Stulecie trucicieli - Linda Stratmann - ebook
Opis

Ogarnięci lękiem przed terroryzmem, nie zdajemy sobie sprawy, że dziewiętnastowieczną opinię publiczną równie silnie przerażali truciciele, którzy, jak wierzono, czaili się wśród zwykłych ludzi. Lęk i potępienie budziły służące dosypujące arszeniku do posiłków swoim gospodarzom czy rodzice trujący swoje dzieci, by wyłudzić pieniądze od firmy ubezpieczeniowej. Wśród "narzędzi zbrodni" prym wiodły arszenik, strychnina i opium. To, że uwolniono świat od wszechobecnego strachu przed trucicielami, było – jak się można dowiedzieć z tej pasjonującej książki – zasługą zarówno wytrwałości prokuratorów i policjantów, jak i dociekliwości naukowców.

W tej pełnej mrocznych opowieści książce Linda Stratmann przedstawia zarówno głośne, jak i prawie nieznane przypadki otruć w wiktoriańskiej Anglii oraz kreśli portrety najgroźniejszych trucicieli tamtych czasów. Opowiada o trwającym całe stulecie pojedynku na spryt i środki, o szybkim postępie w toksykologii sądowej, o chemikach, którzy wyizolowali i poddali rafinacji nowe i groźne trucizny, i o tym, jak oficjalne próby ograniczenia sprzedaży trujących substancji udaremniano z powodu żądań farmaceutów oraz zapotrzebowania na tanie leki i trutki na robactwo.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 591

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Książkę dedykuję Stowarzyszeniu Pisarzy Literatury Kryminalnej, zrzeszającemu najlepszych autorów literatury faktu i fikcji. Przyjaźń i wsparcie ze strony

STULECIE TRUCICIELI

Linda Stratmann

Tłumaczenie: Katarzyna Skawran

Originally published in 2016 by Yale University Press as THE SECRET POISONER. A CENTURY OF MURDER © 2016 Linda Stratmann All rights reserved.

Polish language translation © 2016 Wydawnictwo RM Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 rm@rm.com.pl, www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy.

Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli.

Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

ISBN 978-83-7773-596-1 ISBN 978-83-7773-652-4 (ePub) ISBN 978-83-7773-653-1 (mobi)

Redaktor prowadzący: Irmina Wala-PęgierskaRedakcja: Justyna MrowiecKorekta: Mirosława SzymańskaNadzór graficzny: Grażyna JędrzejecOpracowanie okładki wg oryginału: Grażyna JędrzejecOpracowanie wersji elektronicznej: Marcin FabijańskiWeryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl

Spis tre­ści

Od Autorki

Wstęp Straszny wyrok śmierci

Rozdział 1 Diabelskie kluski

Rozdział 2 Uduszony z cebulką

Rozdział 3 Skrajnie wyrafinowana nikczemność

Rozdział 4 Arszenik i stare mogiły

Rozdział 5 Podejrzenia Jamesa Marsha

Rozdział 6 Francuska porcelana

Rozdział 7 Ten uciążliwy świat

Rozdział 8 Bezkarny morderca

Rozdział 9 Alarm i oburzenie

Rozdział 10 Impuls z hrabstwa Essex

Rozdział 11 Tytoń zabija

Rozdział 12 Nic doustnie

Rozdział 13 Ustawa Palmera

Rozdział 14 Ekspert powołany na świadka

Rozdział 15 Zbrodnia i medycyna

Rozdział 16 Sprawy małżeńskie

Rozdział 17 Sprytne sztuczki

Rozdział 18 Znikająca trucizna

Rozdział 19 Amerykańscy kuzyni

Epilog Niebezpieczne leki i bezlitosne trucizny

Skróty do przypisów

Słowniczek

Bibliografia

Trucicielstwo zawsze było najgorszego rodzaju zbrodnią ze względu na swój podstępny i potajemny charakter[1].

De toutes les armes que le génie de l’homme a inventées pour nuire à son semblable, le poison est la plus lâche; l’empoisonneur est le plus méprisable des criminels[2].

(Ze wszystkich broni, które wynalazł umysł ludzki, aby szkodzić bliźnim, trucizna jest najpodlejsza, a truciciel to najbardziej godny pogardy kryminalista).

[1] Prokurator generalny sir Lionel Heald zwrócił się tymi słowami do przysięgłych na procesie Louisy Merrifield, „Daily Mirror”, 31 lipca 1953, s. 16.

[2] Cabanès Augustin, Nass Lucien, Poisons et sortilèges, Paris: Librairie Plon, 1903, s. 1.

Od autorki

Ta książka nie jest i ni­g­dy nie mia­ła być zwy­kłym kom­pen­dium tru­ci­ciel­stwa, aka­de­mic­kim stu­dium ani ze­sta­wie­niem nie­po­wią­za­nych ze sobą zbrod­ni, słyn­nych, a tak­że mało zna­nych. Jest na­to­miast spój­ną opo­wie­ścią o trwa­ją­cej nie­mal wiek wal­ce na spryt i środ­ki mię­dzy tru­ci­cie­la­mi a wy­mia­rem spra­wie­dli­wo­ści. Za­czę­łam od na­ro­dzin no­wo­cze­snej tok­sy­ko­lo­gii są­do­wej i pierw­szych po­waż­nych gło­sów na­wo­łu­ją­cych do wpro­wa­dze­nia kon­tro­li sprze­da­ży tru­cizn w dru­giej de­ka­dzie XIX wie­ku, a na­stęp­nie opi­sa­łam wy­sił­ki na­ukow­ców i praw­ni­ków w wal­ce z tymi, któ­rych uzna­li za po­waż­ne za­gro­że­nie dla spo­łe­czeń­stwa – ta­jem­ni­czy­mi tru­ci­cie­la­mi. W tej kam­pa­nii po­stę­po­wi czę­sto to­wa­rzy­szy­ło wie­le sprzecz­no­ści. Che­mi­cy wy­my­śla­li wpraw­dzie co­raz bar­dziej wy­szu­ka­ne me­to­dy wy­kry­wa­nia tok­syn w ludz­kich zwło­kach, ale jed­no­cze­śnie pod­czas ba­dań izo­lo­wa­li i ra­fi­no­wa­li nowe i po­tęż­ne za­bój­cze sub­stan­cje. Na prze­szko­dzie wie­lo­krot­nie po­dej­mo­wa­nym przez par­la­ment pró­bom ogra­ni­cze­nia do­stę­pu do tru­cizn sta­wa­ły spo­łecz­ne za­po­trze­bo­wa­nie na ła­twe do zdo­by­cia, ta­nie leki i trut­ki na in­sek­ty, a tak­że żą­da­nia le­ka­rzy i far­ma­ceu­tów.

W XIX wie­ku po­ja­wi­li się tak­że nowi spe­cja­li­ści – tok­sy­ko­lo­dzy i che­mi­cy ana­li­tycz­ni, któ­rzy zna­li się na tru­ci­znach, ale ich an­ty­pa­tie i za­zdrość cza­sa­mi pro­wa­dzi­ły do za­cie­kłych i nie­li­cu­ją­cych z po­wa­gą ich pro­fe­sji awan­tur, któ­re pod­wa­ża­ły za­ufa­nie spo­łe­czeń­stwa do me­dy­cy­ny. Gdy wzy­wa­no eks­per­tów, aby skła­da­li ze­zna­nia na pro­ce­sach o mor­der­stwo, do­cho­dzi­ło do krę­pu­ją­cych scy­sji mię­dzy przed­sta­wi­cie­la­mi za­wo­dów me­dycz­nych i praw­nych, po­nie­waż wy­star­czy­ło wziąć świad­ka w krzy­żo­wy ogień py­tań, aby na­ra­zić na szwank jego re­pu­ta­cję.

Hi­sto­rię zi­lu­stro­wa­łam tymi spra­wa­mi otruć, któ­re skło­ni­ły wik­to­riań­skie spo­łe­czeń­stwo do prze­pro­wa­dze­nia ba­dań me­dycz­nych i re­form pra­wa oraz wpły­nę­ły na opi­nię pu­blicz­ną. Po­ka­zu­ję tak­że, jak ogra­ni­cze­nie do­stę­pu do tru­cizn oraz udo­sko­na­le­nie me­tod ich wy­kry­wa­nia wpły­nę­ły na spo­so­by dzia­ła­nia po­ten­cjal­nych mor­der­ców. Mu­szę za­tem z góry prze­pro­sić tych czy­tel­ni­ków, któ­rzy mie­li na­dzie­ję, że opi­szę ja­kieś kon­kret­ne przy­pad­ki, a nie zna­leź­li ich w tej książ­ce, albo że po­świę­cę wię­cej miej­sca szcze­gól­nie ich in­te­re­su­ją­cym roz­pra­wom są­do­wym. Ja rów­nież ża­łu­ję, że mu­sia­łam po­mi­nąć pew­ne spra­wy i szcze­gó­ły, któ­re choć są fa­scy­nu­ją­ce, nie pa­so­wa­ły do te­ma­tu prze­wod­nie­go lub po­wie­la­ły sta­no­wi­sko za­pre­zen­to­wa­ne już na in­nym przy­kła­dzie.

Czy­tel­ni­cy mo­ich kry­mi­na­łów wie­dzą, że moja pani de­tek­tyw nie nu­rza się po kost­ki w nie­przy­jem­nych pły­nach ustro­jo­wych. Nie chcę się uspra­wie­dli­wiać – po pro­stu nie pa­so­wa­ło mi to do po­wie­ści. Jed­nak tu, gdzie mowa o praw­dzi­wym świe­cie, ni­cze­go nie prze­mil­cza­łam, na­wet je­śli hi­sto­ria była dość bru­tal­na. Wy­rzą­dzi­ła­bym wiel­ką krzyw­dę czy­tel­ni­kom hi­sto­rii me­dycz­nych i kry­mi­nal­nych, gdy­bym spu­ści­ła za­sło­nę mil­cze­nia na cier­pie­nia otru­tych ofiar – za­rów­no lu­dzi, jak i zwie­rząt – albo po­mi­nę­ła nie­smacz­ne de­ta­le sek­cji zwłok. Opi­sy­wa­nie wie­lu scen nie na­le­ża­ło do przy­jem­nych, ale w książ­ce opar­tej na fak­tach było to ko­niecz­ne. Aby­śmy mo­gli zro­zu­mieć, na ja­kim eta­pie te­raz je­ste­śmy, mu­si­my wie­dzieć, gdzie za­czy­na­li­śmy.

* * *

Chcia­ła­bym po­dzię­ko­wać wszyst­kim, któ­rzy po­mo­gli mi w przy­go­to­wa­niu tej książ­ki. Szcze­gól­nie dzię­ku­ję He­ather McCal­lum, mo­jej re­dak­tor­ce z Yale Uni­ver­si­ty Press, za pod­su­nię­cie mi te­ma­tu, któ­re­mu nie po­tra­fi­łam się oprzeć; bar­dzo po­moc­ne­mu per­so­ne­lo­wi Bri­tish Li­bra­ry i The Na­tio­nal Ar­chi­ves, a tak­że pi­sar­ce Kate Clar­ke za żmud­ne prze­ko­py­wa­nie się przez pew­ne nie­ja­sne źró­dła. W trak­cie ba­dań z przy­jem­no­ścią od­two­rzy­łam kil­ka daw­nych dań, któ­re były ostat­nim po­sił­kiem otru­tych ofiar, i mu­szę po­dzię­ko­wać mo­je­mu mę­żo­wi, Gary’emu, za to, że od­wa­żył się ich skosz­to­wać.

Wstęp

Straszny wyrok śmierci[1]

Desz­czo­wa i po­chmur­na po­go­da 26 lip­ca 1815 roku nie od­stra­szy­ła tłu­mu, któ­ry tło­czył się o wcze­snej po­rze w po­bli­żu prze­no­śnych szu­bie­nic, usta­wio­nych przed Bra­mą Dłuż­ni­ków wię­zie­nia New­ga­te w Lon­dy­nie. Tro­je ska­zań­ców mia­ła spo­tkać naj­su­row­sza kara. Wil­liam Old­field zgwał­cił dzie­wię­cio­let­nią dziew­czyn­kę, a Abra­ham Adams do­pu­ścił się so­do­mii. Ale głów­nym obiek­tem za­in­te­re­so­wa­nia była dwu­dzie­sto­dwu­let­nia Eli­za Fen­ning, ku­char­ka ska­za­na za pró­bę za­mor­do­wa­nia swo­je­go pana i jego ro­dzi­ny. Chcia­ła po­zbyć się pra­co­daw­ców, za­tru­wa­jąc klu­ski ar­sze­ni­kiem[2]. Jej spra­wa sta­ła się gło­śna, gdyż mło­da i atrak­cyj­na ko­bie­ta bu­dzi­ła współ­czu­cie, a tak­że upar­cie od­ma­wia­ła przy­zna­nia się do po­peł­nie­nia zbrod­ni. Więk­szość opi­nii pu­blicz­nej świę­cie wie­rzy­ła, że jej wina wca­le nie jest oczy­wi­sta.

