Studium w szkarłacie - Arthur Conan Doyle - ebook + audiobook
Opis

Doktor Watson, weteran wojenny, wraca z Afganistanu do Londynu, gdzie poznaje osobliwego detektywa Sherlocka Holmesa. Okazuje się, że obaj mężczyźni potrzebują mieszkania. Postanawiają zamieszkać wspólnie na Baker Street. Wkrótce Holmes otrzymuje prośbę o rozwikłanie sprawy tajemniczego morderstwa. Nieocenioną pomoc detektyw otrzyma od nowego współlokatora. Sięgnij po "Studium w szkarłacie" i dowiedz się, jak wyglądały początki przyjaźni jednego z najsłynniejszych duetów w historii literatury.

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 30 min

Lektor: Janusz Zadura


Arthur Conan Doyle

Studium w szkarłacie

Saga

Studium w szkarłaciePrzełożyłaEwa Łozińska-MałkiewiczTytuł oryginału A Study in ScarletProjekt okładki: brethdesign.dkIlustracja na okładce: ShutterstockCopyright © 1887, 2019 Arthur Conan Doyle i SAGA EgmontWszystkie prawa zastrzeżoneISBN: 9788726195705

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

CZĘŚĆ PIERWSZA

PRZEDRUK Z PAMIĘTNIKA DOKTORA JOHNA WATSONA, Z ODDZIAŁU MEDYCZNEGO ARMII BRYTYJSKIEJ

1 Pan Sherlock Holmes

W roku 1878 uzyskałem dyplom lekarza medycyny Uniwersytetu Londyńskiego, a następnie udałem się do Netley, aby przejść kurs przewidziany dla chirurgów wojskowych. Po skończeniu tych studiów zostałem wcielony do Piątego Pułku Strzelców jako pomocnik chirurga. Regiment stacjonował w tym czasie w Indiach, lecz zanim zdołałem do niego dotrzeć, rozpoczęła się druga wojna afgańska. Po przyjeździe do Bombaju, dowiedziałem się, że moja armia przekroczyła już granice i znajdowała się głęboko w kraju wroga. Udałem się w ślad za nią, wraz z wieloma innymi oficerami, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji. Zdołałem dotrzeć w sposób bezpieczny do Kandahar, gdzie odnalazłem mój regiment i natychmiast przejąłem nowe obowiązki.

Kampania zakończyła się odznaczeniami i promocją wielu oficerów, ale dla mnie niestety oznaczała jedynie pasmo nieszczęść. Oddelegowano mnie z mojej brygady do strzelców z Berkshires, z którymi służyłem podczas fatalnej bitwy pod Maiwand. Tam kula z muszkietu afgańskiego raniła mnie w ramię i roztrzaskała kość oraz drasnęła arterię podobojczykową. Wpadłbym niechybnie w ręce bezlitosnych wrogów, gdyby nie poświęcenie i odwaga, jaką wykazał się Murray - mój ordynans, który wrzucił mnie na grzbiet konia i zdołał przewieźć bezpiecznie za linię wojska brytyjskiego.

Byłem wyniszczony bólem i słaby od długotrwałych wyrzeczeń. Przewieziono mnie długim pociągiem, wraz z innymi rannymi, do szpitala w Peshawar. Tutaj odzyskałem siły i stan mój uległ na tyle poprawie, że byłem w stanie spacerować między oddziałami szpitala, a nawet nieco odpoczywać na werandzie. W szpitalu zaraziłem się żółtą febrą, tym przekleństwem Indii imperialnych. Przez wiele miesięcy moje życie wisiało na włosku, a kiedy wreszcie wróciłem do formy i zacząłem okres rekonwalescencji, byłem tak słaby i wychudzony, że komisja lekarska zdecydowała, że muszę zostać bezzwłocznie odesłany z powrotem do Anglii. Zostałem więc przewieziony na statek Orontes i miesiąc później wysiadłem na nabrzeżu Portsmouth: ze zrujnowanym zdrowiem, ale pozwoleniem od angielskiego rządu na spędzenie następnych dziewięciu miesięcy rekonwalescencji na ojczystej ziemi.

Nie miałem żadnych przyjaciół ani krewnych w Anglii i dlatego byłem wolny jak ptak - lub raczej na tyle wolny, na ile pozwolić na to może dochód w kwocie jedenastu szylingów i sześciu pensów dziennie. W tych okolicznościach w sposób naturalny grawitowałem w kierunku Londynu, tego wielkiego ośrodka, do którego nieodmiennie przybywają wszelkie nieroby i pasożyty z całego Imperium. Przebywałem przez pewien czas w prywatnym hotelu na Strandzie, prowadząc życie mało wygodne i pozbawione większego sensu i wydając takie kwoty pieniędzy, na które zdecydowanie nie mogłem sobie pozwolić. Moja sytuacja finansowa stała się na tyle alarmująca, że wkrótce zrozumiałem, że muszę albo opuścić metropolię i zaszyć się gdzieś na wsi, albo też całkowicie zmienić swój styl życia. Wybrałem tę drugą alternatywę i bliski byłem podjęcia decyzji o opuszczeniu hotelu i zamieszkaniu w jakimś skromniejszym i tańszym miejscu.

Właśnie w dniu, w którym doszedłem do takiego wniosku, stałem przy barze Criterion, kiedy ktoś poklepał mnie po ramieniu. Odwróciłem się i rozpoznałem młodego Stamforda, który odbywał ze mną staż z chirurgii w Akademii Medycznej w Barts. Widok znajomej twarzy w wielkim Londynie to rzecz przyjemna dla samotnego człowieka. Co prawda w dawniejszych czasach Stamford nie był nigdy moim bliskim kolegą, ale teraz powitałem go z entuzjazmem, a on także zdawał się być zadowolony z mojego widoku. Z wielkiej radości zaprosiłem go na lunch w Holborn, dokąd udaliśmy się razem dorożką.

