­nie ho­ry­zont wil­got­ny,

Spo­kój mam du­cha, bo znam już re­cep­tę,

Krok w przód, nie­waż­ne żem tym nie­mod­ny,

Spraw­dzam, kim by­łem, spraw­dzam, kim je­stem…

Przebudzenie…

Po­wiek za­sło­ny po­dar­te, wzlot śpio­chów lśnią­cy,

Po­mruk wio­lon­cze­li koci, ogo­na ka­den­cji łak­ną­cy.

Ock­nąw­szy się, wi­dzę, jak smo­li­sty za­duch się pu­szy,

Pył­ku­je z mego cia­ła, szu­ka in­nej du­szy…

Prze­gni­łe wo­kół po­wie­trze, se­ce­sja mag­mo­wa,

Leżę po­środ­ku rzeźb szkar­ła­tu,

Wszyst­ko przede mną się cho­wa,

Czerń roz­sz­cze­pio­na, brak barw pry­zma­tu…

Dło­nie zwią­za­ne w pa­cierz trą­cą po­żo­gą,

W nich gwiazd – zia­re­nek – go­ni­twy,

Okrut­ny los tych, co chcą, lecz nie mogą,

Ostat­niej wy­mó­wić mo­dli­twy…

Lustro

To ja, Sa­turn po­że­ra­ją­cy swe dzie­ci,

Pie­ta, koń­czy­ny ozdob­ne w styg­ma­ty,

Ikar, co nie zdła­wił słoń­ce śmier­ci,

A tak sko­ry uj­rzeć dumę taty.

To ja, rzeź nie­wi­nią­tek, ślep­cy, wóz z sia­nem,

Przy­sło­wia, Sy­len pi­ja­ny,

W zi­mie zwę­glo­nym zo­rzą po­la­nem,

Ene­asz, po­wsta­niec ma­dryc­ki roz­strze­la­ny.

To ja, Ecce homo, ścię­ta me­du­za,

Cmen­tarz ży­dow­ski, Afro­dy­ta,

Przo­dow­ni­ca Pra­cy – Wy­soc­ka Ger­tru­da,

Jesz­cze bez gło­wy ni­czy­jej Ju­dy­ta.

Może nas nie być

Strasz­nie buro, strasz­nie ciem­no,

Okno nie­bios trą­ci per­łą.

Cho­wam gło­wę roz­stro­jo­ną,

Kru­chość drży czer­stwą ko­ro­ną…

Do­kąd ka­żesz iść, po­mro­ku…?

Co oświe­casz, zo­rzo pło­wa…?

Pod nurt pły­nę w Two­im oku,

Do­brze wiem, co tam się cho­wa.

Twój cień mój okra­da z kre­py,

Szma­tą li­ścia dąb obar­cza,

Mi­łość, ko­cham zna­czy prze­pych

Tej pla­ne­ty mi nie star­cza.

Kłę­by tną błę­ki­tu ary,

Zwil­got­nia­ła słoń­ca kal­ka,

Sie­dzę, drżą­cy już bez wia­ry,

Przy ostat­nim tchu ogar­ka.

Księ­życ kleszcz ob­jął włócz­nia­mi,

Pro­szę! zejdź tu krót­ką dro­gą,

No bo dzi­siaj cho­ciaż wro­go,

Ju­tro nic może być z nami…

Ci­cho skam­lesz nad gwiaz­da­mi,