Po wy­da­niu na nią wy­ro­ku ska­zu­ją­ce­go 11 kwiet­nia[3] do księ­cia re­gen­ta wy­sła­no pe­ty­cję z proś­bą o uła­ska­wie­nie, a Eli­za na­pi­sa­ła za­rów­no do hra­bie­go El­don, lor­da kanc­le­rza, jak i do wi­ceh­ra­bie­go Sid­mo­uth, se­kre­ta­rza sta­nu. Od­wie­dza­ło ją wie­le osób, któ­rym z pa­sją, otwar­to­ścią i prze­ko­na­niem udo­wad­nia­ła swo­ją nie­win­ność, pro­te­stu­jąc prze­ciw wy­ro­ko­wi. Jej po­plecz­ni­cy or­ga­ni­zo­wa­li spo­tka­nia, na któ­rych w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach ana­li­zo­wa­li fak­ty zwią­za­ne ze spra­wą, prze­pro­wa­dza­li do­świad­cze­nia z klu­ska­mi i ar­sze­ni­kiem, a jej pra­co­daw­com sta­wia­li za­rzut nie­po­czy­tal­no­ści. Ruch po­par­cia dla Eli­zy był tak sil­ny, że mało kto wąt­pił w jej uła­ska­wie­nie. Na­wet ona była pew­na trium­fu – aż do po­ran­ka w dniu eg­ze­ku­cji. Po­przed­nie­go dnia sir John Si­lve­ster, star­szy sę­dzia i prze­wod­ni­czą­cy Cen­tral Cri­mi­nal Co­urt (Old Ba­iley)[4], oraz Bec­kett, pod­se­kre­tarz sta­nu w Mi­ni­ster­stwie Spraw We­wnętrz­nych, w od­po­wie­dzi na po­wszech­ne za­in­te­re­so­wa­nie tą spra­wą zor­ga­ni­zo­wa­li po­sie­dze­nie, na któ­rym mia­no omó­wić dal­szy los Eli­zy Fen­ning[5]. Wszyst­ko dro­bia­zgo­wo prze­ana­li­zo­wa­no, a każ­dy fakt prze­ma­wia­ją­cy na ko­rzyść Eli­zy – po­now­nie spraw­dzo­no. Na dru­gim po­sie­dze­niu sę­dzio­wie do­szli do tego sa­me­go wnio­sku co na pierw­szym: nic nie po­win­no sta­nąć na dro­dze spra­wie­dli­wo­ści.

O ósmej rano sze­ry­fo­wie[6] prze­szli po­nu­rym pod­ziem­nym ko­ry­ta­rzem pro­wa­dzą­cym z Ju­sti­ce Hall w Cen­tral Cri­mi­nal Co­urt na dzie­dzi­niec kaź­ni – otwar­tą prze­strzeń, od­dzie­la­ją­cą wię­zie­nie od gma­chu sądu[7], gdzie trzy­ma­no sza­fot, kie­dy nie był po­trzeb­ny.

Ska­zań­ców, wy­nu­rza­ją­cych się z groź­ne­go mro­ku cel w sza­re świa­tło po­ran­ka, przy­go­to­wy­wa­no do eg­ze­ku­cji. Ko­wal wła­śnie od­bił męż­czy­znom kaj­da­ny, gdy do­łą­czy­ła do nich Eli­za, wzmoc­nio­na wi­nem, wodą i fla­ko­ni­kiem z so­la­mi trzeź­wią­cy­mi, wy­ką­pa­na i sta­ran­nie ubra­na w dzie­wi­czą biel. Wspie­ra­ła się na ra­mie­niu mło­de­go le­ka­rza, obo­je się mo­dli­li[8]. Gwał­ci­ciel dzie­ci Old­field, któ­ry daw­niej szy­dził z re­li­gii, ale na­wró­cił się, cze­ka­jąc na eg­ze­ku­cję, pró­bo­wał te­raz wy­ko­rzy­stać spra­wę Eli­zy do wła­snych ce­lów, być może po to, aby dać się po­znać jako obroń­ca po­szko­do­wa­nej mło­dzie­ży. Na­ma­wiał ją, aby się mo­dli­ła. Uści­snę­li so­bie dło­nie, za­pew­nia­jąc się na­wza­jem, że będą szczę­śli­wi w ży­ciu po­za­gro­bo­wym. Na­stęp­nie kat John Lan­gley przy­wią­zał Eli­zie łok­cie sznur­kiem do tu­ło­wia, zwią­zał jej dło­nie z przo­du, a w ta­lii opa­sał ją liną, na któ­rej mia­ła za­wi­snąć.

Ufor­mo­wał się po­chód. Przo­dem szli sze­ry­fo­wie pro­wa­dzą­cy ska­zań­ców przez dzie­dzi­niec i Bra­mę Dłuż­ni­ków, za któ­rą sta­ły szu­bie­ni­ce. Tam tłum po raz pierw­szy uj­rzał Eli­zę. Dla wie­lu sta­no­wi­ła za­pie­ra­ją­ce dech w pier­siach uoso­bie­nie nie­win­no­ści, a na­wet mę­czeń­stwa – w suk­ni ze śnież­no­bia­łe­go mu­śli­nu, w mu­śli­no­wym czep­ku zwią­za­nym bia­łą, sa­ty­no­wą wstąż­ką i w ja­sno­li­lio­wych, sznu­ro­wa­nych z przo­du bu­tach. Za­nim wpro­wa­dzo­no ją na sza­fot, wię­zien­ny ka­pe­lan, wie­leb­ny Cot­ton, za­trzy­mał ją i za­py­tał, czy ma coś do po­wie­dze­nia. Mimo strasz­ne­go po­ło­że­nia pa­no­wa­ła nad sobą i od­po­wie­dzia­ła zde­cy­do­wa­nym gło­sem: „Przed ob­li­czem spra­wie­dli­wo­ści i wszech­mo­gą­cym Bo­giem oraz na Świę­ty Sa­kra­ment, któ­ry przy­ję­łam, je­stem nie­win­na za­rzu­ca­ne­go mi prze­stęp­stwa”[9].

Eli­za jako pierw­sza z ca­łej trój­ki we­szła po stop­niach na plat­for­mę. Wy­glą­da­ło na to, że za­cho­wa­ła zim­ną krew. Kat, stwier­dziw­szy, że bia­łe, ba­weł­nia­ne czep­ki, któ­re przy­niósł, są za małe i nie za­sło­nią jej twa­rzy, mu­siał za­wią­zać dziew­czy­nie oczy ka­wał­kiem mu­śli­nu. To oka­za­ło się nie­wy­star­cza­ją­ce, więc mimo jej pro­te­stów do­ło­żył brud­ną chu­s­tecz­kę do nosa z wła­snej kie­sze­ni. Na­stęp­nie za­ło­żył ko­bie­cie pę­tlę na szy­ję, a dru­gi ko­niec liny przy­wią­zał do bel­ki nad nimi. W trak­cie tych przy­go­to­wań wie­lo­krot­nie na­ma­wia­no Eli­zę do przy­zna­nia się, ale ona wciąż ob­sta­wa­ła przy swo­jej nie­win­no­ści, do­da­jąc ta­jem­ni­czo, że jesz­cze tego dnia Bóg wy­ja­wi praw­dę.

O wpół do dzie­wią­tej, na dany sy­gnał, kat na­ci­snął dźwi­gnię, zwal­nia­jąc za­pad­nię. Spa­dek był krót­ki, za­le­d­wie oko­ło 45 cen­ty­me­trów, więc Eli­za nie umar­ła z po­wo­du zła­ma­nia kar­ku, tyl­ko z udu­sze­nia, na co tłum pa­trzył z prze­ra­ża­ją­cą fa­scy­na­cją. Mó­wio­no, że krót­ko się sza­mo­ta­ła. Moż­li­we, że Lan­gley, za­sło­nię­ty przed ga­pia­mi przez plat­for­mę, uwie­sił się u nóg ko­bie­ty, aby za­pew­nić jej szyb­szą śmierć. Trzy cia­ła wi­sia­ły przez go­dzi­nę. W koń­cu tłum się roz­pro­szył. Nie­któ­rzy po­szli do miesz­ka­nia Fen­nin­gów na Eagle Stre­et, aby udzie­lić ro­dzi­nie wspar­cia, inni za­kłó­ca­li spo­kój przed do­mem by­łych pra­co­daw­ców Eli­zy na Chan­ce­ry Lane – po­szko­do­wa­nej ro­dzi­ny Tur­ne­rów, któ­rych po­dej­rze­nia do­pro­wa­dzi­ły do śmier­ci dziew­czy­ny. Przez trzy dni po­spól­stwo, uważ­nie ob­ser­wo­wa­ne przez po­li­cję, krę­ci­ło się wo­kół nie­ru­cho­mo­ści Tur­ne­rów, pod­kła­da­ło pod dom sło­mę i gro­zi­ło do­ko­na­niem znisz­czeń. Wszyst­ko do cza­su, aż dwóch naj­bar­dziej ak­tyw­nych wi­chrzy­cie­li aresz­to­wa­no. Wów­czas resz­ta się roz­pro­szy­ła.

Po­nie­waż Eli­zę zgła­dzo­no za mor­der­stwo, jej cia­ło na­le­ża­ło od­dać Roy­al Col­le­ge of Sur­ge­ons, gdzie prze­pro­wa­dza­no sek­cje zwłok. Jed­nak za cenę 14 szy­lin­gów i 6 pen­sów, któ­re jej stra­pio­na ro­dzi­na mu­sia­ła po­ży­czyć, od­da­no je ro­dzi­com, aby mo­gli ją po­cho­wać. W miesz­ka­niu przy Eagle Stre­et 14[10] cia­ło było wy­sta­wio­ne przez pięć dni, a w wą­skim za­uł­ku tło­czy­ły się tłu­my od­wie­dza­ją­cych – współ­czu­ją­cych lub po pro­stu wścib­skich. Skła­da­no i przyj­mo­wa­no do­bro­wol­ne dat­ki na wy­jąt­ko­wo oka­za­ły po­grzeb, któ­ry wkrót­ce się od­był.

Trzy­dzie­ste­go pierw­sze­go lip­ca pro­ce­sja prze­szła Lamb’s Con­du­it Stre­et na cmen­tarz przy ko­ście­le Świę­te­go Je­rze­go Mę­czen­ni­ka, nie­opo­dal Brun­swick Squ­are. Trum­nę Eli­zy nio­sło sześć mło­dych ko­biet ubra­nych na bia­ło i wy­glą­da­ją­cych ni­czym anio­ły. W oknach i na da­chach do­mów wzdłuż tra­sy pro­ce­sji tło­czy­li się ga­pie, a na uli­cę wy­leg­ło po­noć 10 ty­się­cy lu­dzi, któ­rzy chcie­li być świad­ka­mi tego wy­da­rze­nia.

* * *

Los Eli­zy Fen­ning, słu­żą­cej uzna­nej za win­ną pró­by otru­cia swo­je­go pra­co­daw­cy i jego ro­dzi­ny, wzbu­dził nad­zwy­czaj­ne emo­cje, po­nie­waż oskar­żo­na była kimś wię­cej niż iko­ną skrzyw­dzo­nej ko­bie­co­ści i bo­ha­ter­ką praw­dzi­we­go me­lo­dra­ma­tu. Po wy­da­niu na nią wy­ro­ku sta­ła się po­li­tycz­ną ma­rio­net­ką. Jej spra­wę skwa­pli­wie pod­chwy­ci­li ra­dy­ka­ło­wie i re­for­ma­to­rzy, któ­rzy wy­ko­rzy­sta­li ją, aby za po­śred­nic­twem pra­sy i mnó­stwa bro­szur za­ata­ko­wać wy­pa­czo­ne pra­wo i wy­wo­łać pu­blicz­ne obu­rze­nie. Fakt, że żad­na z otru­tych ofiar nie zmar­ła, przy­spo­rzył Eli­zie po­par­cia. Mia­ła wie­lu sław­nych orę­dow­ni­ków wśród li­be­ral­nych po­li­ty­ków: pro­ku­ra­tor ge­ne­ral­ny sir Sa­mu­el Ro­mil­ly i ad­wo­kat John Phil­pot Cur­ran uzna­li ko­bie­tę za nie­win­ną ofia­rę uprze­dzo­nych do niej i źle pro­wa­dzą­cych pro­ces praw­ni­ków.