– Co porabiałeś przez te wszystkie lata, Watson? – zapytał z nieukrywanym zdziwieniem, kiedy turkotaliśmy przez zatłoczone ulice Londynu. – Jesteś chudy jak patyk i dziwnie poczerniałeś.

Opisałem mu pokrótce me przygody i ledwo udało mi się zakończyć ich opis, kiedy dotarliśmy do miejsca naszego przeznaczenia.

– Biedaku! – powiedział współczująco po wysłuchaniu opisu moich pechowych przygód. – A co teraz porabiasz?

– Szukam zakwaterowania – odpowiedziałem. – Staram się znaleźć wygodne mieszkanie za rozsądną cenę.

– To dziwne – zauważył mój towarzysz – jesteś dzisiaj drugą osobą, która w rozmowie ze mną użyła tego samego wyrażenia.

– A kto był pierwszą? – spytałem.

– Osobnik, który pracuje w laboratorium chemicznym w szpitalu. Martwił się dziś rano, ponieważ nie udało mu się znaleźć nikogo, kto zechciałby zamieszkać wspólnie z nim w znalezionym przez niego mieszkaniu, nieco za drogim na jego kieszeń.

– Na Jowisza! – wykrzyknąłem. – Jeżeli naprawdę chce znaleźć kogoś, z kim wspólnie pokryje koszty czynszu, nie ma nikogo lepszego ode mnie. A ja wolę dzielić z nim mieszkanie niż być sam.

Młody Stamford popatrzył na mnie dosyć dziwnie znad kieliszka wina. – Nie znasz jeszcze Sherlocka Holmesa – powiedział – być może wcale nie przypadłby ci do gustu jako towarzysz na co dzień.

– Dlaczego? Co masz przeciwko niemu?

– Hm, nie powiedziałem, że mam coś przeciwko niemu. Oryginał z niego, ma nietuzinkowe poglądy, jest entuzjastą niektórych dziedzin nauki; o ile jednak wiem, przyzwoity z niego człowiek.

– Zapewne jest studentem medycyny – powiedziałem.

– O nie – chociaż nie mam pojęcia, jaką zajmuje się dziedziną. Mam wrażenie, że jest całkiem niezły z anatomii i jest chemikiem pierwszej klasy, ale o ile wiem, nigdy nie ukończył żadnych systematycznych studiów medycznych. Jego studia były bardzo pobieżne i chaotyczne, ale udało mu się zgromadzić olbrzymią wiedzę, która zadziwiłaby niejednego profesora.

– Nigdy go nie pytałeś, w czym się specjalizuje? – spytałem.

– Nie, niełatwo z niego wyciągnąć jakiekolwiek informacje, chociaż potrafi być bardzo komunikatywny, kiedy ma na to ochotę.

– Chciałbym go poznać – powiedziałem. – Jeżeli mam z kimś zamieszkać, wybrałbym człowieka o poważnych i spokojnych skłonnościach naukowych. Nie mam dość sił, żeby znosić hałaśliwych ludzi, żyjących w nieuporządkowany sposób. Mam za sobą zbyt wiele przeżyć w Afganistanie, których wspomnienie wystarczy mi do końca życia. Czy mógłbyś zaaranżować mi spotkanie ze swoim przyjacielem?

– Z pewnością jest w tej chwili w laboratorium – odparł mój towarzysz. – Najpierw tygodniami unika tego miejsca, a znów potem pracuje w nim od rana do nocy. Jeżeli masz ochotę, możemy tam zajechać zaraz po lunchu.

– Oczywiście – odpowiedziałem i rozmowa przeszła na inne tory.

Po wyjściu z Holborn udaliśmy się do szpitala, a w czasie podróży Stamford przekazywał mi dalsze informacje na temat dżentelmena, z którym zamierzałem zamieszkać.

– Tylko nie obwiniaj mnie, jeżeli nie zdołasz z nim wytrzymać – powiedział. – Więcej niczego o nim nie wiem, nasza znajomość ogranicza się do przypadkowych spotkań w laboratorium. To ty zaproponowałeś ten układ, więc sam będziesz ponosił konsekwencje.

– Jeżeli nie będę mógł z nim wytrzymać, z łatwością się wyprowadzę – odpowiedziałem. – Mam wrażenie, Stamford – dodałem, patrząc surowo na mojego towarzysza, że masz jakieś powody, żeby umyć ręce w tej sprawie. Czy humory tego faceta są aż tak nieznośne? Proszę, nie ukrywaj niczego przede mną.

– Trudno wyrazić coś, czego nie można ująć w słowa – odpowiedział ze śmiechem. – To zacięcie naukowe Holmesa jest nieco przesadne jak na mój gust. Przejawia przy tym lodowatą bezuczuciowość. Mógłbym wyobrazić go sobie podającego przyjacielowi szczyptę najnowszej trucizny roślinnej, nie ze złej woli, o ile go rozumiem, ale po prostu po to, żeby przetestować na nim efekty i ustalić dokładnie jej działanie. Muszę mu jednak oddać sprawiedliwość: myślę, że z równą gorliwością wziąłby sam tę truciznę. Przejawia niesamowitą pasję poznawczą.

– Bardzo mi to odpowiada.

– Tak, ale wszystko ma swoje granice. Na przykład, kiedy tłucze kijem zwłoki poddawane autopsji, przybiera to naprawdę potworną formę.

– Tłucze zwłoki poddawane autopsji?!

– Tak, aby sprawdzić, jak wyglądają obrażenia doznane po zgonie. Widziałem go w takiej akcji na własne oczy.

– I mimo to twierdzisz, że nie jest studentem medycyny?

