Stulecie kryminału - Robert Małecki, Wojciech Chmielarz, Ryszard Ćwirlej - ebook

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Stulecie kryminału. Tysiące możliwych scenariuszy. Osiemnaście mistrzowskich opowiadań. I tylko jeden temat: zbrodnia. W lipcu 1919 roku ogłoszono w Polsce dekret o powołaniu Policji i tym samym narodziła się polska kryminalistyka. Od ponad stu lat policjanci stanowią niekiedy jedyną pomoc w walce z niesprawiedliwością, ludzką podłością i złem. Jak wyglądała praca policji wtedy, sto lat temu? Z jakimi wyzwaniami funkcjonariusze policji mierzą się dziś? I jak może wyglądać tropienie przestępców za kolejnych sto lat? Zyski ze sprzedaży książki zostaną przeznaczone na Fundację Pomocy Wdowom i Sierotom Po Poległych Policjantach.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 369

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

 

 

 

Copyright © Ryszard Ćwirlej, Wojciech Chmielarz, Robert Małecki, Anna Bińkowska, Ewa Spławska, Marcel Woźniak, Grzegorz Skorupski, Margota Kott, Joanna Jędrusik, Sebastian Imielski, Katarzyna Skręt, Magdalena Lewandowska-Rosa, Stefan Weisbrodt, Joanna Kłosińska, Łukasz Szuster, Rafał Pawlak, Maciej Koncman, Rafał Lewandowski, 2020

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2020

 

 

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Mirosław Ruszkiewicz

Korekta: Gabriela Niemiec, Mirosław Krzyszkowski

Projekt typograficzny, skład i łamanie: MELES-DESIGN

Projekt okładki i stron tytułowych: Mariusz Banachowicz

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66517-61-5

 

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

 

Przedmowa

 

 

Proces odzyskiwania przez Polskę niepodległości oraz odbudowy polskiej państwowości był skomplikowany i długotrwały. Wieloletni wysiłek tysięcy Polek i Polaków sprawił, że na mapach świata znów pojawiła się Rzeczpospolita, a w szkołach i na ulicach rozbrzmiewał język polski. O wydarzeniach tamtych lat przypominają nam symboliczne daty, takie jak 11 listopada, kiedy świętujemy rocznicę odzyskania przez nasz kraj niepodległości.

Podejmowany przez Polaków trud odbudowy kraju wiązał się między innymi z koniecznością ustanowienia urzędów administracji publicznej i instytucji niezbędnych do sprawnego funkcjonowania państwa, w tym także policji, stojącej na straży bezpieczeństwa obywateli. W ciągu niespełna roku, bo już 24 lipca 1919 roku, utworzona została polska Policja Państwowa.

Sto lat później Biuro Programu „Niepodległa”, będące instytucją kultury powołaną rozporządzeniem Rady Ministrów do organizacji obchodów stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości oraz odbudowy naszej państwowości, zorganizowało we współpracy z polską policją konkurs na opowiadanie kryminalne lub sensacyjne „Stulecie polskiego kryminału”. Tytuł konkursu nawiązywał do trwającej już wiek działalności policji w Polsce. Pragnęliśmy zainspirować uczestników do twórczej pracy, zapraszając do stworzenia opowiadania w ramach jednej z trzech kategorii konkursowych. Pierwsza z nich dotyczyła opowiadań w stylu retro, wzorowanych na dawnych kryminałach, takich jak choćby Czerwony błazen (tekst autorstwa Aleksandra Błażejowskiego opublikowany w 1925 roku i uznawany za pierwszy polski kryminał), oraz tekstów nowoczesnych w formie, lecz nawiązujących do przeszłości swoją treścią. W ramach drugiej kategorii opowiadania konkursowe były osadzone w teraźniejszości i bazowały na trendach panujących obecnie w literaturze kryminalnej. Kategoria trzecia natomiast obejmowała teksty opowiadające o przyszłości, ukazujące wizję pracy policji za pięćdziesiąt, sto czy dwieście lat.

Do konkursu spłynęło blisko czterysta prac, a jury w składzie Robert Małecki, Ryszard Ćwirlej, Wojciech Chmielarz, podinsp. Leszek Koźmiński ze Szkoły Policji w Pile, Adrian Tomczyk z wydawnictwa Czwarta Strona, Izabela Pajdała z Komendy Głównej Policji oraz Anna Bińkowska z Biura Programu „Niepodległa” stanęło przed arcytrudnym zadaniem wyboru najlepszych opowiadań. W rezultacie dziś oddajemy w Państwa ręce najlepsze z najlepszych – dziewięć zwycięskich opowiadań wyłonionych w konkursie, a także prace wyróżnione oraz teksty stworzone przez literacką część jury.

Jestem przekonany, że antologia opowiadań w ciekawy, nieoczywisty sposób przybliży różne aspekty pracy policjantów przed niemal stu laty, skłoni do refleksji nad charakterem pracy policji współcześnie oraz będzie wciągającą wizją pracy śledczych w przyszłości, zmieniającej się wraz z rozwojem nowych technologii.

Zbiór, który przygotowaliśmy wraz z wydawnictwem Czwarta Strona, jest szczególny jeszcze z jednego powodu. Pamiętając o tym, że praca w policji to służba całemu społeczeństwu, wymagająca od funkcjonariuszy zaangażowania, a nierzadko także poświęcenia, często odbywającego się kosztem ich rodzin, postanowiliśmy zysk ze sprzedaży publikacji przeznaczyć na rzecz Fundacji Pomocy Wdowom i Sierotom po Poległych Policjantach.

 

Zapraszam do lektury!

 

Jan Edmund Kowalski

Dyrektor Biura Programu „Niepodległa”

 

 

***

 

Partnerami konkursu były: Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji, wydawnictwo Czwarta Strona, Szkoła Policji w Pile kształcąca policjantów służby kryminalnej, szkoła pisania Maszyna do Pisania, Poznański Festiwal Kryminału GRANDA oraz portal Kryminalna Piła. Partnerem medialnym konkursu był Portal Kryminalny, istniejący od 2007 roku i będący jedną z najpopularniejszych stron internetowych dotyczących tematyki literatury kryminalnej i sensacyjnej w Polsce. Portal jest współorganizatorem Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Z kolei Czytam, bo lubię sprawowało nad konkursem patronat medialny.

 

Ryszard Ćwirlej

 

 

 

 

 

Świnia, czerwona chusteczka i daktyloskopia

 

 

14 kwietnia 1922 roku

Wysoka, powiat wyrzyski

Godzina 7.20 rano

 

Co to jest daktyloskopia? Daktyloskopia jest to najnowszy środek identyfikacyj, który służy jako najpewniejszy środek do stwierdzeń tożsamości i wykrycia przestępstwa. Daktyloskopowanie jest nieomylnym dowodem do stwierdzenia tożsamości, ponieważ wzory utworzone na palcach, które nazywamy liniami papilarnemi, są stałemi, t.j. że w życiu ludzkim nigdy się nie zmieniają od dnia urodzin dziecka do śmierci człowieka, aż do zupełnego rozpadu ciała, te same liczby i ten sam kształt zawsze równy jest.

 

Starszy posterunkowy Ludwik Bielawski z komisariatu Policji Państwowej w Wysokiej, miejscowości położonej niedaleko granicy polsko-niemieckiej, przerwał przepisywanie instrukcji dotyczącej daktyloskopii do swojego służbowego brudnopisu i z ciekawością spojrzał na uwalane atramentem opuszki palców. Na ten widok uśmiechnął się pod wąsem.

– Niby człowiek zna swoją rękę od dzieciaka, a tu proszę, skąd by mógł wiedzieć, że ma jakieś linie papilarne? – Popatrzył uważniej i rzeczywiście dostrzegł płynne, koliście rozchodzące się po palcu linie. – I niby moje są tylko moje, a tego tam Frąckowiaka to jakoby inne?

Bielawski był dociekliwym policjantem, więc postanowił natychmiast to sprawdzić.

– Ej, ty! – zawołał na szeregowca, który siedział za biurkiem i obserwował uliczny ruch. Starszy posterunkowy kazał mu patrzeć na wszelki wypadek, bo nigdy nie wiadomo, czy aby coś się nie stanie na ulicy, a wolał go samego na patrol nie wypuszczać, bo młody i głupi, więc nie ma pewności, czy jakichś szkód nie narobi. Ale na ulicy niewiele się działo. Przejechała chłopska furmanka wypełniona zeszłorocznym sianem, a dwaj mężczyźni wyszli z piwiarni „Pod Kogutem” z kuflami w dłoni, żeby zapalić sobie na zewnątrz papierosa. Dzień jak co dzień.