W XIX wie­ku Eli­za Fen­ning, dzię­ki po­wszech­ne­mu prze­świad­cze­niu o jej nie­win­no­ści, sta­ła się sym­bo­lem nie­udol­no­ści sys­te­mu spra­wie­dli­wo­ści w spra­wach o tru­ci­ciel­stwo; sys­te­mu, któ­ry ska­zał na śmierć dziew­czy­nę o nie­na­gan­nej opi­nii na pod­sta­wie wą­tłych po­szlak[11]. Jed­na z licz­nych bro­szur, wy­da­nych na ten te­mat w celu wy­ka­za­nia jej nie­win­no­ści, była na­wet za­ty­tu­ło­wa­na Cir­cum­stan­cial Evi­den­ce (Po­szla­ka). Tru­ci­ciel­stwo jest zbrod­nią, w któ­rej rzad­ko znaj­du­je się bez­po­śred­nie do­wo­dy, i choć praw­ni­cy dłu­go ar­gu­men­to­wa­li, że do­wód po­szla­ko­wy nie jest sam w so­bie gor­szy od bez­po­śred­nie­go, ta­kie­go jak ze­zna­nie na­ocz­ne­go świad­ka lub przy­zna­nie się po­dej­rza­ne­go do winy, to jed­nak w oczach opi­nii pu­blicz­nej czę­sto nie są one tak samo wia­ry­god­ne.

Pa­mięć o Eli­zie, pod­trzy­my­wa­na przez obroń­ców w póź­niej­szych spra­wach o mor­der­stwo i ape­la­cjach, wy­ide­ali­zo­wa­na przez Char­le­sa Dic­ken­sa, unie­śmier­tel­nio­na w pio­sen­ce i na sce­nie oraz wskrze­szo­na w par­la­men­tar­nych de­ba­tach na te­mat kary śmier­ci, mu­sia­ła do­tkli­wie cią­żyć wa­ha­ją­cym się sę­dziom i dla­te­go zbyt skwa­pli­wie in­ter­pre­to­wa­li naj­mniej­sze wąt­pli­wo­ści na ko­rzyść oskar­żo­ne­go, gdy mie­li są­dzić do­mnie­ma­ne­go tru­ci­cie­la, sto­ją­ce­go przed nimi na miej­scu dla oskar­żo­nych.

W licz­nych ów­cze­snych ana­li­zach opi­sy tych kon­tro­wer­syj­nych wy­da­rzeń ja­sno po­ka­zu­ją nam, z ja­ki­mi trud­no­ścia­mi mu­sia­ły bo­ry­kać się pra­wo i me­dy­cy­na, gdy mia­ły do czy­nie­nia z przy­pad­ka­mi tru­ci­ciel­stwa u za­ra­nia ery no­wo­cze­snej tok­sy­ko­lo­gii są­do­wej.

[1]Circumstancial Evidence, s. 7.

[2] Urodziła się 10 czerwca 1793 roku. Watkins, Important Results, s. 2.

[3] Pojawiły się sugestie, że z troski o zasadność przeprowadzenia egzekucji Elizy doszło do nietypowego opóźnienia jej terminu. Jednak Oldfield i Adams (co do ich winy nikt nie miał wątpliwości) zostali skazani podczas obrad tego samego sądu co Eliza. Jeśli nie było pewności, że skazani się winni, zwykle wieszano ich kilka tygodni po wydaniu wyroku skazującego. Egzekucję na dwóch innych mężczyznach, Harlandzie i Boksie, skazanych na śmierć w kwietniu, wykonano dopiero 27 lipca.

[4] Centralny sąd Anglii i Walii, potocznie zwany Old Bailey od nazwy ulicy, przy której się mieścił. Prowadzi sprawy o poważne przestępstwa i orzeka w składzie jednego sędziego oraz ławy przysięgłych (przyp. tłum.).

[5] Gazeta doniosła, że hrabiego Eldon, początkowo uczestniczącego w tych posiedzeniach, później nie dopuszczono do udziału w nich. Watkins, Important Results, s. 85.

[6] Wybierani urzędnicy, którzy asystowali sędziom.

[7] Później jeden z widzów zasugerował, że typową porą egzekucji była godzina ósma, ale szeryfowie zwlekali i przedłużali procedurę na wypadek, gdyby nadeszło ułaskawienie. Zob. „Birmingham Daily Post”, 8 czerwca 1870, s. 5. Bardziej prozaiczne wyjaśnienie jest takie, że kat przybył z opóźnieniem, gdyż wypełnił swoje obowiązki w Ipswich, gdzie również wieszał skazańców. Zob. Affecting Case, s. 34.

[8] T.W. Wansbrough (1789–1859).

[9] „The Times”, 27 lipca 1815, s. 3.

[10] Dom czyściciela obrazów, pana Millera, który pozwolił w nim zamieszkać Fenningom, gdyż musieli opuścić swoje mieszkanie. Na późniejszych oświadczeniach pana Fenninga widnieje ten adres.

[11] Akta tej sprawy w The National Archives – w których brakuje oficjalnych dokumentów, a zawierają wycinki z gazet – opatrzone są dopiskiem: „Przypuszczalnie przypadek egzekucji niewinnej kobiety”. HO 144/263/A56680.

Rozdział 1

Diabelskie kluski

Gdy nocą 21 mar­ca 1815 roku chi­rurg John Mar­shall[1] przy­był na Chan­ce­ry Lane 68, do domu i biu­ra Ro­ber­ta Greg­so­na Tur­ne­ra, do­staw­cy ar­ty­ku­łów dla praw­ni­ków, od razu zo­rien­to­wał się, że wszyst­kim jego miesz­kań­com gro­zi po­waż­ne nie­bez­pie­czeń­stwo.

O dru­giej po po­łu­dniu dwaj prak­ty­kan­ci Tur­ne­ra, sie­dem­na­sto­let­ni Ro­ger Gads­den i osiem­na­sto­let­ni Tom King, oraz słu­żą­ce, Eli­za Fen­ning i Sa­rah Peer, zje­dli pla­cek z mię­sem i nie mie­li żad­nych nie­po­ko­ją­cych ob­ja­wów. Go­dzi­nę póź­niej do obia­du za­sia­dła ro­dzi­na skła­da­ją­ca się z pana Tur­ne­ra, jego żony Char­lot­te, bę­dą­cej w siód­mym mie­sią­cu cią­ży, oraz jego ojca i part­ne­ra w in­te­re­sach Or­li­ba­ra Tur­ne­ra, któ­ry przy­je­chał w od­wie­dzi­ny z Lam­beth. Ich so­lid­ny po­si­łek skła­dał się ze ste­ków wo­ło­wych z ziem­nia­ka­mi, bia­łe­go sosu na mle­ku i klu­sek droż­dżo­wych. W cią­gu po­przed­nich dwóch ty­go­dni Eli­za kil­ka razy pro­po­no­wa­ła swo­jej pani, że zro­bi klu­ski droż­dżo­we, do któ­rych, jak mó­wi­ła, ma „wy­śmie­ni­tą rękę”[2]. Char­lot­te po­wie­dzia­ła, że wo­la­ła­by klu­ski zro­bio­ne z kup­ne­go cia­sta. Jed­nak Eli­za zde­cy­do­wa­ła się zro­bić je sa­mo­dziel­nie. Przy­stą­pi­ła do dzia­ła­nia i za­mó­wi­ła droż­dże bez po­zwo­le­nia swo­jej pani. Dwu­dzie­ste­go mar­ca pie­karz do­star­czył droż­dże i Eli­za zu­ży­ła ich część, aby przy­rzą­dzić por­cję lek­kich, pu­szy­stych klu­sek, któ­re zje­dli prak­ty­kan­ci i służ­ba. Na­stęp­ne­go dnia przy­go­to­wa­ła dru­gą por­cję dla pań­stwa na obiad, ale nie wy­szły jej tak do­brze jak po­przed­nie – cia­sto nie chcia­ło od­po­wied­nio wy­ro­snąć. Mimo wszyst­ko klu­ski ugo­to­wa­ła i po­da­ła.

Za­nim po­si­łek do­biegł koń­ca, Char­lot­te po­czu­ła sil­ny, pie­ką­cy ból i uda­ła się na od­po­czy­nek do swo­je­go po­ko­ju, gdzie za­czę­ła gwał­tow­nie wy­mio­to­wać. Wkrót­ce po­tem Ro­bert i Or­li­bar mie­li po­dob­ne do­le­gli­wo­ści. Po­sła­no po ap­te­ka­rza Hen­ry’ego Ogi­lvy’ego z po­bli­skich So­uthamp­ton Bu­il­dings przy Chan­ce­ry Lane. Zja­wił się o pią­tej po po­łu­dniu. Wów­czas źle czu­ła się już tak­że Eli­za. Wy­sła­no Ro­ge­ra Gads­de­na pie­szo do Lam­beth, po żonę Or­li­ba­ra, Mar­ga­ret, żeby za­opie­ko­wa­ła się ro­dzi­ną. Gdy do­tarł do Lam­beth, był już cho­ry i cier­piał tak bar­dzo, że my­ślał, iż umrze.

Mar­ga­ret – wraz z Gads­de­nem, któ­ry wy­mio­to­wał przez całą dro­gę po­wrot­ną do domu – przy­je­cha­ła po­wo­zem o ósmej wie­czo­rem i za­ję­ła się bli­ski­mi. Przy­pusz­czal­nie to ona po­sła­ła Toma Kin­ga po dok­to­ra Joh­na Mar­shal­la, któ­ry znał ro­dzi­nę od po­nad dzie­wię­ciu lat[3], a miesz­kał przy Half Moon Stre­et, tuż obok Pic­ca­dil­ly. Nikt nie miał wąt­pli­wo­ści, że wszy­scy, któ­rzy się roz­cho­ro­wa­li, zo­sta­li otru­ci, a King po­wie­dział Mar­shal­lo­wi, iż stan nie­któ­rych jest tak cięż­ki, że mogą umrzeć, za­nim do nich do­trze.

W 1815 roku le­karz, we­zwa­ny do przy­pad­ku moż­li­we­go otru­cia, mu­siał wcie­lić się w trzy role: me­dy­ka, ana­li­ty­ka i de­tek­ty­wa. Dok­tor Mar­shall był zmu­szo­ny bar­dzo szyb­ko oce­nić, czy ro­dzi­na zo­sta­ła otru­ta czy też jest to zwy­kła cho­ro­ba, po­nie­waż od tego za­le­ża­ło dal­sze le­cze­nie[4]. Cho­le­ra może wy­wo­łać ta­kie same ob­ja­wy jak otru­cie: ból brzu­cha i je­lit z wy­mio­ta­mi i roz­wol­nie­niem. Zwy­kle cho­rych na cho­le­rę le­czo­no, po­da­jąc im pły­ny i lau­da­num na za­trzy­ma­nie bie­gun­ki. Za­rów­no cho­le­ra, jak i draż­nią­ca tru­ci­zna wy­wo­łu­ją pie­cze­nie w gar­dle. Jed­nak w przy­pad­ku otru­cia po­ja­wia się ono, za­nim doj­dzie do wy­mio­tów, na­to­miast przy cho­le­rze – po wy­mio­tach, w re­ak­cji na kwas żo­łąd­ko­wy za­war­ty w zwra­ca­nej tre­ści żo­łąd­ko­wej. Dok­tor Mar­shall miał świa­do­mość tego, że w Wiel­kiej Bry­ta­nii cho­le­ra była śmier­tel­na, choć rzad­ko za­bi­ja­ła szyb­ciej niż w trzy dni, na­to­miast ofia­ry otru­cia mo­gły umrzeć w cią­gu kil­ku go­dzin[5]. W przy­pad­ku Tur­ne­rów kil­ka osób roz­cho­ro­wa­ło się po paru mi­nu­tach od zje­dze­nia tego sa­me­go po­sił­ku, a ból gar­dła po­prze­dził wy­mio­ty. Dok­tor Mar­shall, nie ma­jąc cza­su do stra­ce­nia, uznał, że ro­dzi­na zo­sta­ła otru­ta naj­praw­do­po­dob­niej ar­sze­ni­kiem, któ­ry po­wszech­nie sto­so­wa­no do tę­pie­nia szkod­ni­ków. Pre­fe­ro­wa­ną przez nie­go ku­ra­cją było prze­płu­ka­nie żo­łąd­ka dużą ilo­ścią pły­nów i po­da­nie środ­ków prze­czysz­cza­ją­cych, aby jak naj­szyb­ciej usu­nę­ły tru­ci­znę z je­lit. Sto­so­wa­ne przez in­nych le­ka­rzy środ­ki wy­miot­ne uwa­żał za nie­po­trzeb­ne i po­wo­du­ją­ce na­si­le­nie bo­le­sne­go po­draż­nie­nia.