– Nie. Bóg jedyny wie, co jest przedmiotem jego studiów. Oto jesteśmy. Teraz będziesz mógł sam wyrobić sobie zdanie na jego temat. – Kiedy to powiedział, skręcaliśmy właśnie w wąską dróżkę, przejeżdżając małą boczną bramką, która zawiodła nas przed boczne skrzydło wielkiego szpitala. Dla mnie był to znajomy grunt i nie potrzebowałem już żadnego przewodnika, gdy schodziliśmy po wyblakłych kamiennych schodach, kierując się w dół długim korytarzem z widocznymi wybielonymi ścianami i drzwiami ciemnobrązowego koloru. Na końcu boczne przejście wykończone stosunkowo niskim łukiem oddalało się od korytarza, prowadząc do laboratorium chemicznego.

Był to wysoki pokój, obstawiony - czy może raczej zaśmiecony - niezliczoną liczbą szklanych naczyń. Szerokie, niskie stoły były poustawiane bez ładu i składu, a na nich połyskiwały retorty, szklane próbówki i małe palniki błyskające niebieskimi płomieniami. W pokoju był tylko jeden student, pochylony nad odległym stołem i całkowicie pochłonięty swoją pracą. Na dźwięk naszych kroków rozejrzał się i skoczył na równe nogi z okrzykiem radości.

– Znalazłem! Znalazłem! – wykrzyknął do mego towarzysza, biegnąc ku nam ze szklaną próbówką w ręce. – Znalazłem odczynnik, który wytrącany jest wyłącznie przez hemoglobinę, nic innego nie daje takiego efektu! – Myślę, że gdyby odkrył żyłę złota, jego twarz nie mogłaby ukazać większej radości.

– Doktor Watson, pan Sherlock Holmes – powiedział Stamford, przedstawiając nas sobie.

– Witam – powiedział serdecznie, ściskając moją rękę z siłą, o którą nigdy bym go nie podejrzewał. – Był pan w Afganistanie, jak widzę.

– Skąd na nieba pan się tego domyśla? – spytałem ze zdziwieniem.

– Aa, nieważne – powiedział, mrucząc do siebie. – Teraz najważniejszą sprawą jest hemoglobina. Nie wątpię, że dostrzegacie wagę mego odkrycia?

– Jest to interesujące z chemicznego punktu widzenia, bez wątpienia – odparłem – lecz praktycznie ....

– Ależ, człowieku, to jest najbardziej praktyczne odkrycie z dziedziny medycyny sądowej na przestrzeni wielu lat. Niechże pan zauważy, że daje ono niezawodny sprawdzian, czy plamy pochodzą z krwi. Chodźcie tutaj!

Chwycił mnie za rękaw kurtki z wielką gorliwością i przyciągnął do stołu, przy którym właśnie pracował. – Zróbmy próbę na świeżej krwi – powiedział, wkłuwając długą igłę w palec i wciągając jej kroplę laboratoryjną pipetą. – Teraz dodam tę małą ilość krwi do litra wody. Jak widzicie, powstała stąd mieszanka sprawia wrażenie czystej wody. Proporcja krwi nie może być większa niż jedna cząsteczka na milion. Nie mam jednakże wątpliwości, że uzyskamy charakterystyczną reakcję. – Mówiąc to, wrzucił do naczynia kilka białych kryształków, a następnie dodał kilka kropli przezroczystego płynu. W ciągu jednej sekundy zawartość nabrała opalizującego mahoniowego koloru, a na dnie szklanego dzbanka wytrąciły się brązowe cząsteczki.

– Ha! Ha! – wykrzyknął, klaszcząc w dłonie, a wyglądał przy tym jak dziecko zachwycone nową zabawką. – No i co powiecie?

– Wydaje mi się, że to bardzo subtelny test – zauważyłem.

– Pięknie! pięknie! Stary test gwajakolowy był bardzo nieporęczny i nie dawał żadnej pewności. Podobnie z mikroskopowym badaniem krwinek. To ostatnie jest bez wartości, jeżeli plamy pochodzą sprzed kilku godzin. Teraz można przypuścić, że ten test będzie działał niezależnie od tego, czy próbka krwi jest świeża, czy stara. Gdyby ten test wymyślono wcześniej, to setki drani cieszących się niezasłużoną wolnością już dawno temu siedziałyby w więzieniu za popełnione zbrodnie.

– Oczywiście! – zamruczałem.

– Przypadki kryminalne zazwyczaj opierają się na tym jednym punkcie. Najczęściej zatrzymujemy podejrzanego o morderstwo dopiero wiele miesięcy po jego popełnieniu. Jego bielizna lub odzież zostają poddane badaniu i odkrywamy na nich brązowe plamy. Czy to plamy z krwi, błota, rdzy czy owoców? Co to jest? To pytanie, które zadręcza wielu ekspertów, a dlaczego? Ponieważ nie było do tej pory żadnego spolegliwego testu. Teraz będziemy mieli test Sherlocka Holmesa i wszelkie trudności przestaną istnieć!

Oczy mu błyszczały, kiedy mówił, trzymał rękę na sercu i kłaniał się, jak gdyby do oklaskującego go tłumu, który otaczał go w wyobraźni.

– Należą się panu gratulacje – zauważyłem bardzo zdziwiony jego wybuchem entuzjazmu.

– W zeszłym roku był taki przypadek von Bischoffa we Frankfurcie. Z pewnością zostałby powieszony, gdyby ten test wówczas istniał. Potem był Mason z Bradford i recydywista Muller, a także Lefevre z Montpellier i Samson z Nowego Orleanu. Mógłbym wymienić kilka tuzinów przypadków, w których ten test byłby decydujący.