– Na rozkaz! – Młody szeregowiec natychmiast poderwał się na równe nogi.

– Chodź ino tutaj – przywołał go posterunkowy. Chłopak w sekundę stanął w przepisowej odległości od biurka swojego pryncypała.

– Pokaż łapę.

– Co?

– No rękę pokaż.

– A którą?

– Prawą.

– Aha.

Przez chwilę zastanawiał się, czy aby na pewno prawa to prawa, ale gdy już się upewnił, otarł dłoń o portki i wyciągnął ją przed siebie.

– Bliżej – zalecił Bielawski.

Policjant podsunął rękę niemal pod nos podoficera. Niezbyt czystą, co natychmiast zostało zauważone.

– A ty czemu se ręki nie umyjesz?

Zapytany wzruszył ramionami.

– Melduję, że myłem wczoraj.

– A ty nie wiesz, czym różni się urzędnik państwowy od chłopa?

Znów wzruszył ramionami.

– Ma mundur… – bąknął nieśmiało.

Bielawski pokiwał głową, spojrzawszy na młodzieńca. Ten ubrany był przepisowo w nowy policyjny uniform, który nie zdążył się jeszcze przetrzeć na kolanach i łokciach. Co innego on, dowódca, który na służbie w policji był od dziewiętnastego roku. Najpierw chodził w wojskowym mundurze niemieckim, później w granatowym policyjnym, ale ten wysłużył się zupełnie, więc musiał napisać podanie do komendanta powiatowego w Wyrzysku, żeby pozwolili mu chodzić na służbę znów w tym starym poniemieckim, który okazał się solidniejszy. Liczył trochę na to, że dostanie asygnatę na nowy sort, ale komendant jego prośbę rozpatrzył pozytywnie i oto znów musiał ubrać szary mundur wojskowy, który pamiętał początek pierwszej wojny. Na szczęście teraz wyglądał znacznie lepiej niż wtedy, gdy miał na nim niemieckie dystynkcje, bo żona Marta ponaszywała mu nań numery służbowe i krokiewki starszego posterunkowego.

– Ma mundur i świeci przykładem, znaczy się, że jest czysty i ogolony, a zwykły chłop to może co najwyżej gołą dupą świecić. Rozumie się?

– Tak jest. Jestem ogolony.

– To jak już się golicie, to od razu myjcie ręce.

Spojrzał na pryszczatą twarz młodzika. Próżny trud z tym myciem po goleniu. Chłopak się jeszcze nie golił, a tylko udawał mężczyznę.

Chwycił tę jego prawą rękę i zaczął uważnie przyglądać się liniom na opuszkach palców. Potem porównał ze swoimi i wyszło, że rzeczywiście różnią się zasadniczo.

– Kto by, cholera, przypuszczał – powiedział zdumiony.

– Że co, panie posterunkowy?

– Daktyloskopia – wyjaśnił.

– Aha. To już mogę iść tam się patrzeć?

– Możecie iść. Ale jutro od rana będziecie w swoim kajecie przepisywać to o daktyloskopii, bo jak człowiek przepisuje, to mu się najlepiej utrwala w głowie – mówiąc to, postukał w okólnik, który sam przepisywał z mozołem. No a skoro on mógł, to dlaczego by nie dać szkoły temu gołowąsowi. Niech się gnojek uczy.

Umoczył stalówkę w atramencie i zaczął pisać dalej.

 

Aby zrobić odbicie palców, bierze policjant danej osobie rękę w swoją lewą rękę, mocno przytrzymuje wskazującym palcem swej prawej ręki czubek palca i kładzie palec na poczernioną kartkę na lewy bok i obróci palec na prawą stronę. To samo powtarza się ze wszystkimi palcami. Jako czernidło używamy czernidło drukarskie, zastąpić można tuszą używaną do pieczętowania, a już w najgorszym razie atramentem…

 

Posterunkowy spojrzał na poduszkę nasączoną atramentem do nawilżania służbowych stempli, a potem znowu na Frąckowiaka.

– Chodź no tu! – zawołał.

Chłopak poderwał się z miejsca niechętnie, bo dokładnie naprzeciwko, po drugiej stronie ulicy, przed sklepem drogeryjnym Rosińskiego, zatrzymał się automobil. Piękny, zielony i lśniący, przywiózł panią Popielową z pobliskiego majątku w Mościskach po sprawunki. Szofer właśnie otwierał drzwiczki i dziedziczka wysiadała z auta, a tu masz ci los, posterunkowy znów go potrzebował.

– Na rozkaz, panie posterunkowy. – Ponownie stanął w przepisowej odległości od biurka pryncypała. Ten zaś, chichrając się pod wąsem, jakby właśnie zrobił komuś przedniego psikusa, zatarł dłonie, by zaraz rozłożyć białą kartkę papieru podaniowego na wysłużonym blacie. Otworzył przy tym poduszkę do stempli i wskazawszy na nią, wyjaśnił:

– Najsampierw przyłóż tu palec wskazujący.

– Jak wskazujący?

– Ten, którym dłubiesz w nosie.

– Aha. – Frąckowiak natychmiast zrozumiał i wyciągnął palec. Bielawski chwycił go lewą ręką, tak jak kazali w instrukcji, i przyłożył do poduszki, przytrzymując jednocześnie swoim wskazującym palcem prawej ręki. Gdy palec szeregowca był już odpowiednio usmarowany, przycisnął go do kartki i wykonał odcisk, tak jakby to robił z posterunkową pieczęcią. Ale efekt nie był zadowalający. Linie były ledwo widoczne, bo palec był zbyt obficie pomoczony atramentem. Posterunkowy nie poddał się i spróbował jeszcze raz. Ten drugi odcisk okazał się niezwykle udany. Położył więc obok białej kartki bibułę i zabrał się do roboty z drugim palcem, lecz tym razem najpierw go do tej bibuły przyłożył, lekko go osuszając, i dopiero potem przycisnął do kartki. Po chwili miał już komplet odcisków palców swojego podwładnego.

– No proszę, jakie ładne te linie papilarne – ucieszył się, patrząc na efekt swoich zabiegów.

– Po co to, panie posterunkowy?

– To daktyloskopia – wytłumaczył chłopakowi, robiąc przy tym mądrą minę.

– Aha – potwierdził młodzieniec, ale na jego twarzy nie malował się nawet najmniejszy ślad zrozumienia. Podrapał się zatem po skroni i oczywiście pobrudził ją sobie tuszem.

– Idź no się obmyj, bo żeś się cały usmarował.

Frąckowiaka ucieszyło to polecenie. Dzięki temu mógł wyjść na ulicę, bo do najbliższej pompy trzeba było kawałek pójść, na pobliski rynek.

Podszedł więc do wieszaka stojącego przy wyjściu, zdjął z niego najpierw pas, który zapiął na chudym brzuchu, a potem nałożył na głowę czapkę.

– Ino mi migiem wracaj! – Posterunkowy na wszelki wypadek pogroził mu palcem, ale chłopak wiedział, że musi szybko się uwinąć. Tym bardziej że jeden z dwóch pozostałych policjantów był dziś na urlopie, a drugi poszedł do mleczarni, bo wczoraj otrzymali zgłoszenie, że mleko od jednego z rolników jest niepełnowartościowe. Wszystko wskazywało na to, że któryś gospodarz dolewa do niego wody i sypie mąkę. Dziś mieli poczekać na dostarczone mleko i sprawdzić wraz z pracownikiem mleczarni, jaka jest prawda i kto oszukuje.

Młody policjant właśnie otworzył drzwi posterunku i już chciał wyjść na zewnątrz, gdy w przejściu zderzył się z chłopem o sumiastych wąsach, który ubrany był jak do kościoła, w czarną marynarkę, białą koszulę bez kołnierzyka, kamizelkę, również czarną, i takież spodnie. Na nogi miał wciągnięte buty z cholewami. Wystroił się jak do urzędu, a to mogło oznaczać, że ma sprawę służbową.

W lewej ręce trzymał bat, a prawą zdjął z głowy hamburską czapkę z daszkiem.