Pierw­szą pa­cjent­ką, któ­rą ba­dał dok­tor Mar­shall, była ku­char­ka Eli­za Fen­ning. Le­ża­ła na scho­dach z ru­mień­ca­mi na twa­rzy, mia­ła mdło­ści i skar­ży­ła się na pa­lą­cy ból brzu­cha. Po­wie­dzia­no mu, że już sil­nie wy­mio­to­wa­ła. Mar­ga­ret od razu po­in­for­mo­wa­ła le­ka­rza, że inni człon­ko­wie ro­dzi­ny są w dużo gor­szym sta­nie niż Eli­za i pil­niej po­trze­bu­ją jego po­mo­cy. Dok­tor Mar­shall ka­zał Eli­zie pić wodę i mle­ko. Po­ło­żo­no ją do łóż­ka.

Ro­bert Tur­ner już le­żał w łóż­ku, wy­czer­pa­ny roz­dzie­ra­ją­cym bó­lem. Dok­to­ro­wi Mar­shal­lo­wi wy­da­wa­ło się, że pa­cjent jed­ną nogą jest już na tam­tym świe­cie. Mię­śnie brzu­cha i głę­bo­kie tu­ło­wia Tur­ne­ra kur­czy­ły się spa­zma­tycz­nie i tak sil­nie, że w mied­ni­cach z jego zie­lo­no­żół­ty­mi wy­mio­ci­na­mi pły­wa­ły tak­że od­cho­dy, zwró­co­ne z głę­bi je­lit. Tur­ner cier­piał rów­nież na ostrą bie­gun­kę, a jego sto­lec był jed­no­li­cie ja­sno­zie­lo­ny jak far­ba[6]. Skar­żył się na pa­lą­cy ból, ni­czym od roz­grza­ne­go do czer­wo­no­ści że­la­za, któ­ry za­czy­nał się na ję­zy­ku i prze­cho­dził w dół, aż do żo­łąd­ka, a tak­że na nie­na­sy­co­ne pra­gnie­nie i ból gło­wy. Draż­ni­ło go świa­tło, a koń­czy­ny miał zim­ne. Gdy pró­bo­wał po­dejść do po­ko­jo­wej umy­wal­ki, upadł w pa­rok­sy­zmie i sam nie dał­by rady wró­cić do łóż­ka.

Inni pa­cjen­ci mie­li po­dob­ne ob­ja­wy i oba­wia­no się, że Char­lot­te po­ro­ni. Za­rów­no ona, jak i jej mąż stra­ci­li całą skó­rę na ję­zy­ku, przy­pusz­czal­nie na sku­tek żrą­ce­go dzia­ła­nia ar­sze­ni­ku w wy­mio­ci­nach. Przez kil­ka na­stęp­nych dni na­skó­rek Char­lot­te scho­dził pła­ta­mi przy­po­mi­na­ją­cy­mi otrę­by. Or­li­bar, choć nie­wąt­pli­wie był bar­dzo cho­ry, cier­piał naj­mniej z ca­łej ro­dzi­ny. Dok­tor Mar­shall po­słał po Ogi­lvy’ego, aby do­wie­dzieć się, ja­kie leki już po­dał, i skon­sul­to­wać z nim dal­sze po­stę­po­wa­nie. Ap­te­karz po­twier­dził, że nie za­apli­ko­wał środ­ków wy­miot­nych, tyl­ko prze­płu­kał żo­łąd­ki pa­cjen­tów sło­dzo­ną wodą lub wodą z mle­kiem, a tak­że po­dał im olej ry­cy­no­wy. Obaj męż­czyź­ni byli prze­ko­na­ni, że mają do czy­nie­nia z otru­ciem ar­sze­ni­kiem. Oba­wia­li się, że część tru­ci­zny prze­szła już przez żo­łą­dek i nisz­czy­ła je­li­ta, więc po­sta­no­wi­li kon­ty­nu­ować po­da­wa­nie środ­ków prze­czysz­cza­ją­cych do cza­su, aż od­cho­dy na­bio­rą wła­ści­we­go ko­lo­ru, a tak­że po­dać wy­cią­gi al­ka­licz­ne, aby zneu­tra­li­zo­wać dzia­ła­nie ar­sze­ni­ku. Po­zwo­li­li pa­cjen­tom pić wodę, mle­ko i bu­lion z ba­ra­ni­ny. Dok­tor Mar­shall i Ogi­lvy po­szli zba­dać Eli­zę w jej po­ko­ju na pod­da­szu. Ku ich za­sko­cze­niu ku­char­ka od­mó­wi­ła przyj­mo­wa­nia ja­kich­kol­wiek le­ków, twier­dząc, że ży­cie nic dla niej nie zna­czy i wkrót­ce umrze. Do­pie­ro po dłu­gich na­le­ga­niach zgo­dzi­ła się coś za­żyć. Prze­ka­za­li in­struk­cje Mar­ga­ret Tur­ner, kie­dy i ja­kie leki na­le­ży po­da­wać Eli­zie. Pani Tur­ner po­sta­no­wi­ła zo­stać całą noc w domu i do­pil­no­wać, by wy­ko­na­no za­le­ce­nia le­ka­rza.

Ko­niecz­nie na­le­ża­ło usta­lić, w jaki spo­sób ro­dzi­na zo­sta­ła otru­ta. Waż­ną wska­zów­ką był tu stan prak­ty­kan­ta Ro­ge­ra Gads­de­na, któ­ry jako je­dy­ny roz­cho­ro­wał się, choć nie jadł przy sto­le z Tur­ne­ra­mi. Oko­ło trze­ciej dwa­dzie­ścia po po­łu­dniu, gdy Gads­den i Eli­za czu­li się do­brze, a do­mow­ni­cy nie zo­sta­li jesz­cze za­alar­mo­wa­ni sta­nem Tur­ne­rów, Gads­den wszedł do kuch­ni i zo­ba­czył klu­ski nie­zje­dzo­ne przez go­spo­da­rzy na obiad i przy­nie­sio­ne ze sto­łu w ja­dal­ni. Na dnie so­sjer­ki po­zo­sta­ła też odro­bi­na sosu. Chciał wła­śnie zjeść tro­chę klu­sek, gdy Eli­za uprze­dzi­ła: „Gads­den, nie jedz tego, bo zim­ne i cięż­kie. Za­szko­dzi ci”[7]. Zjadł ka­wa­łek wiel­ko­ści orze­cha wło­skie­go, ale gdy po­wtó­rzy­ła ostrze­że­nie, zre­zy­gno­wał i tyl­ko ka­wał­kiem chle­ba wy­tarł resz­tę sosu. Mniej wię­cej go­dzi­nę póź­niej źle się po­czuł i za­czął wy­mio­to­wać, ale do­szedł do sie­bie na tyle, aby wy­ru­szyć do Lam­beth po Mar­ga­ret Tur­ner. Do­pie­ro w dro­dze jego stan się po­gor­szył. Prak­ty­kant zdał so­bie spra­wę z tego, że zo­stał otru­ty.

Mar­ga­ret za­czę­ła wy­py­ty­wać Eli­zę w spra­wie „dia­bel­skich klu­sek”[8], na co ku­char­ka od­po­wie­dzia­ła: „Nie klu­ski, tyl­ko mle­ko, pro­szę pani”[9]. Dziew­czy­na wy­ja­śni­ła, że mąkę na cia­sto do klu­sek wzię­ła z po­jem­ni­ka (z tej sa­mej mąki zro­bi­ła wierzch za­pie­kan­ki z mię­sem, któ­rą zje­dzo­no wcze­śniej tego sa­me­go dnia bez szko­dli­wych skut­ków), do­da­ła do niej reszt­ki droż­dży i mle­ko, któ­re zo­sta­ło ze śnia­da­nia. Tuż po czter­na­stej Sa­rah Peer po­szła po wię­cej mle­ka, ale wte­dy cia­sto na klu­ski było już go­to­we. Ze świe­że­go mle­ka Char­lot­te zro­bi­ła sos. Gads­den ze­znał, że mo­czył ka­wa­łek chle­ba w reszt­kach sosu, a Eli­za, wciąż upie­ra­jąc się, że pro­blem był w so­sie, a nie klu­skach, twier­dzi­ła, że „wy­li­zał”[10] trzy czwar­te so­sjer­ki. Śledz­two Mar­shal­la wy­ka­za­ło jed­nak, że Ro­bert Tur­ner, któ­ry po­cho­ro­wał się naj­cię­żej ze wszyst­kich, zjadł naj­wię­cej klu­sek, nie ty­ka­jąc sosu. Je­dy­nym da­niem zje­dzo­nym przez wszyst­kich po­szko­do­wa­nych były klu­ski. Eli­za twier­dzi­ła, że sama zja­dła jed­ną, choć nikt tego nie wi­dział, a nie wspo­mnia­ła, by się­ga­ła po sos. Spo­śród do­mow­ni­ków zdro­wa była tyl­ko dwój­ka: Sa­rah Peer, któ­ra wy­szła za­raz po po­da­niu obia­du, i Tom King.

Co­raz bar­dziej po­dej­rze­wa­no Eli­zę i to nie tyl­ko dla­te­go, że zro­bi­ła klu­ski i nie oka­za­ła żad­nej tro­ski o zdro­wie Tur­ne­rów ani nie udzie­li­ła im po­mo­cy, ale rów­nież dla­te­go, że była je­dy­ną oso­bą w do­mo­stwie, któ­ra mia­ła po­wód, by skrzyw­dzić pra­co­daw­ców. Tur­ne­ro­wie za­trud­ni­li ją pod ko­niec stycz­nia 1815 roku[11]. Oko­ło trzech ty­go­dni po przy­by­ciu Eli­zy Char­lot­te wi­dzia­ła ją, jak wcho­dzi do po­ko­ju prak­ty­kan­tów czę­ścio­wo nie­ubra­na. Prze­pro­wa­dzi­ła z nią po­waż­ną roz­mo­wę i dała jej wy­po­wie­dze­nie. Eli­za twier­dzi­ła, że po­szła tam tyl­ko po świe­cę, i oka­za­ła skru­chę. Char­lot­te „póź­niej zli­to­wa­ła się nad nią”[12] i po­zwo­li­ła jej zo­stać. Mimo wszyst­ko upo­mnie­nie na­peł­ni­ło Eli­zę go­ry­czą. Od tam­tej pory cho­dzi­ła na­dą­sa­na i od­no­si­ła się z mniej­szym sza­cun­kiem do pani. Eli­za po­wie­dzia­ła Sa­rah Peer, że nie lubi już pań­stwa Tur­ne­rów. Sły­sza­no, jak mó­wi­ła, że „zro­bi na złość swo­jej pani”[13].

W noc za­tru­cia John Mar­shall zba­dał reszt­ki klu­sek. Stwier­dził, że są gę­ste, twar­de i cięż­kie, co ra­czej przy­pi­sał ku­li­nar­ne­mu nie­po­wo­dze­niu niż tru­ciź­nie[14]. Po­kro­ił je w cien­kie pla­ster­ki i w od­sło­nię­tym wnę­trzu zo­ba­czył „bia­łe czą­stecz­ki, dość gę­sto i jed­no­li­cie roz­miesz­czo­ne na po­wierzch­ni, któ­re, jak mnie­mał, były bia­łym ar­sze­ni­kiem”[15]. Na tej pod­sta­wie do­szedł do wnio­sku, że cia­sto nie zo­sta­ło po­sy­pa­ne tru­ci­zną, tyl­ko ar­sze­nik sta­ran­nie wy­mie­sza­no z in­ny­mi skład­ni­ka­mi klu­sek[16].

Bia­ły ar­sze­nik w po­sta­ci prosz­ku sła­bo roz­pusz­cza się w zim­nej wo­dzie, nie­co le­piej w cie­płej. Nie­roz­pusz­czo­ny czę­sto znaj­do­wa­no w żo­łąd­kach za­mor­do­wa­nych ofiar lub jako piasz­czy­sty osad na dnie na­czyń z za­tru­ty­mi pły­na­mi. Gdy nie po­zo­sta­wa­ło ani tro­chę nie­skon­su­mo­wa­nej tru­ci­zny do zba­da­nia, a wy­mio­ci­ny i od­cho­dy ży­ją­cej ofia­ry otru­cia nie zo­sta­ły za­bez­pie­czo­ne, spra­wa sta­wa­ła się trud­ną do roz­wią­za­nia za­gad­ką i nie­ła­two było udo­wod­nić spraw­cy winę, o ile się nie przy­znał do zbrod­ni.