– Wydaje się pan być chodzącym kalendarzem zbrodni – powiedział Stamford, śmiejąc się.

– Mógłby pan zacząć wydawać gazetę na ten temat i nazwać ją Wiadomości policyjne z przeszłości.

– Byłaby to bardzo interesująca lektura – zauważył Sherlock Holmes, naklejając mały kawałek plastra na przekłuty palec.

– Muszę być ostrożny – kontynuował, zwracając się do mnie z uśmiechem – ponieważ ustawicznie zajmuję się truciznami.

Mówiąc te słowa, wyciągnął do nas rękę. Zauważyłem, że była usiana podobnymi kawałkami plastra i odbarwiona pod wpływem działania mocnych kwasów.

– Przybyliśmy tutaj z interesem – powiedział Stamford, siadając na wysokim trójnożnym stołku i popychając nogą taki sam stołek w moim kierunku. – Mój przyjaciel, z którym pana odwiedzam, potrzebuje zakwaterowania, a ponieważ narzekał pan na brak towarzystwa do wspólnego pokrywania kosztów czynszu, pomyślałem, że najlepiej będzie, gdy doprowadzę do waszego spotkania.

Sherlock Holmes zdawał się zachwycony na myśl, że zostanę jego współlokatorem.

– Wypatrzyłem mieszkanie na Baker Street. – powiedział – Byłoby dla nas doskonałe. Mam nadzieję, że nie przeszkadza panu dym z fajki?

– Ja też palę – odpowiedziałem.

– Świetnie. Ponadto zazwyczaj mam wokół siebie mnóstwo chemikaliów, a od czasu do czasu robię eksperymenty. Czy to nie będzie panu przeszkadzać?

– W żadnym przypadku.

– Pomyślmy – jakie mam inne wady? Od czasu do czasu popadam w chandrę i potrafię całymi dniami nie odzywać się, ale niechże pan wtedy nie myśli, że na pana się gniewam. Po prostu niech mnie pan zostawi samego, a wkrótce mi to minie. A pan, jakie ma przywary do wyznania? Najlepiej jak dwaj faceci poznają swoje najgorsze wady, zanim razem zamieszkają.

Zaśmiałem się z tego przesłuchania.

– Hoduję szczeniaka rasy buldog – powiedziałem – i absolutnie nie zgadzam się na sprzeczki, ponieważ mam zszargane nerwy. A poza tym wstaję o nieprawdopodobnych porach dnia i jestem przeraźliwie leniwy. Mam jeszcze inne wady, które ujawniają się zwłaszcza kiedy cieszę się dobrym samopoczuciem, ale jak na razie podałem panu najważniejsze.

– Czy gra na skrzypcach może dla pana stanowić powód do sprzeczki? – zapytał z niepokojem w głosie.

– To zależy od artysty – odpowiedziałem. – Dobrze grający artysta to rozkosz bogów, natomiast knocący to ...

– No, dobrze, dobrze! – wykrzyknął z radosnym śmiechem. – Myślę, że możemy uznać tę sprawę za uzgodnioną – to znaczy, jeżeli pokoje okażą się dla pana odpowiednie.

– Kiedy je zobaczymy?

– Niech pan odwiedzi mnie tutaj jutro w południe, a wtedy udamy się razem na miejsce celem załatwienia tej sprawy – odpowiedział.

– W porządku a więc jutro w południe – powiedziałem, ściskając jego dłoń na pożegnanie.

Zostawiliśmy go przy pracy wśród chemikaliów i poszliśmy do hotelu.

– Przy okazji – spytałem nagle, zatrzymując się i odwracając do Stamforda – skąd u licha wiedział, że wracam z Afganistanu?

Mój towarzysz uśmiechnął się tajemniczo. – To właśnie to jego dziwactwo – powiedział – Wiele osób chciałoby wiedzieć, w jaki sposób Holmes ustala te wszystkie okoliczności.

– Oh! To jakaś tajemnica? – wykrzyknąłem, zacierając dłonie. – To niesamowite. Bardzo jestem ci zobowiązany za umożliwienie mi poznania go. Historię ludzkości można poznać jedynie na podstawie studiów nad człowiekiem, o czym zapewne wiesz.

– A więc studiuj go – powiedział Stamford, żegnając się ze mną. – Ale to może okazać się dla ciebie bardzo skomplikowanym problemem. I założę się, że on pozna ciebie dużo lepiej niż ty jego. Do widzenia.

– Do widzenia – odpowiedziałem i ruszyłem w dalszą drogę do hotelu, bardzo zafrapowany moją nową znajomością.

2 Sztuka dedukcji

Spotkaliśmy się następnego dnia, zgodnie z umową i obejrzeliśmy pokoje pod numerem 221 B Baker Street, o których mówił Holmes na naszym spotkaniu. Składały się one z dwóch wygodnych sypialni i umeblowanego obszernego salonu oświetlonego dwoma szerokimi oknami. Kwatera ta wydała się tak bardzo pożądana pod każdym względem, a warunki najmu tak niewygórowane, gdy zostaną podzielone na nas dwóch, że natychmiast zawarliśmy umowę i przejęliśmy mieszkanie w posiadanie. Tego samego wieczoru wyprowadziłem się z hotelu i wprowadziłem do mieszkania, a następnego ranka Sherlock Holmes poszedł moim śladem, wnosząc kilka skrzyń i waliz. Dwa następne dni poświęciliśmy na rozpakowywanie i układanie naszego majątku, starając się znaleźć najlepsze rozwiązania. Potem, stopniowo zaczęliśmy osiedlać się i przyzwyczajać do nowego otoczenia.