– Jak Boga kocham, panowie, obrabowali mnie! – zawołał, wkraczając do środka. Frąckowiak na wszelki wypadek cofnął się do swojego biurka. Mycie mogło poczekać, bo wreszcie zaczynało się dziać coś ciekawego.

Posterunkowy poderwał się z krzesła.

– Kto was obrabował?

– Złodzieje! – wyjaśnił gospodarz, podchodząc do biurka Bielawskiego. Odwrócił ku sobie krzesło dla interesanta, usiadł na nim ciężko, czapkę położył na blacie, a bat oparł o ścianę. Gdy ręce miał już wolne, przyłożył je do twarzy, zakrywając policzki. Jego ramionami wstrząsnął spazm.

– No nie trzeba płakać, panie… – spróbował przerwać tę żenującą scenę posterunkowy. Już miał nawet pogłaskać szlochającego chłopa po łysym czubku głowy, ale na szczęście w porę się powstrzymał. Okazywanie czułości nie było bowiem obowiązkiem służbowym kierownika posterunku. Chrząknął więc znacząco, dając gościowi do zrozumienia, że powinien się uspokoić.

– No to powiadajcie, o co się tak w ogóle rozchodzi.

Siadł na swoim wysłużonym krześle i otworzył notes na pierwszej wolnej stronie.

– Się rozchodzi o to, że mnie ukradł złodziej świniaka. Dziś w nocy ukradł, bo wczoraj jeszcze był.

– A niby kto jest ten, co ukradł? – zapytał policjant, który jako bystry człowiek natychmiast zauważył pewną nieścisłość w zeznaniach. Najpierw mężczyzna mówił o złodziejach, a teraz o jednym. Coś tu się nie zgadzało.

– A bo ja wiem, panie oficerze. Ukradł, znaczy złodziej. O Jezusie Nazareński, co z moją świnką będzie. Na stracenie poszła!

– No to gadajcie po kolei, jak było, ino żebyście nic nie pokręcili, bo to wszystko idzie tu do protokołu.

– To, znaczy się, było tak właśnie, że…

Posterunkowy wziął do ręki ołówek i zaczął skrupulatnie wszystko notować.

 

 

Wysoka, dnia 14 kwietnia 1922 roku

 

DONIESIENIE

 

Niezawezwany stawia się w biurze Posterunku Pol. P. Wysoka Jakub Pawlak, gospodarz posiadający 40 mórg roli z inwentarzem, zamieszkały w Brzostowie powiat wyrzyski, urodzony 18 maja 1882 r. w Potulicach powiat wągrowiecki, syn rodziców Jana i Marty z domu Napiecek, religii rzymskokat., żonaty, 4 dzieci, służył w wojsku, armji niemieckiej od 1915 do 1918 r., rzekomo nie karany donosi:

W nocy z dnia 13 na 14 kwietnia r.b. skradziono mi z mego zamkniętego na kłódkę chlewa świnię wagi około 150 m funtów. Dziś rano zajrzałem do mego chlewa, znalazłem chlew próżny, a kłódkę, którą wieczorem dnia 13 kwietnia r.b. sam zamknąłem na klucz, rozbitą i leżącą na ziemi. Żadnego rumoru w nocy. Nie słyszałem i nikogo nie mam w podejrzeniu. Na podwórzu znalazłem czerwoną chustkę do nosa, a którą oddaję w biurze policyjnym.

Ślad prowadził przez pola ku drodze do Mościsk, jednak na drodze ślad zgubiłem.

Wnoszę prośbę o wykrycie mej świni i ukaranie złodzieja.

 

Jakub Pawlak podpisał się koślawymi literami, za to podpis posterunkowego Bielawskiego był kaligraficzny i dodatkowo ozdobiony pięknym podwójnym brzuszkiem w literze B.

– A ta chustka? – przypomniał sobie policjant.

Pawlak sięgnął do kieszeni marynarki i zaraz na biurku położył niezbyt świeżą chusteczkę do nosa. Policjant przysunął ją do siebie i za pomocą ołówka nieco wygładził. Miała wyraźne ślady używania w postaci zaschniętych smug, jednak nie było na niej żadnego wyszytego monogramu.

– Ma katar, pierdolony – zauważył starszy posterunkowy. – Ino szkoda, że się nie da linii pompilarnych z niej zdejmnąć.

– Że co? – zdziwił się okradziony chłop.

– Daktylokoskopia – odezwał się z tyłu młody policjant Staszek Frąckowiak.

Usłyszawszy to, Bielawski pokiwał z uznaniem głową. Jednak ten chłopak nie jest wcale taką niedojdą, jak by się wydawało, pomyślał i schował chusteczkę do kieszeni. Kto wie, mogła się przydać jako ten korpus czy jakoś tak, ale jak z tym korpusem było dalej, za nic nie mógł sobie przypomnieć, bo notatkę o dowodach rzeczowych przepisywał do kajetu dwa tygodnie temu.

 

 

Godzina 12.10 po południu

 

– Kłódkę rozwalił jakąś breszką – stwierdził posterunkowy, oglądając ją uważnie. Solidna czarna kłódka miała wyrwany półokrągły gruby pałąk z otworu, w którym powinna była tkwić.

– Dziwne, żeście nic nie słyszeli, Pawlak.

– Pod Bogiem, nic nie słyszałem.

– Przecie on musiał tu się trochę natrudzić przy tym majstrowaniu.

– Oj, natrudził się, natrudził – przyznał były właściciel świni.

– Opity leżał i ani się nie podniósł, jak mu powiadałam, że ktoś tam po obejściu łazi – odezwała się kobieta zza pleców policjanta.

Obejrzał się za siebie. Mogła mieć ze czterdzieści lat. Chuda i zasuszona, z chustką na głowie i poszarzałą chustą narzuconą na ramiona. Kościste ręce splotła na brzuchu. Policjant zwrócił uwagę na obrączkę na jej palcu. Była złota. To znaczy, że gospodarzom powodziło się całkiem dobrze. Na złoto mało kto mógł sobie pozwolić. On też miał taką, ale to dlatego, że trochę złota, które przypadkiem wpadło mu w ręce, przywiózł z wojny i przed ślubem dał wszystko do przetopienia złotnikowi, a ten dla niego i żony zrobił piękne obrączki. Wystarczyło jeszcze na pięć krzyżyków do noszenia na łańcuszkach dla dzieci. Kto wie, może ten Pawlak, który też był na wojnie, przywiózł złoto podobnie jak on? Wielu przywiozło. Przecież grzechem by było zostawić złoto na zmarnowanie, bo zabitym do niczego przydać się nie mogło.

– No to jasne, że jak kto opity, to usłyszeć nie może niczego. – Policjant pokiwał głową ze zrozumieniem. Wiedział, co mówi, bo przecież nieraz jak się opił, to spał jak zabity i nic nie mogło go zbudzić. No chyba że artyleryjski ostrzał. No ale na szczęście od dawna nikt w pobliżu z armat nie strzelał.

– On tak ciągle. Ino by chlał i chlał, moczymorda jedna…

– A idźże, cholero jedna, bo jak wyjdę z nerw, to nie wiem, co zrobię…

– Co zrobisz, no powiedz panu policjantowi, co zrobisz, ty pijaku zatracony.

– Widzi pan oficer, nie dość, że świnię ukradli, to jeszcze baba zołzowata się trafiła. Idź do chałupy, cholero, pókim dobry, bo jak nie, to…

– No co, no co mi zrobisz, ty opoju cholerny? Nic, ino gorzałę chleje i chleje.

– Macie coś do powiedzenia w sprawie ukradzionej świni? – zwrócił się do kobiety nieco już zniecierpliwiony policjant.

– A pewnie, że mam. Jego to wina, nie kogo innego, ino jego. – Wskazała palcem na swojego męża, który stał z zaciśniętymi pięściami i gdyby nie obecność starszego posterunkowego, to pewnie już dawno pokazałby swojej kobiecie, gdzie raki zimują.

– W takim razie możecie już iść do domu, a ja tu sobie wszystko przepatrzę.

– Ja ino chciała…

– Idźcie, kobieto, do chałupy. Na miejscu popełnienia przestępstwa nie wolno się kręcić nikomu oprócz policji, bo ślady można zadeptać – przypomniał sobie niedawno przepisywany z okólnika fragment dotyczący miejsca popełnienia przestępstwa.

– Słyszałażeś, co pan oficer powiedzieli? Ale już mi do chałupy!