Te­sty che­micz­ne po­zwa­la­ją­ce na wy­kry­cie ar­sze­ni­ku do­pie­ro opra­co­wy­wa­no, a tok­sy­ko­lo­gia le­d­wie za­czę­ła wy­ła­niać się z opa­rów ciem­no­ści i prze­są­dów, aby stać się na­uką. Aż do po­ło­wy XVIII wie­ku me­dy­cy wy­da­wa­li opi­nię na te­mat tego, czy ktoś zo­stał otru­ty czy nie, na pod­sta­wie symp­to­mów, oglę­dzin i, je­śli ofia­ra zmar­ła, sta­nu jej or­ga­nów we­wnętrz­nych. Zia­ren­ka bia­łe­go ar­sze­ni­ku, zna­le­zio­ne w cie­le lub w reszt­kach je­dze­nia bądź na­po­ju, iden­ty­fi­ko­wa­no głów­nie na pod­sta­wie wy­glą­du, ale po­stę­py w che­mii su­ge­ro­wa­ły, że ba­da­nia la­bo­ra­to­ryj­ne da­wa­ły­by więk­szą pew­ność. Oko­ło 1710 roku ho­len­der­ski che­mik Her­man Bo­er­ha­ave prze­pro­wa­dził do­świad­cze­nia, w któ­rych pod­dał tru­ci­zny dzia­ła­niu cie­pła z ża­rzą­cych się wę­gli, i za­uwa­żył, że opa­ry ar­sze­ni­ku mają za­pach po­dob­ny do czosn­ku[17]. Po­nad sto lat póź­niej wciąż sta­no­wi­ło to przy­dat­ną wska­zów­kę.

Dok­tor Mar­shall nie miał spe­cjal­nej apa­ra­tu­ry do zba­da­nia klu­sek, więc po­ło­żył pla­ste­rek na wy­po­le­ro­wa­nej pół­pen­sów­ce i trzy­mał ją na ostrzu noża nad pło­mie­niem świe­cy. Ka­wa­łek klu­ski stop­nio­wo spa­lał się na po­piół, aż wresz­cie za­czął wy­dzie­lać cha­rak­te­ry­stycz­ny za­pach czosn­ku. Gdy mo­ne­ta osty­gła, na jej gór­nej po­wierzch­ni po­ka­zał się srebr­no­bia­ły osad, któ­ry – jak są­dził le­karz – był war­stew­ką od­pa­ro­wy­wa­ne­go bia­łe­go ar­sze­ni­ku. Ten efekt, zna­ny jako test re­duk­cji, zo­stał po raz pierw­szy od­no­to­wa­ny przez nie­miec­kie­go pro­fe­so­ra me­dy­cy­ny Jo­han­na Da­nie­la Met­zge­ra w 1787 roku, któ­ry stwier­dził, że gdy pod­grze­wa się związ­ki che­micz­ne za­wie­ra­ją­ce ar­sze­nik z wę­glem drzew­nym, to na mie­dzia­nej blasz­ce, trzy­ma­nej w po­wsta­ją­cym opa­rze, po­ja­wia się osad bia­łe­go ar­sze­ni­ku. Na­stęp­nie po­ka­zał, że gdy w pro­bów­ce pod­grze­wa się bia­ły ar­sze­nik z wę­glem drzew­nym, to w gór­nej czę­ści pro­bów­ki osa­dza się ciem­ny, błysz­czą­cy na­lot z me­ta­licz­ne­go ar­se­nu, zwa­ny lu­strem ar­se­no­wym[18].

Zda­niem sa­me­go dok­to­ra Mar­shal­la prze­pro­wa­dzo­ny przez nie­go test był nie­do­kład­ny, ale sta­no­wił waż­ny krok. Le­ka­rze i sę­dzio­wie szu­ka­ją­cy do­wo­dów otru­cia spo­dzie­wa­li się wy­kryć ar­sze­nik albo zre­du­ko­wa­ny do me­ta­lu, albo w po­sta­ci bia­łe­go prosz­ku. Brak moż­li­wo­ści do­star­cze­nia ta­kie­go do­wo­du po­waż­nie utrud­niał po­stę­po­wa­nie kar­ne. W kwiet­niu 1806 roku, gdy w Old Ba­iley są­dzo­no pięt­na­sto­let­nie­go prak­ty­kan­ta Wil­lia­ma Hen­ry’ego Wy­at­ta za usi­ło­wa­nie za­bój­stwa ro­dzi­ny pra­co­daw­cy po­przez do­sy­pa­nie ar­sze­ni­ku do kawy[19], je­dy­nym do­wo­dem na to, że bia­ły osad w ka­wie jest ar­sze­ni­kiem, była wi­zu­al­na oce­na i ze­zna­nie ap­te­ka­rza, któ­ry umie­ścił sub­stan­cję na go­rą­cym że­la­zie i spraw­dził, że pach­nie czosn­kiem. Wy­att, tak jak Eli­za Fen­ning, miał swo­bod­ny do­stęp do tru­ci­zny trzy­ma­nej przez pra­co­daw­cę i wie­dział, czym jest ar­sze­nik. On rów­nież wy­pił nie­co kawy i twier­dził, że się od tego po­cho­ro­wał. Nie do­pa­trzo­no się mo­ty­wów, dla któ­rych miał­by otruć ro­dzi­nę pra­co­daw­cy, więc zo­stał unie­win­nio­ny.

Dok­tor Mar­shall zba­dał rów­nież noże, któ­ry­mi po­słu­gi­wa­no się, je­dząc obiad. Oka­za­ło się, że bar­dzo zma­to­wia­ły. Za­py­tał więc, czy do obia­du uży­wa­no ja­kie­goś octu, ale za­prze­czo­no[20].

Na­stęp­ne­go ran­ka dok­tor Mar­shall i ap­te­karz Ogi­lvy wró­ci­li do domu Tur­ne­rów. Or­li­bar (któ­ry nie­ste­ty ni­g­dy nie przy­znał, ile zjadł klu­sek) i Eli­za czu­li się znacz­nie le­piej, mimo że dziew­czy­na od­mó­wi­ła dal­sze­go przyj­mo­wa­nia le­ków.

Or­li­bar wy­zdro­wiał na tyle, że prze­pro­wa­dził wła­sne do­cho­dze­nie. Prze­py­tał Eli­zę, któ­ra nie­zmien­nie twier­dzi­ła, że win­ne było mle­ko przy­nie­sio­ne przez Sa­rah. Po­szu­kał tak­że je­dy­ne­go źró­dła ar­sze­ni­ku w domu. Na pa­pie­ro­wym opa­ko­wa­niu bia­łe­go ar­sze­ni­ku, ku­pio­ne­go do wy­tru­cia my­szy, wid­niał wy­raź­ny na­pis „Ar­sze­nik, śmier­tel­na tru­ci­zna”[21]. Trzy­ma­no go w nie­za­mknię­tej szu­fla­dzie w biu­rze i ostat­ni raz wi­dzia­no 7 mar­ca, mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, gdy Eli­za za­czę­ła na­ma­wiać pa­nią Tur­ner na klu­ski. Te­raz ar­sze­nik znik­nął. Każ­dy mógł zaj­rzeć do szu­fla­dy, ale wia­do­mo było, że Eli­za się­ga­ła do niej po pa­pier na roz­pał­kę.

Eli­za nie mia­ła oka­zji umy­cia na­czy­nia, w któ­rym mie­sza­ła skład­ni­ki na klu­ski[22]. Na pierw­szy rzut oka nie było wi­dać w nim nic po­dej­rza­ne­go. Jed­nak Or­li­bar do­dał tro­chę wody do osa­du i roz­mie­szał go. Od­sta­wił płyn na pół mi­nu­ty. Na­stęp­nie pod­niósł na­czy­nie i je prze­chy­lił. Na dnie zo­ba­czył osad z bia­łe­go prosz­ku. Za­bez­pie­czył na­czy­nie, aby nikt inny nie miał do nie­go do­stę­pu, a póź­niej prze­ka­zał je dok­to­ro­wi Mar­shal­lo­wi i Ogi­lvy’emu. Dok­tor Mar­shall roz­pu­ścił wy­skro­bi­ny z na­czy­nia w cie­płej wo­dzie z czaj­ni­ka, wy­mie­szał je, a gdy woda się od­sta­ła, wy­lał więk­szość pły­nu. Bia­ły pro­szek był wy­raź­nie wi­docz­ny. Dok­tor po­now­nie roz­cień­czył mik­stu­rę, aby usu­nąć po­zo­sta­łą mąkę, a na­stęp­nie ze­brał i wy­su­szył pro­szek, któ­ry opadł na dno na­czy­nia. Uzy­skał w ten spo­sób pół ły­żecz­ki sub­stan­cji[23], czy­li oko­ło 30 gra­nów[24]. Je­że­li był to ar­sze­nik, ilość była dzie­się­cio­krot­nie więk­sza od daw­ki śmier­tel­nej dla do­ro­słe­go. Kil­ka zia­ren zo­sta­ło umiesz­czo­nych mię­dzy dwo­ma wy­po­le­ro­wa­ny­mi mie­dzia­ny­mi płyt­ka­mi, któ­re zwią­za­no dru­tem i pod­grza­no mię­dzy prę­ta­mi rusz­tu[25]. Za­pach czosn­ku dał się wy­raź­nie wy­czuć, a gdy miedź osty­gła, „na każ­dej płyt­ce pięk­nie po­ka­za­ły się opa­ry ar­sze­ni­ku w ko­lo­rze olśnie­wa­ją­co sre­brzy­stej bie­li”[26].

Aby roz­wiać wszel­kie wąt­pli­wo­ści, dok­tor Mar­shall po­sta­no­wił pod­dać pro­szek dal­szym te­stom, jego zda­niem naj­bar­dziej czu­łym i naj­do­kład­niej­szym z tych, któ­re kie­dy­kol­wiek opra­co­wa­no. W tym celu mu­siał skon­sul­to­wać się z eks­per­tem. Che­mik Jo­seph Hume udo­sko­na­lał nową me­to­dę na pod­sta­wie pio­nier­skich prac szwedz­kie­go che­mi­ka Tor­ber­na Berg­ma­na[27]. Hume naj­pierw zro­bił sła­by roz­twór prosz­ku do­star­czo­ne­go mu przez Mar­shal­la, go­tu­jąc go w wo­dzie de­sty­lo­wa­nej. Pół un­cji[28] tego roz­two­ru wlał do fiol­ki i za po­mo­cą szkla­nej pa­łecz­ki wkro­plił na jego po­wierzch­nię roz­twór azo­ta­nu sre­bra i amo­nia­ku. W efek­cie płyn za­bar­wi­ła fa­lu­ją­ca żół­ta chmu­ra i strą­cił się brą­zo­wy osad. Ko­lej­na por­cja zo­sta­ła po­dob­nie po­trak­to­wa­na roz­two­rem siar­cza­nu mie­dzi i amo­nia­ku – po­wstał ja­sno­zie­lo­ny strąt[29]. Dok­tor Mar­shall i che­mik Hume byli pew­ni, że pro­szek to bia­ły ar­sze­nik. Zba­da­li tak­że mąkę w po­jem­ni­ku oraz droż­dże i stwier­dzi­li, że nie były ska­żo­ne. Co praw­da, mo­gli też zba­dać wy­mio­ci­ny i od­cho­dy pa­cjen­tów, ale wy­ni­ki te­stów klu­sek były tak jed­no­znacz­ne, że po­zo­sta­łe ba­da­nia uzna­li za zbęd­ne.

Dok­tor Mar­shall miał póź­niej po­wie­dzieć, że ar­sze­ni­ku w klu­skach wy­star­czy­ło­by do za­bi­cia dzie­się­ciu ro­dzin, a wy­zdro­wie­nie ofiar tłu­ma­czył dwo­ma czyn­ni­ka­mi: po pierw­sze, szyb­ko­ścią, z jaką ar­sze­nik za­dzia­łał jako śro­dek wy­miot­ny i prze­czysz­cza­ją­cy, co spo­wo­do­wa­ło usu­nię­cie więk­szo­ści tru­ci­zny, przy czym otocz­ka z cięż­kie­go cia­sta ochro­ni­ła bło­nę ślu­zo­wą żo­łąd­ka; po dru­gie, wcze­snym po­da­niem du­żej ilo­ści pły­nów, jak za­le­cał Ogi­lvy, któ­ry szyb­ko wy­kla­ro­wał osad. Wszyst­kie ofia­ry w koń­cu cał­ko­wi­cie wy­zdro­wia­ły, a Char­lot­te uro­dzi­ła zdro­wą cór­kę So­phię.