Okazało się, że wspólne życie z Holmesem nie jest trudne. Poruszał się cicho, a jego obyczaje miały pewną dozę regularności. Rzadko kiedy kładł się po dziesiątej wieczór, rano niezmiennie zjadał śniadanie i wychodził, zanim ja wstałem. Czasami spędzał dzień w laboratorium chemicznym, czasami w prosektorium, a czasami odbywał długie spacery, zapędzając się w odległe i niebezpieczne rewiry miasta.

Nic nie zdawało się wyczerpywać jego zapasów energii, kiedy działał pod wpływem napadu pracowitości. Od czasu do czasu następowała reakcja i przez całe dni leżał w salonie na kanapie, z trudem wypowiadając pojedyncze słowa czy poruszając choćby jednym mięśniem przez całą dobę. Przy takich okazjach zauważałem rozmarzony, nieobecny wyraz jego oczu, który mógłby nasunąć mi podejrzenie o używaniu przez niego narkotyków, gdyby nie wstrzemięźliwość i prostota całego jego życia. W miarę upływu tygodni moje zainteresowanie Sherlockiem Holmesem i ciekawość jego celów życiowych stopniowo pogłębiały się i rosły. Już sama jego osoba i wygląd uderzały najbardziej obojętnego obserwatora. Wzrostu miał ponad metr osiemdziesiąt, a był przy tym tak straszliwie chudy, że przez to sprawiał wrażenie dużo wyższego. Miał też bardzo przenikliwy wzrok, z wyjątkiem tych momentów bezruchu, o których wspomniałem, a jego chudy, zakrzywiony nos sugerował cechę stałej gotowości do działania i zdecydowanie. Także jego podbródek, odstający, kwadratowego kształtu, podkreślał determinację tego człowieka. Ręce miał niezmiennie poplamione atramentem i różnymi chemikaliami, a przy tym posiadał niezwykłą delikatność dotyku, co często miałem okazję zauważyć, przyglądając się jego pracy z przyrządami wymagającymi delikatnej obsługi. Czytelnik może uznać mnie za beznadziejnie wścibskiego faceta, jednakże zanim wydacie werdykt, proszę weźcie pod uwagę fakt, że moje ówczesne życie było pozbawione jakiegokolwiek celu i istniało niewiele spraw, którym mogłem poświęcić uwagę. Zdrowie mi nie pozwalało na podejmowanie żadnych poważniejszych przedsięwzięć, z wyjątkiem dni z nadzwyczaj piękną pogodą. Poza tym nie miałem przyjaciół, którzy mogliby składać mi wizyty, wprowadzając urozmaicenie do monotonii mego codziennego bytu. W tych okolicznościach chętnie zwróciłem uwagę na tajemnicę, która spowijała mojego towarzysza i spędzałem wiele czasu, starając się odsłonić jej rąbek. Nie studiował medycyny. Sam, odpowiadając na pytanie, potwierdził opinię Stamforda dotyczącą tej kwestii. Nadto, nie wydawało się, że ukończył jakiekolwiek studia, które mogłyby dać mu stopień naukowy w przedmiotach ścisłych lub w jakiejkolwiek innej dziedzinie, co zapewniłoby mu wejście do świata nauki. Z drugiej jednak strony, jego gorliwość w zgłębianiu pewnych zagadnień nauki była niezwykła, a jego wiedza, mimo pewnych ekscentrycznych ograniczeń, była tak nadzwyczajnie obszerna i szczegółowa, że nie wyobrażam sobie człowieka, który mógłby tak pilnie pracować i zdobywać tak dokładne informacje bez jakiegoś określonego celu na horyzoncie. Czytelnicy sięgający po przypadkowe lektury rzadko wykazują się taką dogłębną wiedzą. Nikt nie obciąża swojego umysłu drobnymi szczegółami, chyba że ma po temu jakieś poważne przyczyny. Jednak z drugiej strony jego ignorancja była równie szokująca jak jego wiedza. Na temat współczesnej literatury, filozofii, polityki wydawał się nie posiadać żadnych informacji. Gdy zacytowałem Thomasa Carlyle`a, zapytał naiwnie. – Cóż to za osobnik i co takiego osiągnął? – Moje zdziwienie sięgnęło szczytu, gdy dodatkowo zorientowałem się, że nie ma pojęcia o teorii Kopernika i budowie układu słonecznego. Z trudem uwierzyłem, że w dziewiętnastym wieku może istnieć cywilizowany człowiek nieświadom tego, że ziemia obraca się dookoła słońca. Wydało mi się to rzeczą nieprawdopodobną.

– Wydajesz się być zdziwiony – powiedział, śmiejąc się na widok mojego zdumienia. – Teraz, kiedy posiadłem o tym wiadomości, postaram się je jak najszybciej zapomnieć.

– Zapomnieć?

– Zrozum – wyjaśnił. – Uważam, że mózg człowieka to małe, puste pomieszczenie, które powinieneś umeblować przedmiotami według swojego wyboru. Tylko głupiec mebluje je wszelkimi sprzętami, które wpadną mu pod rękę, w wyniku czego wiedza, która mogłaby być dla niego przydatna, jest przytłoczona lub w najlepszym przypadku zmieszana z mnóstwem innych rzeczy. Przez to ma problem, gdy chce z niej skorzystać. Człowiek wprawny jest bardzo staranny w doborze umeblowania swojego mózgu. Skorzysta jedynie z narzędzi, które mogą pomóc mu w wykonywaniu pracy, będzie miał ich wielki asortyment i wszystkie będą w doskonałym stanie. Błędem jest myśleć, że to niewielkie pomieszczenie ma elastyczne ściany, które mogą rozszerzać się do każdego rozmiaru. Pamiętaj, że nadchodzi taki moment, kiedy po to by wprowadzić jakąś dodatkową wiedzę, musisz zapomnieć coś, co wiedziałeś przedtem. Dlatego sprawą najwyższej wagi jest, aby nie przechowywać w mózgu żadnych zbędnych wiadomości, które wypychają inne przydatne fakty.