Jeszcze spojrzała na policjanta, jakby szukała u niego zrozumienia, lecz ten odwrócił się do niej plecami. Poszła więc, mrucząc coś niezrozumiale pod nosem.

– Babę powinni wam ukraść, nie świnię – stwierdził Bielawski.

– Widać Pan Bóg się musiał pomylić. – Chłop pokiwał głową. – Ino że jej by się tak prosto wziąć nie dało, bo okrutnie pyskata.

– A świnie to niby ciche? Przecie kwiczą.

– Nie kwiczała.

– I nic a nic żeście nie słyszeli?

– Nic a nic.

– A pies nie szczekał? – Posterunkowy wskazał na kosmatego, czarno-białego kundla wygrzewającego się na słońcu koło skleconej byle jak budy, do której przyczepiony był krowim łańcuchem.

– A, ten to nie. On już ledwo co widzi. Stary jest.

– To po co wam stary pies?

– A co mam go precz pognać, jak on tyle lat dobrze służył? Ma dożywocie u mnie.

Posterunkowy wzruszył ramionami. Co go tam mogło obchodzić, że jakiś chłop chce za darmo trzymać psa. Głupi musiał być, bo przecież gdyby miał młodego psa, toby nikt mu świni nie ukradł. Chyba musiał to być ktoś z okolicy, kto wiedział, że pies nie narobi rabanu.

Policjant wszedł do chlewa, uważając, by nie uwalać butów. Jego oficerki lśniły wyglancowane jak szklanki, więc szkoda by było, żeby się upaskudziły. Na szczęście w przedsionku świńskich odchodów nie było. Były za to po lewej stronie w kojcu. Mógł dostrzec to dzięki małemu okienku, które wychodziło na pole za chlewem. Niewielkie szybki były brudne, ale i tak światło wpadało do środka.

Rozejrzał się wewnątrz, ale niczego interesującego nie dostrzegł.

– O tu była świnia, panie oficerze. – Pawlak wskazał na kojec, jakby policjant mógł mieć jakiekolwiek wątpliwości.

– No przecie widzę.

Naraz jego uwagę zwróciła jakaś ciemna plama na ściółce. Otworzył więc drzwi kojca, zrobił krok, uważając, by w co nie wdepnąć, i ostrożnie podniósł wiecheć zdeptanej słomy.

– A co tam widać?

– Jeszcze nie wiem, bo oględziny niezakończone – stwierdził i przecisnąwszy się między brzuchem gospodarza a deskami kojca, wyszedł na zewnątrz.

W jasnym, dziennym świetle od razu zrozumiał, z czym ma do czynienia.

– Jucha. – Gospodarz też się zorientował.

– Znaczy się obuchem w łeb dostała i ani nie zdążyła zawołać na pomoc – wyjaśnił starszy posterunkowy.

Cisnął słomę pod nogi i sięgnął po paczkę papierosów, żeby tytoniowym dymem zabić smród świńskich gówien. Zapaliwszy, rozejrzał się po podwórku.

Po prawej stronie, frontem do drogi, stał murowany dom z czerwonej cegły, jakich pełno na tutejszych wsiach, z dwuspadzistym dachem przykrytym czerwoną ceglaną dachówką. Naprzeciwko chlewa, który wraz z oborą stanowił jeden budynek o ścianach szachulcowych wypełnionych cegłami, postawiono drewniany kurnik. Jego drzwi były szeroko otwarte, a kury łaziły po całym obejściu, gdacząc głośno.

– Tam musiał uciekać. – Pawlak wskazał solidną, również drewnianą stodołę, o wielkich dwuskrzydłowych drzwiach, którymi zapewne można było przejechać na pole, otworzywszy drugą parę drzwi w tylnej ścianie.

– Przez stodołę? – zdziwił się policjant, bo przecież drzwi od stodoły gospodarz musiał zamykać na noc. Ten pokręcił natychmiast głową i wskazał niewielkie przejście między stodołą a kurnikiem.

– Tam jest taka furtka na haczyk.

– A, na haczyk, powiadacie.

– No właśnie. Musiał świnię na taczkę wsadzić i pojechać…

– A skąd niby wiecie, że na taczkę? – zainteresował się Bielawski.

– Ano stąd, panie oficerze, że ślady były na ziemi. Przedwczoraj padało, to i ziemia było rozmiękła. Tom poszedł za tym śladem aż do drogi, co idzie na Mościska. A jakem już tam doszedł, to śladów nie było, bo droga bita i nic nie dało się zobaczyć.

Policjant przez chwilę przypatrywał się furtce, jakby analizował skomplikowane dane, i naraz zastygł w bezruchu z papierosem podniesionym w górę, ale niewłożonym do ust.

– A co, panie oficerze? – zapytał zdziwiony gospodarz, bo rzadko zdarzało mu się widywać policjantów przy pracy. A Bielawski, gdy dopadła go jakaś odkrywcza myśl, zamierał w bezruchu, żeby tej myśli nie zgubić. Naraz, zostawiwszy zdumionego Pawlaka, pognał czym prędzej do sadu, który ciągnął się od chlewa do drogi. Podbiegł do płotu, poruszał jedną, drugą sztachetą i natrafiwszy w końcu na trzecią poluzowaną, szarpnął ją mocno. Wysłużone drewno poddało się sile policyjnych mięśni. Pawlak stał w bezpiecznej odległości i wolał nie podchodzić bliżej, bo wiedział dobrze, czym się może skończyć wyrywanie sztachet z płotów. Nieraz bowiem rwał, gdy był młodszy i gdy na zabawie tanecznej trzeba było wygarbować skórę jakimś chłopakom z innej wsi.

Policjant jednak nie miał zamiaru nikogo okładać sztachetą. Rzucił ją na trawę i przecisnął się przez wyrwę, która powstała w płocie.

Chwilę go nie było i Pawlak pomyślał nawet, że być może poszedł gdzieś sobie i już nie wróci. Ale nie miał racji. Posterunkowy po kilku minutach przelazł ponownie przez dziurę i uśmiechnięty od ucha do ucha podszedł do gospodarza.

– A wy tam chodzicie z drugiej strony chlewa, Pawlak?

– Ja? – zdziwił się chłop, przykładając palec do piersi. – Pod Bogiem, nigdy, panie oficerze. Po jaką cholerę bym tam miał łazić, jak za obórką jest już od razu pole Maciejewskiego. Mojego tyle co do oplotu. – Wskazał na dziurę, którą zrobił policjant.

– Panie posterunkowy, melduję, że są ślady! – zawołał zza furtki szeregowy Frąckowiak, który wraz ze swoim pryncypałem przyjechał do Brzostowa, bo jak stwierdził Bielawski: „Zawsze się mogą przydać dodatkowe oczy”. I jak widać, rzeczywiście się przydały. Gdy tylko weszli do zagrody, posterunkowy stracił z oczu swojego podwładnego, który zagubił się gdzieś w zakamarkach gospodarstwa. Pomyślał nawet, że młokos przysiadł gdzieś w jakimś kącie, czekając, aż szef skończy oględziny. Tymczasem on najwyraźniej ruszył jak pies gończy w poszukiwaniu tropu i, jak się okazało, sprawił się całkiem dobrze.

– Czyli że niby jakie ślady? – zawołał Bielawski.

Frąckowiak otworzył furtkę, przeszedł przez podwórko i stanął przed dowódcą.

– Kółka przez poorane pole, znaczy się taczkę musiał złodziej jeden pchać. I do drogi wiodą ślady. Widać też odciski trzewików, ale ich jest więcej, jakby dwóch rabusiów było.

Podoficer przywołał go, machając dłonią. Szeregowy posłusznie podszedł bliżej. Wtedy dowódca nachylił się nad nim i chciał coś powiedzieć, ale dojrzał, że gospodarz stoi blisko i ciekawie nadstawia ucha.

– A wodę we studni to macie? – zapytał byłego właściciela świni.

– A co bym miał nie mieć.

– To jak macie, to przynieście trochę, bo w gębie zaschło od tego gorąca.

Chłop zdziwił się, bo wcale gorąco nie było, no ale co miał zrobić, jak władza kazała. Potruchtał szybko do domu po kubek. Uwinął się raz-dwa, żeby nic nie stracić z tego, co działo się w obejściu.

Tymczasem posterunkowy nachylił się w stronę swojego podwładnego i przez chwilę coś mu klarował. Chłopak kiwał głową, a gdy Bielawski skończył, spojrzał w kierunku chlewika, jakby się chciał upewnić, że wszystko zrozumiał.