Eliza Fenning w celi skazańca w więzieniu Newgate

Dwu­dzie­ste­go trze­cie­go mar­ca Or­li­bar Tur­ner po­now­nie prze­słu­chał Eli­zę, któ­ra wciąż jesz­cze le­ża­ła w łóż­ku. Nie­za­do­wo­lo­ny z jej wy­ja­śnień po­wie­dział, że za­dba o to, aby zba­da­no spra­wę, i wraz z dok­to­rem Joh­nem Mar­shal­lem uda­li się do Pu­blic Of­fi­ce[30] przy Hat­ton Gar­den, aby zło­żyć do­nie­sie­nie sę­dziom ma­gi­stra­tu. Gdy wy­szli, Eli­za wsta­ła, ubra­ła się i pró­bo­wa­ła uciec, ale unie­moż­li­wił jej to Tom King, któ­ry za­mknął drzwi. Po Eli­zę przy­szedł ofi­cer Wil­liam Thi­stle­ton, aby za­brać ją do aresz­tu. Nie zna­lazł przy niej ani w jej rze­czach tru­ci­zny, ale w jej pu­deł­ku le­ża­ła „nie­sław­na książ­ka, z wy­ka­zem na jed­nej ze stron, wy­ja­śnia­ją­ca róż­ne me­to­dy wy­wo­ły­wa­nia po­ro­nie­nia”[31], wów­czas uzna­na za do­wód „zde­pra­wo­wa­nia jej mo­ral­no­ści”[32]. Gdy po­now­nie prze­py­ta­no Eli­zę, przed­sta­wi­ła dwie kon­cep­cje. Jej zda­niem tru­ci­zna mo­gła być w droż­dżach, po­nie­waż za­wie­ra­ły osad, albo bar­dzo „prze­bie­gła i po­my­sło­wa”[33] Sa­rah Peer do­da­ła jej do mle­ka. Eli­za za­prze­czy­ła, że kie­dy­kol­wiek pod­cho­dzi­ła do szu­fla­dy, w któ­rej trzy­ma­no ar­sze­nik, choć prak­ty­kan­ci wie­lo­krot­nie wi­dzie­li, jak tam się­ga­ła po skraw­ki pa­pie­ru na pod­pał­kę. Utrzy­my­wa­ła rów­nież, że ni­g­dy nie za­cho­wy­wa­ła się nie­sto­sow­nie w sto­sun­ku do Gads­de­na, ale było ina­czej. Jej prze­słu­cha­nie opóź­ni­ło się do cza­su, aż świad­ko­wie wy­zdro­wie­li na tyle, aby zło­żyć ze­zna­nia. Trzy­dzie­ste­go mar­ca Eli­za zo­sta­ła po­sta­wio­na w stan oskar­że­nia przez sę­dziów ma­gi­stra­tu z Hat­ton Gar­den i mia­ła być są­dzo­na w Cen­tral Cri­mi­nal Co­urt. Za­rzu­co­no jej, że „zbrod­ni­czo i nie­zgod­nie z pra­wem po­da­ła nie­wąt­pli­wie śmier­tel­ną tru­ci­znę, a mia­no­wi­cie ar­sze­nik, i spo­wo­do­wa­ła jej po­da­nie Hal­de­bar­to­wi [sic!] Tur­ne­ro­wi, Ro­ber­to­wi Greg­so­no­wi Tur­ne­ro­wi i jego żo­nie Char­lot­te Tur­ner, z za­mia­rem za­bi­cia i za­mor­do­wa­nia wy­mie­nio­nych osób”[34]. Z po­wo­du nie­zwy­kle sil­nych ob­ja­wów u ofiar i obaw o ży­cie żony Ro­ber­ta uzna­no, że in­ten­cją Eli­zy było ce­lo­we mor­der­stwo. Je­dy­ne, co mo­gła zro­bić Eli­za, to uda­wać nie­win­ną.

Prze­stęp­stwo było wy­jąt­ko­wo pod­łe. Słu­żą­ce­go, któ­ry za­bi­jał swo­je­go pana, pa­nią lub żonę pana domu, uzna­wa­no za win­ne­go po­peł­nie­nia za­ostrzo­nej for­my mor­der­stwa, zna­nej jako mała zdra­da. Akt ten, oprócz prze­mo­cy, obej­mo­wał ele­ment zdra­dy i nie­lo­jal­no­ści[35]. Tru­ci­cie­li, jak się prze­ko­na­my w dal­szej czę­ści tej książ­ki, czę­sto uzna­wa­no za naj­gor­szy ro­dzaj zbrod­nia­rzy. Nie­jaw­ność ich ata­ku i pla­no­wa­nie go z zim­ną krwią, a nie do­ko­na­nie pod wpły­wem chwi­li, wzbu­dza­ły szcze­gól­ne prze­ra­że­nie. Tru­ci­zna za­gra­ża­ła usta­lo­ne­mu po­rząd­ko­wi spo­łecz­ne­mu. Da­wa­ła do ręki śmier­tel­ną broń tym, któ­rzy we­dług pra­wa i obo­wią­zu­ją­cych zwy­cza­jów nie po­win­ni zo­stać do­pusz­cze­ni do spra­wo­wa­nia wła­dzy. Po­zwa­la­ła dzie­ciom za­mor­do­wać ro­dzi­ców, słu­żą­cym – swo­ich pra­co­daw­ców, a żo­nom – mę­żów. Sę­dzio­wie ma­gi­stra­tu, le­ka­rze i po­li­ty­cy, któ­rzy byli pew­ni, że ni­g­dy nie zo­sta­ną za­szty­le­to­wa­ni w pi­jac­kiej bój­ce, wie­dzie­li, że mogą zo­stać otru­ci przez cór­kę, żonę lub ku­char­kę, więc czu­li się za­gro­że­ni i bez­bron­ni. To sta­no­wi­sko nie­wąt­pli­wie było waż­nym czyn­ni­kiem rzu­tu­ją­cym na osta­tecz­ne brzmie­nie wy­ro­ku Eli­zy Fen­ning. Jed­nak pod­nie­sie­nie spra­wy do ran­gi pro­ble­mu o za­się­gu kra­jo­wym po­zwo­li­ło Eli­zie unik­nąć po­wszech­ne­go po­tę­pie­nia i zdo­być od­da­nych po­plecz­ni­ków, na­wet wśród tych, któ­rzy po­win­ni się naj­bar­dziej oba­wiać tego ro­dza­ju za­gro­że­nia.

W więk­szo­ści po­dej­rzeń o tru­ci­ciel­stwo nie ma świad­ków zbrod­ni, więc oskar­ży­ciel musi naj­pierw do­wieść, że po­da­no tru­ci­znę, prze­śle­dzić, jak oskar­żo­ny wszedł w jej po­sia­da­nie, wy­ka­zać, że miał moż­li­wość otru­cia ofia­ry, i zna­leźć wia­ry­god­ny mo­tyw. Nie­wąt­pli­wie pro­ces Eli­zy zo­stał źle i po­spiesz­nie prze­pro­wa­dzo­ny przed szorst­kim i nie­ugię­tym sę­dzią. Nie przed­sta­wio­no też wszyst­kich do­wo­dów w spra­wie ani nie prze­słu­cha­no wszyst­kich świad­ków. Tom King, któ­re­go miej­sce po­by­tu i dzia­ła­nia w cza­sie cho­ro­by do­mow­ni­ków są w więk­szo­ści nie­zna­ne, i ap­te­karz Ogi­lvy, któ­ry jako pierw­szy po­ja­wił się na miej­scu, ni­g­dy nie zo­sta­li we­zwa­ni do zło­że­nia ze­znań[36]. Z ko­lei sę­dzia Si­lve­ster nie do­pu­ścił do przy­ję­cia oświad­cze­nia zło­żo­ne­go pod przy­się­gą przez ojca Eli­zy. Dok­tor Mar­shall, choć miał pew­ność, że w klu­skach był ar­sze­nik, oparł swo­ją opi­nię na symp­to­mach ofiar. Nie po­pro­szo­no go o po­da­nie szcze­gó­ło­wych in­for­ma­cji o prze­pro­wa­dzo­nych te­stach. Jak po­wie­dział je­den z naj­żar­liw­szych obroń­ców Eli­zy: „Na pro­ce­sie nie przed­sta­wio­no ani cząst­ki do­wo­du [sic!], że w klu­skach w ogó­le był ja­ki­kol­wiek tru­ją­cy skład­nik”[37].

Przy­się­gli, za­pew­ne prze­ko­na­ni, że na­le­ży chro­nić spo­łe­czeń­stwo przed ku­char­ka­mi do­sy­pu­ją­cy­mi ar­sze­nik do obia­du, o wi­nie Eli­zy zde­cy­do­wa­li na pod­sta­wie sze­re­gu sil­nych do­wo­dów po­szla­ko­wych i wy­da­li wer­dykt w cią­gu kil­ku mi­nut. Jed­nak opi­nia pu­blicz­na, po­ru­szo­na mło­do­ścią i bo­go­boj­no­ścią oskar­żo­nej oraz jej de­kla­ra­cja­mi nie­win­no­ści, nie do­wie­rza­ła pra­wu i wy­tknę­ła sze­reg po­waż­nych luk w po­stę­po­wa­niu do­wo­do­wym w na­dziei na uzy­ska­nie uła­ska­wie­nia, któ­re mógł orzec tyl­ko sąd wyż­szej in­stan­cji. Usta­wo­wa kara śmier­ci za pró­bę za­bój­stwa była czę­ścią tak zwa­ne­go krwa­we­go kodu, czy­li sys­te­mu su­ro­wych kar, któ­ry miał słu­żyć ochro­nie ży­cia i włas­no­ści kla­sy po­sia­da­czy ziem­skich. Pró­bę za­bój­stwa ka­ra­no śmier­cią aż do 1861 roku. Do­pie­ro od 1823 roku sę­dzio­wie mie­li pra­wo ła­go­dze­nia wy­ro­ków, więc na­wet je­śli sir John Si­lve­ster chciał­by oka­zać ła­skę, nie mógł tego zro­bić.

Mimo prze­ży­tych cier­pień Or­li­bar i Ro­bert Tur­ne­ro­wie byli skłon­ni pod­pi­sać pe­ty­cję o uła­ska­wie­nie Eli­zy, ale pod­czas roz­mo­wy z Si­lve­ste­rem sę­dzia nie tyl­ko za­pew­nił ich o wi­nie ku­char­ki, ale rów­nież ostrzegł ich, że je­śli pod­pi­szą pe­ty­cję, po­dej­rze­nia pad­ną na ich ro­dzi­nę[38]. Za­tem jej nie pod­pi­sa­li.

Ze­bra­no ze­zna­nia po­świad­cza­ją­ce nie­ska­zi­tel­ny cha­rak­ter Eli­zy, ma­ją­ce sta­no­wić prze­ciw­wa­gę dla za­rzu­tu, że wcze­śniej pró­bo­wa­ła już otruć inną ro­dzi­nę[39]. Opi­nia pu­blicz­na była po­dzie­lo­na: część nie­złom­nie wie­rzy­ła w jej nie­win­ność, a resz­ta do­ma­ga­ła się po­wie­sze­nia jej dla od­stra­sze­nia wszyst­kich słu­żą­cych o mor­der­czych skłon­no­ściach.

Egzekucja przed Bramą Dłużników londyńskiego więzienia Newgate

Eli­za, po­ku­tu­ją­ca w New­ga­te i li­czą­ca na uła­ska­wie­nie, po­now­nie zmie­ni­ła swo­ją wer­sję wy­da­rzeń. W po­nie­dzia­łek 24 lip­ca, dwa dni przed wy­zna­czo­ną datą eg­ze­ku­cji, po­pro­si­ła o wi­dze­nie z Tur­ne­ra­mi. Zło­ży­li jej wi­zy­tę w na­dziei na uzy­ska­nie waż­nych in­for­ma­cji. Ku ich za­sko­cze­niu Eli­za za­ata­ko­wa­ła Char­lot­te. Po­wo­łu­jąc się na nie­sto­sow­ne re­la­cje mię­dzy jej byłą pra­co­daw­czy­nią a To­mem Kin­giem, oświad­czy­ła, że Char­lot­te mo­gła znacz­nie le­piej niż ona wy­tłu­ma­czyć, skąd wziął się ar­sze­nik w klu­skach[40]. Na­stęp­ne­go dnia Eli­za po­sła­ła po Toma Kin­ga, „aby mu po­wie­dzieć, że to jego spraw­ka”[41]. W Eli­za Fen­ning’s Own Nar­ra­ti­ve (au­tor nie­zna­ny), wy­da­nej po jej śmier­ci, po­ja­wi­ło się stwier­dze­nie, że Tom wśli­znął się do kuch­ni, w któ­rej le­ża­ło cia­sto na klu­ski, pod­czas gdy ona myła noże w są­sied­nim po­miesz­cze­niu.