– Ale układ słoneczny! – zaprotestowałem.

– A jakie do licha ma on dla mnie znaczenie? – przerwał niecierpliwie. Mówisz, że krążymy dookoła słońca. Gdybyśmy krążyli dookoła księżyca, nie miałoby to także najmniejszej wagi dla mnie i dla mojej pracy.

Korciło mnie, żeby zapytać na czym polega ta praca, ale coś w jego zachowaniu wyraźnie mi wskazało, że takie pytanie nie byłoby mile widziane. Zastanawiałem się nad naszą rozmową, starając się wyciągnąć z niej wnioski. Powiedział, że odmawia przyjmowania jakiejkolwiek wiedzy, która nie dotyczy ściśle jego zainteresowań. W związku z tym wszystkie wiadomości, jakie posiada są przeznaczone do realizacji wybranych celów. Próbowałem poukładać sobie w głowie rozmaite punkty, w których wykazał się niezwykłą wiedzą. Wziąłem nawet ołówek i zanotowałem je. Kiedy skończyłem ten dokument, nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Wyglądał on następująco:

Sherlock Holmes – jego ograniczenia 1. Wiedza z zakresu literatury – zero. 2. Filozofia – zero. 3. Astronomia – zero. 4. Polityka – słaba. 5. Botanika – zróżnicowana, dobry z belladonny, opium i ogólnie zna się na truciznach. Nic nie wie o praktycznym ogrodnictwie. 6. Wiedza z zakresu geologii – praktyczna, lecz ograniczona. Na pierwszy rzut oka rozróżnia gleby. Po spacerze pokazał brud na moich spodniach i z jego koloru i składu potrafił powiedzieć, w jakiej części Londynu przebywałem. 7. Wiedza z zakresu chemii – głęboka. 8. Anatomia – dokładna, ale nieusystematyzowana. 9. Literatura sensacyjna – bardzo szeroka znajomość. Wydaje się znać każdy szczegół każdego okropieństwa popełnionego w tym stuleciu. 10. Gra dobrze na skrzypcach. 11. Jest wyśmienity w szermierce na kije, w boksie i świetnie się fechtuje. 12. Posiada dobrą praktyczną znajomość prawa brytyjskiego.

Dotarłem do końca wykazu, lecz w końcu wyrzuciłem go w rozpaczy do ognia.

– Gdyby tylko udało mi się rozwikłać zagadkę i ustalić, dokąd ten facet zmierza, łącząc wszystkie te osiągnięcia i odkrywając powołanie, do którego ich potrzebuje – powiedziałem do siebie. – Lepiej jednak od razu z tego zrezygnuję.

Widzę, że w moich notatkach powyżej napisałem o jego umiejętności gry na skrzypcach. Jest ona naprawdę doskonała, ale równie ekscentryczna jak wszystkie pozostałe osiągnięcia. Wiedziałem dobrze, że potrafi grać różne utwory, w tym niektóre bardzo trudne, ponieważ na moją prośbę grał drobne utwory Mendelssohna i inne moje ulubione melodie. Jednakże kiedy pozostawał sam, rzadko odtwarzał muzykę lub starał się grać znane nuty. Wbity plecami w fotel zamykał oczy i brzdąkał niedbale na skrzypcach rzuconych na kolana. Czasami wydawały dźwięczne i melancholijne nuty. Czasami były fantastyczne i radosne. Niewątpliwie odzwierciedlały myśli, które opanowały jego duszę, ale czy muzyka pomagała mu w rozmyślaniach, czy też była po prostu przejawem kaprysu czy fantazji, tego nie potrafiłem ustalić. Mógłbym buntować się przeciwko tym męczącym solówkom, gdyby nie to, że zazwyczaj kończył je, odgrywając szybką serię moich ulubionych melodii, jak gdyby rewanżując się za moją cierpliwość.

W ciągu pierwszych siedmiu dni nikt nas nie odwiedzał i zacząłem myśleć, że mój towarzysz jest równie pozbawiony przyjaciół jak ja sam. Z czasem jednak zauważyłem, że ma wielu znajomych i to pochodzących z różnych warstw społecznych. Odwiedzał go na przykład niewysoki facet o twarzy podobnej do szczura, ziemistej cerze i ciemnych oczach, którego przedstawiono mi jako pana Lestrade, a który pofatygował się tutaj trzy lub cztery razy w ciągu jednego zaledwie tygodnia. Pewnego ranka odwiedziła go modnie ubrana młoda dziewczyna i pozostała u niego przez pół godziny albo nawet i dłużej. Tego samego popołudnia miały miejsce odwiedziny siwego gościa, który wyglądał jak Żyd domokrążca i wydawał się szalenie zdenerwowany. Krótko po nim wizytę złożyła mu zaniedbana starsza kobieta.

Innym znów razem starszy, siwowłosy dżentelmen odbył rozmowę z moim towarzyszem, a potem przyszedł tragarz kolejowy w mundurze z flauszu. Kiedy pojawiała się któraś z tych mało wyrazistych osób, Sherlock Holmes prosił mnie zazwyczaj o udostępnienie mu salonu, w związku z czym wracałem do sypialni. Zawsze przepraszał mnie za tę niedogodność.

– Muszę wykorzystywać salon jako pomieszczenie do rozmów służbowych – powiedział – bo ci wszyscy ludzie to moi klienci.

I znów wydarzyła się okazja, abym zadał mu proste pytanie, ale ponownie moja delikatność nie pozwoliła mi wymusić zwierzeń od Sherlocka Holmesa. W tym czasie doszedłem do wniosku, że musi mieć jakiś poważny powód, dla którego unika wyjaśnień, ale wkrótce rozwiał te wątpliwości, powracając do tematu z własnej inicjatywy.