– O, jest woda, panie oficerze. Niech pije na zdrowie. – Podał kubek policjantowi, ten jednak ledwie umoczył usta i resztę wylał na ziemię.

– No to słuchajcie, Pawlak, idziemy po tych śladach zobaczyć, dokąd to zawieźli waszego wieprzka.

Oddał kubek gospodarzowi i ruszył szybkim krokiem przed siebie. Pawlak postał chwilę, nie wiedząc, co zrobić z kubkiem. W końcu spojrzał na młodego policjanta.

– A wy nie idziecie?

– Ja tu mam pilnować.

– Aha, no to idźcie se z wiadra wody nabrać. – Wcisnął mu w dłoń kubek i pognał za posterunkowym.

Dopadł policjanta na polu. Ten stał pochylony nad wyraźnym śladem kółka od taczki i śladami męskich butów.

– Szliście po śladach? – Posterunkowy wpatrywał się w wydeptany szlak.

– A jakże, po śladach jak za sarenką. Ziemia świeżo przeorana, to i widać było wyraźnie. I tam do drogi wiodą. – Chłop wskazał podwójny rząd drzew porastających bitą drogę, prowadzącą do pobliskich Mościsk.

Zaledwie pół godziny zajęło im dotarcie do sąsiedniej wsi. Policjant chciał od razu pójść do sołtysa, ale naraz wpadł na pewien pomysł, dostrzegłszy szkolny budynek z czerwonej cegły.

– Tu się najpierw sprawdzi – powiedział sam do siebie, lecz na tyle głośno, że Pawlak usłyszał.

– We szkole? – zdziwił się. Ale policjant nic nie odpowiedział. Otworzył furtkę w ogrodzeniu i przeszedłszy szybko dziedziniec, wkroczył do szkolnego budynku.

Nie musiał zbyt długo szukać. Drzwi do sali lekcyjnej były szeroko otwarte, a ze środka dobiegał chór dziecięcych głosów powtarzających za nauczycielem: „Ile kół ma wóz? W jaki sposób powstała sól kamienna? Mów zawsze prawdę. Gdzie znajduje się grób Adama Mickiewicza? Miód jest słodki. Róg wołu jest pusty. Obowiązkiem naszym jest kupować wyrób krajowy…”.

Stanął w drzwiach i odkaszlnął znacząco. Wszystkie oczy, jakieś piętnaście par młodych i jedna w średnim wieku, skryta za okularami w rogowych okularach, zwróciły się na niego.

– Dzień dobry. Można by panu nauczycielowi w służbowej kwestii zadać zapytanie niecierpiące zwłoki? – spytał niezwykle uprzejmym głosem, świadom, że słuchają go dzieci, które powinny wiedzieć, że policjant na służbie jest zawsze bardzo grzeczny.

– Tak jest! – odpowiedział nauczyciel tonem ostrym i władczym. – Dzieci, siedzieć cicho i nie gadać. Za chwilkę będzie się kontynuować.

Podszedł do drzwi i za policjantem podążył na korytarz. Tam dostrzegł Pawlaka z czapką w dłoni, ale obrzucił go tylko przelotnym spojrzeniem, takim, jakim się spogląda na siedzącą na płocie kurę.

– Mogę w czymś dopomóc? Majewski jestem.

– Bielawski, starszy posterunkowy z Wysokiej. – Podali sobie dłonie. Mocny uścisk, sprężyste ruchy, nic więcej nie trzeba było tłumaczyć. Weterani potrafili wyczuwać się nawzajem na odległość.

– To jest coś, co znaleziono na miejscu przestępstwa, znaczy się kradzieży rabunkowej świni. – Policjant wyciągnął z kieszeni czerwoną chusteczkę. – I pomyślałem, że jeśli kto może wiedzieć, do kogo ta chusteczka należy, to już na pewno dzieciaki, bo one wszystko widzą.

Nauczyciel wziął do ręki chustkę, przyjrzał się jej dokładnie, a potem powąchał.

– Czuć tytoń, znaczy męska – stwierdził z miną znawcy. – Ma pan całkowitą rację. Jeśli ktoś wie, to na pewno dzieci. One są niesłychanie spostrzegawcze. Jak się pan chce czegoś dowiedzieć, to wystarczy je zapytać. Powiedzą wszystko. Za mną! – Odwrócił się i poszedł do klasy. Zatrzymał się przy biurku, a policjant obok niego.

– To jest właśnie pan starszy posterunkowy z Wysokiej. Co robi policja?

– Policja pilnuje porządku i dba o bezpieczeństwo – odpowiedziała zgodnym chórem i bez zastanowienia cała klasa.

– Bardzo dobrze. A to jest chustka, którą ktoś zgubił, i pan policjant chce ją oddać właścicielowi. Kto z was wie, czy kto ma taką chustkę i teraz jej szuka?

Dwie ręce szybko podniosły się ku górze. Nauczyciel wskazał dziewczynkę z warkoczykami. Ta wstała zadowolona, że może pochwalić się swoją wiedzą.

– Kleszczyński ma taką chusteczkę, bo widziałam.

– Każdy widział – nie wytrzymał chłopak, którego nauczyciel nie wybrał.

– Skurwysyn pierdolony! – zawołał od drzwi okradziony Pawlak.

 

 

15 kwietnia

Godzina 8.20 rano

 

– To co, zeznanie podpiszecie? – zapytał starszy posterunkowy Bielawski zatrzymanego wczoraj mężczyznę.

– Mogę podpisać. – Aresztant skinął usłużnie głową i pociągnął nosem. Najwyraźniej miał katar.

Policjant podkręcił lekko wąsa. Był bardziej niż zadowolony. W ciągu kilku godzin udało mu się rozwiązać zagadkę tajemniczej kradzieży świni i do tego ująć przestępcę, a wszystko to dzięki własnej przenikliwości.

– To siadajcie se. – Wskazał na stojące przed biurkiem krzesło.

– Ja, za przeproszeniem, bym nie chciał. – Zatrzymany zrobił minę człowieka cierpiącego, więc policjant wzruszył tylko ramionami. Rozumiał, że na obitej dupie ciężko się siedzi. No ale ten tu obwieś, który dzisiejszą noc spędził zamknięty w piwnicy komisariatu, sam był sobie winien. Gdyby był bardziej pomocny, to nic by go nie bolało i dziś nie musiałby narzekać na obolały tyłek.

Bielawski otworzył swój brudnopis, w którym trzymał przygotowaną kartkę z przepisanym na czysto przyznaniem się do winy. Rozłożył pismo na biurku i już chciał zamknąć brulion, gdy jego spojrzenie padło na pięknie wykaligrafowaną notatkę dotyczącą zaleceń przeprowadzania rewizji.

 

Rewizję domową przeprowadza policjant w zasadzie tylko na rozkaz władzy prokuratorskiej, sądowej lub uprawnionej do tego władzy administracyjno-politycznej. Jednak gdy zwłoka grozi niebezpieczeństwem zatarcia śladów, powinien policjant przeprowadzić rewizję na własną odpowiedzialność. Postępuje w myśl §§ 102 do 108 ust. o post. kar.

Po każdej rewizji policjant powinien spisać protokół i donieść przełożonej władzy, przedstawiając jednocześnie znalezione przedmioty.

Policjant przeprowadzający rewizję winien wezwać dwie osoby zaufane. Jeżeli policjant ma dane pomieszczenie zamknięte, wtedy w obecności gospodarza domowego, sąsiada, sołtysa lub inną osobę zaufaną każe przez ślusarza drzwi otworzyć.

Rewizję domową należy przeprowadzać bez przyczynienia się do jakiej przykrości danym osobom i troskliwie zwracać uwagę na przyzwoitość.