Dzień przed eg­ze­ku­cją nie­ja­ki Gib­son z fir­my che­mi­ków i ap­te­ka­rzy oświad­czył, że we wrze­śniu lub paź­dzier­ni­ku ubie­głe­go roku Ro­bert Tur­ner przy­szedł do ich lo­ka­lu w „sta­nie dzi­kim i obłą­ka­nym”[42], gro­żąc, że znisz­czy sie­bie i swo­ją żonę, o ile ktoś go nie po­wstrzy­ma. Gib­son po­wie­dział sę­dziom Si­lve­ste­ro­wi i Bec­ket­to­wi, że do­ra­dził Or­li­ba­ro­wi, aby nie wno­sił oskar­że­nia. Ni­g­dy nie wy­ja­śnio­no, dla­cze­go Gib­son cze­kał z tym oświad­cze­niem aż do ostat­niej chwi­li.

Żad­ne z tych roz­pacz­li­wych oskar­żeń nie mo­gło oca­lić ku­char­ki.

Cela skazańca w więzieniu Newgate

Po­ru­sze­nie, któ­re wy­wo­ła­ła eg­ze­ku­cja Eli­zy Fen­ning, spra­wi­ło, że zwró­co­no uwa­gę na nie­do­sko­na­ło­ści pro­ce­su są­do­we­go, któ­re­mu pod­da­no oskar­żo­ną. Czy jed­nak mu­sia­ło to ozna­czać – jak wów­czas gło­śno twier­dzo­no i dzi­siaj na­dal się twier­dzi – że była nie­win­na? Czę­sto pod­no­szo­nym i prze­ma­wia­ją­cym na jej ko­rzyść fak­tem było to, że sama też zja­dła tro­chę klu­sek, a na­wet, jak twier­dzi­ła, pra­wie jed­ną w ca­ło­ści, i że na­praw­dę się roz­cho­ro­wa­ła. Wie­lu jej obroń­ców utrzy­my­wa­ło, nie po­da­jąc źró­dła swo­ich in­for­ma­cji, że była w gor­szym sta­nie niż Tur­ne­ro­wie, ale temu stwier­dze­niu za­da­li kłam obec­ni na miej­scu ap­te­karz i le­karz, któ­rzy oświad­czy­li, że Eli­za ucier­pia­ła w mniej­szym stop­niu i szyb­ciej od in­nych wy­zdro­wia­ła pra­wie bez le­cze­nia. Za­pew­ne nie zja­dła tyle, ile twier­dzi­ła. Czy spró­bo­wa­ła ka­wał­ka, aby do­wieść, że klu­ski są nie­szko­dli­we? Je­śli była win­na, to czy nie zro­bi­ła tego, aby od­wró­cić od sie­bie ewen­tu­al­ne po­dej­rze­nia albo na­wet ode­brać so­bie ży­cie, sko­ro póź­niej od­mó­wi­ła przyj­mo­wa­nia le­ków? Być może brzmi to nie­praw­do­po­dob­nie, ale nie by­ło­by to ni­czym nie­zwy­kłym – mor­der­czy­ni Mary Wit­ten­back chcia­ła się za­bić.

Od kil­ku lat czter­dzie­sto­jed­no­let­nia Mary była w złych sto­sun­kach ze swo­im mę­żem Fre­de­ric­kiem. Dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go lip­ca 1827 roku Fre­de­rick wró­cił z pra­cy do domu w do­brym zdro­wiu i zjadł dwie trze­cie zro­bio­ne­go przez żonę pud­din­gu z do­dat­kiem łoju. Wkrót­ce po­tem się roz­cho­ro­wał, czuł pa­lą­cy ból w żo­łąd­ku i wy­szedł wy­mio­to­wać na po­dwó­rze. Mary po­ka­za­ła reszt­kę pud­din­gu pani Da­vis, w któ­rej domu Wit­ten­bac­ko­wie wy­naj­mo­wa­li miesz­ka­nie. Za­py­ta­ła ją, czy jej zda­niem pud­ding mógł być przy­czy­ną do­le­gli­wo­ści męża. Kil­ka mi­nut póź­niej Mary rów­nież się roz­cho­ro­wa­ła, zjadł­szy reszt­kę po­dej­rza­ne­go po­sił­ku. Kot wła­ści­ciel­ki zna­lazł wy­mio­ci­ny Fre­de­ric­ka na po­dwór­ku, zjadł je, zwró­cił, a póź­niej zna­le­zio­no go mar­twe­go. Pani Da­vis we­zwa­ła le­ka­rza, któ­ry zba­dał Fre­de­ric­ka i za­le­cił pi­cie cie­płej wody oraz za­ży­wa­nie środ­ka wy­miot­ne­go, któ­ry „za­dzia­łał wy­dat­nie”[43] (dok­tor John Mar­shall nie po­chwa­lił­by tej ku­ra­cji). Me­dyk nic nie za­apli­ko­wał Mary i nie wia­do­mo, czy ją zba­dał. Dru­gi we­zwa­ny le­karz zro­bił pa­cjen­tom (prak­ty­ko­wa­ne od nie­daw­na) płu­ka­nie żo­łąd­ka. Na­stęp­ne­go dnia wcze­snym ran­kiem Fre­de­rick zmarł, a Mary, któ­ra oświad­czy­ła, że wo­la­ła­by umrzeć niż wy­zdro­wieć, zo­sta­ła prze­nie­sio­na do izby cho­rych i prze­ży­ła. Prze­pro­wa­dzo­no sek­cję zwłok Fre­de­ric­ka. Za­pa­le­nie ślu­zów­ki żo­łąd­ka wska­zy­wa­ło na dzia­ła­nie tru­ci­zny mi­ne­ral­nej, ale z po­wo­du prze­pro­wa­dzo­ne­go płu­ka­nia żo­łąd­ka nie zna­le­zio­no żad­nych jej śla­dów. Nie uda­ło się rów­nież zba­dać od­cho­dów ani wy­mio­cin, po­nie­waż zo­sta­ły wcze­śniej sprząt­nię­te. O obec­no­ści tru­ci­zny moż­na było za­tem wnio­sko­wać wy­łącz­nie na pod­sta­wie symp­to­mów. Mary Wit­ten­back mo­gła­by umknąć wy­mia­ro­wi spra­wie­dli­wo­ści, ale po­ja­wi­ła się jed­na prze­szko­da – przy­zna­ła się. Prze­ko­na­na o nie­wier­no­ści męża, ku­pi­ła bia­ły ar­sze­nik za trzy pen­sy i wy­mie­sza­ła go z mąką, z któ­rej zro­bi­ła pud­ding ło­jo­wy. Gdy Fre­de­rick się roz­cho­ro­wał, „zja­dła reszt­kę pud­din­gu z na­dzie­ją, że oka­że się to dla niej za­bój­cze, ta­kie prze­ra­że­nie ją ogar­nę­ło, gdy tru­ci­zna spo­wo­do­wa­ła roz­dzie­ra­ją­cy ból u jej nie­szczę­sne­go męża”[44]. Sie­dem­na­ste­go wrze­śnia 1827 roku Mary zo­sta­ła po­wie­szo­na za mor­der­stwo.

Na pierw­szy rzut oka mo­tyw Eli­zy, któ­ry po­pchnął ją do za­bi­cia Tur­ne­rów, wy­da­je się nie­wy­star­cza­ją­cy.

W 1912 roku hi­sto­ryk Fre­de­rick Hac­kwo­od opu­bli­ko­wał bio­gra­fię naj­za­go­rzal­sze­go obroń­cy Eli­zy – pi­sa­rza Wil­lia­ma Hone’a. Na­pi­sał w niej: „Za­pew­ne ni­g­dy w hi­sto­rii ludz­kie­go zde­pra­wo­wa­nia nie zda­rzy­ła się tak po­twor­na zbrod­nia, a po­peł­nio­na z tak bar­dzo bła­hej przy­czy­ny”[45], co je­dy­nie do­wo­dzi, że nie prze­stu­dio­wał po­rząd­nie pro­ce­sów o mor­der­stwo. Jak w 1876 roku pod­kre­ślił ad­wo­kat John Pa­get, „wszy­scy, któ­rzy mają ja­kieś prak­tycz­ne do­świad­cze­nia z są­dów kry­mi­nal­nych, wie­dzą, jak bła­he i ba­nal­ne są mo­ty­wy, któ­re nie­kie­dy po­py­cha­ją do po­peł­nie­nia naj­bar­dziej za­trwa­ża­ją­cych zbrod­ni”[46].

Punkt wi­dze­nia Pa­ge­ta do­brze ilu­stru­je przy­pa­dek dwu­dzie­sto­let­niej Isa­bel­li Ho­pes, nie­co przy­po­mi­na­ją­cy spra­wę Eli­zy Fen­ning. Pią­te­go li­sto­pa­da 1834 roku wła­ści­ciel­ka wa­rzyw­ni­ka Eli­za­beth Cam­brid­ge za­uwa­ży­ła, że w jej ka­set­ce bra­ku­je pie­nię­dzy, więc po­dej­rze­wa­jąc swo­ją słu­żą­cą Isa­bel­lę, prze­szu­ka­ła jej ubra­nia i zna­la­zła znacz­ną sumę w zło­cie i sre­brze. Roz­mó­wi­ła się z Isa­bel­lą, któ­ra przy­zna­ła, że wzię­ła pie­nią­dze. Słu­żą­ca zwró­ci­ła je.

Co cie­ka­we, Eli­za­beth nie zwol­ni­ła zło­dziej­ki i zgo­dzi­ła się, że spra­wę mogą uwa­żać za za­mknię­tą, pod wa­run­kiem że słu­żą­ca obie­ca, iż ni­g­dy wię­cej się to nie po­wtó­rzy. Na­stęp­ne­go ran­ka Eli­za­beth wy­szła, zo­sta­wia­jąc Isa­bel­lę w domu. Jed­nak gdy wró­ci­ła o pierw­szej, słu­żą­cej nie było. Wie­czo­rem Eli­za­beth zro­bi­ła her­ba­tę dla sie­bie i miesz­ka­ją­ce­go u niej dwu­na­sto­let­nie­go przy­rod­nie­go bra­ta Isa­bel­li, Joh­na Wal­ke­ra. Wkrót­ce po­tem obo­je się roz­cho­ro­wa­li. Dok­tor Moon wy­słał do domu Eli­za­beth swo­je­go po­moc­ni­ka, któ­ry za­le­cił, aby pili cie­płą wodę, a pani Budd, któ­ra pra­co­wa­ła u Eli­za­beth, czu­wa­ła przy pa­cjen­tach i opie­ko­wa­ła się nimi. Gdy na­stęp­ne­go dnia przy­szedł dok­tor Moon, obo­je czu­li się le­piej. Le­karz po­brał je­dy­nie prób­kę her­ba­ty (wy­mio­ci­ny zo­sta­ły wcze­śniej uprząt­nię­te) i wy­słał ją do zba­da­nia, po­nie­waż za­uwa­żył, że coś do niej do­da­no. Dzie­wią­te­go li­sto­pa­da Isa­bel­la po­pro­si­ła o spo­tka­nie z Eli­za­beth, ale nie po­tra­fi­ła albo nie chcia­ła wy­tłu­ma­czyć, dla­cze­go opu­ści­ła dom. Eli­za­beth za­py­ta­ła ją o her­ba­tę, ale słu­żą­ca za­prze­czy­ła, że co­kol­wiek do niej do­da­wa­ła.

Dwa mie­sią­ce póź­niej Isa­bel­la ode­zwa­ła się po­now­nie i po­wie­dzia­ła Eli­za­beth, że pani Budd wy­zna­ła jej, iż do­sy­pa­ła ar­sze­ni­ku do pusz­ki z her­ba­tą. Je­dy­ną oso­bą, któ­ra mia­ła mo­tyw i moż­li­wość, by to zro­bić, była jed­nak Isa­bel­la. Aresz­to­wa­no ją 19 stycz­nia 1835 roku, ale wów­czas nie uda­ło się już zdo­być ja­kich­kol­wiek me­dycz­nych do­wo­dów tru­ci­ciel­stwa, a ory­gi­nal­ną prób­kę daw­no wy­rzu­co­no.