Było to około czwartego marca, o ile dobrze pamiętam. Tego dnia wstałem nieco wcześniej niż zwykle i okazało się, że Sherlock Holmes jeszcze nie skończył śniadania. Gospodyni tak była przyzwyczajona do moich późnych poranków, że nie nakryła jeszcze do mego posiłku, ani też nie przygotowała mi kawy. Z nieuzasadnionym rozdrażnieniem zadzwoniłem i przypomniałem jej, że czekam na śniadanie. Następnie chwyciłem jakiś miesięcznik ze stołu i zacząłem go czytać dla zabicia czasu. Tymczasem mój towarzysz spokojnie gryzł grzankę. Nagłówek jednego z artykułów był obwiedziony ołówkiem i oczywiście zacząłem go przeglądać. Miał on nieco ambitny tytuł Księga życia i zadaniem jego było wykazanie, jak spostrzegawczy człowiek może uzyskać dokładne i systematyczne informacje na podstawie wszystkiego, co jest w stanie dostrzec. Była to szokująca dla mnie mieszanka przemyślności i absurdu. Rozumowanie było ścisłe i perfekcyjne, ale wnioski wydały mi się zbyt daleko idące i przesadne. Autor twierdził, że z chwilowego wyrazu twarzy, skurczu mięśni lub spojrzenia można odkryć najgłębsze myśli człowieka. Według niego osoba przeszkolona w dziedzinie spostrzegawczości i analizy nie mogłaby zostać oszukana. Jego wnioski były tak nieodwołalne jak prawa Euklidesa. Jego wyniki wydawały się tak zdumiewające laikowi, że przed opanowaniem sposobu myślenia, który zawiódł go do tych wniosków można było uważać go za nekromantę.

– Z kropli wody – pisał autor – logik mógłby wydedukować możliwość istnienia Atlantyku lub Niagary, chociaż ani nigdy ich nie widział, ani nawet o nich nie słyszał. Tak więc całe życie to wielki łańcuch, którego naturę można poznać za każdym razem, gdy ujawni się nam jego pojedyncze ogniwo. Jak wszystkie inne dziedziny wiedzy, nauka wnioskowania i analizy jest sztuką, którą można opanować jedynie w drodze długich i cierpliwych studiów, a życie nie jest wystarczająco długie, aby zwykły śmiertelnik był w stanie osiągnąć perfekcję. Przed przejściem do aspektów moralnych i psychicznych kwestii, które stanowią największe trudności, pozwólmy badaczowi zacząć od opanowania bardziej podstawowych problemów. Spotykając innego śmiertelnika nauczy się za pomocą jednego spojrzenia dostrzec historię tego człowieka i działalność, którą się on zajmuje. Aczkolwiek takie ćwiczenie może wydawać się mało istotne, jednakże wyostrza zdolność obserwacji i uczy, gdzie patrzeć i czego szukać. Na podstawie wyglądu paznokci, rękawów żakietu, butów, części kolanowej spodni, zrogowacenia skóry między palcem wskazującym a kciukiem, wyrazu twarzy, mankietów koszuli, łatwo ujawnia się cała postać odwiedzającego nas człowieka. Niemożliwe jest, aby po połączeniu wszystkich tych cech, kompetentny badacz nie był w stanie wyciągnąć pełnych wniosków.

– Co za bzdury! – krzyknąłem, rzucając magazynem o stół. – Nigdy w życiu nie czytałem takich idiotyzmów.

– Co to takiego? – spytał Sherlock Holmes.

– Jak to co? Ten artykuł – powiedziałem, wskazując na niego łyżeczką od jajka i sadowiąc się do śniadania. – Widzę, że też go czytałeś, ponieważ zaznaczyłeś jego treść. Nie przeczę, jest napisany inteligentnie, jednakże strasznie mnie rozłościł. Jest to oczywiście teoria jakiegoś wałkonia, który wymyśla wszystkie te paradoksy w kameralnym otoczeniu swego gabinetu. Nie jest to praktyczne. Chciałbym go zobaczyć, jak siedzi w wagonie trzeciej klasy pociągu i opisuje zawody wszystkich swoich współpodróżnych. Postawiłbym tysiąc do jednego, że nie da rady.

– I straciłbyś pieniądze – zauważył spokojnie Holmes. – A co do tego artykułu, to ja go napisałem.

– Ty!

– Tak, mam zarówno zmysł obserwacyjny jak i zdolność dedukowania. Teorie, które wyraziłem w tym artykule, a które wydają się tobie tak chimeryczne, są naprawdę nadzwyczaj praktyczne. Tak praktyczne, że bazuję na nich i dzięki nim zarabiam na wikt i opierunek.

– W jaki sposób? – spytałem bezwiednie.

– Mam swoją własną dziedzinę działalności, myślę, że jestem jedyną osobą na świecie, która wykonuje taki zawód. Jestem detektywem - konsultantem, jeśli domyślasz się, o co chodzi. Tu w Londynie mamy mnóstwo policjantów i wielu detektywów prywatnych. Kiedy nie radzą sobie, przychodzą do mnie, a ja odnajduje dla nich właściwy trop. Przedkładają mi wszystkie dowody, a ja zazwyczaj, wykorzystując moją znajomość historii przestępstw, wyciągam dla nich prawidłowe wnioski. Między poszczególnymi przestępstwami występuje często duże podobieństwo, a ktoś, kto ma wszystkie szczegóły tysiąca przestępstw w małym palcu bez problemu odkryje okoliczności tysiąc pierwszego. Lestrade jest dobrze znanym detektywem, ale pogubił się ostatnio w sprawie pewnego oszustwa i to go przywiodło do mnie.