 

Zaledwie przed tygodniem starszy posterunkowy Bielawski przepisał do swojego kajetu zalecenia dotyczące rewizji domowej, a tu proszę, już wiedza z wytycznych przesłanych na posterunek przez komendę powiatową przydała się na służbie. Był więc z siebie bardzo zadowolony, bo prawie wszystko, co było zapisane w instrukcji w kwestii rewizji, wykonał bez zarzutu. Wezwał na świadka sołtysa Mościsk Jana Markowicza, na drugiego zaufanego świadka powołał pokrzywdzonego Pawlaka i w ten oto sposób mógł w majestacie prawa przystąpić do otwarcia pewnej piwnicy. Jedno tylko zalecenie się nie udało. Niezbyt troskliwie obszedł się z wówczas jeszcze podejrzanym, Marcinem Kleszczyńskim, bo ten zatwardziałym musiał być przestępcą, skoro pokrętnie tłumaczył, że właśnie zgubił klucz od kłódki i do sklepu wejść się za nic nie da. Nie wiedział, że ze starszym posterunkowym żartów nie ma, a policjant ma nosa i od razu widzi, jak jakiś łotr kręci. Bielawski kazał więc, żeby obaj świadkowie ściągnęli mu portki, chwycili mocno za ręce i kark, tak by tyłek był wypięty. On zaś wziął do ręki zgrabną, ale solidną witkę, którą wyciął swoim scyzorykiem z pęku wikliny rosnącej przy płocie, i dalej tą witką przemawiać do rozsądku chłopu.

Po dwóch minutach zagubiony klucz nagle się odnalazł. Gdy drzwi otwarto, policjant – jako najważniejszy w tym towarzystwie – pierwszy wszedł do piwniczki po kilku schodkach. W zasadzie to nawet nie musiał wchodzić. Zapach świeżo zaszlachtowanego wieprzka był tak charakterystyczny, że trudno go było pomylić z czymkolwiek innym. Świnia leżała w korycie, zabita zapewne pchnięciem bagnetu pod lewą przednią nogą, wprost w serce. Śladów krwi nie było, więc to oznaczało, że zabito ją w innym miejscu i tam krew upuszczono, by wykorzystać na kaszanki i salcesony. Ale kwestia krwi nie zaprzątała głowy policjantowi. To była sprawa całkowicie drugorzędna. Najważniejsze było, że udało mu się pochwycić sprawcę i odzyskać świnię niemal nienaruszoną.

– Moja świnia! – zawołał uradowany Pawlak, który wcisnął się do piwnicy zaraz za policjantem.

– Nie zdążył jej jeszcze przerobić na kiełbasy, pierdolony! – zauważył trzeźwo sołtys Markowicz, który trochę posmutniał na ten widok. Wieprzek nieprzerobiony oznaczał, że nie będzie z czego pobrać choć części wyrobów jako zadośćuczynienia za pomoc w przesłuchaniu złodzieja. A taką miał ochotę na świeżą białą kiełbasę.

 

 

Wysoka, dnia 15 kwietnia 1922 r.

 

Doprowadzony do biura Posterunku Pol. Państw. Wysoka w charakterze obwinionego oświadcza:

Do osoby:

Marcin Kleszczyński, robotnik zamieszkały w Mościskach powiat wyrzyski, urodzony dnia 22 maja 1888 r. w Wroniawach powiat szamotulski, syn rodziców Andrzeja i Anny z domu Słaboszewska, religii rzymskokatolickiej, żonaty, 5 dzieci, służył w wojsku, 46 pułk piechoty w Poznaniu od 1908 do 1910 r., rzekomo nie karany, żadnego majątku nie posiada.

Do sprawy:

Przyznaję się, iż dnia 14 kwietnia 1922, godz. 2.00 wszedłem na podwórze gospodarza Pawlaka z Brzostowa, gdzie najpierw po dokładnem obejrzeniu się na podwórzu, żadnej przeszkody nie przeczuwając, rozbiłem kłódkę i wszedłem do chlewa, a świnię uderzyłem mocno w łeb młotkiem, przez co ogłuszoną mogłem bez hałasu wrzucić na wózik, potem przez pola brzostowskie aż do drogi prowadzącej do Mościsk powiozłem i dalej zawiozłem na moje podwórze, gdzie takową zabiłem i ukryłem w sklepie, ale już 14 kwietnia przez posterunkowego Bielawskiego P.P. Wysoka wykrytą została.

Pokazana przez post. B. czerwona chustka od nosa jest moją własnością, którą musiałem zgubić na podwórzu Pawlaka.

Jako uniewinnienie podaję, iż mam do utrzymania 5 dzieci, od 5 do 13 lat stare, a obecnie nie mam pracy. Tak nic więcej nie mam do nadmienienia.

 

– No to podpisujcie tu, gdzie ptaszek. – Policjant wskazał miejsce u dołu zeznania. Zatrzymany podszedł bliżej, trzymając w garści portki, żeby mu nie opadły. Zgodnie z regulaminem szelki wczoraj jeszcze zostały mu odebrane, bo jak głosiła instrukcja w sprawie zatrzymania przestępcy: „istniało zawsze prawdopodobieństwo, że zdesperowany aresztant może się na szelkach czy na pasku obwiesić”.

Mężczyzna wziął do ręki pióro i umoczył stalówkę w kałamarzu wypełnionym atramentem. Bielawski spojrzał na jego palce. Wszystkie były brudne od pieczęciowego atramentu.

– Możecie najpierw przeczytać, zanim co podpiszecie?

– Mogę? – Zatrzymany najwyraźniej się zdziwił. – A po cholerę, jak i tak świnia przepadła? – stwierdził i złożył kulfoniasty podpis.

– I o to się właśnie rozchodzi. – Zadowolony starszy posterunkowy spojrzał na swojego podwładnego, który wpatrywał się w ulicę za oknem.

– Frąckowiak, odprowadźcie aresztanta do aresztu.

– Tak jest. – Młody policjant zerwał się z krzesła. – Gdzie, panie posterunkowy? Przecie u nas nie ma aresztu.

– No do piwnicy – wyjaśnił jak małemu dziecku. Gówniarz musi się jeszcze sporo nauczyć, pomyślał stary policjant.

Gdy został w pokoju sam, otworzył szufladę i wydobył dużą białą kartkę. Na niej niezwykle starannie wyrysowana była tabelka zawierająca w dwóch rzędach pięć kratek, wielkości trzy na trzy centymetry. Każdej przyporządkowana została cyfra od jeden do pięciu oraz litera. Te górne miały literkę P, a dolne L.

Serce starszego posterunkowego zabiło mocniej na ten widok. Zadowolony uśmiechnął się pod wąsem. W każdej kratce widniał dokładny ślad atramentowych odcisków palców. Ta tabelka była jego własnym pomysłem. Starszy posterunkowy Bielawski postanowił bowiem wykorzystać w praktyce wiedzę o daktyloskopii. Wymyślił i wyrysował za pomocą ołówka i linijki tabelkę do odcisków, pobrał je od zatrzymanego, a później spróbował porównać z tymi znalezionymi na miejscu przestępstwa. Nie miał co prawda pojęcia, jak się zbiera odciski palców w chlewie, ale dostrzegłszy zabrudzoną szybkę w okienku, wpadł na pomysł. Zanim poszli z gospodarzem do Mościsk, kazał swojemu podwładnemu wydłubać kit z ramki okiennej i ostrożnie wyjąć szybkę z dolnej prawej strony, gdzie – jak mu się wydawało – ktoś próbował ją oczyścić z zewnątrz, żeby zajrzeć do środka.

I rzeczywiście na szybce widać było wyraźne odciski palców. Porównał je zatem z tymi zdjętymi z palców złodzieja, przypatrując się jednym i drugim przez szkło powiększające. Odcisk kciuka był bardzo podobny. Ale głowy by nie dał, więc nie wpisał swoich daktyloskopijnych ustaleń do doniesienia do Prokuratorii, żeby go tam nie wyśmiali. Kartkę z odciskami opisał jednak imieniem i nazwiskiem zatrzymanego i włożył ją do zupełnie nowej, białej teczki. Na karcie tytułowej napisał równym, kaligraficznym pismem: „Daktyloskopia” – odciski linii papilarnych przestępców.

Nawet nie wiedział, po co mu ta teczka i te odciski, ale jednego był pewien: nadmiar wiedzy jeszcze nikomu nie zaszkodził.

 

 

***

 

Wszystkie fragmenty pism urzędowych pochodzą z autentycznych zapisków posterunkowego Ludwika Bielawskiego, który w latach dwudziestych pełnił służbę na posterunku Policji Państwowej w miejscowości Wysoka, powiat Wyrzysk. Brulion brudnopisu, który policjant wykorzystywał do tworzenia projektów swoich służbowych zapisków i prywatnych korespondencji, zawiera także autentyczne dyktanda, pisane ręką Bielawskiego i oceniane (zazwyczaj dość wysoko) przez nauczyciela. Oznacza to zapewne, że ambitny policjant dokształcał się po pracy. Zeszyt ten trafił kilkanaście lat temu w moje ręce. Przekazałem go do Muzeum Okręgowego w Pile, mając nadzieję, że tak ciekawy dokument stanie się ważnym przyczynkiem do badań prowadzonych nad historią Policji Państwowej w latach dwudziestych XX wieku na pograniczu polsko-niemieckim. Dopóki jednak jeszcze się nie stał, pozwoliłem sobie w sposób twórczy skorzystać z notatek policjanta Bielawskiego i opowiedzieć prawdziwą historię pewnej świni, czerwonej chusteczki i daktyloskopii, nieco tylko dodając od siebie na zasadach licentia poetica.