Po­cząt­ko­wo Isa­bel­la pod­trzy­my­wa­ła oskar­że­nia wo­bec pani Budd, ale na­stęp­ne­go dnia przy­zna­ła, że wszyst­ko, co o niej po­wie­dzia­ła, było kłam­stwem i że sama za­tru­ła her­ba­tę. Wy­ja­śni­ła: „na sku­tek tego, że okra­dłam moją pa­nią, po tym, gdy po­szła na targ 6 li­sto­pa­da ze­szłe­go roku, mój umysł był tak nie­spo­koj­ny, że nie mo­głam na tym po­prze­stać, a po tym, jak mi wy­ba­czy­ła kra­dzież, nie mo­gła­bym ni­g­dy wię­cej spoj­rzeć jej w twarz”[47]. Do­da­ła, że nie po­tra­fi­ła się po­wstrzy­mać, choć wie­dzia­ła, iż jej brat też bę­dzie pić tę her­ba­tę. Po­wie­dzia­ła tak­że: „oskar­ży­łam pa­nią [Budd], bo są­dzi­łam, że to mnie oca­li”[48]. Źró­dło ar­sze­ni­ku nie było ta­jem­ni­cą, gdyż w domu trzy­ma­no trut­kę na szczu­ry. Ostrze­żo­no Isa­bel­lę, aby nie ru­sza­ła tych pa­czu­szek, bo za­wie­ra­ją tru­ci­znę. Roz­pra­wa Isa­bel­li od­by­ła się 2 lu­te­go w Old Ba­iley. Uzna­no ją win­ną pró­by mor­der­stwa i ska­za­no na śmierć, ale za­rów­no sę­dzia, jak i Eli­za­beth Cam­brid­ge wsta­wi­li się, by ją uła­ska­wić ze wzglę­du na jej wcze­śniej­szą nie­po­szla­ko­wa­ną opi­nię i przy­zna­nie się do winy. Isa­bel­la zo­sta­ła uła­ska­wio­na i ze­sła­na do No­wej Po­łu­dnio­wej Wa­lii.

* * *

W la­tach, któ­re na­stą­pi­ły po eg­ze­ku­cji Eli­zy Fen­ning, kil­ka razy ro­ze­szły się po­gło­ski o wy­zna­niach na łożu śmier­ci, do­ty­czą­cych otru­cia Tur­ne­rów. Mimo że w droż­dżach i mące uży­tych do zro­bie­nia klu­sek nie wy­kry­to tru­ci­zny, po­dob­no nie­zna­ny z na­zwi­ska pie­karz, umie­ra­jąc w przy­tuł­ku, wy­znał z nie­uza­sad­nio­ną gor­li­wo­ścią, że za­mor­do­wał Char­lot­te[49]. Inne wy­zna­nie mia­ło po­cho­dzić od nie­zna­ne­go z imie­nia bra­tan­ka „pana Tur­ne­ra” (przy­pusz­czal­nie Or­li­ba­ra, gdyż w trak­cie tam­tych wy­da­rzeń Ro­bert miał za­le­d­wie dwa­dzie­ścia czte­ry lata), któ­ry po­noć miesz­kał z wu­jem i ciot­ką (pa­mię­taj­my, że w 1815 roku Or­li­bar i jego żona miesz­ka­li w Lam­beth). Na­wet je­śli taki bra­ta­nek ist­niał, ni­g­dy nie po­ja­wi­ła się wzmian­ka, że ja­ki­kol­wiek inny czło­nek ro­dzi­ny Tur­ne­rów, oprócz osób je­dzą­cych tego dnia obiad, był obec­ny w domu przy Chan­ce­ry Lane, gdy do­szło do otru­cia. W 1829 roku opu­bli­ko­wa­no nie­po­twier­dzo­ne ra­por­ty mó­wią­ce o tym, że Ro­bert Tur­ner zmarł w przy­tuł­ku w Ip­swich po przy­zna­niu się do zbrod­ni[50].

Fak­ty do­ty­czą­ce spra­wy Eli­zy Fen­ning – ze­zna­nia i miej­sca po­by­tu Eli­zy, Tur­ne­rów i od­wie­dza­ją­cych ich osób – prze­ana­li­zo­wa­no wie­lo­krot­nie i do­kład­nie. Osta­tecz­nie naj­praw­do­po­dob­niej Eli­za (moż­li­we, że wca­le nie­za­mie­rza­ją­ca ni­ko­go za­bić) po­sta­no­wi­ła ze­mścić się na swo­ich pra­co­daw­cach za to, że ją za­wsty­dzi­li i upo­mnie­li. W tym celu za po­mo­cą tru­ci­zny za­fun­do­wa­ła im bóle brzu­cha. Prze­stra­szo­na tym, jaką krzyw­dę im wy­rzą­dzi­ła, zro­bi­ła, co mo­gła, aby od­wró­cić od sie­bie uwa­gę: zja­dła mały ka­wa­łek klu­ski i oskar­ża­ła wszyst­kich wo­kół sie­bie. Ów­cze­sne pra­wo nie uwzględ­nia­ło tego, że tru­ci­ciel mógł mieć inny za­miar niż mor­der­stwo, a na­wet gdy­by było ina­czej, na­si­le­nie ob­ja­wów u ofiar nie po­zwo­li­ło­by na po­sta­wie­nie ła­god­niej­sze­go za­rzu­tu. Gdy­by jed­nak Eli­za od razu przy­zna­ła się do winy i oka­za­ła do­sta­tecz­ną skru­chę, ława przy­się­głych mo­gła­by za­le­cić oka­za­nie ła­ski i sę­dzia za­wie­sił­by wy­ko­na­nie wy­ro­ku.

Dla­cze­go jed­nak mi­nę­ły dwa ty­go­dnie od chwi­li, kie­dy słu­żą­ca we­szła w po­sia­da­nie ar­sze­ni­ku a uży­ciem go? Nie wia­do­mo, kie­dy po­przed­nio Or­li­bar Tur­ner jadł obiad w domu swo­je­go syna, ale Char­lot­te Tur­ner po­wie­dzia­ła dok­to­ro­wi Joh­no­wi Mar­shal­lo­wi, że Eli­za wie­lo­krot­nie ją py­ta­ła, czy tego dnia jej teść bę­dzie na obie­dzie. Dwu­dzie­ste­go pierw­sze­go mar­ca mo­gła się nada­rzyć pierw­sza oka­zja, gdyż do sto­łu za­sia­dła cała ro­dzi­na.

[1] Członek Royal College of Surgeons i aptekarz na dworze Jego Królewskiej Wysokości księcia Gloucester.

[2] Borrow, Celebrated Trials, s. 144.

[3] „The Times”, 27 września 1815, s. 4.

[4] Wiele zawdzięczam bardzo dokładnym notatkom Johna Marshalla, który opisał symptomy i leczenie domowników Turnera w Five Cases.

[5] Wspaniałą relację zamieszczono w Christison, Treatise 1829, s. 92–93.

[6] Kał w jelicie cienkim normalnie ma kolor od zielonego do żółtego. Dopiero w jelicie grubym zmienia kolor na brązowy. Jeśli jednak zostanie wydalony bardzo szybko, jak podczas ostrej biegunki, wciąż będzie zielonkawy.

[7] Eliza ponoć to zakwestionowała, twierdząc, że powiedziała mu, aby ich nie jadł, bo zostawiła trochę dla siebie, ale się z nią nie zgodził. Watkins, Important Results, s. 119; Circumstantial Evidence, s. 5.

[8]Affecting Case, s. 5.

[9] Tamże.

[10] Tamże.

[11] Watkins, Important Results, s. 4.

[12]Affecting Case, s. 35.

[13] Marshall, Five Cases, s. 35.

[14] Obrońcy Elizy powoływali się na fakt, że arszenik nie utrudnia wyrośnięcia ciasta.

[15] Marshall, Five Cases, s. 25.

[16] Późniejsze eksperymenty jednego z popleczników Elizy wykazały, że jeśli posypie się arszenikiem ciasto zostawione do wyrośnięcia, z którego potem niczego niepodejrzewająca kucharka zrobi kluski, uzyska się podobny efekt wizualny. Watkins, Important Results, s. 77.

[17] Thorwald, Proof of Poison, s. 16.

[18] Tamże, s. 18.

[19] Proces Williama Henry’ego Wyatta, rozprawa w Central Criminal Court, Sessions House, Old Bailey, 16 kwietnia 1806, sesja 4, sprawa nr 274, s. 266 [online], dostępny w: www.oldbaileyonline.org.

[20] Później był to punkt sporny i wielu obrońców Elizy przeprowadziło eksperymenty, aby wykazać, że arszenik nie powoduje zmatowienia noży, choć na procesie Marshall twierdził, że tak się dzieje. Potem skomentował to, mówiąc, że uważał stan noży za ostateczny dowód. Natomiast pozostałe jego testy wykazały ponad wszelką wątpliwość obecność arszeniku.

[21] Borrow, Celebrated Trials, s. 146.

[22] Miało to dość wyraźnie wskazywać na niewinność Elizy. Jednak Mary Blandy, która niewątpliwie podała truciznę własnemu ojcu w 1752 roku, wrzuciła opakowanie po arszeniku do ognia, ale przeoczyła fakt, że nierozpuszczający się proszek opadł w postaci osadu w niezjedzonym kleiku.

[23] W aptekarskich miarach jedna łyżeczka odpowiadała 60 ziarnom, czyli jednej drachmie.

[24] 1 gran to około 65 mg (przyp. tłum.).

[25] Tę procedurę opisano w Rush, Medical Inquiries, t. 1, s. 240.

[26] Marshall, Remarks, s. 54.

[27] Rush, Medical Inquiries.

[28] 1 brytyjska uncja objętości to 28,41 cm3 (przyp. tłum.).

[29] Zieleń Scheelego, AsCuHO3, to barwnik odkryty w 1775 roku przez Carla Wilhelma Scheelego.

[30] Sąd magistratu z sześcioma konstablami.

[31] Marshall, Five Cases, s. 35.

[32] Tamże.

[33]Affecting Case, s. 6.

[34] Proces Elizy Fenning, rozprawa w Central Criminal Court, Sessions House, Old Bailey, 11 kwietnia 1815, sesja 4, sprawa nr 441, s. 220 [online], dostępny w: www.oldbaileyonline.org.

[35] Małą zdradę przestano traktować jako osobny rodzaj morderstwa na mocy ustawy o przestępstwach przeciw osobie z 1828 roku.

[36] Ogilvy zmarł 6 marca 1817 roku w wieku trzydziestu pięciu lat.

[37] Watkins, Important Results, s. 159.

[38] Tamże, s. 78.

[39] Tamże, s. 132.

[40] „The Times”, 27 września 1815, s. 4.

[41] Tamże.

[42] Watkins, Important Results, s. 84.

[43] Proces Mary Wittenback, rozprawa w Central Criminal Court, Sessions House, Old Bailey, 13 września 1827, sesja 7, sprawa nr 1597, s. 608 [online], dostępny w: www.oldbaileyonline.org.

[44] „The Times”, 17 września 1827, s. 2.

[45] Hackwood Frederick William, William Hone, His Life and Times, London: T. Fisher, 1912, s. 99.

[46] Paget John, Judicial Puzzles Gathered from the State Trials, San Francisco: Sumner Whitney & Co., 1867, s. 97.

[47] Proces Isabelli Hopes, rozprawa w Central Criminal Court, Sessions House, Old Bailey, 2 lutego 1835, sesja 4, sprawa nr 472, s. 509 [online], dostępny w: www.oldbaileyonline.org.

[48] Tamże.

[49] „Belfast News-Letter”, 14 lipca 1857, s. 1.

[50] Nie można ustalić daty ani miejsca śmierci Roberta Gregsona Turnera. On i jego ojciec zostali wymienieni w spisie wyborców z Ipswich z 1826 roku. Orlibar (błędnie zapisany jako Olibar) widniał w tym spisie jeszcze w 1831 roku, ale Robert już nie.

Rozdział 2

Uduszony z cebulką

Rozdział 3

Skrajnie wyrafinowana nikczemność

Rozdział 4

Arszenik i stare mogiły

Rozdział 5

Podejrzenia Jamesa Marsha

Rozdział 6

Francuska porcelana

Rozdział 7

Ten uciążliwy świat

Rozdział 8

Bezkarny morderca

Rozdział 9

Alarm i oburzenie

Rozdział 10

Impuls z hrabstwa Essex

Rozdział 11

Tytoń zabija

Rozdział 12

Nic doustnie

Rozdział 13

Ustawa Palmera

Rozdział 14

Ekspert powołany na świadka

Rozdział 15

Zbrodnia i medycyna

Rozdział 16

Sprawy małżeńskie

Rozdział 17

Sprytne sztuczki

Rozdział 18

Znikająca trucizna

Rozdział 19

Amerykańscy kuzyni

EPILOG

Niebezpieczne leki i bezlitosne trucizny

Skróty do przypisów

Słowniczek

Bibliografia