– A te pozostałe osoby?

– Najczęściej przysyłają ich do mnie prywatne firmy śledcze. Wszyscy ci ludzie mają problemy w jakiejś sprawie i chcą ich wyjaśnienia. Słucham ich opowieści, oni słuchają moich komentarzy, a następnie inkasuję należność.

– Ale czy chcesz przez to powiedzieć – zauważyłem – że nie wychodząc z pokoju możesz rozwiązać jakieś tajemnice, których nie rozumieją inni, chociaż widzieli osobiście każdy dowód?

– Właśnie tak. Mam przy tym swego rodzaju intuicję. Czasami zdarzy się przypadek, który jest nieco bardziej skomplikowany. Wówczas muszę tam się wybrać, żeby zobaczyć wszystko na własne oczy. Jak wiesz, mam wiele specjalistycznej wiedzy, którą stosuję do tych spraw i która w cudowny sposób ułatwia moją pracę. Te zasady dedukowania wyłożone w artykule, które spowodowały twoją wzgardę, są dla mnie nieocenione w pracy. Obserwacja to moja druga natura. Zdziwiłeś się, kiedy przy naszym pierwszym spotkaniu powiedziałem, że wracasz z Afganistanu.

– Ktoś ci o tym powiedział, bez wątpienia.

– Nic z tych rzeczy. Zorientowałem się, że wracasz z Afganistanu na podstawie starego nawyku. Sposób myślenia przebiegł tak szybko, że doszedłem do tego wniosku, nie będąc świadom poszczególnych etapów. Ale takie etapy istnieją. Tryb rozumowania był następujący: oto dżentelmen, lekarz, jednocześnie sprawiający wrażenie oficera, z pewnością lekarz wojskowy. Właśnie wrócił z tropików, ponieważ ma ciemną twarz, która nie jest naturalnym odcieniem jego skóry, gdyż jego nadgarstki są jasne. Przeszedł ciężki okres i przebył chorobę, co wyraźnie widać z jego wybiedzonej twarzy. Miał obrażenia lewego ramienia, trzyma je w sztywny i nienaturalny sposób. A gdzie w tropikach angielski lekarz wojskowy mógł przeżyć wojenne niedole i odnieść rany ramienia? Oczywiście w Afganistanie. Cały ciąg myślenia zajął zaledwie sekundy. Potem powiedziałem, że wracasz z Afganistanu, co cię zdumiało.

– Wyjaśniasz to całkiem prosto – powiedziałem, uśmiechając się. – Przypominasz mi Dupina z książki Alana Edgara Poe. Nie miałem pojęcia, że tacy ludzie istnieją poza kartami opowiadań.– Sherlock Holmes wstał i zapalił fajkę.

– Niewątpliwie uważasz, że prawisz mi komplement, porównując mnie do Dupina – zauważył. – Jednakże, moim zdaniem Dupin był całkiem przeciętnym człowiekiem. Jego sztuczka polegająca na przerywaniu myśli przyjaciół uwagą à propos po kwadransie ciszy jest spektakularna i powierzchowna. Posiadał pewien geniusz analityczny, bez wątpienia, ale na pewno nie był fenomenem, jak zdawał się wyobrażać sobie Poe.

– Czy przeczytałeś dzieła Gaboriau? – spytałem. – Czy Lecoq spełnia twoje wyobrażenie o tym, jak ma postępować detektyw?

Sherlock Holmes prychnął sardonicznie. – Lecoq był nędznym partaczem – powiedział rozłoszczony. – Jedynie jedna jego cecha zasługuje na pochwałę. Jego energia. Ta książka doprowadziła mnie do choroby. Zadanie, jak zidentyfikować nieznanego więźnia. Zdołałbym to zrobić w ciągu doby. Lecoq potrzebował na to około sześciu miesięcy. Z tego można by zrobić podręcznik dla detektywów, aby nauczyć ich, czego powinni unikać.

Prawdę mówiąc, byłem oburzony, że moje dwie ulubione postacie zostały potraktowane w tak nonszalancki sposób. Podszedłem do okna i stałem, patrząc na ruchliwą ulicę.

– Ten facet może być bardzo inteligentny – powiedziałem do siebie. – Ale jest z pewnością potwornie zarozumiały.

– W naszych czasach nie ma przestępstw i kryminalistów – powiedział Holmes z rozdrażnieniem. Do czego przydaje się mózg w naszym zawodzie? Wiem dobrze, że mogę zyskać sławę jedynie dzięki temu, co zdobyłem. Nie ma drugiego takiego człowieka, który poświęcił studiom tyle czasu co ja, wykorzystując swoje naturalne talenty dla wykrycia przestępstw. I jaki jest wynik? Brak przestępstw nadających się dla mnie. Co najwyżej spotkać można jakiegoś przestępcę - nieudacznika o tak oczywistym motywie, że nawet oficer Scotland Yardu potrafiłby go wykryć.

Byłem nadal rozgniewany jego buńczucznym stylem prowadzenia rozmowy. Uznałem, że najlepiej będzie zmienić temat.

– Zastanawiam się, czego szuka ten facet – powiedziałem, wskazując na ubranego po cywilnemu faceta, który szedł powoli po drugiej stronie ulicy, patrząc uważnie na numery domów. W ręku trzymał dużą, niebieską kopertę i niewątpliwie pełnił funkcję posłańca.

– Chodzi ci o tego emerytowanego sierżanta marynarki? – spytał Sherlock Holmes. – A niech to! – pomyślałem. – Wie, że nie mogę zweryfikować jego sztuczki.

Zaledwie ta myśl przeszła mi przez głowę, kiedy mężczyzna, któremu się przypatrywałem, zauważył numer na naszych drzwiach i przebiegł szybko przez jezdnię.