 

Wojciech Chmielarz

 

 

 

 

 

Policja

 

 

 

1

 

„PIERDOLCIE SIĘ, EKOŚWIRY!!!”

Brian wpatrywał się w wielki czarny napis na białej kartce. Poszczególne litery napisano ekspresyjnie, jakby w pośpiechu i wielkich emocjach. Kartkę włożono za wycieraczkę forda mustanga GT, tak żeby była pierwszą rzeczą, którą zauważy człowiek zbliżający się do pojazdu. Dopiero później można było dostrzec siedzącego na miejscu kierowcy martwego właściciela samochodu.

– Niezły list pożegnalny – rzucił podinspektor Klich, stając obok Briana.

– To jego pismo? – zapytał komisarz.

– To wykażą ekspertyzy, ale kto inny miałby to napisać?

Brian wzruszył ramionami. Ruszył przed siebie. Stanął obok wozu. Drzwi od strony kierowcy były otwarte. Pracujący przy nich technik odsunął się, robiąc miejsce Brianowi. Policjant kucnął i zerknął na siedzące w środku ciało. Mężczyzna liczył sobie ponad siedemdziesiąt lat. Miał białe włosy, krótko ostrzyżoną brodę, pociągłą twarz i szpecący ją duży, kartoflowaty nos, dowód na to, że jego właściciel miał spory kłopot z alkoholem. A także pokaźną nadwagę. Oczy były przymknięte, usta półotwarte. W pierwszej chwili można było pomyśleć, że po prostu śpi.

– Kiedy puścimy komunikat, sporo ludzi w Warszawie otworzy szampana – rzucił Klich.

– Jacy ludzie?

– Głównie ekolodzy.

– Którzy?

– Wszyscy. Od komunistów do faszystów. Wszyscy go nienawidzili.

Facet w samochodzie przed nim nazywał się Rafał Maks Warzocha i tak jakby był gwiazdą. Gwiazdą dla pewnego określonego, niewielkiego wycinka społeczeństwa, ale jednak gwiazdą. Czołowym polskim i europejskim denialistą klimatycznym. Człowiekiem, który pomimo wszystkiego, co się działo za oknem jego willi, pomimo setek raportów naukowców, pomimo rozlicznych dowodów raz za razem powtarzał na filmach zamieszczonych w sieci, że katastrofa klimatyczna to globalny spisek Żydów, światowej finansjery, ekologów, faszystów, komunistów i jeszcze kilku innych grup, które wymieniał w zależności od potrzeb i fantazji, zawiązany po to, by otumanić i zniewolić społeczeństwo i wprowadzić Nowy Światowy Ład.

– Myślisz, że wierzył w to wszystko, co opowiadał? – zapytał Brian.

– Ważne, że hajs się zgadzał.

– Zarabiał na tym?

– Nawet nie wyobrażasz sobie, jakie sumy – mruknął Klich, a potem gestem głowy wskazał na leżące w kącie garażu kartony.

Brian podszedł do nich i zajrzał do środka. Pełno w nich było koszulek z politycznymi, antyekologicznymi hasłami, kubków, zdjęć z autografem i innych gadżetów.

– Do tego zbiórki pieniężne na coraz to nowsze akcje, prelekcje, wykłady, spotkania z fanami. Do tego psychopaty pieniądze płynęły szerokim strumieniem. A niby jak go było stać na taką hacjendę? – zakończył pytaniem Klich.

– Podatek węglowy musiał być zabójczy – mruknął Brian.

– Żadnego nie płacił.

– Jak to możliwe?

– Wykupił sobie rezydenturę węglową. Drogi kolego, nie wiem, czy wiesz, ale właśnie znajdujesz się w Ugandzie, bo ten dom oficjalnie jest częścią rezydencji ambasady Ugandy w Rzeczpospolitej.

– Nie gwałcimy w takim razie teraz jakiegoś protokołu dyplomatycznego?

– Na pewno – przyznał Klich. – Ale to Uganda. Ugandę wszyscy mają w dupie.

To była prawda. Afryka ucierpiała wyjątkowo mocno w wyniku katastrofy klimatycznej. Uganda umierała, podobnie jak cały kontynent. Kraj desperacko ratował swój budżet, sprzedając „rezydentury węglowe”, które były problemem podobnym do dawnych rajów podatkowych. Jednak rezydentury ratowały od opłat za emisję CO2.

Brian odłożył trzymany w dłoniach kubek i wrócił do samochodu. Raz jeszcze zajrzał do środka. Tylko że teraz oglądał bardziej samochód niż ciało. Mustang GT. Prawdziwy potwór z silnikiem tak potężnym, że kiedy dodawało się gazu, brzmiało to jak ryk lwa. Oczywiście z powodu regulacji z lat trzydziestych nie można było nim jeździć. Dozwolone były tylko samochody niskoemisyjne i elektryczne. Brian dałby sobie uciąć rękę, żeby choć raz się nim przejechać. Był fanem motoryzacji. W domu na komputerze miał potężne archiwum starych gazet motoryzacyjnych, filmów, wszystkie edycje Top Gear, a wolne chwile spędzał w wirtualnym świecie, pokonując kolejne zakręty autostrady coraz nowszymi furami. Tylko że ta przed nim była prawdziwa. Mógł jej dotknąć i nie musiał zakładać gogli, żeby ją zobaczyć.

– To jak będzie? – zapytał Klich.

– Kto go znalazł?

– Gosposia, która przyszła posprzątać dom. Chcesz ją przesłuchać?

Pokręcił przecząco głową.

– Toksykologia? – zapytał technika z tabletem.

– Wstępne wyniki takie, jak się można było spodziewać. Śmierć z powodu zatrucia spalinami. Do tego trochę tabletek uspokajających, które musiał łyknąć przed próbą samobójczą. Znaleźliśmy opakowanie w jego sypialni. Nic podejrzanego.

– Nawet samobójstwo musiał popełnić, emitując maksymalną ilość CO2 – zauważył Klich. – Wielki środkowy palec wyciągnięty w stronę polityki ekologicznej.

– Ano… – Brian podrapał się po tyle głowy. – Cokolwiek podejrzanego? – zapytał.

– Ja nic nie znalazłem – powiedział technik.

Brian zmarszczył czoło. Wziął głęboki oddech, czując na sobie badawcze spojrzenie przełożonego. Policja zmieniła się przez ostatnie lata. Kryzys klimatyczny wywołał kryzys imigracyjny. Kryzys imigracyjny spowodował wzrost przestępczości. W Polsce pojawiły się gangi etniczne, terroryzm islamski, ekologiczny i nacjonalistyczny, zorganizowane grupy przestępcze posiadające dostęp do najnowszej wojskowej technologii. Policja, pomimo zwiększonego finansowania i naborów, nie dawała sobie z tym rady. W tej chwili pewnie połowę swoich wysiłków koncentrowali na tym, żeby społeczeństwo się o tym nie dowiedziało. Mieli coraz więcej obowiązków, ale też coraz więcej uprawnień. Na przykład samodzielnie decydowali, czy dana sprawa jest zabójstwem, czy samobójstwem. Oczywiście dawało to pole do nadużyć. Ale w większości przypadków wszyscy mieli to w dupie.

– No dobra – zdecydował. – Samobójstwo. Zwijamy ekipę. Zabezpieczamy teren. Jutro podpiszę wszystkie dokumenty.

– Słyszeliście prowadzącego! – krzyknął Klich. – Ruchy, panowie, ruchy!

Brian z podinspektorem wyszli na zewnątrz, zostawiając reszcie ekipy zabranie ciała i sprzątanie. Zmierzchało się, ale ciągle było cholernie gorąco. Powietrze stało. Ledwo dało się oddychać. Trawnik przed domem był pożółkły i rachityczny.

– Jak się czujesz? – zapytał Klich.

– Chyba nieźle.

– Specjalnie wybraliśmy ci prostą sprawę z okazji powrotu.

– Dzięki.

Klich klepnął Briana po plecach i ruszył w stronę swojego wozu. Po kilku krokach zatrzymał się i zawrócił. Rzucił Brianowi niewielkiego czarnego pilota.

– To klucze do domu – wyjaśnił. – Dolny przycisk dezaktywuje systemy bezpieczeństwa.

– Miał tutaj systemy bezpieczeństwa?

– Oczywiście. To był paranoik. Zamontował tu mnóstwo sprzętu. W większości nielegalnego. Autonomiczne systemy obronne. Drony z zabójczą bronią. – Klich, widząc minę Briana, roześmiał się krótko. – Nie martw się! Dezaktywowaliśmy wszystko, ale na twoim miejscu i tak bym uważał. Nie zdziwiłbym się, gdyby ten cholerny świr ukrył miny na trawniku!

 

 

2

 

Przerażona twarz dziesięcioletniego chłopca. Biegnie w stronę Briana. Krzyczy. Otwarte usta, błyszczące w mroku białka jego oczu. Szuka pomocy. Brian ma czas. Podnosi pistolet. Celuje. Naciska spust. Głowa chłopaka wybucha, rozlatuje się na tysiące kawałków, jak arbuz uderzony młotkiem.

Brian otworzył oczy. Oddychał głęboko przez kilka sekund, a potem zrzucił z siebie posłanie i siadł na łóżku. Był cały spocony. Noc już nie przynosiła wytchnienia. Była równie upalna jak dzień, a jego nie stać było na klimatyzację za policyjną pensję. Opłaty węglowe były zbyt duże i co roku szły w górę. Właściwie nie wiadomo było po co. Wszyscy już wiedzieli, że ta walka była przegrana. Najpierw zdechnie Afryka, potem Europa. Równie dobrze mogli umrzeć w klimatyzowanym pomieszczeniu.

Przeszedł do kuchni. Odkręcił kurek, ale z kranu poleciało tylko kilka kropli. Zaklął. Kolejne przerwy w dostawie wody. Warszawa i tak była w niezłej sytuacji, lecz latem Wisła wysychała. Wodę włączano tylko na dwie godziny rano i dwie wieczorem.

Na szczęście w lodówce znalazł butelkę z zapasem, który sobie zrobił. Wypił łapczywie kilka łyków.

To nie było tak jak w jego śnie. Sytuacja była zupełnie inna. Policyjna akcja. Gang przemytników ludzi. Wyjątkowo parszywe towarzystwo. Grupa nacjonalistów spod znaku Wielkiej Polski i jeden z islamskich gangów. W każdych innych warunkach rzucali się sobie do gardeł, ale kiedy przychodziło do zarabiania pieniędzy, pracowali ręka w rękę.

Wybuchła strzelanina. Zginęło dwóch policjantów. Brian wszedł do jednego z pomieszczeń. Krzyknął, że jest z policji, że wszyscy mają kłaść się na ziemię. Chłopak albo go nie usłyszał, albo – co bardziej prawdopodobne – nie zrozumiał. Pewnie był równie przerażony jak policjant. Kiedy Brian otworzył drzwi, ten pobiegł prosto na niego. W pomieszczeniu było ciemno. Brian instynktownie nacisnął spust.

Chłopak miał dziesięć lat i pochodził z Konga. Podróżował z matką i młodszą siostrą. Siostra zginęła w czasie transportu, chłopak już w Polsce. Matka noc później popełniła samobójstwo w obozie przejściowym. Nie miała już dla kogo żyć.

Nikt nie obwiniał Briana, przecież postępował dokładnie według policyjnych procedur. Żeby zminimalizować ilość policyjnej pracy, jego przełożeni uznali wydarzenie za samobójstwo – chłopak miał świadomie biec na funkcjonariusza w celu skłonienia go do oddania śmiertelnego strzału. Mimo to Brian się załamał.

Psycholog, do którego chodził, twierdził, że to nie tyle z powodu chłopaka, ile całokształtu jego pracy. Brian był samotny. Codziennie przeżywał ogromny stres. Brał na siebie niewiarygodnie dużo pracy i oglądał straszne rzeczy. Po prostu w pewnym momencie pękł. I tyle.

Dostał trzy miesiące urlopu na odpoczynek, który spędził, siedząc w domu i oglądając telewizję. Lubił stare seriale z czasów, kiedy świat jeszcze nie płonął. W kółko oglądał dziesięć sezonów Przyjaciół. Samobójstwo Warzochy było jego pierwszą sprawą po powrocie do pracy.

Wrócił do sypialni. Włączył telewizor. Wyłączył telewizor. Zamknął oczy, potem je otworzył. Zdawał sobie sprawę, że tej nocy już nie zaśnie. A nie chciał brać przepisanych przez psychologa leków. Następnego dnia po ich zażyciu był cały otępiały. Ledwo potrafił myśleć i zmusić się do najprostszych czynności.

Odetchnął. Wstał z łóżka. A potem pomyślał, że mógłby pojechać do domu Warzochy. Nie dlatego, że cokolwiek w tej sprawie go męczyło. Nie. Nie mógł co prawda pojeździć tym bajeranckim mustangiem, ale przynajmniej mógł przez chwilę posiedzieć za kierownicą.

 

 

3

 

Facet był naprawdę świrnięty, a jego dom był jednym wielkim zaprzeczeniem rzeczywistości. Ogromny. Pod każdym oknem klimatyzatory, potężne maszyny, które bardziej pasowałyby do chłodni. Na ścianach wisiały skóry zwierząt i zdjęcia z polowań. Gigantyczny telewizor o przekątnej jak kinowy ekran. Wszędzie lampy, które automatycznie się włączały, kiedy tylko przechodziło się przez próg pokoju. Brian pomyślał, że willa miała pobór prądu jak niewielki blok, a jej ślad węglowy był tak wielki, że gdyby nie rezydentura z Ugandy, Warzocha nigdy nie byłby w stanie opłacić podatków, nieważne, ile kubków i koszulek ze swoją podobizną by sprzedał. Na koniec z ciekawości zajrzał do lodówki. Mięso, i do tego w większości wołowina, dosłownie wysypywało się z zamrażalnika. Na oko co najmniej połowa z niego pochodziła z czarnego rynku.

Policjant przeszedł do garażu. Ciało zniknęło. Pozostał samochód i policyjne taśmy. Otworzył wóz i wsiadł do środka. Położył dłonie na skórzanej kierownicy. Była gładka i przyjemna w dotyku. Mustang GT, pomyślał, przypominając sobie dane z artykułu na temat wozu, pięciolitrowy silnik V8, czterysta dwadzieścia jeden koni mechanicznych, niecałe pięć sekund do setki. Jedna z ostatnich takich bestii, zanim drogami zawładnęły samochody elektryczne, a używania aut spalinowych zakazano. Nie tak kultowy jak jego wielki poprzednik z lat sześćdziesiątych, ale i tak piękny.

Brian poprawił się na fotelu. Czuł, że coś go zaczyna kłuć w prawy pośladek. Chciał zamknąć drzwi od samochodu, lecz gdy nachylił się w ich stronę, zauważył, że ktoś wyrwał klamkę od strony kierowcy. Zamarł. Zmarszczył brwi. Opadł z powrotem na fotel. Jego serce zaczęło mocniej bić, kiedy w głowie pojawiły się kolejne scenariusze.

Rozejrzał się dookoła. Schylił się pod kierownicę i wtedy dostrzegł wyrwaną klamkę na podłodze, niedaleko pedału hamulca. Podniósł ją. Obejrzał dokładnie, trzymając w dwóch palcach. Srebrny kawałek metalu. Dosłownie wyrwany z zawiasów. Potrzeba było do tego dużej siły.

Albo wielkiej desperacji.

Brian odłożył ją na siedzenie obok. Wyrwana klamka nie musiała jeszcze nic oznaczać. Mogło być tysiąc powodów uszkodzenia samochodu. Ale do głowy policjanta uparcie powracał tylko jeden. Warzocha siedzi w aucie. Do kabiny dostają się spaliny z włączonego silnika. W pewnym momencie się budzi. Zmienia zdanie. Zaczyna szarpać się z klamką. Próbuje otworzyć samochód, ale nie może. Wyrywa klamkę. Umiera.

Brian ostrożnie dotknął miejsca w drzwiach, w którym powinna się znajdować klamka.